Cesarski Kompleks Pałacowy

16
POST BARDA
Najbardziej bolą noże w plecach i patrząc na to, jak dogłębną relację miał Ushbar i Ash, raczej nie powinno było się dziwić, że podejrzenia padają teraz na każdego. Bądź co bądź Awaren trwał u boku księcia krócej, niż jego przyjaciel i pomimo dwojenia i trojenia się, nigdy nie był pełnoprawnym członkiem jego świty. Nie był nawet orkiem, któremu dużo prościej prawdopodobne dane byłoby zaufać.

Masz chwilę. Ash w ten czy inny sposób musi umrzeć za swoje czyny i on sam doskonale o tym wie — powiedział książę, oddając broń kapitanowi i pozwalając mu stanąć na straży, podczas gdy on sam odszedł kawałek, by doprowadzić się do porządku. Kątem oka Awaren widział, że podnosi swoją koszulę ciśniętą w kąt, oglądając ją ze wszystkich stron i zwracając w to samo miejsce. Ruszył połamany kawałek mebla, siadając zaraz na łóżku i wpatrując się bez emocji w leżącego przy ścianie napastnika.

Bez wody, o którą Awaren się nie pofatygował, mógł jedynie podtrzymać stan umierającego orka do jako takiej stabilności. Ponadto nie wyciągał ostrza z jego korpusu, co część procesów leczniczych utrudniało; mógł natomiast, czując delikatny przepływ energii, zatrzymać choć odrobinę krwawienie. Wkrótce też Ash'keen przestał kasłać krwią i taka szybka interwencja mogła wystarczyć do krótkiego przesłuchania, zanim ork ponownie podda się śmierci.

Mętne spojrzenie czarnych oczu uniosło się na elfa, gdy ten zadawał w histeryczny sposób pytania. Ork następnie smętnie powrócił spojrzeniem na sztylet, którym próbował się zabić i cichutko westchnął. — Nie wiem — powiedział, tymi samymi słowami wznosząc w powietrzu niesmak. — Ostatnie tygodnie były... poplątane. Czułem wkurwienie na Ushbara. Chciałem robić mu krzywdę. Potem przyszło... khe khe... zaćmienie i był spokój. Nic nie szumiało, nic nie podszeptywało. Aż do teraz. Nie wiem, kto mógł to zrobić — stęknął, unosząc się nieco i podnosząc wzrok na księcia. Splunął resztką krwi obok siebie. — Mogłem być silniejszy. Nie byłem, więc... zostaw mnie i daj mi wypełnić obowiązek.

Niezdarnie zaczął odsuwać ręce Awarena ze swojej klatki piersiowej, ponownie napierając na sztylet. Tymczasem Ushbar znikąd wstał i podszedł do mężczyzn, odsuwając całkowicie elfa... nie tak gwałtownie, jak kapitan. Zamiast tego chwycił za rękojeść i z wahaniem spojrzał na Asha, zanim uśmiechnął się tak, jak nigdy elf go nie widział i pchnął mocno sztylet w kierunku serca przyjaciela. Ten, zanim wyzionął ducha, zdołał jedynie sięgnąć do policzka Ushbara, podczas gdy sam cesarski syn z bliska miał wyjątkowo gwiaździste oczy.

Ostatnim jeszcze drygiem praktycznie martwe już ciało osunęło głowę na bok, a jego usta wyszeptały: — Wasz czas jest policzony... — magia wokół Asha zaczęła blednąć, gdy ten całkiem już opadł. Ushbar nagle z dozą odrazy odsunął się od ciała i otrzepał, spoglądając na kapitana i mówiąc:

Wyjdź i znajdź kogoś do wyniesienia ciała — i gdy tylko ork wyszedł, Ushbar jakby pomniejszył się w sobie, spoglądając z żalem na zwłoki. — Znajdziesz tego, kto jest odpowiedzialny za namącenie w głowie Asha i przyprowadzisz go do mnie, choćby był to mój ojciec. I zabezpiecz moje komnaty przed plugawą magią. Nikt, kto tutaj wchodzi, nie może z niej korzystać.

