Wioska Svolvar i okolice

286
POST POSTACI
Vera Umberto
Przyciągnięta do znajomej klatki piersiowej i zamknięta w ramionach Yetta poczuła się trochę lepiej, choć zdawała sobie sprawę, że jej słowa na niego zadziałały zupełnie odwrotnie. Objęła go, nie podnosząc głowy. Tak bardzo się o nią bał? Jego reakcja znaczyła dla niej więcej, niż wszystkie wyznania, jakie słyszała wcześniej. Miała wrażenie, że okruch lodu, jaki posiadała zamiast serca, rozpuszcza się nieco.
- Nie mówię, że się poddaję - spróbowała go uspokoić. - Naprawdę mam nadzieję, że to się uda. Nie chcę cię przecież zostawiać. Myślisz, że chcę umierać? Nie chcę. Przez ostatnie dni zdążyłam przygotować się po prostu już chyba na wszystko. To nie tak, że mam jakikolwiek wpływ na to, co wydarzy się podczas rytuału. Mogę być i nie wiadomo jak pojemna, ale czy to wystarczy? Już poprzednio Sovran mówił, że to będzie niebezpieczne. Teraz, kiedy wpadł na ten pomysł, on sam nie był z niego zadowolony.
Odsunęła się nieznacznie, na tyle, by móc unieść na Yetta spojrzenie swoich ciemnych oczu. Przez chwilę wpatrywała się w niego w milczeniu, zastanawiając się, co może powiedzieć, żeby rozjaśnić mu sytuację, ale też nie zdenerwować go jeszcze bardziej. Chyba przede wszystkim musiała być tak samo silna, jak zawsze i nie pokazywać po sobie słabości; trudno. Przyznawanie się do strachu budziło jeszcze większy w oficerze, bo on nie miał czasu, żeby się do niego przyzwyczaić.
- Może wszystko pójdzie dobrze i stresuję się niepotrzebnie. Mimo, że Sovran podkreśla, jakie to jest niebezpieczne, wydaje się, że wie, o czym mówi, więc pewnie też wie, co robi. I czuje się już dużo lepiej - dodała. - Ale spytaj go. Porozmawiaj z nim. Może tobie powie więcej, skoro nie będziesz częścią tego rytuału. Przede mną może chcieć... ukryć niektóre rzeczy.
Przesunęła dłonie na jego klatkę piersiową. Dobrze było mieć go tu już z powrotem. Nawet ze świadomością potencjalnej śmierci, wiszącej nad głową, czuła się jakoś lepiej, gdy on był obok.
- Nie chcę się tylko spieszyć. Możemy się nie spieszyć? - poprosiła ponownie. - Może mogłabym poprosić Bellę... żeby kazała przygotować kolację dla naszej załogi? Wszyscy mogliby odpocząć, zagrzać się, a ja... ja mogłabym posiedzieć z wami - celowo nie mówiła już o pożegnaniu, widząc, że nie działało to na Corina dobrze. - Długo was nie było. Osmar już ją pewnie tam urobił, od kilku dni zresztą ciągle coś pierdzieli o wielkiej uczcie, nawet się ucieszy, jak będzie mogła zarządzić namiastkę już wcześniej. Hm?
Obrazek

Wioska Svolvar i okolice

287
POST BARDA
Szybkie bicie serca, dudniące przy uchu Very, zdradzało Yetta i wszystkie te niewypowiedziane emocje, które w sobie trzymał. Żadne kocham cię nie znaczyło tyle, ile jego obawa teraz, gdy był tak blisko utracenia ukochanej.

- Musisz mieć nadzieję. - Upomniał ją Corin. - Jeśli mam tu coś do dodania, to nie pozwolę, żeby stała ci się krzywda. Wierzę, że Sovran sobie poradzi... różni się od nas, ale nie jest zły, Vera. - Próbował ją przekonać, ale czy naprawdę w to wierzył? Ile w tym było prawdy, a ile włożonej mu do głowy iluzji elfa? - Porozmawiam z nim przed rytuałem. Wie, że jeśli spadnie ci z głowy choć włos, będzie odpowiadał przede mną.

Corin nie brzmiał jak silny, pewny siebie oficer, którym zwykle był przed załogą. Jego głos był cichy i drżący, a obietnice, choć piękne, ile tak naprawdę mogły znaczyć? Vera widziała cień, który spowił jego twarz, zmartwienie malujące się zmarszczkami na czole, błyszczącymi oczyma i cieniami rozciągającymi się tuż pod nimi.

Westchnął w końcu, z wydechem wypuszczając część napięcia, które wcześniej objęło jego ciało.

- Nie spieszmy się. - Zgodził się z wahaniem. - Czekałaś na nas dwa tygodnie, możemy poczekać jeszcze jeden wieczór. Poprosimy Bellę o wieczerzę, porozmawiam z Sovranem, a jutro... jutro będziemy myśleć, co dalej. Chcesz teraz wracać do pałacu?

***

Bella ucieszyła się na wieść o tym, że załoganci Siostry zostaną z nią chociaż jeszcze jeden dzień. Przystała na propozycję wieczerzy z godnym pozazdroszczenia entuzjazmem, od razu posyłając sługusów ku odpowiednim przygotowaniom. Wkrótce wszyscy marynarze, jak również mieszkańcy wsi, mogli zasiąść przy wspólnym stole. Nie wszystkich jednak trzymał się dobry nastrój. Corin bez przerwy wodził za Verą wzrokiem tak smutnym, że na sam widok krajało się serce, a Sovran, po rozmowie z oficerem, trzymał się nieco na uboczu, choć wyszedł do ludzi, tym razem nie wybierając bezpiecznego, samotnego miejsca we własnym łóżku. Vera miała ostatnie chwile na rozmowy i pożegnania, jeśli chciała komuś jeszcze przekazać niepokojące wieści.

