[Północna część miasta] Rezydencja von Darher

1
Obrazek


Położona w północnej części miasta rezydencja należy do rodziny von Darher. Zakupiona przez nich niespełna trzydzieści lat temu, gdy przenieśli się na Archipelag z Keronu, odrestaurowana i zajmowana przez nich niezmiennie od tamtej pory. Nie zajmuje dużej przestrzeni w porównaniu do innych posiadłości tego typu; nie posiada rozległych ogrodów i przyległych ziem, poza niewielkim, mocno zadrzewionym parkiem na tyłach domu. Można tu jednak znaleźć budynki gospodarcze dla służby i sporą stajnię, w której przebywać uwielbia najmłodsza córka rodziny von Darher - jedyna z czwórki rodzeństwa, jaka jeszcze mieszka z rodzicami. Pozostała trójka prowadzi już własne życia poza murami rodzinnej posiadłości, przez co może się ona momentami wydawać opustoszała.
Obrazek

[Północna część miasta] Rezydencja von Darher

2
POST POSTACI
Paria
Bez pomocy dwóch śniących, które ułożyłyby jej fryzurę, Libeth po powrocie do Czerwonego Stawu spędziła zdecydowanie zbyt dużo czasu na próbach doprowadzenia swoich włosów do stanu, w którym byłyby akceptowalne przez matkę. Czy się jej to udało, czy nie - okaże się już niedługo. Prowizoryczne upięcie przynajmniej powstrzymywało je od wpadania jej do oczu... Paria miała wiele talentów, ale układanie włosów zdecydowanie nie było jednym z nich. Potem zanurkowała w swojej skrzyni w poszukiwaniu odpowiedniej sukienki, co okazało się równie skomplikowanym zadaniem. Nie uczestniczyła w podobnych uroczystościach zbyt często, więc jej garderoba w kwestii sukni ograniczała się do dwóch skrajności: efektowne, koncertowe i absolutnie nienadające się do poruszania się w nich i te drugie, codzienne, zazwyczaj przez Parię zapomniane, albo skrojone na elfią modłę, która była zbyt wyzywająca na rodzinny obiad. Klnąc w myślach na fakt, że nie dostała zaproszenia wcześniej, co pozwoliłoby jej kupić sobie coś odpowiedniego, wybrała ostatecznie jedną z tej drugiej grupy - przynajmniej zbytnią strojnością nie będzie odwracała uwagi od głównej bohaterki wieczoru, czyli Sary. Związując sznurki sukni na plecach i przyglądając się sobie w lustrze, wciąż nie do końca potrafiła uwierzyć w to, że Sara w końcu znalazła kogoś, kto akceptował ją taką, jaką jest i to do tego stopnia, że poprosił ojca o jej rękę. Libeth nie potrafiła tylko przejść do porządku dziennego nad słowami Kamelio, który w dość niepochlebny sposób wypowiadał się o jej wybranku. W sposób, jaki nie świadczył o tym, że elf La'Rosha nie lubi, tylko że narzeczony Sary to niebezpieczny człowiek. Dlaczego ktoś taki jak on wybrał sobie akurat młodszą pannę von Darher? Libeth nie byłaby sobą, gdyby nie obiecała sobie dokopać się do sedna tej sytuacji i upewnić się, że to wszystko nie ma jakiegoś drugiego dna, którego wszyscy będą żałować. Mogła patrzeć na Sarę pobłażliwie i nie traktować jej poważnie, ale to nie znaczyło, że nie życzyła jej jak najlepiej. To wciąż była jej młodsza siostrzyczka, jakkolwiek rozpieszczona i irytująca by nie była.
Przed wyjściem rzuciła jedno, krótkie spojrzenie w kierunku skrzyni z ubraniami i uśmiechnęła się pod nosem, mimo sugestii Kamelio nie zabierając ze sobą jednak żadnej podomki, jakkolwiek zabawne by mu się nie wydawało wyciąganie jej z kolejnej rezydencji w tym samym, cudownym stroju. W domu rodzinnym wciąż miała jakieś ubrania, zarówno na noc, jak i na kolejne dni, gdyby postanowiła zostać tam dłużej. Nie brała też lutni; to nie Paria miała tam być w centrum uwagi, więc nie zamierzała występować. Jej plan był prosty: pojawić się, pouśmiechać uprzejmie, pogratulować, postarać się nie przyciągać do siebie zbytniego zainteresowania, by nie nasłuchać się na temat swoich życiowych zaległości, najeść się i napić dobrego wina, a potem się zwyczajnie zmyć.
Wchodząc na dobrze znajomy dziedziniec z fontanną, Paria zastanawiała się jak zareagowałaby jej rodzina, gdyby postanowiła przedstawić im Kamelio. Nie dość, że był elfem, to jeszcze jego przeszłość była absolutnym zaprzeczeniem wszystkiego, co szanowali. Chyba nawet ojciec nie przeszedłby nad tym tak po prostu do porządku dziennego. Gdyby chciała - choć wcale nie czuła takiej potrzeby - absolutnie nie wchodziło to w grę. Pozostanie im wykradanie się przez okno i spotkania po nocy, albo w odosobnionych, mało uczęszczanych miejscach. Bankietu z okazji zaręczyn Libeth nie będzie im dane się doczekać... a przynajmniej nie z tym elfem.
Przywdziała na twarz najbardziej uprzejmy ze swoich uśmiechów i weszła do środka, te uprzejme dwie godziny przed czasem, rozglądając się za bliskimi.
Obrazek

