Lasy na północ od Grenefod

1
Obrazek

Lasy rosnące u podnóża zachodniej części gór Ghuz Dun nie cieszyły się dużą liczbą odwiedzających. Podróżni wybierali o wiele bezpieczniejszy trakt, prowadzący wprost do Grenefod, wyspy znajdującej się tuż za szerokim pasem wody, który oddzielał ksiąstweko od reszty świata. Zatoka nie tylko pozwalała na utrzymanie dzikiej zwierzyny z dala od murów miasta, ale również blokowała cywilizacji dostęp do puszczy, powalając zachować jej swój dziewiczy, dziki charakter.
Ostatnio zmieniony 14 sty 2021, 17:12 przez Wierzba, łącznie zmieniany 1 raz.

Lasy na północ od Grenefod

2
Ta część lasu nie zawsze była tak cicha. Neshkala pamiętała czasy, gdy mimo pełni zimy, w koronach drzew świergotały ptaki, a zwierzyna przemykała swoimi ścieżkami, znacząc tropy w miękkim puchu. Obecnie jedynie wiatr szumiał w koronach gęsto rosnących drzew, a gałęzie pocierały o siebie, trzeszcząc i skrzypiąc. Nie było śladu po krzykach wróbli, tętencie kopyt jeleni, wyciu wilków czy nawet po równym dźwięku uderzania dzioba dzięcioła. Nie wydawało się, by ta puszcza obfitowała w zwierzynę, mimo braku jakichkolwiek naturalnych przeciwwskazań do tego, by przyroda kwitła w oddaleniu od osad.

Początkowo młoda wojowniczka miała być tu tylko na chwilę, w drodze ku innym terenom łownym. Zapadał zmrok, a zima była nieprzyjazna - należało zatrzymać się, by rozbić mały obóz, rozpalić ognisko i odpocząć przez noc. Bezlistne, gęsto rosnące drzewa nie dopuszczały wiele światła słonecznego do ściółki, o świetle księżyca nie mówiąc. Zresztą, noc zapowiadała się pochmurna i bezgwiezdna.

Spokojna o swój los w martwym lesie, Neshkala zajęła się zbieraniem chrustu na opał. W pewnym momencie, między drzewami, dostrzegła ruch - czyżby las nie był jednak opustoszały? Jeśli nie było to zwykłe przywidzenie, to stworzenie, które zwróciło jej uwagę, szybko skryło się w gęstwinie. Od kobiety zależało, czy wyruszy upewnić się, czy jej przypuszczenie było właściwe - życie wróciło do puszczy? Czy może to wędrowiec, taki jak ona?

Lasy na północ od Grenefod

3
Nie pierwszą i zapewne nie ostatnią noc przyszło Neshkali spędzić pośród gąszczu drzew, w samym sercu dotąd niedostępnego dla dwunoga terenu. Przyszykowawszy sobie posłanie ze świeżo ściętych gałęzi drzew iglastych i umieściwszy je wewnątrz prowizorycznie wykonanego szałasu, zajęła się zbieraniem gałązek i kawałków roztrzaskanych kłód, które jeszcze nie zdążyły mocno zawilgotnieć od zalegającego na nich śniegu. Co prawda futrzany płaszcz, jaki na sobie nosiła idealnie, sprawdzał się jako wymiennik ciepła, ogrzewając jej ciało wtedy, kiedy należało i chłodząc je, gdy robiło się zbyt ciepło, jednak zaprawiona w sztuce przetrwania wojowniczka wiedziała, że ogień nie służy tylko do ogrzania, ale i odstraszania dzikich zwierząt, których z pozoru nie było jak dotąd widać wcale. Zwłaszcza drapieżników. Mistrzów łowów i łowców nieostrożnych myśliwych.

Samotna i zdana wyłącznie na łaskawy los, właśnie robiła ostatnie poprawki w swoim małym obozie. Niski murek, jaki wykonała z kamieni i dłuższych kawałków drewna, ułożony tuż przy ognisku świetnie odbijał ciepło płomienia, kierując go w stronę szałasu i sprawiając, że temperatura wewnątrz kręgu sięgała wystarczająco wysoko, by móc komfortowo wypocząć, bez ryzyka odmrożenia sobie podczas snu palców i uszu.

Zbierając na zapas jeszcze trochę chrustu oraz patyków, coś sprawiło, że dotąd spokojna i beztroska, uniosła głowę ku górze niczym spłoszona łania. Badając lśniącymi oczami koloru kasztanowego najbliższą okolicę, próbowała mimo panującego półmroku, określić położenie obserwującej ją istoty.

- Zwierzaki - przyszło jej na myśl. - Gryzące czy nie gryzące? - zadawała sobie pytanie.

Powstawszy z kolan powoli i ostrożnie sięgnęła po torebkę, w której trzymała niezbędne narzędzia. Wymacawszy z jej wnętrza króliczy ząbek, upuściła go na ziemię.

- Arrajw - wyrzekła cicho zaklęcie w języku swoich ojców.

