Dzielnica Portowa

1
- Dzielnica portowa - ____________________
Obrazek


Jeden z największych punktów handlowo-transportowych, oraz chyba najbardziej rozpoznawalne miejsce w całym Karlgardzie. Witamy w dzielnicy portowej. Znajdziesz tu wszystko: od kramów z towarami luksusowymi przywiezionymi przez zagranicznych kupców, przez tanie speluny z ogromną ilością podłego alkoholu, czy nawet puste budynki robiące za magazyny/miejsca egzekucji niewygodnych osób dla okolicznych gangów, kończąc na ciemnych uliczkach z zakapiorami, gdzie lepiej nie wchodzić i nie przeszkadzać marynarzowi, który z utęsknieniem dobiera się do bielizny pierwszej lepszej ulicznicy. Ach cudowne miasto...

W powietrzu na przemian unoszą się nuty egzotycznych przypraw, zmieszane z zapachem wnętrzności patroszonych ryb i niedomytych marynarzy. A tych ostatnich jest tu sporo - zawsze tu tłoczno i gwarno - przynajmniej na nabrzeżu, gdzie każdy pędzi ze swoją sprawą, którą pilnie musi załatwić. Co innego tyły budynków - te zwykle oddzielone od gwaru głównej ulicy portowej, są azylem dla czarnych dusz spragnionych spokoju i braku ciekawskich oczu. Wszak przestępczość w tej dzielnicy osiąga rekordowe wartości. To tutaj można znaleźć orka od brudnej roboty, goblińskiego pasera, czy chociażby zatrudnić kolejnego elfiego łowcę przygód na swój majestatyczny drakkar.

Istny tygiel kulturowy, w którym każdy mógł znaleźć dla siebie miejsce. Jak same miasto zresztą, które swoimi budowlami królowało nad portem. Pierwsze co uderzało po przybiciu statku, to absurdalnie wręcz duże budowle, które roztaczały swój majestat nad zdawałoby się zakałą miasta, jakim było nabrzeże. W oddali było gdzieś widać Karlgardzką Akademię Czarnoksięstwa, a kierując się wzrokiem ku centrum miasta, można było też odgadnąć lokalizację Insorgotu. Wszystko oczywiście z kopułami i przesadnymi wręcz pustynnymi zdobieniami.

Jeszcze raz: WITAMY W KARLGRADZIE!

Dzielnica Portowa

2
- Karlgard - Dzielnica Portowa równonoc wiosenna roku 91

Łapała ich po kolei, jednego za drugim. Ogłuszała, wiązała i wywoziła poza miasto. Miała gdzieś strażników. Miała gdzieś całe szajki przestępcze, które również zaczęły na nią polować. Dla niej liczyła się tylko zemsta. Został jej ostatni zielono-skóry. Niejaki Faazz Albronkald... Jakim cudem skubaniec był w stanie ukrywać się aż tak długo? Zasługa niewielkiego wzrostu? A może był po prostu najsprytniejszy z całej paczki? Tego Josephine nie wiedziała. Wiedziała natomiast, że jest blisko. Czuła całym swoim ciałem, że kolejna pełnia jest już blisko i że nadchodził TEN czas. Sprawiedliwość, której stać się miało zadość nadciągała - wystarczyło tylko udać się do Karlgradu.

***
- Jesteś pewna, że to dobry pomysł? - Twarz Corina, która była zwykle radosna, wydawała się nieco zatroskana. - Równie dobrze to może być plotka, albo pułapka. Levant może i zbiera te figurki... Może i był w Karlgradzie... Ale tamten elf przecież mógł łżeć jak pies. No i ten cały goblin przecież jest paserem. Już mi to śmierdzi - Levant i przestępstwa... - Próbował jej przemówić do rozsądku, ale nieskutecznie.
- Jebać to! - zakrzyknął Osmar. - Pierdolenie takie. Chuja nam się stać może, bo w Karlgradzie niewiele osób nas zna. Szybka akcja. Wyskoczymy, przesłuchamy grzecznie skurwysyna i pani kapitan będzie zadowolona. A poza tym kończy nam się Urk-huński rum, to przy okazji uzupełnimy zapasy. - Wiadoma była chociaż motywacja bosmana. Bo w sumie o czym rozmawiali? Ano jakiś czas temu, na archipelagu w karczmie, ucięli sobie bardzo interesującą pogawędkę z elfim sprzedawcą artefaktów. Okazało się, że ostatnio, pomiędzy sprzedawcami krąży nazwisko KAPITANA Levanta (jak widać dość szybko dorobił się awansu), który jest kolekcjonerem złotych figurek autorstwa Jacoliniego... Kimkolwiek ten cały Jacolinii jest. W każdym razie wiadomym jest, że jeśli ktokolwiek dorwie taką figurkę, Levant odkupi ją za sporą sumkę, przebijając każdą inną ofertę.

- Jak w ogóle ten goblin miał na imię? - zapytała milcząca do tej pory Irina.
- Faazz Albronkald, czy jakoś tak. - Odpowiedział Corin. Jak się okazało, sprzedawcy mieli całkiem sprawnie funkcjonującą sieć informacyjną. Wiedzieli do kogo kierować swoich klientów, gdy nie mieli towarów, albo przekazywali sobie informacje o klientach. Wzajemna pomoc była potrzebna w tym fachu. No i zaufanie... Na szczęście Osmar nie miał problemów ze zdobywaniem takich informacji.
- Widzę, że jestem przegłosowany. - Pierwszy oficer uśmiechnął się słabo. - No to pora na przygodę!

***
Zapowiadało się prosto...
Informacje, jakie dostała od Mordreda Martina - kolegi złodzieja, mówiły o tym, że Faazz miał spotkać się ze swoim klientem w dzielnicy portowej, za magazynem straży miejskiej. Miał tam przeprowadzać kolejną ciemną transakcję, wszak jak dowiedziała się Jo, Albronkald trudnił się paserstwem i sprzedażą skonfiskowanych towarów. Strażnicy przymykali oko, za parę monet prowizji, na znikające rzeczy z magazynu. I tak nie należały do nich, a wiadomo - zarobek to zarobek, szczególnie w dzisiejszych czasach. Mordred doradził jej, by schowała się za skrzynie za magazynem i oczekiwała na zakończenie transakcji. Potem wystarczyło załatwić gobilina, nie dopuszczając by ponownie rozpłynął się bez śladu.

Zbliżało się południe. Josephine spokojnym krokiem przemierzała gwarną ulicę miasta. Nie lubiła tego, ale mus to mus. Zapach, szczególnie dla jej czułego węchu, był prawie że nieznośny - słowem cuchnęło. Ucieszyła się więc, gdy dotarła do celu i mogła się wślizgnąć w mniejszą uliczkę prowadzącą na tyły magazynu. Wysokie ściany budynku rzucały przyjemny cień i dość dobrze tłumiły gwar dobiegający z głównej ulicy. Jasne ściany piaskowca, które nie były nagrzane od promieni słonecznych, przyjemnie chłodziły powietrze.

Obwieszona srebrem kobieta, skierowała się niepostrzerzenie ku skrzyniom postawionym przy końcu uliczki, która zakręcała lekko w prawo i kończyła się ścianą kamienicy. Plan był prosty. Śledzić Faazza, dopaść go w ustronnym miejscu i wywieźć za miasto. Prosto, acz skutecznie. Pozostało tylko czekać...