[Północna część miasta] Rezydencja von Darher

3
POST BARDA
W progach domu powitała ją raźnie podekscytowana całym wydarzeniem, znana jej już od lat służba - z głównym kamerdynerem i paroma, tylko kilka lat starszymi pokojówkami.
Poprowadzona przez hol i w stronę ich największego salonu, z którego dochodziły już do niej głosy przynajmniej tuzina osób, o mało nie wpadła na nią drobna postać, szarżująca w towarzystwie dzikiego chichotu. Drobnego chłopca o pyzatej buźce zatrzymał zawczasu kamerdyner. W zaskoczonym spojrzeniu dziecka Libeth mogła dostrzec znajome rysy, mimo iż okalane dużo ciemniejszymi włosami, niż pozostałych członków jej rodziny.
Zanim ktokolwiek cokolwiek zdołał skomentować, z salonu wyskoczył rumiany na policzkach Wilfrid, łapiąc swojego syna od tyłu i bez najmniejszego problemu podnosząc go z ziemi, na co mały zareagował natychmiastowych wybuchem wesołości, chichocząc i zarzucając nogami. Włosy mężczyzny, wcześniej zapewne związane w krótki, acz elegancki kucyk, były obecnie w lekkim nieładzie, z licznymi kosmykami wystającymi tu i tam.
- ...przysięgam, niech tylko znajdę osoba, która zostawiła kostki miód na wierzchu... - westchnął ze zrezygnowaniem, zanim jego oczy podniosły się na stojące przed nim osoby. Minęło sporo czasu, odkąd dwójka rodzeństwa widziała się po raz ostatni.
Wilfred nie bywał w domu rodzinnym wiele częściej, niż ona sama. Mając na głowie nie tylko własny biznes, wymagający od niego przez wzgląd na rodzaj towarów wiele uwagi, ale również rodzinę, z którą zawsze starał się spędzać pozostały czas, był wyjątkowo zabieganym człowiekiem. Widać to zresztą było po lekkich cieniach pod oczami, których obecności nie zdołało przyćmić nawet eleganckie przyodzienie w kolorach czerni i purpury.
Paria słyszała również jakiś czas temu od ojca o problemach Wilfreda z piratami oraz ich wzmożoną aktywnością na szlaku morskim, którym zwykł przeprowadzać statki kupieckie. Jeden z nich, padł w ciągu ostatniego miesiąca ofiarą wyjątkowo agresywnej napaści. Spory ładunek klejnotów przepadł, ludzie broniący towaru stracili życia od rapierów, a sam handlarz zmuszony był teraz nie tylko wypłacić się z niezrealizowanej umowy, ale także zapewnić częściowe wynagrodzenie owdowiałym żonom marynarzy i strażników.
- Libeth! - odezwał się ożywionym głosem, oddając syna jednej ze stojących obok w gotowości służących, aby móc podejść do siostry i ująć jej dłonie we własne, lekko je ściskając. - Widzę, że nawet nowo zdobyta popularność nie zdołała uratować cię przed dzisiejszą uroczystością - zażartował, choć zrobił to na tyle cicho, aby nikt inny nie mógł go usłyszeć.

[Północna część miasta] Rezydencja von Darher

4
POST POSTACI
Paria
Postanowiła być wcześniej, a i tak już zdążyło zebrać się tu więcej osób, niż się spodziewała. Wysłuchała się w głosy, zastanawiając się, które z nich rozpoznaje, a które są jej obce. Pewnie byli wśród nich rodzice i Sara, może już razem ze swoim narzeczonym. Jak bardzo wystawne miało być to przyjęcie? Paria w sumie nie wiedziała, czy powinna spodziewać się dwudziestu osób, czy setki. Im więcej, tym lepiej - łatwiej jej będzie uniknąć zwracania na siebie uwagi.
Z rozmyślań wyrwało ją prawie wbijające się w nią dziecko. Ze względu na ilość czasu, jaką spędzała przez ostatnie miesiące w Domu Śnienia, wyniosła stamtąd całkiem imponującą umiejętność unikania szarżujących na nią znienacka dzieci, zwłaszcza, że niektóre tam miały dwa razy więcej nóg i podwójną prędkość. To tutaj zostało zatrzymane przez służbę, co pozwoliło Parii wykorzystać tę okazję do zmierzenia chłopca uważnym spojrzeniem... i dojścia do szybkich wniosków, że jednak będzie jej dane zobaczyć się dziś z bratem, którego nie widziała już wieki.
I faktycznie, Wilfred wynurzył się zza zakrętu chwilę później, a na jego widok wymuszony uśmiech Libeth przerodził się w całkowicie szczery. Nawet zmartwienie nawarstwieniem się problemów, jakie tliło się gdzieś w głębi jego oczu, nie stłumiło radości, jaką bardka poczuła na jego widok. Naprawdę za nim tęskniła!
- Will! - wyrwała ręce z jego uścisku, by objąć go i krótko przytulić, jakby wciąż mieli po kilkanaście lat. Zaraz po tym odsunęła się z powrotem i uniosła na niego rozbawione spojrzenie. - Podoba mi się twoja dzisiejsza fryzura. Bardzo dystyngowana.
Kąciki jej ust uniosły się jeszcze wyżej, a sama kobieta pokręciła przecząco głową. Widać Wilfred podzielał jej ekscytację tym wydarzeniem.
- Bardzo przepraszam, jaka nowo zdobyta? - zaprotestowała, krzyżując ręce na klatce piersiowej. - A do tej pory to z czego niby żyłam?
Przeniosła wzrok na swojego bratanka i uśmiechnęła się do niego szeroko. Jakby Wilfred miał za mało problemów, jeszcze dwa małe dodatkowe plątały mu się pod nogami.
- Nie ułatwiasz tacie życia, co? - zagadnęła chłopca, zanim razem z nim, czy też bez niego, ruszyli w stronę sali, z której dochodziły głosy.
- Dobrze cię widzieć, Will. Jesteście tu całą czwórką? Sara na pewno bardzo się cieszy, że przyjechałeś. Jakkolwiek upokarzające by to nie było dla mnie, dla niej to ważna okazja. Miałeś już okazję poznać człowieka, któremu skradła serce? - spytała niezobowiązująco. Ciekawa była, czy jej starszy brat też zdążył usłyszeć o La'Roshu kilka niepokojących informacji.
Obrazek

