Dom Śnienia Kamelii

436
POST POSTACI
Paria
Choć zwykle Parii nie brakowało słów, teraz milczała. Podążała spojrzeniem za każdym kolejnym flakonikiem, jakie Kamelio wkładał do worka, zastanawiając się, czy dało się realnie wycenić koszt pomocy Naruzel. Ile to było warte? Setki koron? Tysiące? Ile koncertów musiałaby zagrać, żeby zarobić choćby połowę ich wartości? Dom Śnienia funkcjonował od lat i nie bez powodu kolekcjonował to wszystko. Dlaczego to było dla Naruzel tak ważne? Dlaczego tego potrzebowała? Dziesiątki pytań bez odpowiedzi kotłowały się w głowie Parii, ale żadnego z nich nie wypowiadała na głos. W obecnej sytuacji jej wątpliwości nie miały zbyt wielkiego znaczenia.
Dopiero pytanie elfa wybudziło ją z zamyślonego odrętwienia.
- Nie tylko mężczyzn - odparła cicho, siląc się na żart, ale nie był on szczególnie przekonujący. Oderwała wzrok od pustych szafek kantorka, unosząc go na Kamelia. - Jest piękna. Onieśmielająco piękna.
Wiedziała, że nie o to pytał, więc westchnęła i wzruszyła nieznacznie ramionami.
- Nie wiem, co mam myśleć. Powinnam zakładać, że działa tylko w dobrej wierze. Że chce pomóc, żeby ocalić Shaoli. Gdyby Shao nie miała być następczynią Marii Eleny, pewnie nawet by się tu nie pojawiła, prawda? Więc jeśli tak na to spojrzeć, to... to mamy szczęście. Bez niej moglibyśmy nie mieć szans. Wszyscy moglibyśmy skończyć martwi, albo pojmani przez... demony, czy te elfy... cokolwiek nadchodzi.
Machnęła dłonią, żeby strzepnąć z sukienki kawałek pierza, który przyczepił się do niej przy opróżnianiu poduszki. Nie tak wyobrażała sobie ten dzień, kiedy budziła się rano, jadła śniadanie i wybierała sukienkę na występ. Zupełnie jakby to wszystko było snem, z którego zaraz się obudzi. Naruzel była wystarczająco nierealna, żeby podejrzewać, że to wcale nie jest rzeczywistość. Ale niestety.
- Ursa podpisał z nią pakt - zauważyła. - Więc raczej nas nie oszuka, prawda? Przysięgła, że będzie nas chronić - znów podniosła wzrok na mężczyznę. - Czy ty jej wierzysz?
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

437

- Powinienem bać się konkurencji? - spytał elf, wysilając się na blady uśmiech.
Nawet jeśli obydwoje bardzo starali się rozluźnić nieco atmosferę, ciężko było o brak pewnej sztuczności w tym, co z reguły przychodziło im naturalnie i z polotem. Waga sytuacji ciążyła nad nimi niczym wielki sęp, czekający na byle potknięcie. Otuchy nie dodawało dodatkowe wrażenie, jakby wchodzili w ten cały bajzel zupełnie po omacku. Musieli przecież wszystko, włącznie ze swoim własnym 'być albo nie być', powierzyć komuś, kogo ledwie co poznali, a kto na dodatek mógł dysponować siłą, której nie do końca potrafili zrozumieć.
- Chciałbym powiedzieć, że zazwyczaj mam nosa do ludzi i nieludzi. Problem w tym, że jeśli Naruzel rzeczywiście jest kimś w rodzaju boskiego sługi, bliżej jest jej samej do demona niż do nas. A z takimi osobami-... Bytami? Zwał jak zwał - nie miałem wcześniej do czynienia. Nie podoba mi się to wszystko. Nie jestem specem, ale z tego, co słyszałem od znacznie mądrzejszych od siebie, pakty z istotami z innych sfer rzadko kiedy kończą się dobrze dlatakic śmiertelników, jak my. - Kamelio pokręcił głową i spojrzał ostatni raz na zawartość poszewki. - Cholerny Ursa... Jestem pewien, że nawet przez moment nie zastanowił się nad konsekwencjami. Z drugiej strony, taki pakt to też nie pierwsza z brzegu para kaloszy. Żadna ze stron nie może go zerwać bez przyjęcia na siebie poważnych konsekwencji, nieważne, jaką potęgą by dysponowała. Wierzę więc, że nie zdradzi założeń kontraktu... Bardziej martwi mnie, jakim kosztem zamierza go dopełnić albo w jaki sposób zdoła go nagiąć-... Uhh! - wolną ręką sięgnął do swoich włosów i roztrzepał je. - Sam już nie wiem. Chyba po prosu nienawidzę faktu, że czuje się w tym wszystkim kompletnie bezużyteczny. Zamiast mierzyć się z rzeczami silniejszymi od nas, powinniśmy teraz raczej planować ucieczkę z wysp. Nie jakąś... Walkę z demonem?!
Foighidneach

