Pałac Zeritha Dalal

61
POST POSTACI
Shiran
- Jebać te chujnegi... Możesz ją jakoś ogarnąć? - Jakże elokwentnie, postawiłem jasno, czego bym oczekiwał od sytuacji. Czykolwiek ją naćpali, nie zapowiadało się to zbyt dobrze. Wizje... I te inne rzeczy brzmiały złowieszczo w słowach krukowatego. Obserwowałem z ciekawością, jak w swojej cienistej postaci zbliżył się do Nellrien, by tam zakrakać na jej ramieniu. Uśmiechnąłem się pod nosem. Jebany nawet w takiej sytuacji nie zwątpił, tylko robił to na co miał ochotę. Imponowało mi to.
Próbowałem wyczytać cokolwiek z twarzy Nellrien. Ta jednak przybrała wyraz nieprzeniknionej maski, której nie byłem w stanie przejrzeć. Czy to kwestia narkotyku, czy też zawzięcia - ciężko było ocenić. Jednak gdy usłyszała o suszonych owocach, cała niecnie wznoszona fasada jebła. I nawet nie wiem, czy mówiłem o niej, czy o sobie.
Poczułem, jak jej szczupłe ciało wtula się w mój tors. Jak jej dłonie oplatają kark... Zamknąłem oczy, zastanawiając się w jak pojebanym śnie się właśnie znalazłem. Nie zarejestrowałem nawet momentu, w którym moje dłonie krążyły po jej nagich plecach. Nie czułem, gdy oddech szaleńczo przyśpieszył. Była tu tylko ona, prawie w jedności ze mną. Nie chciałem jej wypuszczać z rąk. Chciałem ją czuć... Całą... Wszystkim...
Pozbycie się tych myśli było niesamowicie trudne. Starałem się zapanować nad wdechami, zatrzymując na dłużej powietrze w płucach. Jakaś część mnie jednak szalała. Czułem się tak, jakbym ranił się ostrymi krawędziami butli po rumie. Nie czułem alkoholowej woni, a jedynie ból, który przechodził przez całe moje ciało.
Nie zdawała sobie z niczego sprawy. Nasze wargi zetknęły się w namiętnym pocałunku. Jej usta, tak miękkie, wpiły się we mnie, pozostawiając sobie gorący ślad w mojej duszy. Jakbym został naznaczony przez jakiegoś demona, który nieświadomie podpisał się w moim jestestwie. Chciałem więcej, ale wiedziałem że teraz jest to niemożliwe... Może bardziej, niewłaściwe. Wciągnąłem w płuca powietrze, które wydawało się palić moje drogi oddechowe. Czułem się pożerany od środka, lecz mimo wszystko wtuliłem ją mocniej w siebie, jakbym nigdy więcej nie chciał jej stracić. To było dziwne doświadczenie.
- Mówiłem, że Cię obronię... - odpowiedziałem jej szeptem.

Tyle jeśli chodzi o romanse. Znaczy Auth przerwał całą sytuację, jako jedyny zauważając, że w sumie to jesteśmy w czarnej dupie. Tak bardzo czarnej jak odbyt pierwszego, lepszego szarego skurwiela. Powoli rozluźniłem chwyt, pozwalając Nellrien wyswobodzić się z moich rąk, które zachowywały się teraz jak roślinne wzory oplatające skórę eks-kapitan.
- A ona ma dziób, że miałbym ją na ramieniu nosić? - żachnąłem się, trochę zirytowany, ale już z pełnym panowaniem nad sobą. Skoro okno było zamknięte, to nieco utrudniało nam sprawę.
Zabrałem rękę z bronią strażnika, wyciągnąłem za to dwa ostrza z butów i podarowałem je swojej najdroższej. Coooo? Znaczy podarowałem je Nellrien. Ostrza. Białą skórę sprytnie zasłoniła płaszczem strażnika.
- Nie chcesz zabrać chociaż trochę pancerza? Może się przydać... - rzuciłem niezobowiązująco.
- Widzisz tu coś, Auth, co mogłoby zadziałać trzeźwiąco? Jakieś sole, czy coś? - zapytałem, widząc że Nellrien ledwo trzymała się na nogach. - W łeb jej przecież nie strzelimy... - Na to, że będzie walczyć, raczej liczyć nie mogłem. Trzeba było odwrócić jakoś uwagę wszystkich. Tylko jak?
Jak na zawołanie pani eks-kapitan zwróciła uwagę na nikłą muzykę docierającą spoza drzwi. Pajac... Byłem pewny.
- Zostań tutaj. Wyjrzę za drzwi i jeśli nie będzie strażników, zawołam Cię. Nie skacz za bardzo z tymi kozikami - Mój ton nie był chłodny, ale zaskakująco poważny. Była to znacząca odmiana od wesołego i drwiącego ze wszystkiego Shirana. Czyżby po raz pierwszy od dawna mi... zależało?

Lekko uchyliłem drzwi, wymykając się gładko z pokoju. Pusto. Muzyka zrobiła się wyraźniejsza. Dźwięk odbijał się od ścian i docierał do każdego możliwego miejsca w pałacu. Wszystko idealnie przemyślane. Po raz pierwszy, mogłem stwierdzić, że nuty wygrywane przez barda, poruszały wnętrze. Nie miało to porównania z wyciem w łódce, czy występem w karczmie. Tutaj czuć było prawdziwą pasję... Walkę, być może o życie. Z dobrych wiadomości, wiedziałem dzięki temu gdzie podziewa Pajac. Ze złych? Nie było reszty, a dodatkowo sam Birian znajdował się w samym środku tego jebanego wydarzenia. A obok niego Lua, odziana w znajomą mi czerwoną suknię.
Nie skojarzyłem skąd ją znam. To były moje ostatnie trzeźwe myśli. Po tym bowiem rozpętało się piekło.
Szaroskóra podziękowała za występ w imieniu tego całego Dalalala, po czym zaprezentowała ich sztukę. Yunana, ta która kręciła z Bardem, a wcześniej próbująca przysmalić coś do mnie, wisiała na długich, czarnych szarfach. I to, że była naga to był najmniejszy problem... Cała we krwi, w paskudnych nacięciach, które musiały boleć przy każdym poruszeniu. Widziałem, jak z każdą sekundą, każdą kroplą krwi, uchodzi z niej życie. Taka to sztuka, gdzie przyglądać się można było, jak "eksponat umiera". Zwykle jestem obojętny na cierpienie, krew i okrucieństwo, ale to... To było zaskakująco fascynujące i jednocześnie okrutne. Nie żeby był to sposób wyrażania siebie, który jakoś specjalnie mi się podobał. Wciąż wydawało mi się to strasznie puste, ale nie mogłem odmówić pewnego hipnotycznego działania. I byłby to naprawdę świetny moment do ucieczki, ale... No właśnie, ale...
Neeli już zostawić nie mogłem. Nie po tym jak się za mną wstawiła. A to właśnie ona wisiała przy kołku, próbując odwiązać naszą wyspiarską piękność. Pajac też zaczął odpierdalać, wyszedł na środek, odwracając uwagę wszystkich i śpiewając jakąś mrożącą krew w żyłach pieśń. A chwilę wcześniej? Oczywiście zaraportowali, że spierdoliliśmy. Piękna katastrofa...
Dopadłem do drzwi
- Wiedzą, że uciekliśmy. Reszta też dała dyla, ale się zjebało. Trzeba odwrócić uwagę. Coś wymyślę - wyrzuciłem terkocząc, jak z karabinu maszynowego i objaśniając naprędce cały plan.
A ten był prosty. Wpaść do biblioteki, przegonić wszystkie dzieciaki, prócz jednego, które pójdzie na zakładnika. Podpalić wszystko co papierowe. Nacięcia na ścianach i skondensowany wybuch, który zawali przejście, które prowadziło do jadalni, do strażników. To wywoła zamieszanie, bo akustyka pomieszczeń powinna ładnie przenieść dźwięk wybuchu. Potem z powrotem na balkon i całkiem możliwe, że będę musiał stanąć naprzeciw naszej kochanej Luie. Czy Auth mi wtedy pomoże?
- Auth... Liczę na Ciebie - powiedziałem i już miałem wybiegać z pokoju, gdy na chwilę jeszcze się zatrzymałem. - A Ty masz mi przeżyć. Nie dla siebie... Zrób to dla mnie - złożyłem ostatni pocałunek na jej ustach. Niech zapłonie prawdziwy ogień.