[Północna część miasta] Rezydencja von Darher

5
POST BARDA
Podczas gdy kilka męskich głosów wydawało się dyskutować, grono żeńskich wybuchów śmiechów i chichotów zagłuszało je zbyt dobrze, aby móc ocenić, do kogo należało. Jedna jednak osoba wybijała się ponad inne, z uwagi na bardzo wysoką tonację oraz wyjątkowo drażniącą barwę śmiechu. Należał on do jednej z ciotek-plotkar, Aurelii Cornbellriot - rodziny ze strony Tobiasa, którą wszyscy tolerowali bardziej z uwagi na szacunek do jej męża, niż przez faktyczne pokrewieństwo. W dużej bowiem części, to właśnie dzięki niemu i jego bratu, członkowie rodziny von Darher byli w stanie nie tylko przedostać się bezpiecznie na Archipelag, ale również otrzymać prawo do zasiedlenia. Nie sprawiało to natomiast, że kobieta była łatwiejsza do zdzierżenia. Miała brzydki zwyczaj do wtryniania nosa tam, gdzie nie powinna. Nawet Lydia miewała momentami problemy z utrzymaniem nerwów na wodzy, gdy zaczynała mleć ozorem i zadawać niewygodne, a czasem i zwyczajnie nietaktowne pytania. Było to o tyle ironiczne, że dokładnie to samo przydarzało się Sarze, w której problemu tegoż nie dostrzegała.
Uściśnięty Wilfred wydał z siebie nieco zaskoczone "ah", a następnie ze śmiechem odwzajemnił krótko gest. Jego ciepła natura była podobna do ojcowskiej.
- Moja fryzura? - spytał z początku z pewną dezorientacją, zanim zzezował na dłuższy kosmyk, który opadał mu dosłownie na środek czoła. - Oczywiście... Posłuchaj. Mogłabyś...? - mimo starań, nie mógł ponownie zagarnąć włosów w taki sposób, aby nie opadały w tę czy tamtą stronę. Jego włosy były proste, ciężkie i mimo iż w przeciwieństwie do włosów Parii nie miały tendencji do odstawania, czy odskakiwania, były na tyle śliskie, by ciężko było je upiąć i utrzymać w jednym miejscu. - Nie chcę tam wracać tylko po to, żeby wysłuchać kolejnej tyrady.
Najwyraźniej Lydia znalazła już dostatecznie dobry powód, aby przemaglować swojego najmłodszego syna. Mimo zamiłowania do dwójki jedynych wnuków, zdarzało jej się krytykować metody ich wychowywania. Całe szczęście, podczas gdy Wilfred skory był przyjmować jej słowa z zakłopotanym uśmiechem lub zmieszanym wyrazem twarzy, jego małżonka, należąca wcześniej do zaledwie średniej klasy społecznej, potrafiła uciszyć teściową, kiedy zachodziła taka potrzeba. Wbrew swojej delikatnej budowie i słabej odporności ciała, miała zaskakująco twardy charakter i potrafiła postawić na swoim.
- Najmocniej przepraszam - odchrząknął i poprawił się. - Odświeżona popularność gwiazdy estrady, która doprowadziła na szubienicę skorumpowaną arystokratkę. Niemała rzecz, skoro plotki zdołały dotrzeć nawet do mnie. Winszuję, siostrzyczko. A skoro o tym mowa - wychylił się do niej, wyciągnął rękę i... uszczypnął ją krótko, acz sprawnie w prawy policzek. - Nie powtarzaj tego więcej. Cieszę się, że widzę cię całą.
Spoglądający na nią wesoło chłopiec uśmiechnął się, prezentując jej brak mlecznej dwójki u dołu oraz trójki u góry. Wciąż rozchichotany, uspokoił się jednak nieco w kobiecych objęciach służacej. Zdecydowanie łatwiej musiała mieć z nim matka.
- Daj mu cokolwiek słodkiego, a zacznie chodzić po ścianach - skomentował syna Will, rzucając mu wbrew karcącego tonu miękkie spojrzenie. - Wyjątkowo udało nam się tym razem przyjechać w komplecie, choć dla dobra własnego zdrowia mentalnego, powinienem być mądrzejszy i zastosować metodę modnego spóźnienia. Usta Sary chyba nigdy jeszcze nie starały się przekazać tylu informacji na raz, a wszyscy dobrze wiemy, że tylko głos ciotki Aurelii zagłusza bardziej niż jej, kiedy jest podekscytowana. W każdym razie do czasu przybycia narzeczonego i jego ojca - tu mężczyzna zrobił krótką pauzę, znacząco spoglądając na towarzyszącą im służbę. Wszyscy zgodnie oddalili się w swoje strony. Obarczona młodziutkim von Darherem gosposia również wróciła z nim do salonu, zapewne by wrócić syna pod opiekę matce lub też samej go zająć gdzieś z boku w razie potrzeby. Mały w żaden sposób nie oponował.
- Sam nie wiem, co dokładnie o nim myśleć - przyznał, gdy wreszcie zostali sami w progu. - Wydaje się porządnym i inteligentnym, chociaż chłodnym mężczyzną. Nawet jeśli nie mam pojęcia, dlaczego ktoś taki upatrzył akurat Sarę i oczywiście wiem, co o nim swego czasu mówiono... Jest przy nim bardziej ułożona niż kiedykolwiek, wiesz? Zupełnie, jakby dobre maniery i takt nagle zaczynały przy nim istnieć. Mógłbym przywyknąć do tej cichszej wersji Sary.

[Północna część miasta] Rezydencja von Darher

6
POST POSTACI
Paria
Parsknęła śmiechem, ale pomogła bratu doprowadzić włosy do względnego porządku. Matka lubiła czepiać się wszystkiego i choćby stawali na rzęsach, nie byli w stanie sprostać jej oczekiwaniom, zwłaszcza, gdy w grę wchodziło bycie ocenianym przez tak ważnych gości. Nieuporządkowane włosy były dla niej doskonałą pożywką i Libeth coś dobrze o tym wiedziała.
- Kolejnej? - podpytała niewinnie. Świadomość, że to nie tylko ona robiła wszystko źle, była dla Parii mocno satysfakcjonująca, nieważne jak mało empatyczne to nie było.
- Nie martw się, nie zamierzam się już pakować w żadne inne problemy - uniosła rękę, odpychając od siebie dłoń brata. Co to było za szczypanie? Niezmiennie traktował ją, jakby miała dziesięć lat. - Tamten stres kosztował mnie jakieś pięć lat życia. Wiesz, że normalnie nie bawię się w szlacheckie wojenki. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby grać u baronowej, ale ostatecznie wcale nie wyszłam na tym tak źle. Nawet jeśli konkursu wtedy nie wygrałam. Nie przegrałam też - podkreśliła, gwoli ścisłości. - Nie ogłoszono zwycięzcy.
Pozytywne skutki chyba przewyższały te negatywne, choć śmierć Celestio wciąż wisiała nad nią ciężką chmurą i nic nie mogło tego zmienić. Ale miała sławę, miała Dom Śnienia i Kamelio. Mogło skończyć się dużo gorzej.
- Ach tak, ciotka Aurelia - Libeth przewróciła oczami. - Tak mi się zdawało, że ją słyszę. To będzie ciężki wieczór. Ale może matka ukróci jej komentarze, jeśli nie chce skompromitować rodziny przed La'Roshami. Taką mam przynajmniej nadzieję.
Jakby się uprzeć, to nie doświadczyła niczego złego ze strony Damona. Był dla niej całkowicie uprzejmy, a do tego faktycznie potrafił okiełznać Sarę, co nie udawało się praktycznie nikomu innemu. Może akurat kogoś takiego potrzebował w swoim życiu, więc byli dla siebie stworzeni? Paria życzyła młodszej siostrze samego szczęścia i spełnienia. Jeśli La'Rosh był niebezpiecznym mężczyzną, ale miał dobrze opiekować się młodą panną von Darher, hej, mogła skończyć dużo gorzej.
Jak jej siostra, chociażby. Stara panna, która dawno już powinna urodzić rodzicom wnuki, a zamiast tego szlajała się po scenach.
- Widziałam. Kiedy go poznałam, Sara nawet przeprosiła mnie za to, że na mnie wpadła - zaśmiała się cicho. - Mam nadzieję, że będzie z nim szczęśliwa, a jemu życzę powodzenia i dużo cierpliwości, nawet jeśli nie mogę mu tego powiedzieć. Też słyszałam o nim już... różne rzeczy. Mniej lub bardziej pochlebne, a właściwie tylko mniej. Ale ciężko traktować je poważniej, niż pierwsze lepsze plotki. Z całą pewnością wygląda dobrze. Sara zawsze podkreślała, że musi mieć przystojnego męża, czyż nie?
Obrazek

