Dżungla Tuk'kok

481
POST BARDA
Obudziłeś się, elfie.
Znajomy głos Autha przesycony był nietypową, obcą emocją. Prawie jakby odczuwał ulgę na widok Shirana - bo też widok ten ukazał mu się, kiedy Neela poderwała się i podbiegła do okna, by szeroko otworzyć drewniane okiennice. Kruk natychmiast zasiadł na parapecie, strosząc pióra, nie zwracając uwagi na białowłosą, która obok niego wychylała się właśnie na zewnątrz, by zorientować się, jak wygląda okolica. Niestety, okno ich pokoju wychodziło na zieloną gęstwinę, która niczym nie różniła się od dżungli, do jakiej zdążyli się już przyzwyczaić.
Ptak odbił się od parapetu i nieporadnie wleciał do pokoju, starając się nie rozbijać się o nic. Tutaj, we wnętrzu o dość ograniczonej przestrzeni, wydawał się wyjątkowo duży. Początkowo wyglądał, jakby chciał usiąść półelfowi na ramieniu, ale wykazał się zaskakującą empatią i zacisnął szpony na drewnianej ramie łóżka, zamiast na jego nagiej skórze. Przyglądał mu się uważnie, jakby szukał jakichś nieprawidłowości - a przecież mógł się ich spodziewać, kilkumiesięczna drzemka nie mogła pozostać bez konsekwencji.
Zostawiłeś mnie. Myślałem, że to już koniec. Kilka nocy temu zacząłeś wracać.
Załopotał skrzydłami.
Jesteś tak samo brzydki, jak zawsze.
Nellrien, siedząca na brzegu swojego łóżka, parsknęła rozpaczliwym śmiechem, podnosząc twarz, którą ukrywała w dłoniach i przenosząc spojrzenie na Autha.
- Świetnie. Jeszcze rozumiem twojego kruka - jęknęła. - Jak podczas zaćmienia. To nie jest dobry znak.
Faktycznie, słowa ptaka dotarły do wszystkich, nie w formie niezrozumiałego krakania, a jako sensowne wypowiedzi. Zwierzę zamarło, zaskoczone, wpatrując się w kapitan, a potem przenosząc wzrok na Aremani. Czemu na nią? Kto wie, może darzył ją większą sympatią, niż resztę. Wszak zdarzało się jej go dokarmiać w chwilach swojej dobroci dla zwierząt.
Niestety, nikt nie przyniósł zielarce wody. Musiało wystarczyć jej pocieszające klepnięcie w ramię od barda. Prawdopodobnie kubek podałaby jej Neela, gdyby sama nie panikowała teraz, najpierw przy oknie, a potem wśród swoich rzeczy. Uklękła przy plecaku i nerwowo wyciągała z niego zawartość, jakby chciała czym prędzej dogrzebać się do samego dna. Kolejne falbaniaste koszule lądowały na podłodze, zalewając pokój dywanem z jedwabiu i żakardu, dopóki dziewczyna nie znalazła tego, czego tak rozpaczliwie szukała - co to jednak było, pozostało dla nich niewiadomą, bo nie opróżniła plecaka do końca.
- Czyli nie przeszło nam to, co nałożyły na nas driady - skomentowała cicho, gdy już się względnie uspokoiła, choć głos wciąż jej drżał. - Przez ponad pół roku. Zawsze już będę mieć... rogi.
Zaczęła niedbale pakować swoje rzeczy z powrotem tam, skąd je wyciągnęła, poza jednym zestawem ubrań, jaki najwyraźniej zamierzała na siebie teraz założyć. Cokolwiek czekało na nich za drzwiami, nie mogła wyjść na powitanie tego w koszuli nocnej, jak leśna zjawa. Był tylko jeden problem - w przeciwieństwie do Nellrien czuła opory przed przebieraniem się przy wszystkich. Zgarnęła więc nowe rzeczy i podeszła do zielarki, by usiąść obok niej i pocieszająco poklepać ją po kolanie.
- Ja myślę, że jednak dziewiętnaście - powiedziała po chwili. - To nic takiego. Tylko upływ czasu. Po tym, na co natrafiliśmy w dżungli, nie wydaje się taki straszny. Przynajmniej nie zostawili nas w tej jaskini, zobacz.
Próbowała pocieszyć, choć sama ledwo się trzymała. Była blada, bardziej, niż zwykle, a w połączeniu z jej białymi włosami i oczami wydawała się zwyczajnie chora. Nie narzekała na samopoczucie, ale czy kiedykolwiek słyszeli, żeby narzekała, poza chwilą, w której zorientowała się, że zdriadziała?
Zawołana przez Shirana Nellrien podniosła na niego wzrok, a potem pokręciła przecząco głową. Chyba nie zamierzała nigdzie z nim w tej chwili iść. W przeciwieństwie do obu mężczyzn, podzielała szok Aremani, związany z czasem, jaki upłynął. W jej przypadku to nie było tak proste, jak u nich wszystkich - ot, mieli gdzieś jakieś rodziny, bliskich, ale wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że wybierają się na ekspedycję i mogą wrócić po wielu miesiącach, o ile w ogóle. Nellrien była kapitanem statku, który w tej ekspedycji uczestniczył. Miała swoich ludzi, swoje zobowiązania. Swój podpisany kontrakt. Co się stało z tym wszystkim? Starała się zachowywać zimną krew, ale wystarczyło na nią spojrzeć, by zorientować się, jak bardzo obawia się wyjścia z kliniki i zobaczenia, jak teraz wygląda jej życie, zwłaszcza, że coś - choć nie wiadomo jeszcze co - stało się ze statkiem. Ich życia nie zmieniły się przez ten czas wcale; jej zostało obrócone do góry nogami.
- Tak - powiedziała nieprzytomnie. - Muszę się napić. To jedyne, czego jestem pewna. Ale zaraz - podkreśliła, gestem zachęcając Shirana, by jeszcze nigdzie stąd nie szedł. - Poczekajmy tu na... kogoś. Na Hastrona. Jeszcze chwilę.
Niezależnie od tego, czy półelf postanowił opuścić ich towarzystwo, czy też nie, po drodze spotkał tę samą młodą kobietę, która wpadła do ich pokoju wcześniej. Była zdyszana, jej policzki zaczerwienione, a włosy rozwiane. Musiała biegiem pędzić w tę i z powrotem.
- Pan... Hastron już... już do was idzie - powiedziała, z trudem łapiąc oddech. - Czy potrzebujecie czegoś? Jesteście... jesteście głodni? Jak się pan czuje? - bezceremonialnie wyciągnęła rękę w górę, by oprzeć dłoń o czoło Shirana. - Tak bardzo mi przykro. To nie miało tak wyglądać. Myśleliśmy, że zaglądamy do was wystarczająco często. Nikt nie spodziewał się, że...
- Przestań ględzić, dziewko - z końca korytarza zagrzmiał znajomy głos krasnoluda.
Hastron nie biegł tak, jak ona, ale widać było, że się spieszy. Ubrany w swój roboczy strój, wycierał dłonie w jakąś szmatkę, musieli więc obudzić się w środku jego dnia pracy. Gdy dotarł do półelfa, poklepał go po plecach i popchnął z powrotem do pokoju. Jego brwi zmarszczone były w nietypowym dla niego zaniepokojeniu - zwykle chodził i krzyczał na ludzi, nie przejmując się niczym; kto miał umrzeć, ten umierał, a kto miał żyć, tego w miarę możliwości ratowali. Tutaj sytuacja była nieco bardziej skomplikowana.
- Nie powinienem był zostawiać notatek u was - mruknął medyk pod nosem, zabierając kartki z ich rąk i składając je z powrotem w stertę, którą związał rzemieniem. - Kto by pomyślał, że się podniesiecie i zabierzecie za lekturę na dzień dobry. Pacjenci po śpiączkach nie przeciągają się i nie wstają, gotowi do działania, ale najwyraźniej wam tego nikt, kurwa, nie powiedział. No trudno. Co się stało, to się nie odstanie.
Przeniósł wzrok na Neelę, ściskającą w dłoniach zwitek ubrań.
- Widzę, że znaleźliście swoje rzeczy. Namioty trzeba było zwinąć - wyjaśnił, podchodząc do dziewczyny, by przyjrzeć się jej z bliska. W jego oczach znów błysnęło zmartwienie. - Zanim zasypiecie mnie tysiącem pytań, a Alse wyprowadzi was na zewnątrz, proszę mi powiedzieć jak się czujecie. Widzę, że chyba jakimś cudem nie najgorzej, ale przygotuję wam jeszcze zioła.

