Siedziba Kompanii Handlowej Błogosławieństwa Ula

1
POST BARDA

Zwiad szpiegów kapitan Umbreto miał rację - Siedziba Kompanii była istną fortecą. Otoczona wysokim m grubym murem, zajmowała duży obszar portu oraz część miasta poza nim, gdzie wyburzono wiele biednych domów tylko pod to, by wybudować pałac i magazyny. Kompania musiała mieć duże zasoby finansowe, tajemnicą pozostawało, czy całość pieniędzy została wzięta z zysków z handlu, czy może Kompania miała jakiegoś majętnego fundatora. Budynki użytkowe, takie jak magazyny czy spichlerze, nie wyróżniały się spośród innych tego typu, budowane były z piaskowca, cegieł i drewna. Ta bardziej wystawca część siedziby nie mogła wyjść spod rąk byle niewolników, ale raczej pracowali nad nimi najwybitniejsi rzemieślnicy.

Główna sala, w której miał odbyć się bal, ociekała wręcz przepychem. Ściany i sklepienie ozdobiono płaskorzeźbami i malowidłami, gdzieniegdzie ściany były złocone lub wykładane drogocennymi kruszcami i materiałami, tworząc przepiękną mozaikę bogactwa. Na samym środku, na kolumnie, przedstawiono figurę, która miała wyobrażać Ula. Jego wzniesiona dłoń była świadectwem jego błogosławieńśtwa.

Siedziba Kompanii Handlowej Błogosławieństwa Ula

2
POST BARDA


- Się urządzili...

Vera miała prawo czuć się nieswojo, gdy elegancko wsparta o ramię Corina szła jasnym korytarzem, oświetlanym przez rozmieszczone pod wysokimi sufitami lampy. Ogień otoczony był kryształowymi kloszami, które pięknie rozpraszały światło. Promienie odbijały się od marmurowych ścian, jakby jeszcze potęgując złoty odcień płomienia. Bez wątpienia musiała tu działać magia. Jakkolwiek Vera nienawidziłaby Kompanii, musiała przyznać, że ich siedziba prezentowała się nad wyraz wspaniale.

Vera pasowała do miejsca, w którym się znalazła. Wystrojona w suknię od Aspy, wymalowana nie do poznania, z poczernionymi brwiami i rzęsami, czerwonymi ustami i twarzą wypudrowaną na blado, a do tego z włosami upiętymi tak wysoko, że aż nagle stała się wyższa nawet od Corina - nie wyróżniała się z tłumu. Zawołana ze statku Heweliona Olena stworzyła cuda z włosów Very - warkocze wiły się wokół obfitego koka, którego dodatkowo przystrojono polnymi kwiatami z Harlen. Tym razem to nie Corin je uzbierał, a wysłany na łąkę Trip. Gerda sądziła, że będzie miał lepsze oko do ładnych roślin niż chociażby Osmar, a może i zbierzee coś dla niej. Ku rozczarowaniu kobiecej części załogi, Trip nie domyślił się, by przynieść bukiet również samej zainteresowanej.

Sam Yett zaś wyszedł spod rąk Rivery. Miał na sobie piękny, szkarłaty kubrak, ciemne spodnie, białe pończochy i ładne buty (kupione ledwie godzinę przed balem), Rivera zadbał też, aby odpowiednio go przystrzyc i ogolić. Corin paradował z wąsem, wykrzesanym z jego parodniowego zarostu, który zdążył wyhodować, gdy był wcześniej w Karlgardzie z Leobariusem. Co do samego Gregora zaś, wydawał się tak samo elegancki, jak zwykle. Może tylko jego marynarka była z lepszej jakości aksamitu.

Leobarius szepnął coś do herolda, który wykrzyknął nazwiska przybyłych gości:

- Pan Gregor Threnardier wraz z synem Corneliusem i jego żoną, Berą!

Dopiero wtedy przepuszczono ich do sali. Goście wciaż się gromadzili, jednak już zebrał się pokaźny tłumek. Ludzie i elfy, a także kilkoro krasnoludów i pół-orków dyskutowało między sobą, śmiano sie i żartowano. Zaraz ktoś podszedł i podsunął zebranym po wysokiem kieliszku bąbelkującego wina.

- Rozproszmy się. - Zaproponował Gregor cichym głosem. - Vero, trzymaj się Corina.

Na środku sali stała kolumna, a na niej przedstawienie Ula. Ul miał na sobie płaszcz - i choć marmur nie oddawał kolorów, fason był nie do pomylenia. Bóg mórz był zilustrowany jako jeden z Kompanii.

