Wieża strażnicza

1
Każde bogate, dobrze prosperujące miasto, tak jak i Meriandos, posiadało własne oddziały straży. Większość przedstawicieli tej instytucji zgłaszała się doń jako ochotnicy jakby nie patrzeć poszukujący dla siebie ciepłego miejsca i strawy w zamian za zajęcie ochrony prawa i porządku. Tylko nieliczni, przeważnie starsi stopniem milicjanci otrzymywali wynagrodzenie za swą służbę, gdyż od nich wymagano znacznie więcej niż tylko stróżowania, czy rozganiania rozjuszonej gniewem hołoty. Do obowiązków dowództwa często należało szkolenie młodszego personelu w duchu panującego kodeksu, sprawowanie nadzoru nad ochroną kluczowych budynków administracji, a także prowadzenie śledztwa w ramach zbrodni mniejszego znaczenia i kalibru. Symbolem stróżów był emblemat z czerwonym bykiem, który miał wieścić wszystkim, że jest to silna i nieznosząca sprzeciwu organizacja.

Dla wielu mieszkańców lokalne strażnice były często symbolem mniej lub bardziej obiektywnej sprawiedliwości. Sieć tych budynków stanowiła centra milicji rozsiane po całym mieście, lecz nie rzadko pełniły one znacznie więcej funkcji niż tylko charakterystyczny punkt obserwacyjny. Miejsce to zawierało w sobie baraki wraz z ograniczonym arsenałem, magazyn dóbr znalezionych, a gdy trzeba było mogło pełnić również rolę sali sądowej, przesłuchań, bądź miejsca tortur zależnie od potrzeby. Najniższe kondygnacje tej budowli stanowiły zarazem loch dla podejrzanych o występek, zapijaczonych awanturników, skazanych oraz oczekujących sądu. Pojedyncze, acz duże wrota ze wbudowanymi mniejszymi drzwiami stanowiły jedyne wejście do środka, zaś na kolejne piętra wiodły kamienne schody biegnące wzdłuż grubego muru. Niektóre kluczowe przejścia dodatkowo zabezpieczone były żeliwną kratą, a klucze do nich posiadali właściwi stopniem służbiści.

***
POST BARDA

Gwardzista czerpał nieukrywaną przyjemność z pochwycenia Florenz. Prowadził ją przez miasto środkiem drogi, zaledwie parę metrów przed sobą niby gospodarz dumny ze swojego inwentarza, który to wiódł na targ w dzień handlowy. Niemniej przeznaczeniem dziewczyny nie był wcale punkt skupu, a wieża straży miejskiej, gdzie miała zostać aż do rozpoczęcia właściwego procesu. Mężczyzna od czasu do czasu poganiał ją albo raczył kąśliwym komentarzem, z kolei miejscowi, o ile mogli ją skądś kojarzyć wytykali dziewczę palcami, zasłaniali usta dłońmi, bądź pluli pod nogi. Mimo że werdykt w jej sprawie wciąż nie padł to mogła być pewna, iż prości ludzi zdążyli już ją osądzić, a niektórzy pewnikiem liczyli na szafot, gdyż była to rozrywka tłumów.

Gdy dotarli na miejsce Anais miała ostatnią okazję, żeby spojrzeć na błękitne niebo i słońce, które dawno wyjrzało za budynków sugerując, że mieli gdzieś przedpołudniową porę. Mogła być pewna, iż nikt więcej nie czekał na nią za miastem, a jej szansa na nowe życie bezpowrotnie przeminęła.

Ruchy. — burknął milicjant, popychając ją w dół schodów tak, że nieomal przewróciła się, co przy obecnym stanie mogłoby się skończyć dla niej tragicznie, gdyż nie miałaby jak ochronić się przed wylądowaniem twarzą o kamienne stopnie.


Na dole w bladym świetle pochodni dostrzegła krótki korytarz, wzdłuż którego osadzone były cele. Każda z nich mieściła od jednej do nawet kilku osób, niektóre zaś stały zupełnie puste oczekując nowych lokatorów. Nieliczni "goście", którzy mieli tę odrobinę szczęścia posiadali niewielkie okna stanowiące właściwie dobrze zakracone wloty powietrza pod samym sufitem, choć z zewnątrz (tj. z poziomu ulicy) z pewnością wyglądały jak wlot studzienki kanalizacyjnej. Akolitka miała to niewysłowione szczęście trafić do jednego z takich lochów.

Do środka! — padł rozkaz — No i słodkich snów, sikoreczko! Hah! — dodał na odchodnym zadowolony z siebie stróż.

Po tym jak została wepchnięta do środka, grube, drewniane drzwi zaskrzypiały za nią na zawiasach, klucz obrócił się w zamku. Została sama w niedużej celi. Pod jedną ze ścian miała posłanie ze słomy i kawałka cienkiego materiału, zaś po drugiej stronie pomieszczenia stało samotne, drewniane wiaderko stanowiące ubikację. W środku nie było nikogo więcej, ale miejsce to miało wiele znamion użytkowania - niekiedy były to ślady po darciu ściany paznokciami, jakieś podpisy typu "Siwy tu siedział", a innym razem niedomyta krew albo ślady walki współwięźniów. Z wylotu pod sufitem docierało do niej trochę światła oraz nieco chłodu, z korytarza zaś pogwizdywanie innych skazanych, krzyki szaleńców, bądź odgłosy brutalnego kaca. Teraz był to jej nowy, tymczasowy dom.
Obrazek
Av: Callisto
Sygn: Juno

Wieża strażnicza

2
POST POSTACI
Anais Florenz
Czyli... to wszystko było na nic. Sadystyczną "troskę" strażnika odwzajemniła zmęczonym grymasem i spojrzeniem spod na w pół przymkniętych od wyczerpania powiek. Była przerażona, nie chciała umrzeć, ale groteska sytuacji, iż ten wręcz okazywał jej imitację współczucia była tak ujmująco słodka. Jak mogłaby zaakceptować, że ktoś taki w ogóle istnieje... czuła niemalże obowiązek, aby mu odwzajemnić uprzejmość i żyć choćby po to, aby zgasić to istnienie. Powiedziałaby mu coś, ale w sumie po co. Gardziła nim możliwie bardzo. Jej szyderczy uśmiech, który nieśmiało wypełzł, świadczył o tym. Była gotowa, aby znów ją uderzył. Chciała tego. Niech pokaże. No pokaż! Zrób to! - cynicznym spojrzeniem wręcz zachęcała. Sytuację rozładował komentarz drugiego stróża, co ponaglił o obowiązkach.
Milczała, porażka była zbyt druzgocąca, posmak zgasłej nadziei wykrzywiał ją od środka. Nie miała siły na cokolwiek, tym bardziej na prowokacje. Współpracowała, szła jak kazał włócząc nogami, choć tym sposobem raczej nie spełniała jego oczekiwań, bo co chwilę znajdował powód aby ją szturchnąć, szarpnąć, uderzyć, czy powiedzieć coś jakże błyskotliwego. Ranna nieopatrzona noga nie ułatwiała kroków. Zastanawiała się, czy strażnik chce, aby tak powoli wykrwawiła się przy wszystkich idąc do celi. Ludzie którzy się temu przyglądali wypełniali obraz rzeczywistości, niby szczodrze wylana farba, zupełnie jakby malarz fanatycznie nie tolerował białych niedotkniętych pędzlem plam na swoim dziele. Prawdziwa sztuka, wykreowana przez prawdziwych bogów, bo to był w końcu ich świat, ich wielki plan. Przed nią ich cuda jawiły się całą masą hipokrytów, tchórzy, zdrajców, okrutników, pozbawionych współczucia konformistów. Ach...! Chleb powszedni. Trucizna dnia, mająca w tej dawce tym razem wyżreć w niej wszystko co pozostało ludzkie. Dziś miała się tego najeść do syta mogąc się przespacerować do wieży straży, a potem wylądować w celi. Spoglądając raz ostatni w niebo rzekła w myślach – Bądźcie przeklęci! Wy i to wszystko co tutaj jest!
Lądując w nowym pomieszczeniu, wepchnięta przez pieprzonego ważniaka, pierw pocałowała podłogę na dobry początek owej relacji z otoczeniem. Mając związane ręce niewiele mogła tym razem uczynić. Nie szło się oswobodzić. Mogła się położyć na posłaniu, ale po co? Aby zasnąć? Po co zasypiać? Po co się budzić?
Żaden ze znanych bogów nie wysłuchaj jej rozpaczliwych modlitw i ofiar. Była kompletnie sama, a jak myślała, że może podążyć nową ścieżką, niby wybranka, wszystko wróciło do punktu początkowego. Wszyscy jej stanęli na drodze, cały ten nabór do kultu teraz jej jawił się jak wredny żart i brakło tylko śmiechu stwórcy, choć ten mogła odnaleźć na ustach przechodniów. Czy jej życie właśnie straciło wartość wedle mniemania tych prostaków? A może nigdy jej nie miało... Podejrzewała, że skażą ją dla przykładu, co się dzieje z tymi co stawiają opór. Tylko dlatego, tylko dla pieprzonego terroru i budowania krwią autorytetu, aby tym uprzywilejowanym żyło się nieco bardziej wygodnie. No i dla uciechy tej hołoty, którą hodowali w tym mieście jak bydło robocze.