Spoiler:
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

482
POST POSTACI
Shiran
Auth! Nie sądziłem, że głos tego skurkowańca sprawi mi aż taką radość. Czekał na mnie - rzecz niesłychana, szczególnie że przez te osiem miesięcy naprawdę nie dawałem żadnego znaku życia. No może poza tamtymi uderzeniami serca, a raczej jednym uderzeniem na minutę - z tego co pisał tamten gość od notatniczka.
Kruk wleciał do pokoju i chyba chciał mi zasiąść na ramieniu., ale coś go powstrzymało. A szkoda, bo wytarmosiłbym go za ten dziób. Przekrzywił łeb i zarzucił mi porzucenie... Co za dziad.
- Taaa... Zostawiłem. Myślisz, że sam się prosiłem o takie odcięcie? Poza tym jak to kilka nocy temu zacząłem wracać - Słowa kruka wydały mi się na tyle dziwne, że aż mnie zaintrygowały. Stwierdziłem, że pociągnę temat i spróbuję się dowiedzieć czegoś więcej. Może on wiedział coś więcej na temat tego co nam się stało. - Ty za to jak zawsze miły. Przyniósłbyś coś do jedzenia, albo chociaż opowiedział co tam u Ciebie - powiedziałem, uśmiechając się miło. Co więcej okazało się, że naszą konwersację słyszą też pozostali. Nellrien chyba nieco podłamana sytuacją, siedziała na skraju łóżka, śmiejąc się prawie jak histeryczka. Do tego panikująca Ara i przestraszona Neela. Póki co bard zachował jedynie spokój, jeśli tak można było nazwać jego reakcję.
Moja propozycja została zaś zignorowana. W sumie się nie dziwię, ale nieco zaskoczyła mnie tak mocna reakcja silnej i niezależnej pani kapitan. Minęło raptem osiem miesięcy. Naprawdę mogło być gorzej. Nellrien gestem poprosiła mnie bym został w pokoju. Niech jej będzie. Mówiłem jej wcześniej, że jesteśmy wierni. Wydaje mi się, że będzie potrzebować potwierdzenia tych słów w zbliżającym się czasie.