Pałac Zeritha Dalal

62
POST BARDA
- To jest nienawiść! - syknęła Lua tak wściekle i zajadle, że Birianowi przeszedł dreszcz po plecach. Elfka zrobiła krok w jego stronę, jeden, a potem kolejny. - Czysta, pielęgnowana przez lata nienawiść! Naprawdę myślałeś, że cokolwiek tu robimy dla waszego poklasku? Jesteście cho'chqa z powierzchni, wasze zdanie nie ma dla nas żadnego znaczenia. Jesteście nieistotni, wszyscy, każdy z was! - zatoczyła koło ręką, wskazując zarówno barda, jak i tych, co znajdowali się na antresoli. Mówiła coraz głośniej, z coraz większą furią. Dalal komentował coś ciszej, ale jego słowa były dla Biriana tylko niezrozumiałym mamrotaniem w obcym języku. - Jesteście fałszywi i zakłamani. Sztuczni i obojętni bogom. Twoja sztuka to farsa, to... - zamilkła na moment, bo zabrakło jej słowa we wspólnym. Tylko rozwścieczyło ją to bardziej. - Zdrada przeciw bogom! - dokończyła, choć ewidentnie chciała powiedzieć coś innego.
Zamilkła na chwilę, gdy zamiast kłócić się z nią, Dandre zaczął śpiewać. Ciężko powiedzieć, co zbiło ją z pantałyku bardziej - zachowanie jego, czy zebranych gości. Większość rozstępowała się, robiąc przejście między ich dwojgiem, ale jedna para elfów stanęła pomiędzy nimi w wyrazie protestu, choć nie wiadomo czym podyktowanego. Przed bardem, rozkładając ręce na boki, stanął młody mroczny, na pierwszy rzut oka wydający się być w wieku Jalena, a tyłem do niego, twarzą w twarz z Luą, zatrzymała się kobieta i zaczęła mówić coś do niej prędko.
- Przestań - odezwał się elf we wspólnym. - Zabije cię. Jest szalona. Zabierzemy was...
Przerwał mu okrzyk jego towarzyszki, gdy magini dopadła do niej i otwartą dłonią uderzyła ją w twarz, a potem zepchnęła sobie z drogi. Zanim mroczny zdążył zareagować, dwóch strażników rzuciło się na niego i na barda. W przerwie pomiędzy rozdzierającymi wersami pieśni rozbrzmiał płaczliwy jęk sozu, którego struny puściły przy uderzeniu w głowę nadciągającego wartownika. Popielate ciało w skórzanym pancerzu zwaliło się na ziemię pod nogami Biriana, a on mógł kontynuować zarówno swoją pieśń, choć tym razem bez akompaniamentu, jak i dalszy spacer w kierunku shrar Argith.
- Już ja cię uciszę na zawsze - warknęła Lua i uniosła dłoń, by poruszyć nią w zbyt dobrze znanym już bardowi geście; w geście, którego obawiał się przez cały czas. Ból wypełnił jego ciało, wypychając mu powietrze z płuc i przerywając nadprogramowy występ. Nogi ugięły się pod nim, a on sam upadł na kamienną posadzkę, wykręcony w cierpieniu tak silnym, że nie miał najmniejszego problemu z uwierzeniem w nienawiść, o której mówiła Lua. Palce jego dłoni wygięły się nienaturalnie, ale oślepiony bólem Dandre nie potrafił stwierdzić, czy wszystkie zostały złamane w tym jednym momencie, czy tylko mu się tak wydawało. Poruszająca pieśń zmieniła się w przeraźliwy krzyk, jakiego mężczyzna nie był w stanie zatrzymać w płucach. Nie wtedy, gdy magini gięła jego ciało z taką samą łatwością, jakby mięła pergamin w dłoniach.
- Jesteś robakiem, insektem, niczym więcej. I jak robak zginiesz pod moim butem - obiecała, spoglądając na niego z góry, a Dandre nie wiedział już, czy to krew zalewa mu obraz czerwienią, czy to ta nieszczęsna suknia.

Nic nie mogę z tym zrobić. Nie mogę. Za kogo ty mnie masz? Medyka? W końcu jej przejdzie, więc módl się do kogo tam chcesz, żeby stało się to szybko.
Auth nie był dobrym pomocnikiem, jeśli chodzi o poprawę stanu Nellrien. Ta z kolei w końcu zauważyła smugę cienia, owiniętą wokół przedramienia Shirana i dotarło do niej, że demon przyjął po prostu inną formę. Późno, ale dobrze, że w ogóle. Potem pokiwała głową, posłusznie zgadzając się na wszystkie polecenia półelfa - co samo w sobie było zaskakujące, z reguły była pierwszą do buntowania się wobec wszystkiego i snucia swoich własnych, lepszych planów.
Gdy Shiran był świadkiem wydarzeń w wielkiej sali, ona musiała faktycznie posłuchać jego porady i sięgnęła po elementy pancerza, które była w stanie na siebie przełożyć. Kiedy wrócił, miała na sobie też karwasze i sięgające kolan, krzywo zasznurowane buty. Na pierwszy rzut oka były na nią nieco za duże, ale wciąż lepiej takie, niż żadne - dotąd była bosa. Pod pachą trzymała hełm, jaki mógł przynajmniej częściowo ukryć jej rude włosy. Nie założyła go jeszcze.
Jej oczy otworzyły się szeroko, a potem zerknęła w kierunku drzwi i już chciała coś powiedzieć, gdy półelf zamknął jej usta pocałunkiem. Jęknęła cicho, gdy się odsunął, a ten znajomy dźwięk przeszedł dreszczem przez jego ciało i zostawił po sobie obezwładniające uczucie gorąca.
- Wyglądasz okropnie - odpowiedziała cicho. - Ale dobrze, przeżyję, jakoś. Ty też przeżyj. Kocham cię, Shiran. Idź.
Jest naćpana, odezwał się Auth profilaktycznie, który znał już półelfa wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że te słowa mogą na zbyt długo kompletnie odciąć go od rzeczywistości. Nie mieli na to czasu. Idź. Nie stój. Idź.
Gdy ponownie opuścił sypialnię, na dole miało miejsce jakieś zamieszanie; nie do końca wiedział, o co chodzi, ale Dandre znów śpiewał, tym razem coś, co zupełnie inaczej trafiało do głębi jego skamieniałego serca. Zanim jednak zdołał zastanowić się nad czymkolwiek, wpadł do biblioteki. Ani elfich dzieci, ani ich opiekunki tam nie było. Pomieszczenie stało puste - najpewniej tych troje zdążyło zejść już na dół, by wziąć udział w uroczystości, a może poszli jeszcze gdzieś indziej - spać, chociażby. W takim wypadku huk wybuchu i rumor zapadających się schodów z pewnością utrudnią im to zadanie. Shiran widział jak pod wpływem jego magii ściana kruszy się i zapada, zostawiając wyrwę i rumowisko, po którym z całą pewnością nikt już nie dostanie się na górę.
A potem zaczął podpalać. Dziesiątki tomów i pergaminów, za które ludzie na powierzchni z pewnością zapłaciliby fortunę, jeden po drugim zajmowały się ogniem. Płomienie rozprzestrzeniały się w zastraszającym tempie, po raz pierwszy rozświetlając to miejsce czymś innym, niż podziemnymi kryształami, czy grzybami. Dobiegły go paniczne krzyki z dołu i już miał pójść, stanąć na szczycie antresoli i stawić czoła magini... ale na jednym ze stołów dostrzegł tacę z przekąskami, a głód, jaki wzmagało w nim wszystko, co tylko robiła Nellrien, w końcu przejął nad nim kontrolę. Nie mógł powstrzymać się przed rzuceniem się na jedzenie; jego ciało nawet nie brało pod uwagę, że może mieć inne zdanie na temat dalszych swoich działań.
Co robisz?! Co z tobą jest?! Ogień Shiran, ogień!
Ogień tańczył po ścianach i dywanach, pełzł po podłodze i wdrapywał się na sufit, a on pożerał mrocznoelfie ciastka, z każdym kolejnym czując, jak ta ssąca pustka w jego duszy zaczyna znikać. Cokolwiek obudziło w nim zawiązanie paktu z Authem, wreszcie udało mu się to przynajmniej częściowo ugasić. W przeciwieństwie do pożaru - gdy zaczął czuć żar, powoli pnący się ku niemu, oprzytomniał i mógł opuścić bibliotekę.
Co to było?! Naćpałeś się od Nellrien, czy co?!