Wraz z wypowiedzeniem słowa mocy, nastąpił nagły podmuch wiatru, który skumulował się w postaci przezroczystej kuli w miejscu, gdzie leżał ząb. Oczy Neshkali na krótką chwilę zmieniły barwę na żółtą, a końcówki włosów uniosły się. Zamierzała przyzwać upiora szaraka, by ten na jej rozkaz przeczesał okolicę, a gdy natrafi na coś lub kogoś, dał sygnał. Jeden skrzek, gdy będzie to zwierzyna łowna, dwa gdy drapieżnik i wielokrotny, gdy człowiek. Sama zaś wymacała trzonek przewieszonej przez plecy włóczni i zamarła w bezruchu.
Spoiler:
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

4
Neshkala z pewnością wiedziała, jak poradzić sobie w dziczy. Ziąb nie był jej straszny, gdy chroniło ją odzienie, jak również naprędce sklecony szałas.

Przemykający między drzewami cień nie pojawił się po raz kolejny. Neshkala zaczęła zastanawiać się, czy to wzrok nie płatał jej figli. Płomienie tańczyły w ognisku okolonym niskim murkiem, ale ich blask mógł równie dobrze wymknąć się poza obóz i zagrać w zagięciach kory drzew.

Bezpieczniej było jednak sprawdzić teren. Neshkala przezornie nie poszła sama, a wysłała swojego małego przyjaciela. Wraz z wypowiedzeniem słowa i skierowaniem mocy na króliczy ząb, w miejscu, gdzie kumulowała się energia, powstała królicza zjawa.

Stworzenie kicało przez chwilę, jakby próbując wyczuć swoje nowe cieniste ciało. Gryzoń uniósł łeb, zastrzygł uszami i ruszył w kierunku, w którym wysłała go Neshkala. Nie minęło pięć oddechów, jak królik zapiszczał - dwa razy. Zaraz jednak podniósł większy raban - kolejne piski świadczyły o tym, że spotkało go niebezpieczeństwo.

Zza ośnieżonej skarpy wyskoczył królik, nie szczędząc siły w łapkach, a za nim biegiem puścił się wielki kot. W odległości kilkunastu stóp od Neshkali złapał zjawę długouchego za kark, a następnie potrząsnął nim, na miejscu łamiąc iluzoryczny kark.

W kobiecie utkwiły żółte ślepia sporego, szaro-białego rysia. W tej części lasu nie było zwierząt, z pewnością nie tak dużych i drapieżnych jak rysie.

Lasy na północ od Grenefod

5
Rozpaczliwy pisk upiornego kicacza postawił Nes w stan najwyższej gotowości. Chwyciwszy pewnie za włócznię, obniżyła swoją pozycję, aby być przygotowaną do szybkiego skoku, bądź to do ataku, bądź uniku. Gotowa na wszelką ewentualność, błyskawicznie wypatrzyła pierzchającego zajęczaka oraz uganiającego się za nim drapieżnika. Biedny upiór gnał co sił w łapkach, jednakże to nie wystarczyło, żeby uniknąć dopadnięcia przez kierowanego instynktem rysia. Chwyciwszy pazurami puchatą kulkę, kocur wtopił w nią ostre kły. Gdyby imitacja królika posiadała kości, z pewnością można byłoby teraz usłyszeć, jak trzaskają pod naporem bezlitośnie zaciskającej się szczęki. W tym jednak przypadku jedynie wydawany odgłos zjawy sugerował, że rozrywanie jego na wpół materialnej powłoki sprawiała jej faktyczny ból.

Zaistniałe zdarzenie nieco uspokoiło wprawną łowczynię. Widok zwykłego rysia nie był dla niej czymś nowym. W swoim dotychczasowym trybie życie już nie raz napotkała dziką zwierzynę leśną. Dobrze wiedziała, jak należy z nią postępować.

Nie niepokojąc zwierza, pozwoliła mu dokończyć zabawę z ofiarą, nim ta po prostu wyparuje z jego pyska, wprawiając go zapewne w małe zadziwienie. Przecież naturalnym stanem rzeczy jest, że słabsze osobniki giną z rąk lub łap silniejszych. Takie są odwieczne prawa natury i nic, ani nikt nie może się temu przeciwstawiać.

Radośnie tańczące płomienie paleniska rozbłysły w szklanych oczach zwierzęcia. I tak oto dwa dzikie spojrzenia wzajemnie się pozdrowiły. Neshkala nie czuła strachu. Jeśli ów ryś nie pałał, nienaturalną rządzą mordu, nie było czego go się obawiać. Ten gatunek z rodziny kotowatych, nie należał do najagresywniejszych. Co najwyżej ciekawość i strach mogła skusić do bliższego kontaktu z dotąd nieznanym człowiekiem i ewentualnym atakiem na niego.