Obróciłem się więc na pięcie i zebrałem swoje rzeczy, zabierając w końcu swoją czarną, luźną, lnianą koszulę. Ubrałem się szybko, akurat w momencie, gdy do pokoju wpadła dziewczyna, która wcześniej uciekła z okrzykiem przerażenia. Rozejrzałem się po pokoju, szukając swojego miecza, by ubrać go razem z pasem.
- Ujdzie w praniu - powiedziałem bez większego entuzjazmu. - Niby się człek w końcu wyspał, ale wstał i od razu go wkurwili - Wzruszyłem ramionami, uśmiechając się rozbrajająco.
- To ten... Co nas ominęło? I lepiej uważaj co mówisz, bo mamy dwie iście płomienne panie, które mogą nie być zachwycone tym co usłyszą...

Dżungla Tuk'kok

483
POST POSTACI
Dandre
Bard uniósł lekko brew, gdy w jego umyśle pojawił się skrzekliwy głos kruczego towarzysza elfa. Dość rzec, że był co najmniej skonsternowany. Osiem miesięcy magicznej śpiączki, zabijanie ożywionych kup kamieni i przedziwne, magiczne kryształy, które w niepokojący sposób trafiały jakoś do jego czułej, bądź co bądź, duszy? To był w stanie jakoś przetrawić. Odmłodzenie o, jak mniemał, dekadę, przyjął bez mrugnięcia okiem, dziwując się jeno i rozpaczając z lekka nad zniknięciem swojej markowej bródki. Bo któż o zdrowych zmysłach narzekałby na dodatkowe kilka lat życia? Oczywiście, zakładając, że nie jest to jeno iluzyja jakowa, która pryśnie w chwili, gdy opuści obszar wyspy... Tym głowy sobie nie zaprzątał.
Z odpowiednią ilością alkoholu mógł też poradzić sobie ze spotkaniem legendarnych uosobień natury; małych, psotnych driad, którym bez ociągania wbili nóż w plecy, gdy tylko mieli okazję. Czuł, że to kolejna rzecz, która będzie go męczyła przez długi czas. Jednakże, na Bogów, gadające zwierzęta? Szanujmy się, należy stawiać pewne granice.


Zrezygnowany, machnął ręką, uprzejmą obojętnością witajac się z krukiem. Powolnym krokiem zbliżył się do Neeli, uważnie lustrując ją wzrokiem. Coś kłuło go w sercu, gdy widział jej nerwowe ruchy. Stanął o krok za nią, przez krótką chwilę w milczeniu obserwując kolejne lądujące na podłodze ubrania.
- Neel, nie przejmuj się tym. - rzekł, kucnąwszy obok niefortunnej gapowiczki - Te rogi są oznaką... twojego bohaterstwa. Siły ducha, która pozwoliła ci ruszyć w głąb dżungli i stawić czoła niespotykanym wcześniej niebezpieczeństwom. Może nie jesteś już tą samą Neelą, która przed paroma tygodniami... Huh, Bogowie, przed prawie rokiem, uciekła z domu... Może driady zgotowały ci bardzo namacalny symbol zmiany, która w tobie nastąpiła? Może trochę dziczejesz? - parsknął cicho, ubawiony i trącił ją lekko łokciem. Kto jak kto, ale to Neela wciąż pozostawała najdelikatniejszą i najniewinniejszą osobą w ich grupie, nawet jeśli dobrotliwą naiwność napewniej wydusiły z niej agresywne kwiaty.
- Wiem jednak, że wciąż jesteś tak samo dobra, piękna i wytrwała, nic się nie zmieniło. Różki dodają ci tylko uroku. - uśmiechnął się szeroko. Było mu jej żal, sam zapewne wariowałby na jej miejscu, chciał więc ulżyć jej trochę w tej nieprzyjemnej sytuacji. - Nie możemy też wykluczyć, że ta magia działa tylko na wyspie. Kto wie, może po powrocie na Archipelag wszystko wróci do normy? Na razie to wszystko jest jedną, wielką niewiadomą.


Został na podłodze, odprowadzając dziewczynę wzrokiem, gdy ta poszła usiąść koło Aremani i próbowała ją jakoś pocieszyć. Neela wciąż była blada i rozdygotana, ale miast skarżyć się na swój stan, wyklinać Bogów, czy dirady, które zgotowały jej taki los, ona starała się od razu pomóc komuś, kto również potrzebował kilku dobrych słów. Świat potrzebował więcej ludzi takich jak ona.
Bard oparł się o ścianę. Kapitan kazała czekać? Niech jej będzie, czasu mu nie brakowało. Przymknął oczy. Starał się wyciszyć, wsłuchać w siebie i może wyłuskać z zakamarków swojego umysłu choć kilka słów, które mogłyby stać się początkiem poematu.


Po krótkiej chwili do pokoju wpadł Hastron. Birian powitał go skinieniem głowy i postanowił podnieść się z podłogi, czemu towarzyszyło ciche stęknięcie.
- Wybacz, panie doktorze, śpiączki to nie moja specjalność. Zaś słowo pisane zawsze intryguje, szczególnie, gdy tyczy się ciebie samego. - zamilkł na chwilę, pozwalając odezwać się Shiranowi. Zadał dobre pytannie. Bard wzruszył tylko ramionami.
- Jest dobrze, czuję się jak po długim, wspaniałym śnie. Niemal jak nowo narodzony. Suchość w gardle sugeruje mi jednak, że dotkliwie odczuwam ośmiomiesięczny brak wódki. - zaśmiał się cicho. Ciekawe, czy palce nie zapomniały lutni? Dłoń miecza? Dobre samopoczucie to jeszcze nie znak, że kompletnie nic się nie stało.
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

