Wybrzeże

121
POST POSTACI
Vera Umberto
Vera odwinęła się i odskoczyła, gotowa walczyć dalej, ale cios w krocze tak poskładał Sokoła, że się tego kompletnie nie spodziewała. Opuściła miecz i otarła krew z ust, zerkając na Ohara z irytacją, a potem to samo, zirytowane spojrzenie przenosząc na orka.
- On pierwszy zmienił zasady! Walka miała być na miecze, oberwałam w twarz - uniosła przed Urongiem zakrwawioną dłoń, jakby to miał być dowód jej niewinności. Cholera no, to była taka dobra walka! Czy każdy mężczyzna na jej drodze musiał ostatecznie okazywać się zwykłą pizdą?
Potrząsnęła głową. Zapomniała zupełnie o tym, że był jakiś układ. Że nagrodą za wygranie walki był statek i jego ładunek. Do diabła, w tym momencie nie mogłoby jej to obchodzić mniej! Jak dla niej, Urong mógł zabrać sobie swoje skrzynie na Dumę, pod warunkiem, że zostawi jej swojego Sokoła. Przynajmniej na chwilę.
- Tak, tak - rzuciła do Osmara, zupełnie obojętna wobec tego, co nie dotyczyło jej pojedynku. - Niech Corin zadecyduje. Zaraz wracam. Weswald, za mną!
Przypięła miecz do biodra i szybkim, zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę Dumy, póki nie zdążyła ona jeszcze odłączyć się od statku kupieckiego. Po drodze zacisnęła dłoń na rannym ramieniu, chcąc sprawdzić, czy mocno krwawi, ale nie sądziła, by była to rana zagrażająca jej życiu. Uniosła wzrok na żagle statku orczego kapitana, jasne na tle ciemnego nieba.
- Chcę porozmawiać z Urongiem. Chcę porozmawiać z Sokołem - poinformowała, jeśli ktokolwiek z drugiej załogi próbował ją powstrzymywać.
Obrazek

Wybrzeże

122
POST BARDA


- Wracaj na swój statek, Narrghkok. - Goblin, który zwijał liny na Dumie, syknął w stronę Very nieznane jej określenie. Jasnym było, że nie jest do niej dobrze nastawiony.

Piraci Uronga zbierali się do odwrotu, zostawiając statek i łupy Verze Umberto. I chociaż musieli przełknąć gorycz przegranej, gdy ich najlepszy szermierz został pokonany w tak brzydki sposób, nie potrafili zrozumieć, czego ta szalona kobieta może jeszcze od nich chcieć.

Rana na ramieniu Very krwawiła, ale nie tak, jak rozcięcie Sokoła. Mężczyzna zostawił za sobą krawy szlak na pokładzie w miejscach, którymi prowadził go inny załogant. Odciski dużych stóp w ciężkich butach musiały zostać pozostawione przez Uronga.

- Chcesz z nami płynąć, kotku? - Orkowie Uronga niewiele robili sobie ze statusu Very. Byli u siebie, a kapitan bezpardonowo wpraszała się tam, gdzie nie powinno jej być. Sama prosiła się o biedę.

Urong stał nad Sokołem, którego ramię bandażował ktoś inny. Obaj mieli niezadowolone miny, szermierz, do tego, niebywale zbolałą. Zaciskał kolana, wpatrując się w deski pokładu.

