Wielki Pałac

1
Obrazek
"Saran Dun dzieli się na trzy poziomy tworzące pierścienie i otoczone murem..." W najmniejszym z okręgów bije niezdobyte dotąd serce stolicy - Wielki Pałac. " Wzniesiony na twardej o idealnych proporcjach, bez skazy, do bólu skale wystaje ponad Górne i Dolne miasto. Bajkopisarze osadzają w nim swych bohaterów jak i łotrów, którzy usilnie próbują zdetronizować jego najwyższy majestat. Sędziwy pisarczyk, sławetny pośród mieszczańskich dzieci, w jednej z bajek tak opisuję królewską przystań: "Jest to ogromny zamek z jeszcze większymi wieżami, na których powiewają sztandary królewskie – srebrno-złota korona na niebiesko-białej szachownicy. W przypadku Wielkiego Pałacu zrezygnowano z czterech bram, jak w przypadku Dolnego i Górnego Miasta - tu jest tylko jedna, od północnej strony. Wewnątrz tej wisienki, oprócz samego zamku, znajdują się też koszary gwardii królewskiej oraz siedziba Kolegium Czarodziejów w Saran Dun. Ulice tutaj ozdobione są różnego rodzaju krzewami, posągami bohaterów historii, byłych królów i szerokimi fontannami, a wśród nich jedną magiczną, która nie wyrzuca wody, tylko delikatne magiczne światełka w kolorach tęczy. Bajeczny widok, zwłaszcza wieczorami..."

Wojna na wschodzie nie przeszła bez echa. Srogo dała się we znaki koronie. Długousi zawzięcie toczyli bój, mimo militarnej przewagi kerończyków. Zadano poważny cios ludzkości, to też nie decydujący. Siły ludzi rozgromiły wroga, obnażając tragiczną sytuację elfów. Przez kolejne pokolenia cierpią głód i chłód na łasce swego niedawnego wroga. Katastrofa w Fenistei spycha elfy wprost do ludzkich ośrodków miejskich, gdzie nieprzychylne oko pana nie zapomina o uprzykrzaniu im życia. Jedyny wyjątek stanowi Książęca Prowincja, gdzie książę Jakub ochoczo przyjmuję uchodźców. Po wschodniej wojnie, Egon z Dor-Lominu wraca na dziedziczne ziemie, gdzie żmudnie wypełnia wolę zasłużonego koronie ojca, Galdora. Dwuletni kataklizm - zwany przez wieśniaków "wieczną zimą" - odciska piętno na zazwyczaj skąpanej w promieniach słońca południowej prowincji. Zima sprowadza nieurodzaj, wyziębia zwierzynę, przynosi powolną i nieuniknioną śmierć w walce, z którą nie posłuży ostrze nawet najdzielniejszego z synów Galdora.

Mrozy przegnał wiatr, odsłaniając skrytą pod jałowym śniegiem zarazę. Trakty nasiąknęły wodą, pola spustoszyły liczne stawy, w których rozwijają się chmary krwiopijców niosących różnorakie choroby: "czerwona gorączka", "cicha hemoragia", "zimny kaszel" i wiele więcej zabójczych zaraz. Południe Keronu powoli, lecz sukcesywnie, podnosi się z kolan, aż do dziś...

Przybyła sowa ze stolicy. Król informuję szlachtę o akcie agresji, którego dokonali zielonoskórzy w Ujściu. Bestie zajęły miasto, mordując wszystko, co stoi im na drodze. Wyłącznie nielicznych mężczyzn zaciągnięto do niewolniczej pracy, zaś przedstawicielki słabszej płci zmusza się do usług cielesnych. Jego ekscelencja nawołuje do pomsty, co za tym idzie stawienia się pod bramami Ujścia z królewskim sztandarem w dłoni. Ptactwo zalewa Keron, wieści niosą się w przestworzach.

Starszy brat kilka nocy temu opuścił Dor-Lomin. Głowa rodu nakazała zebrać pokaźne siły w Gryfim Forcie, skąd udadzą się prosto do Ujścia. Ty zaś pozostałeś w fortecy z planem dołączenia do bitwy na czele skromniejszego oddziału. Kiedy wszystko było gotowe; konie osiodłane, ostrza przekute, menażki zapełnione, zbroje wypolerowane; rankiem do komnaty ojca - ukradkiem - wlatuje królewski orzeł. Posłużenie się furiackim gońcem, jaki w przestrzeni nie ma sobie równych, zwiastuje sprawę wysokiej rangi.

Stałeś na baczność w izbie ojca, jak niegdyś, gdy przyszło spowiadać się przed jego obliczem za szczeniackie przewinienia. Słysząc skrzyp drzwi, swego czasu idealnie gładkie czoło przyozdabiają wznoszące się, siwe brwi. Sądząc po raptownym geście, jakim było rzucenie na biurko zwijającego się samoczynnie liściku, wieści dostarczone przez gońca wprowadziły burzową aurę, prawdziwe oberwanie chmury. W oczach zaś żal, smutek i niedowierzanie.
- Honor to największa z cnót rycerza – podjął mentorskim tonem – wymaga poszanowania woli króla, albowiem jemu jesteśmy oddani aż po dzień sądu lub gdy zwolni nas z posługi.
Ściągnięta w pięść dłoń powoli rozwija się, niczym budzony porannym słońcem tulipan. A kiedy płatki korony folgują na wietrze, jeden z nich – serdeczny – ochoczo wskazuje na trącony ledwie co liścik. – Dokonano zamachu na życie Pana – wycedził chłodno przez zaciśnięte zęby – młody Tom Crestland, były gwardzista królewski, próbował obalić monarchę. Fortunnie nie poszczęściło mu się, synu. Mój przyjaciel pisze, że w stolicy dzieją się niespotykane dotąd rzeczy. Mała rada – organ doradczy króla – dwóch jej członków nie żyje, zaś winny tego jest hrabia Aravath D’arzul. Dziwnym trafem stary kompan ubiegł oskarżycieli, tłumacząc całe zajście... Zważając na sytuację Keronu i mobilizację w Ujściu, do przewidzenia było, że czyjeś plebejskie łapska spróbują ściągnąć złotą koronę. Ważne, że wróg ujawnił się poprzez działania, jest coraz mniej pobłażliwy.
Ojciec odchylił głowę do tyłu, zapierając dłońmi o wykończenia fotela. Kilka kręgów strzeliło teatralnie, lecz nie to było powodem do smutków. – Wysłałem Cię na wschód, gdzie zmężniałeś. Byłeś dzieciuchem, wojna i zima w Keronie solidnie dały Ci w kość. – Zaśmiał się cicho, lecz stanowczy śmiech wartko przeradza się w wyczerpujący kaszel. - Twój brat jest w drodze do Ujścia, Ty nie pojedziesz. Musisz udać się do stolicy. Król potrzebuje oddanych sojuszników. Z mojego polecenia wstąpisz do gwardii królewskiej, skąd doglądać będziesz sytuacji, by troszczyć się o żywot króla Aidana. Nie zamierzam polemizować nad tym, co Cię czeka, lecz wiedz, że wojna w Wielkim Pałacu to najgorsze ze starć na jakie mogę Cię wysłać. Wiesz dlaczego? – zapytał z przekąsem – Bo biorą w niej udział żony i eunuchy, pozbawione honoru gady. Już u bram usłyszysz przecudny śpiew łgarzy i nie daj się zwieść. Ten list nie wyszedł z kancelarii króla. Napisał go mój przyjaciel, szanowany erudyta, profesor Uniwersytetu w Saran Dun – Euron Vycell. Niewielu pozostało prawych mężów, zupełnie jakby wszystkim zmącono umysł złotem oraz przywilejami. Pamiętaj o tym, nie ufaj więc nikomu poza Euronem. Przekaż mu to pióro – znikąd na biurku zabłysło urokliwe pióro gęsi – stara pamiątka, którą dostałem…
Przestroga, opowieści i nauki ojca były bezcennym darem przed wyprawą do stolicy. Wyprawą na nieznane dotąd Egonowi wody.
_________________________________