Wioska Svolvar i okolice

288
POST POSTACI
Vera Umberto
Trochę obawiała się, że Corin wpadnie na jakiś idiotyczny pomysł oddawania życia za nią, gdyby się okazało, że do czegoś takiego dojdzie w trakcie rytuału. To brzmiało jak coś, do czego byłby zdolny, czy zresztą nie udowodnił tego w Karlgardzie? Wpatrywała się w niego w milczeniu, póki co jednak nie poruszając jeszcze tej kwestii, żeby w razie czego niechcący nie podsunąć mu pomysłu, którego potem będzie żałować. Westchnęła więc tylko i przytuliła się do niego z powrotem, przez chwilę jeszcze nie będąc niewzruszoną i gotową na wszystko kapitan, a jedynie zwyczajną kobietą, słusznie obawiającą się tego, co przyniesie przyszłość.

Po wyjściu z kajuty i powrocie do pałacu przybrała tę samą maskę pewności siebie, jaką nosiła całe życie, nawet jeśli nie udało się jej osiągnąć tego efektu w takim stopniu, jak by chciała. Wciąż była nieco przygaszona, ale czy kogokolwiek to dziwiło? Wszyscy wiedzieli, po co płyną na Archipelag Łez i do czego służyć będą zdobyte składniki. Wiedzieli, że Umberto wróciła z puszczy w stanie, który daleki był od normalnego. Pewnie też rozeszły się wieści o planowanym rytuale. Nie musiała więc nikomu niczego tłumaczyć... a z całą pewnością nie zamierzała przekazywać nikomu tych niepokojących wieści, które przekazała Corinowi. Wystarczyło, że wiedział on, cała reszta nie musiała aż tak dokładnie zdawać sobie sprawy z powagi sytuacji. Nie chciała, żeby wieczerza zamieniła się w przedwczesną stypę, gdy ona wciąż jeszcze przecież żyła.
Początkowo siedziała więc blisko Yetta, wciśnięta pod jego ramię, jak nigdy pozwalając sobie na publiczną bliskość, i to na trzeźwo - nie piła, woląc zachować czysty umysł, nie chcąc stracić ani chwili z tego wieczoru, być może swojego ostatniego. Leniwie zjadała kolejne cienkie plastry dziczyzny, wiedząc już, że jest to coś, co tkwiący w niej demon tolerował, i czerpała przyjemność z obserwowania załogi, niczego nieświadomej, doskonale bawiącej się w murach pałacu hrabiny Svolvar. Patrzyła na śmiejące się dziewczyny, oczami wyobraźni już widząc, jak ryczą, gdyby powiedziała im to, co powiedziała Corinowi; na Tripa, zastanawiając się, czy zagadka jego przeszłości kiedykolwiek się wyjaśni; na wszystkich stosunkowo nowych załogantów, których znała zaledwie kilka tygodni i na Ashtona, którego znała równie długo, co Yetta. W końcu jej spojrzenie padło na Osmara i to zmotywowało ją do wysunięcia się spod ramienia oficera i ruszenia w kierunku bosmana.
- Mam nadzieję, że ta twoja fantastyczna książka nie kosztowała cię twojej wagi w złocie - zagadnęła, siadając obok niego. - Oddałam ją tutejszym. Co to za gówno? Nie zdążyłam przebrnąć przez pierwsze strony, zanim Sovran zaczął mi ją cytować. Myślałam, że do reszty oszalał, gdy zaczął pierdolić o czekoladzie i wisienkach.
Odgarnęła włosy na plecy i wsparła głowę na łokciu.
- Jak tam załoga? - spytała. Nie było to nic nietypowego, w końcu to on od zawsze był tym mostem pomiędzy kapitan a resztą jej ludzi. Z reguły tylko to Osmar przychodził ze sprawami do niej, nie odwrotnie. - Jest coś, co powinnam wiedzieć? Trzeba coś załatwić przed wypłynięciem na południe?
Obrazek

Wioska Svolvar i okolice

289
POST BARDA


Corin zdecydowanie nie radził sobie z nowymi informacjami i bogowie raczyli wiedzieć, jakie desperackie pomysły pojawiały się w jego głowie, gdy patrzył na Verę być może przez ostatnie godziny. Pokazał już, że jest zdolny zrobić wiele dla swojej kapitan, a niewola Karlgardu i późniejsza długa rekonwalescencja, która tak naprawdę jeszcze się nie skończyła, nie nauczyła go wiele w tej kwestii. Wciąż był gotów oddać życie za Verę.

Gdy oficer tłumił ból fizyczny i psychiczny palonymi makówkami, Vera mogła rozejrzeć się po załodze, bawiącej się w sali Svolvar. Wydawali się tak weseli, jak zawsze, pozornie niezbyt przejęci sprawą, lecz Verze udało się wyłapać strapione spojrzenia rzucane w jej stronę. To, po co płynęli na Archipelag Łez, nie było tajemnicą, ale wątpliwym było, by ktoś w pełni wyjaśnił im, co tak naprawdę dolegało ich kapitan. Może byłoby im łatwiej, gdyby Umberto pokazywał po sobie jakieś objawy choroby - ale czy nie była tą samą Verą, co zawsze? Kiedy siedziała przy Corinie z zaciętą miną, wydawała się tak zwyczajna, jak to tyko możliwie.

Ashton i Ohar doskonale odnaleźli się wśród wojów Svolvar i pili z Oodosem, Bolą-Bolą I paru innymi, rozplanowując przy tym kolejne rundy mającego odbyć się jeszcze tego wieczora turnieju siłowania na rękę. Wtórowało im kilku mężczyzn z Siostry i Pogad, która również chciała wziąć udział w pojedynkach. Irina siedziała w najdalszym końcu sali, towarzyszył jej Eldar i podpity miejscowy jegomość, który bardzo chciał zdobyć jej względy, mimo braku zainteresowania elfki. Gerda cicho suszyła głowę Tripowi o coś, o czym widziała tylko ta dwójka, Olena zaś dosiadła się do Sovrana i dyskutowała z nim cicho, a Czarny ożywił się w rozmowie na tyle, że nawet zaczął gestykulować.

Osmar siedział prośrodku tego wszystkiego i dumał z rogiem w dłoni. Zapach zawartości zdradzał, że był to wermut, tak przez niego wielbiony. Może należałoby sprawić mu parę butelek na drogę powrotną, niezależnie od tego, czy będzie mu towarzyszyła Vera, czy nie.