Kończący cios nie nadszedł; podeszwa buta Luy nie zmiażdżyła Birianowi głowy tak, jak robakowi. Wokół ich dwójki zaczęła narastać panika i dopiero kilka uderzeń serca później do barda dotarło, co w otaczającej go kakofonii dźwięków było nie tak: ogień. Nie widział go, ale słyszał trzask i huk ognia, zajmującego gdzieś za nim, na górze, część piętra. Shrar zamarła i po raz pierwszy - być może w całym jej życiu - w jej fioletowych oczach pojawiło się przerażenie. Ogień był czymś, co w podziemiach nie było praktykowane. Mroczne elfy miały swoje sposoby uzyskiwania światła i ciepła, bez ryzyka, jakie niosło za sobą rozpalanie płomienia w ich rozległych jaskiniach. A teraz? Teraz musieli stawić czoła obcemu żywiołowi.
Trzymająca barda w okowach magia puściła, a ulga, jaką poczuł, gdy od środka przestał rozrywać go ból, była nie do opisania. Charcząco łapiąc powietrze w płuca, kątem oka dostrzegł, jak jedna z trzymających Yunananę szarf odpuściła i zsunęła się nieco, sprawiając, że poraniona wyspiarka zawisła nierówno, ukosem, nad zebranym tłumem. Najpewniej Neela zdołała ją rozwiązać z jednej strony, ale musieli jeszcze poradzić sobie z drugą, by mogli zabrać stąd nowe arcydzieło Zeritha Dalal i spróbować ocalić mu życie.
Zeritha, który, oczywiście, zniknął, zostawiając całe to zamieszanie na głowie swojej wiernej magini.
Niełatwo było wypatrzeć, gdzie w tym zamieszaniu znajdują się goście, a gdzie strażnicy. Wciąż ktoś krzyczał, ktoś przebiegał, przeciskał się przez spanikowaną, popielatą masę. Ktoś już płakał, ktoś śmiał się szaleńczo. Ktoś złapał Biriana za kostkę - a gdy spojrzał w dół, dostrzegł tego samego elfa, który przedtem próbował go zatrzymać. Choć wyglądał na przestraszonego, gestem zakrwawionej głowy zachęcił go, by poszedł za nim, dokądkolwiek chciał go stąd zabrać. Być może korzystając z jego pomocy Dandre mógłby uciec, sam, ale skutecznie, na zawsze zostawiając ten groteskowy grajdołek za plecami.

Lua patrzyła w górę, a jej oczy w końcu natrafiły na oczy Shirana, który stanął na balkonie. Strach zmieszał się z wściekłością, a ona sama znów uniosła w jego stronę ręce, gotowa rzucić zaklęcie, które skręciłoby mu kark, ale wtedy w jej ramię wbił się zaskakująco celnie rzucony sztylet. Nellrien wycofała się i przykleiła do ściany, zanim magini zdołała zorientować się, skąd nadleciała broń. Z gardła Luy wyrwał się rozwścieczony krzyk. Złapała nóż za rękojeść i wyszarpnęła go z rany.
- Zabiję. Was. Wszystkich! - wrzasnęła, unosząc ręce do czaru.

Spoiler:
Obrazek

Pałac Zeritha Dalal

63
POST POSTACI
Dandre
Biriana szczerze zaskoczyło, że słowa czarownicy jakkolwiek go obeszły. A jednak, choć wydawało mu się, że nie oczekiwał niczego po swoich oprawcach, gdzieś w głębi jego idiotycznie wręcz idealistycznej duszy, ziarnko nadziei musiało zostać zasiane. Bogowie jedni wiedzą, skąd się tam wzięło, skoro przez większość czasu na twarzy tej paskudnej wiedźmy widział jeno pogardę i poczucie wyższości. Nie wyobrażał sobie też, że chwila ich rozmowy mogłaby jakkolwiek zakrzywić rzeczywistość, sprawić, że staną się kimś więcej niż pyłkiem na butach panów podziemi. Te słowa skwitował jeno zaciśnięciem ust, nie zwracając większej uwagi na mamrotanie Dalala, którego i tak by nie zrozumiał.
A jednak, gdy poruszyła temat jego sztuki, obruszył się. Może być sztuczny, fałszywy i zakłamany, ba, czasem z pewnością takim bywał. Bogom zaś próbował nie wchodzić w drogę i od nich wymagał tylko i wyłącznie tego samego, nawet jeśli zdarzało mu się wzdychać nocami do patronki artystów, kiedy mimo wina i wysilonego umysłu, żadne interesujące słowa nie pragnęły pojawić mu się w głowie.
Są jednak świętości, na które ręki podnosić nie można. W całej swej próżności był przekonany, że kobieta zwyczajnie kłamała. Wszak widział, jak spokorniała, gdy stanęła twarzą w twarz ze sztuką jego świata.
Z jego sztuką!
- A mnie się wydaje waćpanienko, żeś bardziej nawet zakłamana ode mnie – rzekł tylko, nim ponownie uniósł instrument. Nie czas to był, ni miejsce na przekrzykiwanie się ze swoją oprawczynią. Prawdę mówiąc, był niesamowicie zdziwiony, że wcześniej pozwoliła mu dokończyć którekolwiek z wykrzyczanych w jej stronę zdań, ale nie miał zamiaru narzekać.
Zaczął śpiewać.


