Komandoria Zakonu Sakira

106
POST BARDA
Lucasowi ponowy kontakt z innymi ludźmi (nawet jeśli byli to oskarżający go o przestępstwa Sakirowcy) z pewnością pomagał w powrocie do sił mentalnych, choć ciało nie dawało po sobie znać. Na szczęście jego zdolności retoryki rozkręcały się z każdym wypowiedzianym słowem, niczym niedźwiedź wybudzony z letargu. Jego rozmówca, szanowny Pan Rycerz o Blond Włosach, zdecydowanie to dostrzegł, toteż uniósł prawą brew w zaintrygowaniu, pomimo tego że na jego twarzy wciąż malowała się obojętność i znurzenie.
- Och, a więc kłamie pan na temat swojej tożsamości podczas oficjalnego przesłuchania? Nie omieszkam zapisać tego do protokołu. - po czym jak rzekł tak zrobił, bazgrząc coś na papierze. - Radzę uważać następnym razem, o ile takowy nastąpi. Zakon ma swoje sposoby potwierdzania tożsamości raz zarejestrowanego "dzikiego maga", że się tak wyrażę.
Przesłuchujący wysłuchał krótkiego wywodu Szakala a na jego koniec skwitował go swoim pierwszym okazem emocji - krótkim, delikatnym parsknięciem śmiechem przez zamknięte usta i mimowolnym uniesieniem kącika ust.
- O tak, z pewnością tak potężny czarnoksiężnik jak pan był wręcz zmuszony uciec się do magii w starciu z bandą rozjuszonych żebraków... - Zaskakującym było jak nagle jego ton wypowiedzi wręcz ociekał ironią. Niemniej zaraz powrócił do wcześniejszego, bardziej formalnego siebie. - Widocznie obcy panu termin "przekroczenia obrony koniecznej", a w przypadku magów jest to pojęcie niezwykle przydatne w poruszaniu się po meandrach oskarżeń prawnych, ale... skąd panu to wiedzieć? W końcu nie skończył pan żadnej uczelni magicznej.


Ich głosy odbijały się po trochu echem w prawie że pustej celi, toteż każda pauza niosła ze sobą cień ostatniego wypowiedzianego słowa. Płomienie świec zdawały się reagować na każdy najmniejszy powiew wiatru z ich ust a ich światło tańczyło po nierównych kamieniach ścian, nie dając ukojenia oczom Lukasa, nawet kiedy były skierowane na dół. Jednak teraz, na pewną chwilę, spróbował wbić wzrok w młodego rycerza, próbując dodać sobie powagi, czy być może złowieszczości. Niestety nie obyło się to z jakąkolwiek reakcją od rozmówcy. Ten tylko, jedną ręką pisząc słowa Barkera, drugą podpierając podbródek, spoglądał to raz na Szakala a raz na papier. Nie zdawało się go poruszać nic - nie zareagował słysząc nazwisko Johnstona, czy też gdy Lucas mówił o Sarze. W całej tej wypowiedzi jedynie raz przerwało mu kaszlnięcie zza pleców, które pochodziło od starszego strażnika więziennego.
Lucas Barker wykonał teatralną przerwę po podsumowaniu swojej wersji wydarzeń, a przesłuchujący nie zakłócił jej żadnym słowem od siebie, gdyż dalej notował. Wtedy karmazynowogrzywy wygłosił swoje przypuszczenia odnośnie swojego losu i opinię na temat prawości Zakonu. Choć trzeba było mu przyznać, że język i bystrość umysłu wracały do swojego naturalnego stanu, tj. cwaniactwa, a modulował głos naprawdę przekonująco to blond rycerz... dalej zdawał się mieć to wszystko gdzieś. Ba, nawet miał czelność ostentacyjnie ziewnąć, zasłaniając paszczękę wierzchem dłoni.
- Do tego, co pana czeka w najbliżej przyszłości jeszcze przejdziemy, ale z racji mojej własnej ciekawości chcę coś sprawdzić. Otóż pana historyjka zawiera pewne luki.


Niespodziewanie rycerz odłożył pióro do inkaustu i odsunął swój raport na bok. Pochylił się następnie nad stołem, teraz opierając podbródek o obie wyprostowane dłonie, tworząc podpórkę. Nagle ze znudzonego biurokraty zamienił się w zaintrygowanego rozmówcę, a Lucas był w stanie dostrzec teraz nawet błękitną barwę jego tęczówek.
- Mówi pan o dobrych relacjach z karczmarzem, tymczasem z naszego wywiadu nie dość, że pan Thomas podał pana drugie nazwisko, Lucas Barker właśnie, to w dodatku nie mówił o panu miło. Coś tam co prawda mówił o wcześniejszej dobrej znajomości, ale wczorajszego wieczoru był pan dla niego jedynie utrapieniem. Powiedział coś o byciu "durniem", "dupkiem", "chlejusem" i o "braku szacunku", ale mniejsza.
- Wspomniał pan też o innej magini, tak? Niejakiej... - tu zakonnik musiał na chwilę zerknąć na swe notatki - Sarze? Nasz patrol nie zastał nikogo takiego na miejscu zdarzenia, karczmarz mówi że był z panem sam. W końcu podczas epidemii interes mu się nie kręcił. Anomalie magiczne, których pan doświadczył, z pewnością mają wiele wspólnego z tym co się dzieje teraz na niebie, więc wyjątkowo byłbym skłonny uwierzyć w zwalanie winy na bogów niż jakąś wyimaginowaną niemowę. A odnośnie pożaru... - rycerz wyprostował się na chwilę, jakby przeciągając się ze sztywności, a następnie usiadł prosto, znów opierając tylko palce jednej ręki na brzegu stołu.
- Pożar mógł pan wywołać nieumyślnie. Ostatnio w mieście dochodzi do samoistnych zapłonów natury demonologicznej. Pana popisy magiczne i brawura, w połączeniu z tym przedziwnym zaćmieniem, po prostu przyciągnęły uwagę jakiejś szkarady. I tyle. Niemniej i tak zostanie pan pociągnięty za to do odpowiedzialności, bo gdyby nie pan... być może nic takiego by się nie wydarzyło.

Znów nastała jakaś przedziwna cisza, w której głos blondyna zawiesił się na chwilę w złowrogiej aurze. Lucas mógł nawet przysiąc, że gdzieniegdzie znów słyszy kapanie wody. Był to dobry objaw - zmysły wracały do funkcjonalności. Reszta w tej sali pozostawała niezmienna -kolos w zbroi nawet nie drgnął, stojak ze świecami dalej stał w tym samym miejscu, może trochę strażnik przy drzwiach wiercił się z dyskomfortu, ale Pan Rycerz... uśmiechał się. I nie był do miły uśmiech.
- Czy na koniec naszego spotkania ma pan jeszcze coś do dodania, panie Barker?

Komandoria Zakonu Sakira

107
POST POSTACI
Lucas
Przesłuchanie toczyło się tak, jak tego Lucas się spodziewał. Niby śledztwo było, niby mają dowody na niektóre rzeczy, lecz z oskarżonym niczego nie potwierdzą osobiście na miejscu zbrodni. Tak naprawdę Szakal z każdą minutą coraz bardziej wyglądał na zmarnowanego pomimo wyrażanego na głos sprzeciwu, bo sytuacja w której się znajdował czyli rozmowa w biurze należała bardziej do czystej formalności. Jeżeli chcieli go ukarać to zapewne już wyrok zapadł lub jest aktualnie procesowany. Choć cholera wie! Może bez sądu go powieszą. Definitywnie Zakon Sakira miał sporą władzę w stolicy, aby sobie pozwolić na objęcie co najmniej jednego organu władzy. A prosty lud i podróżnicy mieli niewiele do gadania, dopóki ich jednostka nie miała wpływu na politykę danego kraju czy miasta. Barker wylądował w ciemnej dupie. Czy z niej wyjdzie? No tym razem chyba nie, a ten chuj jeszcze bardziej ucierpi niż przy praktykowanym przez niego seksie analnym. Westchnął, kręcąc głową na boki przy pomocy bujnej czupryny o kolorze karmazynowych szat samego króla. Poniekąd słuchał wywodu blondyna o tytule rycerskim, lecz spora część wypowiedzi zakonnika wylatywała drugim uchem dżentelmena, gdzieś w eter. - Domyśliłem się, że karczmarz mnie wskaże takim imieniem, toteż je wymieniłem… Żeby Pan nie myślał, że okłamuję. Kłamstwo ma wtedy tylko siłę, jeżeli druga strona nigdy się nie dowie… - skwitował uwagę skierowaną w jego personę. Poczuł nagły przypływ jakiejś grozy, znajdując się gdzieś w okolicy. Czy to zwyczajne przedśmiertne drgawki? Iluzjonista nie potrafił tego ocenić w tym czasie.