***
Gdy statek przybił do lądu, każdy wiedział co robić. Vera wraz z Osmarem zeszła na ląd, a pozostali zajęli się papierami i porządkami na statku (wszak nie chcieli rzucać się w oczy, ani przyznawać się otwarcie do bycia piratami). Bosman ubrany w białą, luźną marynarską koszulę i czarne spodnie do kolan, dzielnie maszerował koło pani kapitan ze zmarszczonym czołem.
- Jebie tu niemożebnie - mruknął pod nosem, czując rybie zapachy wymieszane z cynamonem i goździkami.
- Widzisz ten rozpierdol przed nami? - Wskazał palcem tłum ludzi pomiędzy kramami. Z drewnianych pomostów był jeszcze kawałek do głównej ulicy. - Mówiłem, że nikt nawet nie zwróci uwagi. Kutasem mógłbym tam machać... - No i mówił prawdę. Każdy miał swoje sprawy do załatwienia i nie interesował się tym co działo, czy też mogłoby dziać się dookoła.

Nikt też nie zwracał uwagi na przytłaczające miasto, wznoszące się nad portem. Przesadnie wielkie budynki, wysokie kamienice z piaskowca i magazyny składały się w spójną kolorystycznie całość. Po prostu wszystko było takie... Duże... I gwarne...
W tym momencie dotarło do nich na co się porywają - próbują znaleźć karła wielkiego na cztery stopy, w tak wielkim mieście. Mógł być wszędzie... Nawet pod ziemią.

No, ale od czego są karczmy - wiadomo, że to najlepszy sposób na zyskanie informacji. Prosta myśl, prosty plan - ruszyli przed siebie. Przedarli się przez największe tłumy i już po chwili znaleźli się przy magazynie straży miejskiej, gdzie zrobiło się dziwnie pusto. Budynek był ogromny, zarówno szeroki, jak i wysoki. Kamienice, w tym samym kolorze piaskowca, były przytulone z prawej strony budynku. Z lewej strony biegła uliczka, oddzielając dwa magazyny od siebie. Jeśli się uprzeć, pomiędzy jednym magazynem, a drugim dało radę przeskoczyć. Być może też kamienica z prawej była w jakiś sposób połączona z budynkiem należącym do straży miejskiej. Wielkie wrota wydawały się być zamknięte na cztery spusty, ale co przyciągnęło uwagę Very i Osmara, to dziwnie duża ilość straży przy wejściu na tyły, którzy pojawili się znikąd. Tak, jakby czegoś pilnowali... Co więcej jeden z nich był odwrócony plecami do głównej drogi.
- TAŚ, TAŚ, TAŚ, TAŚ! Gdzie jesteś, Dziwko! - darł się ktoś za strażnikami pilnującymi wejścia do uliczki. Ci jednak nie reagowali, jakby nie słyszeli wrzasków. - Josephine!

***
Drzwi, które wtapiały się w ścianę magazynu, otworzyły się z hukiem, tak jakby ktoś potraktował je kopniakiem. Chwilę potem w drzwiach stanął rosły ork, który ledwo mieścił się we framudze. Miał czarne włosy związane w potężną kitę, a na szyi naszyjnik z czaszką, który dzwonił przy każdym kroku. W ręku dzierżył sporych rozmiarów ostrze, które z pewnością odrąbało niejeden łeb. Nie to jednak było najstraszniejsze, bo przy każdym ruchu, pod zieloną skórą orka, przepełzało jakby stado węży, poruszając tego kolosa do przodu. Każdy, najdrobniejszy mięsień był widoczny. Sam ork z pewnością miał ponad sześć i pół stopy!

Zaraz za orkiem, z drzwi wyszło jeszcze trzech orków w zbrojach strażników miejskich, którzy ruszyli w kierunku wyjścia z uliczki. Tam przystanęli...
- TAŚ, TAŚ, TAŚ, TAŚ! Gdzie jesteś, Dziwko! - rozdarł się nagle, rozglądając się dookoła. - Josephine! - ślina pociekła mu z kącika ust. Całkiem możliwe, że był pod wpływem jakiegoś środka. Nie było kolorowo... Mordred zdradził, była tego pewna. Tak samo jak mogła być pewna, że właśnie wpadła w porządną pułapkę bez dobrego wyjścia.

Spoiler:
***
Światło dookoła zaczęło przygasać, tak jakby ktoś powoli zasłaniał płomień świecy. Zaskoczeni obróciliście się w stronę słońca, by spostrzec, że okrągła tarcza maleje coraz mocniej, zasłaniana przez księżyce. W piersi Jo zaczęło narastać nieznośne uczucie drapania, jakby coś chciało się wyrwać z jej piersi...

Dzielnica Portowa

3
Smród wylewanych pomyj z okien niemiłosiernie drażnił Joe, której wcale nie widziało się przeciskać przez spocone cielska marynarzy w dzielnicy portowej. Och, pot też drażnił ją, podobnie do paplaniny, wrzasków poganiaczy, przekupek i skrzekliwych głosów zielonych kurdupli. Denerwowały też ją zapachy dochodzące ze straganów, mocne przyprawy z całego świata i jakieś perfumy, którymi natrętny sprzedawca pryskał każdego, kto przechodził obok. Wyczulony nos kobiety wyczuwał jednak coś poza tym – świeżą bryzę smagającą ją po twarzy i zapach morza... który oczywiście musiał mieszać się z gnijącymi rybami.

Prędko, zanim jakiegoś przypadkowego przechodnia by udusiła przez irytujące ją otoczenie, wpadła do bocznej uliczki, gdzie miała czatować na ostatniego z gnojów, którzy oskarżali ją o niewypał jej i Yassida wyprawy. Wedle informacji Mordreda Martina, jednego z wielu podrzędnych cwaniaczków tego miasta, miał się tutaj pojawić Faazz Albronkald – w porę, gdyż czuła w kościach zbliżającą się pełnię, a był to czas na polowanie i zemstę. Jakiej transakcji i z kim miał ją robić jako paser, tego nie wiedziała i szczerze powiedziawszy miała to w dupie. Dla niej liczył się sam fakt złapania goblina, a jeśli komuś się po drodze oberwie, to nie jej sprawa. A była to najwyższa pora zostawić za sobą całą przeszłość, a za złupione, czy raczej odebrane praworządnie oszczędności, zacząć szukać lekarstwa.

Skryła się zaraz za skrzyniami w jakimś rogu, przykucając w dogodnym miejscu, by mieć widok na całą uliczkę. Było tu chłodniej i ciszej, dzięki czemu mogła bardziej się skupić i uspokoić myśli. Wtedy też drzwi do magazynu, który służył najwyraźniej za skarbiec dla wszelkiego rodzaju paserów rozwarły się, wypuszczając czterech orków, z czego jeden był faktycznym bydlakiem. Trójka drąc się, zastawiła wyjście z uliczki. Oczywiście wydzierając się do niej po imieniu, bo czemu by kurwa nie.

Uświadomiwszy sobie, że wpadła w zasadzkę, wzburzyła się w środku, ledwo nad sobą panując. Zaczęła szybciej oddychać i nawet cichutko warczeć, myśląc o Martinie, który najwyraźniej ją wychujał. Oczywiście od razu wizualizowała sobie tysiąc sposobów obdzierania go ze skóry, co ją bardzo skutecznie zaczęło nakręcać. Praktycznie natychmiast też adrenalina zaczęła płynąć w jej żyłach, próbując wydrzeć ją do przodu i rzucić się na tę kupę mięsa przed nią, zaszlachtować go i wyrwać mu zębami wszystkie flaki... Potem od razu do pozostałych trzech, do gardeł, rozrywając je i smakując orczej krwi. A kiedy wszyscy umieraliby, jeden po drugim dobierać się do ich wnętrzności, rozrywać twarde mięśnie, zatopić kły w sercach i poczuć smak posoki w ustach...