- Hę? - Zagadał, nieco nieobecny myślami, zaraz jednak zreflektował się, gdy doszło do niego, co też mówiła Vera! - Oddałaś moją książkę? Kosztowała trochę mniej, ale niewiele! To biały kruk, Vera, nie jak ten Leobariusa, ale ciągle cenny! - Biadolił, choć chyba tylko dla samego biadolenia. - Czarnuszek już mi się poskarżył, że nie chciałaś mu tłumaczyć, co oni tam robią! A mogłaś mu nawet pokazać to i owo. Hrabina mu prezentowała? Taka poprawa zdrowia to chyba tylko po okładach z młodego cycka. - Dziabnął Verę łokciem w bok. Szybko jednak porzucił wesoły ton. - Ech, Vera. Nasi martwią się jak skurwysyny. Nikt za bardzo nic wie, poza tymi, co powinni, ale sama widzisz. Tu hihy-hahy, ale tak nie do końca, nie? Wiedzą, że coś się kroi, poza tym nie zostałabyś w Svolvar tylko po to, żeby bawić się z Bellą i Smoluchem? - Zatrzymał się na chwilę, upił z rogu, a następnie odbiło mu się lekko. - Wybacz, Tripowy gulasz z foki ciągle mi siedzi na bebechach, tłuste to było jak cholera, tłustsze niż dupsko tej panny, co ją Ohar w Taj'cah wyobracał. Pamiętasz? Hehe. - Otarł wąsa. - Jak ty się tam czujesz, co? Dalej ci dogryza lokator?

Wioska Svolvar i okolice

290
POST POSTACI
Vera Umberto
Może nie powinna była mówić Corinowi o tym wszystkim? Chciała, żeby udawał, że wszystko było tak, jak zawsze. Żeby ona czuła się tak, jak zawsze, jeszcze przez jeden wieczór, przynajmniej próbując nie myśleć o demonie, w ramach odmiany od ostatnich dwóch tygodni. Jego zestresowane, zdeterminowane spojrzenie nie pomagało, ale czy ktoś mu się dziwił? Nieczęsto zdarzały się w życiu sytuacje, w których najbliższa osoba prosiła o pożegnanie, odliczając ostatnie godziny swojego życia. Ale przecież mówiła mu prawdę: nie poddawała się, nie zakładała, że wszystko pójdzie nie tak, nie była pewna porażki. Dawała rytuałowi jakieś sześćdziesiąt procent szans na powodzenie, tak optymistycznie.
- Mhm. Biały - mruknęła w odpowiedzi na żale Osmara. - Aż za bardzo. Nie wiem, co ty, czy ktokolwiek inny robiliście z tą książką, ale nie nadawała się już do użytku. Kupię ci nową - obiecała. - Popłyniemy na Archipelag, w Porcie Erola na pewno mają tego od zajebania. Kto jak kto, ale wyspiarze muszą lubić takie gnioty.
Jeśli jej już nie będzie, może zrobi to za nią Yett? A może krasnolud w przypadku niepowodzenia rytuału wybaczy jej tę samowolkę. Parsknęła śmiechem, unosząc brwi z niedowierzaniem.
- Ty tak poważnie? Corin nie byłby zadowolony z twoich sugestii - założyła nogę na nogę. - Takie chuchro zresztą jest nie w moim typie. Bella? Nie wiem. Ale na pewno ani mój, ani jej cycek nie jest już taki młody.
Westchnęła, gdy bosman zmienił temat i przez chwilę mu nie odpowiadała, przyglądając się niezainteresowanej adoratorem Irinie. Przypomniało się jej, że planowała zastąpić ją Pogad, ale potem orczyca zirytowała ją czymś i nic z tego nie wyszło. Nie pamiętała już nawet o co chodziło, ale może i dobrze się skończyło...? Elfka była niezawodna, nawet jeśli wiecznie działała z cienia.
- Czemu nie? Lubię Bellę. Ja trochę posiedziałam u niej, potem ona przypłynie na Harlen - odparła, udając niewinność, a potem jeden z kącików jej ust powędrował w górę na wspomnienie wyczynów Ohara. - Męczyliście go tym potem przez dwa miesiące. I widzę, że tobie nadal nie przeszło.
Wzruszyła ramionami.
- Jest w porządku. Nie przeszkadza mi ostatnio - powiedziała w końcu zgodnie z prawdą. - Czasem się do mnie odezwie, ale za bardzo nie mamy o czym rozmawiać. Bo o czym gadać z demonem, hm? Już niedługo. Byle do jutra.
Myśl o tłustym gulaszu z foki sprawiła, że zemdliło ją na moment. Nie była pewna, czy to jej własne wyobrażenia zadziałały tak skutecznie na jej żołądek, czy może Noreddine na chwilę wybudziła się z letargu. W sumie dobrze się składało, że przegapiła to kulinarne arcydzieło. Zastukała paznokciami o blat stołu i wróciła spojrzeniem do krasnoluda.
- Osmar... - zaczęła niepewnie. - Nie jesteś zły na mnie za Levanta? Obiecałam ci, że go zajebiemy, a kiedy na niego trafiliśmy... skończyło się tak, jak się skończyło. Miałam ci przynieść jego głowę, tymczasem ledwo uszłam ze swoją własną. Nie tak to miało wyglądać.
Obrazek

Wioska Svolvar i okolice

291
POST BARDA
Osmar wydawał się o wiele pozytywniej nastawiony do sprawy, niż Corin. Z drugiej strony, krasnolud również mniej wiedział, a i jego lekkie podejście do świata pomagało w radzeniu sobie z przeciwnościami losu.