Dalej już niestety nie potrafił wyłapać sensu w kwestiach poruszanych przez “obrońcę uciśnionych”. Kim był Lucas? Jakimś pomiotem? Ta giereczka Sakirowców przyprawiała go o ból głowy. Może w ten sposób próbowali wyciągnąć jak najwięcej informacji albo faktycznie robili byle jaki protokół, żeby mieć w razie czego podpiąć się czymś w aktach… Tak dla zachowania porządku w szafce z danym przypadkiem. Bawidamek zdawał się budować wizerunek bardziej zmarnowanego od czasu wyjścia z lochu. Poprawił się delikatnie na siedzeniu, bo przecież wciąż mu coś uwierało w nadgarski, a krzesło nie należało do najprzyjemniejszych siedzeń, będąc półnagim skazańcem. - A więc jestem dzikim magiem? Czarnoksiężnikiem bez serca dla zwykłych ludzi, który robi “bum bum” jak tylko coś mu się nie spodoba? Nie skończyłem żadnej uczelni magicznej, bo… nie… jestem… pieprzonym… magiem. - ostatnie zdanie podkreślał jak dla małego, niewinnego dziecka mającego problem w zrozumieniu mowy dorosłych. Ktoś po prostu już nie patyczkował się w byciu pogodnym barankiem, oj nie. Bez wątpienia hazardzista przegrywał w pewnym sensie mentalną bitwę z mężczyzną o jasnych włosach. - To chyba Panu jest obce czym w ogóle jest obrona, tym bardziej konieczna. Wyciągnięcie broni przez żebraków, a potem próba ataku na moją osobę może skończyć się śmiercią napastnika… Co gdybym ja nie użył własnego oręża? Pocięliby mnie zapewne. Błąd nastąpił z ich strony w mej ocenie... - nie kwapił się tego określać bardzo wprost. - A skoro Pan tak śmiele rzuca oskarżenia, że to ja byłem przyczyną tych czarów… To czemu nie rzuci Pan cienia podejrzeń na to zaćmienie? Anomalie magiczne? Może wpłynęły na moje zachowanie. Wiem zresztą, że po tej walce straciłem przytomność… To świadkowie mogą potwierdzić. - czuł, że mówi do słupa. Po co się w zasadzie produkował? Dla satysfakcji być może.

W przerwach ciszy próbował wzrokiem błędnym wyłapać sylwetki pozostałych strażników, choć siedzenie w tej klitce przed stołem jakiegoś urzędasa w zbroi nie dawało mu nawet korzyści z tej dyskusji pod kątem zadowolenia z inteligentnej wymiany zdań. No cóż, w końcu to przesłuchanie, ale liczył na lepsze traktowanie. Jednak jak mag to trzeba ubić, nie ma co! Bez patyczkowania! Pokręcił się chwilę na siedzeniu, znowu jakoby szukając poprawnej pozycji do przywrócenia chociaż krzty komfortu. Przyszłość? Już prawdopodobnie ją utracił, wpadając w sidła Zakonu Sakira. A do tego ten Thomas... Thomas Wiercipięta… Co za knur z niego. - Karczmarz miał ze mną dobre stosunki, dopóki nie podał mi tego dnia Róży Ukońskiej. Taki trunek, który mi polecił. Zapłaciłem wypiłem… A potem wymiotowałem z ogromnym bólem brzucha. Na tym nasze przyjazne stosunki się skończyły. - a więć Sara wraz z małżonkiem okazali się wyłącznie jego wyimaginowanymi przyjaciółmi? Aż tak było źle z umysłem czarownika? Może nasztachał się jeszcze lepszego towaru w Nowym Hollar. Z drugiej strony jakby mu zostały jakieś proszki to przy obecnych oskarżeniach to nie miało znaczenia. Zapewne skończy na stryczku bez względu na wynik przesłuchania. - Jedyną szkaradę, jaką przywiodłem to wy… Samoistne zapłony natury demonologicznej potrzebują maga w pobliżu? Skąd Pan wie? Jest Pan magiem? To się robi żałosne… Skoro Sara nie istnieje to znaczy, że wy też nie! To zły sen, prawda? - rzucił ironicznie, nie mogąc znieść głupiej gadki rycerza.

Na koniec tego beznadziejnego przedstawienia siebie jako stróża prawa ze strony blondasa, Barker podniósł się na dwie równe nogi, nachylając jednocześnie w jego kierunku. Mógł być naturalnie powstrzymany, ale ruch starał się wykonać pomimo przeciwności losu. - Muszą ci dużo płacić, że dałeś się sprzedać takiej organizacji przestępczej pod parasolem władcy. Do zobaczenia po drugiej stronie… Będę czekał z niecierpliwością na ciebie oraz twych braci z resztą niewinnych ludzi, których skazaliście. Gardzę tymi, którzy odbierają życie oraz wolność obywatelom, nadużywając własnych praw.... - na koniec uczynił coś, czego nie spodziewał, że zrobi… Jednak emocje wzięły górę… Splunął na niego… Na wprost, pomiędzy oczy dyskutanta. Ostatnia obrona konieczna. Ostatni krzyk gniewu uciśnionego.
Głos

Muzyka

Komandoria Zakonu Sakira

108
POST BARDA
Rycerz był już najwyraźniej znużony, jeśli nie podirytowany, gadaniną Lucasa. Mężczyzna wyprostował się w krześle, opierając się o podparcie, i skrzyżował ręce na torsie. Lucas mógł ewidentnie stwierdzić, że przesłuchanie powoli dobiega końca. Szakal wypruwał z siebie flaki elokwencji, broniąc swojego interesu, mówiąc o uzbrojonych żebrakach i tłumacząc się anomaliami Zaćmienia, jednak jego adwersarz pozostawał niewzruszony na te argumenty.
- Tak pan gada i gada... tylko po to chyba, żeby gadać. Bo z gadania tego nic konkretnego panu nie wychodzi. Aż tak łaknie pan atencji? - Niespodziewanie głos rycerza nabrał niepokojąco... prześmiewczego brzmienia. Jakby każde teraz wypowiedziane słowo sprawiało mu dużo satysfakcji. - Musi się pan tak starannie dowartościowywać, łgać na prawo i lewo, popisywać się, oddawać rozpustom i kanciarstwu, bo... co? Boi się pan, że nikt nie będzie pana w stanie zaakceptować? Że ktokolwiek pozna prawdę i zbliży się to odrzuci pana widząc, jak pusty i bezwartościowy jest pan w środku? A może... - tu nastąpiła groteskowa pauza, a Szakal poczuł, jak głuche odgłosy kapania wody i echo głosu przytłaczają mu głowę, jakby znajdował się metry pod wodą. - ...po prostu pan się nienawidzi?


Dostrzeżenie innych strażników obecnych na przesłuchaniu nie było zadaniem aż tak prostym. Metalowy kolos stojący w rogu sali zdawał się miejscami idealnie kamuflować w ponurą barwą kamiennych ścian, toteż zdradzały go tylko ostre kanty na jego zbroi. Z kolei stary strażnik więzienny, który przyprowadził Lucasa, stał przy drzwiach wejściowych do celi. Rudzielec mógł przechylić głowę w prawo i objąć jego sylwetkę jednym okiem. Widział, jak mężczyzna trochę kręcił się na swoim miejscu, jakby w jakimś niepokoju.
Słysząc tekst o Róży Ukońskiej blond rycerz wrócił do swojego znudzonego głosu.
- Może pana otruł, może trunek był niedobry, może to pan słabo trzymał, może mieszanie alkoholu i spaczonej zaćmieniem magii panu nie posłużyło, może może może. Cały czas może, a plaży jakoś nie widać. - rzucił na koniec żartem. Nikt z obecnych się nie zaśmiał.


Na swoje nieszczęście Lucas zmienił ton na bardziej ofensywny niż dotychczas a rycerz naprzeciwko niego podniósł brew na znak zaniepokojenia jego gadaniem od rzeczy na temat przywidzeń i złego snu. Ku swemu zdziwieniu Lucasowi pozwolono wstać. Odsunął od siebie drewniane krzesełko a wszyscy obecni obserwowali go w milczeniu. Nie mógł dostrzec reakcji nikogo poza Panem Blondasem... czyli typowej już dla niego beznamiętności. Wygłosił w emocji swoje ostatnie wystąpienie po czym przygotował się do splunięcia na rycerza, gdy nagle usłyszał huk... i coś uwiązało mu gardło. Tym czymś była ogromna metalowa rękawica zacieśniająca się prawie na całej jego szyi. Lucas zaczął się krztusić, szukając dojścia powietrza między mieszającą się śliną i flegmą w jego ustach. Aż strużka poleciała mu z boku ust. Pancerny strażnik zrobił jedynie krok ze swojego miejsca, by dosięgnąć Lucasa i przeszkodzić mu w tym co zamierzał. Szakal czuł, że jego łapsko się zacieśnia a on sam chyba jest podnoszony ponad ziemię. Ciężko było stwierdzić bez potrzebnego dla mózgu powietrza.
- Dobrze, na tym zakończymy. - odezwał się przesłuchujący. - Panie Ader, proszę zabrać pana Barkera z powrotem do jego celi. Odczeka tam do wydania decyzji.
Masywny rycerz uwolnił swój uścisk i Lucas ledwo wylądował na prostych nogach bez przewracania się. Po serii kaszlnięć i nerwowych haustów powietrza w końcu dostał się do upragnionego tlenu, wypluwając resztki niedoszłego ślinowego pocisku na ziemię. Gdy już wrócił do siebie Lucas poczuł, jak za jego okowy łapie strażnik więzienny i wyprowadza go z celi. Po kilku chwilach Blondyn i Kolos zniknęli za drewnianymi drzwiami, stając się już tylko nieprzyjemnym wspomnieniem.