Pomimo tego, dziewczyna nie opuściła gardy. Zwierz, to zwierz i nigdy nie należało mu do końca ufać, zresztą każdemu innemu stworzeniu również. Zmarszczywszy mocno czoło i nos, poczęła powoli stawiać kroki do tyłu, cały czas mając na uwadze świecące ślepia bestii. Podniósłszy górną wargę, imitowała dźwięk podobny do prychania niezadowolonego kota, dając tym samym sygnał, że nie życzy sobie jego obecności. Bezpośredni atak nie miał sensu. Szkoda jej było niepotrzebnie przelewać krew przedstawiciela lasu, w końcu to ona nosiła miano gościa, a nieroztropne uśmiercanie stworzenia, mogło przynieść na nią gniew otaczającej ją przyrody. Natomiast jeśli to kocur rzuciłby się pierwszy, zgodnie z odwiecznymi prawidłami, musiałaby stoczyć z nim pojedynek. Wtedy to skóra, pazury, zęby i mięso przegranego, przysługiwałoby w całości zwycięscy.
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

6
Ryś wlepił w Neshkalę żółte ślepia, jakby spodziewał się, że to dzika kobieta pierwsza zaatakuje. Nie wypuścił jednak zdobyczy z pyska, jedynie ugiął przednie łapy, gotowy do skoku lub też ucieczki. Zwierzę nie wykonało żadnego ruchu sugerującego, że może zaatakować. Kot miał już swój łup - królik przestał piszczeć, gdy ryś nim szarnął, w łatwy sposób kończąc jego widmowe nie-życie.

Atmosfera między dwoma drapieżnikami gęstniała, ale las pozostawał cichy i spokojny, przynajmniej do czasu, aż charakterystyczne trzeszczenie śniegu pod stopami nie zdradziło, że ktoś się zbliżał.

Kroki bły niespieszne, wskazywały na to, że ten, który nadchodził, ma tylko dwie nogi, co więcej, nie ukrywa swojej obecności w lesie.

- Flu! Flu, gdzie poszłaś? - Po lesie rozległ się męski głos, delikatny, ledwie niosący się między drzewami. Przybysz używał wspólnej mowy. Ryś zastrzygł uszami, wciąż wpatrzony w Neshkalę zaczął wycofywać się, by w końcu zniknąć za jedną ze skarp. - Flu, udało ci się coś złapać? Mądra dziewczynka! Dzisiaj na kolację świeże mięso? Tak dawno tego nie było!

Między oszronionymi gałęziami rozbłysło niebieskie, blade światło, rzucając cienie na okolice oboziku Nesh, kontrastując z ciepłym odcieniem płomienia ogniska.

- Flu, co to jest? Och, gdzie złapałaś tego królika? - Głos dalej odzywał się zza gęstwiny, a jego właściciel nie wydawał się wiedzieć, że Neshkala znajduje się nieopodal. Zamilkł na parę krótkich chwil. - Skąd to wzięłaś? To nie jest zwykły królik...

Intruz spostrzegł, że nie jest sam w lesie, jednak światło, które emanowało niedaleko jego osoby, nie zgasło, co więcej, rozbłysło mocniej.

Lasy na północ od Grenefod

7
Para zaprawionych myśliwych nie śmiała ani drgnąć w oczekiwaniu, że to ten drugi wykona pierwszy ruch. I zapewne staliby tak jeszcze długo, gdyby nie niosące się po lesie skrzypienie sugerujące, że trzeci osobnik być może zamierza wkroczyć do akcji. Na równi z rysiem, kobieta podążyła wzrokiem i słuchem za dochodzącym z niedaleka głosem. Z początku myśląc, że to kolejny drapieżny zwierz, powolutku wsunęła dłoń do torebki, by przyzwać swojego sojusznika i wraz z nim stoczyć pojedynek przeciwko mieszkańcom lasu. Zawahała się jednak na moment, gdy wielki kot ostrożnie począł się wycofywać. Poczekawszy, aż zwierzak zdoła odejść na większą odległość, wyprostowała swoją sylwetkę i z wielką ulgą wygięła plecy, jakby chcąc ustawić kręgi z powrotem na miejsce, gdyż trwanie w dotychczasowej pozycji było dla niej strasznie niewygodne.

Jeden problem został rozwiązany, ale narodził się kolejny. Nie rozumiejąc ni słowa wypowiadanego przez nieoczekiwane nadejście najprawdopodobniej ludzkiego samca, stwierdziła, że lepiej będzie, jak sprawdzi, kogo przywiało w te niegościnne tereny. Starając się nie wychylać zza drzew i skał, podążyła tropem rysia, który pognał w stronę nawołującego głosu. Ukucnąwszy w ośnieżonym gąszczu krzaków, zatopiła wzrok w emanującej na niebiesko postaci i z wielkim zaciekawieniem oczekiwała na rozwój wydarzeń, gdyż te nie zapowiadały się według niej dobrze.

- Głupi ludź chce zdobycz dużego kota. Dostanie łapą - snuła przypuszczenia.

Ku jej zdziwieniu do niczego nie doszło. Ryś nie zaatakował. Zdawać by się mogło nawet, że jest w jakimś stopniu posłuszny mówiącemu do niego mężczyźnie.

- Silne więzi między nimi - spostrzegła trafnie.