Ile by dała, aby udręce dać jakieś znaczenie. Pustka, a zarazem wewnętrzna tortura szarpały duszę na przemian, nie pozwalając jej się uspokoić. Była gotowa poświęcić wszystko, czuła to, byle przynieść koniec tej karykaturze świata. Spalić, spalić wszystko, a potem utopić. Zamienić to w bezładne bagno, jakim z resztą było. Trzeba było tylko wydobyć to na wierzch.
Klęczała, w milczeniu przeklinając siebie, bogów i los. Uparcie, jakby jej myśli iterowały zaklęcia mające zgubić ten nędzny świat i obrócić go w popiół.
Mamrotała szeptem klątwy. Nie mogąc złożyć nawet dłoni, napinała je o sznur, aby ten wrzynał się i ścierał boleśnie skórę. Tak długo, aż to powieki opadły całkiem, zasłaniając oczy, a sen chwycił ją podstępnie i ułożył na podłodze celi, wymuszając spoczynek... czy to ze zmęczenia czy z utraty krwi z powodu nieopatrzonej nogi...

Wieża strażnicza

3
POST BARDA
Sen nie był dla niej ulgą, nie teraz, nie w tej brudnej i zimnej celi, ale mimo wszystko była zbyt zmęczona, żeby próbować czegoś innego. Zasnęła szybko, a jak tylko odpłynęła w niebyt, śnił jej się powóz z zakapturzonym woźnicą. Próbowała wołać za nim, biec, jednak odległość między nimi rosła szybko. Wkrótce transport znikał za horyzontem, zostawiając ją w tyle. Gdyby spojrzała pod nogi, zauważyłaby, że wokół niej owijają się długie cieniste ręce, które sięgają coraz wyżej by ostatecznie chwycić za szyję i gdy zaczynała się krztusić, gdy brakło jej powietrza... obudziła się. Z koszmaru wyrwał ją nieprzyjemny, rwący kaszel. Dopiero po kilku minutach udało jej się opanować oddech i odzyskać panowanie nad sobą. W celi panował niemal kompletny mrok, który rozpraszał jedynie blady promień księżyca wkradający się do środka przez otwór pod sufitem. Chłód, który panował w celi, sprawiał, że mimowolnie, acz cicho szczękała zębami, a gęsia skórka jeżyła się na plecach. Słońce musiało zajść całkiem niedawno, bo Anais widziała jeszcze sporo spacerujących osób na ulicy. W lochach również nie wszyscy spali, gdyż dwóch więźniów z drugiego końca korytarza właśnie organizowało sobie nieoficjalny konkurs na najbardziej nieprzyzwoitą piosenkę o pannach z Mariandos.

Jej uda gorrrące, rozbudzały me żądze! Hik! A jej dekolt pełniutki, rozpędzał me smutki! Hik!
Morda, kundle! — naraz usłyszała znajomy głos, echo kroków niosło się coraz głośniej korytarzem, ktoś się zbliżał.

Wkrótce dotarł do niej dźwięk kluczy obracanych w zamku, drzwi otworzyły się z cichym piskiem, a w wejściu stanął ten sam strażnik, który wcześniej wtrącił ją do celi. Przez chwilę stał w świetle pochodni dochodzącym z korytarza, przez co jego cień, który padał na ścianę obok, był znacznie większy od niego samego, niepokojący.

Dobry wieczór, sikoreczko! — przywitał ją nieznośnie miłym tonem. Dopiero teraz zauważyła, że twarz zdobi mu paskudnie szeroki uśmiech. Niby groteskowy potwór wyciągnął do niej dłonie i zaczął się zbliżać, gdy już stał tuż obok, chwycił ją za kark i... podniósł z ziemi na równe nogi.

Dzisiaj twój wielki dzień, słodziutka. — rzekł, popychając dziewczę w stronę wyjścia — Być może ostatni, hah! — zarżał zadowolony ze swojego żartu.


Szli tą samą drogą, którą przyszli wcześniej z tą tylko różnicą, że w pewnym momencie minęli z lewej główne wrota i ruszyli dalej schodami na pierwsze piętro. Im bardziej zbliżali się do celu, tym bardziej docierał do niej szum ściszonych rozmów, czy szurania. Wreszcie strażnik zatrzymał ją tuż przed drzwiami do jakiegoś pomieszczenia i nakazał zaczekać. Mężczyzna wyjrzał za framugi, po czym kiwnął głową, zaraz potem ze środka zabrzmiał donośny głos:

Wprowadzić oskarżoną! — drzwi stanęły otworem, a ostre światło dochodzące z zewnątrz w pierwszej chwili oślepiło Florenz. Mimo to milicjant stojący teraz tuż za nią nie zamierzał czekać i znowu popchnął ją przed siebie. Szła, choć nie widziała dokąd. W takim wypadku mogła polegać wyłącznie na pozostałych zmysłach i tak dochodziło do niej wiele dźwięków. Szmery rozmów nasiliły się teraz do takiego stopnia, że była nawet w stanie wyłapać kilka słów:

Zdechnij, suko!
Morderczyni!
Taka młoda... prawie dziecko.

Wtem poczuła uderzenie w okolicach barku, ale nie była to ani pięść, ani nóż, a coś okrągłego i zimnego, coś, co rozbryzło się zaraz po zetknięciu z jej ciałem. Wtem usłyszała stanowczy, kobiecy głos i walenie drewnianym młotkiem o stół:

Spokój! Spokój mówię, na Turoniona! — ktoś szturchnął ją, pokierował zdawkowo i zaraz obróciła się w miejscu o dziewięćdziesiąt stopni — Następna osoba, która rzuci czymś w oskarżoną, straci rękę za znieważenie sądu!

Wzrok akolitki powoli przyzwyczajał się do wszechobecnego światła. Wkrótce udało jej się wyróżnić pierwsze elementy otoczenia. Przed sobą miała coś w rodzaju wysokiej ławy, na której szczycie majaczył niewielki, acz żywotny kształt.

Cisza! — warknął "kształt" przy akompaniamencie uderzeń młotka — Otwieram sprawę: miasto Meriandos przeciw Anais Florenz oskarżonej o morderstwo drugiego stopnia na Randalu Vividro, najemniku bez zatrudnienia. Ja nazywam się Magnolia Peregrin, jestem sędzią okręgową gminu i będę prowadzić tę rozprawę w trybie przyśpieszonym. Dobrze, a więc na początek... proszę, żeby oskarżona przedstawiła się, powiedziała kilka słów o sobie, po czym dokładnie opisała zdarzenia z ostatniej nocy.

Wreszcie kultystka mogła spostrzec kto też do niej mówił przez cały ten czas. Niziołek, starsza kobieta na oko w wieku sześćdziesięciu lat spoglądała na nią z podwyższenia ze stanowczym wzrokiem nieznoszącym sprzeciwu. Niewielkie, acz grube palce splecione miała przed sobą na wysokiej ławie, nachylała się, aby lepiej dostrzec oskarżoną za blatu. Przebywali w dużej sali, która pewnikiem zajmowała całe pierwsze piętro. Anais stała na niewielkim podeście w samym centrum, za sobą miała rzędy ław, na których zasiadali w większości prostaczkowie żądni natychmiastowego, a surowego wyroku. To właśnie stamtąd nadleciał pocisk, który trafił w jej bark, jak się okazało, był to nie pierwszej świeżości pomidor, którego powoli ściekające resztki wciąż miała na sobie. Nim zaczęła mówić, znajomy gwardzista odciął sznury krępujące jej ręce i nogi, skądinąd wciąż był tuż obok na wypadek, gdyby musiał jakoś zareagować. W pomieszczeniu poza nim było jeszcze dwóch innych milicjantów - jeden przy drzwiach wejściowych, drugi tuż przy sędzinie.