Głos niemal ugrzązł mu w gardle ze zdziwienia, gdy dwójka młodych elfów stanęła pomiędzy nim, a czarownicą. Spojrzał na chłopaka, unosząc brew, kiedy ten odezwał się do niego we wspólnym, ale nie wdawał się w żadne rozmowy. Potrząsnął jeno głową i kontynuował swoją pieśń.
Nie widział wyjścia z tej sytuacji, wiedział jeno, że dość już nagiął się dziś karku. Teraz czas stanąć wyprostowanym, nawet jeśli miałby to przypłacić życiem. Bo każda kolejna sekunda trwania w tej poddańczej farsie przybliżała go do krawędzi szaleństwa.
Patrzył w stronę skonfundowanego tłumu, ale błyskawicznie obrócił się na pięcie, gdy do jego uszu dotarł czyjś krzyk. Nie przerywał śpiewu, kiedy Lua odpychała od siebie młodą elfkę, a strażnicy rzucili się na barda i jego nieoczekiwanego towarzysza.
Bez chwili zawahania obrócił soz w rękach i zdzielił najbliższego wartownika w łeb, wkładając w to uderzenie całą swoją siłę. Głos mężczyzny stężał w tej chwili, a wyśpiewywane przezeń słowo zamieniło się w ciche stęknięcie, ale prędko odzyskał fason.
Pasja płonęła w jego niebieskich oczach, kiedy postępował kolejne kroki w stronę czarodziejki, z pieśnią jako swym jednym towarzyszem i orężem.

Nieuniknione w końcu nastąpiło. Oczekiwał tej chwili, próbował się na nią jakkolwiek przygotować, ale kiedy wreszcie dosięgnęła go magia Luy, wyraźnie poczuł, jak bardzo się przeliczył, myśląc, że gotowość cokolwiek zmieni.
Ból, który momentalnie powalił go na ziemię i bez chwili zawahania ukręcił kark śpiewanej przez niego pieśni, był wręcz nieopisywalny.
Zaszkliły mu się oczy. Otworzył usta, ale nie wydobył się z nich nawet żaden odgłos. Przez chwilę był czystym cierpieniem. Widział, jak palce jego dłoni wyginają się pod dziwnymi kątami, ale poczucie bycia rozrywanym od środka było tak silne, że nawet nie potrafił powiedzieć, co właściwie zrobiła mu wiedźma.
Wygiął się w łuk, a jego zaciśnięte gardło w końcu poddało się i wypuściło z niego ten przeraźliwy, przejmujący do cna krzyk. Wrzeszczał, jakby obdzierano go żywcem ze skóry, jakby wciśnięto mu do płuc rozżarzone węgle i pozwolono im spalać go od środka.
Lua coś mówiła, ale jej słowa ledwie do niego docierały. Była jeno ona; Czerwień.
Czerwień pięknej sukni, smętnego wojennego łupu, falującej nad jego rozgrzanym czołem… A może czerwień krwi?
Kolor miłości, wynaturzony chorą nienawiścią.


Pragnął zamknąć oczy, by swe ostatnie chwile przyjąć w spokojnej ciemności. Pragnął zamknąć spękane usta i zdusić ten paskudny krzyk, który zdzierał mu gardło w interwałach pełnych boleści oddechów. Nie było mu to dane.
Jednakże śmierć również nie chciała nadejść. Poprzez mgłę bólu i pisk w uszach, którego nabawił się swoim własnym wrzaskiem, dotarł do niego znajomy trzask ognia.
Nie tego, który radośnie trzaska w kominku, rozgrzewając i oświetlając izbę. To był ogień z Ujścia, Ten, Który Pożera.
Mimo zaszklonych oczu, dostrzegł szczere przerażenie w spojrzeniu Shrar Luy, a jego usta rozciągnęły się w umęczonym uśmiechu. Och, ten widok był wszystkiego warty. Żałował jeno, że sam się do tego nie przyczynił.

Nagle ból ustał. Kontrast był tak ogromny, że na chwilę zamarł na posadzce bez ruchu, podświadomie chyba szykując się na kolejne, jeszcze gorsze uderzenie.
Zaczął łapczywie łapać powietrze, rozglądając się dookoła. Neeli i Jelanowi udało się najwyraźniej rozwiązać jedną z trzymających biedną Yunanę szarf, bo wisiała teraz ukosem. Strumień przekleństw przemknął przez umysł Biriana, kiedy ten próbował jakkolwiek zebrać się w garść.
Otaczający go chaos był w pewien sposób wyzwalający. Utarli nosa tym skurwysynom bardziej, niż przypuszczał.
Poczuł, że ktoś łapie go za kostkę. Odruchowo odciągnął drugą nogę bliżej siebie, gotów kopnąć kolejnego oprawcę, ale kiedy jego wzrok dotarł na dół, dostrzegł jednego z tej dwójki elfów, którzy chyba próbowali się za nim wstawić. Bogowie jedni wiedzą, co tam się właściwie wydarzyło.
Bard zacisnął usta.

Adrenalina krążyła w jego umęczonym ciele i śpiewała pieśń o przemocy. Czerwień sukni działała na niego jak płachta na byka, popychała do bezmyślnego działania. Chciał rzucić się na czarownicę, powalić ją na ziemię i zatłuc choćby i gołymi rękoma… Rozjaśnić jej popielate oblicze szkarłatem.
Z trudem podniósł się na klęczki. Jego mięśnie drżały i zdawało mu się, że w każdej chwili mogą odmówić mu posłuszeństwa, wciąż odczuwając pokłosie czarów Luy. Nie był teraz w stanie stawić jej czoła.
Spojrzał na elfa i kiwnął głową. Musiał wrócić do swoich towarzyszy, razem… Może uda im się coś osiągnąć.
Potrzebował też broni. Spojrzał w stronę rozbitego suzu i nieprzytomnego strażnika. A nuż miał jakiś miecz?
- Czemu mi... czemu nam pomagasz? - zapyta słabym, zachrypniętym od krzyku głosem, jeśli uda im się oddalić od wściekłej czarownicy.
Obrazek

Pałac Zeritha Dalal

64
POST POSTACI
Shiran
- Dzięki, Auth. Na taką wiadomość właśnie liczyłem - Nieco przeironizowałem, ale naprawdę spodziewałem się... czegoś. Dostałem nic.
- Która bogini ma najlepszą dupę? Może u niej spróbuję - uśmiechnąłem się z przekąsem, biorąc głębszy wdech w płuca. Czy to przez kłębiące się we mnie emocje, a może i nadchodzące poczucie niewiedzy najbliższego czasu, odczuwałem narastającą ekscytację, która za niedługo miała mieć swoje ujście.
Wydarzenia w wielkiej sali były zaskakujące. Trzeba było działać szybko. Z radością przyjąłem, że Nellrien nie zamierzała teraz rzucać mi kłód pod nogi. Ubrała pancerz zgodnie z zaleceniem. Nie wiem na ile to jej pomoże, ale przeczuwałem, że nie powinno zaszkodzić.
Pocałunek jaki złożyłem na jej ustach był czuły i namiętny. Jęk jaki usłyszałem chwilę później, sprawiał że prawie pękło mi serce. Wierz mi Płomyczku, że też nie miałem ochoty tego przerywać. Jednak to co stało się później, prawie zwaliło mnie z nóg.
Kocham Cię...
Nogi ugięły się pode mną lekko, a ciało przeszedł lodowaty dreszcz. Nie wiedziałem za bardzo jak zareagować, całkowicie niegotowy na to co przed chwilą się wydarzyło. Lekka panika, która pojawiła się w mojej głowie, była nieoczywistą reakcją. Mogły mnie atakować olbrzymie węże, mogłem być wybijany w powietrze przez kamienne golemy, a na dokładkę mogłem mierzyć się z szarymi skurwysynami, ale to... Emocje były czymś co zawsze mnie przerastało i od czego zawsze uciekałem. Szczególnie wypowiadane tak wyraźnie. To stanowczo nie był czas by się z nimi mierzyć.
I gdyby nie Auth, stałbym tak, wgapiony w szalenie rudą piękność, o bladym licu, za bardzo nie wiedząc co robić. Prawda była jednak taka, że pani kapitan była naćpana. Pewnie wcale nie miała tego na myśli... Prawda? Mimo wszystko, wiedziałem że nie mogę zostawić tej sprawy samej sobie.
- Wrócimy do tego jak przetrzeźwiejesz - powiedziałem odważnie, będąc przekonanym że słowa Nellrien nie miały większego pokrycia. Sama przecież mówiła mi o tym, że nie chce mnie za sobą ciągnąć. Że nie chce się do mnie przywiązywać i... Że pasuje jej tak jak jest. Że być może po prostu się rozejdziemy. Byłem dość przekonujący w argumentacji - przynajmniej na tyle, że wyznanie uczuć przez nietrzeźwą Nellrien, zeszło chwilowo na boczny plan.