484
POST POSTACI
Aremani
Aremani przywitała z pewnym rodzajem ulgi powiew świeżego powietrza z otwartej na oścież okiennicy. Z pewnością pomagało to w... dochodzeniu do siebie i zbieraniu myśli. A tych, jak to Ara, miała zdecydowanie dużo. "Osiem miesięcy. Osiem miesięcy wyrwanych z życiorysu, tyle zmarnowanego czasu! Tyle badań, tyle obserwacji, nadzorowania rozwoju osadnictwa... Pewnie bezmyślne chujki powycinały co się dało, zadeptali jakieś lokalne endemity bezmyślnie, nie mając pojęcia czy to chwast czy może przyszłe lekarstwo na trąd. Wszyscy idioci, gdziekolwiek jestem to idioci! Zabrali mi godność umniejszając do roli gówniary, zabrali mi poczucie sprawstwa, a teraz jeszcze zajebali mi kawał życia! Mogłam robić plany, dokonać wewnętrznej przemiany egzystencjalnej, zajebać Kerwinowi... A ten pożal się bogi marynarz, najmici chutliwi jak dzikie zające, pewnie zdążył już wygrzmocić jakąś pałętającą się pod nogami lafiryndę i czeka jak debil na rozwiązanie jakby z pieca chleb miał wyjść. W ogóle głodna jestem jak cholera! Osiem miesięcy na papce szpitalnej, pewnie jestem za chuda. Wyglądam jak niedożywiona szkapa. Ach, i moje włosy!" Potok obserwacji i domysłów trwał jeszcze długo i poruszał z pewnością wiele ciekawych wątków bogatych w barwne porównania.
Na szczęście gdzieś w trakcie wyrwał ją znajomy głos, lecz taki, którego nie spodziewała się jeszcze usłyszeć. Koncentrując wzrok dostrzegła wpatrującego się w nią kruka, wykazującego dziwną fascynację jej osobą.
- O, yyy... Cześć Auth. Miło cię widzieć. I... słyszeć? - jak na osobę która potrafiła wymyślać ogromne monologi składania słów w zdania nie szło jej teraz dobrze.

Tę chwilę przerwy w myśleniu poświęciła też na obserwacji Neeli. Dziewczyna wyglądała na równie spanikowaną co ona sama, co było dość rozsądną reakcją w przeciwieństwie do beztroski wykazywanej przez Dandre i Shirana. W związku z tym, pomimo tego, że miała w pamięci przykłady bezmyślnych zachowań Neeli, Aremani znów wyczuła nić porozumienia z szlachcianką. I choć samo przyjście na jej łóżko poklepywanie było kiepskim pocieszeniem to obecność młodej dziewczyny przynosiła komfort.
Ara nie mogła zrobić nic innego jak przytulić Neelę, mając poczucie, że ich dwójce zdecydowanie się to przyda.
- To tylko upływ czasu... A to twoje to tylko wygląd. Tylko rogi. Nie przejmuj się, według mnie wyglądałabyś ładnie nawet z kopytami zamiast dłoni.


Ponownie pojawiła się dziewczyna, która zastała ich wcześniej obudzonych i w szoku pobiegła tam skąd przyszła. Na jej pytanie o głód brzuch Aremani samoistnie zaintonował pieśń lamentacyjną, aż ta złapała się nerwowo. Była już gotowa podnieść drugą rękę i wymienić swoje zachcianki bufetowe, gdy przyszedł Hastron.
- Heh, chyba powinieneś przywyknąć, że nie jesteśmy normalni. - skomentowała marudzenie krasnoluda odnośnie pacjentów w śpiączce, aczkolwiek zrobiła to z słyszalną intencją rozbawienia niż zdenerwowania medyka.
- Fizycznie słabo... Zanik mięśni po takiej śpiączce chyba zrobił swoje. Poza tym to głodna jestem, ale najgorsze objawy to chyba z głową. Trzeba to wszystko sobie jakoś przetworzyć.
- Doktorku, czy musimy coś wiedzieć, coś innego niż wyczytałam z notatek, zanim będziemy w stanie stąd wyjść? Dokąd się udać, co załatwić. Chyba nic nie będzie lepszą terapią niż próba powrotu do normalnego życia.
"To achieve great things, two things are needed: a plan and not quite enough time."