***

__________________________________________________________________________________

***

_________________________________
Stolica – Wielki Pałac

Siedem nocy minęło od dnia, kiedy młodszy syn Galdora z Dor-Lominu, Egon został przyjęty do gwardii królewskiej i jako młodszy chorąży czuwa nad protekcją jego promienistości. Ojciec nie omieszkał zadbać o bezpieczeństwo liczącego już dwadzieścia siedem wiosen mężczyzny. W tym celu wraz z Egonem do stolicy przybyło dwóch innych, oddanych zbrojnych. Rycerze zrodzeni w Dor-Lomin, gotowi pomóc dziedzicowi Galdora za wszelką cenę. W żadnym razie nie przyjęci do gwardii królewskiej, nad którą - po nikczemnym akcie zdrady Toma Crestlanda – pieczę trzyma najstarszy, a raczej podstarzały, członek gwardii - Sir Allen Moch. Osoba nieprzychylna Egonowi, w dobie zamachów nad wyraz podejrzliwa i skora do imaginacji spisków. Jako przełożony niechętny był do przyjęcia dziedzica Dor-Lominu w szeregi gwardii królewskiej, lecz jego opór wartko stłumił druh Galdora, sam król Aidan.

Niewiele przynoszą pierwsze dni w Wielkim Pałacu. Chociaż cały zamek huczy od plotek i pomówień, Egon rzadko opuszcza kwatery gwardii królewskiej. Przełożonemu najwyraźniej zależy na odcięciu dziedzica Galdora od salonów, mimo że został młodszym chorążym i stoi ponad innymi gwardzistami – niestety wciąż odpowiada przed Mochem. Pobyt w koszarach ma jednak swoje plusy. Inni gwardziści plotkują na temat obecnych wydarzeń i sytuacji w stolicy, jak i całym Keronie. Lud jest niezadowolony z faktu, iż po zimie, kiedy panuje głód i nieurodzaj, król mobilizuje siły, ażeby odbić Ujście zamiast poprawiać sytuację najuboższych. Mówi się także o śmierci dwóch członków małej rady oraz dziwnym zachowaniu królowej Edwiny z rodu Crestlandów, której ubogacony biust miałby zwiastować potomka, o którego tak usilnie walczy z królem. Mężowie żartują z problemu władcy, niemogącego unasiennić pięknej oraz młodej, niecieszącej się zbytnio sympatią wśród służby pałacowej królowej. Soczyste i niezmącone komentarze o desperacji niezaspokojonej kobiety sączą się z ust towarzyszy. Nie brakuje sprośnych dowcipów, lecz błogi stan szybko ugina się pod naporem rozkazów przyniesionych przez młodszego gwardzistę. Zgraja rozchodzi się do dormitoriów, tak jak i Egon, którego służba w wielkim pałacu rozpoczyna się skoro świt. Coś ulega zmianie w podziale obowiązków, lecz najważniejsze, iż dziedzic Dor-Lominu zbliża się do króla.

Noc jak z bicza strzelił, po opuszczeniu powiek należało je ponownie wznieść. Rytm dobowy różni się od tego w Dor-Lomin. Korytarze oświetlają drobne świece, rozstawione rzadko, byleby doprowadzić gwardzistę do jadalni lub na zewnątrz. Zdaje się, iż ciemnowłosy mąż z południa dotarłby do kuchni po ciemku, gdyż zapachy niosące się pośród kamiennych ścian, były idealnym tropem. Na stole czekał na niego talerz z bochenkiem ciepłego chleba, kubek śmietany i plastry mięsa z wczorajszej kolacji. Nim zdążył usiąść do pomieszczenia wkroczyła niezgrabnie dziewka. Młoda, lekko umorusana z rudymi włosami spiętymi chustą.
- Wybacz, panie – pochyliła głowę – nie przywykłam wstawać przed świtem. Jestem tu pierwszy raz. Dołożę paniczowi do śniadania ciepłego gulaszu i opuszczam kwaterę.
Dziewka najwyraźniej przestraszyła się. Być może panujące tu zasady nakazywały przygotować posiłek dostatecznie wcześnie, dalej nie przeszkadzając gwardzistom w spożyciu. Tak czy inaczej, półmisek wylądował przed Egonem wzbogacony o ciepły uśmiech dziewczyny. Było ciemno, do piania koguta jeszcze daleko, lecz poranna służba – w rzeczywistości wczesnonocna – wymagała stawiania się w pałacu o określonej porze.
Ostatnio zmieniony 14 kwie 2017, 14:14 przez Callisto, łącznie zmieniany 1 raz.
.
.
Obrazek

.
.
.

Re: Wielki Pałac

2
Świt przyszedł wcześniej, niż można by się tego po nim spodziewać. Właściwie, to nawet ciężko było nazywać świtem porę, w której niebo na wschodzie dopiero delikatnie zaróżowiało się, jakby i ono niechętnie podnosiło się do swoich codziennych obowiązków.

Niemniej Egon nie miał problemów ze wstaniem. Ostatni tydzień był nużąco stagnacyjny. Nie przydzielono mu żadnych ważniejszych obowiązków, rzadko pozwalano na opuszczenie koszar. Miał, jak usłyszał z ust starego Allena, trwać w gotowości i czekać na rozkazy. Przeszło mu wtedy przez myśl, że dawno już nie słyszał rozkazu wypowiadanego z taką pogardą. Nie znał powodów, dla których przełożony żywił do niego wręcz namacalną niechęć, ale i specjalnie go one nie interesowały. Jeżeli przez te wszystkie lata nauczył się czegoś o polityce, to był to fakt, że ludzie czasem nienawidzą innych ludzi, lub nieludzi, po prostu za to, że są. Być może właśnie tak było w tym konkretnym przypadku.

Dlatego ostatnie siedem dni upłynęły mu na słuchaniu pałacowych plotek i informacji z kraju, naprzemiennie z treningami na placu ćwiczebnym. Kopia, miecz i tarcza, topór i tarcza, czasem zapasy. Był to drugi, po rozmowach, sposób poznania swoich współtowarzyszy. Nie miał wątpliwości, że, podobnie jak on, nie pokazywali mu wszystkich umiejętności. Zdradza Crestlanda dobitnie udowadniała, że nigdy nie wiadomo, przeciwko komu przyjdzie nam stanąć.

No właśnie. Tom Crestland. Wieść o jego zamachu na króla sprawiła, że kilka nocy w Dor-Lominie i niemal cała podróż do stolicy upłynęła mu na rozważaniach o tym incydencie. Znał Toma, tak jak znał większość członków wielkich rodów z królestwa, czyli pobieżnie. Spotkali się na paru turniejach i ucztach, kilka razy zamienili pewnie nawet słowo, ale na tym ich kontakty się kończyły. Zresztą - ostatni raz Egon widział go jeszcze przed wyjazdem na Wschód, czyli kilka lat temu. Od tamtej pory wiele mogło się zmienić, jednak co mogło skłonić młodego, ambitnego mężczyznę do takiego kroku, tego syn Galdora nie wiedział. A nawet, gdyby chciał się tego dowiedzieć, Moch skutecznie mu to utrudniał. Aż do tej pory.