Barker nie rozpoznawał już zawiłych korytarzy, nawet przy tak dobrym ich oświetleniu. Wszystko wyglądało tak samo. W dodatku niedawne odcięcie dopływu powietrza trochę zaćmiło jego koncentrację. Kroczył trochę nieskładnie, znów na przodzie swojego ciemiężyciela. Ostatecznie po chwili, która zdawała się Lucasowi trwać wieczność, oboje dotarli do przegniłych prawie drzwi, które prowadziły do znajomych Lucasowi lochów. Strażnik sprawnie je otworzył i prędko znaleźli się po drugiej stronie. Kanciarz już sobie zaczął wyobrażać powrót do mokrej i podziemnej celi gdy wtem wydarzyło się coś, czego się nie spodziewał. Staruszek zaskakująco żwawo przyparł go do muru przy drzwiach łokciem przy jego szyi i drugą ręką przy brzuchu. Gdy już Lucas otrząsnął się dostrzegł wyraz twarzy strażnika. Oddychał głośno, był wściekły, prawie jakby zwariował. A jego oczy przechodziły na przemian nerwowo z grymasu agresji do stanu, jakby zaraz miał się rozpłakać.
- Co wiesz... o Sarze?! Gadaj łachudro! - starzec uderzył nim mocniej o ścianę, na szczęście głowa Lucasa nie dosięgnęła kamienia. - Gdzie jest moja... malutka... Sara? GDZIE ONA JEST?!
Ilość negatywnych doświadczeń w tak krótkim czasie, zarówno psychicznych jak i psychicznych, wykończyłaby z pewnością nie jednego, a pomimo to Lucas dalej był przy żywych. Już teraz najgorszy ból wydawał się mu niczym nowym i przestawał wierzyć w to, że może doznać jakiejkolwiek ulgi. Wtedy to poczuł nagle coś... przyjemnego? Coś połaskotało go po nodze, wywołując taki miły rodzaj dreszczu. W przerażeniu, że coś stało mu się z nogą Szakal spojrzał w dół. Tam dostrzegł ciemno ubarwionego kotka, który ocierał się o niego i pomrukiwał beztrosko. Dziwny sobie wybrał czas na pieszczoty doprawdy... Ale wtem Lucas odczuł coś jeszcze. Od nogi, przez tors aż po każdy palec u każdej kończyny poczuł przypływ witalności. Nagle też rozjaśniło mu się w głowie a zmysły zdawały się wrócić do pełnej funkcjonalności. W dodatku nasz iluzjonista poczuł coś, czego nie odczuwał od zdaje się bardzo dawna... Przypływ sił magicznych. Miał wrażenie, jakby natchnęła go niesamowita siła, pozwalająca mu na rzucenie przynajmniej jednego zaklęcia.

Komandoria Zakonu Sakira

109
POST POSTACI
Lucas
Chłop jak ruszył pewnie do niecnego dzieła to niestety został po swym niedoszłym, ostrym pożegnaniu zatrzymany w sposób gwałtowny, bo zaraz po paru chwilach znalazł się praktycznie w kleszczach postawnego dryblasa w metalu. Czy był podniesiony do góry to nie wiedział, bo jego mózg z odciętym na moment tlenem nie potrafił przetworzyć tej informacji. Wiadomym było natomiast to, że Lucas pozostawał czerwonym przez cały okres trwania duszenia, a do tego nieprzyjemny materiał rękawic wbijający się w jego szyję sprawił, że skóra przy karku czarownika nieźle się obtarła. On chrząkał i starał się wydostać z uścisku podczas gdy zebrana śliną do splunięcia w inspektora wypływała łuną po policzku na kurtkę hultaja, a mężczyzna w ten sposób sprowadził na siebie ten okropny widok zabrudzonej odzieży płynami z ust. Na jego szczęście lub też odwrotnie - został wypuszczony, a następnie skierowany rozkazem z powrotem do zapyziałej celi w ziemi. W zasadzie nie zapamiętał słów, ponieważ musiał po oparciu o krzesło dojść do siebie, a zmysły kanciarza zwariowały na jakiś czas. Prawie wywrócił się na krzesło, jednak równowaga została przez niego koniec końców zachowana. No i co teraz? Tak się pożegnał z głównym prześladowcą w jego mniemaniu. Barker został rzucony na pastwę losu, a poprzez brak sojuszników raczej nikt nie był w stanie mu pomóc. Maszerował jako właściwie martwy człowiek. Nawet bogowie mu nie sprzyjali, gdy pozostawał samotnym w świecie przepełnionym tragedią oraz drapieżnikami, którzy czekali tylko na jego sekundę słabości, co miało miejsce… Choć czy na pewno?

Nagle stanął ze starcem w okolicy zepsutych od grzyba czy czegokolwiek innego drzwi, a wzrok Szakala powrócił do powiedzmy pożądanej normalności. Zaczął rozpoznawać kształty tak, jak został otrząśnięty z letargu, a oddech maga powoli stawał się umiarkowanym. Nadal nie odczuwał wielkiego komfortu, aczkolwiek pieprzony mózg z pewnością pozostawał mu wdzięcznym za możliwość dalszego funkcjonowania. Nierównym krokiem pokonał ten próg, po czym z jakiegoś powodu po jego zamknięciu został… nagle przybity do ściany przez starego pryka. Karmazynowy pod kątem włosów hazardzista wpadł w szok, otwierając nagle oczy niczym przy wciąganiu kreski jakiś mocnym ziół. To może jednak nie był sen? Ból pozostawał prawdziwym, a teraz to… Strażnik gruchnął nim o ścianę poprzez barki, szczędząc mu chociaż urazu głowy. Nadal zaskoczony zlustrował uważniej jego oblicze, spluwając na ziemię obok ich sylwetek. - Nie wiem gdzie ona jest, gościu… Była w tamtej karczmie kobieta o tym imieniu. Na pewno nie dziecko... - skąd miał wiedzieć czy przypadkiem staruch nie ma ataku wspomnień, a więc myśli w szale o kimś zwyczajnie innymi kto nosił to samo imię? Cholera wie. Najgorsze w tym wszystkim było to, że Lucas prawdopodobnie położyłby emeryta na glebę przy wolnych dłoniach za fakt naruszenia jego przestrzeni osobistej w ten sposób. Póki co nie miał ku temu dobrej okazji, pozostając w potrzasku. I znowu został gruchnięty! Dziad postradał zmysły czy co?! - Jeżeli chcesz ją odnaleźć to mogę ci w tym pomóc, tylko musiałbyś ze mną bardziej współpracować niżeli chcieć mnie przesłuchać po raz drugi. Inaczej będzie źle… Możliwość ucieczki wchodzi tutaj w grę. - wyszeptał podczas gdy jakby zupełnie poza kontekstem coś się uczepiło do jego nogi, co dotykiem nie przypominało materiału spodni aktualnie szalonego nadzorcy celi. Pojawił się czarny kot. A te przecież przynoszą pecha. To dlaczego otarcie się grzbietem o ciało czarodzieja ten poczuł niebywały przypływ energii? Stał się taki… silny. Zacisnął pięść, zdobywając pokłady mocy jakoby gotowy do reakcji, ale wolał poczekać. Co mu po nagłym zabiciu Sakirowca jak nie zdoła opuścić tej Komandorii? Musiał być pewien czy starzec pójdzie na układ. W przypadku ofensywy lub chęci zabicia Lucasa ten zapewne coś wymyśli do obrony z odzyskaniem władzy we własnych umiejętnościach magicznych. Iluzja samobójstwa strażnika, wywołująca u niego nagłą panikę? Oślepienie? Manipulacja do otwarcia kajdan? A zatem niech przedstawienie się zacznie! Drugi akt, do dzieła!
Głos

Muzyka

Komandoria Zakonu Sakira

110
POST BARDA
Choć z początku bolesnym było przybicie do ściany przez starego strażnika to im dłużej czarny kot łasił się o Lucasa tym ten czuł się coraz lepiej, a ból już tak nie doskwierał. Przyjemne mrowienie przechodziło przez całe jego ciało. Mężczyzna zaczął lepiej widzieć w ciemności, jego słuch nie był już tak otępiały, a węch... tak, zdecydowanie węch miał się lepiej, bo dopiero teraz Lucas był w stanie powiedzieć, że w lochach śmierdzi zeschniętymi szczochami. I zdecydowanie nie były one wyłącznie kocie.