Dżungla Tuk'kok

485
POST BARDA
- Nie macie żadnych zaników, to najciekawsze - odparł Hastron na słowa Aremani. - Kilka miesięcy, a jakbyście spali trzy dni. Czegoś takiego to ja jeszcze nie widziałem. Wyglądacie dobrze, czujecie się dobrze... w większości. Może teraz Barbano będzie mógł zająć się tym kryształem, coście znaleźli.
Podszedł do Aremani i Neeli, by przyjrzeć się uważnie tej drugiej. Dziewczyna odzyskała trochę pozytywnego nastawienia po motywującej wypowiedzi Biriana, ale wciąż wyglądała nie najlepiej i problemem bynajmniej nie były ani rogi, ani jej białe oczy. Gdy opierała głowę o ramię zielarki, jej skóra wydawała się rozpalona i nadzwyczajnie blada - choć to była może tylko kwestia kontrastu w odcieniach ich karnacji. Krasnolud przyłożył dłoń do jej czoła i obejrzał ją dokładnie, zanim podszedł do stołu, by zacząć tworzyć bliżej nieokreśloną mieszankę ze znajdujących się tam ziół.
- Przez ten czas... cóż. Niby wiedziałem, że trzeba wam będzie opowiedzieć co się działo, a jakoś trudno ubrać to w słowa. Hm, hm... - mruknął, rozbijając coś w moździerzu. - Część dżungli umarła. W tydzień, dwa, jakby dla niektórych drzew i innych roślin minęły lata. Nikt nie widział niczego takiego przedtem. Mag Orghosta też był zdziwiony. Otworzyły się przejścia w głąb dżungli, zwierzęta przestały być nienaturalnie agresywne, można było przeprowadzać zwiady, badać teren pod budowę wioski. Do końca nie wiedzieliśmy, co było tego przyczyną, ale jak znaleźli was z tym kamieniem... no, dość jasne się to zrobiło. Nie do końca, bo ni chuja nie wiemy coście tam faktycznie zrobili, ale to wasza sprawka musiała być, nikogo innego. Znaleźli was potem, w tej kopalni.
Machnął dłonią do towarzyszącej mu dziewczyny i wydał krótkie polecenie, po którym ta posłusznie wybiegła z pomieszczenia po wrzątek.
- Myśleli, że martwi jesteście. Niewiele brakowało, by was zakopali, jak resztę tych, co pomarli w dżungli. Ale ktoś na szczęście nie zapomniał użyć głowy, nie miało sensu, żebyście zeszli od spania przy ognisku, co? Nie pogniliście też, jak to trupy mają w zwyczaju. Kazałem przynieść was tu jako ciekawostkę do autopsji. Dobrze, że was, kurwa, zbadałem dokładnie, zanim zabrałem się za krojenie.
Ciekawe, kogo pociąłby pierwszego. Ciach, ciach. Pewnie Neelę.
Auth wydawał się rozbawiony tą historią. Osiem miesięcy nie robiło na nim wrażenia, tak samo zresztą, jak na Shiranie, do którego ptaszysko było przywiązane. Dziewczyna rzuciła krukowi oburzone spojrzenie, ale nie zaprotestowała, zdając sobie sprawę, że prawdopodobnie byłoby dokładnie tak, jak mówił. Była wybrykiem natury, najciekawszym dla potencjalnego badacza.
- Potem przypłynęły statki. Te nowe, z Taj'cah, zobaczycie jak wyjdziecie, nadal błyszczą się jak psu jajca. Planiści, inżynierowie, cała masa jajogłowych i ich ekipy od roboty fizycznej. Zrobili plan wioski, a potem zaczęli budować. Czyszczą drzewa po trochu, stawiają kolejne budynki, przygotowują ziemię pod uprawy. Kattok jest jak nowe. Sami zobaczycie zaraz.
Alse wróciła z garnuszkiem gorącej, parującej wody. Krasnolud przyjął ją od niej i zalał zmiażdżoną mieszankę ziół. Powietrze wypełnił przyjemny, słodki zapach.
- Co załatwić, co załatwić... ja to nie wiem, tak organizacyjnie, na pewno tu musicie wracać mi codziennie, albo co dwa dni przynajmniej, żebym wiedział, że wszystko z wami już w porządku jest. Mogę was wypuścić, ale nie zostawić całkiem bez nadzoru. Może się i dobrze czujecie, ale młoda na przykład za dobrze nie wygląda.
- Jest mi tylko trochę zimno
- zaprotestowała Neela, co samo w sobie było mocno zaskakujące, biorąc pod uwagę jak gorąco było w lecznicy.
- Zioła wypijesz i zobaczymy co dalej. Ich mogę wypuścić, wyglądają dobrze, ciebie nie.
- Nie chcę tu zostawać sama.
- To niech cię odwiedzają, nie wiem, nie mój problem. Masz gorączkę, nigdzie nie wychodzisz.

Auth przeleciał z poręczy jednego łóżka na drugie, siadając ostatecznie tuż obok Aremani. Napuszył się i poskubał dziobem pod prawym skrzydłem, jakby usiłował zwrócić na siebie jej uwagę.
- I to ptaszysko jeszcze. Rozumiem, że wasze? Kręcił się tu dookoła, upierdliwiec. Nie bez powodu go nie wpuszczałem. Teraz to już za późno - machnął ręką i podniósł ziołowy wywar, by zanieść go białowłosej. - No, także ten. Możecie pójść od razu do Barbano. Czeka na was nagroda. Co by nie mówić, poskromiliście dżunglę, nawet jeśli nikt do końca nie wie, jak to zrobiliście. Na pewno chętnie się tego dowie. Jego mag też.
- Co z moim statkiem, Hastron?
- wtrąciła się Nellrien.
- Hm, hm - mruknął lekarz, a potem odchrząknął niepewnie. - Możecie pójść od razu do Barbano. Ty w szczególności, pani kapitan. Pytał o ciebie niejednokrotnie.
- Nie możesz mi, do jasnej kurwy, po prostu powiedzieć co z moim statkiem?
- rudowłosa podniosła się i zrobiła kilka zirytowanych kroków w jego kierunku.
- Nic, nic, nic takiego przecież. Ale to nie do mnie należy. Nie moja sprawa - odwrócił się do Biriana. - Karczmę postawili, jeśli cię to interesuje. Przyjemna całkiem.
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