Neshkala trwała w bezruchu, osłonięta gałęziami i niemal niewidoczna z powodu narzuconego na siebie białego płaszcza, który bardzo dobrze zlewał się z otoczeniem. Dopiero gdy poświata przybrała na sile, zaczęła rozważać ostrożne wycofanie się na bezpieczną odległość i ewentualne zaszycie się gdzieś w gęściejszych zaroślach, a może nawet i na jakimś drzewku. Naciągnąwszy futrzane okrycie głębiej na głowę w celu przybrania bardziej nieludzkich kształtów, przywarła niemal do samej ziemi. Nieokryte od spodu łydki i dłonie w zetknięciu z zimnym śniegiem wywołały nagłe pojawienie się na całym ciele gęsiej skórki. Nie zważając na chłód, zrobiła kilka ślamazarnych kroków w tył. Zależało jej na zejściu z pola widzenia tajemniczego przybysza. Miała nadzieję, że ten nie zdoła jej wypatrzeć i nie pośle w pogoń pupila, a przynajmniej do czasu, aż sama nie dotrze w okolice dobrze widocznego obozu i nie zdoła znaleźć sobie odpowiedniego miejsca do obserwacji i głębszego wybadania intencji dwunoga.
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

8
Między gęstwiną Neshkali ukazał się intruz. Kaptur został naciągnięty głęboko na twarz, zasłaniając widok, a futra nieco zamazywały obraz sylwetki - nie dało się jednak nie zauważyć, że mężczyzna jest dość wątłej postury. Na wyciągniętej dłoni palił się niebieski ognik, którym oświetlał sobie drogę, w drugiej znajdowało się truchło widmowego królika.

- Las jest martwy. - Stwierdził, delikatnie odkładając króliczka między korzenie jednego z większych drzew, najwyraźniej ofiarując jego ducha z powrotem naturze. Westchnął głęboko i rzucając ciałku ostatnie spojrzenie, ruszył dalej. Nie zaszedł daleko.

- Aj!

Okrzyk nieszczęścia, a następnie kolejny dźwięk trzeszczenia śniegu zdradził, że mężczyzna, który przemierzał las, musiał potknąć się o kolejny wystający korzeń i upaść w zaspę. Nie minął czas dwóch oddechów, jak ciszę lasu przerwał utrapiony śmiech.

- Widzisz, Flu? Nie nadaję się do takich miejsc. Chciałbym wrócić do miasta...

Mężczyzna paplał, rozmawiając z rysiem, który naturalną koleją rzeczy nie mógł mu odpowiedzieć. Neshkala mogła dostrzec, jak postać podnosi się ze ściółki i otrzepuje ze śniegu ciemną szatę. Ognik zgasł na chwilę, ale za moment znów zabłysnął, na nowo oświetlając okolicę.

Ryś wydawał się być pobudzony i ciągle zerkał w stronę obozu. Czarownik, rozumiejąc intencje zwierzęcia, wciąż paplając nonsensy, które nie były zrozumiałe dla Neshkali, ani tym bardziej dla rysia, udał się w stronę wskazywaną przez zwierzę. Wyglądał na pobudzonego, gdy w końcu dostrzegł ognisko.

Gdy tylko spostrzegł, że w lesie może być inny rozumny przybysz, jego dłoń powędrowała do szala, by w jednym ruchu naciągnąć go na twarz tak, by wystawały tylko oczy. Kaptur opadł, ukazując krótko przycięte, falowane kasztanowe włosy i całkiem ludzkie, zaokrąglone uszy.

Dzieląc się swoimi spostrzeżeniami z rysiem, obecnie już nieco cichszym głosem, mężczyzna sięgnął za połę swojej szaty, by wyciągnąć niewielkie zawiniątko ukryte pod kawałkiem materiału. Położył je tuż obok ogniska, by było widoczne, ale nie zajęło się od płomieni.

Ryś, w odróżnieniu od mężczyzny, był świadom obecności kobiety i wciąż zerkał w kierunku jej kryjówki, nie dawał jednak żadnych wrogich sygnałów. Widząc zachowanie swojego pupila, mężczyzna uniósł dłoń i pomachał w kierunku, w którym ukrywała się Neshkala, choć wciąż jej nie dostrzegał.

- Hej, jest tu kto?

Lasy na północ od Grenefod

9
Niemal zjednoczona z poszyciem lasu, kobieta obserwowała mizernie wyglądającą postać niczym myszołów upatrzonego gryzonia. Niezdarne ruchy oraz upadek mężczyzny nawet ją rozbawił. Śmiejąc się w duchu, była ciekaw co taka łamaga mogła najlepszego robić pośrodku niczego. Dopiero rozbłyśnięcie błękitnego ognika w jego dłoni wprawiło ją w małe zdumienie.

- Łi-cza - mruknęła pod nosem.