Josephine otrząsnęła się nagle z amoku, w którym przez chwilę się znalazła. Jej wewnętrzna bestia zaczęła się znikąd wyrywać, mimo, że nie było jeszcze na to czasu. Srebro powoli ją zaczynało parzyć, wrzynając się w jej ręce, palce, twarz i uszy. Zdezorientowana zauważyła, że zrobiło się znikąd ciemniej. Zerknąwszy w niebo, zamiast ciężkich chmur burzowych ujrzała słońce przykrywane przez dwa księżyce, w tym jeden afektujący ją. Miała być pełnia, ale teraz robiło się zaćmienie, czyli Zarul musiał być w nowiu. NIE POWINNA czuć zewu, a jednak on narastał, blokowany na razie przez srebro. W kościach kobieta poczuła jednak, że coś nie gra i że powinna się stąd jak najszybciej zmyć.

Ale ta kupa mięśni wyglądała kusząco. Zatopić w niej kły byłoby przyjemnością, szczególnie, że ork stawiałby opór i byłby wyzwaniem dla bestii. Rozerwanie go na strzępy także będzie wyzwaniem, ale jakim kuszącym! Patrząc na jego figurę, na pewno skomlałby jeszcze przez jakiś czas, kiedy bestia będzie szarpała skórę, łamała zębami kości...

Kostki Joe zbielały, tak mocno się powstrzymywała. Oddech miała ciężki, a na jej czole pojawił się pot. Panicznie rozejrzała się po okolicy. Wyjście zasłaniali jej strażnicy. Zerknęła więc w ślepą uliczkę prowadzącą do kamienicy, za siebie, czy nie można przejść dachem... MUSIAŁA się stąd wydostać, z miasta, zanim będzie za późno.

Z drugiej strony... darli tak tego ryja, że miała ochotę ich uciszyć. Było ich trzech plus jedno możliwe wyzwanie. Jest hałas. Nikt nie usłyszy. A bestia była żądna krwi – gdyby spróbować teraz ją uspokoić i potem uciec z miasta...

Nie zauważyła, kiedy jej ręka wyciągnęła zza pasa szablę, chwytając ją w lewą dłoń. Na chwilę się otrząsnęła, aby zobaczyć swoje zamazane odbicie, ale jedyne, co tam widziała, to głód i buzującą adrenalinę. Podniosła się z klęczek i kopnęła z impetem skrzynie, być może musząc nad którąś przeskoczyć. Bestia zawyła i rzuciła się na giganta, czując jego pot, jego zapach skóry, krew, która pulsowała pod wszystkimi mięśniami. Chciała ciąć, gdziekolwiek by się jej udało. Osłabić, przelać trochę krwi i dokończyć dzieła. Będąc blisko, wykonała szybki zamach Glahmą w biegu, zamierzając natychmiast po tym odskoczyć w bok, licząc na ociężałość osobnika, wolną reakcję i zaskoczenie szarżą.

Dzielnica Portowa

4
- Jasne, że mógł łgać. Ale do tej pory nie mieliśmy nic, co choć trochę by nas zbliżyło do tego skurwysyna. A teraz coś mamy - spojrzenie Very uniosło się na Corina, zatrzymując się na twarzy mężczyzny na moment. Jego przezorność miała swoje plusy, ale bywała też irytująca. - Nie możemy w nieskończoność plątać się po morzu Keronu jak gówno w przeręblu, licząc na to, że kapitan Levant się akurat napatoczy.
Zdecydowanym ruchem podniosła się z krzesła, uśmiechając się do bosmana. Przynajmniej on wiedział o co chodzi. Przecież nie musieli spędzać w Karlgardzie następnych dwóch tygodni. Jeśli uda im się znaleźć sprzedawcę szybko, równie szybko będą mogli się stąd zmyć. Złote figurki, kurwa mać, przeszło jej przez myśl. Snob pierdolony. Kto by się spodziewał?
- Wyślijcie przy okazji kogoś, żeby zorientował się, czy jego statek nie stoi gdzieś w dokach - rzuciła do Corina i Iriny. - Wątpię, żeby przypłynął aż tutaj, ale cholera go wie.
Teraz wystarczyło znaleźć goblina. Jeśli był handlarzem, to musieli przejść się na targ, czy inne podobne miejsce i o niego popytać. Osmar potrafił być przekonujący, do tego stopnia, że sama Vera nie musiała nawet szczególnie angażować się w intensywne negocjacje. Doceniała jego obecność u swojego boku, a jemu przecież zależało bardziej niż komukolwiek na pomszczeniu swojego byłego kapitana.
- Twoja troska jest wzruszająca, Corin - uśmiechnęła się do oficera jeszcze przez ramię. - W razie problemów mnie z nich wyciągniesz, nie? Kto jak nie ty.
Kiwnęła głową na pożegnanie i opuściła kwatery. Do jej nozdrzy wdarło się stęchłe powietrze miasta, którego jeszcze nie miała okazji poznać. Nasadziła kapelusz na głowę i zeszła po rampie ze statku, zatapiając się w tłumie.

- Bardzo cię proszę, żebyś tego jednak nie robił - jęknęła, gdy usłyszała o machaniu kutasem. Obserwowała wieloosobową masę przelewającą się przez ulicę i faktycznie poważnie zastanawiała się nad tym, jakim cudem mają dopaść goblina. W końcu jednak przebili się dalej. Jedynym, o czym myślała, to by trzymać dłoń na sakiewce, i tak obecnie dość ubogo wyposażonej. Stracenie jej byłoby wyjątkowo niefortunnym wydarzeniem.
Zwolniła nieco, słysząc okrzyki w okolicy magazynu straży miejskiej. Nie były skierowane do niej, ale wołanie w taki sposób bardzo źle się jej kojarzyło. Oczami wyobraźni widziała już zapijaczonego typa, z klejącymi się od alkoholu łapskami wsuwającymi się pod spódnicę jakiejś nieszczególnie chętnej do współpracy panienki. Szturchnęła łokciem Osmara, gestem głowy wskazując mu zamieszanie.
- Niektóre rzeczy się nie zmieniają, co? - mruknęła cicho, zatrzymując się. - Nawet na drugim końcu świata.
Nie widziała, co działo się za murem ze strażników, więc wsunęła tylko ręce do kieszeni, unosząc głowę, gdy zaczęło się robić ciemno. Wyglądało na to, że jedyne, co nadawało temu miejscu odrobinę przyjemnego kolorytu, teraz zasłaniane było przez księżyc. A może dwa? Zmrużyła oczy, usiłując przyjrzeć się nagłemu zaćmieniu. Widziała już kiedyś takie. Trwało wtedy jakieś pięć minut, więc i tym razem jasność dnia powinna wrócić lada moment.
- Trzeba by kogoś podpytać gdzie jest dzielnica handlowa. Tam poszukamy tego goblina i twojego rumu.
Obrazek

Dzielnica Portowa

5
Skrzynki kopnięte przez Josephine poleciały w przód ze sporym impetem. Nie wiadome było co siedziało w dziewczynie, ale to coś dodawało jej niewyobrażalnej siły.