Dom Śnienia Kamelii

438
POST POSTACI
Paria
- Zawsze - odpowiedziała, przywdziewając jedną ze swoich nieprzeniknionych, uśmiechniętych masek, choć ta była mało przekonująca, gdy miała rozmazany od płaczu makijaż i potargane włosy. Gdy zdała sobie z tego sprawę, starannie przetarła policzki pod oczami, by pozbyć się smug z czernidła i powyciągała wsuwki z włosów, pozwalając im rozsypać się tak, jak sobie tego chciały.
W ten sposób też łatwiej było udawać, że słowa elfa nie osiadają ciężarem na jej sercu. Przysłuchiwała mu się, ale jakby nigdy nic zajmowała się czymś innym, podczas gdy czuła, jak jej serce zaczyna bić coraz szybciej. Nie bez powodu nie powiedziała mu o swoim pakcie; nie rozmawiali o tym nigdy, ale przeczuwała, że nie będzie tego popierał. Och, gdyby tylko mogła teraz porozumieć się z Rdzą. Zadać jej kilka pytań, podzielić się wątpliwościami... Ale ta jak na złość milczała, choć wcześniej, gdy była mowa o Shaoli, potrafiła do Libeth przemówić. Paria ciekawa była, czy jej towarzyszka zdawała sobie w ogóle sprawę z faktu, że mają do czynienia z następczynią największej wieszczki śmiertelnego świata. Cóż, teraz już na pewno tak. Czy miało to na cokolwiek jakikolwiek wpływ? To miało pozostać tajemnicą, dopóki - o ile w ogóle - bardka nie dowie się, kto dokładnie zamieszkał w jej głowie na rok. Kto patrzył jej oczami, słuchał jej uszami i czuł to, co czuła ona sama.
- Myślę, że Ursa po prostu zrobił to, co uważał za słuszne - stanęła w obronie krasnoluda, a przy okazji też swojej własnej. - Czasem trzeba podjąć ryzyko. Czasem ktoś musi to zrobić. A my... my go nie podejmowaliśmy. Z iloma paktami miałeś do czynienia? Może nic mu nie grozi. Może Naruzel zaproponowała to właśnie dla naszego spokoju, skoro nie potrafiliśmy zaufać jej inaczej. Nie miej mu tego za złe. Zrobił to, bo kocha Shao jak własne dziecko, wiesz o tym przecież. Dlaczego miałby teraz łamać warunki umowy?
Przysunęła się do elfa i przylgnęła do niego, obejmując go w pasie, unosząc na niego spojrzenie swoich jasnych oczu.
- Uciekniemy potem - obiecała. - Uratujemy Shao, obudzimy ją i uciekniemy stąd. Popłyniemy do... popłyniemy do Karlgardu - zaproponowała. - We troje. Poczekamy, aż wszystko się uspokoi i wtedy wrócimy. Hm? Zawsze chciałam zobaczyć kontynent. Ty jeszcze nigdy dotąd nie opuściłeś Taj'cah. Zostawimy tutaj demony i najeźdźców z podziemi.
I całą jej rodzinę, i cały Dom Śnienia, i wszystkich, do których oboje byli przywiązani. Mogła snuć plany, ale oboje wiedzieli, że nic takiego nie zrobią. To były tylko słowa. Wpatrywała się w Kamelia, próbując znaleźć w jego twarzy prawdę dotyczącą tego, co myślał o Ursie. Czy naprawdę był na niego zły, czy tylko się o niego martwił.
- Damy sobie radę - dodała ciszej. - Wiem, że nie jestem wykształconym magiem i nie mam za sobą tylu lat doświadczenia, jak ty. Wiem, że przy tobie i tym bardziej przy Naruzel jestem jak dziecko, bawiące się patykiem zamiast mieczem. Ale zrobię, co będę w stanie. Zawsze zrobię, co będę w stanie. Ona... pokłada we mnie jakąś wiarę, prawda? W nas obojgu. Sama będzie silna, pełna mocy - zerknęła w kierunku flakoników ze snami. - Mamy jakąś szansę, Kamelio. Nie jest duża, ale istnieje.
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

