Bastion Khudamarkh

1
Obrazek
Po środku bezkresnej pustyni, odgrodzony kilkunastometrowymi wałami z piaskowca, z jedną jedynie acz podwójną i silnie chronioną bramą wznosi się bastion leżący nad starym kompleksem kopalni, umocnionymi i przebudowanymi w jego integralną część. Niewielu trafia tu przypadkiem, jako własność prywatna miejsce nie figuruje na większości map dróg handlowych a czujne goblinie oczy obserwują przybyszów długo zanim same zostaną zauważone. Każdego dnia ulice patrolowane są przez orczych najmitów na usługach rządzącego, i posiadającego prawa do przybytku Kharkuna Wielkiego, od którego nazwiska pradziadka pochodzi nazwa osady. Poza chałupami przy wałach, gdzie niegdyś mieszkali pracownicy oraz kwaterą nadzorcy twierdzy mieszczą się naprzeciwko bramy, w którego skład wchodzi jedyna porządna karczma w zasięgu widzianego słońca, powierzchnia jest tutaj przykryta niemal wyłącznie straganami z niekiedy wąskimi, nie widocznymi wręcz przejściami pomiędzy, tworząc prawdziwy labirynt będący dumą niektórych handlarzy. Stanowią oni stabilną podporę tutejszego społeczeństwa i choć rasowo przeważają gobliny da się pośród nich znaleźć ludzi oraz orków. Kwatery mieszkalne i dla gości znajdują się w podziemnych tunelach razem z infrastrukturą rozrywkową, jednakże każdy nie posiadający karty upoważniającego do stałego pobytu, jest zmuszony wykupić lub wypracować jednorazową za każdą noc pobytu. Na środku miasta znajduje się arena połączona z system tuneli, tworząc sporą dziurę w terenie, ku której delikatnie schyla się całe miasto. Tak jak i niegdyś, służy ona głównie składowaniu mas surowców i jedzenia, lecz wybudowano na niej także zagrodę na wierzchowce przybyszów, do dostępu za dodatkową opłatą.
***** Urywek miasta który widziała wcześniej był dobrym przedsmakiem jego pełnej okazałości, jak i wtedy się zdawało, większość gruntu miasta ukryta była pod straganami w wszystkich kolorach tęczy poza drogocennym fioletem. Goblinia para kupców odchodziła właśnie drogą między nimi, na lewo od miejsca z którego patrzyła. Rozglądała się po cudach, dywanach, pergaminach i głowo-przypominających warzywach sprzedawanych dookoła, oraz samych sprzedawcach, spośród których być może z ulgą, zauważyła i paru przedstawicieli jej rasy ludzkiej. Widziała stąd, choć nie bez obstrukcji, rodzaj areny na której gruncie chodziły muły, oraz ustawiono kilka tuzinów beczek niewiadomej zawartości, a także większy budynek o paru kondygnacjach prosto w linii jej wzroku, do którego zapewne trzeba będzie się udać. Zajęta rozglądaniem się, nie zauważyła nawet kiedy zamknięto za nią bramę... Ani kiedy mężczyzna imieniem Sefu zaszedł ją i złapał za ramię.
-Radzę się odsunąć, jeszcze cie mechanizm w górę wciągnie. -Wykrztusił jakby zaraz miał coś wypluć. Szybki obrót w przestrachu wyjawił czemu. Mężczyzna, będący jak się okazało łysym człowiekiem ciemnej karnacji o małym zadziornym nosie, krótkim zaroście i odbarwieniach skóry pod oczami posiadał wadę zgryzu, jak i nieprzyjemnie choć powszechne żółtawe zęby w tym jeden złoty. Nosił zwyczajną białą lnianą koszulę oraz zielone spodnie z tego samego materiału, używając grubego sznura jako pasa. Na pierwszy rzut oka była bezbronny, choć właśnie tacy okazywali się najniebezpieczniejsi. Chwilę po jego słowach, brama istotnie podniosła się i mogli wkroczyć na ciepły piach wnętrza miasta.
-Na kurtyzanę toś ty za młoda, więc załatwmy to szybko. Nie płacą mi za nadgodziny po zachodzie, ani życie tych co mam przeprowadzić, akceptujemy kredyt w kościach i mięsie dla zwierząt. - Stwierdził po czym parsknął sarkastycznym, szelmowskim śmiechem. Dopiero gdy stanął zwrócony tyłem przed nią, zauważyła dwie pochwy na noże ściśle przywiązane do sznura. Wyglądały na zadbane.
-Którędy chciejta iść, co? Lewo, prawo, oprowadzić podziemiem? Tylko nie myśl zbyt długo bo mózgojady ściągniesz. -Dorzucił szybko, oczekując równie szybkiej odpowiedzi.
Spoiler:

Bastion Khudamarkh

2
Bramy były wystarczająco głośne, by obudzić umarłego. To wyjaśniało, dlaczego nie otwierali po zmroku i musiała wejść teraz. Nawet gdyby chciała o tym myśleć więcej - dobrze się stało i nie było przesłanek, by zwracać sobie tym głowę. Należało dowiedzieć się tylko kim był ten cały Sefu. Umiał wadzić. Kamira również potrafiła robić to doskonale, czyżby trafiła swoja na swego? Może to jakiś wyzwanie?

Odejdźmy jednak na moment od kwestii Sefu i pozostałych tubylców o bardzo nietuzinkowych imionach. Miasto - było znacznie okazalsze niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, jedna brama, druga brama - teraz na własne oczy widziała to, czego owe bramy strzegły. Wprost z bramy wylądowała na czymś w rodzaju targu, stragany i przedstawiciele różnych ras. W tym nawet ludzie, co również ją zaskoczyło. Ludzie - dostrzegała sylwetki, które ich przypominały, ale skąd mogła wiedzieć, że rzeczywiście nimi są? Może byli hobgoblinami, którzy ukrywali swoją krew? Nigdy nie było wiadomo jaka krew płynie w czyichś żyłach.

W takich miejscach jedno było pewne - w największym budynku, musiał mieszkać najważniejszy osobnik w okolicy. Kamirin doskonale o tym wiedziała, bo gdyby sama chciała zaznaczyć swoją wielkość, tak by właśnie zrobiła. Zbudowała najwyższy budynek, z którego inni dostaliby zadyszki przez wchodzenie po samych schodach, albo w ogóle by zrezygnowała ze schodów i zostawiła jedynie drabinę. Nie mogła jednak patrzeć z podziwem zbyt długo. Weszła tutaj na kredyt, niezbyt wiedziała, jak funkcjonuje lichwa, lecz domyślała się, że z każdą chwilą jej bliżej nieokreślony dług za wejście może urosnąć do niebotycznych wartości, jakie się jej nawet nie śniły.
– Ej, puść mnie — Szarpnęła się raz czy dwa, skupiając swój wzrok na nowym osobniku w swoim pobliżu - Sefu. Przypatrując się przez moment jego zakapiorowatej aparycji, skrzywiła się nieznacznie
– To biały? — Spytała swojego nowego czarnego towarzysza, wskazując zarazem na jego koszulę. Niecodzienny to był dla niej kolor, głównie z tego tytułu, że szybko się brudził. Głównie wspomniała o tym, bo nie czuła potrzeby, by mówić mu otwarcie, że to, co ma białe, nosi żółte i na odwrót.
– Ty jesteś moim Sefu? Gościem od zapro i opro? To świetnie. Zapro i opro w takim razie — I stuknęła kijem lekko w piach. Była pośród nich, to musiała próbować być jak oni. Chciała powiedzieć coś więcej na temat jego wyglądu, lecz zrezygnowała. Miała wrażenie, że nawet gdyby potrafiła parać się magią upiększająca, to ta za dużo by w jego przypadku nie pomogła. To się nazywa mieć pecha. Kwestię kurtyzany przemilczała, nie ukrywała, że owo porównanie uderzyło w nią niemal tak mocno jak worek z piaskiem, jakim mógłby ktoś w nią rzucić gdyby była niewolnicą przenoszącą je z punktu do innego punktu.
– Mózgojady? — W pierwszej sekundzie wyglądała tak, jakby się zawahała. W kolejnej jej spojrzenie stawało się coraz bardziej skupione. W końcu oczy się jej zaświeciły z podniecenia. Brzmiało to jej prosto, jak coś, co można wysadzić. Oczywiście było już późno, a wybuchy po zachodzie słońca też wymagały w jej przypadku dodatkowych opłat - to tym razem mogła uczynić wyjątek. Widziała, jak on wygląda, co ma przy sobie, choć dużo więcej mówiło o nim otoczenie, w jakim się obracał i raczej nie zamierzał tego zmieniać. Sefu wyglądał dla niej na kogoś w typie zabijaki rozbójnika, jakiego wolałaby uniknąć na drodze, lecz teraz właśnie to los połączył ich ścieżki w zadaniu ważnym, albo i ważniejszym niż cokolwiek w tej chwili. Polowaniu na wspomniane przez Sefu bestie. Co prawda Kamirin nigdy o takich nie słyszała, ale na wszystko musiał być pierwszy raz.
– Pozbądźmy się ich razem. Ty je ściągniesz, ja się ich pozbędę. Kredyt w pozbytych mózgojadach, co ty na to? To jedyna szansa na wspaniałą współpracę z Kamirin, największą czarodziejką tej fortecy. Nie daj się prosić! — Prawdopodobnie faktyczne Mózgjady nie istniały, a to była jedynie przenośnia... Lecz dla Kamirin... Oj nie, była naiwna i uwierzyła w prawdziwe mózgo-zjadające bestie. Już w tej chwili wyobrażała sobie, jak wypełzają z jakiejś nory, którą przy pomocy swojej wspaniałej magii zawala. Była zdeterminowana do spłaty wejściówki i dawała o tym znać nie tylko przez ogólne podniecenie, które było widać w każdym jej delikatnym ruchu. Było w tym coś magicznego, może to był ten ognisty i nieposkromiony zapał? Może... Może jednak to tylko zwykłe szaleństwo i głupota w czystej postaci.

Spoiler:

Bastion Khudamarkh

3
Brama za nimi opadła z hukiem. Tuman kurzu wbił się w powietrze, niczym osobliwa mgła zasłaniając na moment widok. Drobinki piasku osiadły na najbliższych straganach, jak również na Kamirin i Sefu. Ten drugi nie wydawał się być tym przejęty, najwyraźniej będąc przyzwyczajonym do tego typu obrotu spraw. Ledwie przetarł twarz, chrząknął i splunął, a następnie uśmiechał się szelmowsko, pokazując cały garnitur żółtych zębów. Ten złoty najwyraźniej miał odwrócić uwagę od paru luk między pozostałymi mu w szczęce kłami.