Fakt ten diametralnie zmienił jej stosunek do brnącego w głębokim śniegu chucherka. Postawiona w stan najwyższego skupienia, niemal przestała mrugać, byle nie tracić z oczu czarownika i w razie czego móc szybko zareagować. Na całe szczęście ów osobnik nie sprawiał wrażenia agresywnego. Z pozoru nie przykładając wielkiej uwagi do zachowania kocura, ruszył w stronę małego obozowiska, zwabiony czerwono-żółtą łuną palącego się tam ogniska, zupełnie nie dostrzegając nieopodal ukrytej pod osłoną półmroku i krzewów dzikiej wojowniczki.

Dotarłszy w okolice noclegu dziewczęcia, zamaskowany przybysz wyciągnął coś z kieszonki i nie wiedzieć czemu, zaczął machać w jej stronę, faktycznie jednak nie widząc odbiorcy przyjaznego gestu.

Nes prędko odkryła, że to za sprawą rysia nieznajomy o lokowatych włosach mógł z grubsza określić jej lokalizację. Niezbyt z tego zadowolona, zacisnęła mocniej dłoń na trzonku drewnianej włóczni. Gdyby nie pilnowanie własnego pana, podstępna bestia zdołałaby doskoczyć do niej w kilku susłach i zedrzeć puchaty, i oblepiony świeżym śniegiem płaszcz, tym samym zupełnie demaskując jej położenie.

Nie czekając na ewentualną realizację takiej opcji, powoli zaczęła wygrzebywać się ze śnieżnego dołu. Zresztą wciskający się pod ubrania biały puch zdążył już dobrze się naprzykrzyć. Przykucnąwszy najpierw, nieco strząsnęła futrzany kaptur z głowy, zaraz mierząc szklanymi oczkami osobę przed nią.
Z perspektyw czarodzieja musiało robić to wrażenie. Wyłoniwszy się jakby z podziemi, wyglądała pewnie, jak jaki upiór a powstawszy na nogi, może i śnieżnego wilka. Dopiero po zdjęciu kaptura ukazały się wreszcie ludzkie kształty.

Podobnie jak miało to miejsce w przypadku pierwszego spotkania z rysiem, Neshkala przybrała pozę świadczącą o gotowości do ataku. Czubek dzidy celowała, to w kocura, to w czarodzieja. Przemieszczając się na boki, chciała z każdej strony przyjrzeć się intruzom czy aby czasem za ich plecami nie kryje się kto jeszcze lub nie planują niecnych sztuczek. Rzuciwszy szybkie spojrzenie na pozostawione przy ogniu zawiniątko, próbowała określić co to takiego. Nie śmiała jednak podejść bliżej by się lepiej temu przyjrzeć.

Nagłe pojawienie się towarzystwa niezbyt jej odpowiadało. Przyzwyczajona do samotności, nie zamierzała łatwo z nikim dzielić się przygotowanym posłaniem i ciepłem ogniska. To sycząc ja kot, to znów warcząc ostrzegawczo niczym wilk, próbowała przegonić nietuzinkową parkę.
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

10
Czarodziej najwyraźniej nie spodziewał się, że przybysz, który przemierzał las, nie był zbyt cywilizowanym stworzeniem, a dziką kobietą okrytą futrami, co więcej, uzbrojoną w dzidę. Nie dało się nie zauważyć, że spotkanie z Neshkalą nieco go przeraziło. Zrobił krok w tył, wiedząc, że nie będzie mądrym pokazywać po sobie wrogich intencji. Z dwojga złego nie wiedział, czy wolałby spotkać dzikiego zwierza lub demona spod powierzchni ziemi, czy dzikusa!

Zamiótł ośnieżone poszycie dołem swego płaszcza. W świetle ogniska dało się dostrzec, że szata, którą ma pod nim, jest długa do ziemi, ciemnobrunatna, znaczona złotymi lamówkami, które mieniły się w blasku płomieni. Nie mógł być pierwszym lepszym przybłędą. Ryś trzymał się jego boku.

- Nie, nie, poczekaj! - Poprosił, wyciągając przed siebie dłoń, tę, która nie była zajęta przytrzymywaniem ognika. Chciał powstrzymać w ten sposób atak, jeśli taki miałby nadejść. - Nie rób mi krzywdy! Nie chcę walczyć!

Czekał na odpowiedź, ale w moment zrozumiał, że być może kobieta go nie zrozumiała. Wziął głębszy oddech. Jego mimika była w dużym stopniu zasłonięta przez maskę, którą tworzył jego szal, ale rozszerzone w przestrachu oczy zdradzały, że nie czuje się do końca komfortowo.

- Stop! Jestem przyjacielem. - Powiedział, a przyciskając dłoń do swojej piersi, powoli powiedział kolejne słowo. - Fren.

Neshkali mogło wydać się znajome, choć wymowa nie była poprawna, a akcent okropny. Nieznajomy starał się mówić w jej języku?!

- Fud. - Dodał czarodziej, wskazując na zawiniątko, które zostawił dla Neshkali przy ognisku.

Lasy na północ od Grenefod

11
Neshkala tknięta znajomo brzmiącymi słowami, obniżyła sztych włóczni, teraz celując ją tuż pod nogi nieznajomego. Na moment jakby zamarłszy w bezruchu, z rozwartymi nieco ze zdziwienia ustami, bacznie przyglądała się magikowi.