Siedziba Kompanii Handlowej Błogosławieństwa Ula

3
POST POSTACI
Vera Umberto
Wybranie sukni, która będzie jej pasować, nie było takie proste. Jej wzrost sprawiał, że większość była na nią za krótka, a dość szerokie dekolty w większości odsłaniały blizny, które na podobnym balu powinny pozostać zakryte. Biała, koronkowa kryza się jej nie podobała, szukała więc sukienki, która sama w sobie będzie zakrywać, co trzeba. W końcu wybrała zieloną, choć tak ciemną, że wpadającą w czerń, ze złotymi ornamentami na rękawach i wzdłuż dekoltu - wystarczająco wąskiego, by ślady po walce z Caldwell pozostały zakryte, ale na tyle głębokiego, że skutecznie powinien odwracać uwagę od jej twarzy.
Twarz natomiast, tak samo jak włosy, szybko przestały przypominać Verę, którą ktokolwiek znał - gdy wychodziła z kajuty, nie była gotowa na aż tak zszokowane spojrzenia załogi. Ona sama nie poznawała siebie w lustrze, a trochę czasu przed wyjściem spędziła na przyglądaniu się swojemu odbiciu. Nie z próżności, bo to nigdy nie była jej cecha; raczej zastanawiając się, jak wyglądałoby jej życie, gdyby podjęła inne decyzje wiele lat temu. Może szłaby teraz na podobny bal bez ukrytych celów, zawieszona na ramieniu swojego męża i ojca gromadki jej dzieci. Jej skóra nie byłaby opalona, smagana na co dzień wiatrem i słońcem, ramię oszpecone bliznami, a zniszczonych od lin dłoni nie musiałaby chować pod koronkowymi rękawiczkami. I kto wie, może byłaby z takiego życia całkiem zadowolona.
Teraz jednak miała ukryty cel, a w sukni czuła się naga i nieporadna. Zarzucenie na nią płaszcza nie wchodziło niestety w grę, tak samo jak skórzanego pancerza, pozostało jej więc tylko założenie pod nią czegoś w rodzaju skórzanej uprzęży, pasków zapinanych na biodrach i udach, które przytrzymywały dwa sztylety - po jednym na nogę. Bezpieczniej czułaby się z rapierem u boku, ale nie mogła go przecież zabrać. Szeroki dół sukni miał swoje plusy, a Vera nie zamierzała iść w leże bestii całkowicie bezbronna.

Siedziba Kompanii była... przytłaczająca. Nawet wiedząc o fortecy, Umberto spodziewała się czegoś mniejszego i mniej wystawnego. Przesuwała spojrzeniem po mozaikach, po witrażowych oknach i złotych ornamentach, zastanawiając się, czy to, co robili, w ogóle miało sens. Podczas spotkań z kapitanami na Harlen była przekonana, że skoro w Ujściu dała sobie radę sama, to w szóstkę mogli osiągnąć wszystko. Teraz zaczynała zdawać sobie sprawę z tego, jak naiwne były to założenia. Nawet gdyby zebrała całe Harlen, nie byliby w stanie zniszczyć tego, co Kompania osiągnęła w Karlgardzie. Uniosła wzrok na posąg Ula, gdy go mijali i zacisnęła zęby, powstrzymując się przed komentarzem, jaki cisnął się jej na usta. Ul sam ich ukarze, wcześniej czy później.
Zestresowana, nie była w stanie odpowiednio docenić nowej aparycji Corina; choć może nie komentowała jej po to, żeby on nie komentował jej. Wolała nie zastanawiać się nad tym, jak absurdalnie musiała wyglądać w jego oczach, skoro już te dziesięć lat temu bawił go widok Very w sukni. Trudno; musieli się skupić na tym, co istotne, a ona na tym, by udowodnić Gregorowi, że źle ją oceniał i potrafi się kontrolować.
- Bera? - powtórzyła cicho, gdy herold ogłosił ich przybycie. - Tyle było imion do wyboru i dostała mi się Bera?
Pokręciła głową i uniosła wzrok na Gregora. Rozdzielenie się było dobrym pomysłem, Vera nie czuła potrzeby spędzania całego wieczoru u jego boku. Nie mogła też spędzić go sama; jako kobieta, powinna trzymać się swojego mężczyzny, a nie pałętać się samotnie. Co najwyżej mogła znaleźć dla siebie jakieś żeńskie kółeczko towarzyskie, gdy panowie omawiali ważne interesy - tak to było? Jej spojrzenie zawisło na jednej z kryształowych lamp. Ładnie by wyglądała w mojej kajucie, przeszło jej przez myśl.
- Czym się zajmujecie, ty i twój ojciec? - zagadnęła Corina, czy też Corneliusa. - Handlem? Rzemiosłem? Ustaliliście to też?
Obrazek

Siedziba Kompanii Handlowej Błogosławieństwa Ula

4
POST BARDA
Corin rozglądał się, jakby samemu nie mogąc nadziwić się tym, jak rozbudowany był fort Kompanii. Z zewnątrz dało się dostrzec mury i dachy magazynów, natomiast wewnątrz... tu, gdzie była najbardziej wystawna część, taka, którą można było pokazać współpracownikom, nie budowana rękoma niewolników, ale z pomysłem najlepszych architektów - tutaj warto było zadzierać głowę i podziwiać rzeźbione sufity. I dawało to do myślenia, prezentując prawdziwy obraz Kompanii. To nie była zgraja kupców, którzy chcieli położyć kres piractwu w pobożnym, odległym życzeniu, a duża organizacja, dla której walka z korsarstwem była wręcz działalnością charytatywną, jałmużną dla sprawiedliwości świata.

Ul nie miał Verze nic do powiedzenia. Jego twarz pozostała niewzruszona, a dłoń miał tak samo wzniesioną, jak wcześniej, pozdrawiając i błogsławiąc tym, którzy zebrali się w sali. A gości z każdą chwilą przybywało. Wielu było podobnych Verze i Corinowi, rozglądając się z dezorientacją w doskonale wystrojonej sali. Dało się również zauważyć przekrój kulturalny, od elfów z Archipelagu, wystrojonych w kolorowe szaty, po ciemnoskórych ludzi z Everam, którzy stawiali na skóry i futra. Również Keron wysłał swoich przedstawicieli w szatach nieco bardziej klasycznych, lecz wciąż bogatych.

Vera mogła poczuć się, jakby wciąż była tą Verą Umberto, która nigdy nie przeżyła wydarzeń Karła. Jakby wciąż stała po dobrej stronie cywilizacji, a mężczyzna, który był obok niej, mógłby być wysokim admirałem lub kimś podobnym. Zamiast tego miała Corina, którego sama przeciągnęła przez granicę między porządkiem a występkiem.

Corinelius poklepał dłoń Very, jakby chcąc dodać jej otuchy.

