Dom Śnienia Kamelii

256
POST POSTACI
Paria
Po pierwsze, nie wiedziała, że istota jest w stanie grzebać jej w tej chwili we wspomnieniach. Czy to znaczyło, że jest w stanie też odczytać jej myśli, a werbalna rozmowa jest jedynie uprzejmością z jej strony? Libeth zamilkła, na krótką chwilę wycofując się w głąb siebie, nagle zdecydowanie zbyt wyraźnie czując własną nagość, zarówno tę fizyczną, jak i metaforyczną. Po drugie, słuchała odpowiedzi i spoglądała to na ptasią głowę, to na sześcionogiego lisa, zastanawiając się, czy naprawdę była skłonna zgodzić się na te warunki.
Ale rok życia... to nie było tak dużo. Pory roku przemijały, a liczba koncertów ostatnimi czasy sprawiała, że Libeth nie wiedziała, kiedy mijały kolejne miesiące. Zabiegana i zajęta tysiącem rzeczy jednocześnie, nie miała czasu narzekać na nudę i dłużące się chwile bezczynności. Czymże zresztą był rok życia w kontekście zwrócenia całej przyszłości zagubionej w pustce Shaoli? Ile lat jeszcze miała przed sobą elfka, lat, które mogła spędzić czerpiąc z życia pełnymi garściami, albo leżąc, pogrążona w niekończącym się śnie? Jeśli Libeth mogła oddać jeden rok w zamian za wszystkie, które zostały tamtej, byłaby głupia, gdyby protestowała. Zresztą nawet nie do końca oddawała cokolwiek, po prostu będzie musiała nauczyć się żyć z pewnym dyskomfortem i może obcym głosem w swojej głowie, jeśli zdecyduje, że chce mieć z nim jednak jakiś kontakt.
Uniosła wzrok na wirującego teraz nad nią lisa. Na Rdzę, jak go nazwała. Czy będzie psuł jej życie, jak rdza niszczyła miecze? Nie do końca wiedziała, jak miałaby złamać zawarty pakt, bo przecież nie zmusi go do opuszczenia jej ciała; nie potrafiła tego zrobić, nawet gdyby chciała, zwyczajnie nie wiedziałaby jak. Skinęła głową, czując, jak ogarnia ją zupełnie nowy strach. Nie tak wyobrażała sobie niesienie Kamelio pomocy, gdy brała w ręce jego sfatygowaną lutnię. Nie tak to wszystko miało wyglądać.
- Jestem - powiedziała słabo, bez przekonania. Zdecydowanie nie była gotowa.
Przynajmniej zamierzał natychmiast wywiązać się ze swojej części kontraktu i pomóc jej w wydostaniu Shaoli z domeny Widzącego, cokolwiek to znaczyło. Może za moment będzie mogła opuścić to okropne miejsce i wrócić do znajomych granic własnego ciała, nawet jeśli tym razem z dodatkowym lokatorem.
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

257
POST BARDA
Czy to, co robiła, było słuszne? Czy podjęta przez nią decyzja była właściwą? Tylko przyszłość mogła pokazać. Na razie, najważniejszym było wrócić do domu. Do świata, który znała. Do osób, o które się troszczyła i przynajmniej jedna, dla której teraz robiła, co robiła.
Istota cofnęła nieco dłoń, uniosła ją wyżej, a następnie odwróciła wierzchem do góry, by zawiesić ją ponad drobną formą, w której umieściła jestestwo Libeth.
- ᚾᚨ ᛗᛟᚲ ᛞᚨᚾᚨ ᛗᛁ ᛈᚱᛉᛖᛉ ᛏᛖᚾᚨᛏᛁᚱᚨ. ᛉᚨᛈᚱᛉᛁᛊᛁᛖᚷᚨᛗ ᛞᚹᛁᛖ ᛞᚢᛊᛉᛖ. ᚾᛁᛖᚲᚺ ᛏᛖᚾ ᚲᛟᚾᛏᚨᚲᛏ ᛊᛏᚨᚾᛁᛖ ᛊᛁᛖ ᛈᚱᚨᚹᛖᛗ - odezwała się, wracając do tego samego, obcego i niemożliwie skomplikowanego języka, którym zwróciła się do niej po raz pierwszy.
Wypowiadała je powoli, niemalże monotonnie, a jednak z siłą, która zdawała się wpływać na wszystko wokół. Jej własna esencja życia zdawała się bombardowana mocą, jaką w sobie zawierały. Było to wrażenie ponad logiczne rozumowanie, podobnie przytłaczające, jak wszystko to, co przeżyła w swoich pierwszych chwilach poza ciałem i poza znaną jej rzeczywistością.
Czas przyspieszył. Unoszący się dotąd na nią lisek skręcił się, spłaszczył i rozciągnął niczym bardzo dziwny szal, który następnie owinął się wokół jej drobnej szyi. Wielka, szponiasta dłoń rozcapierzyła się, a następnie opadła w dół. Wyobrażenie zostania zmiażdżoną było przerażające i pewnie zatrzymałoby jej serce, gdyby wciąż je miała. Zamiast uderzenia nastąpiło natomiast zalanie falą chłodu. Czerwień zalała jej wzrok, nim dopadło ją nowe uczucie szybkiego spadania.
W dół, w dół, w dół, w dół...


W dół.

***
Suchość i doprowadzające do kaszlu drapanie w gardle były pierwszym, co poczuła jako następne. To oraz przyjemna świeżość powietrza w pomieszczeniu.
Jej ciało było ociężałe, a może tylko ciężkie? Znacznie cięższe niż to, którym obdarowała ją istota z nieznanego wymiaru. Nowo odzyskana ciężkość własnej formy wydawała się z początku niemal niekomfortowa, ale jakże prawdziwa! Nogi unieruchomione częściowo pod narzuconą na nią derką były znowu długie i smukłe. Podobnie, jak i ręce.
Gdy ponownie otworzyła oczy, zobaczyła dobrze jej znaną komnatę Domu Śnienia, mimo iż obecnie oświetlaną jedynie przez pojedynczą świecę na nocnej szafce oraz kwiaty tej samej, doniczkowej roślinki, która powitała ją tutaj przy pierwszej wizycie. Jedną, acz trudną do niedostrzeżenia zmianą, jaka zaszła, był układ mebli, czy raczej jednego mebla - łóżka. Drugiego łóżka, obecnie maksymalnie przysuniętego do jej własnego. Ze swojej pozycji nie mogła na razie dostrzec śpiącej w nim osoby, lecz z całą pewnością nie był to Kamelio. Skąd ta pewno? Ponieważ wyżej wspomniany siedział teraz śnięty, oparty plecami o łóżko Parii na niewielkiej przestrzeni pomiędzy meblami. Jego głowa opadła już pewnie jakiś czas temu na klatkę piersiową. Trudno sobie wyobrazić, w jakim stanie będzie jego szyja, gdy ponownie oprzytomnieje.

Dom Śnienia Kamelii

258
POST POSTACI
Paria
Miała wątpliwości do samego końca. Od chwili, w której wypowiedziała zgodę, przez słowa istoty, w języku, którego nie rozumiała i nigdy nie zrozumie, przez lisa owijającego się jej wokół szyi, po gigantyczną, ciężką dłoń, opadającą na nią z góry jak zawalające się jej na głowę sklepienie. Nie było już czasu ani sensu, by protestować. Decyzja została podjęta, kontrakt podpisany. Związała się z jakimś bytem, który równie dobrze mógł być sługą jednego z dobrych bogów, jak i demonem, a teraz przyjdzie jej ponieść tego konsekwencje, jakie by nie były. Skuliła się w sobie, jakby miało ją to uratować przed zgnieceniem, ale do tego nigdy nie doszło. Po prostu straciła grunt pod nogami i coś pociągnęło ją w dół, a jej pozostało co najwyżej czekanie na moment, w którym uderzy o dno. Chyba krzyczała; nie była pewna. Świat wokół niej rozpadł się i przestał mieć resztki sensu.