- Idę, kapitanie! - Zawołał Weswald. gdzieś z tyłu.
Obrazek

Wybrzeże

123
POST POSTACI
Vera Umberto
Rzadko zdarzały się momenty, w których Verze było głupio. Z reguły nie miała żadnych refleksji dotyczących swoich zachowań i podejmowanych przez siebie decyzji, ale teraz... teraz niezadowolenie załogi Uronga niemal fizycznie ją bolało. No naprawdę, jedno uderzenie! Mogliby już sobie odpuścić, przecież nie zabiła tym ich wspaniałego Sokoła. Gdyby się postarał, mógłby uniknąć ciosu, przesunąć się nieco w bok i dostać w biodro, albo przynajmniej ją złapać, zanim trafiła. Co oni, nigdy bójki nie widzieli?
Ignorując wszystkie komentarze i przytyki orków, parła przez Dumę przed siebie. Nie odpłyną z nią na pokładzie, a nawet jak spróbują, to Siostra ich dogoni i wykończy, Vera była tego pewna. Zresztą, przyszła tu w pokojowych zamiarach, bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, bo przyszła przeprosić. Nawet jeśli to jedno, konkretne słowo najprawdopodobniej nie opuści jej ust. Wypatrzyła wśród załogantów wysoką sylwetkę Uronga, a potem Sokoła, opatrywanego obok i skierowała się w ich stronę, czekając co najwyżej tylko na Weswalda. Czuła już, jak puchną jej usta i policzek, a rękaw koszuli robi się coraz cięższy od krwi, ale nie miała czasu na czary rudzielca. Jeszcze nie teraz.
- Urong - przywitała się z orkiem i przeniosła wzrok na jego wojownika. - Gallighan - rzuciła jego nazwisko, odmawiając zwracania się do niego głupim imieniem, jakie nadała mu matka. - Przychodzę z uzdrowicielem. Pozwólcie mu pomóc.
Zrobiła krok w bok, gestem wskazując Weswaldowi rannego mężczyznę. Chłopak widział walkę, wiedział, co stanowi problem i Umberto miała wielką nadzieję, że będzie potrafił temu jakoś zaradzić.
- Nie powinnam była kończyć walki w ten sposób. Cios w szczękę mnie zmylił. Uznałam, że przechodzimy do... bójki, jeśli tak to mogę nazwać. Gdyby ktoś dał mi w pysk u Silasa, chociażby, zareagowałabym podobnie - usprawiedliwiła się przed Sokołem, choć przecież wcale nikt jej o to nie prosił i nie wiedziała, czy w ogóle ktoś zamierzał jej wysłuchać.
Zorientowała się, że jest zestresowana. Ten człowiek był szermierzem, przeciwko jakiemu nie miała okazji walczyć od lat. Od czasów marynarki, prawdopodobnie, albo od tych dni, kiedy Corin jeszcze się od tego nie wykręcał i czasem pojedynkował się z nią na pokładzie. Naprawdę rzadko się jej to zdarzało, ale to była nowa znajomość, którą bardzo chciała utrzymać.
- Chcę to powtórzyć - zadeklarowała z determinacją. - Dopłyńmy na Harlen, zmierzmy się jeszcze raz. Bez brudnych sztuczek. Jeśli wygrasz, oddam wam cały ten łup. Dołożę beczkę rumu. Właściwie, beczkę rumu mogę kazać komuś przetoczyć do was od razu.
Obrazek

Wybrzeże

124
POST BARDA
Spojrzenia, z jakimi Vera mierzyła się nie tylko z załogą Uronga, ale również z własną, jasno sugerowały, że miała powody do wstydu. To, co zrobiło, nie mieściło się w żadnej mirrze czystego zagrania. Cios w twarz wymierzony kobiecie był bardziej akceptowalny od tego, czego ona się dopuściła.

Duma była wiekowym statkiem, ale trzymała się nieźle. Dobrze utrzymana, zadbana, z nowym olinowaniem i wymienianymi elementami, które tego wymagały, mogła rządzić morzami jeszcze przez wiele lat, o ile wcześniej nie pójdzie na dno po nieudanym rajdzie. Vera mogła obserwować ją z bliska jak nigdy dotąd, lecz skupiona była na Urongu i Sokole. Kapitan krzywił usta, pochylając się nad swoim szermierzem, który, sądząc po zbolałej minie, wciąż cierpiał.

- Uzdrowiciel nie uleczy mu dumy. - Syknął ten, który obwiązywał ramię rannego bandażem i bogowie raczyli wiedzieć, co tak naprawdę miał na myśli.

- Milczeć. - Urong burknął w stronę swojego człowieka. - Niech uzdrowiciel zamknie mu ranę. - Rozkazał, kiwając głową na Weswalda.

- Tak jest! - Rudy od razu przeszedł do działania. Chociaż ork był od niego o wiele wyższy i ze dwa razy szerszy, chłopak czuł się swobodnie w towarzystwie zielonych. Nawykły do takiego towarzystwa, czuł się jak u siebie, gdy odsunął wcześniejszego śmieszka i zabrał się za rany Gallighana.