Dlatego też, gdy tylko przyszła pora, ochoczo wstał z łóżka, przemył twarz w misce wody i zabrał się za ubieranie. Najpierw nogawice, koszula, buty i watowany kubrak. Następnie ściągnął ze stojaka sięgającą połowy ud kolczugę i wciągnął plecionkę na grzbiet, aby za chwilę przykryć ją tuniką. Całość dopełnił pas z mieczem i sztyletem. Tak wyszykowany opuścił komnaty.

Droga do jadalni, choć wiodła przez przeważające wszędzie ciemności, była łatwa, a zapach świeżego chleba czuć było z daleka. Szybkim krokiem, podzwaniając okuciami pasa i kolczugą, przemierzył kilka korytarzy, aż trafił do celu. Prosty, ale syty posiłek, w sam raz na długi dzień służby, już na niego czekał. Ledwie zdążył zbliżyć się do stołu, gdy jakaś służka, weszła do sali i zaczęła się tłumaczyć. Niemal zapomniał, jak to jest. W domu służba znała jego luźne podejście do protokołów i form, toteż szybko przywykli, że drobne błędy i dociągnięcia nie tylko nie zostaną przez niego wypomniane, ale w ogóle dostrzeżone. Teraz jednak był w stolicy, tu wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. A im bliżej było królewskich komnat, tym bardziej tego przestrzegano. Tłumaczenie dziewki, że nie przywykła do wstawania i była tu pierwszy raz, prawdopodobnie niewiele by jej dało, gdyby trafiła na królewskiego gościa lub wysoko postawionego urzędnika. Egon, na szczęście, nie był żadnym z nich.

- Nie przejmuj się, dziewczyno, nic się nie stało. I poczekaj, nie spiesz się. Usiądź. Dzień jest długi, jeszcze się napracujesz. - Sięgnął po nóż, odkroił pół bochenka i przesunął do połowy stołu talerz z jedzeniem. Wymownie wskazał jej zydel naprzeciwko siebie. - Częstuj się. Nie lubię jeść zbyt dużo o tak wczesnej godzinie. Cały dzień jestem potem ospały i niemrawy. Możesz zjeść też gulasz, jest tego wystarczająco dla nas dwoje.

Miło było po tylu dniach odezwać się do kogoś płci przeciwnej. Posługujący w koszarach czy stajniach byli w większości mężczyznami, kobiety spotykało się z rzadka i to ledwie na mgnienie oka, dlatego postanowił wykorzystać sytuację i zamienić parę zdań. O ile dziewczyna nie wystraszy się i nie czmychnie.

- Jak cię zwą? Skąd tu przybyłaś, albo co robiłaś wcześniej? - postanowił zapytać.

Re: Wielki Pałac

3
Rudowłosa dziewka ochoczo sięgnęła po półmisek z gorącą strawą. Dłoń odruchem bezwarunkowym zagięła kościste palce na brzegu misy, kolejno przyciągając ją bliżej, jakoby ktoś lub coś mogło ją odbić. Dopiero chwila ciszy, a także wymowne spojrzenie mogły naprowadzić jasnooką na niestosowne zachowanie, którym się właśnie okazała. Speszona, wypłoszona świadomie pochyla rudą łepetynę, wznosząc wielkie oczyska spode łba. Z misą na wyłączność powraca stosowne zachowanie, jakoby wszelakie zagrożenie prysło. Dziwne mechanizmy, dzikie i nieludzkie.

Z drewnianej łychy upłynęło nieco parującego gulaszu, tym samym barwiąc brązem policzki cherlawej kobitki. Zajadając się nim na łapu capu, zachowywała względną - nie dla szlachty, lecz mieszczaństwa - etykietę. Świeży członek gwardii przedstawił się należycie, lecz jego historia wiązała się z obustronną wymianą informacji, na którą być może nie miała ochoty. Ślepo przyjęty podarek, jak i również ciepłe nastawienie zobligowały dziewkę do uchylenia rąbka - może nieco więcej - tajemnicy.

- Nazywam się - przełknęła niechlujnie mielony kawał mięsa - Maria. Jestem tu od niedawna, Panie. Moja ciotka jest służką królowej Edwiny i po katastrofie w Ujściu znalazła mi schronienie, za co jestem jej dozgonnie wdzięczna. Pochodzę z Oros, jak i moja familia, lecz zwiedziłam pół światka. Moja matula była cyrkowcem. Ja też jestem. - dodała radośnie, jakoby był to powód do dumy - Jeździliśmy wszędzie. Fajna sprawa, mój panie. Wspinaczka, spacer po linie, żonglerka, pantomima i wiele więcej, tęsknię za tym. - Dziewczyna nabrała gulaszu w usta - Nie myśl, że jestem niewdzięczna. To, to nie, nic z tych rzeczy, panie. Nie wiodło nam się dobrze przez zimę. Ludziska głodowały - dalej głodują - wiec kto z chłopów by o rozrywce myślał. W Ujściu najmowaliśmy się do różnorakich prac, do czasu... - Ty razem nie następcza porcja strawy zatkała kobiecie usta, to też trwoga, jaka spadła na nią. A dostrzec mógł to po oczach, tych dużych jasnych oczach. - Zielonoskórzy najechali, plądrując miasto. I jestem, udało mi się czmychnąć. Niestety, tylko mi...
.
.
Obrazek

.
.
.

Re: Wielki Pałac

4
Egon jadł, rwąc palcami kawałki chleba, i słuchał. Słuchał i obserwował. Dziewczyna stanowiła wybitny wręcz przykład osoby z gminu, w której onieśmielenie przebywania z kimś wyższego stanu przeplata się z prostolinijnością. Wiedział już, że zdarzało jej się głodować. Dostrzegł to w łapczywości, z jaką sięgnęła po ofiarowane jej jedzenie, a także w sposobie, w jaki je pochłaniała. Widywał już podobne gesty i odruchy u mieszkańców niektórych wsi, którym ojciec wydawał zimą zapasy z zamkowych spiżarni, by ci nie poginęli z głodu. Nie po raz pierwszy rycerz dziękował w duchu Sakirowi, że urodził się w tej, nie innej rodzinie.

Z frywolnej akrobatki z południa królestwa, do pałacowych komnat w jego stolicy. Długa, niebezpieczna, niewiarygodna droga. A jednak, jeśli panna nie kłamała, udało jej się ją przebyć. Mogła mieć w sobie więcej hartu ducha, niż wydawało się na pierwszy rzut oka. Prawdopodobnie sądziła, że właśnie trafiła do ziemi obiecanej, raju na ziemi, bezpiecznej przystaniu pośród oceanu niebezpieczeństw. Nie chciał jej wyprowadzać z błędu, szczególnie kiedy zobaczył w jej oczach strach na wspomnienie wydarzeń z Ujścia, dlatego większość czasu kiwał tylko głową, uśmiechając się przyjaźnie, zachęcając tym samym do mówienia. Trochę ciekawiło go, jak udało jej się uciec z zaatakowanego miasta, ale ostatecznie odłożył ten temat. Być może na inny dzień.