Skrzynki i dość głośny huk zwrócił uwagę naszego zielonego kolegi, który stał parę kroków od skrzyń, dysząc ciężko niczym zziajany koń, który miałby za chwilę wyzionąć ducha. Albo był wściekły, albo naprawdę miał coraz większe trudności z oddychaniem. Jego mózg nie zarejestrował nadbiegającej kobiety, ale ciało reagowało samo. Ręka z wielkim ostrzem powędrowała w górę, w tempie niewyobrażalnym, jak na taką kupę mięśni. Odbił tym samym cięcie kobiety, która wyjąc wyjątkowo głośno, rzuciła się chwilę wcześniej na orczego wojownika.

***
- Ano, kurwa, takie życie - rzucił Osmar wzruszając ramionami, gdy usłyszał Verę. Wiedział doskonale jakie okropieństwa wyczyniają się w zaułkach takich miast. A to, że straż tylko pomagała, nie było niczym dziwnym. Zawsze jednak roznosiło go wtedy od środka. Prowokowało to bowiem myśli o poprzednim kapitanie i niesprawiedliwości tego świata. - Ale bym, chujów, powycinał co do nogi - Powiedział trochę ciszej pod nosem.

W tym samym momencie Vera i jej wierny bosman usłyszeli dziwny huk, dobiegający z uliczki, który niósł się echem wysokich, piaskowych ścian magazynów. Zaraz po tym dźwięk zmienił się na gardłowy ryk, zdawało się kobiety, by potem rozbrzmiał kolejny, należący chyba do jakieś bestii. Strażnicy, jeśli zwrócili na nich jakąkolwiek uwagę, stracili ją już jakiś czas temu, wyciągając miecze ze swoich pochw i gnając na złamanie karku wgłąb zaułka. Bosman odruchowo chwycił rękojeść swojego toporka przyczepionego do boku, spoglądając pytająco na Verę... Czekał na rozkaz, gotowy na wszystko, co tylko postanowi jego szefowa. Odsunięcie sprawy Leventa na bok, czy odszukanie Faazza w dzielnicy handlowej?

***
Jo odskoczyła zwinnie, po tym jak jej przeciwnik sparował atak. Miała wrażenie, że czuje pot zielonego olbrzyma. Był prawie dwa razy większy od niej i była prawie przekonana, że był czymś naszprycowany. Zdradzał to jego zapach.

Ork, na nieszczęście Josephine, nie był ani ociężały, ani nie miał wolnej reakcji. Co najwyżej był otępiały, ale wyszkolenia i warunkowania nie dało rady się tak prosto pozbyć. Zamrugał oczyma patrząc na swój cel, tak jakby dopiero przetworzył, że został zaatakowany. Ryknął rozzłoszczony, siejąc dookoła swoją śliną. Zamachnął się ponownie, celując w głowę kobiety, jednakże ta zręcznie uchyliła się, przechodząc pod pachą olbrzyma i tnąc po jego boku. Znalazła się tym samym za olbrzymem, który stał teraz tyłem do wyjścia z uliczki, z którego nadbiegała trójka strażników przyciągnięta rykiem Orka. Przed kobietą zaś, stały otworem drzwi do magazynu, z którego wcześniej wypadła paczka.

Do nozdrzy Jo dotarł zapach ciepłej krwi zielonoskórego. Wbrew pozorom była to dość głęboka rana, jednakże kolos zdawał się jej jakby nie dostrzegać. Zapach posoki należał do tych apetycznych, co z pewnością nie uspokajało tego, co kobieta trzymała w sobie. Więcej, miało się wrażenie, że z minuty na minutę, to coś chce się coraz bardziej uwolnić. Nie było wiadome, czy srebro tym razem da radę utrzymać bestię w ryzach. Nie pomagało też postępujące zaćmienie.

Do uliczki docierało coraz mniej światła... Księżyce poruszały się zaskakująco szybko, bo słońca nie było widać już w połowie, dzieląc je na dwie części - tą radosną i mroczną, która wokół swojego obwodu zdawała się emanować lekko czerwoną poświatą. Czy właśnie byliśmy świadkami wydarzenia, które w przyszłości zostanie ochrzczone Karlgardzką Nocą Krwi?

Dzielnica Portowa

6
Tuż po ryku, który poprzedził dźwięk stali uderzającej o stal, Joe zaczęła się maniakalnie śmiać, odskakując do tyłu, łapiąc równowagę po dosyć silnym zamachnięciu orka. — NA TYLE CIĘ STAĆ, UGBAKH?! GADAJ GDZIE JEST ALBRONKALD, ALBO NAKARMIĘ CIĘ TWOIM WŁASNYM KUTASEM — wrzasnęła, wyzywając giganta od skurwysynów po orczemu, będąc całkiem rozjuszoną, że nie znalazła na miejscu gobliniego kurdupla. Czuła wszystkie jego wypacane nieczystości, od samego zapachu pierwotnego samca, przez upał, aż do jakiegoś narkotyku. Drażniło i nęciło ją to, nakręcając jeszcze bardziej. Joe praktycznie sama była na naszprycowana, z tym, że nie musiała niczego brać. Bestia pompowała w nią adrenalinę i napędzała do działania, nie pozwalając ani na chwilę się zatrzymać.

Widziała ostrze orka spadające na jej głowę i niczym w zwolnionym tempie odskoczyła szybcikiem, nurkując pod jego pachą i natychmiast wykorzystując okazję. Trysnęła krew, której parę kropel upadło na jej twarz. Joe stanęła teraz w drzwiach do magazynu, zerkając tam tylko... i oceniając, czy tylko tamta czwórka tam siedziała, czy ktoś się tam jeszcze kręci. Jeśli byli tylko oni, to naraz wskoczyła do środka, zachęcająco patrząc w oczy bydlakowi i oblizując się z jego krwi. W innym przypadku – została na zewnątrz.

Tak czy siak zamierzała nadal krążyć wokół niego, czekając, aż będzie się wykrwawiał. Aktualnie adrenalina blokowała skutecznie odczuwanie bólu ale cios lub dwa skutecznie postawią go do pionu, a ona zajmie się w międzyczasie resztą. Jeśli któryś podchodził, odskakiwała, cięła, wymachiwała szablą, na razie tylko ich raniąc... czekając zatem na dogodną okazję do dobicia. W magazynie zamierzała wykorzystać do tego jakieś skrzynie, które pewno tam był – w końcu była zwinna i niewielka w porównaniu do giganta, któremu pewno ciężko byłoby lawirować między takimi przeszkodami.

Dzielnica Portowa

7
Znaczące spojrzenie bosmana sprawiło, że Vera uśmiechnęła się pod nosem i przeniosła wzrok na bójkę, która zaczynała się rozkręcać w zaułku. To na pewno nie było to, co miał na myśli Corin, kiedy wyobrażał sobie ich zejście na ląd. Jeśli teraz wpakują się w jakieś gówno, poszukiwania Levanta będą musiały zejść na dalszy plan. I być może miałaby wobec tego większe wyrzuty sumienia, gdyby nie widziała, jak Osmara świeżbi ręka do toporka.
Jeszcze przez ułamek sekundy w jej głowie przetoczyła się kawalkada myśli. Spędzili ostatnie dni płynąc tu z Archipelagu. Nikogo nie atakowali, nikt nie ścigał ich. Jedyną rozrywką były karty i Trip śpiewający zbereźne piosenki. Vera odrobinę stęskniła się za starą, dobrą bitką w bocznej uliczce. A w momencie, gdy widziała, jak skory jest Osmar do uratowania damy w opałach, bitka stawała się dość naglącym pomysłem. Problemem była tylko jedna rzecz - straż. Nie ma to jak pozytywne nastawienie stróżów prawa względem siebie, od samego początku pobytu.
- Jak powiesz Corinowi, że wpakowaliśmy się w to dobrowolnie, to cię... - zaczęła, sięgając już po sejmitar, ale wtedy ze strony kobiety w zaułku padły słowa, których nie mogła się spodziewać. Zazwyczaj nie wierzyła w zbiegi okoliczności. Nazwisko Albronkalda jednak wystarczyło, żeby na tę krótką chwilę podważyła swoje przekonania.