- Bójka nie oznacza sparterowania w taki sposób. - Odezwał się w końcu Sokół. - Gdzie kunszt, gdzie radość z walki? - Pytał, lecz jasnym było, że nie oczekuje odpowiedzi. - Gdyby chodziło o wygraną, zakończylibyśmy to szybciej. Nie sądzę, bym chciał to z panią powtarzać, pani Umberto.

- Nie płyniemy na Harlen. -
Dodał Urong. - Płyniemy polować. Idź swoją drogą.
Obrazek

Wybrzeże

125
POST POSTACI
Vera Umberto
Skarcona zarówno przez oceniające spojrzenia obu załóg, jak i przez słowa, jakie usłyszała w odpowiedzi, Vera zamilkła. Dobrze wiedziała, że zrobiła coś niewłaściwego, ale w trakcie szybkiej walki nie myślała o tym, co było honorowe, a co nie. Dawno już nie musiała się nad tym zastanawiać, gdy skupiała się na walczeniu o życie, zamiast stawianiu ładnych kroczków i wyprowadzaniu precyzyjnych, widowiskowych cięć. Wpatrywała się w Sokoła, nad którego raną pochylał się rudzielec, czując, jak resztki nadziei, że wreszcie będzie miała na Harlen kogoś, z kim będzie mogła się zmierzyć, gdy ich oboje najdzie na to ochota, rozpływają się jak piana na grzbietach fal. Pozostanie jej niekończące się nagabywanie Corina o walkę, do której nigdy nie dojdzie.
Nie wiedziała, co powiedzieć. Upokorzyła go przed dwiema załogami, sama wcale niczego na tym nie zyskując, wręcz przeciwnie. To były skutki jej własnej głupoty, ale co teraz miała z tym zrobić? W milczeniu przygryzała policzek od środka, patrząc na wprawne działania Weswalda. Przynajmniej mogła zapewnić mu natychmiastowe wyleczenie przedramienia w ramach rekompensaty, choć, jak to ujął współzałogant Sokoła, uzdrowiciel nie uleczy mu dumy.
- Chciałam tylko... powiedzieć, że minęły wieki, odkąd walczyłam z kimś, kto reprezentował sobą taki poziom. Byłam pod wielkim wrażeniem, techniki, zwinności i skuteczności. Nie mam takich ludzi w załodze. Nie sądziłam, że bywają tacy na Harlen. Gdybym miała taką możliwość, powtórzyłabym to nie raz, a wielokrotnie. Z innym... z innym zakończeniem - skinęła głową i opuściła wzrok gdzieś pod nogi Gallighana. - Może przez to, że minęły wieki, straciłam rozsądek i to klasyczne, pojedynkowe podejście. Nie powinnam była...
Przerwała i westchnęła, rezygnując z dalszych prób przekonania mężczyzny do czegokolwiek. Trudno. Najwyraźniej stanowiła przypadek absolutnie beznadziejny i nawet, gdy istniała szansa, że znajdzie nić porozumienia z kimś nowym, ona musiała wpaść na genialny pomysł taki, jak chociażby cios w krocze na dobry początek znajomości.
- Każę przetoczyć beczkę tak czy inaczej - mruknęła i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, opierając się biodrem o reling i bez słowa już czekając, aż Weswald skończy, żeby mogła wrócić z nim na Siostrę.
Obrazek

Wybrzeże

126
POST BARDA
Urong nie zmieniał swojego brzydkiego wyrazu twarzy, patrząc na Verę jak na coś wyjątkowo mu nie w smak, jak plama na spodniach lub mucha w rosole. Mała przeszkoda, lecz tak irytująca!

- Nie poszanowała pani zasad pojedynku. - Tłumaczył Sokół, poruszając ramieniem, by ocenić, czy z jego ramieniem jest już lepiej. - Dlaczego mam wierzyć, że inaczej będzie następnym razem?

- I zabieraj swój parchaty rum!
- Dodał towarzysz Sokoła.

- Milczeć! - Syknął znów Urong.

- Kiedy spotkamy się kolejny raz, proszę mi udowodnić, że rozumie pani zasady.