No proszę, bez ociągania! — ponaglała kobieta.
Obrazek
Av: Callisto
Sygn: Juno

Wieża strażnicza

4
Wybudziła się z koszmaru, a czy by na pewno? Zaraz każda część ciała dała o sobie znać, co to się wyprawiało poprzedniego dnia i nocy. Udo bolało, piekła warga, nabity o ścianę guz na głowie dawał się we znaki, dłoń swędziała wzdłuż cięcia. W nogach odezwały się zakwasy, a we łbie szumiało, jakby miała kaca, acz to było srogie niewyspanie. Plecy też zaprotestowały z powodu doboru miejsca do spania. W brzuchu hulała pustka, a wysuszone gardło prosiło o szklankę wody. Spojrzenie na więzienne wiadro przypomniało jej o innej potrzebie, którą musiała w sobie zdusić natychmiast. Czuła się paskudnie, niby nic nowego, acz musiała się zastanowić co takiego się wydarzyło dnia uprzedniego. Wspomnienie tak spektakularnej porażki i zarazem głupoty podjęcia się polecenia jakiegoś faceta rozbawiło ją równo, aż się zaśmiała, niby z powodu sprośnych piosenek współwięźniów. Że też nie odpuściła jak tylko usłyszała polecenie, gdzie ona miała rozum? Rozpamiętywanie z nabranym dystansem przerwało nadejście jej ulubionego strażnika. Nie uśmiechnęła się do niego, czekała beznamiętnie, aż zrobi to po co tu przyszedł. Postawił ją, niby kundla, aż zasyczała z bólu w udzie. Nie dała jednak mu przyjemności posłuchać próśb o lepsze traktowanie. Szła jak kazał, z zaciśniętymi zębami zmuszając się do marszu.
Dotarła w końcu do sali, w której miała wydarzyć się 'sprawiedliwość'. Bawiło ją to niezmiernie, a ból w ciele doprawiał narastające doznanie. Przybrała jednak smutną minę. Jeśli nie okaże skruchy to na pewno ją stracą. Oberwanie warzywem przyjęła z udawanym jękiem upokorzenia, markując płacz, na który jednak się nie zdobyła, niby dusząc go w zalążku. Miała gdzieś szepty czy to krzyki i oskarżenia pospólstwa. Oni już umarli dla niej, tak dokładnie to nawet dzisiaj i nawet nie czuła w związku z tym żałoby.
Jej oczy w końcu dotrwały do momentu kiedy to ujrzała w pełni okazałości osobę, która zadecyduje o jej życiu. Surowa, pewnie święcie przekonana o swojej nieomylności, pani sędzia. Jej słowo było prawem, ciekawe jak bardzo przywykła do takiej władzy. Ciekawe, czy już porzuciła więzy odpowiedzialności, za przybieranie roli sędzi i czy po prostu wykonuje swoją pracę, czy może nadal poczuwa się do swego powołania. Och rozprawa przyśpieszona... nie szybciej byłoby po prostu wpakować bełt prosto w czaszkę z przyłożenia? Jej ulubiony strażnik jak i wiele innych osób z widowni pewnikiem byłoby za. Cóż skoro otrzymała szansę bronić swojego życia, to postanowiła się tego chwycić. Choćby po to, aby po rozprawie uśmiechnąć się do strażnika.
Wyprostowała się i spojrzała sędzinie prosto w oczy. Ze strachem o życie? Pewnie że się bała, acz mieszało się to z obrzydzeniem, którego nie mogła po sobie dać poznać za żadne skarby. — Anais Florenz, dwadzieścia trzy lata. Urodzona na wsi Byttos, Zachodni Keron. Córka umarłego sołtysa Eduarda Florenz. Pracuję w Meriandos jako skryba i młodsza administrator dla Hugo Trelca w jego gorzelni piwa — Wyrecytowała, jakby czytała dokument, kończąc przedstawianie swojej osoby, też w związku z tym opuściła wzrok na podest na którym znajdowała się sędzina. Nie chciała rzucać spojrzeniem wyzwania. Przestąpiła z nogi na nogę, przełknęła suchotę w gardle, zacisnęła wiszące dłonie w piąstki i zaczęła opowiadać:
— Zeszłej nocy udałam się do karczmy, Borsuczej Nory. W celach towarzyskich. W przypływie swawoli postanowiłam uczynić dowcip okolicznym leśnym elfom, które koczują bezdomne w tamtej dzielnicy. Wypytywałam ludzi, którzy by chcieli wziąć w tym udział. Zebrałam parę osób, jedną z nich był łysy najemnik. — Uczyniła pauzę, jakby miała przystąpić do tej niewygodnej części opowieści. Zorientowała się, że gapi się w czubki swoich swoich stóp, schowanych za czarnym materiałem grubych rajstop. Mówiła jednak głośno, a barwa wypowiedzi drżała to z wyrzutu, to ze strachu wobec sytuacji, to z udawanej pokory — On nie miał zamiaru żartować. Po prostu zaczął elfy bić pałką najeżoną gwoździami. Wpadł w szał. Znęcał się nad nimi. Chciałam go powstrzymać, aby ich nie zabijał. Uderzył i odrzucił mnie. Nie wiem co we mnie wstąpiło i zaatakowałam go. Jakimś cudem powstrzymałam go, ale niestety raniłam głęboko. W tym samym momencie pojawiła się straż. Elf, któremu uratowałam życie krzyknął aby uciec, tak też uciekłam... W sumie nie miałabym dokąd zbiec, wszyscy moi krewni nie żyją, ale elf postanowił odejść z miasta. Żeby tego dokonać okłamałam strażnika przy bramie. Wtem pościg dotarł do bram, a potem mnie pochwycono.
— Błagam o litość! Odpracuję grzechy! Pan Hugo Trelc poręczy, że jestem sumienna i pracowita! Nie chciałam go zabić! Tylko powstrzymać! — Zawyła i padła na kolana, płaszcząc się z wyciągniętymi proszącymi rękoma przed wymiar sprawiedliwości. Była przekonana że skrucha nic nie gwarantowała, ale jej brak za to z pewnością.

Wieża strażnicza

5
POST BARDA
Wyznania Anais wywołały na sali skrajnie różne emocje. Część zebranych dziwnie ucichła, pośród nich zaś ktoś się onieśmielił, ktoś inny jakby słabiej wymachiwał pięścią. Do jej uszu docierał nawet cichy szloch matek, a i czuli ojcowie gdzieniegdzie uronili łezkę. Najwidoczniej młoda kultystka miała dar do grania na cudzych emocjach, ba! Zdawało się, że w jakimś mniejszym lub większym stopniu osiąga pożądany efekt i budzi współczucie obecnych na sali.

Oczywiście co niektórzy nie mieli najmniejszego zamiaru słuchać jej ckliwej wersji wydarzeń, ani tym bardziej oporów przed pochopnym, acz jakże stanowczym osądem. Nagabywali więc sędzinę o szafot, wołali:

Śmierć za śmierć!
Niech zawiśnie! Niech zawiśnie!

Dla nich każda rozprawa była po prostu rozrywką, pobudzającą odskocznią od codziennej rutyny. Co więcej, możliwość decydowania o czyimś losie dawała prostaczkom poczucie władzy, a ta jak wiadomo szybko upajała. Kto wie, jak by skończyła Florenz gdyby ostateczny werdykt nie należał do Magnolii, lecz w ten, czy inny sposób decydowałaby o nim tłuszcza. W końcu głos zabrała jednak sama Peregrin:

No dobrze... — chwilę postukała palcami o blat, wpatrując się milcząco w dziewczę i szczerze mówiąc nie wyglądała przy tym na przekonaną. Wreszcie zwróciła się do stojącego obok niej strażnika — Panie Clifford, czy wiemy coś na temat tych elfów?
W pośpiechu opuściły miejsce zbrodni i od tamtej pory ślad po nich zaginą, wysoki sądzie.
Rozumiem — odparła bez emocji, nie spuszczając wzroku z Anais — A co do tych "paru osób", które miały pomóc pani w dowcipie... czy jest pani w stanie wymienić kogoś z imienia i nazwiska, panno Florenz? Czy jest ktoś, kto potwierdzi tę wersję wydarzeń?

Zaraz po wypowiedzeniu tych słów stara sędzina nachyliła się i gestem dłoni nakazała, aby Clifford podszedł do niej. Milicjant podbiegł natychmiast, po czym zbliżył ucho, a kobieta, zasłaniając skrzętnie usta zaczęła coś szeptać mu do ucha. Niestety kultystka nie mogła usłyszeć ani słowa z tej wymiany, szczególnie że na sali nie było wcale cicho. Wkrótce strażnik pokiwał głową na znak zrozumienia, zasalutował, po czym ruszył w pośpiechu do wyjścia i lada moment nie było już po nim śladu. W tym samym czasie Magnolia wróciła do swojej "domyślnej pozy" z dłońmi splecionymi na biurku, zadartym wysoko nosem i wyrazem twarzy, który sugerował, że była tu bardziej za karę, niż dla przyjemności.

Proszę mówić, panno Florenz. — ponaglała — Czy jest ktoś, kto potwierdzi pani wersję wydarzeń z wczorajszej nocy?
Obrazek
Av: Callisto
Sygn: Juno

Wieża strażnicza

6
POST POSTACI
Anais Florenz
Sędzia zażyczyła sobie świadków, cóż. Imion nie znała, kto na hulance się przedstawia? Chodzi przecież o zabawę, taki był też cel żartu. Na przedstawienie się trzeba było sobie zwykle zasłużyć w takim szemranym gronie, zauważyła. Nie było nawet kiedy, żart w końcu nie miał okazji wypalić, bo domniemany aktor przemienił się w popierdoleńca i uznał spontanicznie, że urządzi sobie radosną rzeź. Że też uległa wtedy emocjom. Trzeba było poczekać, aż kilku zabije i nie miała by teraz tylu problemów. Po ranach zorientowaliby się, że to nie sztyletem zadaje się szarpane rany, tak szacowała. W końcu była tylko skrybą do cholery jasnej, a nie zabójcą... acz ciekawość słabości własnego ciała, cóż, potrafi zaprowadzić do różnych praktyk, treści i wiedzy.

Podparła się ręką o jedno kolano i napięła się, aby powstać. Zasyczała pod nosem i z jękiem zebrała się z podłogi z powrotem, aby spojrzeć sędzi znów w oczy — Wysoki sądzie. Nie znam imion, ani nazwisk. Mogę... opisać świadków. Kelnerka karczmy, brunetka o niebieskich oczach, z pieprzykiem pod nosem, wyższa ode mnie. I chłopak, pryszczaty, rudy, brązowooki, wyższy ode mnie... — Zarysowała ich w dużym skrócie, no bo w końcu co mogła zapamiętać. Kształt nosa? Proporcje podbródka do czoła? Niczym aż tak się nie wyróżniali. Zgubiła wymianę spojrzeń, słysząc jak nędznie brzmią jej opisy. Jedynie kelnerkę była duża szansa znaleźć. — Gdy najemnik ruszył z bronią, uciekli. Słyszałam krzyk, a potem zniknęli. Myślę, że nie widzieli starcia... ale broń najemnika! Była cała we krwi elfów, mnie nie trafił, bo takim jednym ciosem... raczej bym tego nie przeżyła. Na ścianie raczej też nie ma rozbryzganej krwi jego, a jest to krew elfów. W końcu nie tłukłam żelastwem na kiju... Sadysta masakrował biedaków! — Rzekła z przekonaniem z iskrą ognia w oczach, znów patrząc się sędzinie w twarz, uczepiając się tego, że to najemnik był tym złym. Złym, brzydkim, głupim i martwym.