[Północna część miasta] Rezydencja von Darher

7
POST BARDA
- Dziękuję - Wilfred odetchnął z ulgą, na próbę kręcąc głową w prawo i lewo, chcąc mieć pewność, że żaden kosmyk nie wymsknie się w nieodpowiednim miejscu i o nieodpowiednim czasie.
Żadne z nich nie lubiło podpadać matce i w przypadku ewentualnych wizyt, każde, włącznie z Lambertem, starało się tego unikać, niczym żywego ognia. Tylko dlatego, że byli dorośli i nie mieszkali już w domu rodzinnym, nie oznaczało niestety, że mogli opędzić się od jej krytycznego spojrzenia, czy jeszcze bardziej krytycznych uwag.
Wydając z siebie jeszcze jedno, zmęczone westchnięcie, gestem dłoni wskazał po sobie.
- Powiedzmy po prostu, że to, co obecnie mam na sobie, nie było wcale moim pierwszym wyborem.
Miało sens. Mimo swojego arystokratycznego pochodzenia, Will nigdy nie należał do osób lubiących się przesadnie stroić. Miał najprawdopodobniej najskromniejszą naturę spośród reszty członków rodziny.
- O całej sprawie chodzi tyle plotek, że szczerze nie jestem pewien, którym można dać wiarę, a którym nie. Miałem nadzieję, że znajdziesz dzisiaj dla mnie trochę czasu pomiędzy odganianiem się od z dawna niewidzianych krewnych, La'Roshów i znajomych rodziny, żeby przynajmniej część z nich dla mnie rozjaśnić? - zaproponował. - Bez presji. Jeśli to dla ciebie drażliwy temat, możemy to pominąć - dodał ostrożnie. - Miałem jednak nadzieję, że w miarę okazji uda nam się nieco nadgonić.
Wilfred mógł nie mówić tego wprost, nie chcąc się przypadkowo ośmieszyć, ale to, co miał na myśli, to z całą pewnością to, że mimo wiedzenia dobrego i dość szczęśliwego życia, brakowało mu czasem wspólnego kontaktu.
Niczym za sprawą wezwania złego, kolejny wybuch śmiechu ciotki Aurelii zagłuszył szum ludzkich głosów wewnątrz pomieszczenia, wywołując niemal bolesne wykrzywienie się ust jej brata.
- Postarajmy się go po prostu przeżyć? - zaproponował ze zrezygnowanym uśmiechem, ale perfekcyjnie wyprostowaną postawą. - W najgorszym wypadku, to i tak ja, ojciec i Sir Cornbellriot będziemy zmuszani wyciągać ją do tańca - co brzmiało, jak dobrze obmyślony wcześniej przez matkę plan działania przeciwko ciotce. Ofiar w tym przypadku nie dało się jednak uniknąć. Ktoś musiał ucierpieć, żeby dobre imię ich rodu pozostało w miarę nieskalane.
- Mimo wszystko, wciąż nie mogę uwierzyć, że udało jej się znaleźć ostatniego, który jednocześnie potrafi sprostać jej wymaganiom, co i nie spróbował podwinąć ogona, gdy tylko otworzyła przy nim usta - zaśmiał się lekko Wilfred. - A skoro o tym mowa, twoja kolej na złożenie gratulacji.
Proponując siostrze ramię, wskazał ruchem głowy drzwi za swoimi plecami. Co nieuniknione, to nieuniknione.

[Północna część miasta] Rezydencja von Darher

8
POST POSTACI
Paria
Przesunęła spojrzeniem po stroju brata, a potem mimowolnie opuściła wzrok na własną sukienkę. Do tej pory była całkiem zadowolona z wyboru, ale teraz w jej głowie zaczynały się pojawiać wątpliwości. Nie no, chyba wyglądała dobrze? Nie zbyt strojnie, ani nie za bardzo przeciętnie, do tego nie były to spodnie. Miała cichą nadzieję, że akurat tym razem uda się jej uniknąć niezadowolonego komentarza matki.
- Znajdę. I opowiem ci wszystko, co chcesz - zgodziła się, splatając dłonie za plecami i z powrotem unosząc wzrok na Wilfreda. Zawoalowana informacja, że chce z nią spędzić trochę czasu, bo dawno się nie widzieli, przywołała sporo ciepła do rozbawionego spojrzenia Libeth. - Ja też się stęskniłam.
W przeciwieństwie do niego, nie miała problemów z powiedzeniem tego na głos. I ona też chciała wiedzieć, co u niego. To, co słyszała o ostatnich niepowodzeniach, musiało być dla niego strasznym ciężarem. Jakkolwiek męcząca by to nie była uroczystość, Paria miała nadzieję, że Will wykorzysta ją do oderwania się choćby na chwilę od problemów życia codziennego. Wszyscy ostatnio mieli ich zbyt wiele, nawet żyjąca dotychczas dość beztrosko Paria. Współpraca z Domem Śnienia uczyła ją odpowiedzialności. Dobrze przynajmiej, że w życiu Sary wszystko się układało.
- Co by się nie działo, cieszę się jej szczęściem - podsumowała, wsuwając dłoń pod zaoferowane ramię brata. - A za was trzech trzymam kciuki. Za was, i za wasze podeptane buty.
Westchnęła i odwróciła się w stronę drzwi, gotowa przestąpić ten nieszczęsny próg. Zamierzała skierować się prosto do głównych bohaterów dzisiejszego wieczoru, złożyć im serdeczne gratulacje, a potem zaszyć się gdzieś w bezpiecznym miejscu, najlepiej blisko stołu z owocami i słodkościami. I może szampanem, bo ten z pewnością będzie. Na pewno dobrze by jej zrobił. W przeciwieństwie do Wilfreda nie uważała, by jej obecność miała przyciągnąć aż tak dużą uwagę. To była uroczystość Sary i na niej powinni być skupieni wszyscy, czy wszyscy obecni tu La'Roshowie, czy dawno niewidziani krewni. Robienie zamieszania wokół siebie wyjątkowo nie było jej dzisiejszym celem.
Obrazek

[Północna część miasta] Rezydencja von Darher

9
POST BARDA
Widząc jej reakcję, Will zaśmiał się, a następnie uśmiechnął współczująco.
- Nie wiem, na ile cię to pocieszy, ale jeśli o mnie chodzi, wyglądasz pięknie.
Co oznaczało tyle samo, że mogła być dostatecznie szykownie ubrana, co i niedostatecznie szykownie ubrana - przynajmniej w oczach matki. Wątpliwym było natomiast, aby z ilością gości, która była już na miejscu, Lydia odważyła się skrytykować Parię inaczej niż tylko i wyłącznie wzrokiem, nie wspominając o zmuszeniu jej do przebrania się. Wilfred musiał mieć pecha, niepotrzebnie pojawiając się ze swoją rodziną z dużo większym wyprzedzeniem.
Uśmiechając się ciepło, Will zgodnie kiwnął głową, kierując ich z powrotem w stronę salonu.
- Czego to bracia nie są w stanie znieść, aby ich siostry odnalazły nieco radości w życiu.
Mimo iż mowa o braciach była w liczbie mnogiej, Libeth wiedziała, że najstarszemu z nich nawet przez myśl nie przeszłoby poświęcanie się dla kogokolwiek, nawet jeśli tylko i wyłącznie gwoli pokazania własnej osoby z lepszej strony. Nic dziwnego, że miał jeszcze większe trudności z ożenkiem, niż Sara.