- Pffsshhhh... - Osmar wypuścił powietrze przez ledwie uchylone usta, przez co brzmiał jak powietrze spuszczane z pęcherza, którym dzieci czasem grały w piłkę. - Ja cię trzymam za słowo, Vera. To była cholernie dobra książka! Ty jedna, ty osobiście, masz mi odkupić moje czytadło. - Zażadał, po czym dopił to, co miał w rogu, chyba tylko po to, by zakryć narastającą niezręczność po zawoalowanym stwierdzeniu, że jednak ma nadzieję, iż Vera przetrwa rytuał. Szybko zmienił temat. - Mówisz, że nasz Czarnuszek za chudy dla ciebie? Zostało sadła z foki, to się go utuczy, będzie grubszy! A potem brodę zapuści, wzrostem to niewiele ode mnie większy, to się powie, że to krasnolud, co to tyle w kopalni pracował, że gęby nie może domyć. - Zaproponował lekkim tonem, zerkając w stronę Sovrana, który dalej rozmawiał z Oleną. Kobieta roześmiała się na słowa elfa, niedosłyszalne dla ich dwójki, ale jej uśmiech przygasł, gdy wyłapała spojrzenie bosmana. Ten tylko machnął ręką, nim skrzyżował ramiona na piersi. - Oleny cycek jest młody, kurwa, gdyby tak leczyła, to większość załogi byłaby, ten. Niedysponowana. - Mruczał kransolud, samemu zezując na niewielkie, ale wciąż ładne walory felczerki.

Bosman szybko przeniósł wzrok na hrabinę, która brylowała pośród swoich ludzi i maryanrzy Very. Mimo niewielkich rozmiarów, sunęła przez tłum jak gaelon po falach, przyciągając na siebie spojrzenia wszystkich. Jej wściekleczerwona suknia miała w tym również jakiś udział.

- Ta, też lubię Bellę. - Przyznał Osmar, choć bez szczególnego entuzjazmu. Z której strony nie oceniać, nie wpisywał się w standardy elfiej urody, za którymi szalała hrabina. - Wiesz, jak żeśmy płynęli, to chyba żeśmy tę pannę widzieli na krze. Ale Corin mówił, że to raczej mors był, hyhy!

Bosman sięgnął po butelkę, by dolać sobie wermutu. Kiedy już tego dokonał, a ziołowy płyn znów znalazł się w jego naczyniu, poklepał Verę po plecach.

- Dobrze. Dobrze. Jutro będzie po wszystkim. Ale tyś to, Vera, czasami durniejsza od Larsa po kielichu. - Pokręcił łysiejącą głową. - Wolę tu ciebie obok niż głowy dziesięciu takich chujów, jak Levant.

Wioska Svolvar i okolice

292
POST POSTACI
Vera Umberto
Wywody Osmara działały na nią niezawodnie. W końcu jej uniesiony kącik ust zmienił się w pełnoprawny uśmiech, a ten w cichy, ale szczery śmiech, gdy pojawiła się wizja spasionego i zarośniętego Sovrana. Pokręciła głową z niedowierzaniem, zerkając na mrocznego z ukosa, a potem pacnęła krasnoluda otwartą dłonią w tył głowy, gdy zagapił się na dekolt Oleny.
- Mokry sen załogantów - mruknęła. - Żeś się naczytał bzdur i teraz leczenie cyckiem ci w głowie.
Jej nie przeszkadzał fakt, że felczerka z jakiegoś powodu dobrze dogadywała się z elfem. Czy nastawił ją do siebie pozytywnie, tak samo, jak wcześniej Tripa? Być może, ale Vera dojrzała już do tego, by się tym nie przejmować. Spory wpływ mógł mieć na to jej stan, przy którym lekka magiczna sugestia nie była w gruncie rzeczy niczym strasznym. A może wcale nic takiego nie miało miejsca i dziewczyna naiwnie po prostu polubiła mrocznego. Gdy nie wiedziało się o nadchodzącej inwazji, stanowił tylko egzotyczną ciekawostkę. Przeniosła wzrok na Corina. Czy on wiedział o inwazji? Chyba nie. W takim razie musiała wszystko powiedzieć mu dzisiaj, zanim będzie za późno. Po chwili namysłu postanowiła zrobić to później, na osobności, by przypadkiem nie wzniecić tu paniki. Naprawdę chciała dziś tylko przyjemnego, nawet niekoniecznie spokojnego wieczoru. Ale w sali siedziało pięć pirackich załóg; wcześniej czy później na pewno doczekają się jakiejś burdy.
Poklepana po plecach, przygryzła lekko wargę i znów zastukała palcami w stół, unikając spojrzenia Osmara. Zachowywał się, jakby wiedział. Może znał ją już zbyt dobrze, by nie zauważyć, że coś jest nie tak? Starała się przecież niczego po sobie nie pokazywać.
- Ta... ale jakbyś dostał tę jego wąsatą gębę na tacy, to byś nie narzekał. Po prostu... obiecałam ci. Taki był plan. Przez ten Karlgard plan poszedł się jebać. Nie wiem, jakie zasoby byłyby teraz potrzebne, żeby go dosięgnąć, ale wiem, że ich nie mam - zamilkła na chwilę, by cicho dodać: - Przepraszam.
Coś zakłuło ją w klatce piersiowej. Może jednak nie nadawała się do pożegnań i nie była w stanie znieść ich dzisiaj więcej. Wystarczyło, że Yett wyglądał jak cień samego siebie, odkąd zwierzyła mu się ze swoich obaw. Obróciła się w stronę Tripa i Gerdy, przez chwilę przyglądając się ich ożywionej dyskusji i ostatecznie dochodząc do wniosku, że nie będzie im przeszkadzać. Właściwie nie będzie dziś przeszkadzać nikomu. Obserwowanie ich z bezpiecznego dystansu, spod ramienia oficera, było chyba rozsądniejszym wyborem dla nich wszystkich. Zaraz wróci do Corina. Tylko...
- Osmar...
Dobre pół minuty zbierała się do wypowiedzenia kolejnych słów.
- Corin nie chce o tym słuchać, ale ja muszę komuś to powiedzieć. Tylko się nie wkurwiaj, tak? - zerknęła na niego, zanim z powrotem przeniosła wzrok gdzieś w głąb sali. - Jeśli coś jutro pójdzie nie tak... zabierzcie mnie na południe. Nie chowajcie mnie w Szklanym Morzu. Nie chcę, żeby zeżarły mnie jebane foki. I nie w żadnej pierdolonej sukience.
Obrazek

Wioska Svolvar i okolice

293
POST BARDA
- E! - Zaprotestował krasnolud, gdy dłoń Very zderzyła się z jego głową. Pacnięcie skutecznie powstrzymało go jednak przed wgapianiem się w dekolt felczerki. Całe szczęście, Olena nawet nie zauważyła odważnego czynu Osmara, ale rozumiejąc, że jest obserwowana, klepnęła Sovrana na pożegnanie w ramię i wstała, zostawiając elfa samego sobie przy opustoszałym końcu stołu. Niewielu chciało zadawać się z odmieńcem.