Wieża strażnicza

7
POST BARDA
Na wieść o tym, że dziewczyna nie zna nazwisk potencjalnych świadków sędzina pokiwała z wolna głową tak, jakby od początku się tego spodziewała. Ponadto, Anais mogła przysiąc, że na moment dostrzegła cień perfidnego uśmiechu na jej twarzy, który jednak szybko zniknął jak tylko zaczęła podawać opis kelnerki, pryszczatego młodzieńca, zaś na wspomnienie elfiej krwi zastygłej na orężu Magnolia wręcz westchnęła dając upust swojemu znużeniu.

Panno Florenz, jak pani zdaniem mamy odróżnić elfią krew od jakiejkolwiek innej? Posoka dzieci Sul... o przepraszam, posoka leśnych elfów nie świeci w ciemnościach, ani nie wyróżnia się w żaden inny, znaczący sposób. — odparła staruszka — Załóżmy jednak, że ma pani rację i oręż pana Vivirdo faktycznie skąpany jest we krwi elfów. W takim wypadku jak mamy odróżnić krew elfów z pani opowieści od krwi innych przedstawicieli tej rasy? Pan Vivirdo za życia był najemnikiem, a w tej profesji konfrontacja zbrojna jest normą.

Peregrin odchyliła się na krześle i zaczęła masować nasadę nosa, jej frustracja stale rosła.

Może gdyby pozostała pani na miejscu zbrodni, zamiast podejmować się ucieczki, bylibyśmy w stanie dokładniej przyjrzeć się świeżym dowodom, przepytać właściwe osoby. Pani jednak, panno Florenz postanowiła przez prawie pół dnia unikać wymiaru sprawiedliwości, a przez to byliśmy zmuszeni skoncentrować się na obławie. Absurd! Utrudnia pani śledztwo, zachowuje nadzwyczaj podejrzanie, a do tego-

Przeważnie gdy sędzina zabierała głos na sali było względnie cicho, bo o ile tłum uwielbiał skomleć o karę śmierci, o tyle nikt zbytnio nie chciał się jej narażać, by nie stracić ręki, czy oka. Tym większe było zdziwienie zebranych, a przede wszystkim samej staruszki, gdy drzwi sali zaskrzypiały przerywając emocjonalny wywód. Lada moment zza framugi wyjrzał Clifford, który tylko kiwną głową w stronę Magnolii. Sędzina ciężko wypuściła powietrze z widocznym poirytowaniem, ale zaraz w odpowiedzi uniosła dłoń i gestem nakazała strażnikowi wejść do środka, krótko później donośnie, acz bez entuzjazmu ogłosiła:

Wzywam na świadka lokalnego przedsiębiorcę i gorzelnika, mości Hugo Trelca.


Niezwłocznie po tych słowa drzwi salki rozwarły się na oścież, a do środka wszedł najpierw wspomniany już milicjant, a zaraz za nim dostojny arystokrata. Poruszenie ogarnęło wszystkich zebranych, zaś szmer ploteczek trwał dopóty, dopóki wspomniany jegomość, dumnie krocząc za strażnikiem, nie dotarł na wyznaczone mu miejsce tuż obok sędziny. Jeszcze mijając kultystkę zerkną na nią z pewną troską w ślepiach, ale nie zatrzymywał się, acz pochylił głowę ze smutkiem, a może nawet rozczarowaniem i zasiadł na właściwym sobie krześle. Wyglądał na człowieka zamożnego, o nienagannej opinii. Lata młodzieńczej świetności z pewnością miał dawno za sobą, lecz nawet mimo to wciąż budził wrażenie krzepkiego człeka z wnikliwym, czujnym spojrzeniem, jakby w każdej chwili spodziewał się ataku. Z pewnością był najlepiej ubraną, najzamożniejszą osobą spośród zebranych.

Cisza, proszę o ciszę! — zaapelowała po raz wtóry Peregrin tłukąc młotkiem o blat. Kobieta dyskretnie poprawiła się na siedzeniu, wyprostowała, co by sprawiać wrażenie wyższej i odgarnęła włosy. Po raz kolejny złożyła przed sobą dłonie jak do modlitwy, po czym zwróciła się do świadka, znacznie uprzejmiejszym tonem niż dotychczas to miało miejsce:

Panie Trelc, czy w obliczu czujnego spojrzenia Turoniona Sprawiedliwego i wszystkich tu zebranych przysięga pan mówić prawdę i tylko prawdę?
Niech jego łaska nam przyświeca, przysięgam, wysoki sądzie. — odparł pełen dumy, składając prawą rękę na sercu.
Dobrze, więc przejdźmy do rzeczy. Proszę się przedstawić.
Nazywam się Hugon Trelc Senior, jestem właścicielem ziemskim tutaj w Meriandos, a tym samym przedstawicielem arystokracji. Prowadzę prężnie rozwijający się biznes browarniczy, posiadam kilka nieruchomości w tym gospodę "Śliwka na Dnie". Jestem sekretarzem lokalnego stowarzyszenia Gorzelników Keronskich oraz członkiem zarządu...
Tyle powinno wystarczyć, dziękujemy panie Trelc. — przerwała mu sędzina z uśmiechem, który "prosił o wybaczenie" — Proszę nam powiedzieć, co łączy pana z oskarżoną?

Szlachcic zerknął na nią tylko z lekką dezaprobatą. Dotychczas miał spojrzenie wbite gdzieś przed siebie, lecz po tym jak padło pytanie jego wzrok padł na dziewczę stojące sama jak ten palec, w łachmanach, na środku pomieszczenia. Mina Hugona bliższa stała się strapionemu losem wnuczki dziadkowi, aniżeli wyrachowanemu magnacie.

Anais... biedactwo. — mówił raczej do niej, niż do Peregrin — Co oni ci zrobili?
Panie Trelc, proszę odpowiedzieć na pytanie. Co łączy-
Tak, słyszałem panią za pierwszym razem.

Kobieta nabrała rumieńców, bynajmniej nie z powodu zauroczenia świadkiem, a raczej w reakcji na jego bezpardonową postawę. Z całą pewnością nie było zbyt wiele osób, które w taki sposób odpowiadały przed wiekową sędziną. Trelc był jednak nie wzruszony, mówił dalej:

Panna Florenz pracuje dla mnie w charakterze skryby i asystenta. To sumienna, rzetelna osoba, zna się na swoim fachu.


Staruszka miała skwaszoną minę. Jedną ręką podpierała głowę, drugą zaś stukała palcami w blat. Kolejne pytanie zadała nawet nie patrząc w oczy Anais, czy Hugo.

Rozumiem... w takim razie sąd chciałby usłyszeć co ma pan do powiedzenia w temacie pożaru, który miał miejsce w kwaterze oskarżonej kilka dni temu?
Jaki ma to związek z tą sprawą? — zapytał Trelc nie kryjąc irytacji.
Proszę odpowiedzieć na pytanie.
Co konkretnie chce sąd wiedzieć?
Co pana zdaniem się wtedy wydarzyło?

Przez moment mężczyzna milczał, a potem spojrzał na swoją pracownicę i odpowiedział:

Wierzę, że ktoś napadł pannę Florenz... związał, po czym wzniecił pożar.
W jakim celu?
Proszę?
Czy panna Florenz posiadała coś o dużym znaczeniu materialnym?
Nie wydaje mi się... nie jestem pewien.
Czy miała z kimś zatarg?
Nic mi o tym nie wiadomo.

Magnolia pozwoliła wybrzmieć odpowiedziom arystokraty, a także dała czas do namysłu pozostałym. Jedynie stukot jej palców przerywał konsternację chwili, atmosfera gęstniała.

Czy wysoki sąd próbuje coś zasugerować? — wreszcie odezwał się Trelc, ewidentnie niezadowolony z tego, w jakim kierunku zmierzają sprawy.
Proszę nie odzywać się niepytanym, panie Trelc. — odparła szorstko — Sąd niczego nie sugeruje, sąd pracuje na faktach, a te są następujące.

Sędzina nachyliła się do przodu i wyciągnęła przed siebie gruby paluch, żeby co jakiś czas wbijać go w kierunku akolitki, tak jakby trzymała w nim szpilę, którą próbowała nakłuć przeklętą laleczkę.

Panna Florenz została cudem uratowana z płonącego pomieszczenia. Z relacji ratowników wiadomo, że była związana niechlujnie jak na okoliczności napadu. Co więcej, nic nam nie wiadomo o tym, aby coś zaginęło.
To uczciwa dziewczyna na bogów! — mężczyzna podniósł się gwałtownie z siedzenia, ale zaraz obok niego pojawił się strażnik, który jednak nie miał odwagi, aby uczynić coś więcej w obliczu arystokraty.
Teraz przyjrzyjmy się ostatnim wydarzeniom. — Peregrin kontynuowała nie zważając na zamieszanie — Panna Florenz zaatakowała i śmiertelnie raniła pana Vividro, po czym w zetknięciu z wymiarem prawa natychmiast postanowiła ulotnić się w towarzystwie partnera w zbrodni, leśnego elfa. Nie ma żadnej osoby, która zaświadczyłaby o jej niewinności. Poranione elfy? Nie ma po nich śladu. Kelnerka i chłopiec? Jak sama oskarżona zaświadczyła nie było ich na miejscu popełnienia przestępstwa. Fakty są takie, że widziano ją z nożem wbitym w ciało pana Vividro.
To jakiś absurd!
Panie Trelc, jeszcze jedno słowo i zostanie pan wyproszony z sali.