Kilka przekleństw rzuconych przez najbliższego sprzedawcę pozwoliło im zrozumieć, że nie każdy tak dobrze radził sobie z urokami pustyni.

- Ziepę mi zakurzą! - Wrzasnął niski człowieczek, z pewnością nie będący czystej krwi, a z naleciałością tej goblińskiej, orkowej czy może jeszcze innej, co było widać w niepięknych rysach jego twarzy. Chwyciwszy słomianą miotłę, zaczął machać nią nad warzywami, by pozbyć się piasku ze swojego straganu. Sefu parsknął, ni to śmiechem, ni to z pożałowaniem dla dramatu sprzedawcy. Złapał Kamirin za ramię niczym niesforne dziecko, by poprowadzić ją dalej, między stragany, nie bacząc na jej protesty. Zapewne nie chciał ryzykować, gdy sprzedawca rzepy mógł rzucić się na nich ze swoją miotełką.

- Sefu, zapro-opro. - Podłapał jej słowa mężczyzna, kiwając lekko głową. Spojrzał na swoją lichą koszulinę. Uznając zainteresowanie kobiety za komplement, wypiął dumnie pierś. - Nie na sprzedaż. - Oświadczył. - Ale pokażę, gdzie kupić.

Droga między stanowiskami sprzedawców szybko wypełniła się kolorami, zapachami i nawoływaniami do zakupu oferowanych dóbr. Jakaś goblinia kobieta podbiegła do Kamirin, by pokazać jej swoje wyroby, będące głównie sznurami koralików i innych ozdób, mężczyzna w turbanie zaczepiał ją, oferując wszelkiego rodzaju gliniane naczynia, ktoś inny krzyczał o sprzedaży suszonego mięsa, materiałów na ubrania, dywanów, warzyw, nawet żywych zwierząt...
Spoiler:
Rozwieszone nad wąskimi przejściami daszki straganów skutecznie zasłaniały widok na dalsze części miasta, jak również sprawiały, że atmosfera pod nimi gęstniała. Od zapachów mogło zaręcić się w głowie, gdy wonne kadzidła mieszały się ze smrodem zwierząt i gnijących w cieple dnia warzyw.

- Zakupy, to tutaj. - Sefu mówił, pokazując stragan, gdzie sprzedawano równie liche co jego samego koszule. Zakapiorowaty sprzedawca, pozbawiony jednego oka, za to wytatuowany do granic możliwości, łypał na nich pozostałym ślepiem. - A Mózgojady, haha! - Gromki śmiech mężczyzny przebił się przez gwar. - Nie chce ona spotkać Mózgojady! Czy chce? Skoro taka czarodziejka? Pan Moxiclav mógłby użyć twoje usługi, dostanie kredyt na zostanie, i coś ekstra się znajdzie. - Zaproponował, po czym rzucił kilka słów w obcobrzmiącym języku do jednookiego, który rzucił mu krzywy uśmiech.

Na przeciw straganu z koszulami znajdowało się stanowisko sprzedające żywy drób. Kurczaki w klatkach podniosły krzyk, gdy jakiś mężczyzna włożył kij między pręty.

Bastion Khudamarkh

4
Niczym dziwnym byłoby wspomnienie, że Kamirin zapatrzyła się na moment w tumany kurzu tańczące po straganach, albo i same stragany, albo to, co na nich było. Dużo tutaj "albo" bo sama nie do końca wiedziała, na co ostatecznie patrzyła, czemu winne mogły być właśnie te kurzaste tumany. Choć szybko wyrwana została z tego marazmu, już pojawił się nowy problem. Pochwycono ją niczym worek kartofli pod ramie. Czy tak powinna dać się traktować czarodziejka? Krzywo się spojrzała w stronę Sefu, ale na nic był tutaj jej opór, był większy i silniejszy, a i butów było tutaj szkoda. Najważniejszym więc było wyciągnąć z tej sytuacji to, co było w niej najlepsze. W końcu sama chciała, by ją oprowadził (choć to drobne nadużycie, bo polecono jej go jako przewodnika) to też uznała, że jak na niesforną czarodziejkę przystało, grymasu z twarzy nikt jej nie zmyje, ale co jej po grymasie gdy i tak niezbyt go widać pod tym kapeluszem, nie wspominając o tym, że z jakiegoś powodu to ona idzie pierwsza, a raczej - jest przepychana.

Miała, co chciała, więc i na to przystała. Zapro i opro w pełnej krasie. Zmarszczyła brwi pogłębiając nieco grymas gdy zaproponowano jej oglądanie białych koszul. No bo na co jej koszula, a co dopiero biała. Każdy wiedział, że białe przyciągało wszelki brud i piasek zwłaszcza. Wystarczyło spojrzeć, posypiesz sporo piasku na coś białego i plamy zostaną, a z koloru innego - znikną jak się chwile potrze.

Zapachów było w bród. Począwszy od tych miłych, a na tych mniej miłych nie kończąc, Jak tylko goblinka do niej dopadła, to ta machała rękami, wzbraniając się przed zakupami. Jeszcze nie wiedziała, co ile kosztuje. Choć też niezbyt rozumiała jakie słowa padają, o ile usłyszała coś więcej niż goblini skrzek, bo ni wząb po goblińsku nie potrafiła. Z turbaniarzem było lepiej, ale niezbyt interesowały ją gliniane wyroby. To nie tak, że nie lubiła pooglądać. Bardziej czuła się spięta Sefu za swoimi plecami i ciągle trwającym zapro i opro, tak jakby to pochłonęło niemalże całkowicie jej świadomość. Pełno było tutaj gwary i hałasu, a i jakiś "byk" w postaci Sefu popychał ją dalej do przodu, a może to po prostu efekt wspaniałej woni wydzielanej przez kadzidła i zgniłe owoce i warzywa? Któż wie, bo i Kamirin nie miała zbyt twardego żołądka jeśli o te sprawy chodziło.

Dotarli na miejsce, które wybrał Sefu. Doprawdy na poważnie wziął całą tę sprawę koszuliny.
– Tutaj? I co ja zrobię z koszulą niby? — Zatrzymała się i obróciła w stronę wyższego oprowadzacza. Pokazała swój strój, który nijak do takiej koszuliny nie pasował, ba! Pewnie te koszula i tak byłaby za duża, nie pasowałaby na nią i możliwe, że do kolan sięgała. Kto wie, czy to dalej koszula, czy już sukienka. Zresztą. Nijak nie pasowało to do jej szaty, która krótka, bo krótka, ale na pustynie dobra, bo nie za gorąca w trakcie dnia. W pierwszej chwili chciała skrzyżować ręce, ale miała przecież swój kostur, to po chwili zakłopotania podparła się o niego, zerkając tym samym na sprzedawcę. Zakapior jak się patrzy, więc skupiła się na jego koszulinach, a nie na nim samym. Gdyby nie wybawienie w postaci odpowiedzi Sefu, to pewnie oczy wykręciłyby się jej na drugą stronę od patrzenia na te beznadziejne wyroby, których wstydziłaby się nosić. Choć sama dużo bogatsza nie była. Należało przyznać, że była w tym fałszywa duma, że jednak ma na sobie ładne kolorki, w dodatku odpowiadające najlepszemu kolorowi, jaki istnieje, czerwieni i fiolecie. Barwom godnym czarodzieja i kogoś o charakterze.

– Chce! Pokazać im chcę! — Ścisnęła ręce na kosturze. W żadnym wypadku nie rzucała jeszcze żadnych zaklęć, ot poczuła, że może to ją gdzieś zaprowadzić, oby w dobre miejsce. Zamierzała udowodnić, że jest przydatna, musiała znaleźć sobie źródło zarobku. Bez tego raczej nie miała wielkich szans na spłatę długów a co dopiero przeżycie, które było w tym wszystkim najważniejsze. Wstyd przyznać, ale była biedna jak mysz Saikorwska. Kredyt i coś ekstra, to brzmiało dobrze, jak na sam początek a kto wie, co wyniknie z tej współpracy dalej, no i co ważniejsze - współpracy z kim. Bo póki co nie widziała nikogo wartego uwagi. Chyba że mowa o jednookim handlarzu koszul, który był wart uwagi tylko dla własnego bezpieczeństwa. Nie miała bladego pojęcia, jakie słowa wypluł Sefu do kupca, ale jedno wiedziała. Musiało być to coś dobrego, bo w końcu zaoferowano już jej współprace. To i uśmiechnęła się delikatnie, tworząc wrażenie, że rozumie słowa, które padły. Wszak duma i wiedza to gra pozorów. Im mniej wiesz, tym więcej możesz udawać, że pojmujesz, to takie proste. Po świecie chodziło pełno wieszczów i historyków, nikt nie wiedział, skąd wiedzieli wszystko, co wiedzieli, wymyślać musieli, bo z książek to nic ciekawego się wyciągnąć nie dało - zazwyczaj, bo pamiętała, że jej duchowy przyjaciel właśnie z księgi wyskoczył.

Gdy poderwał się wszelki drób, to zwróciła wzrok w tym kierunku, wypatrując tego, co mogło tam zajść. Przedtem nie interesowała się zachowaniem zwierząt ani tym jak należało je chować, to i patrzyła z częściową ciekawością, ale i obrzydzeniem, bo przez moment przeszło jej przez myśl, że zamierzają teraz piec te kurki.
Spoiler:

Bastion Khudamarkh

5
Sefu nie był zbyt spostrzegawczy, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Nie ruszyło go podziwianie przez Kamirin tumanów kurzu, które opadły na stragany niczym po sporej eksplozji, choć wzburzone tylko przez opadającą bramę. Przyjął, iż dziewczyna zachwyciła się straganami, bo wiele było tu do zachwytu! Białe koszule pyszniły się na prowizorycznie skleconych z desek półkach, poskładane byle jak, ale trzymające się w niezbyt schludnych stosikach. Stragan jednookiego wyróżniał się sposród innych w tej części miasta, może właśnie dlatego nikt inny nie przystawał przy nim, by podziwiać asortyment.

- Bierze? - Sprzedawca warknął do Kamirin, biorąc jedną z koszulin i prezentując ją na wyciągniętych rękach. Ubranie nie było może najpiękniejsze, ale zdałoby się jako bieliźniany podkoszulek na chłodniejsze dni, których w tej części świata nie było wiele. - Zniżkę dam, jak pokaże to i owo. - Oblizał się lubieżnie i zarechotał, Sefu mu zawtórował.