486
POST POSTACI
Shiran
Pajac, jak zawsze, z pewną dozą rezerwy, skomentował otaczającą nas rzeczywistość.
- Nie powiem, celna uwaga. Ale żeby to tylko wódki brakowało... - dodałem do naprawdę trafnego komentarza. Osiem miesięcy posuchy to nie w mordę dmuchał, poważna sprawa. A najgorsze jest to, że nic nie zwiastowało czy to umoczeniu ryjca w kufrze piwa, ani nawet dania komuś w pysk. Takie to smutne czasy postępu, akceptacji i równouprawnienia.
A jak już przy tym jesteśmy, wyjaśni mi ktoś dlaczego tej skrzydlaty dziad lgnie tak bardzo do reszty ekipy? I dlaczego to wszyscy go słyszą? Znowu. Ostatnio podobna sytuacja miała miejsce podczas zaćmienia, które bardzo nieprzyjemnie. Zresztą echa tego wydarzenia odczuwam do dzisiaj, słuchając o tym jak to mógłbym ich wszystkich nieco przypalić. Tym razem, mam nadzieję, obędzie się bez podobnych ekscesów. Chociaż cholera jedna wie, co tak naprawdę nam się stało i czy czasami moc tego pieprzonego kamienia nie przeszła na nas. Czy byliśmy teraz sercem dżungli? Kij wie. Taka tam robocza teoria, pacząc na to że Grajek był dalej gównojadem, a pani kapitan i Neela dalej wyglądały jak piękne okazy egzotycznej sztuki, które spierdoliły z klatki.

Kwiatuszek wykorzystując momenty czułości Autha, przywitała się z nim wylewnie. Jeśli w ogóle tak można nazwać to "yyyyy...", które wydobywało się z jej ust.
- Przy rozmowie ze zwierzętami już nie taka wyszczekana, co? - zapytałem z uśmiechem, idąc w ślady barda i opierając się wygodniej o ścianę. Słuchałem co ma do powiedzenia krasnolud. Mówił coś o braku zaników i o tym, że to nie do końca normalne. Jak się nad tym zastanowić to faktycznie było to dość ciekawe. Normalnie nie moglibyśmy pewnie podnieść się z łóżek, nie mówiąc w ogóle o jakimkolwiek staniu na nogach. Moje żebra też wygoiły się praktycznie w całości. Żadnego bólu, żadnego żalu. Wszystko pięknie i ładnie. Przynajmniej do momentu, w którym Krótkonóg nie wspomniał o tym jebanym parszywcu. W sensie o Barbano mówię...
Dalsza część historii była niemniej ciekawa. Umierająca dżungla, budowa wioski, grzebanie żywcem. Taka tam najemnicza codzienność. Auth chyba też podłapał mój humor, bo z pewnością miał rację co do kolejności prowadzenia sekcji. Co jednak godne zauważenia - krasnolud wraz ze swoją pomocnicą chyba go nie słyszeli... Czyli znowu tylko my jesteśmy tutaj pieprznięci. Znaczy ja od początku, ale reszta ekipy tak w gratisie od losu, gdyby było za mało magicznych mocy.
Nie ma jednak tego złego - Hastron, jeśli dobrze zrozumiałem, miał zamiar nas wypuścić, z okazyjnymi meldunkami. No wszystkich poza Neelą, która ewidentnie nie czuła się dobrze. Spojrzałem się po pozostałych. Ktoś miał chęć pozostania z dziewczyną? Raczej ja to nie będę, najszybciej chyba Pajac.

- Nasze, nasze - potwierdziłem z pewną niechęcią znajomość z krukiem. - A jaki był ten powód nie wpuszczania tego... Upierdliwca - Spodobało mi się to przezwisko. Bardzo ładnie określało jego charakterek. Sprawa jednak wydawała mi się na tyle ciekawa, że stwierdziłem że pociągnę nieco temat.

A Nellrien? Cóż - ona dalej myślała tylko o statku. Byłem pewny, że gdyby tylko umiała, usmażyłaby krasnoluda na miejscu. Wściekły Płomyczek w akcji.
- Nie bądź taki, Hastrin, co? Pani kapitan ładnie prosi i jest nawet dość cierpliwa, w przeciwieństwie do mnie... Posyłać tak kobietę w nieznane, by była rozbrojona? Czego się boisz, co? - uśmiechnąłem się lekko, odbijając się gładko od ściany i zbliżając do jegomościa, wzmacniając w ten sposób efekt psychologiczny. Czy to zastraszanie? Nieeee, stanowczo nie. Umiem lepiej w te klocki. Płomień w ręce działa o wiele lepiej od słów. O co mi więc chodziło? Zwyczajnie nie chciałem, by Nellrien była sama, a by miała czas przygotować się chociaż psychicznie na starcie jakie mogło nastąpić.

Dżungla Tuk'kok

487
POST POSTACI
Aremani
Zielarka zmierzyła wzrokiem Shirana na jego typowo głupawy komentarz w jej stronę odnośnie jej "rozmowności" z Authem. Jednak zaraz do tego doszedł zadowolony uśmieszek, bowiem od razu znalazła idealną ripostę.
- Nie, dlaczego? Przecież z tobą normalnie rozmawiam. - odpowiedziała, czując satysfakcję. "To jest zbyt łatwe, on sam się podkłada."


Dziewczyna z uwagą wsłuchiwała się w opowieść Hastrona. Dla jej spragnionego intelektualnej stymulacji umysłu działało to niczym woda dla spragnionego wędrowca na pustyni. Wyjątkowo też czyniła obserwacje, którymi od razu chciała się podzielić z zebranymi, w odróżnieniu od typowego dla siebie monologu wewnętrznego.
- Kamień, który zatrzymuje czas... Może póki znajdował się w dżungli zatrzymywał też czas wokół natury, a potem postanowił zatrzymać nas. Dlatego dzicz była taka pierwotna, nienaruszona, a jej agresja... nieposkromiona. - nie zamierzała wspominać o magicznym rogu, który Shiran odnalazł w kamiennej chatce, co odstraszał roślinność. Bała się, że medyk przekaże informację o takim artefakcie dalej, a osadnicy wykorzystają go do dalszego dewastowania naturalnego środowiska wyspy. "Przydałoby się zawłaszczyć ten róg. I ten kamień... Nie można z nimi zaufać ludziom spoza Archipelagu." To ostatnie zdanie powtórzyła sobie kilka razy w głowie, póki nie przypomniała sobie o nieznośnych handlarzach ze stolicy i ich z pewnością zepsutych motywach odnośnie osiedlenia Kattok. Ostatecznie zdała sobie sprawę, że nikomu nie może w tej sytuacji ufać.