Szlachcic chciał coś jeszcze dodać, usta miał rozwarte, ale po chwili namysłu zamknął je i usiadł ciężko z powrotem na swoim miejscu.

Panno Florenz to będzie moje ostatnie pytanie. — rzekła staruszka bez choćby cienia współczucia w głosie — Czy ból sprawia pani przyjemność?
Obrazek
Av: Callisto
Sygn: Juno

Wieża strażnicza

8
POST POSTACI
Anais Florenz
Aktorstwo zaczęło ją nużyć. Rozejrzała się, aby przyjrzeć się tłuszczy. I na co ten teatrzyk? Ach tak, walczyła o swoje życie. Przyłożyła rękę do głowy gdzie nabiła sobie guza. Minie jeszcze trochę czasu nim to zejdzie. Włosy się jej kleiły. Pomyślała o balii z ciepłą wodą. O tak. Słysząc kontrargumenty sędziny, Anais spostrzegła, że tamta ma jakiś kompleks wielkości. Zwyczajnie obracała kota ogonem, sama gówno wiedziała na temat zdarzenia, a teraz myślała, że szturchając ją jakimiś nonsensem wykurzy z niej jej prawdziwe oblicze. Niech sobie porówna sztylet do tej pały z gwoździami i przyjrzy się uważnie miejscu zdarzenia oraz ranom nieboszczyka. Jakoś nie było okazji taplać się w krwi najemnika i rozchlapywać ją po ścianie. Niedoszła kultystka ledwo powstrzymała się od prychnięcia i wywrócenia oczyma, ale założyła ręce przed siebie i przestąpiła z nogi na nogę. Przybrała kamienny wyraz twarzy, który mówił jedno - niedowierzanie. Za tą maską kryło się jednak znużenie i narastająca pogarda, zniecierpliwienie. Miała dosyć aktorzenia przed kimś takim. Słuchała i słuchała, aż tamta przywołała na świadka jej pracodawcę.

Odwróciła się z lekkim powątpiewaniem, ale gdy dostrzegła znaną jej sylwetkę zamożnego, poczuła jak jej serce przyśpiesza. Przybył! Dla niej! Wzruszyło ją to, aż zadrżała i uiściła pojedynczą łzę. Zasłoniła oczy i wstrzymała płacz. Była chociaż jedna osoba na tym świecie dla której jej życie miało jakąś wartość. Pewnie dlatego że przykładała się do pracy. Pracoholizm skutecznie wypełniał pustkę z jaką musiała się borykać. Acz doceniał to. Słysząc jak wymienia pierwsze kilka zdań z Magnolią, musiała się wysilić, aby nie wykrzywić ust zbyt szeroko.
— Udałam się w złe miejsce. Tak bardzo mi przykro.— Z żalem w oczach i ze wstydem w głosie, odpowiedziała Trelcowi, mogąc na chwilę olać wielką panią sędzinę. Szczerze było jej smutno, że przyczyniła się mu do takiego problemu. Praca pewnie spowolniła i doszło do kilku nieporozumień. Miała go zostawić i całe swoje życie. Teraz zrozumiała, że chyba popełniła błąd. Przy Hugonie Trelcu, nie ważne co, mogła żyć i robić na co miała ochotę. Musiała tylko nieco zachować rozsądku, z czym ostatnio miała najwidoczniej SZCZEGÓLNE problemy. Do niczego jej nie zmuszał, był dla niej dobry. Czy aby pojęła to teraz i miało być za późno? Opuściła wzrok znowu, obserwując tym razem swoje drobne dłonie. Przesunąwszy zawiązkę, zobaczyła jak ma się rana na wnętrzu skaleczonej dłoni.

Osłupiała do reszty, kiedy Magnolia odbiła od tematu rozprawy, niby jak na pogadance przy herbacie i ciastku. Z przerażeniem rozwartych oczu spoglądała to na sędzinę to na arystokratę, kiedy wymieniali krótkie zdania między sobą. Wiedziała dokąd to zmierza, nie mogła uwierzyć, że sugeruje coś takiego. Jej ostatnie pytanie, które zadała było samo w sobie absurdalne. Może nie dla Anais, ale ona wiedziała, że dla każdego innego kogo znała to byłaby czysta niedorzeczność. Wczuwając się od samego początku w kogoś kim nie jest opuściła dłonie i pochyliła się w stronę sędziny:
— Przepraszam, co? Czy ból sprawia mi przyjemność? Tak? — Parsknęła, chciała jej powiedzieć jaką jest idiotką łącząc tak rozbieżne fakty, no ale to byłaby uraza sądu. Pokręciła głową z szeroko rozwartymi zaczerwienionymi oczyma, w których zebrało się już dość łez, aby utworzyć małą strużkę na policzkach. Jej głos drżał, jakby miała się zaraz załamać. — Jakby tak było, krzyczałabym właśnie z ekstazy podczas tej rozprawy, wysoki sąd nie sądzi? Jakby tak było nie walczyłabym z najemnikiem, a pozwoliłabym się stłuc, prosząc o więcej. Wspomina wysoki sąd te barbarzyństwo jakie mnie spotkało w tym mieście jakiś czas temu i dziwi to, że w kolejnej trudnej sytuacji spanikowałam? Nie potraficie dobiec sprawiedliwości tamtym zwyrodnialcom i dziwicie się mi, że w przypływie strachu chciałam opuścić to przeklęte miasto? A teraz jeszcze plamicie moje imię na sali sądowej zarzucając jakieś dewiacje. Nie wspomnę jak obyli się ze mną strażnicy miasta. Niech wysoki sąd się ich spyta jak bardzo spodobało się mi ich traktowanie mnie. — Wyrzuciła z siebie, pozwalając sobie w końcu się rozpłakać na dobre. Zasłoniła twarz, skurczyła się, sprowadzając się do postawy klęczącej męczenniczki, na którą dziś uwziął się cały świat. Nie beczała z powodu tych słodko gorzkich wspomnień. Wciąż była dotknięta postawą Trelca i jego troski, a teraz mogła dać temu upust w smak gry i bez hamowania się.

Wieża strażnicza

9
POST BARDA
Peregrin uniosła paluch i zaczęła nim wygrażać dziewczynie tak, jak to w zwyczaju ma rodzic, który chce upomnieć pociechę. W tym przypadku skądinąd nie sposób było wyczuć troski w geście, jeśli już to rosnącą frustrację, złość. Twarz staruszki z zarumienionej zaczęła robić się różowa, zaś jej usta sine. Anais mogła przysiąc, że specjalnie podniosła się z krzesła, żeby w karykaturalnej próbie dominacji wydzierać się na akolitkę z jeszcze wyższej pozycji. Jej głos był ochrypły, na granicy krzyku:

Jak śmiesz podnosić głos na wymiar sprawiedliwości?! Gdzie twoja skrucha dziewucho?! — cała sala milczała w osłupieniu, nieliczni gapie tylko kiwali głowami — Nie jesteś ofiarą, tylko powodem! Przez ciebie zginął człowiek! Nie myliłam się! Nie panujesz nad sobą, nad swoimi emocjami! Nieszczęścia ciągną za tobą!

Magnolia oddychała głośno, wręcz sapała ze zmęczenia - potrzebowała chwili, żeby się opanować. Wreszcie przełknęła gula, który utkwił jej w gardle, usiadła i odgarnęła siwe kosmyki z czoła. Zamknęła oczy, odetchnęła, po czym już opanowana, acz z tonem pełnym pogardy rzekła:

Ja, sędzia okręgowy gminu Magnolia Peregrin, na mocy nadanej mi przez miasto Meriandos skazuję ciebie, Anais Florenz za morderstwo drugiego stopnia na Randalu Vividro na karę powieszenia. Od tego wyroku nie ma odwołania, kara zostanie wykonana natychmiast. — po tych słowach oskarżona usłyszała trzy donośne uderzenia młotka.

Moment później sędzina próbowała pożegnać się nim zeszła z krzesła na parter, ale jej głos został kompletnie zagłuszony przez ponurą euforię tłumu. Zebrani prostaczkowie dostali dokładnie to czego chcieli - teatrzyk, emocje, a teraz czekała ich wisienka na torcie, wielki finał. Mości Trelc od razu zerwał się na równe nogi i próbował apelować o rozsądek, oferował wykupne, a wreszcie zaczął kpić z uczciwości sądu, ale to wszystko nie miało już żadnego znaczenia. Dwójka strażników podniosła skazaną z ziemi, tym razem została skrępowana żelaznymi kajdanami. Niedługo później zaczęli ją wyprowadzać z sali.


Wydawało się, jakby czas zwolnił, a ona mogła dokładnie przyjrzeć się zebranym, zapamiętać tę chwilę. Ich twarze malowała nienawiść, pogarda lub zawistna radość. Niektórzy pluli jej pod nogi, inni prosto w twarz. Ludzie wyciągali do niej ręce, jakby chcieli ją rozszarpać na miejscu. Słyszała od nich obelgi, ale i znacznie gorsze rzeczy. Mówili co by jej zrobili, mówili, że zasługuje na swój los, że zatruwa ich miasto i jest źródłem wszystkiego, co złe. W pewnym momencie jakaś kobieta wybiegła z ławy, być może chciała uderzyć dziewczynę, a może rzucić w nią czymś. Tylko dzięki zdecydowanej reakcji straży została odepchnięta gdzieś na bok, bo urągać skazanej to jedno, ale utrudniać im pracę, spowalniać to już zupełnie co innego. Nikt się nie przejął - tłum dalej wył niby ogarnięte furią, wściekłe zwierzęta.