Jakby odczuwania ulgi było mało to strażnik w pewnym momencie przestał napierać na Szakala i odstąpił od niego dwa kroki, patrząc się na niego z lekką konsternacją i nieufnością. Trzymał wciąż Lucasa przy dybach za łańcuch, jednak zaciskał swoją pięść mocno, jakby miała być śliskim węgorzem i miała w każdej chwili się wysunąć.
- Ucieczka? Nie... ale, hm... - mężczyzna trochę sapał. Barker mógł teraz dostrzec, że ten akt niebywałej siły kosztował starszego rycerza dużo energii. - Od 35 lat wiernie służę Zakonowi. Nigdy żadnego... wypadku. Skąd mam wiedzieć, żeby ufać byle szui, że mi pomoże, hmm? Przy najbliżej okazji zostawisz mnie i zwiejesz!


Kot odsunął się od nogi Lucasa, a wraz z nim odeszło uczucie błogiego ciepła rozlewającego się po całym ciele. Niemniej ostrość zmysłów i siły magiczne nasz iluzjonista wciąż wyczuwał. Zwierzątko zatoczyło krąg i z podniesionym ogonem odeszło lekko na bok i przycupnęło na tyłku, jakby obserwując konfrontację dwóch mężczyzn. Co ciekawe, strażnik zawał się nie dostrzegać kota. Może wiek mu nie pozwalał dostrzec na tle słabo oświetlonych ścian? Albo po prostu nie zwracał nań uwagi.
Ostatnio zmieniony 14 paź 2021, 23:20 przez Truskawa, łącznie zmieniany 2 razy.

Komandoria Zakonu Sakira

111
POST POSTACI
Lucas
Coraz bardziej zaskakiwała Lucasa sytuacja z kotem. Tak jak wierzył w fakt, że bogowie się od niego odwrócili to coś nad nim wisiało czy też się o niego ocierało. Magiczne stworzenie? Nie było to niemożliwe, ale co robiło w środku stolicy, gdzie pełno kręciło się żołnierzy zakonu? Zastanawiające, choć Szakal w tym momencie nie chciał się całkowicie zatracać w błogim stanie i wspaniałym działaniu nieznajomego zwierzęcia. Być może mężczyzna miał więcej szczęścia niż rozumu, choć wszystko miało swoje złe strony. Otumanienie pozwalało w istocie zapomnieć o brzydkich woniach tutejszego więzienia. Teraz niczym świeżo wzięty człowiek z ulicy po kojącej kąpieli odczuwał przekleństwo miejsca, które niegdyś go gościło - o ile to tak rzecz jasna można nazwać, bo gościna była daleka od tej oczekiwanej w ciepłej gospodzie z dobrym jadłem oraz wspaniałymi trunkami. Poprawił po uwolnieniu płaszcz, oblepiony aktualnie jakimś brudem ścian oraz ziemi, starając się zachować resztki godności w miarę nadchodzącej szansy. Czemu w sumie zasłużył na coś takiego? - Nie masz powodu, by mi ufać czy zawierzać życie swojej córki. Tutaj masz całkowitą rację. Jestem jednak pewien, że świetnie sama sobie radzi. Szczególnie po tym, jak otumaniła kilkoro ludzi podających się za członków organizacji. - odparł nieco zmęczony byciem ciągle popychadłem, a doba czy dwie pośród zimnych, smutnych ścian z nieprzyjemnymi twarzami rycerzy wprawiała go w depresję. Wszak był gotów rzucić wszystko na jedną szalę, obrażając całokształt twórczości kasty Sakira przed egzekucją. Jednak coś się zmieniło. Ktoś chciał go teraz słuchać, toteż nie na byle jaki temat.

Barker nabrał odrobiny pewności siebie po pewnego rodzaju załamaniu nerwowym, gotując się do przekazania części zamiarów starszemu od siebie gościowi. Kolejne zaskoczenie pod kątem tego, że pracownik lochu nie okazał się bezmyślną maszyną do wykonywania rozkazów. Oczywiście chodziło o jedną z domniemanie najbliższych mu osób, ale to wciąż coś. - Zapewne nie uciekła daleko, bo kręciła się w przy dzielnicy biedoty, w izbie tego Thomasa Wiercipiętki. Pan mnie przesłuchujący kilka minut temu mówił, że ją sobie zmyśliłem… Tutaj chyba możesz uwierzyć, że skoro mój opis zgadza się z aparycją twej pierworodnej to nie jest to czysty przypadek, tak jak imię tej kobiety? Mogę przynajmniej przysiąść na moje życie, że żadne z tych słów sobie nie zmyśliłem. To nie miałoby prawa bytu. - odstąpiony na krok od sylwetki celnika westchnął, rozstawiając nogi w przyjemniejszej pozycji. Wyciągnął prawicę w jego kierunku, lecz z pewną dozą niepewności, aby nie rozwścieczyć umęczonego staruszka. - Słuchaj, słyszałeś to tysiąc razy i tak dalej, jednak ci powtórzę jeszcze raz w sprawie mojego zatrzymania… Zabiłem tych biedaków w samoobronie. Magia wypływała z powodu działania zaćmienia, a także twojego dziecka. Chcesz mnie nazywać szują? Okej, nie ma sprawy… Nie będę na siłę ciebie przekonywał do siebie. Pragnę jedynie, abyś zastanowił się kilka razy nad tym, czemu służysz temu zakonowi i czy rzeczywiście służysz tym “dobrym”. - w przypadku, gdyby miał jeszcze możliwość to by położył dłoń na ramieniu jegomościa. Tak w miarę możliwości, bo nic nie czyniłby na siłę przy tak napiętej atmosferze. Wszystko zależało od reakcji weterana.

Używając własnego daru przekonywania, wpatrywał się w oblicze zmęczonych, pomarszczonych policzków faceta, które nieco przysłaniały pełną głębię jego oczu. Iluzjonista przybrał nieco przejętą twarz, toteż charyzma pozwalała mu na wiele. Czarownik korzystał, póki się dało z opcji obrócenia tego na swoją korzyść. - Sara będzie ciebie potrzebować, jeżeli szczególnie rozpoczną poszukiwania jej osoby. Nawet jeśli mi nie uwierzyli to będą chcieli się upewnić. Ona jest magiem… Nie skończy się jej los lepiej od mojego, jeżeli mi nie udzielisz pomocy. - prawie żółtymi oczami wbił swe spojrzenie na gałki oczne strażnika, tym razem wyraźniej w powadze. - Musiałbyś mi zaufać, bo zamierzam ci pomóc. Nie jestem bezdusznym stworzeniem, wiedzionym jedynie zyskiem… Powiedz mi jednak co mam zrobić, aby zaskarbić sobie twą wiarę? - zapewne nie uczyniłby w ten sposób, gdyby nie potrzask, w którym bawidamek się znalazł. Czy posiadał w sobie krztę ludzkich odruchów? Być może, choć trudno powiedzieć po niedawnych akcjach, które miały miejsce. Był zagubiony, to na pewno. Jednak być może teraz nadszedł czas jego odkupienia, gdy nieznana energia w formie mruczka stała się obserwatorem takiej przemiany. W istocie ciekawym, że czarny dachowiec pozostawał widocznym tylko dla użytkownika magii. Ten prawdopodobnie miał podejrzenia czemu tak się dzieje, aczkolwiek tożsamości bytu nie miał prawa znać.
Głos

Muzyka

Komandoria Zakonu Sakira

112
POST BARDA
Strażnik podniósł jedną brew do góry gdy Lucas powiedział, że jego domniemana córka kogokolwiek otumaniła, jakby łącząc niedowierzanie z trudnością wyobrażenia sobie takowej sceny. Jednak odczuwający powrót sił witalnych magik czarował go, wydawać by się mogło, idealnie. Nie też przy użyciu zaklęć, a zwyczajnej retoryki, z twarzy starszego mężczyzny z sekundy na sekundę spełzały rozsierdzenie i nerwowość, ustępując miejsca faktycznemu spokojowi i wsłuchaniu, co idealnie odwzorowywał jego wolniejszy oddech. Choć nawet teraz zdawał się trochę sapać, jakby oddychanie przez nos mogło sprawić mu kłopot.
- Że nie łżesz to widzę po twoich słowach. - odezwał się rycerz swym lekko zmęczonym przez wiek głosem. - Znam Wiercipiętkę, choć nie aż tak dobrze... Było mi wiadomym, że prowadzi karczmę. Podobno bardzo serdeczny, ciepły człowiek. Szkoda, że z jego karczmy został popiół. A Sara... tak...