Cesarski Kompleks Pałacowy

17
POST POSTACI
Awaren
Pospiesznie kiwając głową ze zrozumieniem, które tak naprawdę wcale obok zrozumienia nawet nie stało w przypadku tego typu rozstrzygania spraw, elf skoncentrował się na zadaniu. Nie przeszkadzało mu to oczywiście gdybać.
Jeśli to na niego by padło, nie dostałby żadnej szansy na wytłumaczenie się, czyż nie? Oczywiście, że nie. Gdzie stał on, byle nędzny sługa i podnóżek, a gdzie Ash'keen? Jego głowa zostałaby najpewniej od razu odseparowana od ciała w podobnej sytuacji. Ciekawe, czy chociaż jednym, czystym cięciem...

Pozwalając sobie rzucić ukradkowe spojrzenie w stronę Ushbara, nie uszło jego uwadze dziwne zachowanie młodego Sara’shok.
Awaren nie wiedział, jak to jest zostać zdradzonym. Nigdy nie przyszło mu też stracić kogoś bliskiego, bo i kogóż miał tracić? Z rodziną najlepiej wyglądał jedynie na wspólnych portretach, a i z tych mógł zostać dawno wymazany, jeśli policzyć lata, jakie minęły od ostatniej, listowej zaledwie interakcji.
Akademia co prawda dała mu sporo sposobności i z wieloma innymi adeptami oraz wykładowcami utrzymywał ciepłe relacje przez dłuższy czas, lecz i to wszystko gwoli nauki, badań oraz potrzeby posiadania partnerów do debat oraz wymiany informacji. W Karlgardzie z kolei?
...
Tak, hm, cóż... Brak sposobności, jego własna pozycja i ciągła praca nie dawały wielu szans na nadmierne uspołecznianie się. Wszystkie relacje, jakie nawiązywał, były i tu czysto profesjonalne. Nic dziwnego, że częściej rozmawiał sam ze sobą lub z dokumentami, na które nakładał poprawki! Zdaje się, że tylko wtedy, gdy jego władca miał lepszy nastrój, to jest, ignorował go, zamiast przejmować się jego paplaniną, zdolny był do monologów w jakimkolwiek towarzystwie.
Wow. Wyglądało na to, że jedyną osobą, z którą w ogóle miał jakikolwiek, bardziej przyzwoity kontakt, była jednocześnie jego przełożonym. Przy czym miało to bardzo jednostronny wydźwięk. Jak smutne było jego życie?
Tak czy inaczej, sęk w tym, że nie posiadając żadnego doświadczenia ani nawet wyobrażenia o podobnych, nie miał pojęcia, w jaki sposób pomóc Ushbarowi. Czy może był zbyt arogancki, sądząc, że ktoś jego pokroju w ogóle potrzebuje wsparcia od byle sługi?

Wyznania niedoszłego, najlepszego przyjaciela księcia, jak na złość niczego nie poprawiły i Awaren musiał przygryźć dolną wargę, aby nie wydać z siebie jęku pełnego zawodu. Jedyną wskazówką było to, że proces wpływu na umysł orka trwał dłuższy czas i musiało trochę minąć, zanim gniew doprowadził do ostatecznego wybuchu. Nie było to wiele, ale wciąż lepsze niż nic.
Zmuszając usta do wykrzywienia ich w przepraszającym uśmiechu, pozwolił odciągnąć swoje dłonie od rany. Nie było sensu przedłużać nieuniknionego. Gdyby chciał zadać wszystkie pytania i dociekać każdego drobiazgu, i tak nie starczyłoby im czasu. W każdym razie Ash'keenowi by go nie starczyło.

Awaren wzdrygnął się i pozwolił przesunąć, zaskoczony nagłym zrywem swego pana. Był zbyt blisko, przez co cały mechanizm zakańczania życia zdrajcy rozgrywał się dosłownie przed jego, szeroko otwartymi oczyma. I choć okrutnie go kusiło, nie zdołał oderwać wzroku od rozgrywającej się przed nim sceny.
Nieświadomie wstrzymał oddech, gdy Ushbar się uśmiechnął, bo... Co do cholery?! Nie, poważnie, co u licha?! Od kiedy jego pan był zdolny do tego typu uśmiechów?!
Spuszczając oczy, nagle przytłoczony uczuciem okrutnej bezsilności, Awaren zacisnął kurczowo palce na kosturze. Nie posiadał doświadczenia pozwalającego mu zrozumieć i teraz gdy miał przed oczyma obraz Ushbara dobijającego przyjaciela(?), nie chciał chyba go poznawać.