Skinęła głową do Osmara, wyciągając broń i rzuciła się w alejkę. On też musiał to usłyszeć. Dziewczyna coś wiedziała, duży ork także, a pozostała trójka tylko tu przeszkadzała. W przeciwieństwie do nieznajomej, działała w miarę bezgłośnie. Doskoczyła do jednego z odwróconych tyłem do niej orków, i wyprowadziła szybkie, głębokie cięcie pod jego kolanami, w miejscu, którego nie chroniła zbroja. Gdy padł na ziemię, przydepnęła obcasem dłoń, w której trzymał broń, by zmusić go do wypuszczenia jej, a potem odkopnąć ostrze gdzieś pod przeciwległą ścianę.
Od razu odskoczyła, szykując się na uniknięcie ewentualnego ataku. Nie wzięła pancerza, miała przecież póki co tylko przejść się na targ. Metalowe fiszbiny gorsetu może i stanowiły jakieś zabezpieczenie przed ostrzem, ale nie liczyła na nie zbytnio. Zerknęła na Osmara, sprawdzając co zrobił w tym czasie, a potem skupiła się na trzecim strażniku, przygotowana na przejście do walki w zwarciu.
Obrazek

Dzielnica Portowa

8
- Będę milczał jak grób! - zakomunikował Osmar, uśmiechając się pod bujną brodą i wyciągając zza pasa swój toporek. Nie czekając dłużej, ruszył lekkim jak na krasnoluda truchtem w kierunku zaułka, w którym wcześniej zniknęli strażnicy. Vera nie ociągała się wcale dłużej. Była tuż za bosmanem, gdy przed dwójką piratów pojawiły się mundury straży miejskiej... Jakie to będzie miało konsekwencje? Pewnie ogromne, ale tym Vera nie zaprzątała sobie więcej głowy. Szczególnie po usłyszeniu nazwiska gobliniego sprzedawcy...

Rozpędzona cięła swoim sejmitarem na wysokości kolan. Pierwszy orczy strażnik ryknął z bólu, padając przed Verą na kolana, by chwilę później runąć na ziemię jak długi. W tym samym czasie bosman mocnym kopnięciem w zgięcie kolana, zmusił kolejnego orka do klęknięcia i ogłuszył go rękojeścią toporka. Vera przydepnęła rękę swojej ofiary, sprawiając że ostrze wyleciało z dłoni biednego zielonoskórego, akurat w momencie, gdy Osmar za pomocą swoich krasnoludzkich mięśni rozpędził oręż, którym przydzwonił w zbroję ostatniego, zaskoczonego strażnika, wgniatając ją znacząco. Strażnik zakwilił, próbując złapać oddech, gdy siłą rozpędu nadanego przez uderzenie, spotkał się ze ścianą budynku. Chwilę później osunął się na ziemię, gdy krasnolud ogłuszył trzeciego stróża (bez)prawia.

- Proszę... nie... Powiem... - do uszu piratki dobiegły ciche łkanie, przerywane stęknięciami bólu. Rana, którą zadała kobieta, była dość paskudna i tylko doświadczony mag, był w stanie poskładać poprzecinane ścięgna w całość tak, by ork mógł jeszcze kiedykolwiek chodzić. Pomijając fakt, że pewnie bolało to strasznie, krew lała się jak szalona. Z pewnością, bez odpowiedniej pomocy, można było już policzyć pierwszego trupa...

Szloch został przerwany przez wrzask.
- Ugbakh!? - usłyszeliście wszyscy. - Już nie żyjesz, GHRAANE! - ostatnie słowo było przeładowane taką ilością jadu, że niejedna żmija by pozazdrościła. Nawet Ci nieznający orczego, mogli wyciągnąć z kontekstu, że chodziło o pannę spod latarni. Takie to urocze wiązanki dochodziły z wnętrza magazynu. Bosman spojrzał się na panią kapitan, pytającym wzrokiem.

Josephine była jednak nieświadoma wszystkiego, co działo się na zewnątrz. Wparowała bowiem do budynku, który według wszelkich przewidywań okazał się ogromnym i przestrzennym budynkiem, zanim pojawiła się Vera. Skrzynie różnej wielkości, porozrzucane po całej powierzchni roboczej, układały się w labirynt przejść, których szybko nie dało się pewnie opanować. Wcale nie pomagała też wysokość, wszak ładunki w niektórych miejscach sięgały sufitu, przyzdobionego siatami ładunkowymi.

Jo, mimo wszelkich przeciwności, wskoczyła na pierwszą skrzynię, przenosząc swoją pozycję wyżej, poza zasięg orczych łap, zyskując tym samym przewagę nad przeciwnikiem, który wpadł do budynku zaraz za nią. Jego rana krwawiła obficie, ale nabuzowany adrenaliną gigant, wcale nie wyglądał na kogoś, kto miałby zaraz zemrzeć.
- Złaź tu, Ghraane! Nic nie zrobisz Faazzowi! Ha! Tchórz! - darł się, gdy zobaczył, że nie jest w stanie dosięgnąć kobiety. Przepełniała go siła i wściekłość, której widocznie nie mógł opanować. Chwycił oburącz swój wielki miecz, po czym zamachnął się, roztrzaskując skrzynię, która stała u podstawy wieży, na której stała Jo. Kobieta zwinnie uskoczyła, przechodząc na ostatnią wolną skrzynię na obecnej wysokości. Z niechęcią zauważyła, że to ostatnia taka skrzynia - reszta była albo zbyt wysoko, by na nie wskoczyć bądź próbować się wspiąć, albo prowadziła w dół, prosto w objęcia zielonej kupy mięsa. Musiała działać szybko, albo skończy pomiędzy wywróconymi skrzyniami pod orczym ostrzem...

Dzielnica Portowa

9
Łkanie strażnika, któremu przecięła nogi, nie wzruszyło jej zbytnio. Za to słowa, które przypadkiem od niego usłyszała, już zainteresowały ją nieco bardziej. Podeszła bliżej i kucnęła obok, ale pozostała za jego plecami, by nie mógł jej zobaczyć. Generalnie poszło im całkiem sprawnie, żaden z orków nie miał okazji im się szczególnie uważnie przyjrzeć. Może nie narobili sobie teraz wcale tak wielu problemów, o ile nadal pozostaną poza zasięgiem ich wzroku.
- Taak? - spytała przeciągle. - Co powiesz? Coś o Albronkaldzie może?
Uniosła wzrok na Osmara, który jak zwykle zadziałał szybko i skutecznie i uśmiechnęła się do niego krótko, z uznaniem. Ach, jak brakowało jej schodzenia na ląd. Przez ostatnie tygodnie czasem ręce świeżbiły ją do działania, ale była na swoim statku, wśród swoich ludzi, nie mogła się tłuc z nimi jak byle zbój uliczny.
Którym, najwyraźniej, była kryjąca się teraz w magazynie dziewczyna. Jej wrzaski i efektowne bluzgi zdecydowanie nie świadczyły o biednej kobiecie w opałach, ze spódnicą pod którą wsuwała się niechciana ręka. Wydzierała się raczej jakby spędziła zbyt dużo czasu w towarzystwie jej bosmana. Zerknęła na krasnoluda i wzruszyła ramionami, obracając się w stronę przestronnego, otwartego pomieszczenia, z którego dobiegały krzyki.
- Zaciągnij ich w zaułek, żeby nie rzucali się w oczy od ulicy - poleciła, zerkając jeszcze w niebo, zalewające okolicę czerwienią. - Tego przytomnego wypytaj, czy coś wie.