439
POST BARDA
Widząc jej starania, Kamelio bardzo ostentacyjnie chwycił rąbek swojej koszuli, poślinił ją, a potem niczym ta stara ciotka, zaczął wycierać ślady na policzkach i pod oczami Libeth.
- I widzisz, czego ja dla ciebie nie zrobię? - westchnął dramatycznie, nie zważając na ewentualne sprzeciwy.
Ciekawe, co na takie przejawy zażyłości śmiertelnych powiedziałaby Rdza, gdyby miała je ocenić. Zapewne wciąż dość niewiele, chociaż jej słownik musiał zapełniać się z każdym dniem. Pomijając jednak zasób słownictwa, być może istniała sposobność, aby jakoś ułatwić komunikację z przyklejoną do niej lisią istotą. Jej możliwości wydawały się wciąż stosunkowo ograniczone, ale czy nie były przy tym bezpieczniejsze? Z drugiej strony, biorąc pod uwagę obecną sytuację, być może odrobina ryzyka więcej warta byłaby świeczki.
Elf westchnął cicho i odruchowo sam objął ją ręką wolną od poszewki, do której powciskali flakoniki.
- W porządku, w porządku. Mam przestać się martwić na zapas, zrozumiałem - przechylił się i pocałował ją w czubek głowy. - Jeśli jakoś to wszystko przeżyjemy, porwę i cały okręt, zabierając do Karlgardu kogo tylko chcesz. A sterować nauczę się najwyżej w praktyce, jak sądzę.
Była to miła wizja. Móc odpłynąć w dal, byle jak najdalej od kłopotów i zmartwień zaraz po wielkim, szczęśliwym zwycięstwie nad złym, paskudnym demonem. Wszyscy cali, zdrowi i w komplecie. Gdyby jeszcze życie chciało ich aż tak rozpieszczać.
Biorąc głębszy wdech, Kamelio obkręcił lekko poszewkę, zamykając wylot i lekko pociągnął Libeth w powrotnym kierunku.
- Hoho, powoli! Nazywanie mnie 'wykształconym magiem' to trochę za dużo powiedziane, nie uważasz? Już nie wspominając o tym, że przy Naruzel obydwoje pewnie moglibyśmy wyglądać, jak dziećmi bawiącymi się piaskiem. Ale hej, jeśli będzie trzeba, porządnie natrzemy nim demonie oczy - mężczyzna uśmiechnął się lekko i puścił jej oczko.
Foighidneach

Dom Śnienia Kamelii

440
POST POSTACI
Paria
Paria znieruchomiała i uniosła wzrok na Kamelio, gdy ten zaczął zmywać jej z twarzy konsekwencje jej załamania sprzed chwili. Dobrze wiedziała, że nie była to najgorsza jej wersja, z jaką miał dotąd do czynienia, ale też zdawała sobie sprawę z faktu, że miewała lepsze dni. Wolała, gdy nie musiał ścierać jej rozmazanego makijażu z policzków. Wolała, gdy ona nie musiała zastanawiać się, co na ten temat myśli Rdza.
Nic nie powiedziała, zamiast tego uśmiechnęła się do niego lekko, choć z wielkim trudem zmusiła się do tego, by dopilnować, żeby uśmiech sięgnął też oczu. A może powiedzenie mu o tym wszystkim nie było takim głupim pomysłem? Może wtedy zrozumiałby jej zachowanie z ostatnich tygodni, może nie wściekłby się na nią aż tak bardzo? Nie pamiętała, czy kiedykolwiek widziała go tak naprawdę, naprawdę złego. Zawsze, nawet gdy ponosiły go emocje, narzucał sobie jednak jakąś samokontrolę.
- Przyszedłeś i słońce przyszło razem z tobą - powiedziała cicho. - Aż błękit nad nami zamienił się w złoto.
I od tych złotych oczu właśnie nie odrywała spojrzenia. To były pierwsze słowa jednej z jej pieśni, takiej, której nigdy dotąd nigdzie nie zagrała, bo była przeznaczona tylko dla niego - a przed nim wstydziła otworzyć się aż tak, bo nie wiedziała, czy w reakcji na jakiekolwiek jej wyznanie nie ucieknie przed nią gdzie pieprz rośnie, tak profilaktycznie, żeby nie zniszczyła sobie przez niego życia, albo z jeszcze jakiegoś innego absurdalnego powodu. Pieśń czekała więc na odpowiednią chwilę, która miała już nigdy nie nadejść.
Tak właśnie funkcjonowali, już od dawna: gdy Kamelio załamywał się pod ciężarem rzeczywistości, Libeth stała obok, żeby go podtrzymać i odwrócić jakoś jego uwagę od problemów. Gdy ona miała rozsypywała się tak, jak przed chwilą, to on obiecywał niestworzone rzeczy, byle tylko doprowadzić ją do porządku. I tak jakoś żyli, w tych czasach, w których raz za razem miał miejsce jakiś kolejny kryzys. Strach pomyśleć, jak by skończyli, gdyby nie mieli siebie nawzajem.
Zaśmiała się cicho.
- Jeśli ty jesteś dzieckiem, które bawi się piaskiem, to ja jestem tym, co siedzi w kącie i próbuje go jeść - mruknęła, ruszając za elfem. - Byłeś przecież uczony w sztukach magicznych, przez wiele lat. Nie mów teraz, że jest inaczej. Może nie na jakiejś... Akademii Czarnoksięskiej, ale nadal. Ale tak, masz rację. Zrobimy co się da. Dwójka śmiertelników na usługach anielicy może nawet ma jakieś szanse, hm?
Była gotowa wziąć udział w rytuale, czymkolwiek on miał dokładnie być. Szczerze mówiąc chciała, żeby było już po wszystkim, więc bez ociągania szła z powrotem po schodach na górę, a potem do pokoju Kamelii, o ile przestrzeń w nim była wystarczająca do rozrysowania wszystkiego, co Naruzel chciała rozrysować.
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