- Naturalnie! - odparł z kolei automatycznie, ponownie usiłując podnieść się do pozycji stojącej.
Nie było już nic, co mógł zrobić dla zmarłego. Nic, poza upewnieniem się, że ten, kto stał za całym incydentem, zostanie złapany i należycie ukarany.
- Panie... mój? J-Jeśli mi wolno? - zaczął niepewnie, przy okazji przyglądając się, skoro już miał sposobność, na ile poważne były obrażenia zadane przez Ash'keena. - Zalecam jak najszybciej uniemożliwić dostępu do miejsca, w którym zwykł sypiać Ash'keen. Nikt, włącznie z jego rodziną czy służbą, nie powinien mieć do niego dostępu, dopóki go nie sprawdzę. Nalegam też, aby straż od teraz zawsze strzegła drzwi Waszej Wysokości. O-Oczywiście, obiecuję skontaktować się z Akademią i przedsięwziąć wszystkie inne kroki w stronę zabezpieczenia tego miejsca! Wszystkiemu będę osobiście nadzorować!
A jeśli coś zostanie schrzanione, będzie to jego wina... O bogowie, dopomóżcie!
- Panie? - zwrócił się tym razem ostrożniej ale bardziej nerwowo. - Czy jest... Czy jest coś jeszcze... W czym mógłbym pomóc?

Cesarski Kompleks Pałacowy

18
POST BARDA
Zaskakująca była zmiana charakteru Ushbara z osobami postronnymi i we względnej samotności. Gdy jeszcze kapitan był w pomieszczeniu, książę zdawał się być silny, niewzruszony z dalszej odległości śmiercią Asha; gdy jednak ork wyszedł po pomoc, nagle mężczyzna zwiotczał w ramionach i zmienił wyraz twarzy na ponury. Nie była to oczywiście przeważająca postura – nadal utrzymywał pion, jednak było to bardziej zauważalne.

To, co też ujrzał Awaren, to cień zwątpienia, gdy ten patrzył na swego sługę. Zdrada, nawet nieświadoma, musiała wywrzeć na nim pewien wpływ i nawet najbardziej oddani słudzy tacy jak elf mogli stać się podejrzanymi w domniemanym spisku. Cesarski syn był jednak na tyle sprytny, aby nie mówić tego wprost ani nie okazywać zbytnio. Są jednak rzeczy, których nie da się ukryć pod płaszczem spokoju. W końcu, jeśli nawet jego przyjaciel oddał się zmowie, to kto wie, czy nawet nie jego doradca w tym nie uczestniczył? Często to wrogowie są tymi, którzy są trzymani najbliżej.

Bez słowa Ushbar pozwolił mówić Awarenowi, zaczynając krzątać się po pokoju i bezładnie układając rzeczy. Co jakiś czas masował szyję, za którą jeszcze niedawno brutalnie go trzymano. Dopiero gdy ten skończył, a sam książę ubrał jakąkolwiek koszulę, postanowił się odezwać. — Zlecę przeszukanie jego domu natychmiastowo. Im szybciej go przetrząśniemy, tym trudniej zamachowcom będzie zatrzeć swoje ślady. Straż... najlepszy byłby ktoś nieskorumpowany, być może świeży i o silnym umyśle, najlepiej z narzuconą ochroną przed mąceniem myśli. Możesz znaleźć kandydatów, ale to ja ich zatwierdzę. Chcę wiedzieć, kto będzie nasłuchiwał, co dzieje się za moimi drzwiami.