Zostawiając to zadanie bosmanowi, poprawiła sejmitar w dłoni i weszła do magazynu, przymykając za sobą drzwi. W milczeniu obserwowała pudła latające we wszystkie strony, wyrzucane w powietrze silnymi kopniakami orka. Potem uniosła spojrzenie na wiszącą pod sufitem dziewczynę, przekrzykującą się wściekle z orkiem. Zmarszczyła brwi, skupiając się na absurdalnie gęsto obwieszonej biżuterią osóbce z twarzą przeciętą bliznami. To z pewnością nie był widok, jakiego się spodziewała. Zatrzymała się i oparła ramieniem o stos skrzyń, podpierając wolną dłoń na biodrze i patrząc wyczekująco na rozwój wydarzeń.
- Osobą Albronkalda też jestem zainteresowana - rzuciła na tyle głośno, by przyciągnąć uwagę ich obojga. - Ale nie przeszkadzajcie sobie. Poczekam. Dawaj, mała.
Broń cały czas miała w gotowości i pozostała czujna, by móc uskoczyć, gdyby ork postanowił rzucić się na nią. No i by skoczyć dziewczynie na pomoc, gdyby zaczęła wyraźnie przegrywać tę potyczkę. Ale liczyła na to, że jej wtrącenie się i rozproszenie strażnika (o ile ten faktycznie był strażnikiem, nie zachowywał się jak jeden z nich) da nieznajomej wystarczającą przewagę, z której będzie potrafiła skorzystać tak dobrze, jak potrafiła się drzeć.
Obrazek

Dzielnica Portowa

10
Kobieta wpadła jak burza do magazynu, natychmiast rozglądając się za jakąś dogodną pozycją. Znalazła jedną skrzynię, po której mogła się wspiąć jako tako, znajdując poza zasięgiem łap napakowanego orka. Zwyzywał ją od kurew, na co tylko się zaśmiała, stojąc dwa metry nad ziemią.

- Kurwą to była moja matka, debilu. Aż tak do niej nie jestem podobna – wtedy też zamachnął się mieczem, rozwalając jedną ze skrzyń pod spodem i chwiejąc wieżą, na której się usadowiła. Widząc, co się święci, szybko przeskoczyła na inną kupę, oceniając sytuację, w której się znalazła. Przepełniała ją furia i żądza krwi, więc nawet aż tak nie myślała…

Wtedy pojawiło się jakieś babsko, które zaczęło pieprzyć coś o jej celu. Zdezorientowana spojrzała na nią, chociaż wzrok nadal miała nieobecny zamglony wizją jatki. Prawdopodobnie ork także mógł zostać zaskoczony przez nią… ale różnica była taka, że on nie musiał poświęcić tych kilku dodatkowych sekund na obrócenie się i zobaczenie, kto tak chamsko im przeszkadza w potyczce.
Zamierzała z dzikim, gardłowym wyciem odbić się butami od skrzyni, na której stała i rzucić na plecy przeciwnikowi, prawą ręką uczepiając się go, nogami objąć go w pasie, a lewą dłonią, w której trzymała szablę, poderżnąć gardło. A jeśli będzie rzucał, to nie wahałaby się go ugryźć agresywnie, prawie jak dzikie zwierzę.

Dzielnica Portowa

11
Wielki ork odwrócił się w stronę wejścia do budynku, a jego wściekłość zniknęła nagle, jakby ręką odjął. Zamrugał swoimi naćpanymi oczyma i nieruchomiał. Na jego twarzy widać było wszelkie procesy myślowe, które poruszały koła zębate w wypalonym przez narkotyki mózgu.
- Yyyy - zaczął jakże elokwentnie. - Faaazz mówił, że tylko Josephine tu będzie i żeby zabrać dziwkę żywą, dwa zaułki dalej... - Chyba artykułował swoje myśli, co wyraźnie pomagało mu podjąć decyzję. Widać było, że zdziwiła go obecność kolejnej kobiety, która tak niefrasobliwie wtrąciła się do prawie że przyjacielskiej sprzeczki.

Szkoda, że w tamtym momencie nie pomyślał o tym, że Jo rzuci się na niego z góry. Zielonoskóry poczuł tylko, jak silne kobiece nogi oplatają się wokół niego, a ostrze szabli przejeżdża po gardle, rozcinając tętnicę, tchawicę oraz mięśnie szyjne. Ból był nieznośny, ale ork go nie zarejestrował. Krew trysnęła prosto na panią kapitan, która stała nonszalancko oparta o skrzynie z wyciągniętą bronią. Posoka śmierdziała w bardzo ostry i nieprzyjemny sposób. Z pewnością Vera będzie teraz przyciągać spojrzenia na ulicy i to nie za sprawą bujnego biustu, czy ponętnych ud...

Ork wtenczas, szamotał się jeszcze dłuższą chwilę z ciężarem na swoich plecach. Wymachiwał oszalałe ostrzem, próbując złapać oddech, po czym padł jak długi na plecy, przygniatając Josephine swoim wielkim cielskiem do podłogi. Kobieta straciła na chwilę dech w piersiach, wszak jej przeciwnik do najmniejszych nie należał. Próbowała się wygramolić, ale nie należało to do najprostszych rzeczy.

To jednak nie było najgorsze, wszak słońce podczas bójki zaszło niemal całkowicie. Według wszelkiej wiedzy, dosłownie za parę chwil wszystko miało wrócić do normy, ale nic tego nie zapowiadało. Krwawa poświata wyglądała przerażająco. Josephine, wcześniej już czująca zew drylujący jej wnętrze, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że przegrywa walkę z bestią. Srebro na jej ciele parzyło nieznośnie, a tętnicza, orcza krew, której zapach unosił się w powietrzu, nie poprawiał wcale jej sytuacji. Jeśli Jo czegoś nie zrobi, lada chwila straci panowanie nad sobą...

Vera, widziała, że nieznajoma poradziła sobie świetnie ze swoim przeciwnikiem. Gorzej było teraz, gdy przygnieciona nie radziła sobie z ciężarem, który na niej spoczął. Może i mogła pomóc, ale wtedy w drzwiach zawitał Osmar.
- Żesz Ty w mordę! - wybuchnął, gdy zobaczył panią kapitan skąpaną od stóp do głów w posoce. Przeniósł wzrok na leżące truchło i usiósł brwi w zdziwieniu. - Sama skurwiela położyłaś? No i gdzie tamta Dryjpizda, co tak się odgrażała? - Z pewnością nie widział drobnej Josephine, którą zasłaniał barczysty ork.
- A co do tamtego strażnika... Yyyy... - Pogładził swoją brodę. - No to zjechało mu się trochę, bo trochę podcięłaś go za mocno. Zdążyłem się tylko dowiedzieć, że ten tamten i ten tutaj leżący, to przebieraniec. Faazz płaci jebanej straży, by wprowadzać swoich ludzi. Prościej się przekręty robi, czy coś tam pierdolił. Tamci dwaj ogłuszeni są faktycznie ze straży. Mogę im potem poderżnąć gardło, jeśli chcesz. - zaproponował nie zmieniając poważnego wyrazu twarzy, albo też tego co było widać przez bujną brodę bosmana.