441
POST BARDA
Brwi elfa uniosły się raptownie, a na twarzy na moment wymalowało się zaskoczenie. Wszystko to, by już chwilę później pochylić się i chciwie przycisnąć swoje wargi do jej własnych w długim, choć wciąż zbyt krótkim pocałunku. Kiedy się odsunął, obnażył zęby w nieco głupkowatym, choć wciąż na swój sposób czarującym uśmiechu.
- Uwielbiam, kiedy wychodzi z ciebie artystka. Mówiłem ci to kiedyś?
Oczy Kamelio wreszcie odzyskały nieco blasku.
- Jeśli nam się nie powiedzie, obydwoje będziemy jeść piasek od spodu, więęęc... Tak. Po prostu zróbmy to. I najlepiej zróbmy to dobrze, cokolwiek miałoby to być.

Aż do komnaty Kamelii, jak się szybko okazało, wracać wcale nie musieli. Ledwie wyszli bowiem na parter w celu przejścia przez pokój wspólny, by na jego środku, teraz pustym (wszystkie stoliki i siedzenia przesunięte zostały pod ścianę), zastać bacznie przyglądającej się posadzce pod swoimi stopami Naruzel. W ręku kobieta wciąż trzymała kawałek kredy.
- Wróciliście - zauważyła na głos, chociaż nawet nie spojrzała w ich stronę.
Na podłodze, która jeszcze niedawno był goła, jeśli nie liczyć paru mebli, teraz rozciągał się ogromny, wyrysowany kredą krąg. Składał się z trzech pierścieni i masy symboli, których Paria nigdy wcześniej nie widziała na oczy. W bardzo równych odległościach od siebie, na obrzeżach kręgu, zostały też ułożony trzy misy. Ursa właśnie wlewał do nich po kolei ze sporego garnka coś, co wyglądało parowało i co wyglądało jak świeżo zagotowana woda. Krasnolud spojrzał w ich kierunku krótko i wzruszył ramionami, jakby sam tak naprawdę nie miał pojęcia, po co robi to, co robi.
Spoiler:
Zadowolona najwyraźniej w każdym razie z otrzymanego wyniku Naruzel wreszcie przestała przyglądać się kręgowi i lekkim gestem dłoni przywołała ich do siebie.
- Podejdźcie proszę. Pozwólcie mi zobaczyć sny i wróżby. Kiedy skończę je sortować, poproszę każde z was, żeby wlało ich esencję do mis. Dostaniecie też specjalną mieszankę innych składników, które przygotowałam znacznie wcześniej. Waszym zadaniem będzie na mój znak dodać je do snów. Zasłonię zasłony, zapalę świece, rozpocznę inkantację, a wy będziecie ją kontynuować - przedstawiła im ich zadania w taki sposób, jakby sprzedawała im plan na popołudniowy piknik. - Proste, czyż nie?
Foighidneach