Krasnolud nie wykłócał się już o skuteczność leczenia okładem z dziewczęcej piersi, choć z pewnością miał na ten temat wyrobione zdanie. Niewielu załogantów Siódmej Siostry gardziło chętnym kobiecym ciałem, a bosman nie był jednym z tych niechlubnych wyjątków.

- Jak mi dasz jego łeb, to będę cię po rączkach całować, Vera. - Zgodził się kransolud. Roztarł uderzony czerep, choć ten nie miało prawa go boleć. - Nie dzisiaj, nie jutro, ale kiedyś dorwiem padalca. Ty nawet nie wiesz, ile psiemu chujowi zaplanowałem, jak się tylko dostanie w moje łapy. - Odgrażał się krasnolud, bez przerwy gładząc potylicę. - Ty nie przepraszaj, bośmy wszyscy tam byli. Głupio zrobilim, że was na ten bal posłaliśmy. Ja to wiem, że o zmarłych się źle nie mówi, ale niech Riverę łosoś w oko wyrucha, kurwa! - Westchnął, a w jego głosie przebrzmiała wesołość na wspomnienie straconego załoganta. Rivera był lubiany w załodze i każdy odczuł jego stratę.

Podniesione głosy dobiegły od strony siłujących się na rękę - to Pogad podejmowała w pojedynku Bolę-Bolę, a pirackie kółeczko wokół nich dopingowało obie strony. Wystarczyło to, by przyciągnąć uwagę Osmara. Vera mogła zbierać słowa.

- E, że wkurwiaj od razu. Ja nie z tych, co tacy wkurwiający.- Mruknął krasnolud. Nie zdenerwował się, lecz przygasł znacząco. - Ty to zawsze narobisz problemu, Vera. Mamy cię w lód zapakować, cobyś nie ześmierdła nam pokładu? Na słonku ususzyć jak tą pizdę, co teraz u Silasa pod sufitem wisi? Zapeklować w soli? - Pytał, starając się przekuć smutny dialog w żart. - Jak odważysz się umrzeć przez jakiegoś demoniego bękarta, to nie będzie litości, co cię będziem wieźć tak daleko. Wezmę od Belli tę sukienkę, o, tę różową co ma i sru! za burtę, prosto w stado fok! Więc lepiej nie umieraj, rozumimy się?

Rzucone Verze spojrzenie miało przekazać wszystkie emocje, których bosman nie potrafił wyrazić słowami. Sprawy z demonami były niepewne i nieznane, i choć dopuszczał do siebie możliwość porażki Sovrana, nie wierzył, by żywot Very Umberto skończył się w taki sposób.

Wioska Svolvar i okolice

294
POST POSTACI
Vera Umberto
Przynajmniej nie zignorował jej prośby. Mógł sobie żartować, ale Vera wiedziała, że jak przyjdzie co do czego, to Osmar dopilnuje, żeby jej prośba została spełniona. Uśmiechnęła się do niego.
- Nie wiem, zawińcie w siedem warstw płótna? Nie mój problem. Albo trzymajcie w mojej kajucie, żeby kolejny kapitan nie rozpanoszył się tam zbyt szybko - zmrużyła oczy. - Tylko spróbuj. Ciebie będę nawiedzać pierwszego, w tej przykrótkiej, różowej sukience.
Stosunkowo zadowolona, że temat został załatwiony, oparła dłoń o ramię bosmana i wstała. Koniec. Nie zamierzała poruszać go już dziś więcej. Corin wiedział, Osmar został poinstruowany, pozostali w razie czego dadzą sobie bez niej radę. Dziewczyny popłaczą, może będą mieć na statku żałobę tydzień lub dwa, ale potem świat ruszy dalej. Pierwszy oficer zajmie jej miejsce, wrócą na południe, Siódma Siostra nie przestanie działać - wszystko pójdzie naturalną koleją rzeczy.
- Nie zamierzam umierać - obiecała krasnoludowi zgodnie z prawdą. - Musiałam tylko dopilnować, żeby w razie czego dla odmiany wszystko zostało zrobione tak, jak trzeba. Sam wiesz, jak to z wami jest, jak was nie pilnuję.
Absolutnie nie była to prawda. Gdy zostali schwytani i Pegaz transportował ich do Qerel, doskonale poradzili sobie z problemem. Uwolnili ich wszystkich, udowadniając nie tylko swoją lojalność, ale i skuteczność. Wiedziała, że może im zaufać, nawet jeśli nie zamierzała mówić tego teraz krasnoludowi, by nie wpadać w rzewny i nostalgiczny nastrój. Uścisnęła jego ramię i zostawiła go jego własnym sprawom - zapewne zamierzał dołączyć do siłowania na rękę, szkoda, żeby jej obecność go przed tym powstrzymywała.
Przesunęła spojrzeniem po sali, na moment zawieszając je na samotnym Sovranie, ale spędziła z nim ostatnie dwa tygodnie. Wróciła do Yetta, którego przez cały ten czas przy niej nie było. Usiadła obok i bezceremonialnie objęła się jego ramieniem, od razu po tym sięgając po plaster dziczyzny.
- Przynajmniej nie głoduję, odkąd powiedziałam Belli, co jestem w stanie jeść bez odruchu wymiotnego - rzuciła niezobowiązująco. - Jest w porządku. Trzeba by było tylko spytać, ile złota jestem jej winna za gościnę i całą resztę. Znów się wyprztykam ze wszystkiego, co zaoszczędziłam.
Zerknęła na mężczyznę z ukosa, a po chwili namysłu uniosła dłoń i przesunęła nią po jego zarośniętej szczęce.
- Nie miej żałoby już teraz - poprosiła cicho. - Plan jest taki, że ma zadziałać, tak? Możesz mi coś obiecać, to będę miała większą motywację - uśmiechnęła się lekko. - Nigdy nie dostałam od ciebie biżuterii. Dlaczego nigdy nie dostałam od ciebie biżuterii? Wiesz, jak ją lubię. To mi możesz obiecać, na przykład. Że mi znajdziesz kolczyki do zestawu z tym zielonym kamieniem, jaki sobie kupiłam na Harlen. Chyba, że masz lepszy pomysł?
Obrazek