Gdy Szakal wyciągnął do niego dłoń mężczyzna początkowo odsunął się od niej jednym drobnym krokiem, łudząco przypominając odruch lekko przestraszonego zwierzęcia. Słuchał jednak jego słów o obronie przed żebrakami uważnie, bez widocznego cienia pogardy, jak miało to miejsce jeszcze niedawno w sali przesłuchań. Choć gdy padło sformowanie o służeniu "tym dobrym" strażnik wydał z siebie dźwięk, którego Barkerowi nie dane było jeszcze od niego słyszeć - krótki pomruk śmiechu.
- Aj wy młodzi i to wasze "dobro", czy "zło". Życie, szczególnie w Saran Dun, jest trochę bardziej złożone niż to. Bardziej, niż chce wierzyć w to Zakon, Aidan, czy nawet... - niespodziewanie mężczyzna urwał, choć nie miał ku temu żadnych podstaw. Nic nie przerwało mu wypowiedzi, żaden odgłos czy błysk, jednak ten i tak dość podejrzliwie spojrzał w stronę drewnianych drzwi przez które nie tak dawno przeszli.
- Powinniśmy się ruszyć. Chodź.

Lucas wreszcie oderwał się od ściany i zgodnie z poleceniem swojego nowego znajomego zaczął iść w kierunku swojej dawnej celi. W odróżnieniu jednak od poprzedniej konwencji ich "spacerów" iluzjonista szedł nie przed a obok strażnika, równym i wolnym krokiem. Tym tarem tempa nie wyznaczał podły stan pana Barkera, bo ten czuł się na tyle świetnie, że gdyby nie okowy mógłby nawet biec. To strażnik kroczył wolno, jakby wymuszając by ich wspólna rozmowa mogła trwać jak najdłużej. W dodatku mężczyzna trzymał łańcuch w jednej ręce, nie ciągnąc więźnia, co dużo bardziej uprzyjemniało wymianę zdań. Co jakiś czas podczas kolejnych wywodów Lucasa patrzyli na siebie, a ugodowa aparycja przywdziana przez Szakala zdawała się działać prawidłowo na duszę biednego starego ojczulka. Choć czasem strażnik zdawał się chcieć przerwać Lucasowi wpół słowa to jakby nie robił tego, powstrzymując się aż ten skończy.
- Dziwnym jest to, co do mnie mówisz. Sara... magiem? Ona nie była magiem. Oczywiście, mogło się to zmienić, nie widziałem jej od chyba... - głos mu się załamał. Lucas mógł zaobserwować, że z trudem powstrzymał łzy. - Ale to nie ma sensu. Ona przecież nienawidziła czarodziejów i magii odkąd pamiętam. Wszystko przez jej tę nieszczęsną przypadłość.
- O zaufanie w lochach pełnych normalnie od przestępców trudno, więc wybacz że nie udzielam Ci go ochoczo... ale możemy zacząć od czegoś prostego. Jak "tak naprawdę"się w końcu nazywasz? - staruszek przełknął ślinę. - Ja jestem Ernest.

Komandoria Zakonu Sakira

113
POST POSTACI
Lucas
Widać, że dobry kierunek rozmowy został obrany przez przedstawiciela kasty utalentowanych magicznie ludzi. O ile w istocie Lucas był człowiekiem, gdyż niektóre jego cechy wyglądy wskazywały na to, jakby używanie czarów go w pewnym stopniu spaczyło. Pewnie młokos nie zdawał z tego sobie większej sprawy lub nie odczuwał żadnych efektów ubocznych z tym związanych. W tej chwili przyglądał się uważnie ruchom strażnika po tym, jak przedstawił mu bardzo przyjazne nastawienie i liczył, że drugi mężczyzna odbierze to jako konkretne zaproszenie do podjęcia kooperacji. Udało się. Barker był poniekąd zaskoczonym jak łatwo dało się niektórymi ludźmi manipulować, nawet jeżeli to nie należało do głównego motywu iluzjonisty w sprawie poczynienia takich kroków. Uśmiechnął się delikatnie na znak ciepłego przyjęcia do wiadomości, że jednak mag nie łże niczym najgorszy pies na świecie. Akurat Szakal nie lubił tego określenia, bo pies i kłamstwo w tym znaczeniu brzmiało jak okrutny oksymoron. - Nie obchodzi mnie teraz Thomas. Otruł mą osobę swoim specjałem, sprzedając jakąś truciznę pod przykrywką zacnego trunku. Straciłem do niego zaufanie. - wypowiedział się krótko, podsumowując po raz drugi jego odczucia względem grubego właściciela oberży. Czarownik należał do tych osób, którym jak widać pamięć pod kątem krzywdy nie zawodziła. Hah! Gdyby miał szansę teraz to by mu jeszcze przypierdolił porządnie za te zeznania. Nic tylko wykopać grób dla prawdziwego zawadiaki.

Zakon, zakon, zakon… Służymy, bo nam płacą - tak to widział w swoich oczach hazardzista. Słowo “dobry” bez wątpienia nie mogło pasować do każdego pojęcia w kwestii szeroko pojętej moralności jaką znamy. Organizacja miała swoje zasady, którymi się kierowała, lecz wciąż pozostając pod przykrywką działania w dobrej sprawie. Niestety na przekór jakimkolwiek ideałom stały pieniądze, a te jak wiemy w dużej mierze kierowały światem. Sakirowcy mogli tworzyć obraz sielanki oraz rozkwitu stolicy w przemówieniach z ogłoszeniami, aczkolwiek smutna, szara rzeczywistość bardzo szybko i dokładnie zweryfikowała to jak naprawdę było. Wbrew pozorom nie dali rady oszukać wszystkich mieszkańców, aczkolwiek z powodu różnicy w potędze takie jednostki milczały. I w ten oto sposób trafili na taką dyskusję, gdzie Lucas jedynie uśmiechnął się połowicznie. - Urodziłem się w Saran Dun. To miasto nie zmieniło się od mego dzieciństwa. Ciągle widzę ten sam brud oraz korupcję, nawet kilka lat od mojej ostatniej wizyty. Nie ma co liczyć, że władza wraz z zakonem są w stanie pochylić się nad ludzką krzywdą. Za wieloma przyrzeczeniami kryją się prawdziwi wrogowie, drogi przyjacielu… A rozchodzi się przede wszystkim o przygotowanie do walki z Nowym Hollar. - ile było prawdy w opinii przystojniaka to ciężko powiedzieć, choć pewnie ziarno się tam znajdowało. Poprawił swój płaszcz, starając się rozmasować barki dłonią. Dotyk kamieni nie był zbyt przyjemny z całą pewnością. Zgodnie ze słowami starca ruszył za nim, już nie tak uciśniony jak poprzednio. Facet o karmazynowych włosach odetchnął z taką lekką ulgą.

Maszerowali sobie godnie przed siebie pomiędzy słabo oświetlonymi murami lochów, co raz włączając się wypowiedziami odnośnie tematu córki pilnującego więźniów. Ruchy młodego wojownika zdawały się być zgrabniejsze niż wcześniej. Pomoc kota czy czymkolwiek było to coś, okazała się niezwykle potrzebna. A tak przy okazji gdzie ten kot sobie pokicał? Cholera wie. Póki co Szakal skupił się na rozmowie z jegomościem o tytule rycerskim. Taki posiadał czy nie? - Wiem tyle, że Sara jest niemową. Była w izbie z podobno swoim mężem - Williamem. Znam gościa, lecz nigdy mi nie wspominał, że jest z nią… To dla mnie bardziej dziwne. - podrapał się po czole w miarę możliwości nieco zagmatwany całym zajściem, na które aktualnie patrzył w myślach niczym przez mgłę z powodu upojenia alkoholem wraz z magią. - Może moje zmysły zwariowały od tego przeklętego zaćmienia, lecz usłyszałem kobiecy głos w mej głowie… Była to Sara. Albo ja zwariowałem całkowicie wczoraj lub oboje nie poznaliśmy do końca tej dziewczyny. To wskazuje na pewien rodzaj magii. Choć ja bym z chęcią ją poznał… Nieźle wygląda… Mógłbym ją nawet… - tutaj przysłowiowo czarownik ugryzł się w język, aby nie rozjuszyć ojca młódki. Wszyscy dobrze wiemy co łączy piękne przedstawicielki płci przeciwnej z tym amantem. Skrzywił się zadziornie, przygryzając wargę na myśl o spędzeniu z nią nocy. Zapomniał jednak o tym szybko, bo potrzebował skupienia. Szedł niewzruszony, gdziekolwiek go gość prowadził. Mogli przynajmniej zacząć od jakiejkolwiek poprawy relacji. To już coś. - Rozumiem… Nazywam się Lucas Barker, lecz nigdy nie poznałem mojego prawdziwego imienia. Zostało mi nadane przez przybranych rodziców. - rzekł bez emocji w głosie, jakby go to w ogóle nie wzruszało. Nie wiedział do końca kim jest, lecz zbudował swój charakter. W mniemaniu kanciarza to najważniejsze, bo czemu miałby przejmować się pochodzeniem? Nie czekały na niego pałace czy majątki biologicznych rodziców, czyż nie? Zerknął kątem oka na Ernesta, uważnie go obserwując. Konserwował zebraną energię od zwierzęcia. Zamierzał ją użyć dopiero w sytuacji krytycznej. Kto wie, może jak szaleniec stanie przy szubienicy czy stosie to wykręci jakiś spory numer. - Sara nienawidziła magów powiadasz? Ktoś ją skrzywdził? Była pewna siebie jak ją spotkałem. Rozumiem, że przepracowała traumy, lecz… bez twojego wsparcia. - westchnął odruchowo na myśl o kolejnej rozbitej rodzinie. Aż nie chciał na ten temat rozmawiać, lecz czy miał wyjście? Bez pomocy dziadka mógł tutaj gnić dalej.
Głos

Muzyka

Komandoria Zakonu Sakira

114
POST BARDA
Sakirowski strażnik, który teraz przedstawił się jako Ernest, pociągnął nosem przysłuchując się słowom Lucasa na temat i wspólnego znajomego karczmarza. Szakal jednak mógł z jego twarzy odczytać pewnego rodzaju niedowierzanie, gdyż posiwiała i niejednolicie krzaczaste brwi jego rozmówcy zbliżyły się do siebie niczym dwie rosłe gąsienice dążące do zderzenia czołowego.
- Thomas? Otruł? Szczerze wątpię, ten tłuścioch muchy by nie pacnął. To znaczy, o ile go coś nie sprowokuje, a patrząc na Ciebie to... - strażnik ugryzł się w język, widocznie zdając sobie sprawę, że nie należy obrażać osób oferujących mu pomoc w znalezieniu zaginionej córki. - Przepraszam.