Dom Śnienia Kamelii

442
POST POSTACI
Paria
Ciężko było jej oderwać wzrok od Naruzel, gdy znalazła się w pomieszczeniu, gdzie była też ona. Ale nie wynikało to z żadnego czysto fizycznego pociągu, jaki mogłaby potencjalnie czuć w jej kierunku; ta tajemnicza kobieta stała się ich jedyną nadzieją w tych koszmarnych czasach i Paria bardzo chciała wyczuć, czy aby na pewno nie popełniają błędu. Gdyby tylko potrafiła czytać w myślach... najpewniej na nic by się to nie zdało. Naruzel nie wydawała się kimś, kto pozwoliłby zajrzeć do swojego umysłu. I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno temu Libeth jej groziła! Z perspektywy czasu miała ochotę pacnąć Parię sprzed godziny w jej głupi, arogancki łeb.
Przeniosła spojrzenie na podłogę i ruszyła bokiem, wzdłuż kręgu, przyglądając się znakom, podczas gdy Kamelio zanosił wysłanniczce Sulona fiolki ze snami, cenne zasoby Domu Śnienia. Starała się o tym nie myśleć. Dawniejsza Libeth nie przejmowałaby się tym zbytnio, bo problemy tej instytucji nie były jej problemami, ona z nimi tylko sporadycznie współpracowała, ale teraz wyglądało to już trochę inaczej. Po pierwsze, została oficjalnym członkiem gildii. Po drugie... bała się tego, jakie konsekwencje będzie przez to musiał ponieść Kamelio. Bała się, że potraktują jego decyzję jako prywatę, na jaką nie powinien był sobie pozwalać.
Ale nie miało to wielkiego znaczenia, jeśli zaraz wszyscy tu poumierają. Tak dawno nie widziała się z bratem... miała nadzieję, że on i jego rodzina są bezpieczni. Że ojciec zabarykadował się w rezydencji i nie robi nic głupiego... jak jego wspaniała córka, chociażby.
Znaki na podłodze nic jej nie mówiły.
- Tak - odparła cicho. Powtarzanie czegoś, nawet jeśli był to długi tekst w obcym języku, nigdy nie był dla Parii problemem. W głowie dokładała sobie do niego melodię, na której słowa płynęły naturalnie i nie stanowiło to wówczas dla niej żadnego kłopotu. Nie musiała ich rozumieć. - Co się stanie?
Dopiero wtedy podniosła wzrok z powrotem na Naruzel. Choć nie różniły się zbytnio wzrostem, Libeth czuła się przy niej mała.
- Czy ten demon się tu pojawi? Powiedz nam, jeśli możesz, czego się spodziewać, żeby zaskoczenie nie wybiło nas z rytmu.
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

443
POST BARDA
Po odebraniu od Kamelio worka i zajrzeniu do środka, naturalnie pogodna twarz Naruzel rozjaśniła się jeszcze bardziej. Wydawała się bardzo zadowolona z tego, co zastała. Elf nieco mniej, ale i tak starał się nie robić niepotrzebnych min.
- W tej chwili Dom Kamelii osłania delikatna bariera, którą pozwoliłam sobie go otoczyć zaraz po przybyciu - poinformowała ich, ostrożnie wyciągając buteleczkę po buteleczce, rozstawiając je wedle sobie tylko znanej wiedzy przy konkretnych misach. - To tylko tymczasowe rozwiązanie, które ukrywa nas przed jego wzrokiem. Kiedy ją zdejmę, demon, o którym mowa, będzie w stanie znaleźć nas niemal natychmiast. Shaoli jest dla niego niczym latarnia morska, której blask przyciąga go z ogromnych odległości.
Kamelio zauważalnie spiął ramiona, które skrzyżował na klatce piersiowej dla niepoznaki.
- Nie znam dokładnie jego natury ani tego, jak wygląda, ale kiedy się tu pojawi, będzie usiłował zrobić wszystko, aby przerwać rytuał i położyć swoje łapy zarówno na dziewczynie, jak i na tym, kto mu ją odebrał - tu kobieta rzuciła znaczące spojrzenie w stronę Parii.
- Niedoczekanie - prychnął Kamelio.
- Dopóki żadne z was nie przerwie rytuału, nie będzie w stanie nikogo skrzywdzić. Macie na to moje słowo - zapewniła Naruzel, rozstawiając buteleczka przy buteleczce. - Będę w stanie utrzymać go w ryzach. Ostrzegam jednak, że może próbować was przekonywać, mamić i upraszać na wiele sposobów. Może wam grozić, może zastraszać. Może obiecywać cuda nad cudami. Najważniejsze to, abyście zachowali zimną krew i nie opuszczali pierścienia, w którym was ustawię. Jakieś jeszcze pytania?
Foighidneach