Weswald zręcznie radził sobie z zamknięciem rany. W Tsu'rasate jego umiejętności były potrzebne do innych chorób i urazów, lecz na statku szybko nauczył się radzić z rozcięciami. Płytsze i głębsze, czyste i zupełnie poszarpane, rozcięcia były normą na Siódmej Siostrze. Już po chwili rana Sokoła była zaleczona, a Weswald podszedł do Very, by teraz zająć się nią. Wcale nie wyglądał, jakby spieszno mu było na powrót na Siostrę.
Obrazek

Wybrzeże

127
POST POSTACI
Vera Umberto
- Zawrzyj mordę, nie z tobą rozmawiam - warknęła do pirata, który miał tak dużo do powiedzenia na temat, jaki go nie dotyczył. Mogła wyrażać skruchę przed Urongiem i czempionem, którego wystawił na walkę z Verą, ale nie przed jakimś obcym chłystkiem z innej załogi, pozwalającym sobie zdecydowanie na zbyt wiele. Rzuciła mu jedno ze swoich piorunujących spojrzeń. Mogła nie być na swoim statku, mogła rozczarować gapiów niehonorowym zakończeniem pojedynku, ale wciąż była Verą Umberto. Miała wypracowany przez lata autorytet, który nie brał się znikąd. Mężczyzna miał się zamknąć.
Skinęła głową, nie do końca wiedząc, czy powinna traktować słowa Sokoła jako deklarację i zakładać, że jednak nie wszystko stracone. Wolała tego nie robić. Złudne nadzieje, a później rozczarowania jej nie służyły. Jej skinięcie głową było także milczącym pożegnaniem, więc gdy Weswald podszedł do niej, by zaopiekować się jej ranami, odsunęła tylko od siebie jego dłonie i rzuciła ciche "wracamy na Siostrę". To, co miało być jej triumfem, łup, po który płynęła z drapieżnym uśmiechem na ustach, a potem pojedynek, o jakim marzyła od dawna, doprowadziło ją tylko do kolejnego rozczarowania. Dlaczego ona zawsze musiała coś zrobić nie tak? Dlaczego, do cholery, była tak upośledzona społecznie? Co poszło nie tak? Kogo powinna o to obwiniać, rodziców? Chłodne wychowanie? Marynarkę? Lata spędzone wśród piratów? A może po prostu samą siebie, może to w jej głowie coś było poustawiane nie tak, jak należy? To ostatnie przychodziło jej już całkiem naturalnie.
Zacisnęła zęby i przeskoczyła na statek kupiecki, rozglądając się, by zorientować się, co jej ludzie zdążyli zrobić, gdy ona usiłowała uskuteczniać jakiekolwiek negocjacje z Gallighanem. Głęboko w poważaniu miała tutejszą załogę, ale skoro zrzuciła organizację przeładunku na Corina, zakładała, że zostaną oni pozostawieni przy życiu i wypuszczeni wolno, tak, jak robili prawie zawsze. Istniała spora szansa, że gdyby ta kwestia zależała od Uronga, wszyscy byliby już martwi. Wyminęła piratów pracujących przy transporcie dóbr i wróciła na własny pokład, by tam zająć miejsce na jakiejś skrzyni i pozwolić wreszcie Weswaldowi na zaopiekowanie się jej ranami.
Obrazek

Wybrzeże

128
POST BARDA


Przypadkowy pirat Uronga nie wydawał się zastraszony warknięciami Very. Patrzył na swojego kapitana, który również zwracał mu uwagę, lecz za mało skutecznie, skoro tamten wciąż kłapał paszczą.

Przeprosiny Very nie zostały przyjęte zbyt ciepło i kapitan musiała wracać na statek pokonana. Weswald trzymał się jej pleców, przynajmniej uzdrowiciel był z siebie zadowolony.

- Nie byli dla ciebie zbyt mili, kapitanie. - Mówił, ostrożnie przełażąc na kupiecki statek, a później również na Siostrę. - Nie umieją przegrywać. Jesteśmy piratami! Wszystkie chwyty dozwolone! - Przekonywał, lecz ciężko było stwierdzić, czy robi to tylko po to, by poprawić Verze nastrój, czy naprawdę w to wierzy.

Ludzie Very pracowali, by szybko wyciągnąć towary z ładowni. Corin stał na rufie i rozmawiał z kapitanem, któremu pozwolił zdjąć ręce zza głowy, lecz nie wstać z desek pokładu. Marynarze grzecznie czekali, aż zbójcy zabiorą ich ciężko zarobione pieniądze. I Vera mogła orzec, że tych i tak nie było zbyt dużo. Przygotowywane do przeładunku na Siostrę towary były w mizernej ilości. Było to coś, lepsze od niczego.