Główny salon, choć zawsze nienagannie czysty, dzisiejszego wieczoru wydawał się niemalże błyszczeć. Rozjaśniała go dużo większa ilość świec niż zazwyczaj.
Najdłuższy ze stołów został przystrojony i udekorowany, ale wciąż świecił jedynie pustą zastawą i dekoracjami, zapewne oczekując większej liczby gości przed podaniem czegokolwiek ciepłego. Nieco mniejszy stolik obok, pełen był natomiast przystawek, a jeszcze trzeci zajmowały wypolerowane szklanki, kieliszki, pucharki oraz zestawy trunków najróżniejszego rodzaju. Obsługiwało go dwoje młodszych, wciąż szkolących się kamerdynerów, którzy bardzo starali się nie pokazywać po sobie nerwowości.
Na ten moment, pomieszczenie okupowało zaledwie czternaście osób, nie wliczając Libeth, Wilfreda ani służby, a i to było całkiem sporą ilością, patrząc na to, jak wczesną wciąż mieli godzinę. Utworzyły się z nich trzy małe, dyskusyjne grona, z czego każde zajmowało własną przestrzeń.
Kobiecy wianuszek, jak to zresztą często bywało, okupował obecnie miękkie kanapy oraz fotele, ustawione nieopodal paleniska w półkolu. Znajdowała się wśród nich dumnie wyprostowana Lydia, Aurelia, Sara, małżonka Willa wraz z córką na kolanach oraz dwie damy, których Paria niespecjalnie kojarzyła. Mogły być zatem zarówno przyjaciółkami Lydii, żonami bliskich partnerów biznesowych ich rodziny, bądź należeć do rodziny La'Rosh. Obie prezentowały się dość dostojnie, z rozbawieniem wysłuchując trajkotania ciotki Aurelii, opowiadającej z przesadnym entuzjazmem jakieś stare perypetie miłosne z lat dawno minionej młodości. Kręcące się przy nich służki donosiły drobne przekąski oraz rozlewały herbatę.
Nieco dalej, nieopodal stołu z alkoholami, stał Tobias wraz z mężczyzną w podobny do niego wieku. Nawet z tej odległości dało się zauważyć, jak sztuczne i wymuszone były przyklejone do ich twarzy uśmiechy. Otaczająca ich atmosfera była dostatecznie napięta, aby pozostała część męskiego grona stała parę kroków od nich. Znajdujący się wśród tych ostatnich Damon oraz Lambert, co rusz rzucali ich parze spojrzenia pomiędzy własną dyskusją z braćmi Cornbellriot.
Pozostawiona z synem brata służka, usiłowała odwrócić jego uwagę od stołu z przekąskami.
- Więc? Gdzie najpierw rzucić cię na pożarcie? - spytał cicho Will.

[Północna część miasta] Rezydencja von Darher

10
POST POSTACI
Paria
Paria ostatnio bywała w domu znacznie częściej, niż zwykle, więc pierwszym, co rzuciło się jej w oczy, nie był żaden z członków rodziny, tylko stół z przekąskami - co najwyraźniej podzielała z synem Wilfreda. Co prawda Lamberta nie widziała bardzo dawno, tak samo jak żony drugiego z braci, ale przywitanie się z nimi wiązałoby się w tej chwili z wplątaniem się w te pogawędki, na myśl o których już teraz bolała ją głowa.
Przesunęła spojrzeniem po pomieszczeniu, korzystając z faktu, że nikt jeszcze nie zauważył jej przybycia. Mężczyzna rozmawiający z ojcem musiał być starszym La'Roshem, tak przynajmniej wnioskowała z ich podobnego wieku i napięcia towarzyszącego dyskusji. Kusiło ją, by dołączyć do nich i wtrącić się, tak dla własnej zabawy, ale przecież planowała nie ściągać na siebie uwagi, więc drobne złośliwości pozostało jej zachować dla siebie. Potem jej wzrok przeniósł się na Damona, którego pamiętała z krótkiej wymiany zdań pod sceną u baronowej. Jemu wypadało pogratulować, w końcu to jego zaręczyny świętowali dzisiaj. Byłoby jednak nieeleganckie, gdyby podeszła do niego, zamiast najpierw przywitać się z siostrą. Z punktu widzenia zarówno Sary, jak i matki, wszystko tu kręciło się wokół niej, a Damon był zaledwie dodatkiem - choć mimo wszystko dość istotnym.
- Do stolika z alkoholem może? - zaproponowała i zaśmiała się cicho. - Pójdę do Sary - poinformowała Wilfreda i poklepała go po ramieniu, wyswobadzając jednocześnie własną rękę. - W sam środek stada dzikich bestii. Nie ma co opóźniać nieuniknionego.
Rzuciła mu ostatnie zbolałe spojrzenie, zanim przywdziała na twarz uprzejmy uśmiech i zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę kobiet.
- Gratulacje, Sara - powiedziała ciepło, obejmując młodszą siostrę od tyłu za ramiona, zanim ta zauważyła jej obecność. - I dzień dobry wszystkim, miło was widzieć. To będzie piękny wieczór.
Obrazek

[Północna część miasta] Rezydencja von Darher

11
POST BARDA
Ten, jakże wyjątkowy dla co poniektórych wieczór, nie miał być dla samej Parii łatwy. Nie znaczyło to natomiast, że nie istniała szansa na spędzenie go o tyle przyjemnie, o ile tylko alkohol i poczęstunek wciąż będzie dostępny, gdy przejdzie najcięższe z czekających ją prób testujących cierpliwość i opanowanie. W pierwszej zatem kolejności należało zmierzyć się z najgroźniejszymi przeciwnościami, jakimi były kobiece grona. Szczęśliwie, obecne wciąż nie było nadmiernie liczne. Wiadomym wszakże nie od dziś, że im większy babiniec, tym więcej w nim wścibstwa i natarczywości, od których ciężko się uwolnić, gdy już raz zostaną puszczone w ruch. Jeśli Libeth zamierzała w miarę szybko wykręcić się z towarzystwa, lepiej było do niego jak najszybciej dołączyć. Na razie stanowiło zaledwie watahę.
- Będę pamiętał, żeby przynieść ci coś mocniejszego, gdy już się z nimi uporasz - szepnął do niej na pocieszenie Wilfred, samemu dając znak głową, że zamierza udać się stronę większego spośród męskich grona.
Które z nich miało mieć gorzej? Cóż. Trzy do jednego stawiane na Parię.