Dom Śnienia Kamelii

444
POST POSTACI
Paria
Paria nerwowo pokiwała głową.
- Jasne - odpowiedziała cicho, ale z przekonaniem.
Jeśli miała nie oszaleć ze strachu, to nie pozostawało jej nic innego, jak bezgraniczne zaufanie Naruzel i absolutna determinacja. Wysłanniczka Sulona sama chciała Libeth jako osoby, która pomoże jej w rytuale, prawda? Sama twierdziła, że bardka ma wystarczający potencjał magiczny. Gdyby było inaczej, zwróciłaby się do kogoś innego. Kogokolwiek innego.
Odetchnęła głęboko. Starała się nie pokazywać po sobie stresu, ale wiedziała, że nikt tutaj w to nie uwierzy, więc robiła to bardziej dla samej siebie, niż dla któregokolwiek z nich. Stres był naturalną reakcją, a ona była tylko człowiekiem. Tylko zwyczajnym, przeciętnym człowiekiem, cholera jasna. Strzeliła spojrzeniem w stronę Kamelio, ale nie odpowiedziała na jego butny protest. Wątpiła, by stanowił wystarczającego przeciwnika, gdyby miał stanąć sam na sam przeciwko demonowi, ale doceniała jego przekonanie.
- Nie przerwiemy - obiecała. - Musimy mówić oboje? Cały czas? Czy ważne, żeby inkantacja trwała, ale nie ma znaczenia, czy wypowiadana jest przez jedną, czy przez dwie osoby?
Co mógł obiecać jej demon? Sławę? Tę już miała, wystarczającą. Pieniądze? One nigdy nie były jej priorytetem. Mógł ją zastraszać jej rodziną; mógł pokazywać jej bliskich, ojca, brata, w sytuacjach, które będą mroziły Libeth krew w żyłach. Może w ten sposób będzie próbował ją wyciągnąć z kręgu, odwołując się do jej zdecydowanie zbyt wysokiej empatii.
- Czy... będzie mógł nam coś pokazywać? Czy możemy być pewni, że to, co mówi, to kłamstwa? Że obrazy, które... które potencjalnie zobaczymy, nie będą prawdziwe? - spytała. - I... jak długo potrwa rytuał? Kwadrans? Godzinę? Osiem? Czy po nim... jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem... będziemy bezpieczni?
Czuła, jak drżą jej dłonie, więc splotła je za plecami, bo miała wrażenie, że wszyscy to widzą równie wyraźnie, jak ona to czuła.
- Ja jestem gotowa. Chyba. Na tyle, na ile mogę być. Jestem gotowa.
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