Wkrótce dane im było usłyszeć pukanie do drzwi, a gdy tylko Ushbar pozwolił na wejście, do środka wkroczył kapitan i dwóch innych strażników, którzy natychmiast zabrali stąd zatrute w fizyczny bądź metafizyczny sposób ciało. Kapitan przy wyjściu zawahał się, oczekując rozkazów, na co książę skinął na miejsce za drzwiami, które zaraz też ork zajął.

Pomóc? Nie... a właściwie to tak. To, po co cię tutaj pierwotnie wezwałem. Chciałem cię poinformować, że złapaliśmy łowców niewolników, którzy cię schwytali ten... tydzień temu? Niestety nie powiedzieli dużo. Przekażę ci zaraz raport, być może to jest jednak powiązane z zamachowcami, jakby o tym pomyśleć — książę skrzywił się, widząc plamę krwi w miejscu, w którym leżał wcześniej Ash'keen. Zaraz jednak jego myśli powędrowały gdzie indziej, bowiem twarz rozjaśniła się nieco. — Właśnie. Cesarz oznajmił dzisiaj, że postanowił poradzić się w sprawach doboru następcy tronu tej wieszczki od córki Dayanary. Wysłał dopiero zaproszenie i minie trochę czasu, zanim się tu pojawi, ale wiesz, co robić, gdy już tutaj będzie — Awaren kojarzył kobietę. Maria Elena, bo tak miała na imię, była dosyć szeroko znaną personą, głównie dzięki swoim katastroficznym wizjom i szalonemu umysłowi. Zaledwie 3 lata temu wzięła pod opiekę córkę baronowej Dayanary, Mokuthh, z którą zaczęła podróżować po południowej Herbii (ze względu na wiek dziewczynki), a która także przejawiała talenty jasnowidza.

Ushbar wyprowadził po tej rozmowie Awarena z sypialni, przekazując mu zaraz raport, o którym wspominał i każąc zająć się od razu sprawą. Elf miał teraz wolną rękę na własne czynności.

Cesarski Kompleks Pałacowy

19
POST POSTACI
Awaren
Pomimo zażegnanego zagrożenia na chwilę obecną, Awaren nie czuł się ani trochę spokojniejszy. Wyglądało bowiem na to, że nie tylko wizja potencjalnie wrogo nastawionego do nich czarnoksiężnika miała mu od teraz spędzać sen z powiek. Zachowanie księcia, zmieniające się nieważne w jak subtelny sposób, wciąż nastrajało go o dodatkową nerwowość. Lata poświęcania mu pełni swojej uwagi przy każdej sposobności, zaowocowały wyczuleniem na każdą, najdrobniejszą zmianę.
Awaren zawsze powtarzał sobie, że będąc na miejscu Ushbara, nigdy nie zaufałby w pełni wiecznie myszkującemu po cesarskim dworze, zbierającemu i kolekcjonującemu wszelkie dostępne sekrety przedstawicielowi obcej rasy. Że zawsze miałby na niego baczenie i nie pozwoliłby sobie w jego obecności na przesadną otwartość. Ot na wszelki wypadek. Gdy jednak teraz spotkał się z równie jawnym przejawem przezornej rezerwy, która jeszcze przed paroma laty zostałaby przez niego przyjęty z pełnym zrozumieniem, nowa fala rozczarowania, a być może i pewnej irytacji szturchnęła go niemal namacalnie po bebechach.
Tak, z pewnością wolał, aby jego pracodawca zachował maksymalną ostrożność w miarę możliwości. Z drugiej strony, jeśli każdy wykonany przez niego krok będzie poddawany w wątpliwości, jak bardzo nieznośna stanie się nagle jego praca? Potrzebował tego zaufania. Ushbar powinien wiedzieć, że, niezależnie od okoliczności, będzie mógł na nim polegać. Że wszelkie niepewności oraz podejrzenia mógł i POWINIEN z nim konsultować dla ich wspólnego dobra. Bądźmy szczerzy, choćby elf bardzo chciał zmienić stronę, było na to za późno o dobre lata, okej? Jego własne życie zbytnio zależało od tego, jak potoczą się losy stojącego przed nim orka! Byli uwiązani, czy się to jego Książęcej Mości podobało, czy też nie! Jak powinien go o tym natomiast zapewnić - tego jeszcze niestety nie wiedział. Czuł za to, że nie tylko jemu, ale również przyszłemu władcy Urk-hun będzie to potrzebne. Kto jak kto, ale Awaren aż za dobrze wiedział, jak to jest żyć w ciągłej paranoi. Nie każdy potrafił zachować w jej obecności zdrowy stan umysłu o każdej porze dnia i nocy. I choć elf, nieważne jak go to gryzło, wolałby zrzucić odpowiedzialność podtrzymywania księcia na duchu przez kogoś pokroju Ash'keena, kto miał do tego zwyczajnie lepsze predyspozycje, sam chyba nie potrafiłby teraz powierzyć nikomu podobnej roli. Ughh, to będzie skomplikowane...