Choć do odoru szło już przywyknąć to ponura aura i braki w oświetleniu wciąż nie napawały Lucasa entuzjazmem. Z panującej tu wilgoci można było prawie chłeptać wodę przez słomkę. Można było przypuszczać, że dla każdego obecnego w lochach oddychanie nie przychodziło z komfortem. Jednak wtem Lucas zdał sobie z czegoś sprawę. Oprócz odgłosów typowych dla podziemnych kamiennych lochów nie zaznawał tutaj dźwięków świadczących o obecności kogoś jeszcze niż ich dwójka i kot. Żadnego krzyczenia, charczenia, jęków, płaczów - nic. Gdy tak przechadzali się przez długi korytarz Lucas był w stanie raz na jakiś czas zerknąć w zakratowane doły służące tu za cele. I choć panujący półmrok nie pozwalał na dostrzeganie szczegółów to mężczyźnie wydawało się, nie cele te są puste. Przynajmniej te w które zerkał.
Strażnik ze skupieniem wsłuchiwał się w opowieść Szakala o spotkaniu z Sarą, czasem nawet stawał na chwilę w miejscu, jakby potrzebował chwili statyczności na przyswojenie podawanych mu informacji. Było to dla niego widocznie dużo, bo nawet nie zareagował na niedoszłe nieprzyzwoite wtrącenie Lucasa na temat tego, co mógłby z ową kobietą zrobić.

- Cóż... nie do końca ją skrzywdzono. Powiedzmy, że nie była w stanie protestować przed ceną, którą przyszło jej zapłacić za to, że w ogóle się pojawiła. - Tym razem Ernest przystanął na dłuższą chwilkę, by poprawić zsuwający się z mu z biodra skórzany pas na którym wisiał pęk kluczy. Siłą przymusu, bo w końcu dalej był na łańcuchu, i Lucas musiał się zatrzymać. W tym poprawianiu swojego rynsztunku mężczyzna mówił dalej.
- Gdy moja żona była w ciąży gorzej się poczuła. Nie pracowałem wtedy dla Zakonu, więc o wsparcie medyczne było ciężko. Pewnego wieczora... przyszła kobita. Czarodziejka jaka. Powiedziała, że jest w stanie uzdrowić dziecko, ale że zabierze jej to, co ma najpiękniejsze. Żeśmy się bali straszliwie, ale byliśmy też zdesperowani. No to się zgodziliśmy, bo chcieliśmy mieć swoje pierwsze dziecię. Dopiero po czasie wyszło, że widźma ta zabrała jej... głos. - Ernest poprawił już co miał poprawić oboje ruszyli w dalszą część "spaceru". - Od tamtej pory nie za bardzo ufam magikom, toteż jak Sakirowcy szukali kogoś do pilnowania cel to żem się zgłosił. Rycerza ze mnie nie zrobią ale przynajmniej jest za co wyżyć.

Reszta drogi zeszła im na bardzo krępującej ciszy. Słuchanie o rodzinnych tragediach nie nastawiało Lucasa zbyt pozytywnie a Ernest najwidoczniej sam zmarkotniał pod wpływem odgrzebanych wspomnień. Z pewnością w tej historii działo się dużo więcej, ale starzec wydawał się osoba bardzo prostolinijną, ale nie mniej przejmującą się tym wszystkim, co się wydarzyło. Ostatecznie zatrzymali się przy jednej z krat, która najwidoczniej była wcześniejszą celą Szakala. Ciężko było mu to stwierdzić, skoro wszystkie wyglądały tak samo a on sam był z niej wyciągany na wpół przytomny. Strażnik więzienny podszedł do misternego mechanizmu wbudowanego w ścianę i pociągnął wajchę, która odsunęła kratę od dziury w ziemi. Lucas mógł się teraz spodziewać, że zostanie mu przymocowany łańcuch do dybów i zostanie spuszczony na dół. Mógł się tego spodziewać gdy Ernest zaszedł za nim i usłyszał skrzypnięcie metalu. Jednak wydarzyło się coś, czego się nie spodziewał. Poczuł, jak nagle jego pęta rozluźniają się, a metalowe kajdany zza jego pleców i z jego nóg po prostu puszczają i uderzają o ziemię, dając pożądaną od tak dawna ulgę jego stawom. Staruszek spojrzał głęboko w oczy Lucasa i przyjął bardzo poważny ton.
- Wiem, jak się przedostać z podziemi niezauważonym. Jest pewien tunel który wiedzie do kanałów a stamtąd na Dolne Miasto. Naszego zniknięcie nawet nie zauważą, wszyscy Sakirowcy zajmują się teraz chaosem który rozszalał się podczas zaćmienia, nikt nie odwiedza tych lochów od dwóch dni. - Ernest przełknął ślinę. Widać po nim było narastający stres. - Proszę, nie zawiedź zaufania zrozpaczonego ojca, jesteś moją ostatnią nadzie~


Nie dane było mu dokończyć tego ostatniego słowa bowiem z przeciwległej strony lochu, przeciwnej do tej z której przyszli, rozległ się hałas otwieranego mosiężnego zamka i skrzypienie drzwi. Ernest wyraźnie się przestraszył aż do bladości.
- Co jest... Cholibka! Do celi, szybko! Łap za łańcuch, spuszczę Cię!

Lucas Barker zaskoczony obrotem sytuacji nawet nie zdążył zaprotestować, a sam Ernest popchnął go lekko w stronę dziury i zwisającego doń metalowego łańcucha. Młodzieniec złapał się go z nie małym trudem, bo dłonie miał jeszcze nie przyzwyczajone do chwytania czegokolwiek. Następnie strażnik kopnął leżące na ziemi metalowe okowy w stronę dziury a te poleciały w dół aż odbiły się od podłoża tępym dźwiękiem. Ernest podszedł do wajch obsługujących mechanizmy celi. Lucas zaczął zsuwać się w dół, zapadając się coraz głębiej objęcia ciemnej celi. Jednak tym razem był w stanie swobodnie stanąć na jej dnie o własnych siłach. Nad jego głową zasunęła się kratą dziura stanowiąca jedyny dostęp światła. Na chwilę owe światło przysłoniła okrągła, zakapturzona twarz Ernesta, jakby się upewniał czy wszystko w porządku, lecz gdy rozległy się ciężkie kroki metalowego obuwia mężczyzna zniknął z pola widzenia Lucasa. Po chwili dało się usłyszeć rozmowę.
- Jak tam nasz więzień? Już po przesłuchaniu? - dał się słyszeć brzmiący jak cynowy dzwon głos, niepodobny do żadnego innego, który dane było słyszeć Szakalowi podczas swojego pobytu w Komandorii Sakira.
- Yy tak jest, prze pana. Właśnie wprowadziłem go do celi. - odpowiedział głosowi Ernest.
- Ech, to sobie chłopaczyna tam trochę posiedzi. Ale trudno, może w międzyczasie trochę zmięknie. Weź pójdź mu po obiad. Nie mam ochoty wyciągać znów spod ziemi wychudzonych trupów na lince.
Metalowe buty poszły sobie dalej, a gdy tylko ich odgłosy stały się mniej słyszalne Lucas ponownie ujrzał górze łepetynę Ernesta. A przynajmniej jej zarys.
- Zaraz wracam, pójdę Ci po posiłek. - rzekł do niego półgłosem po czym zniknął.