- To w razie, gdybyśmy się pomylili. Vera, Bera, Corin, Cornelius... wszystko da się wyjaśnić. - Tłumaczył cichym głosem. Utkwił spojrzenie w pani kapitan, jakby to pomogło mu skupić się na zadaniu, zamiast na otoczeniu. Na moment tylko podniósł wzrok, by odprowadzić Gregora spojrzeniem. - Pamiętaj, jesteśmy przedsiębiorcami z północnego Urk-hun, prowadzimy winnicę. Chcemy sprzedać nasze wino Kompanii. - Tłumaczył. - Nie musisz wiedzieć, dlaczego; tutaj jesteś tylko kobietą, żoną. - Ostatnie słowa brzmiały jak oskarżenie. Yett nie starał się brzmieć protekcjonalnie, ale tak wybrzmiało jego stwierdzenie.

Herold ogłaszał kolejne nazwiska. Do uszu Very dobiegło znajome miano:

- Faaz Albronkald!

Goblin wystrojony w szatę przeszywaną złotą nicią tak gęsto, że aż stała się sztywna na jego ciele, dumnie wmaszerował do sali.

Siedziba Kompanii Handlowej Błogosławieństwa Ula

5
POST POSTACI
Vera Umberto
A gdyby tak faktycznie zaangażowali się w działania Kompanii i zaczęli ją niszczyć od wewnątrz? Może Speke też miał początkowo taki pomysł, a potem oczarowały go kryształowe lampy i freski na suficie? Vera zastanawiała się, co to miał być za bal, skoro postawili na taki przepych i taką różnorodność gości. Dobrze się w sumie składało, ich trójka nie wyróżniała się szczególnie - nie mieli na sobie futer, nie byli elfami ani orkami, ot, kolejna grupa ludzi, których tu było chyba najwięcej. Dla nikogo poza nimi samymi ani Vera, ani Corin nie wyglądali dziwnie i nie przyciągali spojrzeń bardziej, niż inni.
Słowa Corina sprawiły, że Umberto prawie potknęła się o własne nogi... A właściwie o sukienkę, do jakiej nie była przyzwyczajona. Uniosła na niego spojrzenie, jakie z lekko niespokojnego przerodziło się we wściekłe i zacisnęła dłoń na ramieniu, którego była uczepiona.
- Jestem tym samym, kim byłam wcześniej. Wystarczy, że nie mam na sobie spodni i nawet ty zaczynasz mnie traktować jak gorszy sort? Jeśli tak ma wyglądać ten wieczór, to pana Threnardier czeka poważna kłótnia z tylko żoną - syknęła. - Może Bera nie musi wiedzieć, ale ja chcę.
Podążyła spojrzeniem za wzrokiem Yetta, w kierunku Leobariusa, co sprawiło, że przypomniała sobie o jego braku wiary w jej powściągliwość. Rozluźniła kurczowy uścisk dłoni. Kto by pomyślał, że pierwszym, co wyprowadzi ją z równowagi, będzie jej własny... partner? Zganiła się w myślach i uśmiechnęła się do niego słodko.
- To może opowiedz mi o tym, kochanie - zaproponowała. - Może głupiutka żona nie zrozumie, ale na pewno chętnie posłucha o tym, jak silni i mądrzy mężczyźni planują swoje interesy. Tylko po to, żeby ich podziwiać, natural...
Nazwisko goblina sprawiło, że zamilkła nagle, a jej spojrzenie powędrowało w kierunku wejścia. Nigdy do Faaza nie dotarła. Była już pod jego domem, ale nie zastała go w środku, a potem musieli uciekać. Teraz widziała go po raz pierwszy. Sądziła, że przychodząc tutaj, będzie miała na głowie wyłącznie kwestie Kompanii; on miał powiązania z Levantem. Czy w takim razie jego też miała się tu spodziewać? Jaka była szansa, że się tutaj spotkają? Czy wtedy będzie w stanie zachować rozsądek?
- Ten pieprzony goblin handlował z Levantem - szepnęła prawie bezgłośnie, ale Yett stał raczej wystarczająco blisko, by ją usłyszeć. - Szukałam go przy poprzedniej wizycie w Karlgardzie. Chciałam go przesłuchać.
Obrazek

Siedziba Kompanii Handlowej Błogosławieństwa Ula

6
POST BARDA


Było zbyt późno, by zastanawiać się, czy Speke naprawdę chciał rozbić Kompanię od środka, czy jego wzrok przyćmiło bogactwo, które roztaczało się w siedzibie. Czy blask złota i kryształów oślepił go na tyle, że nie widział cierpienia swoich współbraci? Vera mogła tylko zastanawiać się, ile dostał za szychę tak grubą, jak Erinel.

Corin nie spodziewał się nagłego wybuchu złości partnerki. Najwyraźniej tak wczuł się w rolę, że zapomniał, z kim miał do czynienia.

- Hej... Vera. Przepraszam. - Jęknął, gdy jej dłoń zacisnęła się na jego ramieniu. Bolało! - Szukamy partnerów handlowych, wśród Kompanii i innych. Na statku Gregor ma kilka skrzynek wina na spróbowanie, to najtańsze Karlgardzkie wino w nieznaczonych butelkach, więc ujdzie. Rivera ma je potem dostarczyć. - Inforomował uczynnie. - Celem jest umowa z Kompanią, zobaczymy, jak działają, będziemy mieć wtyki. To pomysł Gregora. - Podkreślił. - Doszliśmy do wniosku, że żona nie będzie znać szczegółów. Im mniej osób wie, tym lepiej. - Podkreślił. Cały plan mógł się posypać, jeśli szczegóły nie będą się zgadzać. Vera mogła odnieść brzydkie wrażenie, że to akcja bardziej między Corinem i Leobariusem, aniżeli nią i kimkolwiek innym. Mogła mieć pewność, że nie był to pomysł Corina ani nawet Rivery, który najwyraźniej również był wtajemniczony.