Biała koszulka z pewnością przyciągałaby mniej spojrzeń, niż czerwono-fioletowe ubranie czarodziejki, ale czy była warta obnażania się? Każdy nieco bardziej spostrzegawczy dojrzałby, że Kamirin przyciąga wzrok miejscowych, nie tylko Sefu i sprzedawcy. Nie minęła chwila, jak pobiegła do niej kolejna goblinica, a następnie kolejna, i jeszcze jedna.

- Miła pani, świecidełka dla ślicznotki! - Zaskrzeczała pierwsza, prezentując jakieś błyszczące kamyki zawieszone na rzemykach. Już wyciągała ręce, by zawiesić ozdóbkę na szyi dziewczyny. - Pięknie pasuje! Do oczu!

- Korrrale! Korrrale z korrralowców! - Pisnęła następna, zdecydowanie zbyt mocno i twardo akcentując literę "r".

- Tylko dwa zęby! Dwa!- Dodała ostatnia, wymachując woreczkami z czymś, co zapewne było wonnymi ziołami i kadzidełkami.

Goblinice zakręciły się wokół Kamirin, atakując ją z każdej strony, wprowadzając chaos, tym bardziej zaakcentowany podburzonymi głosami kurczaków i gwarem rozmów przechodniów. Nim czarodziejka zdołała zareagować na sprzedawczynie, poczuła szarpnięcie w okolicach pasa, tam, gdzie znajdowała się jej sakiewka.

Szczęściem, tuż obok był Sefu. Złapał młodego goblina, zapewne syna którejś z przekupek. Chwilę później zęby posypały się po brudnym bruku - zarówno te, które dotąd znajdowały się w mieszku Kamirin, jak również te goblinie, świeżo wybite.

- Nie! - Warknął Sefu, a z jego znikształconych ust prysnęła ślina. - Zapro-opro dla pana Moxiclava! - Dodał, by nie było żadnych wątpliwości. - Zęby na koszulinę!

Mężczyzna kucnął, by pozbierać kosztowności, a przekupy ulotniły się tak szybko, jak się pojawiły, uciekając między stragany. Naszyjnik z oszlifowanym plastrem pomarańczowego kamienia został na szyi czarodziejki.

Oddając Kamirin sakiewkę, Sefu uśmiechnął się, wskazując wytatuowanego sprzedawcę. Należało dokończyć transakcję, ze zniżką lub bez nabyć koszulę i ruszyć do tego, którego nazywano Moxiclavem i który tu panował.

Tasak opadł, głowa kurczęcia potoczyła się po bruku. Chmara much, dotąd siedząca na pieńku i żerująca na zasychającej krwi, poderwała się do lotu z głośnym bzykiem.

Bastion Khudamarkh

6
Kto był tutaj bardziej perceptywny. Niewielka czarodziejka, która skrywała twarz pod kapeluszem, czy może wielki dryblas, widzący wszystko w okolicy jak na dłoni, górujący nad tym kapeluszem? Odpowiedź mogła być tylko jedna i ta, której udzieliłaby Kamirin, na pewno byłaby błędna. Przynajmniej gdyby odpowiadała publicznie, bo i w samotności potrafiłaby przyznać, że olbrzym po prostu miał łatwiej. Spod byka (kapelusza) patrzyła na koszulowego barona. Pierwszy raz miała do czynienia z takim handlem, ofertą nie do odrzucenia, handlem, jaki chciała odrzucić, bo za bardzo nie wiedziała, czy jej wystarczy na to wszystko, no i jeszcze te koszule! Sprawy nie ułatwiało to, że zniżkę zaoferowali, lubieżną co prawda i bardzo nieodpowiednią. Jej mina nijak się nie zmieniła gdy rechotać zaczęli. Zarumieniła się jednak trochę, bo do obnażania się nie przywykła i nie zamierzała. Choć krztę godności miała, o życie jeszcze nie błagała.

Wtem jednak jej uwaga oderwana od koszul i jednookiego została. Cyganice ją obiegać zaczęły. Tak je nazwała, goblinie kobiety parające się handlem prostym "no weź kup pani ładna". Kamirin uwielbiała komplementy, lubiła być w centrum uwagi, ale jako ta ważna czarodziejka. Nie jako mięso na pustynnym stoisku. Tak się czuła, gdy oblepiały ją oczy wielkich facetów, podczas gdy na jej wysokości wkoło niej skakały gobliny ze swoimi wymysłami. Zdawałoby się, że była jak ten strach, na którego wróble przepędzić należało... Nie mniej, świecidełko, jakie dostała, bardzo się jej podobało. Dotknęła go na swojej szyi, gdy nagle trzask usłyszała i dotyk na biodrze. Przez chwilę, moment krótki w myślach czarny scenariusz miała, że zaraz nie tyle godności, co życia mieć nie będzie miała.

Słowa wydusić z siebie nie mogła, przytłoczona ilością zdarzeń w tak krótkim odstępie czasu. Jedynie po jej twarzy można było rozpoznać zdziwienie zawczasu. Nogę jedną w kolanie zgięła, stając bokiem do całego zdarzenia, prawie w bok odskoczyła, widząc jak jej sakiewka, na ulicy wylądowała. Szczęście w nieszczęściu dryblas był na miejscu. Stanęła, podpierając się o swój kijek, a raczej przytulając go bardziej do siebie, tworząc sobie nieistniejącą barierę między sobą a innymi, no bo przecież ten kijek oddzielić ją mógł, choćby na chwilę. – Zapro, opro no i rato — Skwitowała go skrótowo, jąkającym się przez chwilę głosem. Mieli już tą wieź, w której rozumieli się za pomocą samych skrótów. W tej chwili całkiem zapomniała o amulecie, jaki miała na szyi. Wyglądało na to, że zdziwi się gdy sobie o nim przypomni.

Z sakiewką w ręcę stała przez moment jak postrzelona, chwila to krótka bowiem zdenerwować nikogo nie chciała. Nie czuła się na siłach do prezentowania innym swojej prawdziwej mocy i wysadzenia kogoś, choćby dla zasady. Zbliżyła się delikatnie do Sefu z mieszkiem – Wystarczy mi? — Zapytała go, w końcu jak podnosił, to pewnie i liczył, zerknęła zaraz też na sprzedawcę. Na pewno słyszał pytanie zadane do Sefu. – Ile? — Powtórzyła, tym razem bardziej do niego. Pewności było jej brak, liczyć nie umiała, ale na głupią wyjść nie chciała. Zdała się więc na Sefu i koszulę kupić chciała, kwestia obnażania się lepiej gdyby zapomniana została - jeśli jej starczy. Co do wyboru – Najładniejszą, największą i najdelikatniejszą — Tupnęła w ziemię. Jak już miała płacić, to nie za byle co. Wybredna była, więc jak już to najładniejszą, najdelikatniejszą a przede wszystkim, największą chciała. Może za namiot kiedyś posłuży.

A co dalej miało się wydarzyć? Droga do Moxiclawa. Tak jak ustalili, tam się wybrać miała. Najlepiej gdyby tam szła z godnością na ramieniu, a nie zostawioną gdzieś w piasku, albo między koszulami. Sam odgłos tasaka nieco ją przestraszył. Wszak wiedziała doskonale, że tutejsi mięso jedzą całymi worami. Niezbyt je lubiła, wcale nie dlatego, że zwierzaka zjeść było trzeba. Sytuacja kurczaka tracącego głowę przypomniała jej doskonale, jak bardzo należało się pilnować i jak trudne to było. - Życie maga nie było proste. Uważać należało na każdym kroku, inaczej się kończyło jak właśnie ten kurczak bez dodatku kalafioru.
Spoiler:

Bastion Khudamarkh

7
Sefu i sprzedawca koszul z pewnością liczyli na pokaz. Być może nie pierwszy, nie ostatni raz oferowali tego typu zniżkę. Można było rzec, że chłopcy pozostawali chłopcami, gdyby nie to, że ci już dawno z dziecięctwa wyrośli i teraz można było ich nazwać mężczyznami. Najwyraźniej w głowie, mimo to, pozostało "pstro", ale ochoczo uratowali ją przed utratą swojego drobnego majątku. Kto wie, być może akcja z goblinicami była ukartowana? Z drugiej strony, czy warto było, gdy kosztowało to młodego goblina dwa zęby?

Sefu zaśmiał się i klepnął w pierś.

- Rato! - Zgodził się, rozbawiony jej zdenerwowaniem. On, najwyraźniej, nawykł do szybkiego, niebezpiecznego życia ulicy, tak za dnia, jak i po zmroku. - Pewnaś, że pokażesz panu Moxiclavowi?

Sefu nie pytał o walory estetyczne kobiecego ciała, ale raczej o umiejętności. Zwątpił, gdy zobaczył, że dziewczyna nie potrafi poradzić sobie nawet z goblinicami.

- Moxiclav oceni. - Sefu odpowiedział sam sobie i poikwał głową, zgadzając się ze stwierdzeniem. Dla skwitowania faktu, a może z czystej, fizjologicznej potrzeby, wsadził paluch do dziurki zadartego nosa, nie przejmując się tym, czy w ogóle wypada czegoś tam szukać przy damie. - Za taką ładną, to wszystko. - Dodał w temacie zakupów, kontynuując swoje wykopki.

Nie wydawało się, by Kamirin miała jakiekolwiek wyjście - dwóch dryblasów nie przepuściłoby jej tak łatwo, by odeszła bez zakupów. Jednooki przeszukał stosik swoich koszul, by wyciągnąć tę jedną, szczególną, najładniejszą, największą, najdelikatniejszą, a w istocie nie różniącą sie niczym od pozostałych. W myśl handlu wymiennego, przejął sakwę od czarodziejki i wreczył jej ubranie.

Sefu, wytarwszy owoc poszukiwań w nochalu o swoją własną koszulę, wsadził ręce do kieszeni.

- Chodź. Musisz zasłużyć na noc. - Powiedział jej, kiwnął jednookiemu, a ten, rozumiejąc przekaz, przesunął się, jednocześnie odsuwając płachtę materiału, która tworzyła tył jego straganu. Sefu przepuścił Kamirin przodem. - W prawo.