Postanowił, że trzeba się zbierać. Wiedział, że ma jeszcze trochę czasu, ale ojciec zawsze mawiał, że na bitwę lepiej przybyć pierwszym, niż się spóźnić, a cóż innego czekało go tam, w miejscu, które najłagodniej można było określić siedliskiem żmij? Dopił śmietanę, przetarł usta kawałkiem lnianego płótna i skinął głową dziewce.

- Jesteś bardzo dzielną kobietą, Mario. Muszę już iść, ale życzę ci wszystkiego dobrego. Może jeszcze będzie dane nam się spotkać. Bywaj.

Skłonił się przed nią, prawie jakby była damą wysokiego stanu, po czym wyszedł, dając się pochłonąć mrocznym trzewiom pałacu, rozświetlanym gdzieniegdzie przez wiszące na ścianach płomienie pochodni.

Szedł pewnie, zdążył w pewnym stopniu poznać pałacowe zakamarki. Im bliżej był celu, tym mocniej biło jego serce. Nareszcie, po tygodniu upokarzającej bezczynności, miał zacząć wypełniać swoje obowiązki. I przysiągł, tak ojcu jak i sobie, że wywiąże się z nich najlepiej, jak potrafi.

Re: Wielki Pałac

5
Legendy o stolicy niosą się przez osady od północy po południe kraju. Od wschodu słońca, aż po jego kres w wodach Nieumarłych. Niżej urodzeni nie baczą na formę przekazu, który idzie im komunikować reszcie. Mieszczanie, chłopi oraz reszta pospólstwa zza złotego miasta bez gródek powie ci, że "stolica trąci łajnem". Ogrom wyniesiony pracą uniżonych tonie w gównie, a ich smród niesie się na pobliskie trakty i przytułki. Fetor to utrapienie wielkich miast, lecz stolica bije swoich braci i siostry w przedbiegach. O tym mógł przekonać się opuszczający koszary Egon. Sięgnięcie za klamkę zdawało się roztropnym posunięciem, gdy fala odoru z ulicy wgryzła się w wrażliwą strukturę nieprzyozdobionego wąsem nosa. Siarczysta woń, która wdraża się do głowy. Teraz zdaje się, że zima nie była takim piekłem. Przynajmniej nie śmierdziało.

Brukowany plac zdawał się czerpać radość z kłębiącej się w porannej mgle ciszy. Żadnych krzyków, zwad i rozpaczy obsztorcowanych służek. Dzień jeszcze nie wstał na nogi, bo jego siostra noc postanowiła utrzymać mrok na nieboskłonie. Egon miał po raz pierwszy posłużyć w królewskim pałacu, lecz podczas tejże spokojnej drogi, jego uwagę przykuła mknąca pośród cieni dusza. Skryta w mroku istota, zgrabnie grała pośród przyjaciół. Ciemność była jej nieodłącznym towarzyszem, ledwie chwilka i umknęłaby sprawnemu oku gwardzisty. Fortunnie owinięty dookoła łepetyny szal osunął się nieznacznie, przez co falując na wietrze zdradził położenie istoty. Nim zdołał zamknąć powieki, cherlawa postawą osóbka przepadła. Jakoby zapadła się pod ziemię, po której stąpała. Czmychnęła w bujne choinki, odleciała lub wsiąkła w wąskie uliczki między kolejnymi budynkami wielkiego kompleksu pałacowego.
.
.
Obrazek

.
.
.

Re: Wielki Pałac

6
Ciche brzęczenie kolczugi i okuć pasa rozchodziło się echem po korytarzach pałacu, wraz z każdym krokiem Egona, który tłumił ziewnięcie za ziewnięciem. Przeszło mu dopiero w chwili, kiedy otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz, a charakterystyczny fetor wielkiego miasta uderzy go w twarz niczym dobrze wyprowadzony cios. Przystanął na chwilę, wbrew sobie odetchnął kilka razy i dopiero ruszył dalej.

Już jako dziecko nasłuchał się opowieści o przeraźliwym smrodzie Saran Dun. Problem, który można było rozwiązać za pomocą sprawnego systemu kanalizacyjnego, tak jak miało to miejsce w siedzibie rodowej jego ojca, z niewiadomych przyczyn wciąż pozostawał nierozwiązany. Jedni mówili, że rajcy miejscy, odpowiedzialni za gospodarkę przestrzenną, defraudowali na potęgę pieniądze przeznaczone do tych celów i dlatego nieustannie odkładano budowę systemu nawadniającego. Inni, że ludzie po prostu przywykli do odoru i szkoda było wywalać złoto na tego typu zbędne frykasy. Prawda pozostawała niewiadomą.

Egon nie narzekał, bowiem bywał w miejscach, gdzie śmierdziało znacznie gorzej. Lazarety chociażby, gdzie gęsty smród fekaliów i krwi zdaje się wręcz osadzać na ubraniach i skórze. Albo pola bitew, tak mniej więcej trzy, może cztery dni po skończeniu walk, gdzie kruki i wilki ucztują w najlepsze. Tam doznania zapachowe dosłownie zapierają dech.

Przerwał rozważania, gdy kątem oka wyłowił ruch. Początkowo wydawało mu się, że wzrok zwyczajnie płata mu figle, ale łopoczący fragment rozwiniętego szala rozwiał wątpliwości. A przynajmniej na chwilę, bo w oka mgnieniu postać zniknęła. Rozejrzał się, ale dookoła wciąż panowała noc. Położył dłoń na rękojeści sztyletu i ruszył w kierunku, gdzie przed chwilą dostrzegł ruch. Ostrożnie, krok za krokiem.

Z wielu bowiem rzecz Egon słynął i wiele można było o nim powiedzieć. Ale nikt nigdy nie nazwał go rozsądnym.

Re: Wielki Pałac

7
Zakapturzona postać biegle przemieszczała się między cieniami najbogatszej ze sfer. Ten chód zdawał się tańcem, był taki filigranowy. Delikatnie i z gracją ciało balansowało pomiędzy ciężarem lewej oraz prawej stopy. Wprawne oko mistrza bez większego trudu określiłoby pochodzenie tegoż zbiega. Czy Egon - ówczesny gwardzista króla Aidana - dostatecznie zatopił się w sferach mieszkańców Sran Dun, by orzec przynależność na podstawie stawianych kroków? Najwyraźniej nie, bowiem roztropnie podjął próbę szpiegowania uciekiniera.

Zgrubiałe paliczki wiszą na rękojeści ostrego jak brzytwa sztyletu. Ruchy w zbroi nie oddają pełni świadomości ciała, a co za tym idzie, krępują i utrudniają translokację. Cieniem by nie został. To, to nie. Nienagannie wypolerowane płaty ochoczo odbijają resztki świateł z alejek Wielkiego Pałacu, zdradzając położenie mężczyzny.

Zagłębił się w wąskiej alejce. Ta zaś pękała na dwie bliźniacze o podobnych kształtach. Nie zmienione przez czas, nie wzruszone na potrzebę Egona. Żadnych podpowiedzi, którędy mogłaby czmychnąć zakapturzona istota. Wnet mąż oparł się o mur i zaklął pod nosem. Chciał splunąć na bruk, w tymże celu siarczyście zaciąga nosem, ażeby wyrwać osiadłe głęboko gile. Ten grubiański - według szlachty - zwyczaj pozwala na skosztowanie jeszcze raz smrodu Saran Dun. Odwieczny towarzysz stolicy. Dzisiejszej nocy zmieniony, bo splugawiony nutą róż. Słodki zapaszek rozlega się w nozdrzach mężczyzny, niczym dzikie bydło gonione na pole. Kompozyt różanych perfum oraz mieszczańskich szczyn zdał się wskazówką na wagę złota. Bo cóż innego pozostało?