- Z-Zlecisz-...?! Ah! Nie! - zaprotestował szybko, nieco przy tym piskliwie. - Nie, nie, nie, nie! - gwałtownie pokręcił głową. - Jeśli nie będą wiedzieć, czego dokładnie szukać, sami również zatrą ślady! To zbyt ważne, a my wiemy zbyt mało, Wasza Książęca Mość! Proszę przynajmniej pozwolić mi koordynować przeszukanie!
To tak swoją drogą, gdy mowa o paranoi. Sam elf nie umiał zaufać nikomu na tyle, aby uwierzyć, że nie schrzani równie delikatnej roboty. Orkowie już z natury byli zbyt... Twardogłowi. Wywróciliby wszystko do góry nogami, w ogóle nie dostrzegając subtelnych detali, jakimi mógł charakteryzować się poszukiwany element.
- Wpływ na umysł Ash'keena musiał zacząć się niepozornie, a cały proces trwał zapewne kilka dni, jeśli nie tygodni - pospieszył dalej z wyjaśnieniami, aby jego protest nie został odebrany niewłaściwie. - Bardzo możliwe, że umieszczono w jego domu zaklęty, ale zupełnie niezwracający uwagi przedmiot! Osoby niewrażliwe na oddziaływanie magiczne, nie będą w stanie najpewniej nawet powiedzieć, że znalazły właściwą rzecz, choćby trzymały ją w rękach! Nalegam natomiast, aby dokładnie sprawdzić i przepytać służbę.
Czy istniała szansa na zdobycie eliksiru prawdy, lub czegoś w tym rodzaju? To by sporo ułatwiło. Wtedy sam na boku mógłby przepytać kogo trzeba spośród służących. Musiał sprawdzić. Być może doda zapytanie o to w liście do Akademii, który zamierzał spisać i wysłać wraz z posłańcem jeszcze dzisiaj. Jeśli tak, na pewno nie należała do najłatwiejszych do zdobycia ani też najtańszych. Nieważne, nieważne! Na pewno będzie w stanie ugłaskać kogo trzeba do sypnięcia na to zębami. A jeśli nie? Od czegoś była jeszcze jego magia.

Awaren żałował, że nie ma przy sobie swojego standardowego zestawu do pisania. Bardzo by mu się teraz przydał do notowania. Trudno. Jego pamięć nie zwykła zawodzić w trudnych chwilach, a rozkazy Ushbara też nie były nadmiernie skomplikowane.
Znalezienie młodego, niezbyt aroganckiego, cechującego się wiernością i mającego potrzebę wykazania się strażnika... Tak! Tego potrzebowali! Jego Pan na pewno miał głowę na karku, czyż nie? Dopiero co stracił najlepszego przyjaciela, a jednak wciąż był w stanie na chłodno ocenić całą sytuację! Cały Karlgard powinien móc go takim zobaczyć! Nikt nie odważyłby się kwestionować wówczas jego predyspozycji, jako przyszłego następcy!