Wzrok Corneliusa podążył za spojrzeniem żony. Zmarszczył lekko brwi i ponownie złapał ją za dłoń, jakby bał się, że wystrzeli z jego objęć tylko po to, by obić gębę goblinowi.

Faaz miał na sobie niebieską szatę sięgającą pół uda. Jego krzywe, goblińskie nogi wciśnięte były w białe pończochy, jakby papugując ludzką modę. Na głowie miał kapelusik z pawim piórem. Uśmiechał się szeroko, pokazując ostre zęby.

- Levant nie jest dzisiaj priorytetem. - Przypominał Corin, nachylając się ku Verze.

Ich pobudzenie nie przeszło bez echa. Zaraz usłyszeli głos, a obok nich pojawił się inny gość. - Gobliny na balu porządnych ludzi! - Prychnął mężczyzna obok Very i Corina, przerywając im ich szepty. Był niewysoki i krągły, ale odziany w najlepsze atłasy i obwieszony kosztownościami. Dłuższe włosy trzymał w nieładzie, tak jak brodę, która sięgała mu do kołnierza. - Moja stara kobyła byłaby bardziej twarzowa, aniżeli ten goblin. - Prychał. - Nie widziałem was tu wcześniej. Pierwszy raz? Czy może tylko na aukcję? - Dopytywał tonem niezobowiązującej rozmowy. - Mildur Kahan. - Przedstawił się w końcu i podał Corinowi dłoń, za to Verową ucałował szarmancko. Uznał, iż nie musi mówić, czym się zajmuje. Vera była pewna, że słyszała już jego nazwisko, ale gdzie?

- Cornelius Threnardier. I moja żona, Bera. - Przedstawił ich obojga Corin. - Jesteśmy tu w interesach. Do jakiej aukcji dzisiaj dojdzie?

Corin silił się na elegancję i mówił z dziwną manierą i Umberto mogła poczuć, jak z zażenowania jeżą jej się włoski na karku.

- To co zwykle, duperele i parę skarbów. Podobno ma się pojawić figurka Jacoliniego. Pewnie Faaz jest tu tylko po to.

Siedziba Kompanii Handlowej Błogosławieństwa Ula

7
POST POSTACI
Vera Umberto
Corin miał szczęście, że postanowił podzielić się z nią ustaleniami. Inaczej byłaby wyjątkowo rozdrażniona przez cały wieczór, a to wbrew pozorom nie sprzyjało udawaniu niczego nieświadomej żony i synowej. Teraz jej irytacja przeszła na Leobariusa, który postanowił poczynić plany całkowicie poza jej wiedzą, ale przynajmniej nie była zła na Corina, a to z nim musiała spędzić ten bal. Wydęła usta w niezadowoleniu, ale w żaden sposób nie skomentowała tego, że wykluczyli ją z obiegu informacji. Jakoś musiała przetrwać ten bal, bo co miała teraz zrobić? Znaleźć Gregora i pokłócić się z nim o to, że po raz kolejny traktował ją jak zło konieczne?
- Żona nie zna - odparła. - Żona jest tylko ozdobą na twoim silnym ramieniu, Corneliusie.
Wyglądało na to, że jedynym sposobem na zachowanie zdrowia na umyśle tego wieczoru będą sarkastyczne komentarze, pozujące jako niewinne uprzejmości. Zawisła na wspomnianym ramieniu tak, jak wcześniej, nie miażdżąc go w uścisku i skupiła się na goblinie w białych pończochach. Ugh. Co to miało być? Vera nie lubiła gnomów, ale gobliny sięgały do zupełnie innego poziomu jej pogardy. Mimo to, ten konkretny egzemplarz budził w niej spore zainteresowanie ze względu na swoje znajomości.
- Wiem - odparła nerwowo. Nie rzucała się przecież na Faaza. - Wiem.
Dochodzące gdzieś od boku słowa pomogły jej oderwać wzrok od Albronkalda. Przekręciła głowę w kierunku mówiącego mężczyzny i zmierzyła go spojrzeniem. Podając mu do ucałowania własną dłoń, zastanawiała się ile warte jest złoto, którym był obwieszony. Sama Umberto też zdecydowała się dziś na efektowną biżuterię, ale nie narzekałaby, gdyby wróciła na pokład z większą jej ilością. Ot, takie niezobowiązujące przemyślenia.
Choć oczywiście, tak, jak Levant, to nie było dziś priorytetem.
- Bardzo mi miło - odpowiedziała cicho. - Fakt, nie spodziewałam się tu... kogoś takiego. Może jest kimś ważnym, skoro otrzymał zaproszenie?
Czy Kahana skądś znała? Spotkali się już wcześniej, czy tylko słyszała jego nazwisko? Może natknęła się na nie w dokumentach zabranych z kajuty Speke'a? Nie było jej dane się nad tym dłużej zastanowić, bo Corin zaczął mówić, musiała więc skupić się na zachowaniu powagi i powstrzymaniu się od uderzenia otwartą dłonią we własne czoło. I pomyśleć, że to o nią martwił się Leobarius. A co gorsza, że musiała udawać corinową żonę.
Figurka Jacoliniego... Taka sama, jaka na jej biurku robiła za przycisk do papieru. Uniosła wzrok na Yetta. Levant nie był dziś priorytetem, ale co jeśli nadarzała im się właśnie okazja jedyna w swoim rodzaju, a oni z niej nie skorzystają, bo to nie był priorytet?
- Pójdziemy na aukcję, kochanie? - spytała. - Bardzo chciałabym zobaczyć te skarby. I figurkę, o której mówi pan Kahan. Mogę pójść sama, jeśli ty będziesz zbyt zajęty, powiedz mi tylko, ile mogę wydać.
Obrazek

Siedziba Kompanii Handlowej Błogosławieństwa Ula

8
POST BARDA
Corin nie komentował uszczypliwości Very. Może myślał, że kobieta była na dobrej pozycji, gdy w ogóle usłyszała od nich cokolwiek? Przecież gdyby zależało to od Leobariusa, z pewnością zostałaby "w domu", na statku.