Skalana przyjemną wonią alejka nie była nad wyraz długa i kręta, jak miało to miejsce dotychczas. Szybko ugięła się przed bardziej krępymi obiektami, takimi jak: ogródki, skrzyżowania kilku uliczek, czy też placyki. Na jednym z nich Egon ujrzał tropiony obiekt. Spowity togą cienia nie wyróżniał się na tle mrocznych ścian. Dopiero przybycie pod oświetlone wrota jednego z piętrowych domostw ujawniło położenie. Osóbka zapukała w drzwi, z których po otwarciu wyskoczył postawny mężczyzna zaopatrzony w śmiercionośny półtoraręczny siekacz. Co galopem ukłonił się, wprowadzając gościa do środka. Z daleka było widać, iż zależy im na dyskrecji. Nerwowe rozglądanie się dookoła, przesadzone gesty, zdenerwowanie. Jednakże nim drzwi klapnęły po raz ostatni spod kaptura wyłoniły się długie, skręcone na wietrze kępy blondu. Czyżby to ona we własnej osobie zawitała potajemnie w tym szachrajskim domostwie?

Światła na parterze pogaszono, od początku nie paliło się nic poza jedną maleńką świecą, która w ten czas zmieniała położenie. Jakoby ktoś oprowadzał gościa. W jednej chwili była, potem znikała za ścianą. Egon obserwował wszystko z daleka przez odsłonięte okiennice. Wtedy dostrzegł, jak na piętrze budzą się płomienie. Kilka intensywnych ogników, jakoby z lamp nasączonych naftą. Spektakl trwał zaledwie kilka sekund, bowiem ktoś żwawo zasunął zasłonę.

W mroku alejek, gdzieś na rozdrożu przed placem domostw wyższego kompleksu, spowiła się tajemnica. Erudyci powiadają, że ciekawość jest pierwszym krokiem w czeluści Usala. Z drugiej strony tropiona persona przybyła z zamku, Egon zaś przyrzekł chronić majestat króla przed złem wszelkiego rodzaju. Cóż poczynić miał szlachetnie urodzony mąż? Rozłupać drzwi od parteru, by taranem infiltrować działania na piętrze? Wszakże tak byłoby najłatwiej. Mimo wszystko nie znał wroga, a ujawnienie się mogło przynieść katastrofalne skutki. Wykończenie piętrowego gmachu pozostawiało wiele do życzenia. Liczne skałki odstawały w bliżej nieregularnych relacjach, kreując ścianę wspinaczkową samobójców. Tylko wprawny fach mistrz byłby w stanie wspiąć się pod okiennice na piętrze. Inni mogliby próbować, lecz upadek z takiej wysokości... Lepiej, aby nie próbowali.
.
.
Obrazek

.
.
.

Re: Wielki Pałac

8
Egon miał w życiu wiele szczęścia. Po pierwsze, urodził się w jednej z najbogatszych i najbardziej wpływowych rodzin w królestwie. Nigdy niczego mu nie brakowało, odebrał stosowną edukację. Brał tez udział w wielu pojedynkach, paru potyczkach, kilku większych bitwach, a jednak wciąż żył, ba, wciąż miał wszystkie członki, a wszystko to okupił kilkoma bliznami. Tak, Egon uważał, że ma szczęście i wielokrotnie dziękował za nie Sakirowi.

Nie inaczej było teraz. Gdy już wydawało się, że tajemnicza postać zniknęła, ledwie wyczuwalny zapach róż wskazał mu drogę lepiej, niż jakikolwiek drogowskaz. W myślach odmówił krótką modlitwę dziękczynną i ruszył za kwiecistym tropem.

Potem poszło w miarę szybko. Tropiona postać zatrzymała się przy jednym z domostw, zapukała i, po konfrontacji z jakimś drabem, wskoczyła do środka. Krótki, świetlisty spektakl sugerował, że obie postacie przemieszczają się po domostwie, aż w końcu zatrzymały się na piętrze, gdzie finalnie opadła kurtyna w postaci zasłony, kończąc widowisko.

Rycerz cichcem zbliżył się do budynku. Był w rozterce, zastanawiał się, co począć. Wiedział, że najlepiej byłoby wrócić po jakieś wsparcie, ale do tej pory konspiratorzy - o ile w ogóle nimi byli - mogli się rozejść. Próba samotnej inwigilacji też nie napawała optymizmem, aczkolwiek zdawała się być jedynym sensownym rozwiązaniem.

Podszedł do najbliższej ściany. Na pierwszy rzut oka zauważył, że budynek postawiono niechlujnie i byle jak, bowiem pojedyncze kamienie wystawały ze ściany tu i ówdzie. Egon na próbę złapał jedną z takich wypustek nad głową, z kolei na jednej z niższych usytuował stopę. Podciągnął się, przez chwilę zawisł w powietrzu, a potem natychmiast wrócił na brukowany chodnik.

- Szczęście szczęściem, ale bez przesady - mruknął pod nosem.

Nie miał nic do wspinaczek, wręcz przeciwnie, bardzo lubił góry. Ale nie uważał, żeby jego dzisiejszy ekwipunek nadawał się do takich manewrów. Postawił na inny wariant. Bardziej w swoim stylu.

Stanął przy drzwiach, odetchnął dwa razy głęboko, a następnie, także dwukrotnie, zapukał w drzwi, po czym odskoczył w lewo i przykleił się do ściany. Gdy - jeśli - otworzą się drzwi, zamierza zaatakować. Jeżeli odźwierny wychyli się i spojrzy najpierw w jego kierunku, obleczona w kolczą plecionkę dłoń zada cios w nasadę nosa, wzmocniony dodatkowo skrętem bioder i pełnym ruchem barku. Jeżeli jednak wzrok otwierającego padnie w przeciwnym kierunku, uderzenie głowicą sztyletu spadnie prosto na potylicę, celem ogłuszenia jegomościa. Jeżeli akcja się uda, postara się przesunąć ciało za róg, żeby nikt nie wypatrzył go w szarości nadchodzącego poranka, a następnie wejdzie do środka, starając się bezszelestnie zinfiltrować budynek. Jeżeli jeden cios nie wystarczy, Egon natychmiast wyruszy z następnymi, aby w miarę cicho i sprawnie obezwładnić przeciwnika, chociażby poprzez założenie mu dźwigni i odcięcie dopływu powietrza.

Miał dziwne poczucie, że ojciec nie byłby z niego dumny.

Re: Wielki Pałac

9
Uczynić kogoś bezsilnym bądź niezdolnym do działania nie jest łatwo. Mistrzowie tej sztuki rozmyli się po kraju, kreując bliżej nieznane odmiany stylów walki. Wpływy społeczne, kulturowe sprawiły, iż w Keronie idzie rozpoznać zbira po ruchach towarzyszących mu w boju. W bójce, bowiem ten typ zwady bazuje na połączeniu chwytów i rzutów mających zastosowanie obronne. Uwzględnia się w niej akcje rękami, nogami lub innymi częściami ciała. Chwyty te są odpowiednio dostosowane nie tylko do różnych rodzajów ataku, lecz także do warunków walki z przeciwnikiem silniejszym lub uzbrojonym.