Kruczysko podleciało bliżej zielareczki, ku jej zdziwieniu. "Co on tak do mnie lgnie? Przez jednorazowe karmienie? Czy mu się z Shiranem mylę? Oby nie, przecież drugiej tak paskudnej mordy nie ma."
- Co tam, Auth? Nie mam dla ciebie sucharów przy sobie, wybacz. - wyciągnęła dłoń w stronę ptaka chcąc mu pokazać, że chce go pogłaskać bądź podrapać po główce, jednak była gotowa cofnąć rękę jakby ten chciał ją udziobać. Miała doświadczenie w "kontaktach" z takimi zwierzętami, ale Auth nie był jak wszystkie inne. W dodatku wydawał się być bardzo złośliwym upierdliwcem, jak go już Shiran zdążył określić.


- Chłopcy, jeśli chcecie to idźcie z kapitan na... miasto? Dziwne to brzmi. W każdym razie możecie ogarnąć co się dzieje, ja zostanę z Neelą. Poza tym mam dużo notatek w dzienniku badawczym do nadrobienia, skorzystam z tej chwili czasu wolnego.
Powodów, dla których chciała zostać, było oczywiście więcej niż te, które wymieniła. Fakt, teraz czuła dużo empatii w stronę Neeli i nie chciała, by dziewczyna była sama, a pisanie w jej dzienniku pomoże jej poukładać w głowie wszystko to, co się wydarzyło. Ale miała też nadzieje, że jak Hastron pójdzie będzie miała okazję przejąć od Shirana róg oraz przyjrzeć się dokładniej kamieniowi, który przez osiem miesięcy utrzymywał ich przy życiu. A propos "przejmowania" rzeczy od towarzyszy...
- Dandre, zostawiłbyś mi te stare notatniki które znaleźliśmy wcześniej? Nie wiem, na ile są dla ciebie wartościowe, ale ja z chęcią bym je przejrzała. Tak wiesz, pod kątem naukowym.
"To achieve great things, two things are needed: a plan and not quite enough time."

Dżungla Tuk'kok

488
POST POSTACI
Dandre
W świecie Biriana niewiele było absolutów. Jego relacja z bóstwami była w najlepszym wypadku pełna sceptycyzmu, na dominujący w Keronie Zakon patrzył z niebywałą niechęcią, przez chwilę nawet nie wierząc w jego domniemaną misję i dobre intencje, wojna i przebywanie w okupywanym Ujściu pozwoliły zaś zrewidować wartość pieniądza, który w pewnym momencie potrafi stać się bezużytecznym kawałkiem metalu, nijak mającym się do dobrej stali. Miłość, którą zwykł opiewać w poematach również istniała w nim głównie jako koncept, pewien niedościgniony ideał, którego nie sposób było posiąść. Potrafił uwierzyć w przyjaźń silniejszą od strachu, pożądanie daleko przyćmiewające jakiekolwiek znamiona rozsądku, to kosmiczne przyciąganie się ciał. Mógłby dywagować nad miejscem sztuki w tym wszystkim; jeden z największych absolutów, pozwalający maluczkim sięgnąć prawdziwej wielkości, boskości niemal, najgłębsza potrzeba serca, towarzysząca im wszystkim od zarania dziejów i trwająca na swym miejscu do kresu czasu, czy może jeno głupi poryw serca, bądź, inaczej jeszcze, sposób na pochwycenie kobiecej uwagi? Gdy się nad tym głębiej zastanowić, niamal wszystko w świecie może kręcić się wokół tej jednej, jedynej rzeczy; zmysłowości. Od władzy, przez pieniądze i siłę, po poezję właśnie. A więc co było absolutem?
Wybitność riposty Amerani! Żadna siła we wszechświecie nie mogłaby odciągnąć barda od jedynej słusznej reakcji na jej słowa. Zaśmiał się w głos.
- Byłabyś, moja droga, nieposkromionym trefnisiem na magnackich dworach.