A więc była noc. Dobrze też wiedziała, gdzie się znajduje - ten drewniany strop znała już na pamięć. Czy to była ta sama noc, której przyjechała do Domu Śnienia, czy któraś z kolejnych? Ile czasu spędziła nieprzytomna? Robił się z tego bardzo przykry zwyczaj, jakiego Libeth nie darzyła szczególnym sentymentem. Zamknęła oczy i odetchnęła głęboko, zanim ponownie powoli rozchyliła powieki i zawiesiła spojrzenie na pulsującej słabym światłem roślinie, której nazwy nigdy nie poznała. Powrót do własnego, znajomego ciała sprawił, że z jej oczu popłynęły łzy ulgi; nie została pochłonięta przez domenę żadnego nieśmiertelnego, Bezimienny dotrzymał słowa, znów była u siebie, znów czuła własną klatkę piersiową unoszącą się z oddechem, znów mogła poruszyć palcami, znów czuła ciężar koca zarzuconego na swoje nogi. Na moment jeszcze zamknęła oczy, delektując się ciszą i otaczającym ją półmrokiem, takim zwyczajnym, swoim.
Czuła też jeszcze jedno - przerażającą świadomość, że nie jest i przez bardzo długi czas nie będzie już sama. I nie chodziło tu o Kamelio, którego zauważyła, gdy z powrotem podniosła powieki, ani o tego, kto spał w łóżku przysuniętym do jej własnego. Oczami wyobraźni wciąż doskonale widziała ptasią głowę i to nieruchome, czarne spojrzenie, lśniące jak dwa wypolerowane onyksy zawieszone nad jej głową. Teraz był z nią lis; była z nią Rdza. Tylko gdzie? Kiedy da o sobie znać?
Zawiązując kontrakt sądziła, że razem ruszą po Shaoli. Że będzie mogła z nią porozmawiać jeszcze tam, w tym dziwnym świecie, jakiego nie była w stanie objąć zmysłami. Przedstawić się, powiedzieć, że zabiera ją z powrotem, tak, by potem, gdy już będzie im dane porozmawiać po przebudzeniu, Paria nie była już dla elfki kompletnie obca. Tymczasem to wszystko wydarzyło się jakoś... poza nią. Czy istota dotrzymała słowa? Musiała to sprawdzić. Musiała iść do domku na skraju ogrodu i musiała iść tam natychmiast.
Ostrożnie poruszyła dłonią, jakby bała się, że nie będzie ona działać tak, jak przedtem, ale wszystko wydawało się być w jak najlepszym porządku. Po chwili wahania wyciągnęła rękę do elfa i delikatnie odgarnęła opadające mu na twarz włosy. Nie potrafiła sobie wyobrazić ile stresu musiał przeżyć, choć była pewna, że nie mogło się to równać z emocjonalną karuzelą, jaką w zaświatach (?) przeżyła ona. Nie mógł tu tak po prostu siedzieć. Nie teraz, nie kiedy - jeśli wszystko poszło zgodnie z planem - jego siostra miała się obudzić.
- Kamelio? - powiedziała cicho, zanim podniosła się na łokciach, a potem usiadła w łóżku, przecierając twarz dłońmi. Opuściła wzrok w dół, by sprawdzić, w co jest ubrana. - Muszę... musimy iść. Do ogrodu. Do Shaoli.
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

259
POST BARDA
Niepewność zrodzona nie tylko z braku wiedzy na temat tego, co dalej będzie ją czekać w kwestii związanej z nią istoty, ale również dalszego losu Shaoli, zaczęła potęgować w miarę rosnącej ilości pytań, pojawiających się stopniowo w jej głowie. Bo co, jeśli od początku była oszukiwana? Jeśli Shaoli nigdy nie wróci, a ona już na zawsze ugrzęźnie z czymś obcym i bezbożnym gdzieś z tyłu głowy? Z czymś, co prawdopodobnie MOGŁO, gdyby tylko zmieniło zdanie i metodę działania, przejąć nad nią kontrolę - sądząc po sposobie, w jaki się o tym wypowiedziało. Teraz gdy obawa o zostaniu uwięzioną w niebycie minęła, inne rzeczy mogły zacząć ją martwić.
Odgarniając włosy mężczyzny, nawet mimo kiepskiego światła mogła zauważyć na jego twarzy coś, czego z całą pewnością tam nie było, gdy ostatnim razem go widziała. Zarówno jej prawa, jak i lewa strona, zostały niemalże równomiernie przyozdobione sińcami. Wyglądały boleśnie, ale przede wszystkim nie mogły być świeże, sądząc po ciemnym kolorze większości z nich. Pomijając barwę, ilość podskórnych wylewów sugerowała, że niedługo po bójce (czy jakkolwiek do tego doszło) musiał nieźle spuchnąć! Ciekawe, kto w ogóle był w stanie go tak urządzić. Kamelio, jakkolwiek ugodowy i z natury raczej uprzejmy, potrafił świetnie radzić sobie w starciach na gołe pięści, z tego, co sama widziała w jego ostatnim starciu z Juliusem. I nie tylko na nie.
Mimo przejścia do pozycji siedzącej, Libeth wciąż nie mogła za dobrze przyjrzeć się osobie, która ulokowała się w łóżku obok. Leżała obrócona do nich plecami i tylko tył głowy, okalany ciemnymi włosami był jakkolwiek widoczny. Był to jednak najpewniej ktoś drobnej postury i wzrostu, sądząc po kształtach. Sama Paria miała na sobie obecnie dłuższą, jasną koszulę nocną.
Śnięty elf mruknął coś niezrozumiałego na jej odzew, marszcząc brwi i przekręcając głowę do boku tylko po to, żeby zaraz syknąć boleśnie, gdy coś w jego karku wreszcie strzeliło. I to całkiem słyszalnie!
- ...szlag - stęknął Kamelio, prostując się w siadzie i mocniej zaciskając przez chwilę oczy.
Dłonią usiłował przez kilka pierwszych sekund rozetrzeć pospinane mięśnie szyi, ale gdy tylko uniósł łepetynę i jego początkowo półprzytomne spojrzenie padło na osobę Libeth, ręka zamarła ostatecznie w bezruchu. Zamrugał raz, zamrugał drugi, jakby nie do końca pewny, czy może wierzyć swoim zmęczonym oczom. Wreszcie zdecydował się je niemalże agresywnie przetrzeć, zanim ponownie na nią poparzył z miną pełną dezorientacji i czegoś do niego kompletnie niepasującego. Czegoś na kształt zagubienia.
- ...Libeth? - zapytał wreszcie ochryple i cicho, wyjątkowo jak na siebie niezgrabnie przechodząc na kolana, żeby móc oprzeć dłonie na rogu jej łóżka. Jego długie palce wbiły się materiał materaca do stopnia, który groził albo ich połamaniem, albo zrobieniem dziury w samym łóżku.
Spoiler:

Dom Śnienia Kamelii

260
POST POSTACI
Paria
Nie była specjalistką w dziedzinie medycyny, ale nie potrzebowała nią być, żeby wiedzieć, że te siniaki nie mogły być świeże. Nie wiedziała, ile dokładnie, ale nawet jeśli miały kilka dni, to znaczyło, że Paria spędziła te kolejne kilka dni tak samo nieprzytomna, w tym samym łóżku, co poprzednim razem. Kto jednak mógł doprowadzić do czegoś takiego? Kamelio potrafił się bronić i wychodziło mu to naprawdę bardzo dobrze, czy więc po prostu poddał się ciosom? A może stało się coś innego, ktoś go unieruchomił i nie pozwolił na samoobronę? Tylko dlaczego? Cofnęła dłoń, marszcząc brwi.
- No tak, to ja - odparła z lekką dezorientacją, gdy z ust elfa padło jej imię. Jak widać, nie będzie jej dane w tej chwili wstać i pójść do ogrodu, bo jej sen trwał dłużej, niż zakładała, więc i przebudzenie było większym wydarzeniem. Szok na twarzy elfa mówił sam za siebie. A może to nie o to chodziło? Może pakt z tą... istotą... odbił się w jakiś sposób na jej fizycznej postaci i to dlatego Steczko patrzył na nią w ten sposób? Rozejrzała się, ale tak jak przedtem nie było tu lustra, tak nie było go i teraz.
- Byłam gdzieś... poza światem - powiedziała cicho, wciąż jeszcze trochę nieprzytomnie, idąc śladem elfa i przecierając oczy. - Poza czasem. W obcej domenie. Zawieszona bez ciała w błękicie i czerwieni. A wcześniej jeszcze spadałam... mój głos był wstęgą światła. Później dostałam ciało, formę dziecka i w sumie była ona trafiona, bo jak dziecko się czułam, zagubiona i bezradna. Teraz wróciłam, i przyprowadziłam Shaoli. Wróciłam, prawda?
Jeśli to wszystko było snem, tylko dla odmiany bardziej realnym, będzie strasznie rozczarowana. Wyciągnęła dłoń i lekko przekrzywiając głowę ponownie odgarnęła włosy Kamelio, by dokładniej przyjrzeć się jego pobitej twarzy. Nie miał szczęścia; odkąd się poznali, cały czas znajdował sposoby na zdobywanie na niej kolejnych obrażeń. A to odłamki kamieni rozcinające jego skórę, a to rozbita brew po walce ze strażą Cendan, teraz to. Delikatnie przesunęła palcami po znajomym policzku, ostrożnie, by nie sprawić mu bólu. Cisza Domu Śnienia nocą i tak dobrze znajome, choć teraz kompletnie zdezorientowane, złote spojrzenie, pozwalały jej z powrotem zakorzenić się w rzeczywistości.
- Wyglądasz okropnie - zauważyła, dopiero po tych słowach przypominając sobie, jak takie komentarze na niego wpływały. - To znaczy... te sińce wyglądają. Kto ci to zrobił?
Obróciła się w miejscu i opuściła stopy na podłogę, siadając na brzegu łóżka, obok klęczącego przy nim elfa. Oparła rękę na jednej z jego zaciśniętych dłoni, próbując ją rozluźnić. Wolała, żeby przytulił ją, zamiast miażdżyć drewnianą ramę mebla. To na pewno najskuteczniej zakotwiczyłoby ją w rzeczywistości.
- Ile czasu minęło? Za dużo, to na pewno - zmarszczyła brwi i zerknęła przez ramię. - Co się stało wtedy w domku w ogrodzie? I kto to jest?
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

261
POST BARDA
Elf nie przerywał jej, lecz też ani nie kiwał głową ze zrozumieniem, ani nie zadawał dodatkowych pytań. Wpatrywał się w nią w ciszy, ze wzrokiem skupionym i z jakiegoś powodu stopniowo coraz bardziej zdeterminowanym. W przeciwieństwie do reszty ciała, mięśnie jego twarzy, a zwłaszcza okolice żuchwy i szczęki, stały się poważnie napięte. Libeth miała okazję zaobserwować, że Kamelio reagował w ten specyficzny sposób wyłącznie wtedy, gdy przychodziło mu powstrzymywać język w obecności pewnego, wyjątkowo działającego mu na nerwy Wysokiego lub gdy Ramirill celowo wchodził w jego osobistą strefę komfortu. Zazwyczaj wiązało się to więc z irytacją lub ogólnym podenerwowaniem, których tak nie lubił po sobie pokazywać. Obecna różnica polegała natomiast na braku tego typu emocji w spojrzeniu, jakiego ani na moment nie odwracał.
- Wróciłaś - potwierdził drżącym z tłumionych emocji głosem, lecz dopiero, gdy dłoń Parii wylądowała na jego własnej, mężczyzna był w stanie wydusić coś więcej, niż pojedyncze słowo. A i to nie od razu.
Łapiąc głęboki wdech, Kamelio z wysiłkiem rozluźnił dotykaną dłoń, przekręcił ją i chwycił w nią dłoń bardki. Podnosząc ją, przytknął wierzchem do swojego czoła, zamykając oczy.
- Co masz na myśli mówiąc, że przyprowadziłaś-...? Libeth... Szlag! - Kamelio zaklął we wspólnej mowie, a następnie po elficku, sądząc po tonie, który nagle nabrał żaru. Zanim Libeth była w stanie zareagować, elf podniósł się na równe nogi, wciąż trzymając jej dłoń we własnej. - Czy ty masz pojęcie... Czy zdajesz sobie sprawę, co my wszyscy-...?! - starał się wyrzucić z siebie pytanie za pytaniem, choć żadnego nie był w stanie dokończyć. Zupełnie, jakby brakowało mu odpowiednich słów lub może po prostu odwagi, sądząc po zgrozie, jaka na moment wypłynęła na jego lico.
Wreszcie, być może zbyt sfrustrowany niemożnością skonstruowania pełnego zdania, przekręcił się, opadł ciężko obok na łóżko i przyciągnął ją do siebie, żeby objąć w niemalże bolesnym, ale pewnym uścisku. Z tej pozycji mogła doskonale poczuć przyspieszony oddech, gdy wcisnął twarz w dołek między ramieniem a szyją oraz łomotanie w klatce piersiowej.
- W jednej chwili Shaoli straciła kontrolę, a w następnej obie byłyście już nieprzytomne. Nieważne co robiłem, nieważne czego próbowali inni, nic nie było w stanie was ocucić! Żadnej z was! Przez ostatnie dziesięć dni! Sadziłem-... - urwał, praktycznie zdyszany przez sposób, w jaki zapominał robić pauz na złapanie tchu pomiędzy kolejnymi, wyrzucanymi z siebie rzeczami. Sytuacja musiała nim porządnie wstrząsnąć, skoro pozwalał sobie na podobny, równie niekontrolowany wybuch. - Cokolwiek wtedy zrobiłaś, nigdy więcej NIE WAŻ SIĘ tego powtarzać! - ostrzegł ją ze złością, ale uścisku ani na moment nie zwolnił. - Co miałbym zrobić ze świadomością, że zabiłem was obie??
Kamelio był zły. Był ewidentnie zły, ale jednocześnie wcale nie brzmiał, jakby był zły na Parię. Prędzej na samego siebie.
- Przepraszam - mruknął ponownie, tym razem ciszej. - Przepraszam, że cię na to naraziłem. Przepraszam za wszystko...