Otwarty bój z kolosem, którego ujrzał Egon w drzwiach mógłby zakończyć się krwawicą szlachetnie urodzonego na bruku. Nie ujmując zdolnością a także sprytowi szatyna, gigant zmiażdżyłby go jedną ręką. Element zaskoczenia mógł jednak przechylić szalę zwycięstwa.

"Duży jak brzoza, a głupi jak koza" - powiadają prostaczki, gdy młodzik rośnie na tęgiego dryblasa. Nawet ojcowie zapędzają ich do fizycznej katuszy, bo do niczego innego się nie nadają. Tak oto stereotypy ważą losy młodych chłopców.

Puk, puk - zastukał Egon, ochoczo wyczekując reakcji. Za drzwiami zabrzęczała ciężka kolczuga, ktoś nadchodził. Silnym odruchem pchnął wrota, wyłaniając się poza obszar domostwa. Fartem tępy ryj usytuowano z dala od Egona, co w konsekwencji pchnęło go do sięgnięcia po sztylet. Duża wszechstronność i łatwość użycia pozwoliła na sforsowanie stanu świadomości giganta. Kolos padł, niczym ścinane drzewo. Pozostało go ukryć i wkroczyć do wnętrza, skąd przybył.

Na parterze było ciemno. Powalony mąż nie posiadał przy sobie żadnej świecy lub innego źródła ognia. Egon niewiele dostrzegł w mroku salonu. Widział co najwyżej kontury, a to pozwalało na powierzchowną analizę. Duży, przytulny salon - w nim się znalazł. Z sufitu dobiegały znikome świetliki płonących świec korytarzu na piętrze. Oświetlały górną partię schodów oraz dołączoną do nich barierkę.
.
.
Obrazek

.
.
.

Re: Wielki Pałac

10
Adrenalina buzowała w żyłach Egona, wywołując znajome dreszcze. Kiedyś, jeszcze jako dziecko, nie przepadał za tym uczuciem. Teraz, po latach giermkowania, po licznych przygodach i potyczkach, w kącikach jego ust pojawiał się tylko krzywy uśmiech, zaś ciało, w tym zmysły, pracowały na najwyższych obrotach. Co oczywiście nie zmieniało faktu, że w pomieszczeniu panowały piekielne mroki i rycerz musiał ostrożnie stawiać krok za krokiem, macając wcześniej drogę przed sobą.

Nikłe płomyki świec rzucały słaby blask na schody, ale Egon miał nadzieję, że to wystarczy. Pilnując, by żaden stopień nie zatrzeszczał pod jego ciężarem, stopniowo wspinał się na schody, jednocześnie nasłuchując głosów i pilnując, by nie brzęknęła choćby jedna uprząż czy klamra w jego oporządzeniu. Calu po calu, przybliżał się do szczytu schodów, ale nieustannie zachowywał czujność, by nie wychylić się zbyt gwałtownie.

Zamierzał podejść tak blisko rozmówców, jak tylko to możliwe bez zdradzania swojej obecności. Najbardziej, oczywiście, zależy mu na dostrzeżeniu, kim była skradająca się kobieta i z kim tak potajemnie się schodziła. Gdyby jednak nie dało się tego osiągnąć bez dekonspiracji, zadowoli się wyłącznym podsłuchaniem treści rozmowy.

Wielki Pałac

11
Septo i Hermiona dotarli do Pałacu szybciej niż z początku zakładali. Wysiedli na dużym dziedzińcu, wpuszczeni uprzednio przez straż, przed którą szlachcianka musiała się wylegitymować, a także przedstawić swojego towarzysza. Przepuszczono ich głębiej, do kolejnej bramy, gdzie kolejni gwardziści królewscy musieli wybadać ich pochodzenie, a nadworny medyk stan zdrowotny. Hermiona przekazała wtedy jednemu z gońców w jakiej sprawie przychodzą. W drodze do serca Pałacu czekały ich jeszcze dwa kolejne postoje — jeden, podczas którego musieli wpisać się na listę gości Króla oraz drugi, gdzie Hermiona i Septo zostali dokładnie przeszukani. Neheris był zobligowany złożyć dziesiętnikowi gwardii magiczny kostur oraz fiolkę z czarną mazią. Zarzucono mu wtedy próbę przeniesienia plagi nieurodzaju do Wielkiego Pałacu.
To jest niezbędny dowód potrzebny do przeprowadzenia śledztwa! — zapewniała Hermiona, próbując bronić Septo. — Przekażcie fiolkę i różdżkę nadwornemu czarodziejowi. Niech będzie obecny podczas audiencji. To bardzo istotne. — przekonywała.
Kłótnię udało się jednak zażegnać. Posłano po czarodzieja, który odebrał przedmioty i bez słowa zniknął za drzwiami. Septo i Hermiona zostali wtedy na dłuższą chwilę z dwoma gwardzistami w przedsionku sali tronowej. Strażnicy mierzyli wzrokiem Neherisa, nie zdradzając najmniejszych emocji. Nosili ciężkie, błyszczące zbroje i misternie haftowane karmazynowe peleryny ze złotymi wykończeniami i herbem rodu Augustynów. Znużona oczekiwaniem Hermiona poprawiała co rusz w podręcznym lusterku to fryzurę, to makijaż, to usuwała zabłąkaną gdzieś w fałdach sukni drobinę kurzu lub włos. Za oknem już zaczynało się ściemniać, kiedy do pomieszczania wszedł królewski goniec.
Wysokość Król Aidan Augustyński prosi do sali tronowej. Jednocześnie w jego imieniu pragnę przeprosić za długi czas oczekiwania. Zadecydowano o zebraniu części królewskiej rady. Proszę za mną.
Dwuskrzydłowe wrota otwarły się, a przed oczami Septo ukazała się wielka sala kolumnowa. Z lewej i prawej strony wznosiły się grube, marmurowe filary, a za nimi rzędy wysokich witraży. Ze stropu zwisały bogato zdobione, kryształowe lampy, na których paliły się setki świec. Przy drzwiach stało czterech gwardzistów. Kolejnych czterech w centrum sali. Na tronie zasiadał Król Aidan, wyprostowany i poważny. Po jego prawicy zasiadała Królowa Edwina, po lewicy zaś — mężczyzna, którego Neheris nie mógł rozpoznać, lecz z pewnością był to ktoś ważny. Oprócz tego, w pobliżu Króla stała gromada ludzi, pomiędzy którymi łucznik odszukał wzorkiem czarodzieja, który odebrał mu magiczną różdżkę i fiolkę z czarną mazią. Całej królewskiej świcie towarzyszyła przyboczna gwardia w liczbie dziesięciu ciężko uzbrojonych halabardzistów.
Hermiona i Septo zostali podprowadzeni przed oblicze Króla. W sali panowała kompletna cisza, którą od czasu do czasu burzyło czyjeś kaszlnięcie czy stąpnięcie obcasa o kamienną posadzkę.
Wasza wysokość — odezwał się goniec. — Oto Hermiona z domu Vicenti oraz Septo Neheris. Mają do przekazania wieści najwyższej wagi i proszą o uważne wysłuchanie. — Ukłonił się nisko i wycofał.
Hermiona ukradkiem pchnęła Septo w plecy, by zrobił kilka kroków w przód.
Zatem słucham — odparł Król.
Obrazek