Cornelius dzielnie trzymał dłoń żony, tę samą, która była oparta na jego ramieniu i ledwie chwilę wcześniej starała się pokruszyć kości samym uściskiem. Kahan zdawał się nie zwracać uwagi na wygląd swoich rozmówców, choć sam był wystawniejszy od pawia. Zmierzył Verę i Corina spojrzeniem, a potem znów skupił uwagę na Faazie. Zmarszczony nos sugerował, że nie był zadowolony z tego, co widział.

- Ważny, nieważny. Prędzej czy później skończy na szafocie, ścierwo. - Syczał dostojnik. Pokręcił w końcu głową i westchnął, jakby zmęczył go ten temat. - No nic. Macie gdzie siedzieć? Chodźcie, chodźcie, moja żona trzyma dla kogoś-tam miejsce, ale będzie wasze. - Zaprosił. Czyż nie było to korzystne, że zainteresował się nimi stały bywalec balów Kompanii?

Kiedy Kahan prowadził ich między innymi gośćmi, mówił dalej, nie dając za bardzo dojść do głosu ani Verze, ani Corinowi. Może to dlatego szukał sobie nowego towarzystwa: bo wszyscy poprzednicy mieli dość jego gadaniny?

- To miejsce schodzi na psy. - Narzekał. - Teraz gobliny, co będzie następne? Zaczynali tak dobrze, a teraz? Staczają się. Przynajmniej cały czas trzymają za mordę piratów. Ostatnio złapali tego tam... jak mu było. Speke? Zrobili z tego wielką szopkę, hehe. Nawet jeśli szumowiny się zemściły i spalili im jakiś magazyn w Ujściu, czy coś. - Kahan mógł przekręcać fakty, ale mógł też powtarzać to, co słyszał od innych. Jasnym było, że Kompania będzie przekolorowywać rzeczywistość. - Przyjacielu. - Mężczyzna zwrócił się jeszcze do Corneliusa. - Ty trzymaj tę swoją śliczną na wodzy. Widzę, że na suknię już cię naciągnęła. Mam nadzieję, że dobrze zawiązana, bo moja Toasia to gotowa ją z ciebie siłą zerwać, złotko. - Zażartował, choć jego śmiech brzmiał ponuro. - Co, myślałaś, że nie zauważę? Tak mi dupę truje tym całym... Vergace, że wszędzie rozpoznam jego suknie. - Podsumował. Aspa miał dobrego cela, jeśli chodziło o zdobywanie łupów. Gdyby wiedział, że suknie wyszły spod dłoni znanego krawca, pewnie nie pozwoliłby zabrać Verze ani pół! - Te figurki to zwykłe błystkotki dla zbyt bogatych, phhh.

- Ale skoro są tak popularne, chcielibyśmy je zobaczyć. Pójdę z tobą, moja kochana. Mówiłeś, że wyszły spod rąk Jacoliniego? - Dopytał Corin i dla podkreślenia swojego jakże wysokiego statusu społecznego, zakręcił w palcach wąsa. - Są ze złota, tak?

Te, które służyły Verze, były srebrne i pełne prochów. I czy na pewno ich autorem był Jacolini?

Przeszli do alkowy, gdzie w półkolu ustawione zostały stoły. Dwie dyskutujące kobiety przerwały nagle rozmowę i wskazując Verę, wykrzyknęły:

- Vergace!

Siedziba Kompanii Handlowej Błogosławieństwa Ula

9
POST POSTACI
Vera Umberto
Choć z innych powodów, po wyciągnięciu informacji z goblina Vera chętnie zobaczyłaby go na szafocie - tak dla zasady, tylko dlatego, że miał coś wspólnego z Levantem. Z tego co pamiętała zresztą, miał trochę za uszami. W końcu podczas swojej poprzedniej wizyty w Karlgardzie miała okazję poznać już kogoś, kto bardzo pragnął jego śmierci. Jakieś musiały być ku temu powody, czyż nie? Komentarz o piratach z kolei wywołał lekkie drgnięcie jej ciemnych brwi, ale powstrzymała się od naprostowania niewłaściwej wersji wydarzeń. Zresztą była tylko kobietą; nikogo nie obchodziło jej zdanie.
Nie rzucając Corinowi pytającego spojrzenia, jakie zapewne powinna rzucić posłuszna żona, po prostu ruszyła za mężczyzną, który oferował im miejsca, ciągnąc oficera ze sobą. W międzyczasie przesłuchiwała się monologowi Kahana. Dostojnik ewidentnie lubił brzmienie swojego głosu. Gdy padły słowa o sukni, opuściła wzrok na ciemny materiał. Owszem, złote ornamenty były pięknie wyhaftowane i równym szwom nie miała nic do zarzucenia, ale żeby od razu znany krawiec?
- Cornelius lubi mnie rozpieszczać - odparła, unosząc w lekkim rozbawieniu kąciki ust. - Lubi, kiedy noszę piękne suknie.
Wolałaby, żeby nikt z niej niczego publicznie nie zrywał. To, co miała pod spodem, zdecydowanie nie przystało pani Threnardier, począwszy od blizn, po sztylety.
Figurki z kolei, to były figurki. Dla Very jedne i te same, bo trudno było nie łączyć jednych z drugimi, gdy oba ich rodzaje pojawiały się w jej małym, zakończonym niepowodzeniem śledztwie. Może jedne były złote, a drugie srebrne i wypełnione prochem, a może to właśnie te drugie rozprowadzane były po kontynencie i sprzedawane na aukcjach. Pewnie pozna prawdę całkiem niedługo, chociaż nie wiedziała co miałoby to zmienić w kwestii Kompanii - a przecież po to tutaj byli, czyż nie?
Podekscytowanym kobietom rzuciła tylko krótkie spojrzenie. Na pewno nie zamierzała z nimi dyskutować o modzie, bo nie miała na ten temat nic do powiedzenia. Raczej nie doceniłyby jej opinii na temat profilowania napierśników w skórzanych zbrojach i przydatności trikornów do przytrzymywania włosów w miejscu.
- Czym się pan zajmuje, panie Kahan? - zagadnęła, zajmując jedno z wolnych miejsc.
Obrazek