I tak oto Lucas Barker ponownie znalazł się miejscu, którym jeszcze nie tak dawno się przebudził. Chociaż, trzeba to przyznać, znajdował się tu w dużo lepszym stanie niż na początku. Miał oswobodzone kończyny, somatycznie nic mu nie dolegało a pokłady magiczne wciąż buzowały mu w członkach. Jedyne co to pobolewały go mięśnie przez przebywanie w niewygodnych okowach, które teraz leżały na ziemi przed nim. W dodatku wspomnienie o "obiedzie" rozbudziło jego trzewia i nieprzyjemnie w swym odgłosie burczenie.
No i zdecydowanie też lepiej widział w ciemności. Mógł dostrzec wcześniej wspomniane dyby, kamienne ściany celi, piaszczyste podłoże oraz.. Zaraz, czy jemu się nie przywidziało? Lucas przetarł oczy w niedowierzaniu... Tu na dole, na dnie głębokiej ciemnej celi, znajdował się z nim kot. Ten sam, który wcześniej się się ocierał o jego nogi. To nie było złudzenie. Zwierze wgapiało się w iluzjonistę swoimi przebijającymi mrok ślepiami, jakby wyczekując jego reakcji.

Komandoria Zakonu Sakira

115
POST POSTACI
Lucas
Ich dysputa na temat Wiercipiętki mogłaby zapewne trwać wieczność, bo wypowiedź Ernesta w żaden sposób nie przekonała Lucasa, który twardo stał przy swoim. Nie sądził, że jedynie zaćmienie wywołało u niego niesamowite bóle żołądkowe wraz z utratą przytomności. Spożycie trunku kiepskiej jakości co najmniej wpłynęło na poprzedni stan sprzed wielu godzin. Prawdopodobnie miły komplement należał wtedy do części kurtyny zwanej uprzejmością klienta wobec oberżysty. Smak nie odróżniał się od większości szczochów z dzielnicy biedoty, ale na co mógł narzekać wypłukany z funduszy Barker po ostrych libacjach pośród elfich braci w Nowym Hollar? No i te siostry-markizy trochę kosztowały, co poradzić? Na wypowiedź machnął ręką nieprzejęty, jakoby definitywnie słyszał gorsze wyzwiska wygłoszone z pełną premedytacją. - Eh, ty stary złamasie. Dobrze, że córka wzięła więcej wdzięków od twej żonki. Mam nadzieję, że była ślubna. - dodał zadziornie z uśmieszkiem, lecz akcent z którym to pokierował w stronę starca sprawiał, że dziadek miał możliwość odebrać to wyłącznie jako przyjazne zgrywanie się cwaniaczka w łańcuchach. Przeprosiny naturalnie zostały przyjęte przez iluzjonistę, aczkolwiek wydawało się, że w tej sytuacji były zupełnie niepotrzebne.

Dalej w jakiegoś powodu znowu obserwował środowisko, które zdołał w pewnym sensie poznać po spacerach pomiędzy wilgotnymi murami podziemia. Sprawa wyglądała na bardziej podejrzaną, odkąd odzyskał wszystkie zmysły dzięki czarnemu zwierzęciu. Jakim cudem pomimo panującego wokół chaosu związanego z tymi podpaleniami, magicznymi wyładowaniami czy pojawianiem się podszywających rycerzy, mężczyzna nie odnalazł swymi oczami żadnej żywej duszy skazańca? Czyżby on jako ostatni oczekiwał na egzekucję albo tortury godne najgorszego przeciwnika społeczeństwa Saran Dun? To niemożliwe. To budowało aurę kompletnie porzuconego więzienia, gdzie zwyczajnym “niefartem” znalazł się pokrętny bawidamek. W końcu nie tylko Szakal czarował w okolicy, a te niecodzienne tragedie miały miejsce w wielu częściach miasta jak słyszał. Po prostu wpadł jak śliwka w kompot. Nie zamierzał nie mniej jednak tym zawracać głowę ojcu Sary, ponieważ weteran tutejszych stróżów prawa możliwie wiedział niewiele więcej niż on przy tak zamkniętej pracy w jakiś piwnicach zakonu. Dodatkowo liczy się przede wszystkim przetrwanie, toteż nie próbował nawet przypadkiem dać amunicji prykowi do odrzucenia propozycji maga. Zamknął gębę na kłódkę tutaj, jedynie kręcąc nosem na otoczenie. To fascynujące jak burza zmysłów w trakcie wyczerpania organizmu potrafiła zamaskować tak oczywiste rzeczy. Cicho i pusto niczym w niejednej gospodzie o tej porze przerażającej plagi czerwonego nieba.

W kolejnym rozrachunku ich długa, niezręczna wręcz przerwa w rozmowie została ku uciesze tej pary zaburzona, a inicjatorem okazał się wspomniany wyżej sługa Sakirowców. Przystanął w miejscu do złapania oddechu zapewne, a zatem przystojniak o karmazynowych włosach nie miał zbyt wielkiego wyboru. W innym wypadku wylądowałby na glebę z hukiem, a tego przecież nie chcieli. Próbował jedynie w międzyczasie nieco poluźnić okowy na wysokości kostek oraz nadgarstków, ażeby nadać sobie komfort. Nie spodziewał się jednak zupełnie, że przy stanięciu otrzyma pełen wypas dla klienteli lochu w postaci zdjęcia mu niezręcznych kajdan, Lucas otworzył szerzej swe ślepia, wsłuchując się przez chwilę w dzieje tamtej pięknej niemowy. I tak ciekawy mechanizm przy ścianie go oswobodził. I humor mu się automatycznie poprawił z w miarę dobrego na zadowalający. - Dzięki. - skinął głową, westchnąwszy w ulgą. To się nazywa życie! Z dala od niewoli despotycznej władzy! - Magik magikowi nierówny, chłopie. Rozumiem twoją niechęć, aczkolwiek jako ktoś z bagażem doświadczeń na karku nie powinieneś oceniać książki po okładce. Nie wierz propagandzie organizacjom, które chcą w głównej mierze zysku od władcy. - dał mu wskazówkę z przyjęciem wiadomości do siebie, przy czym był rad faktu, że chęć chędożenia Sary umknęła uwadze Ernesta. Podrapał się po brodzie odruchowo. - Wygląda jakby to w istocie należało do jej przekleństwa. Wybacz, stary… Nie myślałem o tym w ten sposób. Słuchaj, tak jak mówiłem - pomogę ci. - brzmiał wręcz poważnie jak na notorycznego dotychczas kłamcę, co przy charyzmie hultaja dawało niesamowity obraz kogoś budzącego zaufanie. Nadeszła chyba zmiana na lepsze, chociaż na tę chwilę. Jednak całokształt osobowości Lucasa wyjdzie na światło dzienne dopiero po opuszczeniu tego kurwidołka. A potem posłyszał sprawę tunelu, tuż po staniu się dosłownie człowiekiem wolnym w znaczeniu ciążących, żelaznych pęt. - Dawno nikt tak o mnie nie mówił... - zaśmiał się ciszej na słowa “ostatnia nadzieja”. Pierwszy raz podczas swego żywota usłyszał takie połączenie względem swej osoby. No, może jedna z kochanek mogła to wykrzyczeć podczas orgazmu. Kto wie. Każdy miał swoje fantazje. Przerwał jednak im tę powiedzmy sielankę hałas metalowego obuwia. Czym prędzej za sugestią starca udał się na pozycję, aby zostać opuszczonym do zimnego dołu, gdzie następnie krata została za nim sprawnie zamknięta.

Póki co musiał powrócić do dawnej lokacji, aczkolwiek najważniejszym pozostało to, że miał plan. Wiedział co może uczynić dla szybkiej ucieczki. Prawdopodobnie przymknął by aktualnie oko na ewentualnie zagrożenie. Lepiej umierać na wolności ewentualnie niż przez jakiegoś śmierdzącego kata. Po kilku chwilach z miną podekscytowanego na moment chłopca zacisnął pięść, unosząc do góry. Coraz bliżej końca tego koszmaru. Wtem Ernest zaczął zagadywać nieznajomego mu rycerza, lecz pomimo odległości Luke zdołał podsłuchać część ich dialogu. Pokręcił głową z satysfakcją, bo w końcu Barker otrzyma długo wyczekiwany posiłek. O tym zapomniał niemalże z tych emocji, ale teraz mógł w jakiś sposób odpocząć. Siadając rozkrokiem na chłodnej ziemi udało mu się na jakiś czas przysnąć, a tym samym jeszcze jedna rzecz czy też istota miała okazję ujawnić się tutaj jako niespodzianka. Przyjazny kot o żółtych oczach, identyczny co garść minut temu, a także siedzący w jego celi i wpatrujący się w sylwetkę użytkownika magii. Wybudzony po kilku chwilach tym widokiem czarownik poprawił się. - Co do… To znowu ty. - przetarł gałki oczne, powracając do świata przytomnych. Gestem ręki zaprosił niezwykłego mruczka bliżej siebie. Liczył, że ten na to przystanie. - Myślę, że wiem kim jesteś. Pomogłeś mi tam na górze. Jesteś w pytkę. Tobie też należą się podziękowania. - mrugnął do niego, jednak starał się nawiązać bliższą więź z wąsaczem. Rogówka narządu wzrokowego przybrała również żółtawe zabarwienie, stając się przez działanie mężczyzny podobna do naturalnych patrzałek czarnego kiciusia. - Musimy stąd uciec. Mam nawet pewien pomysł, lecz chciałbym, abyś się mnie trzymał. Możliwe, że nie będzie łatwo. Chcesz się ze mną zabrać? Jeżeli jesteś magiem to zwyczajnie daj mi jakoś znać… Wskocz mi na ramię czy coś. - Szakal przedstawił miejsce palcem wskazującym jako wejście do ich dołu. Jak to odbierze zwierzak? Z wyznania Lucasa mógł zrozumieć chociaż przyjazne nastawienie, to na pewno.
Głos