Wielki Pałac

12
Komentarz hermiony odnośnie tego że może być ale iż ujawnia sporo był dla niego bardzo niepokojący, paranoja uderzała bardziej. Może chce żeby powiedział mniej ale też nie może mu zakazać bo myśli że się obrazi. Sam już nie wiedział. W każdym razie czuł presję. Dotarli jednak bardzo szybko do pałacu. Odprawa, tak czul się jak podczas weryfikacji w wojsku. Nie było co się dziwić. W końcu gdyby spróbował zrobić zamach na króla... Takie rzeczy się zdarzały. Nawet i pochodzenie Septo zostało zbadane. Cóż nie kłamał. W przypadku tej sytuacji Septo nie chciał nic kłamać. No może pominąć cześć o mordowaniu na zlecenie czy o pewnych gildiach. Pamiątki były jednak problemem. Słysząc jednak słowa Hermiony poparł ją stanowczym głosem.
-Panowie rozumiem jak to wygląda, jednak są to ważne przedmioty dla sprawy.
Wytłumaczył. Dalej cóż oczywiście że przekazał. Oczekiwania. Był to moment w którym jak to przed urzędem wszystko sobie układał w głowie aby nie wejść mówiąc jakichś głupot. Choć większość już sobie ułożył w głowie. Teraz czekało go najgorsze. Było jeszcze coś co chciał ustalić. podczas przerwy chodziło mu o do z której strony zamku znajduje się sala tronowa. Wydawało mu się że to może mu się przydać. Dlatego też podszedł do okna. Podczas oczekiwania i popatrzył ustalając na którą stronę prawdopodobne będą patrzyć okna sali tronowej. Chwilę później zaczęło się byli wołani. Aż serce przyśpieszyło.


Septo starał się iść wyprostowany, a szata którą otrzymał od Hermiony sprawiała że nie wyglądał jak zbój. Wygolony był jak zawsze może z jedno albo dwu dniowym zarostem. Włosy umyte to też wyglądał na zdrowego. Wchodząc rozejrzał się po sali dostrzegając witraże ograniczały one widzenie, przyjrzał się więc nieco czy są otwierane, któreś na pewno. Septo wymusił jednak na sobie spokojny wdech i wydech. Teraz już tu był nie było odwrotu, nagła zmiana zdania nie wchodziła w rachubę. I tak gdy został wyczytany poczuł. Jak został wypchnięty. Tak szybko stał się popychadłem na dworze. Pomyślał jednak przerażenie sprawiło że nawet się nie uśmiechnął. Niemal od razu zaczął robić wszystko zgodnie z planem. Wówczas ukłonił się dokładnie tak jak uczyła go tego Herbiona robiąc to bardzo uniżenie spoglądając w dół. Z lewą dłonią na plecach i prawą na sercu.
-Wasza wysokość, ja uniżony twój sługa Septo Neheris, były adept akademii w Saran Dun, były zwiadowca w armii Keronu podczas konfliktu z leśnymi elfami w osiemdziesiąty drugim, mam dla ciebie dwie bardzo ważne wieści. Dobrą i złą. Zacznę jednak od złej bo w ten sposób historia nabierze więcej sensu. Podczas popadnięcia z prawem w Lucio Lair postanowiłem ukryć się u podnóża góry Erial. Napotkałem tam armię nieumarłych. Wasza wysokość wybaczy jednak zagłębię się jednak w historię gdyż wydaje się bardzo istotna, na początku napotkałem jednie dwójkę nieumarłych wyglądających na chłopów którzy umarli maksymalnie dwa lata temu, uzbrojonych w narzędzia rolnicze, wydaje mi się że mogli pochodzić z rejonów plagi. Dowodzonych przez istotę którą gdybym miał opisać nazwał bym potworem, człowiekiem o ciele tak zdeformowanym że przypominało jakąś bulwę. Nie wiem czy była kiedyś magiem jednak posiadała taką różdżkę. Którą przekazałem nadwornemu magowi.-
Spojrzał na nadwornego maga chcąc upewnić się czy ten potwierdzi przekazanie różdżki.
- Wdałem się z nimi w walkę. Podczas której istota ta wystrzeliła promień w górę. Nie rozumiałem wówczas że to był sygnał dla innych. Przeżyłem jednak zabijając tego z różdżką, umarł dopiero po roztrzaskaniu głowy na kamieniu, co sprawiło że kontrolowana przez niego dwójka padła. Stając się na powrót ciałami. To co jednak jeszcze mnie zaniepokoiło to krew tej istoty która niegdyś mogła być człowiekiem. Była czarna i zdawała się żyć własnym życiem. Zamroziłem ją i odkruszyłem kawałek zamykając w ampułce. Nie wiem czy przetrwała podróż. Pomyślałem jednak że Magowie zapewne lepiej zbadają krew tej istoty, zyskując wiedzę która może pomóc nam z tym walczyć. Następnie postanowiłem uciec, nie wiedziałem czy to koniec, a walka była dla mnie bardzo trudna cudem przeżyłem. -Wziął nieco dramatyczny wdech - Gdybym nie rozwalił mu głowy podczas walki zapewne nie dotarł bym tutaj. Wydaje mi się że głowa może być ich słabym punktem, roztrzaskanie głowy powinno zadziałać. Podczas ucieczki konno dostrzegłem że on nie był sam. Z tego co widziałem mimo otwartych ran w niektórych w nich czarna maź zdawała się utrzymywać w nich. Cięcie więc i liczenie na wykrwawienie było wątpliwym pomysłem. Nad ranem w porannej mgle dostrzegłem setki jeśli nie tysiące takich jak ten z różdżką, do tego tysiące nieumarłych chłopów. Była tam ogromna armia wówczas wiedziałem że muszę powrócić do stolicy aby o tym poinformować. Dlatego też przybyłem. - Pochylił się nieco uniżenie. Skupiając się wówczas aby dać sygnał Wiwernie z której dalszej strony miasta powinna się znaleźć. By w razie czego po otwarciu witraża jeśli taki był można było ją dostrzec.


Gdy dał sygnał postanowił znów kontynuować.
- Wasza wysokość, z dobrych wiadomości jednak to wydarzenie sprawiło że dopiero zdałem sobie sprawę że bogowie nas nie opuścili. Niemal w pierwszych dniach plagi, gdy ta się pojawiła byłem jednym z tych którzy ją napotkali. Wówczas chyba ręką boską, nieopodal mnie upadła Wiwerna martwa z powodu tej plagi. Przerażony tym zjawiskiem postanowiłem pomodlić się do Kariili, jednak nie tak zwyczajnie, stworzyłem krąg w którym zamknąłem jak najwięcej mocy, naiwnie myśląc by dać sygnał bogini o tym co się dzieje. Modląc się przy tym bardzo starą modlitwą do niej. Straciłem wówczas przytomność. Kiedy się obudziłem dostrzegłem że Wiwerna która jeszcze przed chwilą była martwa żyła, była równie zdezorientowana co ja. Istota ta zdawała się żyć, a nie będąc nieumarłą czy plugawą, znów jadła, żyła jak niegdyś jednak plaga zdawała się być na niej, jednak nie rozszerzała się, była zatrzymana. Informacje te zachowałem dla siebie z powodu strachu, o to co stanie się zemną. W końcu może i nie ja ją wskrzesiłem ale to podpada pod nekromancję albo herezję... Z istotą tą jednak łączy mnie coś jeszcze jestem w stanie się z nią komunikować w jakiś mistyczny sposób. To jednak nie wszystko gdy straciłem przytomność i ona straciła przytomność. Znaczy to że jesteśmy połączeni. Myślę jednak że Kariila w swej mądrości przewidziała to wszystko i dlatego powierzyła Wiwernę właśnie mi. Może gdyby to był ktoś inny przybył by za wcześnie albo za późno. Wydaje mi się że powinienem pomóc w walce z plagą choć sam nie jestem do końca pewien jak. Zapewne nie pojmuję boskiego planu. - Wówczas zamilkł. Czekając na reakcję króla. Nadal spoglądając w dół.
Obrazek