Siedziba Kompanii Handlowej Błogosławieństwa Ula

10
POST BARDA
Goblin poszedł swoją drogą, a Vera i Corin siłą rzeczy podążyli za Kahanem. Oboje trzymali język za zębami, choć na usta cisnęło się wiele niecenzuralnych słów. Mężczyzna powtarzał tylko to, co zasłyszał, ale to uświadamiało piratom, jak zakłamane było karlgardzkie społeczeństwo.

- Wszystko co najlepsze dla mojej ukochanej. - Posłusznie podłapał Corin, choć nie brzmiał na zbyt przekonanego, porzucił nawet swoją dziwną manierę. Gdyby nikt nie zwrócił uwagi na suknię, kolejnego dnia zapewne nawet nie wiedziałby, jakiego koloru odzienie miała Vera. - Suknie tylko podkreślają jej urodę. Jest piękna, prawda?

- Pha! - Kahan parsknął urywanym śmiechem. - Nie mów tak, bo jeszcze ta moja usłyszy!

Jego małżonka na nieszczęście wszystkich usłyszała i, ciągnąć ze sobą przyjaciółkę, musiały podejść do Very i nie pozwoliły jej nawet usiąść. Ich oczy lśniły zachwytem. Corin pchnął lekko tymczasową małżonkę, chcąc zachęcić ją do interakcji z paniami.

- No i usłyszała!

- To najnowsza kolekcja! - Zachwycała się kobieta. Miała już swoje lata, ale wciąż trzymała się nad wyraz dobrze. Pieniądze małżonka najwyraźniej pozwoliły jej zachować młodość, a dobrze skrojone suknie podkreślały kształty. - I te złote przeszycia! Od razu widać, że to Vergace! - Zachwycała się. - Mogę? - Poprosiła, ale nie czekała na odpowiedź. Wzięła materiał w palce.

- Ileż bym dała, żeby mój kupił mi coś takiego... - Marudziła przyjaciółka pani Kahan. - Ale założyłabym pod to klosz. Nie mam takich bioder, jak ty, kochaniutka. Pewnie pochodzisz z prowincji. - Stwierdziła, jakby krągłości Very wprost na to wskazywały.- Jak masz na imię?

Podczas, gdy kobiety zagadywały Verę, oglądały ją z każdej strony i miętosiły jej ubranie w dłoniach, mężczyźni stali z boku. Kahan po raz kolejny parsknął.

- Prowadzisz kobietę na bal, gdzie połowa ma u mnie długi, a nie wie nawet, kim jestem? - Wołał, klepiąc Corina po ramieniu. - Wiesz, Corneliusie, tyś to potrafił wybrać! Ładna, ale w głowie pstro! - Kpił.

Corin wyglądał, jakby ugryzł cytrynę, albo przynajmniej bardzo gorzką pomarańczę, ale nie miał słów, by skontrować Kahana. Natomiast Verze w końcu zaświtało, skąd zna to nazwisko - to w banku Kahanów czekała na nią nagroda za Jo! To o tym mówił Rappe!

Siedziba Kompanii Handlowej Błogosławieństwa Ula

11
POST POSTACI
Vera Umberto
Gdy ona mówiła o tym, jak rozpieszcza ją mąż, robiła sobie żarty, więc słysząc pozbawiony przekonania komplement z ust Corina, uznała go za to samo. Będąc niepewną tego, jak w rzeczywistości ją postrzega, teraz nie poczuła się pochwalona; wręcz przeciwnie. Nie została nazwana piękną od wielu lat i nie bawiły jej teraz takie zagrywki. Uciekła spojrzeniem w bok, gdzieś w tłum, błagając w myślach, żeby temat jej wyglądu szybko się skończył. Obmawiali ją jak klacz na sprzedaż i wcale nie było lepiej, gdy znalazła się w kobiecym towarzystwie. Komentarz dotyczący jej bioder, który początkowo wydawał się miły, szybko został zweryfikowany przez założenie, że musi wywodzić się z prowincji. Vera dochodziła do wniosku, że nie brakuje jej tego. Momentalnie chciała wrócić, przebrać się w swoje znoszone rzeczy, upić się w towarzystwie innych piratów i nie zastanawiać się nad tym, czy dla kogokolwiek wygląda pięknie i kto haftował geometryczne ornamenty na jej rękawach.
- Bera - przedstawiła się, ze znacznie mniejszym zaangażowaniem, niż ich ekscytacja suknią. - Bera Threnardier.
Kwaśna mina Corina nie uszła jej uwadze. Był niezadowolony ogólnie, czy zły na nią, że nie połączyła faktów i nie skojarzyła nazwiska Kahana z bankiem? Wspomnienie czekającej na nią nagrody było miłe, choć nie zamierzała ryzykować i jej odbierać. Pieniądze leżały i marnowały się bezczynnie, ale to było rozsądniejsze.
Pstro to ty masz w dupie, parchu pierdolony.
Uśmiechnęła się do Kahana przepraszająco i odwróciła się od niego, pozwalając Yettowi kontynuować tę dyskusję. Niech się wykaże, skoro Leobarius miał więcej zaufania w niego, niż w jego panią kapitan. Ona w tym czasie kontynuowała bycie głupią dziewką z prowincji, co, jakkolwiek upokarzające, mogło mieć swoje plusy.
- Co się tutaj będzie działo? - zapytała jednej z kobiet. - Jeszcze nie aukcja, prawda? Oficjalne powitanie? Czy poznamy organizatorów balu?
Z doświadczenia wiedziała, że ludzie lubili udowadniać, jak dużo więcej wiedzą od swoich rozmówców. Może więc i z pani Kahan i jej przyjaciółeczki wyleją się jakieś interesujące informacje?
Obrazek