Dom Śnienia Kamelii

262
POST POSTACI
Paria
Dopiero gdy Kamelio przyciągnął ją do siebie i zaczął mówić, wzburzony jak nigdy dotąd, dotarła do niej powaga sytuacji. Wciśnięta w jego klatkę piersiową, unoszącą się i opadającą w szaleńczym tempie, jakby wcale przed chwilą nie spał, a przebiegł miasto w tę i z powrotem, powoli zaczynała rozumieć, co musiało dziać się w Domu Śnienia, gdy ona nieświadomie przemierzała zaświaty. I, przede wszystkim, co w związku z tym przeżywał on. Paria była dość obojętna względem uczuć osób, które nie miały dla nie znaczenia, ale kompletnie inaczej wyglądała sprawa z tymi, którzy byli jej bliscy. Objęła go, wtulając się w niego, choć nie tak mocno, jak on przyciskał do siebie ją.
- Dla mnie minęła godzina... może dwie - powiedziała cicho. - Nie wiem. Tam... nie było czasu. Starałam się wrócić jak najszybciej, ale niczego tam nie kontrolowałam. Nie bądź zły.
Miało to swoje plusy. Może Shaoli też nie czuła, jakby spędziła tam ostatnie kilka lat, a zaledwie tygodnie? To na pewno pozytywnie wpłynie na jej zdrowie psychiczne po przebudzeniu. O ile się przebudzi; Kamelio uparcie ignorował ten temat, a przecież Libeth musiała to sprawdzić, musiała się dowiedzieć, czy ta istota z innego wymiaru dotrzymała swojej obietnicy. Ale dobrze, mogła to zrobić za chwilę, gdy elf dojdzie już do siebie.
- Nie zrobiłam niczego, czego nie robiłabym już z innymi śniącymi. Za każdym razem przecież... - zamilkła, kiedy zorientowała się, że nie do końca tak było. Użyła zaklęcia, którego się nauczyła, licząc na to, że Shaoli się jej posłucha, że spełni jej życzenie, prośbę o powrót. - Och. Tego nie robię za każdym razem.
Zamknęła oczy. Przypomniało się jej, jak obiecała ojcu, że wróci następnego dnia. Obiecała odprowadzić konia. Obiecała też Wilfridowi, że to, czym się zajmuje, jest zupełnie bezpieczne. Powiedziała też bratu, gdzie ma jej szukać. Czy to przez to Kamelio wyglądał teraz tak, jak wyglądał? Czy ktoś z jej rodziny postanowił przyjść i wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę? Nie, raczej nie, oni nie pozwoliliby jej tu zostać, zabraliby ją do domu... chyba, że elf się na to nie zgodził... galopujące myśli i setki przypuszczeń odeszły w cień, gdy padły niespodziewane przeprosiny.
- Kamelio... - zaczęła, ale przez długą chwilę nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów, bo miał przecież rację.
Gdyby nie on i jego chęć wykorzystania umiejętności Parii do własnych celów, do pomocy Domowi Śnienia i jemu samemu, nic takiego nie miałoby miejsca. Nie leżałaby nieprzytomna przez ostatnie dziesięć dni, a teraz nie byłaby... cóż, opętana, bo nie wiedziała, czy istniało słowo, które lepiej oddawałoby naturę jej nowo nabytej relacji z Rdzą. Jednego była pewna: o tym ostatnim nie mogła mu powiedzieć. Gdyby dowiedział się, na jaki pakt przystała, byłby jeszcze bardziej wściekły, i to prawdopodobnie już nie tylko na siebie, ale i na nią. Bo przecież zgodziła się na to dla niego... i trochę po to, żeby nie żyć z jeszcze większym poczuciem winy, niż do tej pory. Jakby się uprzeć, można to było podciągnąć pod czysto egoistyczne pobudki.
- Kamelio, nie mam ci niczego za złe. Dałeś mi wszystko, czego chciałam. Kontrolę, której nie miałam, nawet jeśli jest jeszcze, jak widać, niepełna. Będę ostrożniejsza, obiecuję - ostatnio te jej obietnice marnie się sprawdzały. Uniosła głowę, odsuwając się na tyle, by móc spojrzeć elfowi w oczy. - Posłuchaj mnie. Przyprowadziłeś mnie tu w konkretnym celu, tak? Od samego początku nie ujął cię mój promienny uśmiech, tylko interesowało cię to, co wydawało ci się, że mogę potrafić. W czym mogę ci pomóc. I wydaje mi się... wydaje mi się, że mi się udało - powiedziała ostrożnie. Nie chciała przywłaszczać sobie pełni zasług, ale przecież nie mogła mu powiedzieć o zawartym kontrakcie. - Muszę zobaczyć Shaoli. Muszę do niej pójść, teraz. Czy to ona? - zerknęła przez ramię elfa na zagrzebaną w pościeli, ciemnowłosą postać. - Proszę cię. Potem do tego wrócimy. Muszę wiedzieć, czy się udało.
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

263
POST BARDA
Starając się uspokoić oddech, którym obecnie łaskotał ją przy okazji po szyi, Kamelio wymruczał coś mało zrozumiałego. Pomimo iż w obecności Parii pokazywał znacznie więcej ze swojego prawdziwego ja (dziecinnego i bardziej upartego), niż przy kimkolwiek innym, wciąż bardzo niechętnie uzewnętrzniał się ze swoimi negatywnymi emocjami, usiłując raczej zamiatać je pod dywan niż dawać im otwarty upust. Wybuch podobny do tego był więc czymś niezwykle rzadkim, a i świadczyć musiał o niezłym nagromadzeniu stresu. Elf praktycznie nimi emanował, co z tej odległości było bardziej niż oczywiste.
- "Tego"? - wychwycił Kamelio, momentalnie zaalarmowany. - Co znaczy "tego"? Libeth, co dokładnie zrobiłaś tamtej nocy? - wykorzystując fakt, że Libeth postanowiła odsunąć się nieco, rozluźnił uścisk i sam spojrzał na nią wyczekująco. Poza sińcami, widoczne były teraz także nieobecne nigdy wcześniej cienie pod oczami. Pod jednym, w każdym razie. Drugie było zbyt ciemne od zakrzepłej pod skórą krwi, żeby móc ocenić - efekt po ewidentnym podbiciu oka.
Wzrok elfa był bardzo intensywny i być może odrobinę przeszklony, ale również czysty, gdy nadstawiał uszu i wysłuchiwał wszystkiego, co miała mu do powiedzenia w maksymalnym skupieniu. Pierwszym, oczywistym faktom przytaknął sztywno i niemal niechętnie, na moment nawet odwracając wzrok w czymś, co zapewne dałoby radę uznać za zmieszanie spowodowane poczuciem winy. Całkiem możliwe, że nie planował przywiązywać się do Parii w stopniu, w jakim ostatecznie wzajemnie się do siebie przywiązali. Byłoby z pewnością dużo łatwiej podejść do sprawy bez udziału głębszych emocji, ale na to było odrobinę za późno, co z pewnością obydwoje rozumieli lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej.
- Wcześniej-... - urwał, żeby nerwowo zwilżyć językiem suche usta. - Wspomniałaś, że ją przyprowadziłaś - kontynuował, podobnie spoglądając w stronę sąsiedniego łóżka. - Sądziłem, że jesteś po prostu nieco zagubiona po przebudzeniu - przyznał, zanim wypuścił ją zupełnie z objęć i w pośpiechu, jakby dopiero dotarło do niego, co insynuowała, podniósł się z łóżka. Wykonał gest, jakby chciał wychylić się i sięgnąć do czubka wystającej spod pierzyny głowy, ale zamiast tego skrzywił się i westchnął, palcami przecierając zmęczone oczy. - Nie wiem, co możesz mieć na myśli, ale-... Libeth. Cokolwiek wtedy zaszło, wpłynęło na was w ten sam sposób - elf zaczął mówił coraz wolniej, a słowa wypowiadał z coraz większym wysiłkiem. - Odwiedziło was w tym czasie wielu znawców, magów, znachorów i medyków, na których sprowadzenie nie miałbym normalnie szans. Większość z nich była zgodna, co do werdyktu. ...Co do tego, że tylko ty masz szansę. Ponieważ świadomość mojej Shao na długo przed tym spędziła poza ciałem zbyt duży czas...
Jeśli Paria próbowała mimo przedstawianego werdyktu zbliżyć się do wciąż przecież oddychającej, choć nieruchomej dziewczyny, Kamelio nie zagradzał jej drogi.