- O tym wygrzmimłocie, Lewancie - Kontynuował po efektownej pauzie. - Też słyszał, bo podobno zapłacił góry złota temu zasranemu Goblinowi za figurkę. No to zapytałem się o chuj z tymi figurkami chodzi, co nie? No i usłyszałem, że mamy iść do tawerny Pod Śmierdzącą Rybką i zapytać o jakiegoś Fernanda, czy jakoś tak. Trochę rzęził na końcu, więc mogłem coś pojebać... Nic więcej nie zdążyłem wyciągnąć - dokończył, brzmiąc na nieco rozczarowanego.
Spoiler:
Ostatnio zmieniony 05 maja 2021, 18:50 przez Ravenill, łącznie zmieniany 1 raz.

Dzielnica Portowa

12
Vera zaklęła parszywie, kiedy ochlapała ją posoka orka i odsunęła się o krok, spoglądając w dół, na swoje ubrania. Świeża koszula, założona z godzinę temu. Haftowany gorset, z którego wywabienie krwawych plam będzie koszmarem, o ile w ogóle wykonalne. Nie wspominając o fakcie, że spacerowanie w ten sposób po mieście od razu zwróciłoby uwagę każdego mijającego ją mieszkańca miasta. Do tego równie krwawe niebo. Karlgard witał ją w wyjątkowo serdeczny sposób.

Gdy w magazynie pojawił się Osmar, kapitan skrzywiła się do niego z obrzydzeniem.
- Ależ to jebie - podsumowała. Dopiero kiedy spytał o powalenie orka, przeniosła wzrok z powrotem na martwego strażnika i przygniecioną przez niego dziewczynę. Faktycznie, mogło to tak wyglądać. - Nie. Odwróciłam tylko jego uwagę. Mała go zajebała. Pomóż mi z niej ściągnąć to cielsko.
Zaparła się butem o zielone cielsko, wysłuchując relacji bosmana, wzdychając z niezadowoleniem. Niby ork, a umarł od byle cięcia w kolana. Sądziła, że nic mu nie będzie, straci przytomność, ale potem ktoś go opatrzy i dalej sobie będzie patrolował ulice, może na nieco sztywniejszych nogach. Przecież celowo nie poderżnęła mu gardła na dzień dobry. Może spędziła zbyt wiele czasu na otwartym morzu i straciła wyczucie? Potrzebowała się napić. I, najwyraźniej, również umyć. Ale trzeba było przyznać, że miała szczęście, że nie przyniosła śmierci jednemu ze strażników. W takim wypadku odwiedziny w Karlgardzie znacząco by się pokomplikowały.
- Nie musisz - odparła krótko na propozycję zamordowania dwóch pozostałych. To też nie byłoby zbyt mądre, prawda? - Świetnie. Dzięki, Osmar. Pójdziemy do Fernanda, jak zobaczymy co ma do powiedzenia gówniara i co ona ma wspólnego z Faazzem.

Pomogła krasnoludowi zepchnąć martwego orka z szamoczącej się dziewczyny, ale na wszelki wypadek odsunęła się od niej, w razie gdyby ta postanowiła się na nią rzucić z sobie tylko znanego powodu. Poplamiona krwią i wściekła, ze swoją oszpeconą bliznami twarzą, wyglądała chyba groźniej, niż sama Umberto. Ciemnowłosa kobieta uniosła dłonie w pokojowym geście, obracając sejmitar na kciuku tak, by celował w ziemię, nie stanowiąc zagrożenia dla nieznajomej. Zmierzyła ją spojrzeniem, a potem, jeśli nie została zaatakowana, sięgnęła do kieszeni płaszcza po materiałową chusteczkę i zabrała się za ścieranie nadmiaru śmierdzącej krwi ze swojej skóry i ubrań.
- Dobra, młoda, uspokój się teraz i porozmawiajmy - zaproponowała.
Obrazek

Dzielnica Portowa

13
Joe nie czekała ani chwili, aby odbić się od skrzyni i od razu rzuciła się na goliata, dosiadając jego pleców i z wrzaskiem tnąc po jego szyi. Przez chwilę ork szamotał się z nią, nieświadomy, że właśnie zdycha jak pies pod płotem. Trzymała się go kurczowo, nie zamierzając zwalić się z jego barków, ale po chwili tego pożałowała. Nadal trzymając w lewej dłoni szablę, prawą szarpiąc za jego koszulę i skórę, poczuła, jak powoli ucieka z niego życie... i zwala się na plecy, razem z Jo, która zdążyła wydać z siebie nieartykułowany dźwięk i zduszony jęk, nim została przygnieciona do ziemi.

Jej miecz potoczył się gdzieś po ziemi, podczas gdy ona zaczęła szarpać się z tłustym cielskiem, odczuwając potężną irytację. Sytuacji nie pomagał fakt, że czuła, jak jego posoka przelewa się przez jej ubrania, sycząc, gdy skapywała na twarz i wpadając do ust. Zaraz jednak poczuła, jak bydlę z niej schodzi i natychmiast wysunęła się na czworaka, dysząc ciężko i przez chwilę patrząc oszalałym spojrzeniem na kobietę i krasnoluda, który pierdolił coś od rzeczy. Zarejestrowała ich słowa, wśród których wyłapała znajome jej nazwisko, ale nie miała głowy do odpowiedzi.

Srebro paliło jej skórę, wrzynając się niemiłosiernie. Czuła, jak bestia wyrywa się, czując zapach świeżej krwi, dopiero co zmasakrowane cielsko i posokę, która zasychała powoli na ciele kobiety stojącej przed nią. Dyszała, jakby przebiegła przed chwilą wokół miasta, przestając powoli kontrolować, co się z nią dzieje. Świat przed oczami miała rozmazany, nieco zakrwawiony, powoli zmieniając się w wizję, której bała się w tak zatłoczonym miejscu.

Usiadła, opierając się o zwłoki i zaczęła grzebać po kieszeniach, kompletnie ignorując dwójkę. Zaczęła przetrząsać woreczki, wysypując pieniądze, jakieś tokeny, aż znalazła to, czego szukała – malutki woreczek z kryształkami, który miał jej starczyć... na trochę. Wysypała wszystko na rękę, rozsypując co nieco wokół siebie i wrzuciła to do ust, pod język, zaciskając dłonie na włosach i kiwając się, warcząc co jakiś czas. Zanim narkotyk rozpuścił się pod natłokiem jej śliny, musiało minąć trochę czasu... pięć minut? Josephine nie liczyła. Dopiero, gdy zaczęła przetaczać się przez nią fala uspokojenia i emocji, a bestia przestała domagać się więcej krwi, kaszlnęła i opierając się o cielsko, uniosła się na dwie nogi. Spojrzała zdezorientowana na stojącą przed nią kobietę, jakby pierwszy raz ją widziała, oczy nadal mając zamglone, ale w bardziej... spokojny sposób. Prawdopodobnie wzięła co najmniej kilkudniową dawkę, ale przynajmniej odzyskiwała umysł.