Zamieszanie w dolnej sali przybierało na sile. Pieśń śpiewaka zmieniła swe brzmienie. Mógłbym przysiądź, że odczuwałem w niej pewną magię, która wwiercała się w moje niewzruszone serce. Nie zatrzymało mnie to. Brak szarych kurwiów nieco wybił mnie z rezonu. Książki na szczęście pozostały. Ściana zapadła się idealnie, według planu. Papierowe tomy również bezproblemowo zajęły się pomarańczowymi językami, karmiąc je niczym wygłodniałe stworzenia. Ara by mnie zabiła...
Tylko, że kolejna myśl jaka wpadła mi do głowy to to, że odczuwam przeogromny głód. W sensie - naprawdę przeogromny. Niepohamowany. Rzuciłem się na tacę z przekąskami, niczym wilk na swoją zwierzynę. Nie byłem w stanie się powstrzymać, a jedyne co byłem w stanie zrobić, to zaspokajać swoje pragnienie. Napychałem swoje usta i przełykałem, ledwo przegryzając. Płomienie szalejące dookoła przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.
Gdzieś na skraju świadomości słyszałem głos wydzierającego się Autha. Z każdym kolejnym ciasteczkiem słyszałem go wyraźniej. Co ja robię?
Nie byłem świadomy tego co się działo, rozejrzałem się dookoła, by dotarło do mnie, że znajduję się w samym środku płonącego pokoju, podjadając jakieś ciasteczka. Poczułem się zagubiony i zdezorientowany. Ponownie głos Autha przywołał mnie do porządku.
- Nie wiem - odpowiedziałem mu, wybiegając z pokoju. - Nigdy to nie było takie silne. Mówiłeś, że pakt nie będzie kosztował więcej, niż to co obecnie - Nie miałem do niego pretensji, ale... Jeśli to była wina paktu z Authem, to byłem głęboko w dupie.

Chaos jaki zapanował w pałacu był przejmująco piękny. Przerażone twarze rysowały się w karykaturalnych grymasach. Strażnicy mieszali się z gośćmi i stanowczo nikt nie zamierzał stawiać większego oporu, przejęty trwogą o swój żywot. Przystanąłem przy barierce, próbując odnaleźć Biriana. Bezskutecznie.
Odnalazłem wtedy jednak moje drogie, hipnotyczne, fioletowe oczy. Tym razem wypełnione przerażeniem, które natychmiastowo przemieszało się ze złością. Tak wyglądała prawdziwa furia.
- Auth! - zawołałem, wiedząc że to wcale nie będzie proste starcie. Widziałem jak ręce magini wymierzają w moim kierunku i za chwilę skończę jak zapałka. W głowie próbowałem przypomnieć sobie zaklęcie, które podał mi kruk, ale jak na złość nie mogłem sobie przypomnieć słowa... Nie zwykłem do rzucania zaklęć słowami. W ten sposób właśnie miałem zginąć.
Czas spowolnił i widziałem tylko jakiś szalenie szybko pędzący kształt. Kierował się w stronę Luy, by chwilę potem wbić się w jej ramię. Szaroskóra zawyła z bólu, choć raczej był to okrzyk wściekłości. Nellrien... To ona uratowała mi skórę. Wiedziałem, że nie mogę zmarnować tego daru. I choć wiele myśli plątało mi się teraz po głowie i jeszcze więcej pytań prosiło się o odpowiedzi, w głowie pojawił mi się obraz tańczącego płomienia.
- Raqsga - powiedziałem, wyciągając ręce w kierunku fioletowookiej, dokładnie w tym samym momencie co ona...

Pałac Zeritha Dalal

65
POST BARDA
Nie wiem, odparł Auth, brzmiąc rozbrajająco szczerze. Może to coś innego. Uważaj.
Nie wydawał się skłonny rzucać się do ataku, choć tego oczekiwał od niego Shiran. Mimo, że padło jego imię, że powinien wynurzyć się teraz w swojej skrzydlatej postaci i spaść na Luę jak gniew boży, demon uparcie krył się w postaci smugi dymu. Wiedział, że jak już się tu pojawi, jak jego obecność zostanie zauważona, ruszy ku nim także ktoś inny - ktoś, kogo wyraźnie się bał. Shiaddani, będąca źródłem mocy shrar Argith, była zdecydowanie potężniejszym bytem, niż Auth.
Od strony Nellrien dobiegło go ciche przekleństwo. Wyglądało na to, że rudowłosa nie celowała tam, gdzie ostatecznie trafiła, ale skoro był to przypadek, to stanowił wyjątkowo udane zrządzenie losu. Chyba tylko dzięki temu Lua nie zdążyła rzucić swojego zaklęcia, a Shiran nie wygiął się jeszcze w agonii, jak Dandre chwilę wcześniej.
Wypowiadając słowo mocy, poczuł nić, która połączyła go z ciałem mrocznej elfki. Jej prawa ręka stała się wykałaczką w jego dłoniach, jego myślach nawet; wiedział, że wystarczy wyobrażenie tego, czego oczekiwał, by dokładnie to się stało. Choć zaklęcie wymagało aktywacji werbalnej, nie musiał mówić już nic więcej. Lua za to krzyknęła, wciąż z tą samą mieszaniną strachu i wściekłości, gdy w połowie jej precyzyjnego, misternego gestu jej dłoń znieruchomiała, sztywniejąc i przerywając czar w połowie. Złapała się za nadgarstek drugą ręką, lecz nic to nie dało.
- Qo'riqchi! Yuqoriga! - rzuciła do strażników, tych, którzy jeszcze jej słuchali, a nie rozpierzchli się w panice przed ogniem. - Rozszarpię cię! Będziesz gnił w podziemiach pół żywy, pół martwy, już ja o to zadbam! - groziła wściekle, wciąż próbując wyswobodzić zablokowaną zaklęciem rękę.