Muzyka

Komandoria Zakonu Sakira

116
POST BARDA
Na myśl o nadchodzącym obiedzie, choć bogowie wiedzą jak obrzydliwej jakości będzie, Lucasowi mimowolnie napływała ślina do paszczęki. Ciężko było się mu dziwić po tym, gdy jego ostatnim smakowym wspomnieniem była wyrzucona pod wpływem magicznych konwulsji treść żołądkowa podbarwiona nutą Róży Ukońskiej.
Żeby jednak zatrzymać ślinotok i skrócić czas oczekiwania na jadło Lucas postanowił zdrzemnąć się na chwilkę. Zmęczenie przesłuchaniami i pieszą wędrówką w obciążających kajdanach pozwoliło mu szybko odpłynąć do krainy snów, choć nie był to sen głęboki ni długi. Nie mógł ocenić, ile czasu trwało jego kimnięcie, ale na pewno obudziło go szczypanie w prawej nodze. Mrugając mocno po przebudzeniu Szakal spojrzał na swoją kończynę, po to by w krótkiej chwili niewyraźna przy niej plama zamieniła się w kształt czarniutkiego kota. Ten stwierdził, że doskonała zabawą jest opieranie się na łydce Lucasa przednimi łapami i naprzemienne przebieranie nimi, jakby ugniatał poduszkę bądź ciasto na pierogi.
Barker skoncentrował uwagę na zwierzęciu, które jakimś cudownym sposobem znalazło się wraz z nim na dnie celi, choć jeszcze przed chwilą hasało sobie swobodnie na górze między nogami iluzjonisty. Pomimo półmroku mógł jednak dostrzec, że kot nie jest całkowicie czarny, jak to pierwotnie zakładał. Otóż kicia miała dwie białe plamki, jedną mniejszą pod lewym okiem i jedną większą, w postaci rozległego krawata pod szyją. Zwierzę zdawało się nie zakrzątać sobie głowy tym, że właściciel nogi się obudził, więc spojrzało tylko na niego swoimi żółtymi ślepiami niestrudzenie kontynuując proces ugniatania.
Kot poprzestał dopiero gdy Lucas wyciągnął doń rękę. Oblizał się dwa razy po obu stronach pyszczka i podszedł do ręki, by zaraz zacząć się o nią ocierać i domagać drapania po głowie. Szakal poczuł wtedy coś podobnego jak wtedy, gdy strażnik przyparł go do muru. Z jego dłoni zaczęło promieniować ciepło, które rozchodziło się po kończynie aż do klatki piersiowej. Odczuł bardzo przyjemne mrowienie na torsie i z tyłu głowy. Cela przestawała się wydawać aż tak chłodna jak wcześniej, a zatoki Lucasa odetkały się całkowicie. Teraz już łatwo było stwierdzić, że kontakt fizyczny z kotem ma na niego zbawcze działanie.
Gdy Lucas zmienił kolor swych oczu i zaczął mówić o ucieczce kot przystanął na chwilę w mizianiu i spojrzał na niego. Można by przysiąc, że zachowuje się jakby rozumiał ludzką mowę. A może to tylko wymysły głowy Szakala? Kocisko nawet przekrzywiło łeb, patrząc na gadającego Lucasa, ale gdy tylko ten przestał to sierściuch nie zdawał się skłaniać ku propozycji wskoczenia na ramie. Zamiast tego obrócił się od Lucasa z podniesionym ogonem, pokazując mu swoje brązowe oko i odszedł do przeciwległej ściany. Przynajmniej teraz pan Barker był w stanie stwierdzić raz na dobrze, że ma do czynienia z samicą. Kotek wyciągnął się do góry i zaczął przeciągać się, opierając się przednimi łapami o ścianę. Co ciekawe, nie zrobił tego raz, a co jakiś czas w krótkich odstępach czasu, tylko w różnych punktach tej samej ściany.
Z góry nie dochodziły na razie żadne kroki, głosy ani dźwięki otwieranych drzwi. Słychać było tylko uspokojony oddech szulera oraz ciche pomrukiwania kocicy.

Komandoria Zakonu Sakira

117
POST POSTACI
Lucas
Trudno było wydedukować w tym wypadku czy rzeczywiście koteczek należał do przedśmiertnych halucynacji Lucasa czy też faktycznie istniał. Druga opcja pozostała wątpliwą, a to z powodu braku reakcji na zwierzę ze strony osób trzecich jak Ernest czy strażnik w pokoju przesłuchań. Kto wie, może to talent Szakala, który się nagle ukazywał lub… pozytywne cechy zaćmienia? Nie można powiedzieć wprost jak jest. Barker miał multum myśli po przebudzeniu, a te mogły należeć do rozwiązań tej zagadki. Wpierw jednak starał się uruchomić swe zmysły, wchodząc do świata żywych niczym niedźwiedź z zimowego letargu. I wciąż w okolicy znajdował się ten nieprzeciętny zwierzak o ciemnym odcieniu, mający dobry stosunek do naszego iluzjonisty. Kilka ruchów dłonią, dialog słowny i magiczne stworzonko zaczęło słuchać. Co chciało mu przekazać? - Lubisz głaskanie, co? - wypowiedział to cicho z dużą dozą pieszczoty w głosie jak do własnego zwierzaka, miziając go po pleckach oraz pyszczku. Ba! Ten kot już praktycznie do niego należał. Co jak co, ale mężczyzna o karmazynowych włosach potrafił do siebie przekonać nie tylko przedstawicielki płci przeciwnej. Nie tak działa charyzma, o nie! Dużo zwierząt też go lubiło, a przynajmniej tolerowało. Wiedziały z kim mają do czynienia - prawdziwym miłośnikiem natury.

Nadal w przeciągu najbliższych minut zaczął coraz bardziej podejmować próby odgadnięcia sygnałów wydawanych łapkami przez niezwykłego myszołapa.. Nie, nie chodziło jego milusińskiemu o wyłącznie zadawanie mu przyjemnego masażu futerka. Kicia zamierzała mu wskazać… drogę wyjścia? Szarmancki bawidamek nie był przygotowanym na taki obrót sprawy, więc w lekkim zaskoczeniu rozejrzał się po lochu, zawieszając ostatecznie swój wzrok na ścianie, którą tak pupil nerwowo wręcz dotykał. Hultaj odebrał to wraz z przeszłymi zachowaniami istotki jako “ Wstawaj, droga do tunelu znajduje się za tymi kamieniami!” To miało jak najbardziej sens, a zatem w kolejnym przypływie niezwykłego wigoru od bestyjki zaczął podnosił się z ziemi. Zadziwiającym pozostawał chociażby fakt, że poza uczuciem głodu jego obolałe kończyny nie produkowały bólu poprzez neuronowe receptory. Wydawało się magowi, że sprawa cierpienia nie stanowiła części jego zmartwień. Czy aby na pewno on już nie umierał w tej celi pośród mroku podziemia? Nie mniej jednak widział światełko w tunelu, ale ta gra słów nie była zamierzona. Podszedł zwinnie w obrębie wskazanego celu przez wąsacza, powoli macając każdy kamień z zamiarem wypchnięcia go na zewnętrzną stronę, poza loch. Nie znał technik prześwietlania obiektów celem dojrzenia tego, co się mogło znajdować po drugiej stronie obstrukcji. - Myślisz, że to tutaj? - uniósł brew w kierunku kuweciarza, kontynuując poprzednią czynność. Ja pierdole, ten kocur czynił cuda! W jaki sposób przywrócił siły czarownikowi, zdradzając mu drogę ucieczki? Ktoś chciał zobaczyć Lucasa żywego, ale kto? Skoro mruczek nie wskoczył na ramię utalentowanego hazardzisty to odpowiedź brzmiała tak, że nie jest drugim magiem. A więc kim? Z tych przyczyn te pytania go w międzyczasie nurtowały, nawet jeśli przystojniak pozostawał niesamowicie zadowolonym z tego daru z niebios czy czymkolwiek to coś było. - Technicznie mógłbym... - w pewnym momencie zastanawiał się nad użyciem powietrza to utorowania sobie przejścia. Nie mogło to jednak zakończyć się powodzeniem, czyż nie? Tyle hałasu by narobił. - Dawno nie używałem żywiołu… Nie zrobię tego, koleżanko. Robimy to skrycie. - zaczął mówić niby do siebie, ale jakby również to kiciusia. Póki pozostawało tak cicho to mógł działać. Możliwie to jedyna szansa amanta.
Głos

Muzyka

Wróć do „Saran Dun”

cron