Znaleźli się w przesmyku między piaskowcowymi ścianami budynków. Przejście było tak wąskie, że dwóch tak rosłych, jak Sefu, nie wyminęłoby się idą ramię w ramię. Mężczyzna miał problem, by nawigować w nieco węższych miejscach, gdy musiał odwracać się bokiem, by jego ramiona nie zahaczały o mur. Nad ich głowami, na konopnych sznurkach rozwieszonych między okienkami, suszyło się pranie, częściowo przysłaniając i tak już ledwie docierające między budynki światło słoneczne. Cień dawał przyjemny chłód. W pewnym momencie tuż za nimi ktoś wylał wiadro pomyj, parę sekund wcześniej, a kapelusz Kamirin przyjąłby nieczystości na swoje rondo. Wyjaśniało to zaduch i smród, który panował w przejściu.

- Idź. - Ponaglił Sefu, gdyby przypadkiem dziewczyna zapragnęła zatrzymać się i jeszcze raz przemyśleć swoje decyzje. Niedługo później droga zaczęła się rozwidlać, kolejne podobne, wąskie przejścia odbijały w obie strony. Oprowadzacz mówił, gdzie kobieta powinna skręcić. Kilka kolejnych zakrętów w tym labiryncie i Kamira nie wiedziała, jak wrócić do sprzedawcy koszul, gdy każdy przesmyk wylągał niemal identycznie. Została skazana na łaskę i niełaskę swojego zapro-opro. Na szczęście nie wydawało się, by Sefu miał jakiekolwiek złe zamiary. W pewnym momencie musieli odbić, tylko po to, by przepuścić w pośpiechu nadciągającego z naprzeciwka mężczyznę.

Podróż między budynkami nie była długa, ale pozwoliła im uniknąć gwaru ulicy i zaczepiających goblinic. Kiedy znów wyszli na ulicę, ta wydawała się spokojniejsza, choć i tu nie brakowało straganów. Sefu zatrzymał się przy jednym z nich, wyglądającym na stanowisko kolejnego rzeźnika, wymienił kilka słów ze sprzedawcą na temat towaru, który miał na niego czekać, a następnie zabrawszy przygotowany wór, ruszył z Kamirin w dalszą drogę. Czarodziejce nie umknęło, że z pakunku, który Sefu przerzucił przez ramię, kapała czerwona, gęsta maź, jak żywo przypominająca krew.

Po kolejnych minutach wędrówki, dotarli do półkolistego wejścia, strzeżonego przez dwóch ludzkich strażników. Nie zadawali żadnych pytań, przepuścili zarówno Sefu i jego podejrzany pakunek, jak i Kamirin, nie odzywając się ani słowem.
Spoiler:
Pałacyk, do którego wkroczyli, nie wyglądał jak nic, co dotąd było dane widzieć Kamirin. Jasne, ozdobione złotem i wykończone drewnem wnętrze wypełnione było mnogością zielonych, mięsistych roślin, tak rzadkich w tej części świata. W chłodnym budynku również znajdowali się strażnicy, wszelkich ras i maści, jak również mnogość służących, ubranych w zwiewne, kolorowe szaty, biegających za tylko sobie znanymi zadaniami. Centralną część kompleksu stanowił basenik, w którym czas spędzały ludzkie kobiety, ubrane jedynie w złotą biżuterię uwieszoną na ich szyjach, nadgarstkach i kostkach. U brzegu wody, na przepastnym krześle wyłożonym licznymi poduszkami w bogatych kolorach czerwieni, fioletu i złota, siedział, czy też rozlewał się po dostępnej przestrzeni wódz, sułtan, mistrz - pan Moxiclav.
Spoiler:
Otyły, wielki goblin o ciemnej skórze i siwych, rzadkich włosach cieszył kaprawe ślepia widokiem kąpiących się kobiet, będąc podobnie ozdobiony biżuterią, co one same, a nagość przykrywał mu tylko skrawek materiału. Wydawało się, że nikt nie zwraca uwagi na Kamirin i Sefu, do czasu, aż nie stanęli przed władcą. Jeden ze służących odebrał od Sefu worek, ktoś inny szybko zaczął ścierać krwawą ścieżkę, która pozostała na drodze, którą przebyli.

- Coś mi tu przyniósł, Sefu? - Odezwał się Moxiclav, głosem znudzonym, ochrypłym, nieco niewyraźnym, jakby mówienie sprawiało mu trudność. Oczywistym było, że nie miał na myśli pakunku, który mężczyzna dostarczył chwilę wcześniej. - Mam nadzieję, że więcej toto warte, niż ostatnie. Chcesz dołączyć do mojego haremu, dziewczyno? Czy więcej z ciebie pożytku, aniżeli z tych trzpiotek?

Jedna z kobiet, najwyraźniej urażona komentarzem, chlusnęła wodą pod krótkie, kołkowate nogi Moxiclava. Ten uniósł szponiasty paluch i pogroził jej, ale na jego ustach malował się pobłażliwy uśmiech.

- Czarodziejka, panie! - Oświadczył Sefu. Pchnął Kamirin lekko, chcąc zaczęcić ją do mówienia.

Bastion Khudamarkh

8
Zawsze należało wychodzić z założenia, jeśli umiesz liczyć, to licz na siebie. Na całe szczęście, żaden z nich nie był na tyle inteligentny, by liczyć na siebie przy realizacji swoich rządz, a może to po prostu dlatego, że Kamira nie potrafiła liczyć i ot, taka była jej odporność. Nie obyło się jednak bez strat. W obecnej chwili była już bez żadnego grosza przy duszy. Taka była cena dobrego zapro, opro, rato. Wszak Kamira niezbyt znała się na liczeniu, to nie miała zbyt dużych powodów czuć się oszukana, dlatego nie czuła. Przynajmniej jeśli mówić o samej cenie za koszulę, bo samą transakcją czuła się jak najbardziej zrobiona w konia. Ot, nie mogła odmówić, a tego nie lubiła. Nie mieć wyboru.

– Pewna! Pokaże i to dobrze pokaże. Pokaże tak, że Moxiclaw będzie zadowolony — Stuknęła przy okazji swoim kijaszkiem w ziemię dla podkreślenia wagi swoich słów, bo i wynioślejszy ton, którego używała, mógł zostać odebrany nad wyraz śmiesznie. Ot, wyniosły skrzat w kapeluszu mówi o wielkich rzeczach. Tym bardziej że starała się przybrać jak najprostszy do zrozumienia to, taki by i Sefu zrozumiał wszystko, jak należy. Poszli dalej, nijak nie podejrzewałaby, że do Moxiclawa to w tę stronę, za płachtą. Wydawałoby się, że Kamira doświadczy chwili spokojnej drogi, nawet jeśli w mroku stworzonym przez niewyschnięte, albo już suche na wiór pranie. Ciężko jednak mówić o spokoju w trasie gdy istnieje ryzyko bardzo niespodziewane. Wiadro pomyj, mogące wylądować na jej głowie w każdym momencie. Miała jednak odrobinę szczęścia, albo to Krinn spoglądała w jej stronę i nie pozwoliła by czarodziejka została skąpana w ekskrementach. To wydarzenie tylko utwierdziło ją, że uliczki należało opuścić jak najszybciej, wszak szczęście zawsze kiedyś się kończyło, a nawet i Sefu ją poganiał. Mruknęła porozumiewawczo i przyśpieszyła, dając się prowadzić niczym piłka na uwięzi. Dotarli do straganu, to chyba była chwila przerwy, by złapała oddech. Obserwowała swojego oprowadzacza z ciekawością, bo o ile sama niezbyt rozumiała trzymanie się u rzeźnika, tak była ciekawa, co zamierzał tutaj dostać. Niepojęte było by mięso kupował. Najgorsze było to, że gdyby teraz miała uciec, widząc dziwne zachowanie swojego "towarzysza" to nie miała bladego pojęcia gdzie ten zapro i opro ją wypro.

Wór, jaki otrzymał, od razu się jej nie podobał. Duży i coś czerwonego zeń kapało. Nie była na tyle pusta, by nie przeczuwać, że w środku jest jakieś truchło, możliwe, że martwe od niedawna, ale czy jedliby tutaj ludzi? Gdyby tak było, to raczej od razu by ją zjedli... Choć gdy tak się zastanawiała to przez myśl przeszły jej wszelkie możliwości. Nawet to, że jest zbyt żylasta i koścista, by ją zjeść, dlatego właśnie zamierzają rzucić kości jakiemuś wielkiemu psu. Obawiała się tego miejsca bardziej i bardziej z każdą spędzoną chwilą w towarzystwie Sefu. Możliwe, że wejście tutaj nie było wcale dobrym pomysłem. Brak prowiantu i wody nie zapowiadał się jednak na lepszy los, należało więc zaryzykować smażonego psa.

W końcu dotarli...

Czarodziejka przyjrzała się strażnikom, przez tę chwilę, jaką mogła nad tym spędzić. To, że wyglądali na ludzi, może nawet i całkiem normalnych zwiastowało dość dobrze odnośnie jej przyszłego losu. Samo wejście nie było tak okazałe jak wnętrze, od którego od razu zaświeciły się jej oczy. Gdy tylko zdała sobie sprawę ze statusu tego miejsca, sama przybrała poważniejszą i znacznie dumniejszą postawę jako czarodziejka. Starała się skryć wszelkie obawy, udając, że nie ma żadnych. Nie podpierała się o kostur obiema rękami, a jedną, lekko, stała też prosto, równo stawiając nogi podczas wykonywania kolejnych kroków. Głowa wysoko. Musiała wyglądać jak wielka czarodziejka by i przedstawienie się tutejszemu "szefowi" zostało odebrane jak najlepiej. Zwykle w takich momentach można się ograniczyć do podsumowania przemyśleń Kamiry, tym razem jestem pewien, że należało przytoczyć jej myśli dosyć dosadnie, słowo w słowo, wedle tego co kłębiło się w jej głowie, gdy tylko weszła do głównego pomieszczenia. Widząc zarówno strażników, sługi i wspaniały basenik, wypełniony potencjalnymi pięknościami, rozmiaru "standardowego". jak na ludzkie kobiety przystało. – Łaaaaał. Ale tutaj pięknie. Bratnie dusze, czciciele Dwirmira i Krinn. Zasługuje na takie sale, oddane właśnie mnie, największej czarodziejce w całym bastionie. — Kobiety, które tam były przyciągały uwagę, nie dało się tego ukryć. Obwieszone złotem wartym pewnie trzy, albo i cztery razy tyle, co jej kapelusz i tunika. Możliwe, że nawet i więcej niż dała za tą koszulę. Choć - na pewno niewartym tyle, co jej kostur, będący jej towarzyszem od dawna. Patrząc na to wszystko niemal zapomniała o dziwnym pakunku, jaki targał ze sobą Sefu. Tak bardzo nie pasował do obrazka, że niemal całkowicie go z niego wymazała. Tyle te ślady pozostawiały niesmak. Na całe szczęście, była tutaj służba, która najpewniej się nimi zajęła, no bo jak to tak niszczyć majestat pana Moxiclawa?