To dawało Birianowi swobodę, o której nie marzył, gdy odziana w czerwień elfka trzymała go w żelaznym uścisku swojej magii. Mógł odczołgać się i rozejrzeć za bronią, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Z dłoni nieprzytomnego strażnika wysunął się miecz o zakrzywionym ostrzu, na pierwszy rzut oka nieco dla barda za krótki, ale wystarczająco ostry i skuteczny na jego potrzeby. Leżał teraz na ziemi, przygnieciony częściowo przez jego ciało. Wystarczyło wyciągnąć po niego rękę.
- Twoja pieśń - odpowiedział młody elf cicho, podchodząc do swojej towarzyszki i pomagając jej wstać z podłogi. Na jej policzku odbił się ciemniejszym fioletem ślad po dłoni magini. Objął ją i pociągnął w bok, chcąc odsunąć się wraz z nią od Luy i centrum wydarzeń. - Wierzę w nią.
- Nie wszyscy was nienawidzą
- dodała elfka, poprawnie, ale z wyraźnym akcentem. Oboje rozumieli i mówili we wspólnym. Ilu było tu takich, jak tych dwoje?
Złapali Biriana i przeciągnęli go przez tłum pod jedną ze ścian, za kolumnę, pomagając mu utrzymać pion, bo jeszcze przez chwilę miał z tym problem, otumaniony przez wspomnienie bólu. Zamieszanie i spanikowany mroczny motłoch oddzielił ich od shrar Argith i jej furii. Cudowny zapach płonącego księgozbioru był coraz silniejszy.
- Chodź z nami. Zabierzemy cię stąd. Mamy powóz i pająka.

Spoiler:
Obrazek

Pałac Zeritha Dalal

66
POST POSTACI
Shiran
"Nie wiem" - niby proste stwierdzenie, a obijało się po moim łbie niczym świątynne dzwonki. Pierwszy raz rzuciłem się na jedzenie bez opanowania. Wcześniej zdarzało mi się wybuchać nerwowym śmiechem, czy innym dziwnym napadem. Jak o tym myślę, to czy mogło wynikać to z tego wewnętrznego ognia i pociągu, jaki odczuwałem do Nellrien. Ten niezaspokojony ogień, który teraz przygasł...
Próbowałem odszukać myślami podobne sytuacje. Nie było ich wiele, ale każdą poprzedzała wcześniej jakaś dzika zachcianka, której niespełnienie wręcz spopielało mnie od środka. Najczęściej chodziło o seks, ale bywało też, że czasem trzeba było przyłożyć komuś w barze, rozpoczynając w ten sposób wcale nie małą bójkę. Piękne czasy... Jeszcze nie wiedziałem dokładnie na jakiej zasadzie, ale podświadomie czułem, że to co przed chwilą się wydarzyło, jest częścią mojej osoby. Czegoś, czego nigdy się nie pozbędę.

Ciche przekleństwo Nellrien wskazywało mi znowu na dużą dozę szczęścia. Dałbym sobie rękę ujebać, że Płomyczek celowała w coś innego. No, ale i tak mi życie uratowała.
Auth za to siedział cicho. Nawet wtedy gdy rzucałem po raz pierwszy nowe zaklęcie. Poczułem coś wyjątkowego. Jakby pomiędzy mną, a fioletowooką utworzyła się jakaś specjalna więź. Połączenie, które sprawiło że postrzegałem ciało szaroskórej w całkowicie odmienny sposób. Jakbyśmy byli jednością, ale nie do końca jednym ciałem. Coś jak dodatkowe ciało, którym byłem w stanie ruszać. Widząc jak Lua szapie się za rękę, moje usta rozciągnęły się w paskudnym półuśmiechu. Zadziałało. I to, kurwa, skutecznie. To poczucie władzy było w pewien sposób upojne. Nie dziwię się, że niektórzy poszukiwali tak uporczywie władzy i mocy. Czy Sebaf czuł to samo poskramiając potężny żywioł? Nie wiem... Ale wściekła mina elfki i jej groźby, wynagradzały naprawdę wiele.
Biriana nie widziałem, więc wypadało zejść na dół. Machnąłem ręką w stronę Nellrien, by jakoś spróbowała uciec, wtapiając się w szarżujący tłum, a sam ruszyłem w kierunku schodów. W stronę Luy. Mogłem uciekać, ale Auth mówił mi wcześniej, że musimy ją odciąć od Shimi-jakieśtam. Inaczej będziemy w ciemnej dupie, a fioletowooka będzie po moim występie ogromnym cierniem w dupie. Nie chciałem jej zabijać. Czułem w środku, że nie mogę tego zrobić... Ale co jeśli stałaby się niewolnicą Autha? Ta myśl działała na mnie dziwnie pobudzająco...
Poprawiłem uchwyt miecza, hamując swoje dziwne zapędy i wyobrażenia, skupiając się na tym, by ręka szaroskórej opuściła się wzdłuż tułowia i więcej się nie ruszała. Strażników musiałem przydybać na schodach, w najwęższym punkcie. Miałem przewagę, będąc wyżej niż oni, ale nie mogłem sobie pozwalać na dekoncentrację. Musiałem utrzymać zaklęcie na magini, ale w desperackiej sytuacji wiedziałem, że będę musiał sobie pomóc ogniem. Co dalej? Najpierw podejść w stronę Luy. Odszukać Biriana. Może pojawi się Shimi-shimi. Nie wiem... Improwizowałem, jak jasny chuj. Specjalista od spraw szalenie beznadziejnych, psia jego mać.

Pałac Zeritha Dalal

67
POST POSTACI
Dandre
Mięśnie mężczyzny wciąż drżały, wstrząsane spazmami wywoływanymi przez pokłosie okropnego bólu. Mimo to nie zamierzał zaprzepaścić danej mu szansy. Spiął się i zaczął odczołgiwać się od opętanej wściekłością czarodziejki. Poczuł na sobie jej gniew. Nie miał zamiaru sprawdzać, jak smakuje jej furia.
Przyczołgał się do strażnika, którego zdzielił wcześniej podarowanym mu instrumentem i sięgnął po miecz leżący obok jego szarej dłoni. Wydawał się nieco przykrótki, ale w tej chwili nie widział w tym żadnego problemu. Dłoń barda spokojnie mieściła się na rękojeści, a ostrze zdawało się być w dobrym stanie. Nie był już bezbronny.


Dandre uniósł brew, słysząc odpowiedź młodego elfa. Wejrzenie Biriana na krótką chwilę spoczęło na towarzyszce młodzika i pojawił się w nim cień smutku, kiedy dotarło do fioletowiącej się bruzdy na policzku dziewczyny.
- Siła miłości… – stęknął, próbując podnieść się na nogi w tym całym zamieszaniu. – …nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać – dokończył, chwiejąc się nieco, ale już w pionie. Nie przypuszczał, że jego pieśń mogła wywrzeć tak silne wrażenie na kimkolwiek z zebranego tutaj tłumu. Sądził, że w najlepszym wypadku, ot, poruszy ich estetyka utworu, ale nie… słowa. A te jednak nie padały na głuche uszy. Byli tu ci, którzy nie tylko słuchali, ale i dawali się porwać kryjącej się weń idei.
- Trudno mi w to uwierzyć, ale zdajecie się być tego najżywszym dowodem – rzekł, uśmiechając się do nich, nim pochwycili go pod ramię i poprowadzili przez panikujący tłum. Stawianie pierwszych kroków stanowiło dla mężczyzny niemałe wyzwanie, gdyż wciąż nogi miał jak z waty. Raz, czy dwa nawet przeszedł go dreszcz; powoli niknące echo gniewu shrar Luy. Mrugał mocniej, kiedy świat zdawał się wirować mu przed oczyma. Musiał wziąć się w garść, musiał wrócić do siebie.
Cóż mu w końcu po brzytewce, jeśli przewróci się na sam widok potencjalnego napastnika?