- Gdybym umiał, to bym im pokazał! - Odgrażał się Weswald, lecząc ramię Very. - Nawet jeśli później musiałbym ich składać.

- Dobra robota, kapitanie.
- Niespodziewanie odezwała się Yala. - Pokonałaś go w dobrym stylu, nieważne, co mówią. Nie potrafią pogodzić się z przegraną.

- Wykorzystałaś słabość.
- Do rozmowy dołączył się Sovran, który zawsze miał coś do powiedzenia w takim temacie.

- Dalej, psubraty! Ładować! - Osmar krzyczał na piratów. - Im szybciej załadujecie, tym szybciej będziem w domu!

Duma przerwała połączenie z kupieckim statkiem. Urong odpływał, bez obiecanej beczki rumu.
Obrazek

Wybrzeże

129
POST POSTACI
Vera Umberto
Przeprosiny nie zostały przyjęte, więc Vera zakładała, że i beczka rumu nie zostanie przyjęta, nie kazała więc załodze przetoczyć jej na Dumę w ramach wynagrodzenia za urażoną dumę. Może później, kiedyś, na Harlen, jeśli będzie im dane jeszcze porozmawiać w nieco bardziej przyjaznych okolicznościach, zrekompensuje Gallighanowi to, co przez nią musiał przechodzić. Liczba osób, którym musiała coś rekompensować, rosła wykładniczo i jeszcze trochę, a Vera straci rachubę. Corin. Przeniosła wzrok na oficera. On pierwszy. Jak tylko dopłyną na Harlen.
Nie odzywała się, gdy Weswald leczył jej ranę, a potem obitą twarz, choć w głębi duszy się z nim zgadzała. Nikt nie mówił, że wszystkie chwyty nie są dozwolone. Nikt nie poinformował walczących, że ma to być elegancki pojedynek, godzien sal treningowych akademii wojskowych.
Dopiero gdy Yala rzuciła komentarz, Umberto uniosła wzrok znad desek pokładu i spojrzała na załogantkę.
- Też tak uważałam. To była dobra walka. Mógł uniknąć tego ciosu, gdyby był bardziej uważny, bo jakoś odbił wszystkie pozostałe, tak? - wykrzywiła usta w irytacji. - Jak wiesz, że masz taką słabość, to ją chronisz w walce, a nie zakładasz, że ktoś łaskawie będzie bił wszędzie, ale nie tam. Idiotyzm.
Zdrapała z dłoni zaschniętą krew. Nie do końca wiedziała, do kogo ta krew należała, pewnie do niej. W końcu ocierała twarz.
- Wszyscy patrzą na mnie, jakbym pobiła dziecko. Nie zrobiłam nic tak strasznego. Poszłam nawet przeprosić. Pierdolona męska duma.
Odprowadziła Dumę spojrzeniem. Urong płynął na swoje polowanie, tracąc łup, który odebrała mu Vera Umberto. Szczerze, ten ładunek jej nie obchodził, zwłaszcza, że był niewielki i rozczarowujący. Może przynajmniej znajdzie się tam kilka butelek Grozany, skoro płynęli z Archipelagu. Westchnęła, rzuciła Weswaldowi ciche podziękowanie i wstała.
- Poćwicz z kimś z załogi, jak chcesz, Wes - zaproponowała rudzielcowi. - Będziesz mógł się bić do woli, jak się nauczysz, którą stroną trzymać miecz. Zresztą, trzeba się umieć bronić.
Obrazek

Wybrzeże

130
POST BARDA
Załoga wydawała się pracować spokojnie, metodycznie, jakby wcale nie grabili kupieckiego statku, z którego kapitanem gawędził Corin. Może to był jego sekret? Zainteresowanie każdym, bez względu na status społeczny? Wcale nie musiał interesować się kupcem, równie dobrze mógł podciąć mu gardło - to również byłoby dozwolone, zważając na ich status społeczny.

- Idiotyzm. - Zgodziła się Yala. - Nie uznał cię za godnego przeciwnika i na tym stracił.

- Idiotyzm.
- Sovran przyswoił nowe słówko. - Połamię mu nogi, gdy go zobaczę. - Obiecał i nawet Weswald parsknął. Elf z pewnością obiecał to przez jakąś dziwną troskę, lecz sposoby jej przejawiania nie były takie, jak być może powinny. Mag westchnął, i bez pożegnania oddalił się w kierunku kajuty na dziobie. Tej nocy nie będzie walki.