445
POST BARDA
Przy każdej z parujących od gorącej wody mis, Naruzel ustawiła po dwa rzędy buteleczek. Przyglądający się temu wszystkiemu dość sceptycznie Ursa, stał nieopodal ze skrzyżowanymi na klatce piersiowej ramionami.
- Musicie pamiętać, że chociaż nie jestem człowiekiem i działam w imieniu Sulona, istota, z którą się mierzymy, ma taki sam status. Będę w stanie utrzymać rytuał tylko przez pewien czas, jeśli któreś z was zaprzestanie inkantacji. Dwie osoby nie wystarczą, aby ukończyć go z powodzeniem. Tym bardziej jedna. Dlatego tak ważne jest, żebyście skoncentrowali się na słowach, które będziecie słyszeć w swoich głowach - tłumaczyła kobieta, prostując się i odstępując nieco od kręgu. Wyglądało na to, że jeszcze raz sprawdza, czy wszystkie jego aspekty zgadzały się z tym, co zamierzała. - Nie musicie inkantować synchronicznie. Najważniejsze, to kontynuować proces aż do jego zakończenia. Sam rytuał nie będzie trwał długo. Przeprowadzany wyłącznie przez śmiertelników rzeczywiście mógłby trwać godziny, ale powadzony przeze mnie, z dodatkowym zasobem energii, który mi dostarczyliście - tu wskazała dłonią ku jednemu z miejsc, gdzie stały zabutelkowane sny. - Przyspieszę go do minimum. Nie będzie trwał dłużej niż kilka z twoich standardowych występów dla karczmiennej publiczności.
Uśmiechając się znacząco w stronę Parii, dała jej tym samym po raz kolejny do zrozumienia, że wie tu o nich więcej, niż mogliby przypuszczać. Kto wie, być może obserwowała ich już od jakiegoś czasu? Być może do tej właśnie chwili przygotowywała się od tygodni? Miesięcy? Któż to mógł wiedzieć poza nią samą.
- Być może będzie mógł tworzyć iluzje. Być może będą one nawet realne do stopnia, gdzie poczujecie dany smak lub zapach. Tego nie jestem niestety pewna. Z mojej strony również będzie to pierwsze spotkanie z tym... Hmm, 'osobnikiem'. Jedyne co mogę wam obiecać, to to, że tak długo, jak nie ulegniecie jego podszeptom, tak długo nic nam tutaj nie grozi. Samymi sztuczkami i pustymi słowami niczego nie zdziała, dopóki nie postanowicie w nie uwierzyć.
Naruzel spokojnym krokiem podeszła w stronę Libeth i stojącego zaraz obok Kamelio. Ciągnące się za nią skrzydła, mimo całego majestatu i potęgi wydawały się również niesamowicie lekkie i zwiewne. Spośród tychże skrzydeł wyrwała zaraz dwa pióra.
- Skupmy się na razie na jednym zagrożeniu, zanim przejdziemy do drugiego - jej dotyk był ledwie wyczuwalny, kiedy wplątywała jedno z piór we włosy Libeth. - Zgodnie z obietnicą, zrobię co w mojej mocy, aby ustrzec was przed niebezpieczeństwem tak długo, jak długo pomagamy sobie wzajemnie. - kolejno przeszła do Kamelia, który co prawda nieco zmarszczył brwi, ale również pozwolił wpleść sobie drugie z piór. Ponieważ jednak jego włosy były nieco inne, Naruzel jak gdyby nigdy nic uplotła mu niewielki warkoczyk z boku głowy, w który dopiero potem wsunęła pióro.
- ...Ma to rozumiem służyć czemuś konkretnemu? - spytał od razu elf, ostrożnie dotykając boku głowy, kiedy anielica odstąpiła od nich na krok.
- Są częścią mnie i będą działać, jak przekaźniki - objaśniła od razu tamta. - Pozwolą mi podzielić się z wami moją wiedzą i mocą. Będziecie wiedzieć co robić i co mówić w trakcie rytuału. Nie wyjmujcie ich więc, dopóki nie skończymy. Oh, Ursa, bądź tak dobry i przynieść do nas z powrotem Shaoli, proszę.
Krasnolud nie był zaskoczony kolejną, skierowaną do niego prośbą. Zapewne już wcześniej usłyszał od niej o najistotniejszych szczegółach całego przedsięwzięcia oraz tym, czego do niego potrzebowali. W tym czasie Naruzel pokazała zarówno Libeth jak i Kamelio, gdzie powinni stanąć. Ich miejsca były zlokalizowane w najbardziej zewnętrznym pierścieniu kręgu. Do każdej z ciągle parujących mis kobieta dosypała czegoś ze swojej ulubionej fajki, co błyskawicznie sprawiło, że woda zmieniła kolor na różany, a pomieszczenie wypełnił dziwny, ciężki zapach, który jednocześnie działał przyjemnie uspokajająco.
- Obróćcie się w stronę mis i zacznijcie dolewać sny, idąc buteleczkami od lewej do prawej - poinstruowała ich.
Zajęci dolewaniem ich kolejno do różowawej cieczy, mogli dostrzec od czasu do czasu niezrozumiałe dla siebie, mgliste obrazy. Zapewne części wspomnień lub przepowiedni miksujące się z sobą nawzajem. Dzięki skupieniu na pierwszym z zadań praktycznie nie dostrzegli powrotu Ursy. Pokierowany przez nową nadzorczynię, ułożył wciąż śpiącą smacznie Shao w najbardziej wewnętrznym, środkowym kręgu. Jego linie nie rozmazywały się przy nadepnięciu, więcej, zaczynały lekko majaczyć błękitno-białym blaskiem. Krasnolud tylko raz niepewnie spojrzał w kierunku Parii i Kamelia, zanim pogoniony wzrokiem Naruzel wycofał się, aby dołączyć do członków Domu Śnienia w piwnicy. Tam też miał czekać do samego końca.
Przy ostatnim flakoniku, woda w misach zmieniła kolor na intensywnie wiśniowy, a następnie buchnęła w górę gęstą parą tego samego koloru. Wszystkie zasłony opadły, a świecie w pomieszczeniu zapłonęły wysokimi płomieniami.
Naruzel zaczęła nucić, tworząc swoisty rytm. Rytm ten niemal fizycznie zdawał się przepływać przez ciało Parii, tworzyć coś w rodzaju dziwnego, niezrozumiałego dla niej połączenia. Czuła ten rytm w sobie. Czuła jego delikatne drgania, nie w powietrzu, ale wewnątrz. Przesiąknięte były one mocą, która zaledwie delikatnie muskała naturę jej istoty, a jednak tyle wystarczyło, aby napełnić ją nagłym przeświadczeniem, że tylko z tym mogłaby poruszyć cieniami połowy królestwa na raz. Być może było to wrażenie złudne, ale dla niej dostatecznie prawdziwe, żeby móc mu zaufać. Niedługo po tym przyszły słowa. Słowa, które wiedziała, po prostu wiedziała, że należy powtórzyć. Nawet jeśli język w jakim przeprowadzali ceremonię był jej obcy, nie miała żadnego problemu z wypowiedzeniem każdej, pojedynczej sylaby.
Foighidneach