- Ah! - wydała z siebie cienko zaskoczona Sara, zanim rozpoznała witającą ją postać. - Libeth! Przyszłaś! - rzuciła z szerokim, wręcz niebywale promiennym uśmiechem. Dość niecodzienny widok, trzeba przyznać.
Choć radość Sary jako taka nie wynikała z ponownego spotkania ze swoją starszą siostrą, a raczej z obecności w pomieszczeniu kolejnej osoby, mającej robić za świadka jej wielkiego sukcesu skończenia z panieństwem, wciąż był to widok pokrzepiający i podnoszący na duchu.
Przyszłą panna La'Rosh miała na sobie tego wieczoru stosunkowo niewinnie wyglądającą, choć bynajmniej nie skromną z uwagi na ilość detali kreację, w której wyglądała niczym polna wróżka, rodem z dziecięcych opowieści. Dominowały w niej kolory różu i bieli, z motywem przewodnim róży. W pewnym sensie było to coś odświeżającego, nawet jeśli dość cukierkowego. Przynajmniej raz, eksponowanie biustu nie wydawało się głównym celem założonej przez nią sukni.
- Bogowie, Libeth! Minęły chyba wieki! - zatrajkotała niepokojąco rozanielona jej widokiem ciotka, szybko przesuwając się bliżej usiłującej nie skrzywić się z racji tego Lydii, robiąc miejsce zaraz obok siebie. - Proszę, siadaj! Siadaj, dziecko! Popatrzcie tylko, na jaką piękność wyrosłaś! Aż dziw, że młodsza siostra wciąż była w stanie wyprzedzić cię z ożenkiem! - kontynuowała energicznie Aurelia, bezceremonialnie i zapewne bez zastanowienia wyciągając grube działa na dobry początek. Nawet matka rzuciła jej ukosem mordercze spojrzenie, wciąż nie mogąc uwierzyć w podobny brak taktu w obecności innych gości. Gdyby to ona była osobą wytykającą problem, nie byłoby problemu. Gdy jednak wytykały go osoby trzecie w jej własnym domu? W pewnym sensie była to obraza dla niej samej.
- Cieszę się, że znalazłaś czas, aby wziąć udział w tym, tak ważnym dla twojej siostry dniu - wtrąciła się Lydia, wytrwale ignorując zbędny komentarz Aurelii, choć nie odmówiła sobie krytycznego przeskanowania wybranej przez Parię kreacji.
- Minęło trochę czasu. Dobrze cię znowu widzieć - również powitała ją z grzecznym uśmiechem Marian, żona Wilfreda, cicho nakłaniając siedzącą na jej kolanach pięciolatkę do przywitania się z ciocią. Dziewczynka uśmiechnęła się nieco niepewnie, lekko machając do niej drobną rączką. Była kropka w kropkę podobna do Willa.
- A więc to jest osławiona Paria. Libeth von Darher - odezwała się kolei jedna z dwójki, obcych jej dam. Była zdecydowanie młodsza od Lydii, ale też przynajmniej dekadę starsza od samej Libeth. Mimo specyficznego chłodu w postawie oraz surowości rys, jej brązowe oczy skrzyły się od ciekawości. - Miałam okazję wysłuchać twojego występu na bankiecie baronowej. Niezmiernie mi miło, że mogę cię poznać osobiście.

[Północna część miasta] Rezydencja von Darher

12
POST POSTACI
Paria
Choćby Paria spędziła na tym cały wieczór, nie byłaby w stanie doliczyć się falban w sukni Sary. Ciężko stwierdzić, czy była to wizja artystyczna matki, czy właśnie wręcz przeciwnie - skoro Sara złapała już odpowiedniego kawalera, nie musiała przesadnie świecić wdziękami i mogła ubrać się w zgodzie z własnym, najwyraźniej przerażającym gustem. Oceniającego spojrzenia matki z kolei Paria zupełnie nie potrafiła w żaden sposób zinterpretować. Była ubrana za mało elegancko? Zbyt wyzywająco? Kolor był za ciemny, czy kokardek za mało? Zastanawianie się nad tym teraz do niczego nie prowadziło, wiec szybko zrezygnowała z prób domyślenia się. Jeszcze pewnie będzie miała okazję usłyszeć, co zrobiła źle.
- Oczywiście! Jak mogłabym przepuścić takie wydarzenie - uśmiechnęła się do siostry i zajęła miejsce obok niej... Nie, jednak obok ciotki, rzucając tylko krótkie, tęskne spojrzenie w kierunku ustawionych nieopodal butelek. Wystarczyło kilka pierwszych komentarzy, by wiedziała, że niewłaściwie wybrała swój pierwszy cel w tej komnacie; trzeba było się najpierw znieczulić.
- Dziękuję, ciociu Aurelio - odparła na... komplement (?), uśmiechając się do starszej kobiety ciepło. To była jej taktyka na dziś: udawać, że nie słyszy przytyków. - Mnie wcale to nie dziwi. Sara wygląda przepięknie.
Jak różowa beza. Libeth ostatni raz miała na sobie podobną sukienkę, gdy miała jakieś dziesięć lat, ale to była myśl, która nie opuściła jej głowy. Z szerokim usmiechem odmachała na powitanie bratanicy, wymieniając też uprzejme powitanie z żoną Wilfreda. Ciekawe, czy już miała jakieś starcie z ich matką.
- Och? - odwróciła się do nieznajomej kobiety, słysząc, że ta pamiętała ją z występu w rezydencji Bourbon. Minęło już sporo czasu, a jak widać temat wciąż był fascynujący dla niektórych osób, zwłaszcza ze środowiska, którego Paria od trzech miesięcy uparcie unikała. - Miło mi, że mnie pani pamięta. Mam nadzieję, że abstrahując od zaistniałych później wydarzeń, sam mój występ jest dobrym wspomnieniem, pani...
Przerwała, czekając, aż kobieta się jej przedstawi. Może była kimś od La'Roshów? Siostrą Damona, na przykład?
- Jak się czujesz jako narzeczona, Sara? - zagadnęła ponownie siostrę, chcąc odwrócić uwagę od siebie i od całego związanego z nią i z Lady Cendan zamieszania, które tylko czekało, aż nowa znajoma je wyciągnie. Nie miała ochoty o tym rozmawiać; Willowi mogła odpowiedzieć na każde pytanie, ale jemu, nie wszystkim gościom dzisiejszego bankietu. - Ustaliliście już datę ślubu? Całe szczęście, że pora deszczowa już się skończyła.
Obrazek