Dom Śnienia Kamelii

264
POST POSTACI
Paria
- Może... za dużo ognia - odparła niepewnie. - Niepotrzebnie użyłam zaklęcia, tego drugiego. Ale sądziłam... że może się mnie posłucha. Że wróci, albo chociaż wyrwie się z tego transu, w którym była. Tylko zamiast przyciągnąć ją do siebie, sprawiłam, że wciągnęło mnie tam, gdzie była ona... no, mniej-więcej tam.
Gdy się wyprostował, by lepiej ją widzieć, ona też mogła się mu przyjrzeć. Z jakiegoś powodu czuła, że jego obecny stan jest jej winą, że wynika z jej kilkudniowej utraty przytomności. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek wyglądał tak źle. Nawet po wybuchu w kanałach miał jedynie pojedyncze nacięcia, za które odpowiedzialne były kamienne odłamki. Teraz... ktoś musiał długo się nad nim znęcać, żeby doprowadzić do czegoś takiego. Bolało ją serce, kiedy na niego patrzyła. Była przekonana, że gdy się obudzi, Kamelio będzie wycieńczony po walce z obcą, mroczną magią, jaka usiłowała przejąć kontrolę nad Shaoli, ale kilkanaście godzin snu doprowadzi go do porządku. Myliła się. Uniosła dłoń do twarzy elfa i delikatnie przesunęła kciukiem po jego skroni i policzku, z czułością, jakiej nie musiała się już przy nim wstydzić i przed którą przestała się powstrzymywać.
- Nie potrafię sobie wyobrazić, co musiałeś tu przeżywać. Nigdy nie zrobiłabym ci tego świadomie. Nigdy nie doprowadziłabym do tego specjalnie - obiecała cicho, zanim przytuliła się do niego z powrotem. Czuła, jak serce łomocze w jego klatce piersiowej; chciała poczuć, jak choć trochę zwalnia. - Ale jestem już z powrotem, nic mi nie jest, słyszysz? Nic mi nie jest.
Jeśli sprowadzono tu specjalistów, do jakich Kamelio dotąd nie miał dostępu, chyba musiało to oznaczać, że były to działania jej rodziny. Bo kto inny nagle mógł znaleźć i opłacić nowych znachorów? Ci, którzy pracowali w Domu Śnienia, z pewnością już wykorzystali wszelkie możliwości, by sprowadzić z powrotem Shaoli, zaśnięcie Libeth niczego by nie zmieniło. Czy w takim razie faktycznie za stan Kamelio odpowiadali jej bliscy? Obwiniali go i próbowali wyciągnąć konsekwencje we własny sposób? Nie byli tacy, ani ojciec, ani Wilfrid, prawda? Może więc w takim razie La'Rosh? Nie, on pewnie by się w to nie wplątywał. Wtulona w elfa, dochodziła tylko do wniosku, że własnoręcznie zamorduje tego, kto zrobił mu coś takiego. Wystarczająco cierpiał przez ostatnie dni, nie trzeba było mu dokładać.
Ale to był temat do poruszenia później. Gdy już dowie się, czy jej pakt z istotą spoza tej rzeczywistości został z jej strony dotrzymany. Kiedy Kamelio wstał, ona obróciła się, by spojrzeć na śpiącą obok Shaoli. Nie podniosła się, nie odezwała ani słowem, choć Paria to już zrobiła. Czy to znaczyło, że się nie udało? Że to była prawda, dziewczyna zbyt wiele dni spędziła już poza własnym ciałem, żeby wrócić, a kontrakt został przez Libeth zawarty na darmo?
- Nie może tak być - zaprotestowała z pełnym przekonaniem, choć przecież nie miała na to żadnego wpływu. - Tam nie było czasu.
Podniosła się i obeszła łóżka, by znaleźć się z drugiej strony. Czuła słabość własnego ciała, zmęczonego dziesięciodniowym snem. Jeśli elfka się obudzi, czekało ją długie dochodzenie do siebie. Ale najpierw... najpierw musiała odzyskać przytomność. Paria usiadła na brzegu materaca dziewczyny i czując, jak ze stresu krew szumi jej w uszach, oparła dłoń o jej ramię.
- Shaoli? Jesteś tu? Wróciłyśmy razem - pochyliła się i delikatnie nią poruszyła. - Wróciłaś... miałaś wrócić ze mną. Obudź się. Twój brat na ciebie czeka.
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

265
POST BARDA
Oczy oraz i tak rozszerzone już źrenice elfa rozszerzyły się jeszcze mocniej, biorąc gwałtowny wdech.
- Libeth! - sapnął ze zgrozą. - Nie możesz-...! - przerwał, zanim zbyt ostre słowa krytyki zdołały wypłynąć na wierzch. Kręcąc głową i zamykając oczy, dał sobie moment do poukładania wszystkiego w głowie, zanim zdecydował się kontynuować, zmieniając jednak podejście do tematu. - Widziałaś ją? Czy wy... Czy spotkałaś ją? Libeth, dobrze wiem, że chciałaś pomóc. Dobrze wiem, że nie mam prawa cię za to krytykować, kiedy wplątanie cię w to od początku było moim zamiarem, ale zaklinam cię, nigdy więcej nie eksperymentuj w podobny sposób na własną rękę.
Nie tylko na nielicznych zajęciach z nadzorczynią Domu, ale przede wszystkim tych, jakie odbywali z Kamelio, mieli okazję kilkakrotnie zagłębić się w sprawy dotyczące nakreślania własnych limitów. Mężczyzna był stanowczy w kwestii ograniczeń, przytaczając wiele przykładów testowania ich ponad rozsądek. Sam w swojej młodzieńczej opieszałości popełnił niejeden błąd, który mógł skończyć się tragicznie nie tylko dla niego, gdyby nie gotowy zdzielić go na czas po łbie mentor. Nie wszyscy jednak adepci mieli podobne szczęście. Ba! Niejednokrotnie to właśnie ci wielcy, wykształceni i mający za sobą lata doświadczenia magowie popełniali najbardziej podstawowe błędy, zbytnio przekonani o swoich możliwościach. Arogancja w połączeniu z potęgą magii była sprawdzonym przepisem na wiele katastrof.
Kamelio nie wzdrygnął się pod dotykiem, choć z całą pewnością twarz wciąż musiała pobolewać w co najmniej kilku miejscach.
- Wiem - przyznał cicho i tym razem sam również objął ją z większym wyczuciem niż uprzednio. - Wiem o tym i czasami naprawdę zastanawiam się, któremu bogowi zupełnie nieświadomie wyświadczyłem na tyle wielką przysługę, żeby postawił mi cię na drodze. Jak "ślepej kurze ziarno", co?
Libeth mogła niemal poczuć cień uśmiechu, gdy przytknął usta do jej skroni. Jego serce wciąż biło intensywniej, niż powinno, ale przynajmniej już nie tak samo ekstremalnie, jak kilka chwil temu.
Atmosfera ponownie zaczęła gęstnieć wraz z powrotem do stanu leżącej w sąsiednim łóżku elfki. Dziewczyna leżała na boku, z jednym policzkiem wtulonym w poduszkę. Pomijając niezmącony spokój na jej drobnej twarzyczce, wydawała się nieco zbyt blada, jak na posiadaczkę tylko trochę jaśniejszej karnacji od jej brata. Oddychała powoli, acz miarowo i niestety, był to jedyny znak na to, że wciąż jeszcze żyła.
Zaciskający mocno usta Kamelio niczego nie skomentował. Przestąpił raz i drugi z nogi na nogę, by ostatecznie skierować się do niewielkie stolika, na którym stały trzy pucharki oraz dzbanek.
- ...powinnaś się napić - usłyszała jeszcze, jak wyrzuca z siebie, lecz dokładnie w tym samym czasie, gdzieś na skraju świadomości, coś innego odwracało jej uwagę. Szept, którego nie do końca mogła wychwycić oraz uczucie nienaturalnego, wytrącającego z równowagi ciepła wokół własnej szyi.