Wspominając o samym Moxiclawie. Ciężko było go nie zauważyć. Duży, otyły w przepasce. Prawdopodobnie dużo większy niż cokolwiek, albo ktokolwiek w tym pomieszczeniu. Nie miała złudzeń co do jego wielkości. Był duży, to i musiał być wielki. Kamira jednak wiedziała, że czyny, uczynki i potęga to nie tylko waga czyjegoś "mięsa"

Mięsisty goblin przemówił, jak pan do swojego sługi. Z początku się nie odezwała, pozwoliła mu na dokończenie swojego pytania. I doprawdy przez moment rozważała, czy nie zaoferować się tutaj w roli błazna, którego można, a wręcz należy, obsypać złotem. Nie mogła jednak zapomnieć o swoich marzeniach, zobowiązaniach no i magii, której była oddana po stokroć. Nie zwracała uwagi na urażoną trzpiotkę, była poniżej jej, mimo że w złocie i bogactwach, to brakowało jej jednego - własnych celów i obowiązków w życiu. Coś Kamira bardzo sobie ceniła.

Gdy tylko padły słowa określające ją jako czarodziejkę, wykonała krok w przód, może i nieco wymuszony popchnięciem. Niewielki, albowiem bardzo teatralny, wysuwający delikatnie jedną nogę w przód. (artystka z niej była nie najlepsza, to i pompatyczności nie zabrakło). Stuknęła kijem głośno w ziemię, miała zamiar ściągnąć całą uwagę Moxiclava, trzpiotek też. Niech się jej pokłonią. – Nazywam się Kamira... — Zaczęła głośno, tak jakby całe swoje płuca wypełniła w trakcie poprzedniego kroku. – ...pierwsza, przyszła najwyższa Arcymagini Urk-Hun, czołowa i najwyższa czarodziejka spośród pustynnych ogników. Najsilniejsza magiczka w całej wschodniej baronii... — W tej chwili druga jej ręka, ta które akurat nie spoczywała na kosturze, zajęła się wykonaniem niezwykle szerokiego wymachu, który zaraz skończył się na dotknięciu materiałowego ronda jej czarodziejskiej czapki – ... zwana ogniem pustyni, absolwentka Karlgardzkiej Akademii Czarnoksięstwa, przodowniczka pośród uczniów kolegium magii bojowej i strategii wszelakiej... — Ukradkiem spoglądała swoimi karmazynowymi ślepiami na rozlewającego się goblina. Wszelkie słowa wypowiadała z pełną powagą i delikatnie zarysowanym na twarzy uśmiechem. – ...przyszła największa spośród orkowych szamanek, przyszły postrach magów z całego świata i Keronu także, oddana czcicielka Dwirmira i wierna służka pani pokusy Krinn.... — Zacisnęła palce na swoim kapeluszu, ściągając go z głowy i unosząc wysoko. – ...znamienita przywoływaczka i dzierżycielka zaawansowanej magii. Do usług, a teraz twoja kolej — Gdy skończyła, wykonała ukłon, zgięła się, prawie że w pół, a sam kapelusz trzymała w prawej ręce, tuż obok siebie. Ciężko było też nie zauważyć, że leciała na niemal jednym wdechu, no a teraz musiała oddechu złapać.

Teraz nie było mowy, że doszło do pomyłki. Czarodziejka jak się patrzy.

Nawet przez moment nie przeszło jej przez myśl, że to jest zły pomysł, a już tym bardziej proszenie Moxiclawa o to by sam się przedstawił, nie mniej tak właśnie nakazywała tradycja. Wymienić się uprzejmościami i tytułami, nawet tymi, które zdobędzie się dopiero w przyszłości. Taka to już była dziwna kultura ogników. Sama mikra czarodziejka wyglądała w tej chwili tak, jakby była gotowa na prezentacje, a wręcz pragnęła wreszcie użyć swojej magii, najlepiej w sposób jak najbardziej dla niej właściwy. Bez wykorzystywania zaklęć na bzdury, a w końcu taka prezentacja bzdurą nie była.

Tylko czekała, aż Moxiclaw wskaże jej cel prezentacji... O ile w ogóle to rozważał, bo również dobrze mógł ją uznać za wspaniałego błazna, którego należy przyjąć w dom do zabawiania... Ciekawe co byłoby bardziej zabawne. Złość Kamiry, że nie została wzięta na poważnie, czy jej przedstawienie, odgrywane na " poważnie "


Spoiler:

Bastion Khudamarkh

9
Moxiclav rozciągnął paszczę w uśmiechu, gdy Sefu oznajmił, że dar, który mu ofiarował, jest czarodziejski. Spod spękanych warg wychynęły pojedyncze, połamane zęby, a wokół rozległ się smród zgnilizny, kontrastując z przyjemną, lekką wonią kadzidełek, mieszającą się ze świeżością wody z basenu i naturalnym bukietem roślinności.

Goblin machnął dłonią na znak, że Sefu może się zbierać, więc łysy ukłonił się, nie przykładając zbytnio do gestu, klepnął czarodziejkę w plecy na znak dobrych życzeń i oddalił się. Kątem oka Kamirin dostrzeć mogła, jak jeden ze sług wręcza mężczyźnie pokaźną sakiewkę tuż przed tym, jak zapro-opro opuścił salę. Największa czarownica tej części świata została pozostawiona na pastwę przywódcy Mózgojadów i jego świty.

Moxiclav przyglądał się przez chwilę Kamirze.

- Jedzmy! - Stwierdził w końcu, nie wiedzieć, czy przez ocenę jej mikrej postury, czy przez fakt, że nadszedł czas na posiłek. - Queti? Gdzie jest ten cholerny bard?

- Tutaj, panie.

Zza wielkiej postaci przywódcy wychynął mężczyzna, wydawało się, że był tam przez cały czas, gdy jego ciało zasłaniał wielki w posturze goblin. Bard miał przyjemną twarz o znudzonym, zblazowanym wyrazie. Półprzymknięte powieki zasłaniły miodowe tęczówki, garbaty nos pozbawiał jego rysy wrażenia młodzieńczości, a lekko wystająca dolna warga dawała wrażenie, że rzeczony Queti wciąż jest z czegoś niezadowolony, gdy tak wydymał usta. Włosy mężczyzny upięte były w koczek, z którego zwisały zarówno drobne kosmyki, jak i splecione w warkocze pasemka, za to z przodu włosy pozostawały krótkie. Skóra mężczyzny miała przyjemną oliwkową barwę - wydawał się być człowiekiem. W zdobionych, bogatych szatach próżno było szukać jakiejkolwiek broni.
Spoiler:
Bard spojrzał na Kamirę i puścił jej oczko, uśmiechając się półgębkiem. Sprawiał wrażenie typowego cwaniaczka i bawidamka, ale nie zwracał w ogóle uwagi na kobiety w basenie.

- Zagrasz dla nas podczas obiadu. - Polecił Moxiclav, po czym wysłuchał prezentacji swojego gościa.

Wyraz jego wielkiej twarzy zmieniał się stopniowo, z zaciekawienia, przez zdziwienie, do czystego rozbawienia. Klepnął się w bebech, aż fale z tłuszczu przetoczyły się po cielsku.

- Ha! Największa czarodziejka, o której nikt nie słyszał! Słyszałeś o niej? - Dopytał swojego barda, który w trakcie prezentacji Kamirin złapał za flet i teraz obracał go w palcach z nieodganioną miną wymalowaną na przystojnej twarzy. - A ty, Qlairo? - Rzucił znów do kurtyzany, która wcześniej starała się go ochlapać. - Siadaj, Ogniu Pustyni. Jak cię nazywać? Kamira? Płomykiem? Płomyk, podoba mi się. - Zaśmiał się chrapliwie. Śmiech zaraz przeszedł w kaszel, świszczący, charczący. Słuchający go mogli odnieść wrażenie, że Moxiclav za chwilę się udusi, ale wrócił do normalności. Dyszał ciężko, łapiąc z trudnością oddech. - Obiad! - Przypomniał. Odór zgnilizny przybrał na sile.

Jeśli Moxiclav miał do niej jakiś interes, z pewnością przejdzie do niego, jak tylko się posili. Słudzy przynieśli półmiski z wielkimi kawałami mięcha. Nie sposób było nie zauważyć, że mięso było ledwie opieczone z zewnątrz, a środku pozostało zimne i surowe, również krwiste. Czerwone soki uciekały na talerz, który postawiono przed czarodziejką, na którym pysznił się półsurowy udziec.

Dziewczęta wyszły z wody, rozsiadły się wokół Moxiclava. Blondyna, którą nazywano Qlairą, siadła na jedej z poduszek wodza, skrzyżowała przed sobą nogi, nie krępując się swoją nagością. Zarówno dla niej, jak i dla pozostałych kobiet i barda, przyniesiono miski pełne owoców: fig, winogron, daktyli, bananów, ananasów, pomarańczy...

Bastion Khudamarkh

10
Jakże by innym "darem" mogła być Kamira jak nie czymś czarodziejskim, pełnym magii i niebezpieczeństwa, no i wyniosłości też! Poza tym. Nie była żadnym darem. Oczywiście nie protestowała przeciwko temu co padło, bo miała ważniejsze rzeczy do zrobienia jak przedstawienie się i wyprowadzenie goblina z błędu. Przez moment jej odczucia były dwojakie, rozbijała się pomiędzy zachowaniem spokoju a okazania drobnego urażenia w związku z tym, że jedzenie było ważniejsze niż wysłuchanie jej.

Gdy tylko bard wyłonił się zza gobliniego cielska to jej spojrzenie spotkało się z jego sylwetką ledwie na moment. Był tylko bardem, grajkiem w dodatku jakimś niezbyt zadowolonym, mimo życia w takim przepychu. Kamira może tego nie rozważała, ale potrafiłaby wskazać setki możliwych opcji dla których grajek wydawał się niezadowolony. Jedną z opcji na pewno było pojawienie się jej, czyli czarodziejki. A dlaczegóż to miałaby tak sądzić, ktoś mógłby spytać, a bo też potrafiła wydać dobre przedstawienie i rozbawić innych, choć zapewne mało było w tym jej faktycznej intencji, to i sprowadziło się do tego - że to konkurencja na dworze.