- Jeśli Wasza Książęca Mość odda mi do pomocy przynajmniej jednego strażnika - tu zerknął niepewnie w stronę wchodzących do pomieszczenia orków. Chętnie rozwiązałby wszystko sam, ale w swojej obecnej kondycji... Właśnie. W pierwszej kolejności naprawdę musiał sprawdzić, co jest nie tak z jego nogą! - Jestem pewien, że będę w stanie poczynić większość przygotowań do wieczora. Ah, właściwie, przywieziono razem ze mną pewnych niewolników! I mam wrażenie, że są mi winni... - zawahał się. - Są mi winni całkiem sporo? Wiem, że to może wzbudzać pewną kontrowersję, ale chciałbym z nimi porozmawiać w miarę możliwości?
Mógł śmiało zapomnieć o Zoli i pozostałych. Nie byłaby to najgorsza rzecz, jaką już w życiu zrobił, ani nawet też najmniej niewdzięczna. Jeśli jednak istniała szansa, że wszyscy nadal byli względnie cali i czuli przynajmniej minimum wdzięczności względem jego osoby, być może będzie w stanie zyskać nieoczekiwanych sojuszników? Sojuszników łatwych do kupienia, za to trudnych do przekupienia, gdy jako pierwszy postawi przed nimi propozycję wyzwolenia z okowów. Mógł sam nie posiadać takiej władzy, ale któż mu to niby zarzuci?

Kolejne wieści były dużo bardziej nieoczkowane. Ekscytujące i niepokojące zarazem. Cesarz zamierzał radzić się WIESZCZKI?! To nie wróżyło dobrze! Nie, być może i wróżyło... To jest - dobrze wróżyło... Wszystko zależało od tego, jaką w rzeczywistości była osobą i co wróżyć im tu zamierzała. Nigdy nie był osobistym fanem tejże konkretnie sztuki magicznej, co nie znaczyło, że nie umiał docenić ogromu wpływu, jaki potrafiła mieć na osoby, które w przeciwieństwie do niego BYŁY jej fanami.
Zebranie informacji zza morza mogło być trudne, tych z kontynentu nieco mniej, ale jeśli Ushbar oczekiwał od niego tego, czego Awaren sądził, że oczekiwał, każdy skrawek na temat Marii Eleny mógł być na wagę złota. Zrobienie z tej kobiety kolejnego sojusznika mogło być kluczem do zwycięstwa! Imię, które padnie z ust przesławnej wieszczki, zwłaszcza jeśli padnie publicznie-...! Ah! Chwila. Chwila moment! Czy Ushbar właśnie podjął, i to podjął wreszcie na poważnie, wyścig o koronę?!

Wreszcie oddelegowany, Foighidneach nieśmiało poprosił (o ile Ushbar nie wydał wcześniej nikomu ewidentnego rozkazu) jednego ze strażników o asystę. W pierwszej kolejności zamierzał wrócić do swojej małej, ciasnej, ale własnej kwatery, całe szczęście nie oddalonej przesadnie od tej części pałacu. Potrzebował usiąść, sprawdzić przy pomocy własnych umiejętności, co też nie tak było z jego nogą i czy da radę cofnąć z użyciem magii leczącej efekty środka, jaki został na nim zastosowany. Jeśli nic to nie dało, od razu zamierzał posłać po kobietę, która się nim opiekowała. Raport musiał poczekać na swoją kolej.
Tego samego strażnika zamierzał wpierw uprosić o znalezienie dla niego co najmniej dwóch gońców oraz zdobycie listy przyjętych w ostatnim czasie rekrutów do straży. Podkreślił, że chce spersonalizowanych opinii na temat każdego z nich. Wiek, urodzenie, klan, osobowość, cechy wyróżniające spośród reszty. W międzyczasie czekały na niego listy do Akademii... Z prośbą o natychmiastowe spotkanie, jak sądził, huh? Z rozkazu Księcia Ushbara, naturalnie! Nie mógł prosić o spotkanie samego rektora, ale zamierzał podkreślić wagę sprawy oraz jej utajnienie na tyle, aby nalegać na wysłanie co najmniej dwóch spośród trzech Geniuszy w jakich celował, wraz z zaufanymi asystentami. Jego celem byli patroni trzech wydziałów: Kolegium zaklinania i transsubstancji, kolegium iluzji i mistyfikacji oraz kolegium strategii i magii bojowej. Z ich z kolei strony będzie potrzebował pozyskać specjalistów w danych dziedzinach, posiadających odpowiednie kwalifikacje magiczne dla zabezpieczenia komnat księcia oraz wyznaczonej mu świty. Kto wie, być może też znajdzie wśród nich pomoc w śledztwie?
Tyle roboty, a tak mało czasu...