Wioska Svolvar i okolice

295
POST BARDA
- Ech, Vera! - Wzdychał Osmar, kręcąc przy okajzi głową. Nie miał wielu słów, które mógłby je ofiarować. Przekonywanie, że do niczego takiego, jak jej śmierć nie dojdzie, nie było w jego stylu - poza tym, nie znał przecież całej sytuacji i o magii miał taką wiedzę, jak świnia o gwiazdach. Nie powstrzymywał jej, gdy odchodziła w kierunku Corina. Sam się po jakimś czasie podniósł, by zbliżyć się do pojedynkujących. Musiał pogratulować Pogad, która wygrała z Bolą-Bolą. Ohar zabierał się teraz za Oodosa. Z odległości przyglądał im się również Sovran, ale nie angażował się w doping.

Corin nie protestował, gdy Vera wymusiła na nim bliskość. Co więcej, nachylił się i cmoknął jej włosy.

- Już niedługo zjesz to, na co będziesz miała ochotę. - Powiedział jej, ale nie opuszczał go grobowy nastrój. Jak mógł w to wierzyć, gdy usłyszał z jej ust takie wieści, a wróżba na przyszłość została przekazana z pewnością, jakby była już zapisana w kronikach? - A ja ci kupię, co tylko będziesz chciała. Zacznę od tych zielonych kolczyków. - Obiecał, wzdychając z bólem, który rozdzierał serce.

***

Tej nocy nie została zakupiona żadna biżuteria, ale biesiada i tak była udana. Nie tak pijana, jak pierwsza, którą zorganizowała Bella dla załogantów Siódmej Siostry, lecz wystarczająca, by odetchnęli po pospiesznym rejsie. Pojedynki na rękę wygrał Oodos, pozostając czempionem Svolvar. Wielu popiło się, paru pobiło, ale większość bawiła się się dobrze, choć towarzystwo rozeszło się do łóżek nim słońce choćby pomalowało niebo porankiem. Corin długo nie mógł zasnąć, lecz nie miał ochoty na igraszki. Zmartwienie nie pozwalało mu myśleć o przyjemnościach.

***

Kolejne dwa dni były tylko dla Very. Sovran zapowiedział, że rytuał chciałby przeprowadzić wieczorem, więc miała przed sobą jeszcze całe popołudnie do spędzenia tak, jak tylko chciała. Z każdą mijającą godziną Corin denerwował się coraz bardziej i nie opuszczał kapitan na krok, choć nie wyrażał na głos swoich obaw. Nie musiał; było widać po nim wręcz obezwładniające zmartwienie.

W głównej sali pałacu Sovran urzędował już od rana. Rozrysowywał na podłodze kręgi kredą i malował symbole, szeptał pod nosem zaklęcia, gdy rozsypywał przywiezione przez Corina sypkie ingrediencje w oznaczonych miejscach i smarował deski magicznymi płynami w jeszcze innych. Nikt mu nie przeszkadzał, ale Bella siedziała i obserwowała, komentując tylko z cicha:

- I kto to później posprząta?

Wioska Svolvar i okolice

296
POST POSTACI
Vera Umberto
Obietnica "kupię ci co tylko chcesz" była trochę rozczarowująca. Vera oczekiwała od oficera czegoś więcej; planów na przyszłość, na których mogłaby się skupić. Jednej z tych jego opowieści o miejscach do odwiedzenia, wodach do przepłynięcia, nawet o tym durnym domku pod Portem Erola, który nigdy nie miał stać się rzeczywistością. On zawsze stanowił dla nich pewne bezpieczne miejsce, do którego w swoich wyobrażeniach wracali, gdy rzeczywistość stawała się zbyt przytłaczająca. Teraz nie dostała nawet tego. Westchnęła i wróciła do milczącego obserwowania ucztującej załogi. Choć nie piła, to siedziała w sali do samego końca, dopóki nie zaczęły przygasać świece, a ostatni z jej ludzi nie zdecydowali się wrócić na statek. Jeśli o Corina chodzi, nie oczekiwała od niego tej nocy niczego więcej, niż zamknięcie jej w objęciach, najlepiej już do samego rytuału. I całkiem możliwe, że nie mogła zasnąć razem z nim, z głową opartą o jego klatkę piersiową i spojrzeniem wbitym w dogasający płomień lampy. Chyba dopiero gdy ten zgasł całkiem, Vera też zamknęła oczy i odpłynęła na te ostatnie kilka godzin nocy.