Z drugiej strony był tutaj już długo i też wydawał się obyty z tym całym towarzystwem, co czyniło go dosyć cennym źródłem informacji, zapewne dużo lepszym niż Sefu, ale czy bezpieczniejszym? Nie dało się tego ocenić, bo prawda była taka, że Kamira nie mogła tutaj ufać nikomu.

Spodziewała się właśnie tego - rozbawienia i nie potrafiła ukrywać tego, że wątpliwości co do jej osoby niezwykle kalają jej ognistą naturę, była zła, że odebrano ją jako figlarną kuglarkę o wątpliwych zdolnościach magicznych, niżeli za pełnoprawną czarodziejkę jaką się określała. Postawiła kostur na ziemi i zacisnęła mocno na nim jedną rękę. Druga mocniej ścisnęła kapelusz, musiała się rozładować i przypadkiem niczego nie zniszczyć, to był ogromny test siły woli dla Kamiry. Kilka głębszych oddechów - również wyraźnie dostrzegalnych nie umknęłoby niczyjemu spojrzeniu. Brak odpowiedzi od barda i ladacznicy również z jednej strony ją zdenerwował, ich brak odpowiedzi był bardzo wyraźną odpowiedzią, choć sama Kamira dostrzegła w tym i szansę dla siebie – Panie Moxiclawie, jak możesz oczekiwać, że Qlaira słyszała o moich czynach podczas gdy wyraźnie jej skupienie kończy się na złocie którym się okrywa. Pan Queti natomiast na pewno już układa o mnie jakąś pieśń! — Oczywiście, że to, co mówiła, to były totalne bzdury, dla niej idealnie wpasowujące się w absurd sytuacji w jakiej się znalazła. Musiała w końcu próbować jakoś ukryć swoje rozbawienie tym, że Goblin nie potrafił się ruszyć i najlepsza przed nim kryjówka znajdowała się za jego plecami.

– Jak sobie mości życzy, może być Płomyk — Skrzywiła się nieco i odruchowo nadymała policzki gdy dotarł do niej przeraźliwy odór zgnilizny. Cud, że oczy nie wyskoczyły jej przy tym z orbit. Posiłek się rozpoczynał. Świetnie się składało, bo Kamira nie miała jeszcze okazji się dzisiaj posilić. Usiadła w miejscu które akurat było dla niej, gościa, czy po prostu wolne. Gdy zaczęto znosić posiłki, skrzywiła się w ogromnym grymasie i spuściła nieco głowę. Nie miała nic przeciw temu, że goblin dostał mięso i inni którzy jedli też, ale jak zobaczyła miskę z tym straszliwym udźcem jaki przed nią postawiono, posmutniała kropnie. Poczuła się dosłownie tak, jakby ktoś ją kopnął. W pierwszej chwili oczy się jej zaświeciły, jak dostrzegła, że zaczęli przynosić inne rzeczy. Liczyła, że choćby kilka wspaniałych owoców trafi do niej. Bardzo się jednak przeliczyła gdy wszystko trafiło w ręce barda i ladacznic. Przez krótki moment siedziała, nie sięgnąwszy nawet ręką w kierunku półmiska. Spod kapelusza który jeśli przedtem zdjęła, to ponownie wylądował na jej głowie, spoglądała na wszystkich przy stole. Jedzącego goblina, barda, ladacznice. Jako że i tak nie jadła, to przyjrzała się każdej, by na podstawie twarzy i ich walorów posegregować je w swojej głowie. Miało to na celu wyszczególnienie, które są bardziej, a które mniej wredne. – Panie Moxiclavie. Nam ognikom nie wolno pożywiać się mięsem. Szkodzi nam niezwykle. Mogłabym dostać owoce? — Zaczęła, przyglądając się Goblinowi. Prawdopodobnie i tak spoglądał na nią w tej chwili z góry, więc to była jej przewaga, on rządził. – Sięgnęła ręką w stronę przygotowanego dla niej mięsa. Zamknęła oczy i szybko przelała na kość i na surowe mięso nieco swojej wybuchowej mocy. Oczywiście nie zamierzała rozrzucać mięsa po podłodze i pomieszczeniu. – Skusisz się na ten kawałek w moim imieniu, panie Moxiclawie? — Zamierzała mu go podać. Jeśli go zje, to cóż. To tylko mięso. Najwyżej dostanie okropnego wzdęcia po wybuchu, a przynajmniej tak sądziła, bo nigdy przedtem ani kości, ani mięsa nie miała okazji zaklinać, to i również była zaciekawiona tym, co uczyni jej "eksplozja" w środku. A kiedy chciałaby ją zdetonować? Możliwe, że nigdy, albo nawet nim Goblin to zje, by rozbawić wszystkich. No cóż, czas pokaże.

Spoiler:
Spoiler:

Bastion Khudamarkh

11
Qlaira prychnęła, oburzona sugestią Kamiry. Wydawało się, że jest najważniejsza wśród nagich konkubin, gdy siedziała tuż przy goblinie. Kobieta miała śliczne, długie włosy w kolorze złotego blondu i szczupłą, kształtną twarz, jednak wyraz, jaki na nią przybrała, nie działał na korzyść odbioru jej osoby. Pochyliła się do Moxiclava, pilnując, by dobrze wyeksponować walory swojego zgrabnego ciała, i coś mu szepnęła, ale do uszu czarodziejki słowa nie dotarły. Qlaira była najwyraźniej niezadowolona ze słów Kamiry, czyżby starała się działać na jej niekorzyść?

Inaczej sprawa miała się w przypadku barda. Klasnął w dłonie, by zwrócić na siebie uwagę.

- Ogień pustyni, Żar Urk-Hun, na podbój bastionu wyrusza. Choć cienia nie ma, płomienia nie szukaj; nie widać go spod kapelusza. - Zanucił z uśmieszkiem błąkającym się na ustach, wymyślając rymowankę na miejscu. Moxiclav parsknął, pokręcił lekko głową. Mężczyzna odezwał się do Kamiry głosem już mniej śpiewnym, niż gdy błaznował ze słowami, ale wciąż wesołym. - Quetiapin, moja pani, sługa uniżony. - Ukłonił się lekko przed Kamirin, przedstawiając swoje pełne imię. - Jeśli mój pan i władca Moxiclav będzie tak łaskawy i zezwoli na mą śmiałość, zaoferuję miejsce obok siebie, jak również oddam swój półmisek. - Gestem wskazał na owoce, pyszniące się przed nim. Moxiclav wydał z siebie nieokreślony pomruk i machnął ręką, przystając na propozycję barda, choć nie komentując jego przesadzonych słów, zbyt zajęty zapychaniem gęby mięsem, które mu podano. Soki na wpół surowego mięsa spływały po brodzie goblina. Chwilowo miał dość na swoim półmisku, by interesować się zaminowanym kawałkiem Kamirin.

Mlaskając okropnie i krzywiąc się, gdy jedzenie sprawiało ból jego połamanym zębom, Moxiclav odezwał się.

- To, co widzisz, Płomyku: to miejsce, mięso, owoce, nasza gościna i bezpieczeństwo. Z każdym oddechem twój dług wobec mnie rośnie i nie opuścisz bastionu, póki go nie spłacisz. - Uśmiechnął się krzywo. - Od ciebie zależy, jakie usługi mi zaoferujesz. Qlaira będzie twoją przewodniczką.

Kurtyzana nie wyglądała na zadowoloną. Mierzyła Kamirin wzrokiem pełnym niechęci. W tle rozległa się melodia, którą Quetiapin zagrał na flecie. Choć instrument znajdował się tuż przy uchu Kamiry, wbrew logice dźwięk był na tyle cichy i przyjmeny, by nie przeszkadzać w rozmowie. Moxiclav zatrzymał się na chwilę ze swoimi słowami, charknął, westchnął i mówił dalej:

- Na początek chcę widzieć, że będziesz mi oddana. Skoroś taka ognista, dzisiaj w nocy spalisz dom starej Rifaxi i wyplenisz jej pomioty. - Wydał wyrok. - Widzę, że już żeś je spotkała. - Dodał, wskazując na wisiorek, który sprezentowała Kamirze jedna z goblinic na targu. - Do zmroku będziesz moim gościem. Korzystaj z wygód z rosądkiem.

Kamirze nie dano możliwości wyboru. Miała stać się narzedziem w rękach Moxiclava lub przepaść w Bastionie.

Bastion Khudamarkh

12
Kamiry wcale nie zaskoczyło to, że już poznała swojego arcywroga, Qlairę. Trudno się zresztą dziwić, drobna uszczypliwość potrafiła nabrać rumieńców bardzo szybko, w tej chwili nawet i za szybko. To jednak w zupełności świadczyło o charakterze kurtyzany, którym Kamira nie miała zamiaru się przejmować. Była przecież lata świetlne przed nią w swojej pozycji. Można rzec, że właśnie została nadworną czarodziejką, to umiejscawiało ją (w jej własnej opinii) znacznie wyżej niż kurtyzana, która mieszkała tutaj bliżej niesprecyzowany okres czasu.