Cesarski Kompleks Pałacowy

20
POST BARDA
Ushbar uniósł znacząco brew, widząc reakcję Awarena na jego słowa. Nie przerywając poprawiania koszuli, którą na chama wciskał w portki, przerwał ostrym tonem elfowi: — To raczej oczywiste, że zostaniesz do tego oddelegowany. Przestań paplać bez celu, bo głowa zaczyna mnie od tego boleć. Pójdziesz zaraz z kilkoma strażnikami i przetrząśniesz jego dom od góry do dołu. Daj im chociaż zabrać ciało.

Z tymi słowami do środka weszli strażnicy, którzy zabrali z miejsca pod ścianą zwłoki. Kapitan zgodnie z życzeniem księcia stanął za drzwiami, zostawiając dwójkę sam na sam – a raczej księcia z niepowstrzymanym potokiem słów wylewających się z jego ust. Poruszając temat niewolników, cesarski syn nie mógł powstrzymać parsknięcia; chociaż szczerze powiedziawszy był to raczej cyniczny dźwięk nie mający nic wspólnego z rozbawieniem. — Tobie coś winni? Chciałbym to zobaczyć. Za chwilę porozmawiam z Vahgarem i ktoś z tobą po nich pójdzie... i pamiętaj, kogokolwiek wybierzesz do mnie na służbę, będzie na twoim sumieniu.

Ostatnie słowa podkreślił mocno, jakby wręcz chcąc przypomnieć elfowi, że każde potknięcie wybranych przezeń strażników będzie jego winą i to on zostanie za to ukarany. Jeśli więc chciał, aby książę był z niego w pełni zadowolony, musiał przebyć obszerny wywiad z przyprowadzonymi doń niewolnikami. Co prawda nie było ich wielu, ale jako jedyni przeżyli walkę z gnollami, co wedle prawa Drwimira klasyfikowało ich jako godnych bycia orkowatymi, nawet jeśli pomiędzy nimi była Zola.

Kolejny temat, który zaprzątnął umysł książęcego doradcy, to Maria Elena. Szczątkowe informacje, które miał o niej głównie ze względu na sławę kobiety, to zamiłowanie do ascetyzmu i niepokojąca aura rozchodząca się wokół niej. Miewała też tendencję do przepowiadania katastrof oraz bardzo niejasnych wizji, które ciężko było interpretować. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że nie będzie łatwym zadaniem wkupienie się w jej łaski; łatwo było się bowiem domyślić, że nie należała do przekupnych wieszczek, ani tych bardziej zaangażowanych w politykę. Ushbar jednak nalegał, a przynajmniej tak to odebrał Awaren, powody zostawiając dla siebie. Interpretację wiesz, co masz z nią zrobić można było wszakże odebrać na różne sposoby.

I tak też młody elf wyszedł wkrótce z pomieszczenia w towarzystwie jednego ze strażników, który chyba wolałby stać i pilnować drzwi do książęcej sypialni, niż poruszać się powoli za ułomnym fizycznie sierotą. Nie odzywał się jednak przez całą drogę, czasami jedynie rzucając zirytowane spojrzenia w stronę Awarena. W jego małym gabineciku oparł się o ścianę i gapił w okno, nie zwracając większej uwagi na poczynania Czarodzieja. Ten zaś pierw postanowił zorientować się, co się stało z jego nogą.

Szybko się zorientował, że na jego kończynę oprócz maści otępiających ból zastosowane zostało jakieś zaklęcie, które wedle jego oceny było najzwyczajniej w świecie spartaczonym zaklęciem nowicjusza. Nietrudno było cofnąć jego efekty, co ku jego zgrozie poskutkowało natychmiastowym, pulsującym bólem na łydce, w miejscu ugryzienia gnolla. Po kilkunastu minutach majstrowania z wodą i zaklęciami, zaleczył nieco ranę i uśmierzył ból, ale wiedział, że potrzebował kilka sesji leczniczych do pełnej regeneracji.