Usta Shaoli uchyliły się minimalnie i Libeth była prawie pewna, że dziewczyna nimi poruszyła, zanim jej drobne ciało zamarło w totalnym bezruchu. Sekundę lub dwie później, którym towarzyszyło uczucie mrożącej krew w żyłach zgrozy, poruszyła nim potężna konwulsja i tym razem blade usta otworzyły się w pełni, by chwycić w nie haust powietrza. Niczym wynurzający się z wody tonący.
Gdzieś w tle, pomiędzy histerycznymi spazmami kaszlu, zabrzęczały upuszczone na ziemię naczynia.

Dom Śnienia Kamelii

266
POST POSTACI
Paria
- Nie będę. Uwierz mi, nie będę. Mam swoją nauczkę. Przepraszam, Kamelio. Nie bądź na mnie zły.
Działania Parii nie wynikały z arogancji, a z chęci pomocy. Nie miała jeszcze magii na tyle poukładanej w głowie, by zdawać sobie sprawę z tego, że czasem lepiej było nie próbować za wszelką cenę. Że nie każde rozpaczliwe sięgnięcie po wszystkie dostępne środki, w tym przypadku było dobrą decyzją. Ale może... może ostatecznie wyjdą na tym dobrze. Może Kamelio wybaczy jej nieostrożność, jeśli jej konsekwencją będzie to, na co czekał już tyle lat.
Pochylona nad Shaoli i czekająca na reakcję Libeth początkowo zastygła w przerażeniu, gdy zorientowała się, że to wszystko mogło być tylko snem. Że to wszystko mogło być jedynie wytworem jej wyobraźni, nie mającym żadnego wpływu na rzeczywistość. Że nie wirowała bez ciała wśród kryształów, że jej głos nie był srebrną smugą światła, że nie rozmawiała potem z istotą z innego wymiaru i nie godziła się na żaden kontrakt. Jeśli wymyśliła sobie to wszystko we własnej głowie, a teraz naobiecywała Kamelio, że za moment będzie mieć dla niego najlepsze wieści, jakie kiedykolwiek usłyszał, to chyba zapadnie się pod ziemię.
Powinnam się napić.
- Zaraz - sapnęła, nie do końca przytomnie.
Potem przyszła myśl, że została oszukana. Bo jak miała wyegzekwować od czegoś tak potężnego, by wypełniło swoją część umowy? Była tylko człowiekiem. Nawet jej magia do niczego sensownego się jeszcze, jak widać, nie nadawała. Sądziła, że gdyby przyszło jej rzucić w Rdzę zaklęciem, ta zaśmiałaby się jej tylko w twarz... o ile potrafiła się śmiać. Lisy się nie śmiały. Swoją drogą, gdzie ona teraz była? Nie potrafiła zdecydować, czy woli jej nie widzieć, nie słyszeć i nie czuć, czy jednak wręcz przeciwnie. Wcześniej czy później będą musiały porozmawiać jeszcze raz, już w spokojniejszych okolicznościach, o ile będą one im dane.
Wtedy wreszcie poczuła. Nie była sama. Otulające jej kark ciepło o dziwo sprawiło, że wzdłuż jej kręgosłupa przeszły ciarki, choć równie dobrze mogła to być reakcja na niezrozumiały szept.
- Jesteś - odpowiedziała równie cicho, chwilowo nie zastanawiając się, czy Kamelio ją słyszy, czy nie.
Gdy dziewczyna nagle przestała oddychać, Libeth zrobiła to samo, czując, jak ogarnia ją panika. Czy ona właśnie zabiła Shaoli? Z marnej nadziei powrotu do przytomności, zmieniła te nadzieje na całkowicie nieistniejące? Zacisnęła dłoń mocniej na szczupłym ramieniu i potrząsnęła nim już nie tak ostrożnie, jak przedtem. Była gotowa pochylić się nad nią, by wtłoczyć jej w płuca powietrze z własnych ust, ale wtedy wreszcie wydarzyło się to, na co w takiej niepewności czekała.

W chwili, w której Shaoli się rozkasłała, Libeth podskoczyła w miejscu, ale i tak zareagowała szybciej i sensowniej, niż Kamelio, bo w przeciwieństwie do niego jednak spodziewała się, że coś się wydarzy. Nie wiedziała do końca co - może liczyła na niewyraźne słowa, na powoli podnoszące się powieki, z całą pewnością nie na coś tak nagłego. Pochyliła się i złapała dziewczynę tak, by podnieść ją do pozycji półsiedzącej, zakładając, że w takiej będzie miała większą swobodę oddechu... no i z takiej szybciej zobaczy swojego brata, który teraz toczył walkę między tym, co podpowiadał mu rozsądek, a tym, co widział na własne oczy.
- Dziękuję - szepnęła do Rdzy, zanim zwróciła się do Shaoli. - Już dobrze. Już... spokojnie, Shaoli. Oddychaj.
Odkąd ją znała, czyli zaledwie kilka miesięcy, elfka była pogrążona w swoim śnie. Libeth nie miała o niej żadnego pojęcia. Nie wiedziała jaka jest, o czym marzy, jaki ma głos, o czym powinna do niej mówić. To wszystko wiedział jej brat, ale ten przecież przyzwyczajony już był do faktu, że po siostrze została mu już właściwie pusta skorupa, pozbawiona duszy. Był pogodzony z tym, co przez ostatnie lata było jego rzeczywistością. Z diagnozami specjalistów. Nawet teraz, choć Paria mówiła mu, że sprowadziła ją z powrotem, nie słuchał jej, wolał ignorować temat, niż dać sobie złudną nadzieję. Uniosła na niego spojrzenie swoich wielkich, szeroko otwartych oczu, w gruncie rzeczy tak samo zdezorientowana, jak i on.
- Kamelio! - zawołała go. Nie miała pojęcia co dalej, ale jednego była pewna: to nie Libeth powinna teraz do niej mówić, to nie Libeth powinna pomóc jej z powrotem do ciała i do świata, jaki opuściła zbyt dawno.
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