Co? — powiedziała wyjątkowo tępo, otrzepując się z kurzu i rozmazując krew bardziej po swojej koszuli. Nie wyglądała na wiele młodszą od swojej rozmówczyni – a przez blizny na twarzy wręcz na starszą. Zaczęła rozglądać się za mieczem, podchodząc zaraz do niego i zakrwawiony chowając do pochwy. — Kim jesteście? — wychrypiała, nieco zdezorientowana.

Dzielnica Portowa

14
W miarę możliwości ścierając z siebie krew, którą została obryzgana, Vera rozważała w głowie informacje, które Osmar zdobył od pociętego przez nią wcześniej strażnika. Były zaskakująco konkretne, choć wcale nie znaczyło to, że idąc ich tropem uda im się z łatwością dotrzeć do celu. A już na pewno nie oznaczało, że złapią Levanta tutaj, w Karlgardzie. Mimo to, zamierzała próbować - nie była znana z poddawania się tylko dlatego, że informacje nie były pewne.
Zakrwawioną chustkę wcisnęła z powrotem w kieszeń płaszcza, przenosząc wzrok na nieznajomą, która najwyraźniej koniecznie musiała znaleźć teraz coś w swoich rzeczach i wysypywała zawartość wszystkich kieszeni na zewnątrz. Kapitan uniosła tylko brwi, nie przeszkadzając jej, bo dopóki nikt ich nie ścigał ani nie przyłapał na gorącym uczynku, a sama zabójczyni orka nie wyrażała niechęci względem niej, to mogła poczekać - teoretycznie nigdzie się jej nie spieszyło. Z zaskoczeniem przyglądała się, jak kobieta, która ostatecznie okazała się znacznie starsza, niż wydawało się jej na początku, rozkrusza nieznane jej kryształki i zaczyna się nimi... narkotyzować? Nie kojarzyła z wyglądu tego konkretnego specyfiku, a przynajmniej żaden z jej znanych nie przychodził jej do głowy. Ale cóż, każdy miał swoje własne potrzeby i być może w przypadku nieznajomej lekki haj po zabiciu orka był naturalną koleją rzeczy.
Zerknęła na swojego bosmana, wzruszając tylko lekko ramionami i kazała mu poczekać moment. Miała do tej tutaj kilka pytań, ale najwyraźniej jeszcze nie była ona kontaktująca. Przyglądała się więc póki co jej ciemnym włosom, wplątanym w nie dłoniom. Zastanawiała się, co tak okropnie oszpeciło jej twarz i jakie były szanse, że to dziwne stworzenie faktycznie ma cokolwiek wspólnego z Levantem. Ostatecznie doszła do wniosku, że z Levantem pewnie zupełnie nic, ale z goblinem? To już miało więcej sensu, przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Wytarła zabrudzony krwią poprzedniego orka sejmitar o ubrania tego, który leżał martwy przed nią i przypięła broń z powrotem do biodra, a potem przeszła kilka kroków i usiadła na jednej z płaskich skrzyń, czekając, aż nieznajoma dojdzie do siebie. Gdy ta uniosła na nią spojrzenie i zadała swoje elokwentne pytanie, Vera uśmiechnęła się do niej lekko.
- Nazywam się Vera - odparła. - Rozumiesz, co mówię? - upewniła się, a gdy uzyskała potwierdzenie, sama też skinęła głową i kontynuowała. Nie była wcześniej tego taka pewna, zważając na stan kobiety, ale teraz mogła mówić dalej.
- Po pierwsze, nie ma za co. Rzuciliśmy się na pomoc, kiedy uznaliśmy, że jesteś delikatną panienką w opałach i trzeba cię ratować. Teraz w sumie zastanawiam się, czy przypadkiem nie poradziłabyś sobie sama ze wszystkimi czterema, ale myślę, że nie musimy tego testować.
Ściągnęła kapelusz z głowy i oparła go na kolanie.
- Szukam Albronkalda, a usłyszałam, jak wykrzykujesz jego nazwisko. Nie wiem, jaką masz do niego sprawę, ale ja chcę tylko, by pokierował mnie dalej. Jeśli chcesz go zabić, nie widzę przeszkód, ale najpierw chciałabym uzyskać od niego odpowiednie informacje. Możemy pomóc sobie nawzajem.
Założyła nogę na nogę i odchyliła się do tyłu, przyglądając się wyczekująco kobiecie z góry.
Obrazek

Dzielnica Portowa

15
Joe prychnęła, słysząc tak chamskie pytanie. Uśmiechnęła się szeroko, troszkę diabelnie wręcz i obchodząc dwójkę, wyszła na zewnątrz, trącając jeszcze Verę ramieniem. – Groikh ish ashkr — odpowiedziała, co po orczemu znaczyło tyle tylko, co chuj ci w dupę. To, czy kapitan to zrozumiała, już nie interesowało kobiety, która stanęła w uliczce, patrząc właśnie za resztą strażników. Nie było ich, więc westchnęła zawiedziona i z bardzo złą miną spojrzała prosto w zasłoniętą tarczą słoneczną. Gapiła się tak przez chwilę, czując, że bestia się wierci, ale narkotyk działał już i nie pozwolił jej wydostać się na zewnątrz. Tak czy siak kobietę przeszły ciarki, gdy o tym myślała.

Splunęła obok siebie, próbując pozbyć się resztek juchy goliata, mamrocząc do siebie i wracając do magazynu: — Pierdolone słońce. — Jednym uchem słuchała Very, przyglądając się orkowi, którego powaliła i trącając go butem. Zerknęła zaraz na babsko, które pieprzyło coś do niej, wzdychając i zakładając ręce na piersi. — Słyszałam wiele określeń na mnie, ale delikatną jeszcze nikt mnie nie nazwał. I nie dziękuję, poradziłabym sobie z nimi z palcem w dupie.

Zerknęła na krasnoluda, który też coś do niej mówił, ale jej uwagę znowu zwróciła ta baba. Trajkotała jak goblińska przekupka, nie pozwalając uspokoić myśli Josephine. Na jej twarz wystąpiło poirytowanie, jeszcze bardziej podjudzane piękną wymową kerońskiej dziewki. Przewróciła oczami. — Szkoda, bo chciałam najpierw urżnąć jego długi ozor. Zresztą na chuj mi twoja pomoc? Resztę wytropiłam sama, a ten wcale nie jest inny.

Znowu wyszła na zewnątrz... minutę później. Znowu zerknęła na słońce, znowu marszcząc brwi i znowu mamrocząc przekleństwa w kierunku słońca, złoszcząc się na jego zasłoniętą tarczę, która nęciła bestię. Wyszczerzyła się zaraz z błyskiem w oku w stronę Very, zaczynając się śmiać głośno i chrapliwie. — Pomóc to mogę jedynie tobie, grishka. Skoro pytasz o tego zielonego karła, to ty potrzebujesz pomocy, nie ja. Myśli kto jeszcze, że jak wpadniesz i pomachasz trochę mieczem, to zacznę czuć wdzięczność? Niedoczekanie.

Patrzyła na kapitan, nadal się szczerząc, ale nie mówiąc nie. Święcie wierzyła, że to ona tutaj jest panią sytuacji i jeśli to babsko chciało czegokolwiek od niej, to musiała jej coś zaoferować.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Karlgard”

cron