Czarodziejka znała jedną prawdę, której nikt nie mógł zaprzeczyć - swoją siłę i sławę należało mierzyć względem toczonych rywalizacji. Dlatego właśnie czuła się rywalem każdego swojego wroga, który czarodziejem nie był, jak i każdego czarodzieja, który mógł stanąć jej na drodze, maluczkiego czy nie. Skoro była w stanie nazwać się rywalem wobec tych największych, to czyniła ją potężną, prawda? Gdy bard zdecydował się coś dla niej ułożyć, to klasnęła kilkukrotnie, nie kryjąc na twarzy uśmiechu. Półmiskiem ze swoim mięsiwem się nie przejmowała, skoro Bard zdecydował się podzielić swoim. Kimże by była gdyby odmówiła
– Jestem wdzięczna Quetiapin za twoją szczodrość. Krinn na pewno ci to wynagrodzi, bowiem już wynagradza duchem swojej obecności — Oczywiste było, że odnosiła się tutaj do obecności tych wszystkich bezwstydnych kurtyzan, które gruby Goblin sobie przygruchał. Prawdę mówiąc, spodziewała się, że Quetiapin celuje wyżej niż te uniżone ladacznice obsypane złotem. Dała również temu wyraz w tonie, jaki wykorzystała. Nie omieszkała szybko wybrać sobie co nieco z półmiska z owocami. Pozwolono jej to już pytać się nie zamierzała - brała co chciała i zajadała równie szybko. Po prawdzie nie dotarła do niej myśl, że ktoś jej to zabierze, ale rozumiała doskonale, że głód nie drużba i nie zniknie sam z siebie.
– Przewodniczką w basenie czy w magii? Na czarodziejkę mi nie wygląda — Mówiła z pełnymi ustami, już chyba naturalnie zaczęła lekceważyć uniżoną i wierną Qlairę, choć kto wie. Być może nie zdawała sobie jeszcze z tego sprawy, może kiedyś ją polubi.
– Jak dla mnie w porządku. Zostaje tutaj, dług rośnie. Wszystko gra — Nie miała ochoty się kłócić, ani tym bardziej nie widziała problemów w tym rozumowaniu. Nikt nie określił, że spotka ją coś złego ze względu na rosnący dług, to i mogła go ciągnąć w nieskończoność, choć też należało nieco na to zapracować, by jednak nie był zbyt duży... Ale co to trudnego dla kogoś, kto i tak ma pełno długów? Kolejna rzecz na niespisanej liście, o której najpewniej przyjdzie jej kiedyś zapomnieć.
– Mam dużo lepszy pomysł wielki Moxiclavie. Rifaxi lubi zęby. Dasz zęby. Ja rozrzucę. Pomioty je pozbierają. Pomiotów nie będzie, domostwo niespalone. Moja magia pokaże swoją prawdziwą moc. Będę potrzebowała do tego pomocy kogoś. Może być Qlaira, niech jednak idzie ze mną tak — Wskazała wtedy dłonią na gołą kurtyzanę. Zrobiła to na przekór. Nie widziała problemu w tym, by bezwstydnica chodziła tak po okolicy. Pewnie nawet miała to gdzieś. Rywalizację należało rozpocząć. Dobrze, że mogła zjeść jakiś posiłek, czeka ją dzisiejszego wieczora sporo czarowania. Co do samej magii. Nie potrafiła ukryć podniecenia, bo w końcu skorzysta ze swojej magii tak jak należało i wreszcie odda cześć swojej mocy tak, jak powinna.

– Quetiapinie. Oprowadzisz mnie? — Jak cała uczta zaczęła dobiegać końca, to zdecydowała się skierować słowa właśnie do barda. Z jednej strony brzmiało to trochę jak prośba a z drugiej nie szczędziła sobie "rządzącego" tonu, nie robiła tego umyślnie, bo chciała wyglądać na silną i niezależną, która to pomocy w niczym nie potrzebuje, a jednak dla dobra innych decyduje się z niej skorzystać. Wszyscy chyba wiemy, że prawda była nieco inna. NIm zacznie cokolwiek robić, potrzebowała zrobić wywiad czy naprawdę te głupie gobliny należało stąd wyplenić. Poza tym, poznanie korytarzy siedziby goblińskiego władcy zadawało się być całkowicie sensowną rzeczą w jej przypadku. Może nawet zdarzy się jej natrafić na swój przyszły pokój.
Spoiler:

Bastion Khudamarkh

13
Kurtyzany zerkały w stronę Kamirin, jednak żadna z nich nie odezwała się słowem ani do niej, ani do Moxiclava. Qlaira, opierając się o goblina i smukłą dłonią gładząc jego ramię, ostentacyjnie skupiła swoją uwagę na winogronach. Nie potrzebowała aprobaty czarodziejki.

Reakcja Kamirin sprawiła, że bard odjął flet od ust, a na jego twarzy pojawił się uśmiech, a wraz z nimi urocze dołeczki w policzkach. Jedna z kurtyzan, ciemnowłosa, ciemnoskóra piękność, westchnęła głęboko, bez ukrywania swoich odczuć. Quetiapin najwyraźniej był ulubieńcem nie tylko Moxiclava, ale sam mężczyzna nie zaszczycił kobiety nawet jednym spojrzeniem, gdy jasne oczy skierował ku czarodziejce.

Po raz kolejny, lekko pochylając się w teatralnym geście oddania, Quetiapin zaczął mówić.

- Ogniu pustyni, choć ja, jako uniżony sługa, nie powinienem otwierać mych niemądrych ust, nie mogę nie oddać sprawiedliwości pani Qlairze. Pozostaje mi prosić, byś była tak szczodra, moja pani, i nie oceniała obrazu ledwie po ramie, choć tak pięknej i bogatej. Płótno może ukazać więcej. - Posłużył się metaforą. Wydawało się, że między nim a Qlairą była jakaś nić porozumienia, choć nawet nie zerknął w stronę kurtyzany. Sama zainteresowana również bardziej skupiła się na swoich owocach, aniżeli na słowach barda.

- Tak jak gada. - Przytaknął mu Moxiclav, odrywając się na moment od jedzenia. - Chcesz czy nie, pójdziecie razem. - Burknął, nie pozostawiając wątpliwości, że nie zmieni swojej decyzji. - Jak to zrobisz, zależy od ciebie. Byleby więcej to się po bastionie nie kręciło. - Po raz kolejny machnął dłonią, tracąc zainteresowanie Kamirą. Przeszkadzała mu w posiłku! - I twój dług z dzisiaj będzie spłacony.

Dziewczęta kończyły swoje posiłki i wracały do basenu. Qlaira została przy goblinie, opierając się o jego bok zupełnie, jakby był kolejną poduszką, aniżeli wieloma kilogramami cielska.

Quetiapin zaoferował Kamirze dłoń. Był gotów oprowadzić ją po włościach.

- Pozwól ze mną, moja pani. - Jego ton wciąż był grzeczny, a choć jego postawa przeczyła roli uniżonego sługi, w którą przyjął, nie koliło to w oczy tak, by węszyć podstęp. Najpewniej takie było jego usposobienie.

Bard poprowadził Kamirin przez posiadłość, tłumacząc kolejno, gdzie co się znajduje. Wskazał drzwi komnat, które zajmował Moxiclav, zaraz obok były pokoje dziewcząt, znalazły się też kwatery dla służby. Prowadząc ją dalej, nieco już mniej wystawnymi, mniej ozdobnymi korytarzami, wskazywał kuchnie i inne pomieszczenia, dzięki którym Moxiclav mógł zapewnić sobie wygodę. Doszli niemal do kolejnych drzwi, otwartch w cieple dnia, strzeżonych przez dwóch zbrojnych, gdy Quetiapin pociągnął dziewczynę ku schodom. Nierówne, piaskowcowe stopnie ciągnęły się w górę pod ostrym kątem, zakręcając w kształt ślimaka. Fakt, iż klatka schodowa była wąska na tyle, by nie zmieściły się przy sobie dwie osoby, mógł wskazywać na to, że goblini przywódca nie miał tam dostępu. Zresztą, z pewnością nie byłby w stanie wspiąć się na tak strome schody.

Osiągnąwszy szczyt stopni, Quetiapin i Kamirin dotarli do tarasu, krytego płóciennym daszkiem, przygotowanego tak, by stał się spokojną ostoją, miejscem do wypoczynku. Poduszki na gładkiej terakocie kusiły, by na nich siąść i wypocząć, a przygotowany garniec i półmisek owoców, przykryte płótnem w ochronie przed pyłem pustyni, były przygotowane zdawałoby się, dla nich. Widok ze szczytu wieżyczki zapierał dech w piersiach - pozwalał dostrzec najdalsze zakątki bastionu, całe miasto położone w dolinie, zniżając się ku ścisłemu centrum, a następnie wznosząc aż do muru. Miasto błyszczało w słońcu, gdy promienie odbijały się od szkła i metali, a kolorowe płachty rozwieszone nad domami i ulicami rozwiewały nudę, którą mógł powodować szaro-żółty piaskowiec, z którego zbudowane były niemal wszystkie budynki.

- Kamirin. - Quetiapin odezwał się do czarodziejki po imieniu, porzucając służalczy ton. - Tu nikt nam nie przeszkodzi. Odpocznij. - Puszczając jej dłoń, wskazał na poduszki. - Droga Kamirin, nawet nie myśl o ucieczce. Moxiclav ma oczy i uszy w całym mieście. Zresztą, nie tylko on,- Ostrzegł, wzdychając lekko i kierując spojrzenie w stronę zachodu, zapewne tam, gdzie mieściło się leże gobliniej rywalki Moxiclava. - Całe miasto już wie, że się pojawiłaś. - Na jego twarzy pojawiło się wahanie, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, jednak nie otworzył znów ust.

Bastion Khudamarkh

14
Wyraźnie była zdegustowana Qlarą i tym jaką relacje mogła nawiązać tutaj z Quetapinem. W jakiś sposób potrafili się porozumieć, co wyraźnie nie podobało się czarodziejce. Nie trzeba było być mistrzem percepcji, by zauważyć drobne naburmuszenie się, na twarzy Kamiry gdy bard zaczął mówić o oddaniu sprawiedliwości kurtyzanie i bliższe jej poznanie, przed wystawieniem jakiejkolwiek oceny. Sęk w tym, że czerwonooka nie chciała jej poznawać, ani bliżej, ani dalej, ani wcale. Chyba że po to, by pokazać jej wyraźnie swoją wyższość nad kobietą lekkich obyczajów. Jakkolwiek żałośnie by to nie brzmiało, bo dla każdego szanującego się czarodzieja, byłaby to walka nie tyle, co nie równa, a bardziej taka, na którą szkoda byłoby marnować oddech.

Prawdę mówiąc, Kamira nie do końca pojęła wszelkie drobne detale, o jakich wspomniał jej bard w postaci ładnych i miło brzmiących dla każdego słów. Nie rozumiała, dlaczego mówił to co mówił, bo już miała jakieś swoje zdanie na ten temat i nie za bardzo była skłonna je w tej chwili zmieniać. Ciężko było ukrywać to, że Qlara lepiąca się do goblina wyglądała co najmniej obrzydliwie. Trzeba było z tym coś zrobić, choć ognista czarodziejka nie wiedziała jeszcze co. W tej chwili przyjęła rękę barda (choć swojej mu w przenośni nie oddała) i pozwoliła się oprowadzić po wnętrzu i okolicy pałacu. Ognik była wystarczająco wścibska, by wsadzić nos, do każdego pokoju, jakiego mogła (a jak nie nos, to rondo swojego kapelusza, albo jego czubek), chciała się rozejrzeć na tyle na ile jej chwilowa "więź" z bardem pozwalała. Interesowały ją wszelkie pokoje, począwszy od kuchni, a na pokojach dziewcząt kończąc, sama jeszcze nie wiedziała, czy jakikolwiek pokój jej tutaj przypadnie, a takie rzeczy warto było wiedzieć, zwłaszcza że była teraz biedniejsza niż mysz Sakirowska, a wszystko to przez jedną koszulę. Lecz nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Będzie przynajmniej w czym spać i przynajmniej nie uświadczy przesadnego chłodu, bo tamta i tak jest za duża.