Pochód szedł do przodu. Na jego czele Anais prowadzona przez dwóch milicjantów, tuż za nimi Peregrin w ciemnofioletowej szacie z kapturem na głowie. Towarzyszył jej ochroniarz w postaci znanego Florenz gwardzisty, oboje wyglądali na zadowolonych z siebie, choć byli dość powściągliwi w okazywaniu tego. Tuż obok śpieszył Hugon, który wciąż próbował interweniować, lecz nawet dla niego stawało się jasne, że na tym etapie nie może już wiele zdziałać. Dalej brnął tłum - rozwrzeszczana masa na procesji celebrującej nieuchronny zgon młodej dziewczyny.

Szybko opuścili wieżę zmierzając ulicami na główny plac, gdzie czekała już na nią nieduża scena, podwyższenie wątpliwej konstrukcji zbudowane z drewnianych desek. Miejsce to posiadało trzy stanowiska z przewieszonymi na belce grubymi sznurami, pod nimi zaś znajdywały się zapadnie. Na tym etapie Anais była właściwie popychana do przodu przez strażników, zniecierpliwieni popędzali ją ku schodom wiodącym na platformę, wkrótce już u szczytu zaczęli zdejmować z niej łańcuchy. W tym samym czasie podszedł do niej łysy kapłan z krótką siwą brodą, którego wcześniej nie miała okazji zauważyć. Stał tuż przed nią, odziany w proste czarne szaty, wyglądał na odrobinę zmartwionego jej losem. W dłoniach dzierżył niewielkie złote naczynie, które trzymał blisko siebie. Chwilę szeptał coś raczej do siebie, aniżeli do niej, wreszcie włożył dwa palce do pojemnika, a gdy wydobył je zauważyła gęstą czarną ciecz.

W naszej ostatniej podróży zawsze prowadzi nas czarnoskrzydły Usal, strażnik zaświatów. Przyjmij jego łaskę, aby nie zgubić drogi. — o ile Anais przyjmie błogosławieństwo kapłana, ten wykona prosty gest malując na jej klatce parę skrzydeł, odmówi krótką modlitwę, po czym zejdzie z podwyższenia. Niedługo później jeden ze strażników podstawi jej niewielki stołek, na którym nakaże stanąć. Na chwilę przed tym jak założą jej pętle na szyję i zacisną uchwyt zyska tę ostatnią sposobność, aby utrwalić w pamięci tę scenerię.



Z osnutego czernią nieba wolno spadały grube płatki białego puchu. Mroki nocy rozpraszały liczne pochodnie rozpalone w tłumie gapiów, którzy przybyli tu specjalnie dla niej. Pomimo wrzawy i ogólnego podniecenia udało jej się dostrzec na przedzie gwardzistę, który przywlókł ją ecześniej do celi, a także Peregrin, której niejako zawdzięczała swój los. Oboje nie kryli satysfakcji z wykonanej roboty, Florenz po raz pierwszy zobaczyła szeroki uśmiech na twarzy niziołka i bynajmniej nie był to widok przyjemny dla oka. Kawałek dalej stał jej pracodawca, Hugo Trelc. Nie odzywał się, nie walczył, po prostu stał w milczeniu, przyglądał jej się z rezygnacją, ze złamanym sercem. To było ich pożegnanie.

Sznur przywarł do jej gardła tak blisko, że już teraz miała trudności ze oddychaniem. Kat położył dłoń na dźwigni zwalniającej zapadnie, już tylko sekundy dzieliły ją od śmierci. Równie dobrze mogła zamknąć oczy i zapomnieć o całym świecie, mogła krzyczeć, mogła wszystko - na swój sposób wreszcie była wolna, jej koniec był bliski. Wtem...

Stop! Stop! Stójcie na bogów! — znała ten głos — Powiedziałam: zatrzymaj się!

Gdy podążyła za źródłem hałasu dostrzegła Magnolię, która nieudolnie próbowała wdrapać się na scenę, zamiast obchodzić ją, żeby dostać się do schodów.

Zdejmij rękę z tej dźwigni! Natychmiast! — kobieta była blada jak ściana, prawie sina. Oddychała tak szybko i łapczywie, że ktoś inny w jej wieku mógłby już zejść na zawał. Osłupiały strażnik zerwał się zaraz, podbiegł i popychając jej okazały zad starał się pomóc z wejściem na podwyższenie. Cokolwiek groteskowa walka z materią nie trwała długo, a wkrótce sędzina stała już na podwyższeniu, tuż obok kruczowłosej.

Ani... ani się... waż. — groziła paluchem katu, jednocześnie walcząc o złapanie kolejnego oddechu. Mężczyzna niepewnie odstąpił od dźwigni. Anais dopiero teraz zauważyła, że kobieta kurczowo ściskała kawałek pergaminu, wiadomość. Przez moment sędzina wgapiała się na skazaną z niemal namacalną złością, tłum przerwał świętowanie, podniósł się szmer.

Zdejmijcie jej to. — osłupiały strażnik tylko gapił się na Peregrin — Ruchy!

Jak tylko zaczęto zdejmować z jej szyi pętle tłum popadł w białą gorączkę, szmery ustąpiły buczeniu oraz oskarżeniom tym razem rzucanym w stronę Magnolii.

W świetle nowych dowodów... — przekrzykiwała się przez wrzawę unosząc w ręce zwitek materiału — ...sąd zmuszony jest odstąpić od swojej decyzji i przemianować ją na karę wygnania!

Reakcja znacznej części gapiów była co najmniej histeryczna, niektórzy kiwali przecząco głowami jakby nie mogli się pogodzić z tym co właśnie miało miejsce, inni z rezygnacją machali rękami, niechętnie zaczynali się rozchodzić. Tymczasem staruszka zbliżyła się do Florenz tak blisko, że ta dosłownie mogła poczuć jej oddech. Nie wiadomo, czy kobieta tak trząsła się z zimna, czy z nerwów, lecz ewidentnie nie wyglądała najlepiej, a gdy mówiła wręcz cedziła słowa przez zaciśnięte zęby:

Jeśli wrócisz do tego miasta... jeśli ktoś zauważy cię choćby w pobliżu Meriandos... nie unikniesz już śmierci. — podniosła palec i wskazała bramę wyjazdową — Przed świtem masz zniknąć stąd, rozumiesz? A teraz, zejdź mi z oczu! Wynoś się!

Była... wolna?
Obrazek
Av: Callisto
Sygn: Juno

Wieża strażnicza

10
POST POSTACI
Anais Florenz
Anais nie spodziewała się, że wszechwiedzącą sędzinę pokona tokiem przyczyn i skutków, które wpasowywały się w nieznany jej scenariusz. Chciała kupić czas, cedząc prawdę przez drobne sito. Patrzyła się przez palce, przygryzając jawnie już dolną wargę. Przesadziła. Magnolia nie miała kręgosłupa moralnego, aby można było go naginać. Magnolia nie miała ambicji, aby dowieść prawdy. Magnolia nie miała nerwów, aby oddzielić emocje od osądu. Magnolia nie miała niczego co czyniło by ją dobrym sędzią. Nawet wizerunku. Podsuszony kurdupel, który jakimś cudem wylądował w ważnej sali na wysokim stanowisku. I taka osoba właśnie chwilę później skazała ją na śmierć.

Bała się tego momentu, w końcu robiła co mogła do tej pory, aby do tego nie doszło, ale jak już padły słowa, padł wyrok... dziwne mrowienie popłynęło zza uszu przez gardło przez wszystkie trzewia, zatrzymując się w końcu nisko między biodrami. Koniec był bliski. O tak... choćby jej. Zgubiła akt płaczu i rozpaczy, po prostu zamilkła, uśmiechając się powściągliwie do samej siebie, wciąż chowając twarz w dłoniach i spoglądając na karykaturę sprawiedliwości poprzez palce. Czekała, aż ją zaprowadzą tam gdzie mieli. Sama nie miała już ochoty błagać o życie. Raz już się na nie targnęła. Co się odwlecze, widać, nie uciecze. Mieszkańcy Meriandos, byli, jak widać, bardzo uczynni i pomagali w każdym trudzie. Żal jej było tylko biednego Hugona, który z rangi arystokraty i człowieka wpływowego, teraz przypominał bezradnego ćwierkającego wróbla w stadzie rozwydrzonych wron, rwących się na wyżer, trzepoczących skrzydłami. Każdy otwierał dziób z uniesienia, a to jej zarzucono, że ból sprawia przyjemność.