-Fren, fud... - powtórzyła cicho wyrazy.

Ośmielona tym zdarzeniem, zrobiła kilka kroczków w stronę ogniska. Zamaskowana twarz mężczyzny skutecznie uniemożliwiała jej głębszą analizę i poznanie dziwnego osobnika, odzianego w śmieszą z jej punktu widzenia szatę, niemal w całości pokrytą jakimiś lśniącymi kawałkami metalu, toteż rzuciwszy szybkie spojrzenie na rysia, postawiła kolejny kroczek, w tym samym momencie wykonując pozorowany ruch pchnięcia dzidą w klatkę piersiową zakapiora, by ten odsunął się od pozostawionego podarku.

Sięgnąwszy aksamitną dłonią po najprawdopodobniej zjadliwe zawiniątko, obwąchała je pierw dokładnie. Dopiero później odważywszy się rozplątać owijkę za pomoc zębów, jeszcze raz pociągła nosem, by precyzyjniej określić rodzaj pożywienia. Wyciągnąwszy mały, różowy języczek, liznęła jego końcówką zawartość i rozsmarowała poznany smak po podniebieniu.

- Ju - wydała z siebie krótki wydźwięk i wciskając kawałek czegoś podróżnikowi, zmuszała go, żeby to on jako pierwszy skosztował.

Nes nie była głupia. Pomimo kierowania się wyraźnie pierwotnymi zachowaniami, wykazywała sporą dozę inteligencji. Nie dała się nabierać na pozorne akty dobroci. Dobrze znała historię swojego ludu i wiedziała jak może skończyć się zbytnie pokładanie ufności w nowo poznane osoby, pomimo tego, że te wykazywały przyjazne gesty.

Ponownie biorąc za cel bebechy intruza, czekała aż ten skończy mielić pierwsze kęsy, a w międzyczasie główkowała nad tym, gdzie zdołał poznać tajniki jej plemiennego języka.

- Ar Ju e Ltl Gołst? - zapytała w ojczystej mówie.
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

12
Czarodziej ucieszył się wyraźnie, gdy Neshkala obniżyła włócznię, choć zmiana wyrazu twarzy widoczna była tylko po przymrużeniu oczu i uniesieniem łuku brwi, gdy większa część jego twarzy wciąż ukryta była pod szalem. Pokiwał głową, wyraźnie ciesząc się z jej prób nawiązania kontaktu. Lepszym było to, aniżeli znalezienie swojej głowy nadzianej na jej włócznię, zostawioną zgniliźnie i robakom na pożarcie.

Unosząc puste już dłonie w geście poddania się jej woli i zaniechania wszelkiemu oporowi i walce, odsunął się grzecznie od ogniska. Obecnie polegał tylko na jego świetle i cieple, wygaszając swój błękitny ognik. Gdy odszedł już na kilka kroków, schował ręce w rękawy swojej szaty, najwyraźniej chroniąc je przed zimnem wieczoru. Ryś grzecznie krążył przy jego nogach, nie spuszczając oka z Neshkali.

W zawiniątku zabezpieczonym białym płótnem, które przybysz zostawił przy ognisku, znajdował się spory płat suszonego, podwędzanego mięsa, kuszącego aromatem przypraw i dymu. Nie była to przekąska typowa dla tych okolic, jednak na sam zapach ślinka ciekła. Jedynie fakt, iż jedzenie powoli przyjmowało temperaturę otoczenia, gdy opuściło już wnętrze szaty czarodzieja i ciepło jego ciała, mógł działać na jej niekorzyść i apetyczność.

Mężczyzna przekrzywił lekko głowę, nie przestając się uśmiechać.

- Fud. Fo ju. - Nalegał, nie przyjmując z powrotem jedzenia, najwyraźniej nie rozumiejąc również, że został oskarżony o próby otrucia. Ponadto, chęci jedzenia wymagałyby odkrycia twarzy; nie bez przyczyny mag zakrył nos i usta. Chwilę zajęło mu zrozumienie, o co następnie pyta dzika. Zamrugał jasnymi oczyma, szukając w pamięci znaczenia użytych przez nią słów. W końcu pokręcił głową, na nowo rozbawiony.

- Zirte De'Loratadin. - Przedstawił się, kłaniając lekko, z dłonią przyłożoną do piersi. - Łiza, from Niu Hola! - Mówił dalej, by nie zostawić jej żadnych wątpliwości. - Kom wit mi? - Zaproponował, wyciągając rękę do niej w zaproszeniu. Zaraz jednak zreflektował się i sięgnął za pazuchę po raz kolejny. Nim Neshkala zdążyła zareagować na ten nagły ruch, Zirte wyciągnął spod szaty obiekt, który na pierwszy rzut oka wydawał się małym, obłym kamykiem, mogącym bez problemu zmieścić się w dłoni. Z każdą kolejną sekundą płomienie rozświetlały szczegóły, jakimi pokryta była jego powierzchnia - drobne nacięcia imitujące fakturę piór, zagłębienia znaczące linię skrzydeł i separujące malutką główkę od reszty ciała, wreszcie szczeliny zamkniętych oczu i dziobek wciśnięty w puch. Na dłoni czarodzieja spoczywał oddany z niesamowitą starannością kamienny wróbel.