[Północna część miasta] Rezydencja von Darher

13
POST BARDA
Iskrzące niezdrową ciekawością oczy ciotki przygasły gwoli udzielonej odpowiedzi, do czego niedługo doszedł również chwilowy wyraz nieukrywanego rozczarowania, gdy zorientowała się, że nikt w towarzystwie, a zwłaszcza Libeth, nie złapał zarzuconego haczyka. Dobrze było natomiast wiedzieć, że poza nią, oraz zbyt zajętą błyszczeniem bezowym różowawym samozadowoleniem Sarą, nikt nie odczuwał jak na razie potrzeby gnębienia niezamężnych, starych panien.
- Tak sądzisz?! - podekscytowała się młodsza siostra, nie pozwalając przebić się otwierającej i gotowej do wypowiedzenia się Aurelii, gdy już raz usłyszała kierowany w jej stronę komplement. - Strasznie się martwiłam, że mogę przesadzić z ilością kwiatów! Myślisz, że przesadziłam? - nie czekając jednak na odpowiedź, a może raczej celowo jej unikając, Sara kontynuowała z pogodą i ogromem nieuzasadnionej pewności siebie. - Bo widzisz...! Odkopałam ten projekt u osobistej krawcowej baronowej Bourbon! Nigdy nie miała szansy go zrealizować, wyobrażasz sobie?! Kiedy o tym usłyszałam, od razu wiedziałam, że będzie idealna!
Piejącej z zachwytu Sarze, z grzeczności przytaknęło kilka głów. Nie dało się nie zauważyć, że niemal każda z nich, w tym także i matka (!), w niemal rozbrajającej wręcz synchronizacji uniosła bardziej lub mniej pełną filiżankę do ust - zupełnie jakby dla uniknięcia otwartego komentowania. W gruncie rzeczy wyłącznie lekko nadąsaną Aurelia obdarzyła kreację Sary niemal zazdrosnym spojrzeniem, podczas gdy Lydia przywdziała neutralny wyraz zadowolenia. Dla Parii, i prawdopodobnie tylko i wyłącznie dla Parii, wyraz ten był również oznaką, że gdyby to od niej zależało, Sara nosiłaby dzisiaj na barkach coś zupełnie innego. Młodsza siostrzyczka musiała się naprawdę uprzeć, jeśli nawet niechętna strojowi matka nie zdołała jej nakłonić do zmiany zdania.
Pomijając jednak bardzo wątpliwy gust nowej narzeczonej, nie wiadomo było, co wypadało Libeth zdziwić bardziej. Fakt, że Sara miała dostęp do kogoś, kto projektował suknie dla baronowej, czy raczej to, że ze wszystkich możliwych musiała być to akurat baronowa Bourbon - osoba, o której już wiedziała, że rzadko pojawia się w nieodpowiednich i niewykalkulowanych wcześniej miejscach i czasie.
- Travieu'. Samallie Travieu' - przedstawiła się szybko kobieta, podczas gdy jedna ze służących napełniła przygotowaną dla Libeth filiżankę świeżą herbatą o ciężkim, miodowym zapachu, ale dużo lżejszym smaku, niż można by oczekiwać. - Jestem kuzynką Damona. To zaś Lady Mirion La'Rosh, moja droga ciotka i młodsza siostra drogiego wuja. - dodała, na co wspomniana kobieta uśmiechnęła się melancholijnie, dodając od siebie ugrzecznioną formułkę na powitanie. - Muszę nadmienić, że nadal miewam ciarki, gdy wspominam tamten występ. Byłoby mi również niezmierni miło, gdyby w najbliższej przyszłości udało się zorganizować skromne spotkanie rodzinne, w którego trakcie zechciałaby panna zaprezentować nieco swoich umiejętności? Tym razem w naszych, skromnych progach, rzecz jasna- zaproponowała jeszcze Samallie, zanim większość uwagi raz jeszcze nie skupiła się na osobie Sary.
Czerwień poważnie zalała policzki przyszłej panny młodej, która zaczęła kręcić nerwowo w dłoniach filiżanką.
- Lord Damon zaproponował koniec przyszłego miesiąca - przyznała z szerokim uśmiechem, kręcąc się niepoważnie w swoich falbanach.
Reakcja szybko wywołała nową burzę śmiechów i chichotów wśród zebranych.
- Nadal nazywasz go "Lordem"? - spytała zaczepnie Samallie, chowając swój, niemalże chytry uśmieszek za rozłożonym płynnym ruchem wachlarzem. - Nie sądzisz, że należy powoli ćwiczyć mniej formalne zwroty?

W miarę kontynuowania dalszych wymiany grzeczności i komplementów, coraz więcej nowo przybyłych gości zapełniało salon. Byli to głównie krewni obu, zawierających małżeńskie przymierze rodzin. Zdarzali się pomiędzy nimi oczywiście bliżsi przyjaciele, znajomi oraz ulubieni partnerzy biznesowi. Blisko czterdzieści, a może nawet pięćdziesiąt osób. Kto by pomyślał, że znajdzie się wśród nich i ponownie Diane Bourbon, do której od wejścia pospieszyli zarówno Tobias, jak i przyszły teść Sary.
Rubinowa suknia Diane, w połączeniu z jej rudowymi włosami sprawiały, że nie sposób było jej nie wyłapać w towarzystwie i gdyby Sara nie założyła na siebie czegoś równie krzykliwego i przykuwającego uwagę, nawet jesli w zupełnie innej mierze, wypadłaby pewnie dość blado na własnej uroczystości.