Dalej było już tylko lepiej, czy może gorzej. Niepowtarzalna dusząca magia chwili ostatniego spaceru nie przywiodła jej wszystkich wspomnień, jakich chciałaby się uczepić. Nie było takich. Czując narastające i nieokreślone jej bliżej uczucie, mogła z pełnią skupienia doświadczać tego z jaką łatwością przychodziło innym deptanie jej godności. Kilka osób nawet rozpoznała. Widywała na mieście, czystym przypadkiem. Może z kimś zamieniła kilka zdań. Teraz nie odwracała wzroku. Dawała im to co chcieli, szansę wymierzyć swoją sprawiedliwość. Teraz już tylko szeroko się uśmiechała, ale nie szczerzyła zębów. Możliwie szyderczo, nawet jak jej napluli w oczy, to zaniechała mrugania na przekór odruchowi, jakby spodziewała się czegoś ostrzejszego co miałoby się w nią wbić. Acz i wtedy znalazła się uczynna kobieta, która i w tym chciała jej pomóc, ale strażnicy popsuli tamtej zabawę. Ach ci porządni stróże prawa i obrządków kultury Meriandos. Wysłuchiwała obietnic masy wykrzywionych w krzykach i istnej zabawie twarzy, wyśnionych fantazji co by z nią zrobili. A Anais do tej pory miała wrażenie się, że to z nią coś jest nie tak... Co poniektórym prawie by pozazdrościła wyobraźni. Prawie, bo lada moment miało to wszystko stracić znaczenie. Tego nie chciała najbardziej. To ją zabolało najmocniej, kiedy spostrzegła ponury podest z wieszakiem na ludzi, gdzie miała zawisnąć po raz ostatni. Nienawiść zapłonęła w niej, chcąc się wydostać i zebrać żniwo w postaci dusz wszystkich tutaj zgromadzonych. Gniew ruszył jej ciało na podobieństwo jakiejś konwulsji, ale kajdany i milicjanci szybkim szarpnięciem uzmysłowili jej jak bardzo nie ma żadnej mocy wobec zadanej sytuacji. Los dzisiaj z niej kpił prosto w twarz, ale widząc nieuchronne dopiero do niej dotarło, co to wszystko znaczy. Parszywy Sulon... żałowała, że nie zdążyła mu w więzieniu postawić kapliczki w postaci wiadra wymiocin i szczochów zatytułowanej ku jego wielkiej czci, jaką go darzyła.

Wtedy też pokazał się pieprzony świętoszek, wyznający inną to osobliwość, dla odmiany z miotu Drwimira, który swoim błogosławieństwem miał sprawić, że miło jej się będzie zdychać. Był zmartwiony, że mogłoby być inaczej. Myślał, że poszukiwała pocieszenia w tym wszystkim? — Jeszcze nie wybieram się do twojego obsranego truchłami Usala, misiu. Pierw przyjdę specjalnie po ciebie, aby obedrzeć cię ze skóry. Z niej i twoich żeber sprawię sobie skrzydła. A wtedy bez twojej pieprzonej łaski, sama będę mogła do Usala pofrunąć, nie sądzisz, hmm? — Rzekła cicho z jadowitym przekąsem, nie licząc na odpowiedź, a licząc na przerażenie w oczach. W smak szyderstwa uniosła brwi i poruszała barkami, niby ptak skrzydłami. Wykrzywiając usta w grymas obrzydzenia, oczami jawnie się z niego śmiała. To raczej zniechęciło kapłana od udzielenia ostatniego namaszczenia. Chociaż tyle uda się jej osiągnąć tego dnia. Tyle wyrwała na sam koniec, tyle miała ze swej malusieńkiej wolności.

Jeszcze na sam koniec kazali jej wchodzić na stołek, dobrze że nie skoczyć przez płonące koło. Weszła cynicznie z ochotą, co tu było przedłużać. Była gotowa. Była gotowa umrzeć i nawiedzać nocami to przeklęte miasto, tak długo aż nic z niego nie zostanie. Miała przed sobą ostatni widok. Dwie osoby, które z jaką to łatwością skazały ją na taki los w jeden dzień. Wróci tutaj, poprzysięgła sobie. Wróci i zamieni ich życie w koszmar. Spojrzała tylko raz w stronę Hugona, aby mu podziękować, że chociaż próbował. Zamknęła oczy, czekając aż lina zaciśnie się już całkiem wokół szyi. Ostatni dreszcz przeciął jej plecy. Była gotowa przyjąć ostatnie cierpienie. Chciała się w nim zatopić, aby powtarzać w ostatnich myślach imiona tych, których chciała potępić.

Przedstawienie miało doczekać się swojego punktu kulminacyjnego, ale stała tak na tym stołku i stała. Wtem otworzyła oczy. Z nieudawanym niedowierzaniem patrzyła się na dziwy wyprawiające się na miejscu egzekucji. Sędzina odwoływała właśnie własny nieodwoływalny wyrok. Widok był dla niej na tyle surrealistyczny, że Anais była niemalże pewna że umiera i ma jakieś zwidy, halucynacje przedzgonne. Nic z tych rzeczy. Sznur przestał krępować jej szyję, a jej pośrednia oprawczyni raczyła udzielić jej rady życiowej i sprezentować smrodu ze swojej gęby. Kruczowłosa nie była jednak w stanie nawet z niej zakpić, uśmiechem, spojrzeniem, nie mówiąc już o słowach, które wszystkie zgubiła w ustach. Powinna się była cieszyć, nieprawdaż? Miała umrzeć... znowu.

Jak już metal przestał krępować jej ręce i nogi po prostu rozejrzała się po okolicy, która coraz mniej była okupowana przez rozrzedzający się motłoch. Z tego wszystkiego nie zabrali jej mieszka, za czym idzie kluczyka do jej kwatery, jaką nieodpłatnie udostępniał jej Hugo Trelc. Skazana na banicję w sumie szybko połączyła fakty, że lepiej będzie się stąd wynosić czym prędzej, nim dozna jeszcze nieco więcej 'sprawiedliwości' tej nocy. Co jak co, straż, sędzia i współmieszkańcy upewnili ją, że bardzo podobała im się ta zabawa. Była jednak w okolicy ta jedna osoba, która jakoś walczyła w jej imieniu, prawie że do samego końca. Aż i on w końcu się poddał. Podeszła do niego w całej swej okazałości fatalnego stanu.
— To koniec. — Przyznała smutno, patrząc się na niego z żalem, po czym odbiła wzrok ku mroku nieba — Zostawię kluczyk w kwaterze. Wybędę do Saran Dun natychmiast, a może do Zakonu, tym się przyda skryba. Tylko nieco doprowadzę się do porządku. — Rzekła tak naprawdę nie wiedząc gdzie ma się wybrać, choć zaczęła się domyślać. Poczekała co miał jej do powiedzenia, po czym ruszyła. Już się dzisiaj raz pożegnali spojrzeniem, jak stała przy szubienicy. Nie czuła aby potrzeba było dzielić się dodatkowym sentymentem. Tamta chwila była dość intensywna, a teraz czuła tylko pustkę — Muszę stąd uciekać drogi panie. Dziękuję za wszystko, nie zapomnę. Proszę pozwoli pan, sama sobie poradzę. Niech pan wraca do rodziny, ma pan do kogo wracać. A ja dość już panu nastręczyłam kłopotów i zmartwień. Żegnam — Rzekła, obdarowując go smutnym uśmiechem raz ostatni i sugerując postawą, że nie miała najmniejszej ochoty na cokolwiek. Lepiej byłoby dla niego, żeby już się nigdy więcej nie spotkali.

Teraz w głowie zakwitła jej inna myśl. Była dość przekonana, że była tylko jedna osoba, którą poznała i która w teorii mogłaby uczynić taki pokaz siły, ośmieszając całą tę gromadę nadętych ważniaków. Była dość przekonana, że była tylko jedna osoba, której uwierzyła choćby przez chwilę, że naprawdę ją rozumie. Ciekawość popchnęła jej zmęczone nogi do przodu, a cała ta niedorzeczność skazania jej na śmierć i tego teatrzyku sprawiedliwości z każdym krokiem odchodziła w tło. To był bardzo ciężki dzień, wręcz miała wrażenie że wciąż śni i to nie działo się naprawdę, a lada moment obudzi się z powrotem w celi.

***
Stary portier wpuścił ją mrugając jakby zobaczył zjawę swojego ojca, czy kogoś, bo był ewidentnie przerażony. Kulejąc dotarła w końcu do wspólnego wychodka dla kwater służby w budynku głównym administracji gorzelni. To było pierwsze miejsce, które podjęła się odwiedzić przed opuszczeniem miasta. Potem zbudziła i poprosiła rezydującą służkę o ciepłą wodę i balię oraz bandaże igłę i nić i mocny alkohol oraz wazelinę, kiedy to ona sama miała się spakować. Melania z wybałuszonymi oczyma zastygła, spostrzegając jakiś upiór pod jej drzwiami, ledwo rozpoznając przez dopiero co zasmakowaną senność i zaskoczenie, że była to tylko skryba, tyle że w bardzo kiepskim, fatalnym, niedopuszczalnym stanie.
— Co się stało? Anais wyglądasz tragicznie. — Melania pracowała kiedy nieroby bawiły się w wymierzanie kary.
— Pobili mnie i zgnoili. Hugo wie. Pomóż mi proszę. Muszę doprowadzić się do porządku — Melania kiwnęła głową, że rozumie, po czym zniknęła w mroku swej kwatery, aby to ubrać się w coś na szybko, byle nie paradować w samej halce. — Będę w swoim pokoju. Pośpiesz się, proszę. — Anais rzuciła jeszcze w eter pomieszczenia, kiedy to ruszyła do siebie.