Oparł się plecami o kolumnę. Chłód kamienia na potylicy barda czynił cuda dla jego udręczonego ciała.
- Nie potrafię powiedzieć wam, jak bardzo jestem wdzięczny za tę propozycję… – zaczął, patrząc to na jednego, to na drugiego elfa. Bogowie, wizja wsiadania do powozu ciągniętego przez piekielnego p a j ą k a wielkości małego konia była co najmniej niepokojąca. – …ale nie mogę tego zrobić. Tam… – machnął niemrawo ręką w stronę wiszących na drugim końcu sali balkonów. – …są moi przyjaciele. I te, które zasługują na to, by tak o nich śpiewano. Nie mogę ich zostawić.
Wziął głęboki oddech.
- Możecie mnie do nich zaprowadzić? Czy potrafilibyście pomóc też im? – popatrzył na nich błagalnym, zmęczonym wzrokiem. – Nie wiem jak… jak mógłbym się wam odwdzięczyć, ale rzeknijcie jeno słowo… – i co? Cóż miał do zaoferowania? Garść złota i słowa.
Opuścił wzrok.
Obrazek

Pałac Zeritha Dalal

68
POST BARDA
Elf przez chwilę wyglądał na zdezorientowanego, ale w końcu pokręcił przecząco głową.
- To nie to - odpowiedział. - ...Chyba. Chyba nie to. Powiem potem, jeśli będzie jak.
Determinacja Biriana, by nie uciec stąd samemu, a jednak uratować także pozostałych, nie była czymś, czego którekolwiek z nich się spodziewało. Spojrzeli po sobie, momentalnie dwa razy bardziej zestresowani. Kobieta złapała barda za nadgarstek i wyjrzała za kolumnę, jakby to tam szukała odpowiedzi na jego pytania. Wtedy też dostrzegła Luę, szarpiącą się z zaklęciem, które ją unieruchamiało.
- Coś jest niedobrze z shrar - mruknęła. - Chciałam mówić, że nie. Że tylko ty, albo nikt - mówiła szybko, sklecając niezdarne zdania we wspólnym. - Ale może się uda. Jest ogień. Jest chaos. Shrar nie widzi, związana magią. Dalal zniknął.
- Siz aqldan ozgansiz?!
- wysyczał elf i przez kilka uderzeń serca kłócili się cicho, kompletnie dla Biriana niezrozumiale, aż w końcu mężczyzna wyrzucił z siebie coś, co nie mogło być niczym innym, niż siarczystym przekleństwem i uniósł wzrok na wiszącą ukosem, nagą Yunanę, pokrytą krwawymi wzorami. Potem przeniósł spojrzenie na miecz, trzymany przez barda, by wreszcie w rozpaczy wpleść dłonie we włosy.
- Dobrze - sapnął. - Masz broń. Tamten elf na balkonie też ma i chyba też chce pomóc. Weźmiemy go ze sobą. My nie mamy - wskazał na swój elegancki strój i na długą suknię swojej towarzyszki. - Vicna pobiegnie po powóz i podjedzie nim pod okna, ja zabiorę posąg Dalala - skinął głową w stronę Yunany. - Ty oczyść przejście dla swoich przyjaciół. Wyjdziemy tędy.
Niektóre ze spanikowanych mrocznych już przeciskały się przez wysokie, szklane drzwi, prowadzące na tyły pałacu. Elfka, nazwana Vicną, nie czekała dłużej i nie kłóciła się z podjętymi decyzjami; wbiła się w tłum i między całą resztą gości ruszyła w stronę wyjścia, by możliwie najszybciej wrócić tu zaraz z pająkiem i powozem, który miał zabrać ich w bezpieczne miejsce.
- Już - rzucił elf. - Nie ma czasu czekać.
To rzekłszy, zostawił barda samego, opartego o kolumnę, a sam pobiegł do Yunany, by wyswobodzić jej nadgarstki z czarnego sukna, które utrzymywało ją w powietrzu. Gdy Jalen to zauważył, bez wahania złapał szarfę i zjechał po niej na dół, równie sprawnie, co po okrętowym olinowaniu. Był gotów skręcić popielatemu kark, ale tamten wyciągnął do niego ręce w pokojowym geście, a potem rzucił kilka słów, prawdopodobnie we wspólnym, które przekonały chłopaka do tego, żeby go nie zabijał.
Shiran za to dostrzegł, że Neela puściła szarfę i zauważyła Nellrien. Rzuciła tylko spojrzeniem w dół, upewniając się, że tam wszystko jest w porządku, a potem puściła się biegiem w stronę rudowłosej kapitan. Złapała ją, osuwającą się po ścianie, więc przerzuciła sobie jej rękę przez ramię i pociągnęła ją w stronę schodów - na których stał już ich znajomy półelf, choć w odmienionej postaci. Zawahała się przez chwilę.
- To Shiran - uspokoiła ją Maver. - To naprawdę Shiran.
Lua jeszcze przez chwilę próbowała wyrwać się z uścisku magii, ale w końcu warknęła wściekle i dopadła do kogoś, komu wyrwała miecz, by zaciskając ten miecz w lewej ręce ruszyć swojemu wrogowi naprzeciw. Szła w stronę Shirana z furią w oczach i prawą ręką nienaturalnie wciśniętą w bok; u stóp schodów zgarnęła jeszcze trzech strażników, którzy mieli wejść tam razem z nią. Każdy z nich był uzbrojony i gotowy do walki, choć na ich twarzach nie malowało się takie samo przekonanie, jak u niej; pewnie przez pomarańczowe płomienie, liżące ścianę za plecami wroga, wychodzące już z biblioteki i rozprzestrzeniające się powoli coraz bardziej. Sufit jęknął. Prędzej czy później, strawiony przez ogień, zawali się wszystkim tym mrocznym na głowy.
- Uni o'ldir - syknęła, cicho, ale wystarczająco wyraźnie, by dotarło to do całej trójki na górze.
- Bogowie - jęknęła Neela.
Dandre tymczasem mógł spojrzeć w górę schodów i dostrzec tego sprzymierzeńca, o którym mówił mu jego nowy przyjaciel. Nie więcej, niż jedno uderzenie serca zajęło mu zauważenie u mrocznego znajomego, podłużnego kształtu twarzy, prostego nosa i ust, które zwykle wykrzywione były w pogardliwym uśmieszku. Tylko chwilę zajęło mu zrozumienie, że Shiran nie siedział w lochu, zakuty w kajdany, a znalazł wyjątkowo skuteczny i naprawdę imponujący sposób na uprzykrzenie Zerithowi Dalalowi życia.
Shiran za to zauważył Biriana na dole, wśród tłumu. Dzieliło ich małe zamieszanie i Lua, wspinająca się po schodach ze swoją uzbrojoną świtą.

Spoiler:
Obrazek

Pałac Zeritha Dalal

69
POST POSTACI
Dandre
Bard spojrzał na kręcącego głową elfa i wydął lekko usta, wyrażając tym swoje niezadowolenie. Może i młody się opierał, ale przecie Birian wiedział lepiej, co tamtego poruszyło w jego piosence. Mroczny mógł zapierać się rękoma i nogami, ale mężczyzna miał już wyrobione swoje zdanie i żadna ‘prawda’ tego nie zmieni. A jakże poetycko to brzmiało! W krainie mroku, pośród istot chorych z nienawiści, to właśnie miłość przyniesiona z powierzchni na barkach natchnionego barda, popchnęła potwory do tego, by przemówiły ludzkimi głosami.
Scenariusz idealny. W tej chwili rzeczywistość nie miała już prawa go zepsuć. Jeśli przeżyje, jeśli tylko będzie miał okazję; tak właśnie zostanie to zapisane.