Wielki Pałac

13
Za kolorowym, półprzezroczystym szkłem, w świetle zachodzącego słońca było widać niewiele, ale po obu stronach sali znajdowały się drzwi prowadzące na balkony. Jeden wychodził na zachód, drugi na wschód, dając widok na dwie połowy miasta. Próbując nawiązać kontakt z wiwerną, Neheris ujrzał jej oczyma, że ta zbliża się do stolicy. Pochylając się w ukłonie, widział obraz jak bestia krąży nad podmiejską równiną. Widział zasięg czarnej połaci terenu ciągnącej się na południowy zachód i pojedyncze oraz niewielkie obozy rozbite na samej granicy obszaru klątwy nieurodzaju. Kilku podróżników na trakcie zwróciło uwagę na lecącego stwora, wyginając karki i wybałuszając oczy w niedowierzaniu.
Zgadza się — wtrącił czarodziej, kiedy Septo oczekiwał na potwierdzenie. — Odebraliśmy od sir Neherisa różdżkę oraz fiolkę z niezidentyfikowaną substancją o wyraźnych cechach magicznych. Kolegium przyjrzy się bliżej obu przedmiotom celem zbadania ich pochodzenia i właściwości.
Septo kontynuował swoją opowieść, a cała sala słuchała.
Akty nekromancji są surowo zakazane w Królestwie Keronu — odezwał się jeden z doradców Króla — Jeżeli to prawda, nie obejdzie się bez...
Król uniósł rękę, przerywając radnemu dalszy wywód. Aidan siedział przez dłuższą chwilę w milczeniu, którego nie śmiał mu przerwać żaden z członków jego świty. Kiedy się w końcu odezwał, jego głos rozbrzmiał w sali kolumnowej donośnie i wyraźnie.
Niepokojące są to wieści. Oczywiście zweryfikujemy je w trybie pilnym. Twoja pomoc może okazać się nieoceniona. Osobiście skieruję cię do świątyni Kariili. Doświadczenie z klątwą może zainteresować tamtejszych kapłanów. Tak się składa, że obecnie na dworze przebywa posłanniczka przeoryszy klasztoru, lady Magna Felleux. Czy masz coś jeszcze do dodania, sir Neherisie?
Obrazek

Wielki Pałac

14
Wyglądało na to że jakoś przeżyje pierwsze spotkanie z królem. Miał wrażenie że ledwie. W szczególności gdy radny zaczął już mówić o Nekromancji która jest zakazana. Ale czy przywrócenie kogoś do życia to nekromancja? Sam nie wiedział. Ostatecznie jednak udało mu się jednak przekazać wszystko zgodnie z planem. Zdawało mu się że nie ma nic do dodania. Dlatego gdy król się do niego zwrócił odpowiedział.
-Nie wasza wysokość, to wszystko co miałem do przekazania. Zgodnie z tym słowem skieruję się do lady Magny Felleux.
Powiedział i skłonił się ponownie niczym goniec który go wywołał lekko cofając się o krok do Hermiony. Choć wzrokiem nieco pomiatał po sali chcąc ustalić czy przypadkiem jej tutaj nie ma. Możliwe że była tam z zebranymi. Septo widząc jednak że Nie potrzebował pomocy Wiwerny postanowił wysłać jej sygnał że może wracać i że lepiej oddalić się od miasta na razie. Jak i przekazał że poszło dobrze. Coby się nie niepokoiła za bardzo.
Obrazek

Wielki Pałac

15
Zatem pozostaje mi podziękować za złożony raport. — Król pochylił nieznacznie głowę w geście uznania. — Moi ludzie zaprowadzą cię do komnat lady Felleux. — Skinął tym razem w stronę gońca, który prężnym korkiem zbliżył się do Septo i wskazał drogę do wrót.
Gdy Neheris opuszczał salę kolumnową, wśród zebranych członków rozległy się rozmowy, których Septo już jednak nie dosłyszał, bo tuż za jego i Hermiony plecami zamknięto drzwi z głośnym łoskotem.
Proszę za mną. Musimy przejść do kaplicy— zagaił goniec, wychodząc na przód.
Tutaj się rozdzielimy, Septo — powiedziała Hermiona, zatrzymując na chwilę łucznika. — Głęboko wierzę, że korona weźmie twoje słowa na poważnie. Wracam do domu, dopełniłam swojego zadania. Do zobaczenia — pożegnała się skromnym dygnięciem, obróciła się na pięcie i odeszła w stronę wyjścia.

Septo przemierzył kilka długich korytarzy, wychodząc na dziedziniec przed Pałacem. Goniec, choć niski i krępy, miał szybkie nogi i nie próbował dorównać Neherisowi kroku. Wybiegał zawsze naprzód, jakby mu było gdzieś niesamowicie spieszno. Pokonali kilka zaułków między budynkami, kilka strzeżonych pomniejszych przejść, aż w końcu trafili do kaplicy Kariili. Nad jej wrotami znajdowała się niewielka rozeta wypełniona kolorowym witrażem przedstawiającym trzy symbole bogini — kłos zboża, ciężarną kobietę i kielich wina. Goniec wprowadził Septo do środka.
Było już po zmroku. Skromne pomieszczenie oświetlały świece rozpalone na parapetach po prawej i lewej stronie. Ściany ozdabiały freski o żywych barwach. Przedstawiały one różne wcielenia bogini płodności — od nagiej dziewczyny z wiankiem we włosach, przez dojrzałą, puszystą kobietę z kielichem w ręku, po matkę z gromadką dzieci. Było też wiele pejzaży pełnych zieleni drzew, złota zbóż i czerwieni dojrzałych owoców. Po przeciwnej do wrót stronie kaplicy stał szeroki, kamienny ołtarz, na którym płonęły liczne świece, a w jego centrum stała duża figurka wykonana ze stopu metali. Przedstawiała ona popularny wizerunek Kariili z dłońmi złożonymi na sercu, z pomiędzy których wystawały pęki zbóż. Wnętrze kaplicy było duszne od zapachu kadzidła i mirry.
Tuż pod ołtarzem klęczała kobieta, odwrócona do Septo tyłem. Miała na sobie długą, białą suknię ze złotymi i srebrnymi wykończeniami. Jej głowę zdobił jedwabny kaptur oraz bardzo specyficzny, złocisty diadem. Goniec opuścił kaplicę i zatrzasnął drzwi. Kobieta powstała i obróciła się, ukazując swoje oblicze. Była młoda, zapewne jeszcze przed trzydziestką. Cerę miała gładką i bladą, niemal porcelanową. Złożyła ręce na podołku i zmierzyła gościa wzrokiem.
Tak? Z kim mam przyjemność? — zapytała.
Jej głos był kojący jak szum spokojnego morza.
Obrazek
ODPOWIEDZ

Wróć do „Saran Dun”