- Grejt ivel in de fores. Dendżer.

Lasy na północ od Grenefod

13
Kawałek wędzonki w ostateczności wylądował pod łapami kocura. Odmowa skosztowania rzekomego prezentu była dla Neshkali wystarczającym powodem, aby go nie przyjmować. Zresztą, dziwiła się strasznie, że ktoś mógłby coś takiego zjeść. Niby miało w sobie posmak mięsa, ale jakiegoś dziwnego. Zawierającego w sobie mieszaninę ziół i innych dodatków, niemal zupełnie wypierających podstawowy smak bazy przysmaku.

Nagłe rozbawienie mężczyzny pobudziło dziewczynę do wytężenia zmysłów i wzmożenia czujności. Mag zachowywał się tak, jakby przyłapany na próbie oszustwa starał się w jakiś sposób załagodzić sytuacji, plotąc przy tym głupoty. Dopiero po paru krótkich chwilach dzikuska zrozumiała, że dwa słowa, które wypowiedział w połączeniu z dziwacznym ukłonem, wskazywały, że to pewien rytuał wyznawania swojego imienia.

- Zite D'Loata - powtórzyła nieumiejętnie ciężkie do zapamiętania określenie. - Blu-Faja - zaraz chrzcząc go, nadaną przez się nazwą.

- Łulfs' Ajs - Neshkala
- w ślad za czarodziejem i ona wypowiedziała swe imię, wkrótce jednak żałując, że pozwoliła sobie na tę kulturową szczodrobliwość, bo oto dłoń Zirta powędrowała do kieszonki i po małym uwypukleniu materiału odzienia, szło się domyślić, że palce jego zacisnęły się w pięść, w której prawdopodobnie znalazło się coś niebezpiecznego.

Z gracją godną łani Nes odskoczyła w tył i mierząc włócznią w głowę Blu-Faji, zamierzała do niego doskoczyć i przeszyć na wylot. Ostrze było już naprawdę blisko celu, gdy palce maga rozluźniły uścisk i oczom sprowokowanej wilczycy w ludzkiej skórze ukazała się figurka jakiegoś ptaszka. W porę wyhamowawszy i cofnąwszy ramiona z dzierżoną włócznią w tył, udało się jej zatrzymać, nim ktokolwiek został niepotrzebnie raniony.

Mając teraz swą twarz zaledwie w odległości niecałego łokcia od twarzy Zira, z przyciśniętym czubkiem oręża do jego ciała, próbowała capnąć ciekawy kamyk, by zaraz ponownie odskoczyć na bezpieczną odległość nim ten zdołałby cokolwiek uczynić i w spokoju móc przyjrzeć się artefaktowi z bliska.

Na zaproszenie wspólnego pójścia do mieściny, o której nic nigdy nie słyszała, zareagowała zaledwie pytającym spojrzeniem. Po nic jej było wkraczanie w mury jakiejkolwiek aglomeracji. Nie przywykła do takich miejsc i jeśli było to możliwe, trzymała się od nich z daleka.

- Łicza, ijon, men, grejt ivel. Anymal not
- skomentowała przestrogę. - Kom ałt of de forest, no anymal hir, no fud - dodała, poniekąd godząc się na chwilowe towarzystwo.
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

14
Kot nie był na tyle wybredny i porwał w zęby rzucony mu przysmak. Obiegł ognisko, by po przeciwnej stronie płomieni zająć się niespodziewanym posiłkiem. Być może ryś był towarzyszem czarodzieja, ale pozostawał również dzikim zwierzęciem.

- Fluoxi... - Jęknął mężczyzna, patrząc za kotką. - To nie było dla ciebie.

Próby powtórzenia jego długiego nazwiska nie spowodowały nic więcej, aniżeli podtrzymanie wesołości maga i skinięcia głową.

- Może być Blu-Faja . - Przystał na przezwisko, ale nie rozpalił na nowo ognika, ciesząc się wyłącznie ciepłem i blaskiem ogniska. - Najs tu mitju, Neshkala. - Odpowiedział jej kurtuazyjnie, zgodnie ze sztuką.

Skupiony na wyciąganiu kamienia spod szaty czarodziej nie spostrzegł nawet, że dzika chce go zaatakować! Słyszał skrzypienie śniegu, ale czy tego mógł się spodziewać? Po wymianie uprzejmości powinni być druhami. Kiedy dostrzegł grot, tak blisko niego, wycofał się gwałtownie, a potykając, kolejny raz tego wieczora wylądował na tyłku. Nie trzymał kamienia, bez cienia sprzeciwu pozwolił Neshkali capnąć swojego ptaszka. Skrawek szaty wylądował w ognisku, ciężki materiał przykrył płomienie i częściowo je wygasili.