Tego dnia, którego miał wreszcie odbyć się rytuał, Umberto długo stała przy komodzie, zastanawiając się, co na siebie założyć. Czy miało to jakieś znaczenie dla Sovrana? Nie estetyczne, a czysto techniczne, na przykład odsłonięte przedramiona? Nie miała absolutnie żadnego pojęcia, co miało się wydarzyć i jak miało to wyglądać. W końcu wyjęła z szafy swoje ulubione rzeczy: błękitną koszulę, którą nosiła zbyt rzadko, bo było jej szkoda tak delikatnego materiału na brudną pracę na statku, czarne spodnie z cienkiego, gładkiego zamszu, porządne buty. Na palce wsunęła kilka pierścionków, a w uszy wsunęła misternie zdobione, złote kolczyki. Włosów nie wiązała, rozczesała je tylko dokładnie, podczas gdy odbicie spoglądało na nią z jej prowizorycznego lustra z chłodną obojętnością. Jeśli miała dziś umrzeć, przynajmniej nie będą musieli jej przebierać. Jeśli przeżyje, będzie prezentować się godnie.
Żadną z tych myśli nie dzieliła się z Corinem, ale choć nie zamierzała go dodatkowo stresować, to nie miała też wystarczająco dużo samozaparcia, żeby go dziś uspokajać i pocieszać. Powinno to działać odwrotnie, do cholery. To ona tu miała znaleźć się w centrum demonicznego rytuału mrocznego elfa, nie on, tymczasem jego zbolałe spojrzenie wcale nie poprawiało jej nastawienia. Do tego nawet nie mogła przygotować głupiego listu pożegnalnego na wszelki wypadek, bo ciągle nad nią wisiał, jakby miało to zmienić rzeczywistość.
Gdy Sovran rysował swoje wzory, Vera siedziała obok Belli z nogą założoną na nogę i ze zniecierpliwieniem poruszała czubkiem buta w górę i w dół. Wcześniej chodziła dookoła wzoru, ale kształty były dla niej obce, nic jej nie mówiły, więc zrezygnowała, pozwalając mu pracować w spokoju.
- Jak to zadziała, to sama ci tu posprzątam - obiecała, choć nie pamiętała, kiedy ostatnio miała szczotkę w rękach, a co dopiero mówić o klęczeniu na podłodze i szorowaniu nią desek. - Rzadko jest okazja zobaczenia Very Umberto na kolanach, więc wiesz.
Z nerwów wygryzła sobie już w policzku od wnętrza dziurę, do krwi. Najgorsze w tym wszystkim była ta bezradność. Nie była w stanie Sovranowi w żaden sposób pomóc, ani sama się jakoś szczególnie przygotować.
Obrazek

Wioska Svolvar i okolice

297
POST BARDA


-Nie, co ty. - Bella pokręciła głową. Zamoczyła usta w słabym, rozcieńczonym winie, które miała w kieliszku. Vera też mogła się nim częstować jeśli tylko chciała. - Juleczka i dziewczyny będą miały sprzątanie życia. Same problemy z tym Smoluszkiem...

Sovran nie skupiał się na rozmowach kobiet. Dzielnie kreślił wzory i wydawał się dość pewny w tym, co robił, ale gdy Vera w końcu usiadła i zaczęła go obserwować, widziała jego wahania, gdy siadał na piętach i oceniał swoją pracę, niejednokrotnie zaraz wstając tylko po to, by zmazać jakiś symbol i namalować go od nowa, czy nawet poprawić cały fragment kręgu. Miał do tego nawet wiaderko z wodą i szmatkę. Kapitan widziała, jak jego usta poruszały się lekko, gdy niemo dyskutował sam ze sobą nad zasadniczością kolejnych fragmentów. Jego rysunki nie były prostym pentagramem ze świecami w ramionach, a skomplikowanym wzorem, pełnym odczynników, symboli i zaklęć, które raz po raz sprawdzał, a pojedyncze linie tliły się blaskiem, gdy Czarny testował swoje własne dzieło.

Krąg wyglądał na jeszcze daleki do ukończenia, gdy elf zatrzymał się, podumał dłuższą chwilę, a następnie zaczął ściągać z siebie ubranie. Zaplątał się w koszulę, gdy nie odpiął guzików przy mankietach przed zdejmowaniem, lecz wkrótce udało mu się uwolnić dłonie. Sięgając po białą pastę, którą przywiózł mu Corin, zaczął nią malować po własnym nagim torsie i brzuchu.

- Nie widzę. - Mruczał, rozglądając się. - Pomóż. - Zwrócił się niespodziewanie do Very.

- Lusterka książę potrzebuje? - Odezwała się słodko Bella.

- Pomóż. Vera.

Czy Czarny w ogóle znał koncept lustra?

Wioska Svolvar i okolice

298
POST POSTACI
Vera Umberto
Niepewność, jaką czasem zauważała w działaniu elfa, tylko potęgowała jej zdenerwowanie. Może dlatego też, gdy usłyszała, że może mu jakoś pomóc, wstała z ławki, spodziewając się, że będzie chciał, żeby coś mu podała, przytrzymała, może coś sprawdziła, czego nie widział z miejsca, w którym stał...? Szybko jednak dotarło do niej, że Sovranowi chodziło o coś zgoła innego. Z niedowierzaniem patrzyła, jak zwraca się do niej z tą białą pastą, oczekując, że ta namaluje mu coś na klatce piersiowej.
Przez dłuższą chwilę wpatrywała się więc tylko w niego, zanim westchnęła i zerknęła na Bellę przez ramię.
- Niech ktoś mu to lustro przyniesie - poprosiła, po czym ruszyła w jego stronę, uważając, żeby niczego nie rozdeptać i nie zmazać podeszwą starannie wyrysowanych wzorów. - Nie potrafię rysować. A już na pewno nie potrafię malować palcami na skórze.
Wzięła od niego pojemnik z farbą i zmrużyła oczy, usiłując zorientować się, co on tu właściwie usiłował stworzyć. Próby nieporadnego spełnienia jego życzenia wciąż były lepsze, niż bezczynne siedzenie i oczekiwanie nie wiadomo na co. Sovran już nie gorączkował i nie zalewał się potem, więc nie będzie to też tak nieprzyjemne, jak mogłoby być jeszcze tydzień temu.
- Ale mogę spróbować. Co to ma być? To samo, co na podłodze? - spojrzała na wzór pod nimi. - To jest kurewsko skomplikowane. Nie ma szans, żebym zrobiła to równo. Chuj, najwyżej będziesz zmywał i zaczynał od nowa.
Zamoczyła palec wskazujący w paście i w absolutnie pełnym skupieniu, które odcinało jej wszystkie pozostałe zmysły, łącznie ze świadomością tego, co działo się wokół, zamierzała wznieść się na wyżyny swojego talentu artystycznego, z jakiego ostatnio korzystała ze dwadzieścia lat temu i postarać się narysować to, czego nie potrafił sam narysować Sovran.
Obrazek