Siedziba Kompanii Handlowej Błogosławieństwa Ula

12
POST BARDA
Vera potrafiła to dostrzec: cała elegancka fasada Corina sypała się jak domek z kart. Mężczyzna tracił zapał z każdą chwilą, zerkał w jej stronę, jakby szukając wsparcia. Nie odnalazł się w nowej sytuacji. Rzucał komplementami, bo te wydawały mu się prawidłowe dla chwili, ale gdy przyszła pora na bardziej konkretne rozmowy... czy starczy mu sił, by improwizować? Tęskne spojrzenia za Verą jeszcze przez jakiś czas mogły być brane jako zachwyt własną żoną, ale przez jak długo?

- Bera jest bardziej inteligentna, niż może się wydawać. - Próbował się ratować, łapiąc brzytwy. Wywołał tym tylko śmiech Kahana.

- A, te nasze baby! - Parskał znów bankowiec, wskazując Corinowi miejsce przy stole. - Chodź, chodź. Napijemy się, zanim wszyscy się zbiorą.

Cornelius przystał na propozycję, za to również Vera cieszyła się zainteresowaniem. Obie kobiety złapały ją pod ręce, jakby były już-teraz jej najlepszymi przyjaciółkami. Żona pana Kahana delikatnie gładziła jej ramię, ale chyba tylko po to, by zachwycić się dotykiem materiału pod palcami.

- Nigdy o was nie słyszałam, Bero! - Przyznała koleżanka pani Kahan. Była młodsza chyba nawet od Very. Z pewnością nie było jej można nazwać piękną, ale osoba, która wykonała jej makijaż, odwaliła kawał dobrej roboty. Również jej blond włosy upięto w elegancki sposób, choć nie tak wysoko, jak włosy Umberto. - Och, bo jesteś tu pierwszy raz... Na razie czekamy na wszystkich. Jeszcze trochę. Żeby tylko Hector zdążył...

- Twój Hector nigdy się nie pojawia na czas! - Zaśmiała się pani Kahan. Miała podobny sposób parskania, co jej mąż. - Będzie dobrze, jeśli w ogóle przyjdzie!

- Obiecał mi! Poza tym, na aukcji ma być figurka Jacoliniego. A aukcja będzie dopiero pod koniec.

- Tak, jak wszyscy mężczyźni już się spiją i będą gotowi zapłacić więcej. - Mruczała pani Kahan, wyraźnie niezadowolona. Zamiast głupich figurek, mąż mógłby kupić jej nową suknię. - Po oficjalnym otwarciu balu będzie pierwszy poczęstunek, a później tańce. Ach, ale gdzie nasze maniery! To jest Girella, a ja jestem Toaserle. Mów mi Toasia.

Kobiety usadziły Berę między sobą. Przed nimi stały już kieliszki, z tym samym musującym winem, którym częstowano Verę przy wejściu.

- To powiedz! Skąd masz Vergace? - Najważniejszy temat wieczoru należało porządnie obgadać. - Spotkałaś go osobiście? - Dopytywała Girella. - Mam jednego Vergace, ale po tym, jak urodziłam bliźniaki...

- Wrócisz do figury, kochaniutka. - Pocieszyła ją pani Kahan.

Siedziba Kompanii Handlowej Błogosławieństwa Ula

13
POST POSTACI
Vera Umberto
Było za późno, bu się wycofać. Corin musiał radzić sobie sam, przynajmniej przez jakiś czas. Vera wierzyła, że nie będzie to dla niego problemem. Miał gadane i był towarzyski, więc nawet jeśli przestanie być na siłę elegancki, to Kahan uzna to za otwarcie się przed nowym znajomym i dalej będą sobie mogli narzekać na swoje baby. Ona tymczasem zasiadła ze swoimi nowymi koleżankami, z którymi w rzeczywistości nie miała chyba ani jednego wspólnego tematu do rozmów. Sięgnęła po kieliszek z winem i napiła się, korzystając z faktu, że im się gęba nie zamykała. Dopiero imię Hectora sprawiło, że Umberto zamarła, a potem uniosła uważne spojrzenie na młodszą z kobiet, która przedstawiła się jako Girella. Czy to możliwe, żeby zbieg okoliczności był tak duży? Z drugiej strony, o jakim zbiegu okoliczności mogła mówić, gdy od początku wiedziała, że Albronkald zna Levanta i admirał interesuje się owymi figurkami? To musiał być on. Czy znalazł sobie ukochaną w Karlgardzie i teraz miał się tu pojawić? Zaraz, za godzinę?
- Hector? - zagadnęła. - To twój... mąż? Też jest bankierem?
Jeśli jej podejrzenia się sprawdzą, będzie musiała porozmawiać z Corinem sam na sam. Zerknęła w jego kierunku. Założenie, że Levant nie jest priorytetem dzisiejszego wieczoru stawało się bardzo chwiejne. Poczuła, jak jej oparta na kolanie pod stołem dłoń mimowolnie zaciska się w pięść. Jeśli miała tu jego ukochaną, może wystarczyło ją stąd porwać, żeby popłynął za nimi? Skusić sukniami Vergacego... To nie mogło być zbyt trudne. Wszystko inne poszłoby się jebać, ale była gotowa to poświęcić.
Jeśli jednak miał to być on, jaka była szansa, że rozpozna Verę? Całkiem spora, choć nie widzieli się od siedmiu lat. Gdyby była sama, może długo by mu zajęło skojarzenie skąd ją zna, ale z Corinem... Cały ich plan mógł runąć lada moment.
- Nie poznałam go, niestety. Dostałam suknię od męża na naszą... siódmą rocznicę - zmusiła się do uśmiechu. Czyli jeszcze Levant spłodził sobie dwa kaszojady w Karlgardzie? Ładnie.
O ile to w ogóle był on, oczywiście. Verze ciężko się było skupić na czymkolwiek innym.
Obrazek