Dom Śnienia Kamelii

446
POST POSTACI
Paria
Słuchając Naruzel, Libeth tylko kiwała głową raz po raz, nie bardzo wiedząc, co więcej mogłaby dodać, albo o co spytać. Wszystko wydawało się równie jasne, co zagmatwane. Ale rozumiała tyle, ile była w stanie zrozumieć swoim okrutnie ograniczonym, śmiertelnym umysłem. Kilka standardowych występów... była w stanie skupić się na tyle. Zakładała, że potrwa to od... pół do dwóch godzin. Tak. To była chyba trafiona estymacja.
Znów pokiwała głową, przenosząc spojrzenie najpierw na dymiące misy, a potem na stojącego obok niej elfa.
- Nie ulegniemy. I nie uwierzymy - obiecała, choć jej twierdzące słowa były jednocześnie skierowanym ku niemu pytaniem.
Kamelio bywał pełen wątpliwości i nie mógł pochwalić się zbyt dużą pewnością siebie - chyba, że warunki akurat sprzyjały. Obawiała się, że nie da sobie rady, tak samo, jak obawiała się o samą siebie, ale nad samą sobą miała znacznie większą kontrolę, niż nad nim. Siebie samą mogła zmusić do odcięcia się od mamiących ją zmysłów i skupić na kontynuowaniu rytuału, ale jeśli zrobi to on, nie będzie mogła przecież przerwać, żeby go powstrzymać przed podjęciem głupich, pochopnych decyzji. Z drugiej strony, Kamelio miał coś, czym nie mogła pochwalić się ona: niezłomną determinację, jeśli w grę wchodziło życie Shaoli. Moment, w którym Paria byłaby skłonna wycofać się ze wszystkiego, znajdował się dużo, dużo wcześniej na tej osi, niż u niego.
Ostatni raz odrobinę wyciągnęła do niego rękę, żeby ścisnąć palce jego dłoni.
- Zrobimy co trzeba - obiecała.
Puściła go i schowała dłonie w fałdach sukienki, gdy Naruzel podeszła do nich bliżej. Z mimowolną fascynacją śledziła każdy ruch nowej zarządczyni, a kiedy ta zaczęła wplatać swoje pióro w jej włosy, po raz pierwszy od dawna musiała z zawstydzeniem opuścić wzrok. Niewiele rzeczy ją onieśmielało, osób w szczególności, ale postać Naruzel Tijon znajdowała się na jakimś absurdalnie wysokim poziomie doskonałości. Oczywiście, rozumiała to. Miała do czynienia z istotą nieśmiertelną, o niemal boskiej mocy; czuła się przy niej mała, zupełnie tak, jak wtedy, gdy w zaświatach rozmawiała z Rdzą. No, z jej źródłem. Czy tamta ptasia istota to też był anioł? Czy to świadczyło o tym, że Paria teraz nosiła w sobie skrawek boskości?
Potem skupiła się już na tym, co miała do zrobienia. Gdy wlali wszystkie flakoniki, a ku sufitowi buchnęła czerwona para, Libeth odsunęła od siebie wszystkie te myśli, które przeszkadzały jej w zadaniu, jakie miała do wykonania. Zupełnie jak przed koncertem: była tylko ona i scena. Cóż, w tym przypadku była ona i cały rytuał, w jakim miała uczestniczyć. Ale jak wielką robiło to różnicę, skoro w ogólnym rozrachunku wciąż miała wypowiadać odpowiednie słowa, trzymać tempo i nie dać się rozproszyć...?
A potem wypełniła ją moc.
Paria prawie się zachłysnęła, gdy połączenie z Naruzel zawładnęło całym jej jestestwem. Chwilę zajęło jej przyzwyczajenie się do tego uczucia na tyle, by móc dołączyć do niej w inkantacji, która okazała się być jak pieśń, którą Libeth znała od urodzenia. Słowa obce, a jednak sunące płynnie, niczym rzeka prowadzona od lat jednym i tym samym nurtem. Siedząc we wskazanym na kręgu miejscu, z dłońmi opartymi na kolanach i spojrzeniem wbitym w wysłanniczkę Sulona, nuciła razem z nią, ufając jej bezgranicznie, bo dawno już zrozumiała, że nie ma alternatywy. Normalnie żałowałaby, że nie ma przy sobie lutni, bo instrument zawsze wzmagał siłę jej czarów - a przynajmniej tak się jej wydawało - ale teraz wiedziała, że nie jest on do niczego potrzebny. Nie kiedy Naruzel jednym tylko piórem obudziła w niej coś tak potężnego.
I tylko serce biło panicznie, świadome tego, co mogło nastąpić w każdym kolejnym momencie.
Świadome tego, kto nadchodził.
Obrazek

Wróć do „Stolica”