Wioska Svolvar i okolice

299
POST BARDA


Sovran dumnie patrzył na Verę, nic nie robiąc sobie z tego, że spod ciemnej skóry przebijały kształty jego żeber, a brzuch był wręcz wklęsły. Czas choroby zebrał swoje żniwo i ciało Mrocznego było wynędzniałe, lecz wracała mu duma, która pokazał przy ich pierwszym spotkaniu. Gdy mógł odrzucić koce i nakrycia, stał wyprostowany, a mimo to wciąż był sporo niższy od Very. Czubek jego siwej czupryny mógł ledwie smyrać kapitan po nosie. Przynajmniej był nad wyraz czysty; gdy miał siły i możliwości, kąpał się codziennie, a mieszkańcy Svolvar nigdy mu tego nie odmawiali. Było to coś, czego mogliby nauczyć się od niego załoganci Siostry.

Bella westchnęła, gdy z jakiegoś powodu rozbawiła ją prośba Very i Sovrana. Kiwnęła głową, zsuwając się z ławeczki.

- Ja też mogłabym coś namalować, wiecie? - Murczała, kierując się do wyjścia, najwyraźniej zazdroszcząc Verze zaszczytu.

Sovran podał Verze pojemik z pastą. Pachniała ziołami, ale ciemne drobinki zawieszone w białej masie nie pozwalały rozpoznać ich z prezycją. Aromat był Verze znany, Trip prawdopodobnie używał tych samych ziół w swojej kuchni.

- Dokładność jest ważna. - Pouczył kapitan elf, nim ta dotknęła jego skóry. - Przerwane koło może skończyć się śmiercią. Moją? Twoją? Zły symbol, demon ucieka. Niszczy Twój statek. - Wróżył, choć Vera nawet jeszcze nie zaczęła. - Masz podobne znaki. Rysuj. - Rozkazał już nieco mniej złowróżbnie, za to bardziej władczo. - Zacznij od koła. Równo. Teraz ten. - Sovran złapał Verę za dłoń, by pokazać jej, o którym symbolu mówi. Runa nie wydawała się trudna. - Nie widzę. - Pożalił się znów, gdy Vera zaczęła mazać po jego klatce piersiowej. Choć patrzył w dół, załamania ciała ukrywały część symbolu. - Mówi o jedności. Dzięki niemu nie przejmie ciała, będzie współ-żył. Musi być w kole. Drugim kole.

Pouczenia Sovrana nie były najłatwiejsze do zrozumienia. Marszczył brwi - jemu chyba również nie podobała się ta współpraca. Vera była kiepskim uczniem czarnoksiężnika. Do tego Mroczny zaczął kaszleć, a ruch jego klatki piersiowej i ramienia, gdy zasłaniał usta, wytrącił verowy palec i linia powędrowała nie w tę stronę, w którą powinna. Czy wizja uratowania od demona była warta czegoś takiego?

Wioska Svolvar i okolice

300
POST POSTACI
Vera Umberto
Z jakiegoś powodu sądziła, że to ona musi rysować wzory. Ona albo Sovran, nikt inny. Może było inaczej i faktycznie Bella mogła przejąć tę część rytuału, ale czy elf byłby zainteresowany jej pomocą? I czy Vera była w stanie powierzyć kobiecie malowanie kształtów, od których miało zależeć jej życie? Lepiej, żeby zajęła się szukaniem lustra.
Odkąd mroczny zaczął czuć się lepiej, stał się dużo bardziej irytujący. Gdy kasłał, mówił mniej i nie był tak wyniosły. Sposób, w jaki się do niej odnosił, sprawiał, że w Verze coś zaczynało się gotować. Gdyby nie potrzebowała go tak bardzo i gdyby nie obawiała się, że w każdej chwili może połamać jej ręce jak zapałki, tak, jak to zrobił z Tariqiem, ta współpraca skończyłaby się, zanim się na dobre zaczęła.
- Wiem - syknęła do niego wściekle. - Nie musisz podkreślać, jak dużo od tego zależy. Sprawia ci to jakąś przyjemność? Takie dręczenie mnie? Jak ci się nie podoba, to ją wypuszczę w cholerę i sam ją sobie łap.
Nie zamierzała tego robić, zwłaszcza z wizją zniszczonego statku, jaką Sovran przy okazji roztoczył jej przed oczami. Dlaczego Noreddine miałaby zrobić akurat to? Nie wiadomo, ale nie dało się wykluczyć tej możliwości. Zacisnęła zęby, usiłując powstrzymać złość narastającą z każdym jego słowem, a gdy rozkasłał się, sprawiając, że malunek poszedł w złą stronę, sapnęła z frustracją i cofnęła się o krok.
- Jak mam narysować równo, jak jesteś... - nie dokończyła, za to czystą dłonią przetarła twarz w wyrazie irytacji. Wytykanie mu, że jest zbyt chudy, było nie na miejscu, gdy to pobyt na jej statku poniekąd doprowadził go do takiego stanu. Z drugiej strony, może nie jadł tylko dlatego, że rzadko ktoś go karmił? Królewicz pierdolony. Sięgnęła po szmatkę i starła pomyłkę z jego popielatej skóry. - Jak się będziesz telepał, to nigdy tego nie skończę.
Zacisnęła usta w wąską kreskę i zabrała się za poprawianie wzoru. Słuchała jego instrukcji, starając się nie zwracać uwagi na jego wyniosły ton i nagle budzące się do życia poczucie wyższości. Nie było to proste.
- ...Czy na mnie też zamierzasz coś malować? - spytała, a w jej głowie jeszcze przed niechęcią do obnażania się przed nim, pojawił się wstyd, jaki zawsze wywoływało w niej odsłanianie długiej blizny, szpecącej jej brzuch, nawet jeśli prawdopodobnie ani jedno, ani drugie nie budziłoby w tym elfie żadnych emocji.
Obrazek

Wróć do „Turon”