- N-nie! Fren! - Zaprotestował, zakrywając rękoma głowę. Dopiero po chwili spostrzegł, że dzika nie chce go atakować, a co więcej, jego ubranie dymi. Czym prędzej odsunął się od ognia i uklepał żar na nadpalonej pelerynie.

- No animal hir! Kom wit mi for de najt, tu sejfti.

Zirte podniósł się ostrożnie, zerkając na Neshkala. Otrzepał ubranie ze śniegu.

- Dark not sejf. - Dodał jeszcze, odwracając się w stronę, z której przyszedł. Jasny ognik ponownie rozświetlił jego dłoń. Zawołał rysia, który zdołał uporać się z kawałkiem mięsa.

Wraz z zachodzącym słońcem, zmienił się kąt padania promieni. Blask przeświecał między pniami drzew, podkreślając niższe krzewy. Wśród nich bystre oczy Neshkali dostrzegły nieruchomą, barczystą sylwetkę, bez wątpienia należącą do mężczyźny. W stronę obcego ruszył Zirte, najwyraźniej zupełnie nieświadom możliwego zagrożenia.

Lasy na północ od Grenefod

15
Osiągnąwszy to, co chciała, Nes puszczała koło ucha przeciągłe jęki maga. Nawet gdy ten począł tarzać się we śniegu, w celu zduszenia płomieni, jakie ogarnęły jego płaszcz, nie zareagowała. Ba! Nie raczyła kiwnąć palcem w geście pomocy. Nic, ino wpatrywała się w malutką zdobycz.

Kamienna figurka wróbelka zainteresowała ją tylko na chwilę. To więc obejrzawszy ją z każdej strony, postanowiła zwrócić ozdóbkę właścicielowi, wprost odrzucając mu ją pod nogi i w tym samym momencie dostrzegając, że jej ognisko zmalało na sile.

- Głupi Blu-Faja. Zabić prawie ogień - pokręciła głową z niezadowolenia.

Mimo bezustannych nalegań ze strony przybysza dziewczyna nie zamierzała ruszyć się stąd przed świtem. Przygotowanie posłania kosztowało ją sporo wysiłku, poza tym wiedziała, że nocne błąkanie się po lesie nigdy nie przyniesie nic dobrego. Wszakże to właśnie pod osłoną mroku leśni łowcy rozpoczynają swe polowania, a natknąć się na nich nie przyniosłoby nic dobrego. Zresztą, jakby nie patrzeć, w owym lesie ciężko było o jakiekolwiek zwierzę. Niezależnie czy to złe, czy dobre. Zima nie oszczędza nikogo. Oczy Wilka zdawała sobie sprawę, że w tej sytuacji, ewentualne niebezpieczeństwo mogło jej grozić jedynie od strony takich osobników jak ten, który ją nawiedził, a z takimi radziła sobie całkiem sprawnie.

Robiąc wyraźnie poirytowany wyraz twarzy, dzikuska przystąpiła do próby odratowania źródła światła i ciepła. Grotem dzidy na nowo zgarnęła w kupkę porozrzucane i nadpalone gałęzie, dodała kilka świeżych kawałków topornie pociętego, a właściwie połamanego drewna, obejrzała się za czworonogiem i właśnie przysiadała na iglastym materacu, gdy zdała sobie sprawę, że prócz niej i ofermy, zza krzaków wygląda trzeci osobnik. Nie podnosząc alarmu, jak gdyby nigdy nic kontynuowała oporządzanie schronienia, kątem oka wciąż obserwując humanoidalny cień.

Ku jej uciesze lub może zmartwieniu, Blu-Faja wyręczył ją w sprawdzeniu, czy czasem to nie zwykła gra świateł i przypadkowo ułożonych gałęzi i skał płata im figle. Przykucnąwszy tuż przy ogniu i patrząc w stronę skierowaną do oddalającego się czarownika, dyskretnie wyciągnęła z torebki kolejny ząbek, tym razem trafiając na jeden z kłów wilka. Ułożywszy włócznie na kolanach, położyła jedną rękę na jej trzonku, drugą zaś wyrysowywała na ziemi za pomocą kła bezsensowne linie, gotowa by w razie czego móc szybko przywołać upiornego wilka, bowiem ostrożności nigdy za wiele.

Spędziwszy całe dotychczasowe życia w najdzikszych rejonach Kontynentu, nauczyła się ostrożnie stawiać każdy krok. Jeden błędny ruch i stajesz się ofiarą dwunoga lub czteronoga. Z tego też powodu oczekując, aż Zirte dotrze na miejsce, Neshkala rozważała nad najlepszą drogą do ucieczki lub gąszczu roślin, w których mogłaby się zaczaić na potencjalnego napastnika. Pomarańczowe płomienie odbijały się wyraźnie w jej oczach, nadając im dzikszego wyrazu. Koniuszki palców to szybciej, to wolniej gładziły włócznię, mięśnie nóg nieznacznie się napięły, a głębokie, lecz powolne oddechy widocznie unosiły piersi w dół i w górę, przygotowując resztę ciała na szybką akcję.
Obrazek
ODPOWIEDZ

Wróć do „Księstwo Grenefod”