Widział niepokój i napięcie, które wykwitły na twarzach jego nieoczekiwanych towarzyszy, ale nie ulegał. Patrzył na nich błagalnym wzrokiem, na chwilę jeno otwierając szerzej oczy, kiedy dziewczyna złapała go za nadgarstek.
- Mm, doskonale! To wspaniałe wieści – podekscytował się na jej pierwsze słowa, gryząc się w język na chwilę przed jednym z ciągu epitetów, którymi pragnął obrzucić tę podziemną wiedźmę. Sam spiął się nieco, kiedy wspomniała, że chciała mu odmówić, ale zaraz rozpromienił się. Wyglądał jakby mógł zaraz podskoczyć z radości na tych swoich chwiejnych nogach i zawirować razem z otaczającym go światem. Miast tego zacisnął jeno ręce na dłoni kobiety uniósł ją do ust i ucałował, cały wręcz promieniejąc.

- Dziękuję! Uda się. Musi się… – syknięcie drugiego elfa przerwało jego przepełnione euforią słowa. Bard łypnął na niego spode łba. Nie rozumiał, co dokładnie powiedział, ale ton zdecydowanie wystarczał, by mógł się tego domyśleć. Spięty, wsłuchiwał się w wymianę zdań między swoimi nowymi towarzyszami, ale rozpromienił się nagle, kiedy pan malkontent, niszczyciel dobrych powstań i pogromca uśmiechów bardów zaklął siarczyście. Wyglądało na to, że przegrał dysputę.
Posłał elfce szeroki uśmiech, nim wrócił spojrzeniem do mężczyzny.
- Dość mi już pomagacie. – uciął, gdy pojawił się temat broni. – Nie chcę, byście narażali się jeszcze bardziej, niż już to zrobiliście, stawiając się tej wiedźm… magini. – zresztą, wyglądali na szlachetnie urodzonych, cóż im po stali w ręku? Z drugiej strony, nie zdziwiłby się, gdyby tutejszy lud bardziej… lubował się w przemocy. Sporo na to wskazywało.
Dandre kiwał głową, kiedy mężczyzna prezentował mu ich plan. We wzroku barda na moment pojawiła się konsternacja, gdy próbował zrozumieć na ką cholerę elf chciałby brać ze sobą jakiś kawał skały, ale jeden ruch głowy mrocznego wystarczył, by szybko naprowadzić go na właściwe tory.
- Jestem wam dozgonnie wdzięczny. Na powierzchni jeszcze będą śpiewać o was pieśni – skłonił się lekko przed mężczyzną, gdyż Vicna już pobiegła w stronę tłumu.
Mieli rację, w tej chwili liczył się czas. Wziął głęboki oddech, kiedy młody mroczny elf zostawił go samego i zważył miecz w dłoni.
Lekki, zaskakująco lekki. Mogą więc być z nimi nieprzyjemnie szybcy.

Kątem oka dostrzegł swojego nowego towarzysza, mocującego się z materiałem przy nadgarstkach Yunany i z zaskoczeniem zaobserwował brawurowy manewr Jalena. Włosy stanęły Birianowi na karku i zamachał rękoma zza swojej kolumny, chcąc jakoś zwrócić uwagę chłopaka i powiedzieć mu, że stoi przed nim przyjaciel, ale tamta dwójka na całe szczęście dogadała się między sobą.
Bogom niech będzie dzięki za wspólny.


- Dobra, idioto, nie stój tu tak. Nie jest dobrze, ale żyjesz. Nie jesteś… chyba nie jesteś ranny. Dasz radę. – przez krótką chwilę wzmacniał i rozluźniał uścisk na rękojeści miecza. Czary wiedźmy zdawały się być już jeno nieprzyjemnym wspomnieniem. Otaczający go chaos stawał się coraz bardziej osadzony w rzeczywistości, nie falował mu już przed oczyma, jakby dopiero co wytoczył się z biesiady. Nie był już bezużyteczny.
To wyzwalająca myśl.

Nim ruszył, spojrzał w górę schodów, próbując wypatrzeć tego tajemniczego elfa, o którym wspominał mu jego nowy towarzysz. Uśmiechnął się krzywo. Mimo dzielącego ich dystansu i intrygującej zmiany, którą najwyraźniej przeszedł, w mgnieniu oka rozpoznał w obcym mrocznym Shirana.
- Może i jest szalony, ale skuteczności nie można mu odmówić. Ile jeszcze asów pochował sobie po rękawach? Magowie… – pokręcił głową, czując jak uśmiech coraz bardziej rozjaśniał jego twarz. Wydawało mu się, że przez krótką chwilę jego oczy spotkały się z oczyma elfa i skinął mu głową, nim pewnym, spiesznym krokiem ruszył w stronę schodów.

Schodów, na które już wspinała się Wiedźma, wraz ze swoją świtą. Czyżby… miała miecz w dłoni?
Warga Biriana drgnęła w namiastce uśmiechu, kiedy przyśpieszał kroku. Jeśli z jakiegoś powodu miała problem ze swoją magią… To stawała się zdecydowanie mniej straszna.
Jej wyraz twarzy po tym, jak skończył swą pieśń, sprawił, że dostrzegł w niej człowieczeństwo. Teraz zaś poczuł, że mogła nie być niezwyciężona.
Szedł szybko, ale nie rzucał się do biegu, nie chcąc zwrócić na siebie zbyt wcześnie uwagi. Z jakiegoś abstrakcyjnego powodu czuł wstręt przed rozlewaniem krwi, jego wzrok krążył między uzbrojonymi strażnikami, a sam bard zastanawiał się, czy byłby w stanie ocalić któregokolwiek z nich.
Cóż za absurd!
Potrząsnął głową.
Kiedyś nie miał problemu z tym, by ciąć durnych szlachetków do krwi za nietrafione komentarze, a teraz wzdrygał się na myśl o zabiciu tych, którzy bez chwili zawahania zdepnęliby ich jak robaki?
- To taka sama zaraza, jak te bydlęta z Ujścia. Zaszlachtowaliby cię jak psa. – dotarł do pierwszych schodów. Zacisnął dłoń na rękojeści miecza, kiedy sufit pałacu po raz kolejny boleśnie jęknął.
- Jeśli mamy tu ginąć, to nie wśród gruzów. I nie bez walki.


Lua była poza jego zasięgiem, prowadząc to małe natarcie, ale jej świta już nie. Chciał doskoczyć jak najprędzej do pierwszego mrocznego i ciąć go po karku. Gdyby przeżył i odwrócił się w stronę barda, ten ciąłby go na odlew po twarzy i ruszył dalej. Liczył się czas.
Pewnie stawiał stopy na kolejnych schodkach, cały napięty i gotowy do odparcia ewentualnego ataku. Ich miecze były lekkie i szybkie, ale jeśli udałoby mu się zbić cios w powietrzu, zamiast przyjmować go zwykłą paradą, to byłby w stanie bardzo szybko kontratakować, może nawet jeszcze z tego samego ruchu. Jeśli poczuje, że długośc ostrza mu na to pozwoli, postara się ciąć raczej po nadgarstkach, ale gdyby czuł się naprawdę zagrożony, nie zawaha się przed chlastaniem na wysokości oczu i gardeł.
Obrazek
ODPOWIEDZ

Wróć do „Klan Wodnej Gwiazdy”