267
POST BARDA
Ciepło, jak szybko się pojawiło, tak szybko i zniknęło wraz ze stojącą za nią obecnością, pozostawiając po sobie jedynie mgliste wspomnienie. To oraz potwornie rozkaszlaną, walczącą o oddech elkę.
Drobne, wychudzone już nieco na tym etapie dłonie, na ślepo chwyciły za materiał koszuli, w którą przyodziana była pochylająca się nad nią Libeth. Wczepiły się w nią desperacko, a jednocześnie ze zbyt małą siłą, żeby móc zagrozić rozdarciem choćby pojedynczego szwu.
Niezależnie od szoku, w jaki z całą pewnością musiało wpędzić go całe zdarzenie, Kamelio szybko znalazł się po drugiej stronie łóżka. Jego oszołomienie i niedowierzanie było jeszcze wyraźniejsze niż wtedy, gdy to jej udało się przebudzić jako pierwszej. Tym razem jednak były dużo bardziej przemieszane z paniką, jaką wywoływał u niego kaszel oraz nazmienne kulenie się, oraz wyprężanie ciała Shaoli przy mocniejszych spazmach. Nie objął jej. Zamiast tego, ułożył dłoń na jej plecach, masując lekkimi, okrężnymi, mającymi ukoić ruchami. Jego oczy przeskakiwały od twarzy Libeth do powoli coraz mniej duszącej się, będącej w stanie łapać coraz głębsze wdechy dziewczyny.
Spoiler:
Zanim wszystko na nowo się uspokoiło, policzki wymęczonej elfki zdołały już nabrać ostrych rumieńców, które w innych okolicznościach miałyby prawo niepokoić. Rozluźnione ponownie palce wypuściły pochwycony wcześniej materiał z uścisku, pozwalając dłoniom opaść bezładnie po obu stronach jej szczupłego, wciąż częściowo skrępowanego przez pościel ciałka.
- Sha-o? Shaoli? - szepnął drżącym głosem Kamelio, pozwalając siostrze w całości oprzeć swój ciężar na dłoni, która teraz już tylko stabilizowała jej siedzącą postawę. Wyglądał, jakby mógł się w każdej chwili rozpłakać, co nie powinno dziwić nikogo, kto znał skomplikowaną sytuację rodzeństwa.
W odpowiedzi, Shaoli mogła niestety wydać z siebie jedynie słaby jęk, wreszcie za to unosząc ciężkie powieki, by półprzytomnie potoczyć wzrokiem po pomieszczeniu. Jej oczy nie były tak samo miodowe, jak oczy jej brata. Wyraźnie dało się w nich dostrzec odcień jasnej zieleni.
Jak się okazało, Kamelio przez cały ten czas wciąż ściskał w drugiej dłoni dzbanek, którego w przeciwieństwie do pucharków udało mu się nie powywracać i nie pozrzucać ze stołu. Korzystając z tej nieoczekiwanej sposobności, wsunął się bardziej na łóżko i usiadł częściowo za plecami siostry, aby nadal wspierając, użyć obu dłoni do uniesienia naczynia. Przykładając jego dzióbek do uchylonych ust, zaczął ostrożnie raczyć ją mlekiem, które przyjmowała powoli i bez sprzeciwów coraz chciwiej z każdą sekundą.
Po kilku porządniejszych łykach, elfka wreszcie wydawała się dostatecznie świadoma, by móc z większą klarownością przyjrzeć się zarówno Libeth, jak i Kamelio.
- Gdz-...e? - zaczęła wciąż ochryple. - Gdzi-e... Jestem? - wydukała niepewnie. - Kim...?
- Jesteśmy w Domu Kamelii - odpowiedział szybko Kamelio, zapewne zamierzając zawczasu uspokoić dziewczynę. - Jesteś w domu. Jesteś z powrotem z nami - kontynuował z coraz większą pewnością, rosnącą w głosie ekscytacją i powoli wypełniającym jego usta uśmiechem niewypowiedzianej ulgi. - Nic ci już nie grozi Shaoli, rozumiesz? Wszystko jest już dobrze.
- Shao-li? - powtórzyła z dziwną nutą, marszcząc brwi.
- Tak? - zachęcił ją Kamelio.
- Kim... - urwała, z większym skupieniem przyglądając się najpierw swojemu bratu, a następnie Parii - Kim... jes...t. Shaoli? Kim ja...? Kim wy...? Kim... jesteście?

Dom Śnienia Kamelii

268
POST POSTACI
Paria
Paria nie wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać, Paria po prostu to zrobiła. Twarz Kamelio i powoli przebudzająca się twarz Shaoli rozmyły się przez łzy ulgi, które wypełniły oczy bardki i spłynęły po jej policzkach. Udało się! Nigdy nie przypuszczała, że nadzieje, jakie elf pokładał w jej umiejętnościach, gdy ją poznał, faktycznie się spełnią. Nie mógł on wiedzieć, że to nie jej zdolności przywróciły jego siostrę do życia. Nie mógł wiedzieć, co oddała w zamian za te rozpaczliwe oddechy, jakie w płuca wciągała teraz Shaoli. Zresztą, to nie było wcale tak wiele. To było tego warte. Odsunęła się odrobinę, dając im przestrzeń, jakiej z pewnością potrzebowali i przetarła twarz dłońmi, ścierając łzy. Kamelio musiał być przekonany, że Libeth zrobiła to sama - w jakiś sposób odnalazła duszę dziewczyny w zaświatach i sprowadziła ją z powrotem do ciała. A ona przecież nie zrobiła praktycznie nic, poza zgodzeniem się na warunki istoty, która uczyniła to za nią.
Nie odzywała się, nie chcąc przeszkadzać. Przebudzenie Parii było dla elfa wielkim wydarzeniem po tych dziesięciu dniach, gdzie żaden ze sprowadzonych specjalistów nie mógł w żadnym stopniu pomóc. Jak ogromne było więc to, co działo się teraz? Jak szokujące, obezwładniające emocjonalnie było trzymanie w rękach i rozmawianie z kimś, czyjego głosu nie spodziewało się usłyszeć nigdy więcej? Wpatrywała się w rodzeństwo w milczeniu, czując się jednocześnie niesamowicie szczęśliwa, gdy patrzyła na uśmiech, rozjaśniający tak zmartwione dotąd oczy bliskiego jej elfa, ale też... czuła się oszustką. Próbowała się przekonać, że niesłusznie, że środki, jakie podjęła nie miały tu żadnego znaczenia, Kamelio ufał w to, że sprowadzi jego siostrę z powrotem i to też przecież zrobiła! Nigdy nie musiał dowiedzieć się, jak to zrobiła.
Jej rozmyślania przerwały pytania, jakie z trudem wyrzuciła z siebie Shaoli. Duże oczy Parii stały się jeszcze większe, gdy przeniosła przestraszone spojrzenie na Kamelio. Nie, tak to nie miało wyglądać! Nie takie miały być pierwsze słowa młodej elfki! Chwilę potrwało, zanim w jej głowie pojawiła się myśl, że przecież nikt nie ma prawa być na nią o to zły. To nie była wina Libeth. Nie miała na to żadnego wpływu. Minęło już zbyt wiele czasu, już samo przebudzenie było cudem. Od istoty w zaświatach usłyszała, że zbyt wątła nić łączy już duszę Shaoli z jej ciałem, by wróciła do niego sama, nic dziwnego więc, że wiązało się to też z pewnymi... zmianami.
- Trzeba... trzeba dać jej czas - powiedziała cicho. - Przepraszam, ja... chciałam... nie wiedziałam...
Jak rzadko kiedy, brakowało jej słów. Czy Kamelio nie zasługiwał chociaż raz na jedną chwilę radości, niezmąconą kolejnym problemem? Chociaż ten jeden, jedyny raz? Przeskakiwała spojrzeniem z niego na jego siostrę i z powrotem, nie wiedząc, co robić.
- Wszystko się jej przypomni - obiecała niepewnie, choć żadne z nich nie miało prawa tego wiedzieć. - Shaoli to twoje imię - zwróciła się do dziewczyny. - Jesteś jego siostrą. To jest twój brat, uhh...
Nie dokończyła, nie wiedząc w sumie, którym imieniem elf chciał być nazywany.
- To jest twój brat. Ja jestem Libeth. Spałaś bardzo długo, Shaoli. Bardzo, bardzo długo - wyciągnęła rękę i ostrożnie oparła ją o kolano elfki. - Jesteś w bezpiecznym miejscu, jesteś w domu. Nic nie pamiętasz?
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