[Północna część miasta] Rezydencja von Darher

14
POST POSTACI
Paria
- Myślę, że możesz mieć tyle kwiatów, ile chcesz, Sara - odparła na pytanie młodszej siostry, starając się zachować powagę. - To twój dzień.
Czyli dobrze się domyśliła, suknia nie była pomysłem matki, a Sara za bardzo podekscytowała się chyba dostępem do krawcowej baronowej Bourbon, by pomyśleć, zanim zdecydowała się na jakiś krój. Diane najwyraźniej prześladowała Parię, nawet w miejscach, w których nie spodziewała się usłyszeć o niej dwa razy w ciągu trzech minut. Pierwszy był wytlumaczalny; drugi już wywołał w bardce nieprzyjemne uczucie, którego nie potrafiła określić. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że nie tylko wzmianki o baronowej zatrują jej dzisiejszy wieczór.
- Miło mi - uprzejmie skinęła głową do kobiet, które się jej przedstawiły, starając się zapamiętać imiona, przynajmniej na czas tej uroczystości. Dobrze byłoby nie zapomnieć ich w ciągu najbliższych pięciu sekund.
- Pani propozycja mi schlebia, pani Travieu', ale wolałabym swoje kwestie zawodowe zostawić poza tymi murami, przynajmniej dzisiejszego wieczoru. Jestem tu dziś dla Sary - ...a później już jej tu nie będzie i cyk, wykręcenie się z rodzinnego koncertu załatwione, a przynajmniej ona nie zamierzała tematu kontynuować. Nie grała dla szlachty; koniec. Skupiła się więc na rzucaniu nic nieznaczących komplementów i uprzejmości, czując, jak z każdym kolejnym wymuszonym słowem umiera w środku.
- Właśnie, muszę przywitać się jeszcze i pogratulować szczęśliwemu wybrankowi. Panie wybaczą.
Uciekając z miejsca, jakie wybrała dla niej ciotka Aurelia, przysłuchiwała się jeszcze rozmowie kobiet. Sara wciąż była tak samo młodzieńczo naiwna, jak te dwa, czy pięć lat temu. Libeth miała szczerą nadzieję, że lord Damon nie wykorzystuje tego w sposób, który mógłby ją zranić. Wciąż kiepsko się znali, najwyraźniej, skoro Sara go tytułowała; może więc w takim razie to było tylko małżeństwo, które La'Roshom przynosiło zyski... i tyle? Udana inwestycja ojca w wyprawę na Kattok czyniła z niego dobrego partnera biznesowego. Wzięcie za żonę jego córki mogło mieć jeszcze więcej pozytywnych skutków, choć Paria zupełnie się na tym nie znała, możliwe więc, że jej domysły były skrajnie dalekie od prawdy.
Szła już w stronę Damona, gdy oczy wszystkich zwróciły się w jednym kierunku i nie była to ani Paria, ani Sara, ani nikt z dotychczas obecnych. Widok baronowej Bourbon w skromnych (jak na nią) progach ich rodzinnej rezydencji nie był czymś, czego Libeth mogła się spodziewać. Bez zastanowienia wykonała szybki zwrot i zamiast dotrzeć do La'Rosha, wylądowała przy stole zastawionym butelkami, rzucając odpowiedzialnemu za niego służącemu jakąś ogólną informację na temat wina, na jakie ma ochotę, jednocześnie zerkając przez ramię na zamieszanie, jakie Diane zrobiła w pomieszczeniu.
Co ona tu robi, do stu demonów?
Wyjątkowo nie miała ochoty na przebywanie z nią w tym samym miejscu, głównie ze względu na jej powiązania z wydarzeniami sprzed trzech miesięcy, ale również przez to, co opowiedział jej o niej Kamelio. Mogła udawać przed nim, że przeszła nad tym do porządku dziennego, ale tak nie było. Widząc ją tutaj, w tej strojnej sukni, z płomiennymi włosami i wszystkim, co sobą reprezentowała, Libeth zaczynała rozumieć niezadowolone spojrzenie matki, jakim ta podsumowala dzisiejszy wygląd swojej przybranej córki.
Przyjęła kieliszek z winem i wychyliła go duszkiem, by zaraz po tym wyciągnąć go przed siebie ponownie, po dolewkę. Jeśli ten bankiet tak miał wyglądać, to już teraz była pewna, że na trzeźwo go nie przeżyje.
Obrazek

[Północna część miasta] Rezydencja von Darher

15
POST BARDA
Samallie nie naciskała, niemniej już po jednym jej spojrzeniu Libeth mogła mieć pewność, że nie jest to ostatni raz, kiedy słyszy o podobnej propozycji od tej kobiety. Na tym etapie nie będzie ona zresztą ani pierwszą, ani też ostatnią. Od incydentu z Lady Cendan, który rozniósł się echem nie tylko po pospólstwie, ale przede wszystkim śmietance Archipelagu, Paria otrzymywała mnogie zaproszenia ostatnimi miesiące. Niektórzy wysyłali je nawet co rusz, wbrew odmowom lub ignorowaniu. Trudno było ogółem określić, ilu spośród jej arystokratycznych wielbicieli chciało ją zaprosić, by rzeczywiście posłuchać występów, a ilu planowało wymęczyć ją próbą wyciągnięcia tylu szczegółów dotyczących całej afery związaną z Lorą Cendan, ile tylko się dało. Mimo iż trochę czasu zdążyło minąć i nie był to już aż tak gorący temat, większość szczegółów o całej sprawie nigdy nie wyszła na światło dzienne i tyle w zupełności wystarczyło, aby uczynić go długotrwale atrakcyjnym. Nikt nie chciał z kolei nadmiernie narzucać się drugiej gwieździe dramatu - Diane Bourbon, głównie z obawy przed urażeniem jej wścibstwem i skończeniem w niezbyt pochlebnej pozycji. Po wszystkim kobieta urosła we wpływy i siłę na tyle, aby znajdować się obecnie na jednym z najwyższych szczebli. Nikt nie niepotrzebnie nastąpić jej na piętę. Więcej! Wielu ponownie rozpoczęło starania o jej rękę. Paria była zatem bezpieczniejszą opcją dla tych, którzy nadal gorzeli w środku od niedostatku wiedzy o sprawie.
Przed odejściem od babskiego grona, Libeth dostrzegła jeszcze stanowcze spojrzenie matki. Znając ją dostatecznie dobrze, niemal potrafiła usłyszeć jej głos w swojej głowie, nakazujący dobre i godne zachowanie do samego końca.

Pojawienie się w rezydencji baronowej wzbudziło pewną sensację. Jakżeby miało nie wzbudzić? Libeth mogła spostrzec, że nawet Sara zerwała się ze swojego miejsca z dziecięcą wręcz ekscytacją i kto wie, czy nie ruszyłaby powitać podobnie honorowego gościa, kompletnie depcząc wszelką etykietę, gdyby nie matka, która w porę złapała ją pod ramię, powstrzymując przed ośmieszeniem się.

Popijając swoje wino w towarzystwie cichego służącego, Paria miała niejasne wrażenie, że mimo bogactwa bukietu, nic nie będzie smakować zbyt dobrze, dopóki pierwszy, gorzki niesmak ponownego spotkania z baronową nie przeminie. Kobieta również wysłała jej kilka zaproszeń w przeciągu ostatnich trzech miesięcy.
- Tempo, w jakim znalazłaś się przy, ekhm, "wodopoju", podpowiada mi, że rozmowa z paniami wypadła owocnie? - rozbrzmiał ponownie głos Wilfreda, który podszedł do niej od boku z własnym kieliszkiem w dłoni.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Stolica”