Pokój miała skromny, ale z pewnością lepiej wyposażony i większy, niż jakby to była kwatera jakiejś służki. Oprócz łóżka, stolika, krzesła i osobistego kufra, miała regał na zapiski, książki, dokumenty, czy zeszyty. Wszystko archiwa. Była też Półka z przyborami potrzebnymi do pisania, czyli słoiczki z tuszem, kartki papieru, nienaostrzone pióra gęsi, kruków i innych ptaków oraz kilka noży. Były tam też świeczki i kaganki. Miała też nieduży parawan, balię, lustro na ścianie i wieszak na ubrania. Duże okno dawało jej widok na główny plac w dzielnicy rzemieślniczej. O tej porze zaś nikogo tam nie było.

Z łóżka zdjęła koc, który rozłożyła szeroko na podłodze. Otworzyła kufer i poczęła wybierać to rzeczy, które miała zabrać ze sobą na drogę. Było to przede wszystkim odzienie, ale i wszystkie oszczędności jakie miała. Szła zima, trzeba było zabrać wełniane nogawice, sweter, giezła, grube i długie do kostek spódnice, chusty na głowę i plecy, futro, jakiś pas, do którego mogła przywiązać mieszek. Drugie i ostatnie buty jakie miała. Do tego torbę zawieszaną przez szyję, gdzie miała zamiar umieścić trochę artykułów piśmienniczych, papieru, niezapisanych zeszytów, świeczek i noży. Wszystko co było niezbędne w jej zawodzie. Większość ubrań ułożyła równo na kocu, który zawinęła w pakunek, ten związała sznureczkiem i miała swój plecak na wyprawę. Brakowało tylko kija na którym zawiesiłaby tobołek i zostałaby pełnoprawną włóczęgą. Przygotowała też sobie ubiór na zmianę, układając go równo na łóżku.

Tymczasem zbliżająca się dwudziestki Melania zdołała już dokonać trzy rundki, wlewając wody do balii. Przyniosła pierw jednak butelkę bimbru, słoiczek wazeliny, bandaże i to co służyło do szycia, kładąc to na biurko pochłoniętej pakowaniem się Anais. Florenz uwinęła się szybko. Pozostało jej się tylko doprowadzić do porządku. Zaczęła ściągać z siebie zniszczone ubrania i wkrótce była zupełnie naga. Obnażona ze wszystkimi ranami i siniakami, jakie jej ostatnio zadali oraz z bliznami przeszłości. Siniaki na torsie w kontraście z bladą karnacją przypominały pożółkłe czarne łaty. Rana na udzie zaczęła się ślimaczyć, a klejąca się nie całkiem zaschnięta posoka rozciągała się po całej nodze. Jedynie rysa cięcia na dłoni zdawała się posłusznie goić i nie sprawiać problemów.
— Bogowie! Co oni ci zrobili?! — Melania prawie nie upuściła dzbana z wodą, zastygając w osłupieniu i przyglądając się to jej z niedowierzaniem. — Potrzebujesz felczera! — Przerażona, była bliska paniki. Anais tylko popatrzyła na nią z lekkim zniesmaczeniem na ustach
— Żaden lekarz z tego miasta mnie nie przyjmie, zostałam skazana na banicję. Przed świtem muszę opuścić miasto — Przyznała ponuro.
— Banicja?! — Dziewczyna wystraszyła się całkiem i upuściła dzban, po czym uciekła. Tamten przewrócił się i rozlał wodę na podłoże. Płochliwe i głupie dziewczę, chyba nawet nie wiedziała co te słowo znaczyło. Nie było teraz szans na pełną kąpiel. Musiała się umyć w tym co już zostało nalane. Tak też pierw zaczęła od sklejonych włosów, nim weszła do balii. Podsunęła sobie krzesło i obmywała je cierpliwie, aż stały się miękkie w dotyku. Wolne od brudu zaczesała ręką do tyłu i w końcu weszła do wody, pozwalając chociaż swoim spracowanym nogom w pełni zaczerpnąć przyjemnego gorąca. W dalszym milczeniu obmyła całe swoje ciało. Wyszła z wody. Pora było zająć się raną. Akurat nieco oschnie jak skończy oczyszczać, zaszywać i bandażować. Wazeliną zaś uraczyła swoje spękane usta, aby miały nieco odpoczynku w nadchodzący mróz. Resztę co miała z opatrywania się włożyła do torby, jakby jej przyszło znów coś czy kogoś szyć. Wytarła się ręcznikiem, znosząc to dotyk obolałego ciała i ubrała się. Czysty materiał przyjemnie leżał na odświeżonym ciele. Wysokie buty i nowe rajstopy szybko przyczyniły się do poczucia ciepła w stopach. Białe grube giezło wpasowywało się w długą grubą czarną spódnicę zapięciem pasa z klamrą. Na to miała beżowy sweter, a na wyjście zawiązywane na sznurki futro przypominające długi płaszcz z kapturem. Zniszczone ciuchy użyła jak szmat, aby wytrzeć mokrą podłogę i wsadziła je do dzbanka, niby do śmietnika. Torbę zarzuciła na ramię przez szyję, a tobołek chwyciła oburącz. Wyszła zostawiając kluczyk na stoliku.

Noc była cicha kiedy obróciła się raz jeszcze, aby spojrzeć ku miejscu, które przez ostanie krótkie lata nazywała domem. Czuła niedosyt, choć to senność miała jej teraz najbardziej dokuczać. Niedosyt był powiązany z całym miastem. Znienawidziła go całym swoim udręczonym sercem. Miała więcej powodów aby tu znów przybyć, niż przedtem jak wybierała się tutaj pierwszy raz. Jej marne pogróżki brzmiały w głowie raz po raz, ale ostatecznie wiedziała, że w takim stanie nic im nie zrobi. Nie miała żadnej mocy. Musiała opuścić miasto. Była ciekawa, czy spotka Tytusa jak wyjdzie ich umówionym przejściem. Wtedy też dopiero miała się zastanowić co pocznie dalej, jeśli to jakimś cudem zbieg okoliczności. Wybierze się do najbliższego przydrożnego zajazdu. Aby się czymś na dobry początek posilić i zdrzemnąć.

Wieża strażnicza

11
POST BARDA
Opuszczenie Meriandos bez żadnych wątpliwości było już tylko kwestią czasu. Czy tego chciała, czy nie musiała wyruszyć w nieznane i popłynąć z prądem przeznaczenia. Bądź co bądź była dobrze przygotowana: starannie umyta, ubrana w nowe, ciepłe odzienie zdecydowanie nie musiała martwić się ani o chłód nocy, ani smród potu, czy krwi... przynajmniej na razie. Wszelkie rany dokładnie opatrzyła, zabandażowała, tak, że teraz pozostało jedynie czekać aż jej ciało samo zregeneruje obrażenia. Spakowała niezbędny dobytek, zarzuciła tobołki na plecy i pożegnała się z miejscem, które przecież tak długo nazywała domem.

Powoli oddalała się od włości Trelca zmierzając w kierunku południowej bramy, jednak nie minęło wiele czasu, nim usłyszała za sobą czyjeś pośpieszne kroki. Gdy odwróciła się jej oczom ukazał się Marco, chłopak ze służby. Młodzieniec był mocno zziajany i nie miał na sobie nawet płaszcza, widać śpieszył się ogromnie byle tylko złapać dziewczę nim ta odejdzie z miasta na dobre.

Po- hyy... hyyy... Pocze- hyy... Poczekaj, Anais! — wydusił z siebie wreszcie młokos. Chwilę tak stał zgięty w pół łapiąc oddech, po czym wyprostował się i niedyskretnie wciągnął nosem gila, który już zaczął mu niebezpiecznie skapywać. — Jaśnie pan prosił, żeby ci to przekazać.

W roztrzęsionych dłoniach trzymał średniej wielkości pudło z ciemnego drewna. Szybko okazało się, że nie zamierzał czekać, aż skryba namyśli co do prezentu i zaraz sam sięgnął do wieka, by podnieść je, ukazując zawartość. Wewnątrz na lnianym materiale leżał cienki, lśniący sztylet z ciemnego materiału o drobnych turkusowych zdobieniach. Do broni poza pasującą pochwą załączono również krótki liścik od samego darczyńcy.

M-mmogę już iść? — zapytał młodzieniec wyraźnie stukając przy tym zębami. Odszedł w pośpiechu, zaraz po tym jak banitka zabrała ze sobą podarek i pismo. Treść tego ostatniego prezentowała się zaś następująco:

"Droga Anais,
Ogromnie mi przykro, że nie byłem w stanie Ci pomóc wtedy, gdy najbardziej mnie potrzebowałaś. Niestety w obliczu Magnolii Peregrin moje wpływy zdają się na niewiele - to chorobliwie ambitna i pozbawiona kręgosłupa osoba, która ma silne wsparcie władz miasta. Tym bardziej zaskakujące jest dla mnie to, że nagle gotowa była zmienić swój werdykt. Nie wiem, co miało na nią aż taki wpływ, ale dziękuję bogom, że uchronili Cię przed okrutnym końcem. Wiedz również, że nigdy nie wątpiłem w Twoją niewinność.

Proszę przyjmij ten skromny prezent w ramach drobnej rekompensaty za doznane krzywdy i podziękowania za lata służby spędzone u mego boku. Spojrzałaś dzisiaj w oczy ludzkiemu okrucieństwu, toteż chciałbym, żebyś w przyszłości mogła się przed nim chronić przynajmniej w ten sposób. Jesteś utalentowaną osobą i wspaniałym skrybą, żałuję, że nie było nam dane pracować razem dłużej.

Bądź zdrowa,
Hugon Trelc Senior"
[zt]
Obrazek
Av: Callisto
Sygn: Juno
ODPOWIEDZ

Wróć do „Meriandos”

cron