269
POST BARDA
Podobnie, jak i Libeth, Kamelio instynktownie podniósł na nią spojrzenie, choć w jego wypadku było ono raczej pytające aniżeli przeszyte strachem. Uśmiech na jego twarzy zastygł, podobnie jak i dłoń na plecach Shao, gdy tylko zrozumiał, że coś jest bardziej nie tak, niż być powinno. Pauza ta nie trwała jednak długo, i choć dostrzec można było u niego znajomy tik w kącikach ust, nie pozwolił sobie na żadną więcej zmianę.
- W porządku - wtrącił się, nie tracąc nie tylko uśmiechu, ale i delikatności, jakiej nabrały jego rysy, gdy Shaoli z rosnącą dezorientacją zaczęła kręcić się w swojej pozycji na łóżku. - Wszystko jest w porządku - powtórzył z większą dozą entuzjazmu, przesuwając dłoń z pleców na głowę drobnej elfki, która pod wpływem gestu nieco się uspokoiła. - Nie spiesz się. Masz prawo do dezorientacji. Jesteśmy tu, żeby ci pomóc, więc pytaj, o co tylko chcesz i niczym się nie przejmuj.
Shaoli zmarszczyła brwi, nie wzdrygając się, ani nie próbując unikać dotyku ze strony żadnego z dwójki. Wyglądała jednak, jakby mocno zastanawiała się nad wyjaśnieniem sprezentowanym jej przez Libeth.
- Shaoli - powtórzyła wyraźniej, przykładając dłoń do swojej klatki piersiowej. - Shaoli. Li-... beth. Li-beth - dodała tym razem imię bardki, przyglądając się przez chwilę jej dłoni, którą w następnej kolejności z niemal dziecinną ciekawością musnęła własnymi palcami. Jej ręce były chłodne. - Pamiętam... Głos. Głosy. Melodię. Ciepło i zimno. Kogoś, kto kazał mi zostać i... Słuchać. I powtarzać? - urwała, przekręcając tym razem głowę tak, aby móc lepiej widzieć twarz Kamelio. - Jesteśmy... rodzeństwem? Nie pamiętam cię... Masz dziw-... dziwną twarz... - zmarszczyła nos z lekkim przekąsem. Trudno powiedzieć, czy mówiła o sińcach, czy bliźnie. - Dlaczego spałam? Dlaczego... Nie pamiętam?
To były trudne pytania. Pytania, na które wcale nie tak łatwo było odpowiedzieć, kiedy wiadomym było, że wszystko dookoła było dla niej potencjalnie obce. Przynajmniej na razie. Próba wyjaśnienia zbyt wielu kłopotliwych kwestii na raz, mogła skończyć się zalążkiem obawy, a może nawet i nieufności.
- Możesz mi mówić Kamelio. Nazywają mnie Kamelio - zdecydował się ostatecznie przedstawić pod imieniem nadanym mu przez Dom Śnienia, aniżeli rodzonym. - Przepraszam, jeśli moja twarz nie wygląda zbyt ładnie. Miałem mały wypadek i, jak widzisz, ty również go miałaś. To dlatego zasnęłaś i, tak jak mówi Libeth, spałaś przez bardzo długi czas. Postaraj się o tym na razie zbyt wiele nie myśleć. Powinnaś przede wszystkim odpoczywać i korzystać ze wszystkich dostępnych wygód. Obie powinnyście - tu spojrzał z wyrozumiałym uśmiechem na Parię, zapewne z zamiarem uspokojenia i jej, łatwiejszych do wyłapania nerwów, zanim ponownie przesunął się na kraj łóżka, a następnie podniósł do pionu. Jego ruchy były raz jeszcze sztywniejsze, niż być powinny.
- Spróbujcie nie zasnąć po raz drugi. Pójdę po coś lekkiego do zjedzenia. Żadnych wygłupów, tak? Żadnych bitw na poduszki ani budowania fortów z pościeli. Mamy środek nocy - przestrzegł, palcem w sposób oskarżycielski wskazując najpierw oszołomioną, ale zaraz rozbawioną jego zachowaniem Shaoli, której nawet udało się ochryple zachichotać, gdy sprężystym krokiem ruszył do drzwi.
Nie minęło wiele czasu, gdy kobiety zostały same w pokoju. Paria była niemal pewna, że mężczyzna na swój własny sposób usiłował dać sobie czas, by odetchnąć i uspokoić myśli, których nie chciał obnażać przed ich dwójką.
- Jesteśmy podobni? Czy moja twarz też tak wygląda? - zapytała ni z tego ni z owego zmartwiona elfka, dotykając swoich policzków.

Dom Śnienia Kamelii

270
POST POSTACI
Paria
Bardzo chciała wierzyć w ten uśmiech, w jakim rozciągnięte były usta Kamelio, ale doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nawet wobec niej, gdy byli sam na sam, nie zawsze pozwalał sobie na pełną otwartość i mówienie o swoich emocjach. Teraz, gdy dodatkowo musiał ukrywać je przed Shaoli, by jej w żaden sposób nie przestraszyć ani nie zniechęcić, wątpiła, by pozwolił choćby jednej, nawet tej najsłabszej przebić się przez przybraną maskę. Czy był na nią zły? Rozczarowany? Przestraszony? Dopóki nie będzie mogła pomówić z nim o tym w cztery oczy, raczej się nie dowie, a i wtedy będzie to wątpliwe.
Jej imię, powtórzone przez dziewczynę, razem z chłodnym dotykiem, przywróciły uwagę Parii do tego, co działo się wokół niej. Uśmiechnęła się do niej ciepło, również starając się, by Shaoli nie odczuła od niej niczego negatywnego.
- Mogłaś słyszeć mój głos - odparła. - Śpiewałam ci czasem, albo grałam na lutni.
Dobrze, że w pokoju panował półmrok, bo Libeth zbladła, gdy padł komentarz dotyczący twarzy elfa. No tak, nie prezentował się on obecnie zbyt elegancko. Gdyby się nie znali, bardka zapewne nie czułaby się zbyt pewnie w jego towarzystwie. Czy przestraszył siostrę? To w tej chwili miało dla Parii drugorzędne znaczenie - ważniejsze było to, jak długo pracowała nad tym, żeby Kamelio nie wstydził się przy niej swojej blizny i nie chciał przy każdej możliwej okazji zakładać maski. Mimo to nie wtrącała się w ich rozmowę, przynajmniej początkowo, dopóki nie okazało się, że ma zostać z Shaoli sama. Zanim mężczyzna wyszedł, wyciągnęła do niego rękę i na krótką, trwającą może jeden oddech chwilę złapała go za dłoń, w geście mającym dać mu do zrozumienia, że ma w niej wsparcie, że ma się nie martwić, że wszystko będzie dobrze... nawet jeśli nie miała pojęcia, czy w rzeczywistości będzie.
- Będziemy grzeczne - obiecała i odprowadziła go spojrzeniem, przez kilka sekund wpatrując się jeszcze w zamykające się za nim drzwi.
Dotarło do niej, że twarz jest w tym momencie jego najmniejszym zmartwieniem. Jeśli Shaoli niczego nie pamiętała, nie wiedziała też nic o jego wstydliwej przeszłości. Nie wiedziała skąd się wzięli, skąd uciekli, gdzie trafili i co Steczko robił, żeby zapewnić jej dobre życie. Jeśli się dowie - a właściwie kiedy się dowie, może nie zareagować tak dobrze, jak zareagowała pijana Paria kilka miesięcy temu. Zresztą wątpiła, by elf w ogóle chciał przywracać jej te bolesne wspomnienia, skoro mogła żyć bez nich. Pozostawało mieć nadzieję, że faktycznie wszystko wcześniej czy później przypomni sobie sama.
Odwróciła się z powrotem do Shaoli, gdy ta się odezwała. Sięgnęła do jej włosów i odgarnęła jej je z twarzy, zakładając za spiczaste uszy. Zupełnie przy tym zapomniała, że ona sama najprawdopodobniej wygląda jak totalny wypłosz.
- Oboje jesteście elfami, więc macie takie same uszy i chyba... chyba podobny nos - odparła, wciąż uśmiechając się lekko. - I wasze włosy mają ten sam kolor. Kamelio... nie wygląda tak normalnie. Tak jak mówił, miał mały wypadek, ma... ma siniaki na twarzy. Niedługo zejdą. Normalnie jest bardzo przystojny, tak jak ty jesteś bardzo ładna. Ten wypadek, który miałaś ty, był trochę inny. Był... związany z magią, więc nie masz po nim żadnych śladów. Chcesz się jeszcze napić?
Przeniosła wzrok na dzbanek. Czuła suchość w ustach i chyba powinna nalać też coś sobie, ale była zbyt zestresowana, by się tym zająć.
- Nie jest ci zimno? - spytała jeszcze, przypominając sobie, jak chłodne Shaoli miała dłonie.
Obrazek

Wróć do „Stolica”