Śmiech był dobry. Pomagał wrócić do siebie, pogodzić się z myślą o straconym czasie. Oczywiście, kłamstwem byłoby rzec, że bard specjalnie przejął się tą całą śpiączką, gdyż wychodził ze zdrowego założenia, że skoro zwyczajnie usnął i wstał, to reszta ni chuja go nie obchodzi. Ciało zdawało się być sprawne, myśli mgłą nie zachodziły... Jeno coś w sercu kłuło, gdy myślał o Svenii, ale nie było to nic, czego nie zaleczy trochę wódki i odpowiednie towarzystwo. Miał tylko nadzieję, że żadni cholerni poeci nie zjechali się w międzyczasie na wyspę. To jego terytorium!
Dandre zmarszczył brwi, słysząc dywagacje Aremani. Pokręcił głową, lekko mrużąc oczy.
- Nie wydaje mi się, by ten piekielny kamień zatrzymywał czas... A przynajmniej wstrzymałbym się z wysnuwaniem podobnych wniosków ze względu na naturę właśnie. Oczywiście, gdy mowa o nas, to faktycznie zdał się wprowadzić nas w pewien stan hibernacji, ale na dżunglę zadziałał wręcz przeciwnie. Pobudził ją do życia, zagęścił, przydał jej pazura. Jego badanie zostawiłbym uczonym... może z Oros...? Jeśli w ogóle komukolwiek. - dodał zaraz, przypomniawszy sobie przejmujący smutek, który poczuł, gdy wydarł kamienne serce z wnętrza upadłego, magicznego konstruktu. Zaprawdę zdawało mu się wtedy, jakby trzymał w ręku czyjąś duszę. Dżungli, wyspy, czy kupy kamieni; tego powiedzieć nie potrafił. Magowie zapewne wyśmialiby takie empatyczne spojrzenie na coś, co zapewne jest jakowym magicznym ewenementem, ale jebało go mędrca szkiełko i oko.
Mężczyznę przeszedł zimny dreszcz, gdy usłyszał, że mógł być zakopany żywcem. Czyż jest straszniejsza wizja od obudzenia się w trumnie? Zresztą, Bogowie, kto by się tu na trumnę szarpnął? Wrzuciliby ich do rowu i szybko zasypali ziemią; priorytetem byłaby przecież budowa osady, a nie pochówek bezimiennych, w większości, najemników.
Obudziłby się martwy. Z ziemią w ustach, nosie i oczach. Byłby niemożebnie wkurwiony po śmierci.

Zgromił spojrzeniem kruka.
- Zamnij się, Auth. - warknął. Nie ma to jak stać się szaleńcem, rozmawiającym z ptakami. Przynajmniej Shiran nie był już w tym sam.
Kątem oka dostrzegł oburzone spojrzenie Neeli, ale dziwił go jej spokój. Sam chyba cisnąłby we ptaszysko kamieniem. Albo butem, bacząc na beznadziejną bezkamienność drewnianej podłogi. Niecodzienny towarzysz Shirana nie zrobił nic poza oznajmieniem oczywistego stanu rzeczy, ale czasem warto ugryźć się w język, dla swego własnego dobra.


Dalszej części wypowiedzi krasnoluda słuchał z umiarkowanym zainteresowaniem. Cywilizacja wbijała swoje obrzydliwe pazury w dziewicze ciało Kattok. Porażający ogrom dżungli miał w sobie trudny do opisania czar, który w najbliższych dniach zapewne będzie próbował ubrać w słowa. Fascynującą była podróż w głąb nieznanego, gdzie każdy krok to nie tylko tytaniczny czasem wysiłek, ale i potencjalne zagrożenie. Użerając się z cholernymi komarami i zieloną zarazą, która zdawała się czasem kmpletnie nie wzruszona wymachami maczetą, czuł, że żyje. Teraz, jak sądził, czar po części pryśnie. Pisanie o tytanicznej pracy tych, którzy wydzierają dżungli kolejne akry ziemi i pracą własnych rąk przenoszą w dzicz ich standardy życia już go tak nie interesowało. O wielkości i małości ludzi będzie wszak rozwodzić się w Raporcie z oblężonego miasta... Jeśli kiedykolwiek będzie w stanie spisać wszystko to, czego był świadkiem w Ujściu.
Machnął ręką, gdy lekarz począł mówić o sprawach organizacyjnych i już gotów był popędzić do wyjścia, gdy usłyszał, że z Neelą jest coś nie tak.
Spojrzał na nią, zmartwiony. Biedactwo było wręcz napastowane tutejszą rzeczywistością, zdawało się, że wyspa czerpała jakąś perwersyjną przyjemność z udręczania tej biednej, uroczej dziewotki. Los Starej Suki z kolei nie mógł obchodzić go mniej, choć najprawdopodobniej przyjdzie mu jeszcze o nim posłuchać, bo miał zamiar udać się do Barbano. Im szybciej, tym lepiej.


- Shiran, daj mu pracować, zająć się Neelą. Niech priorytetem będą ludzie, a nie zbite drewno. - westchnął, obserwując reakcję swojego kompana i pani kapitan - Pójdziemy do karczmy, zapytamy czy, Bogowie brońcie, naszej drogiej Starej Suce nóżka się nie powinęła, wychylimy po kielichu na orzeźwienie i stawimy czoła monsieur Barbano. Nellrien, wierzę, że krew gotuje ci się w żyłach, ale wytrzymaj jeszcze trochę, proszę. Nerwy zostaw dla tamtego sukinsyna. - uśmiechnął się lekko do rudowłosej, po czym przeniósł wzrok na Aremani.
- Dziękuję, za to że z nią zostaniesz. W razie czego, postaram się nakurwić na Barbano w twoim imieniu. - puścił jej oczko, po czym podszedł do Neeli i kucnął przy niej.
- Przyjdę do ciebie później. Może nawet przyniosę co nieco z karczmy... - ściszył głos pochylając się w jej stronę, coby felczer się nie pieklił - ...jeśli ma panienka jakieś życzenia, proszę mówić! Sługa uniżony służy uniżenie. - uśmiechnął się szeroko, bijąc pokłon przed dziewczyną... A więc zasadzając czołem w pryczę i prędko wracając do pozycji wyjściowej z niezmienionym wyrazem twarzy.
Zerknął w stronę Aremani i uniósł lekko brew.
- Zostawić, zostawię, bo brać stąd swoich rzeczy na razie nie mam zamiaru... Ale sam chciałbym je przejrzeć, więc, jeśli serce ci nie pęknie, możemy zrobić to razem. Później. Na razie wara, bo łapki poucinam. - uśmiechnął się wstając.
Obrazek

Wróć do „Kattok”