Dostrzegła strzeżone drzwi. Już chciała zapytać co za nimi jest gdy nagle zmienili ścieżkę, którą się kierowali. – Hej, poczekaj. A tam co jest? — Spytała z zaciekawieniem na twarzy. Była w tej chwili niczym ten pies, który ciągnął do krzaka z boku, ale tak naprawdę to zamierzał wracać do domu, bo nie miał ochoty na dalszy spacer, ale bawił się w pozory. Także więc wpierw pociągnęła Barda na tyle na ile mogła, by jednak nie zaciągnął jej na górę - jeszcze. Co prawda siły wiele nie miała, więc najpewniej zwyczajnie pociągnąłby ją dalej, tak o... Choć kto wie.

Dalej miała zamiar iść na górę, tak jak ją prowadził. Wszak chciała zobaczyć każde z miejsc, jakie mógł jej pokazać. Może nawet przy okazji odkryć jakieś tajemnice każdego z tych zakątków, jakich wcześniej nie miała okazji poznać. Szczyt schodów i taras, który się przed nią wyłonił, sprawił, że oczy się jej wręcz zaświeciły, a minę też miała nie tyle zaskoczoną co uśmiechniętą – Jak miło... — Zerknęła ukradkiem na Quetapina i momentalnie odchrząknęła – Znaczy się, odpowiednio jak dla tak ważnej osobistości jak ja. — Przez jej poważniejszą minę dalej jednak przebijał się uśmiech, który mógł być pierwszym, który bił z jej twarzy szczerością od chwili przybycia do bastionu. Nawet z tego miejsca gdy wyglądała na panoramę okolicy, widziała ogrom tego miejsca. Wtedy ogarnął ją jednakowo spokój, ale też pewnego rodzaju przerażenie. Była tutaj tak naprawdę sama, bez jakichś większych perspektyw, bez celu - z długami. Szczerze powiedziawszy, pośród tych wszystkich problemów nie była to najlepsza z pozycji, w jakich mogła być.

Kamirin ściągnęła z głowy swój duży kapelusz, zerkając ukradkiem na Quetapina. W pierwszej chwili zbliżyła się do jednego z krańców, by przyjrzeć się wszystkiemu jeszcze dokładniej. Bastion był zjawiskowy. Z jednej strony wcale nie wyjątkowy, a z drugiej był niczym złota klatka o wyściełanym słomą wnętrzu, do której weszła dobrowolnie, bo przecież poza klatką był tylko piasek... Można to uznać za zabawne, że dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, w jakiej była sytuacji. Uroniła nawet niepowstrzymaną łzę, jedną, albo dwie. Ciężko powiedzieć czy ten widok był tak wzruszający, czy może dotyczyły one czegoś więcej – Dlaczego mnie tutaj przyprowadziłeś? — Szybko przetarła oczy, spoglądając na mężczyznę ponownie. W tej chwili on już zdążył co nieco powiedzieć, gdzie też czarodziejka słuchała go jedynie jednym uchem.

Kilka kroków wystarczyło by przywędrowała do poduszki i usiadła na niej, oddając już całą uwagę mężczyźnie. Nagle jej twarz przybrała znacznie poważniejszy ton, również skrzyżowała ręce na piersiach. – No pewnie, że wiedzą! Zadbałam o to, by wiedzieli, że tutaj jestem. — Mówiła z delikatnym obruszeniem. Ciężko stwierdzić czy zdawała sobie sprawę z tego jak głupie to było od samego początku. – Dlaczego miałabym uciekać? Zrobię, co do mnie należy, jak każdy pustynny ognik, a później po prostu wyjdę, jak będę gotowa. — Mówiła to jednak bez przekonania, bo nie znała czegoś takiego jak stabilność i duży zarobek. Wszystko, co robiła, od zawsze to były próby spłaty wszelkich najróżniejszych długów, w jakie popadła czy to ze swojej winy (głównie swojej) czy tego co była winna innym, choćby rodzinie. – Jestem Kamira, pierwsza, przyszła najwyższa Arcymagini Urk-Hun... — Przerwała, nie mówiła tego jednak pewnym tonem, jaki towarzyszył jej w pierwszej chwili gdy się przedstawiała na dole, przy Moxiclavie. Tutaj brakowało już tej odwagi i pewności, jaką próbowała prezentować tam. – ... Przyszłam tutaj i zaoferowałam swoją magię. Nie mogłabym zrezygnować. To by świadczyło, że jestem nic nie warta, moje słowa też, moja magia też, moje tytuły też, mój klan też... — Z każdym słowem mówiła ciut szybciej, zaciskając jednocześnie mocno dłonie. Zerknęła tam, gdzie on, dla niej był to co prawda przypadkowy punkt w tym bastionie. Na tą chwilę przysięgła zająć się sprawą, a raczej dano jej czas do jutra. Najgorsze było to, że nie miała pomysłu jak rozwiązać sprawę rywalki. To, co powiedziała na dole przy Moxiclavie, było dla niej jedynie zasłoną dymną, by wyjść na twardszą, niż jest naprawdę. W rzeczywistości nie miała zamiaru wysadzać tych wszystkich biednych goblinów. Robiła rzeczy nieprzemyślane, ale mord na stadzie goblinów, bo ktoś tak powiedział? To było złe i nie mogła tego tak rozwiązać. W chwili gdy jednak tak wyglądała pierwsza prośba, zaczynała obawiać się kolejnych.
Spoiler:

Bastion Khudamarkh

15
Kamirin nie dostała odpowiedzi na pytanie, co znajdowało się za uchylonymi drzwiami pilnowanymi przez zbrojnych. Ciężko było określić, czy Quetiapin nie chciał udzielić jej odpowiedzi, czy po prostu uznał, że to, co znajduje się po ich drugiej stronie, nie jest dość ważne, by zaprzątać sobie tym głowę. Bard nalegał, by przeszli dalej, ku szczytowi wieży.

Queti spojrzał na Kamirę z ukosa, gdy ta wciąż poprawiała się i podkreślała swoją wielkość.

- Płomyku, nic tak nie mówi o wielkości, jak czyny. - Zganił ją delikatnie, przypominając, że rzucanie tytułami na prawo i lewo, jak również przechwalanie się swoimi przyszłymi, planowanymi osiągnięciami, do niczego nie prowadzi. Nie zamierzał kłaść się do jej stóp tylko dlatego, że podzieliła się swoim spojrzeniem na własną osobę. Musiała zrobić coś znaczącego, by dowieść swojej wielkości. Zadanie od Moxiclava mogło być szansą.

Z nieodgadnionym wyrazem twarzy, lekko wydętymi ustami i zmarszczonymi brwiami, bard wpatrywał się w dal, jakby rozmyślając.

- Dzisiejszej nocy mogą odmienić się losy bastionu. - Powiedział, powoli cedząc słowa, nie zdradzając, jakie prawdziwe emocje wiąże z tym stwierdzeniem. Ciężko było stwierdzić, czy zauważył łzy Kamirin. Po paru momentach spojrzał na dziewczynę i uśmiechnął się sympatyczniej, zupełnie tak, jak wcześniej w sali Moxiclava. - Chciałbym, żebyś odpoczęła przed bitwą, moja pani. Częstuj się owocami i winem. - Skłonił się lekko, a gestem wskazał przygotowane przekąski. - Nasz pan z pewnością doceniłby służbę kogoś takiego, jak ty. Opłaci się nie tylko w kosztownościach, ale również wygodach.

Quetiapin dotrzymał Kamirze towarzystwa przez resztę popołudnia. Lawirował między tematami błahymi i poważnymi, omijając jednak temat goblinów. Mówił o bastionie, o orkach, starał się zabawić czarodziejkę opowieściami, muzyką i śpiewem. Przez pewien moment Kamirin zaczynała nawet zapominać o bitwie, która miała ją czekać. Zabawę przerwał dźwięk miękkich kroków na schodach, tonący w odgłosach ulicy dobiegających z dołu. Ubrana w ciemny, przylegający do ciała strój, ze związanymi w wysoki kucyk włosami, za to pozbawiona większości biżuterii, Qlaira oparła się o jeden z filarów podtrzymujących daszek.
Spoiler:
- Dość filrtów, Quetiapin. - Upomniała barda ze znudzoną miną, jakby w ogóle nie obchodziło jej, co robi mężczyzna. Przepraszający, zakłopotany uśmiech, który pojawił się na jego ustach zdradzał, że ten czuje się niezręcznie.

- Nakryłaś nas, Qlairo! - Zaśmiał się, kurtuazyjnie zakrywając usta dłonią. - Spójrzcie, moje drogie, jak szybko mija czas w dobrym towarzystwie. Jak mniemam, wszystko zostało przygotowane?

- Oczywiście. - Qlaira parsknęła, wykrzywiając usta. Wymieniła z bardem spojrzenia, jej mina złagodniała w jednej chwili. - Czarodziejka, na dół.

Kurtyzana nie była zbyt uprzejma, gdy wskazała Kamirze schody i zarządziła początek misji. Nim jednak oddaliła się zaraz za Kamirin, nie pohamowała się, by zbliżyć do barda i krótko pocałować go w usta, szepcząc coś na tyle cicho, by nikt poza nim tego nie słyszał. Dłoń Quetiapina przez moment ścisnęła smukłe palce kobiety, po chwili puszczając je jednak i pozwalając jej odejść. Quetiapin został u szczytu wieży, kolor zachodzącego słońca wybornie tańczył w jego ciemnych włosach, malując jego skórę na jeszcze przyjemniejszy, cieplejszy odcień. Uniósł dłoń, by w krótkim geście pożegnać je obie.

Qlaira bardzo nie chciała pokazać po sobie emocji, jednak nie była w ich maskowaniu tak dobra, jak Quetiapin. Głos lekko jej drżał.

- Jaki masz plan? - Zwróciła się nie wiedzieć do kogo, bo nawet nie spojrzała na czarodziejkę, obok nie znajdował się jednak nikt inny, do kogo mogłaby kierować te słowa. Poprowadziła Kamirin przez drzwi wcześniej pilnowane przez gwardzistów, teraz pozbawione jakiejkolwiek straży. Wychodziły prosto na pokrytą kurzem ulicę. Kupcy powoli zbierali swoje stoiska, gdy dziewczęta ruszyły w dół, w stronę centrum miasta.

Wróć do „Wschodnia baronia”