- Będę ćwiczył z Tripem i panem Osmarem! - Obiecał Weswald, unosząc pięść na podkreślenie swoich zamiarów. - Jutro zaczynamy! I będę lepszym szermierzem od tego Sokoła!

Gdzieś na wschodzie pojawiła się blada łuna świtu. Piraci uwinęli się z załadunkiem nim tarcza słońca wychynęła zza horyzontu, łupów nie było wiele. Kiedy już uwinęli się z rabunkiem, mogli obrać kurs na dom: Harlen.

-> do Harlen
Obrazek

Wybrzeże

131
POST BARDA
-> Z Wyspy Harlen
Dłoń Sulona żeglowała nieco inaczej, niż Siódma Siostra. Statek był mniejszy, smuklejszy, lecz mimo to trzymał się fal tak, jakby ich zmienność wcale na niego nie wpływała. Elfi kunszt w budowie jednostki miał swój skutek w płynności, gdy Dłoń cięła morze jak dobrze naostrzony nóż.

Rejs był spokojny. Dziewczęta cieszyły się zainteresowaniem nowej załogi, której pilnował nie tylko Aric, nowy bosman, ale też Samael, którego Hewelion odważył się nazwać oficerem, ale również sam kapitan. Hubert i Labrus trzymali się na dystans, gdy lekarz zajmował się swoimi sprawami pod pokładem, nie wchodząc partnerowi w drogę. Ciche dni dowodzącej pary nie miały wpływu na działanie załogi.

- Delfiny! - Gerda wskazała Verze grupę tych stworzeń, które skakały przy dziobie statku, jakby ścigając się z Dłonią. - To dobry znak, pani kapitan!

- To tylko delfiny. - Yala pokręciła głową. Z kapeluszem na głowie, chowała się w cieniu nadbudówki, powoli pykając swoją fajkę. Każdy miał inny sposób na spędzanie wakacji.

- Nie, wcale nie! - Szczebiotała Gerda. - Co pani myśli, pani kapitan? Pan Hewelion zgodziłby się, że to dobry znak!

Hubert kręcił się nieopodal. Z Samaelem starali się zawiązać na nowo jedną z lin, choć na pierwszy rzut oka węzeł wcale nie wymagał poprawek. Hubert szukał sobie zajęcia na pokładzie.
Obrazek