Siedziba Kompanii Handlowej Błogosławieństwa Ula

14
POST BARDA
Corin oddalił się z Kahanem ku najbliższemu barkowi. Na długim stole ustawiono wiele różnych alkoholi, a zatrudniony kelner tylko czekał, by nalać panom tego, czego sobie życzyli. Kątem oka Vera dostrzegała, że tylko Kahan mówił, a Cornelius, przytłoczony jego osobowością, tylko kiwał głową. Przynajmniej Yett miał nieco łatwiej.

Kobiety również rozmawiały, ale o innych sprawach. Girella zaśmiała się.

- Bankierem? Och, nie, nie! Pracuje w marynarce! - Powiedziała wprost, nie ukrywając żadnych szczegółów, nie wiedząc, że głupiutka Bera z prowincji czyha na jego życie. - Jest admirałem. Dlatego podróżujemy praktycznie po całej Herbii...

- Ach, chciałabym, żeby mój mąż tak obwoził mnie po świecie! - Żachnęła się pani Kahan. - Mieć dom w Qerel, Karlgardzie, na Archipelagu...

- Ale wtedy bardzo tęsknię za dziećmi. Zostały w Qerel. - Wyjaśniła Berze pani, jak wszystko na to wskazywało, Levant. - Ty też musisz tęsknić. Siedem lat, to tyle czasu! - Zawołała, splatając dłonie przed sobą. - Na wsiach lubicie mieć dużo dzieci. Musisz mieć już co najmniej czwórkę. - Zauważyła.

- Ja na dziesiątą rocznicę dostałam tylko wyjazd do Taj'cah! - Zdenerwowała się pani Kahan.

Siedziba Kompanii Handlowej Błogosławieństwa Ula

15
POST POSTACI
Vera Umberto
Czyli to był on. Naprawdę on. Hector Levant, z którego żoną rozmawiała właśnie o sukniach i dzieciach. Wpatrywała się w kobietę, w jej twarz, skrywaną pod warstwą starannego makijażu, w jej rozpromienione gdy wspominała męża oczy. Girella nie miała pojęcia, że jej ukochany i ojciec jej dzieci jest mordercą i socjopatą. Może lepiej na tym wyjdzie, gdy Vera go w końcu wykończy. Nie była jeszcze tak stara jak sama Umberto, znajdzie sobie nowego tatusia dla swoich bliźniaków.
Myśli o Levancie pojawiły się w głowie kapitan w chwili, w której zobaczyła znajomego gnoma, ale dopiero w tym momencie nabrały kształtu. Ścigała go od siedmiu lat, z mniejszymi lub większymi przerwami. Szukała go w każdym mieście, w jakim się pojawiała. Liczyła na to, że trafi na jego okręt na morzach, choć to było mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że Siódma Siostra unikała szlaków patrolowych. Ostrzyła rapier z myślą o nim. Tymczasem miała spotkać pana admirała teraz, gdy miała przy sobie wyłącznie Corina, na sobie sukienkę, a pod nią dwa mierne sztylety. Przewrotny los dobrze wiedział, jak uprzykrzyć jej życie.
- Trójkę - odparła trochę nieprzytomnie, pozwalając rozmowie toczyć się gdzieś niezależnie od niej. Już nawet nie zareagowała na założenie, że są gdzieś ze wsi. Jakby się uprzeć, to Harlen było wioską. Dużo mu brakowało do statusu małego miasteczka. Dużo mu też brakowało do poziomu życia, w którym chciałoby się wychowywać dzieci. Jej intensywne spojrzenie nie odrywało się od Girelli. Jak bardzo wściekły będzie Leobarius, kiedy zostawią go z tym wszystkim samego? Pewnie nieszczególnie, i tak proponował, że może udać się tu bez nich. Zerknęła w bok.
- Przepraszam na moment - odezwała się cicho. - Chyba Cornelius mnie wołał.
Wciąż lekko zdezorientowana rewelacjami, podniosła się od stołu i zostawiając swoje nowe towarzyszki same, ruszyła w kierunku Yetta. Musiała mu powiedzieć. Musieli coś z tym zrobić, podjąć jakieś decyzje, zadziałać zanim będzie za późno, zanim zostaną rozpoznani i wylądują w celi, a potem na szafocie. Vera nie chciała umierać jeszcze teraz.
Podeszła do swojego tymczasowego męża i uśmiechając się lekko - mocniej nie była w stanie, to był szczyt jej możliwości - przytuliła się do niego, przez moment nie przerywając ich rozmowy, tudzież monologu Kahana. Dopiero po chwili, pod przykrywką krótkiego całusa, danego Corinowi w policzek, wyszeptała mu do ucha tę dość istotną informację:
- Levant dziś tu będzie.
Obrazek
ODPOWIEDZ

Wróć do „Karlgard”