Wybrzeże

132
POST POSTACI
Vera Umberto
Nie pamiętała, kiedy ostatnio płynęła gdziekolwiek bez żadnych wiszących nad głową obowiązków. Nie była tu ani kapitanem, ani załogantem - była gościem. Mogła spędzać czas na pokładzie, wygrzewać się na słońcu, wpatrywać nocą w gwiazdy i generalnie robić tylko to, na co akurat miała ochotę. I choć początkowo ciężko było się jej do tego przyzwyczaić, zwłaszcza, gdy widziała załogantów Dłoni Sulona robiących rzeczy ewidentnie źle i inaczej, niż kazałaby je zrobić ona, to po jakimś czasie potrzeba zarządzania wszystkim i wszystkimi w końcu usunęła się gdzieś w cień i Umberto zdołała się zrelaksować. No, na tyle, na ile zrelaksować się potrafiła.
Nie spakowała się na wyprawę tak, jak pakowałaby się normalnie. Tym razem planowała wziąć same suknie i spódnice, wszystkie spodnie zostawiając na Harlen. Jej znoszony, skórzany płaszcz i kapitański kapelusz też tam na nią czekały. Jedynym, z czym nie zamierzała się rozstawać, był miecz i jej nieodłączny sztylet w bucie. Ale choć zakładała, że nie będzie jej to do niczego potrzebne, to jednak na dno swojej skrzyni wrzuciła też jedne spodnie i pancerz. Wciąż pamiętała o inwazji, przed którą skryli się na Harlen. Nie wiedziała, co zastaną na Eroli i nie chciała ryzykować bezbronności.
Ale to były rzeczy na czarną godzinę. Teraz stała przy burcie, oparta łokciami o reling, ubrana w białą bluzkę bez rękawów i długą, szarą spódnicę, ściśnięta w pasie gorsetem. Jej luźno rozpuszczone włosy unosiły się swobodnie na wietrze, gdy obracając pierścionek na palcu z zamyśleniem obserwowała delfiny.
- To tylko delfiny - zgodziła się z Yalą.
Do samego końca nie wiedziała, czy w ogóle wypłyną z wyspy. Kłótnia Heweliona i Viridisa przeciągała się, choć teraz przeszło z krzyków i otwartych pretensji do milczącego unikania się nawzajem. Vera nie była najlepsza w rozwiązywaniu swoich konfliktów, a co dopiero cudzych; mimo to raz po raz zerkała na Huberta, zastanawiając się, czy jest w stanie jakkolwiek mu pomóc. Ale potem przypominała sobie, że przecież jeszcze na Harlen próbowała. I co z tego wyszło? Nic. Kompletnie nic.
Może powinna porozmawiać z Labrusem?
Umówiła się z lekarzem na wino. Mieli dużo czasu, zanim dopłyną na Archipelag, a jednak widziała, że wąsacz nie był w nastroju na towarzystwo i z jakiegoś powodu czuła, że jej osoba nie należała do takich, z którymi chciałby miło spędzić wieczór mimo swojego aktualnego nastroju. Westchnęła i uniosła wzrok na Gerdę, uśmiechając się do niej lekko.
- A może to i dobry znak? Płyną przy samym dziobie. Jeden znajomy żeglarz opowiadał mi kiedyś, że pływał z delfinami. Schodził ze statku po drabince do morza.
Zerknęła przez ramię w stronę zejścia pod pokład. Nic niepokojącego nie wydarzyło się odkąd opuścili Harlen, więc to nie tak, że Labrus miał na głowie opiekę nad rannymi. Pewnie wynajdował sobie zajęcia na dole tak samo, jak tutaj robił to Hubert.
Obrazek

Wybrzeże

133
Gerda wyglądała na skrajnie rozczarowaną, gdy Vera stwierdziła, że delfiny były właśnie tym: delfinami. Stworzenia wesoło skakały na falach i nie wydawały się nieść za sobą losu lepszego niż gorszego niż to, co rzeczywiście było im pisane.

- To na pewno dobry znak! - Protestowała Gerda. - Pani kapitan, a my możemy popływać z delfinami?!

- Nie przy takiej prędkości, kochana.
- Zaśmiała się Olena, która, dla odmiany, zajęta była wyszywaniem czegoś na kawałku białej tkaniny. - Nie chcesz chyba zostać na środku morza, nawet z delfinami?

- Nie mówię przecież, że teraz... musielibyśmy wyhamować.


Hubert i Samael przeszli do kolejnych węzłów, których inspekcja zmieniła się w naciąganie lin do kresu ich wytrzymałości. Takielunek trzeszczał nad ich głowami, gdy dwaj mężczyźni siłowali się z wiązaniem. Labrus pozostawał pod pokładem, nie interesując się tym, co działo się wyżej. Wejście do jego jamy stało otworem i nikt nie zatrzymywałby Very, gdyby ta chciała do niego zajrzeć.

- Co cię trapi, kapitanie? - Zagadnęła Pogad. - Masz minę, jakby kto umarł. Wszyscy żyjemy! I płyniemy na Erolę!

Dziewczęta zgodziły się żywo. To miał być wesoły czas!
Obrazek

Wybrzeże

134
POST POSTACI
Vera Umberto
- Musielibyśmy się zatrzymać - potwierdziła Vera z rozbawieniem. - Nie sądzę, by kapitan Hewelion był skłonny do takich przerw w rejsie, zwłaszcza, że tak naciąga tę linę, że zaraz ją urwie. Ale jestem prawie pewna, że jeśli powiesz, że chcesz na chwilę półnago wskoczyć do morza, to za twoim pomysłem wstawi się cała załoga.
Może dziewczyny będą miały więcej szczęścia w poprawianiu nastroju Hubertowi, niż Vera? Przez chwilę stała jeszcze, z dłońmi opartymi o biodra, w milczeniu przyglądając się kapitanowi. Gdy zajmował się statkiem, albo dowodził, stawał się zupełnie inną osobą, niż ten roześmiany, beztroski człowiek, którym był na lądzie. Zupełnie jakby wydobywało to z niego odpowiedzialność, o jakiej zapominał, gdy tylko chwilowo akurat nie była mu do niczego potrzebna. I choć Vera chciała zwrócić mu uwagę na ewidentne błędy, jakie popełniał z tymi biednymi żaglami, to ostatkiem siły woli przemówiła sobie do rozsądku i nie poruszyła tego tematu.
Zamiast tego opuściła grupkę swoich załogantek i skierowała się pod pokład, do miejsca, które im przydzielono na czas tej wyprawy. Tam ze swojej skrzyni wygrzebała tę jedną butelkę rumu, którą tam schowała przed wypłynięciem - nie Grozany, bo ta się jej skończyła - i ruszyła na poszukiwania Labrusa. Być może rozsądniej byłoby pić wieczorem, ale czy dla niej, albo dla lekarza miało to jakiekolwiek znaczenie? To nie tak, że byli teraz komukolwiek potrzebni. Zresztą i tak pewnie nie opróżnią jej razem do końca.
Viridis raczej nie miał teraz nikogo pod swoją opieką, więc gdy tylko Vera go znalazła, oparła się ramieniem o ścianę, uniosła butelkę w górę i zamachała nią lekko.
- Dzień dobry, panie doktorze - odezwała się. - Czy ma pan ochotę na moje wyborowe towarzystwo?
Obrazek

Wybrzeże

135
POST BARDA


- Poproszę go! - Zarządziła Gerda, patrząc w stronę Heweliona. Z zawzięciem skrzyżowała ręce pod biustem. - Jak tylko skończy z tą liną! Jestem pewna, że sam chciałby popływać! Jest taki spięty... Może zaproponujemy mu potem masaż, dziewczyny?

- Droga wolna. - Parsknęła Pogad, kręcąc powoli brzydką głową. - Ja odpuszczę, nie chcę go połamać.

- Samael jest dobry w masażu.
- Napomknęła Olenka wstydliwie. Na jej ślicznej buzi pojawił się lekki wstydliwy uśmiech.

- Zaprośmy potem Sama do naszej kajuty. Wydaje mi się, czy on jest dobry we wszystkim? Da nam pięciu radę?

- Yala! Nie mów takich rzeczy!
- Olena oburzyła się i spłonęła jeszcze ciemniejszym rumieńcem, rozumiejąc, do czego nawiązuje koleżanka. Pozostałe roześmiały się, aż zainteresowali się nimi załoganci. - On nie jest taki!

- Humorki wam dopisują, śliczne? - Zawołał Hubert, uśmiechając się w stronę kobiet mimo przeciwności i kłód, które sam rzucał sobie pod nogi.

- Kapitanie! - Pisnął Samael, gdy sam nie miał siły utrzymać naciągniętej liny. Ciąg aż przysnął jego stopy po pokładzie, lecz Jelonek trzymał dzielnie! - Nie puszczaj!

- A, cholera! Wybacz, Sam! -
Kapitan złapał linę.

- Zawiążcie to, kapitanie, i chodźcie! Przed dziobem płyną delfiny!

- To dobry znak!
- Zgodził się Hubert.

Vera mogłaby dołączyć do nich później, jeśli rzeczywiście zdecydują się na pływanie z delfinami, lecz na razie wybrała obecność lekarza, który skrył się pod pokładem. Rum czekał na nią tam, gdzie go zostawiła, a sam Labrus zaszył się w swoim gabinecie-szpitaliku. Vera była tam już nieraz, lecz nigdy dotąd nie panował tam taki spokój. Przez otwarte okno wpadała bryza i szum morza, a białe płótna, zwykle używane do odgradzania poszczególnych łóżek, falowały na wietrze.

Doktor siedział przy biurku ustawionym tuż pod oknem i w promieniach słońca ostrzył i czyścił swoje narzędzia. Oslepiajace promienie tańczyły w doskonale utrzymanej stali.

- Pani Umberto. - Przywitał się grzecznie, lecz uniósł wzrok tylko na moment. - Nie mam nic przeciwko towarzystwu. Pytaniem jest jednak, czy pani nie wolałaby spędzać czasu na pokładzie, w słońcu? Obserwować delfiny z pozostałymi paniami i Hubertem? Cieszyć się, khm, umiejętnościami Samaela?
Obrazek

Wróć do „Wschodnia baronia”