Oddelegowany do jego spraw strażnik wyszedł i nie wracał dosyć długo; zamiast tego wcześniej przyszli gońcy, których natychmiast posłał z listami opatrzonymi książęcą pieczątką do Akademii. Jeszcze między listą rekrutów wpadł inny posłaniec, zdyszany i ze złymi wieściami. Dom, w którym rezydował Ash'keen, właśnie się intensywnie palił i dym było nawet widać z okien. Jeśli Awaren tak czy siak tam poszedł, aby sprawdzić niefortunne zajście, nie było wiele do przeszukiwania; cała posiadłość spłonęła do cna, a wraz z nią zajęły się nawet budynki obok. Wśród popiołów leżało kilka ciał; później zidentyfikowano ich jako większą część rodziny i służbę orka. Jedne ze zwłok przykuły wtedy uwagę Awarena, leżąc niedaleko kominka – chociaż były zwęglone, ewidentnie leżały w centrum wybuchu. Z popiołów Awaren wygrzebał resztki fiolki, która później okazała się przydatna dzięki szczątkowej ilości jakiejś substancji na jej ściankach.

Raporty przyszły późnym popołudniem razem z informacją od dziekanów, którzy wyrazili chęć spotkania się na dzień jutrzejszy. Do tego czasu przeglądając pisma, Awaren zanotował kilka nazwisk wartych uwagi – rekrutów, którzy pochodzili z dobrych domów nie angażujących się zbytnio w brutalną politykę Urk-hun. Odnośnie drugiego raportu, według niego po zniknięciu elfa zaczęto poszukiwania i od nitki do kłębka znaleziono opłaconych dwóch łowców najemników, którzy zgarnęli wtedy elfa z ulic miasta i sprzedali dalej, do kopalni. Byli częścią nielegalnej siatki, która tak szybko, jak odkryła, że część z nich została przyłapana na gorącym użytku, zniknęła z miasta. Według ich zeznań przekazali nieprzytomnego Awarena szefowi, Sknarowi, który zajmował się interesami. Zanim powiedzieli więcej, znaleziono ich w kałuży krwi razem z pilnującym ich strażnikiem, któremu poderżnięto gardło.

Jeśli chciałby przesłuchać trójkę niewolników, znajdowali się w lochach, jako że potencjalnie byli według strażników kolaborantami w zamachu. Cała trójka – Zola, hobgoblinica, Zhog, który pomagał mu przechodzić przez korytarze, a także orczyca, której imieniem okazało się być Rigi, byli raczej wściekli na Awarena za zamknięcie ich tutaj. Po dluższej rozmowie i obadaniu sytuacji wyrazili jednak chęć na zdjęcie okowów, które wedle prawa prowincji były legalne – we Wschodniej Baronii nie możnna było jedynie tworzyć niewolników, respektując jednak prawa innych baronii. Orkowie i hobgoblinica byli lojalni i co do tego Awaren nie miał żadnych wątpliwości. Dał im możliwości, jakich nigdy nie zyskaliby bez niego. Kogokolwiek zaś podsunął Ushbarowi, ten po wstępnej analizie przyklepał.

Kolejne miesiące mijały pod znakiem niepokoju; pomimo poważnych zabezpieczeń i obsadzenia najbliższego toczenia Ushbara jego ludźmi, okazjonalnie zdarzały się ataki na jego osobę, fortunnie chybiające. Elf odkrył w nich po jakimś czasie wzór – zamachowcy zawsze byli mordowani albo popełniali samobójstwo, a nieliczni, których zdołał łapać, zdawali się być pod wpływem magii i z pozoru nie mający nic wspólnego ze sztuką zabójstwa. Za cholerę nie potrafił przy tym znaleźć najmniejszego śladu oprócz tych, które ledwo pozyskał w pierwszy dzień.

*** Gdzieś grubo na początku roku 92 Awaren był zawalony papierkową robotą, gdy przybył do niego posłaniec, przynosząc paczkę. W środku ku jego zaskoczeniu było kilka rzeczy. Pierwszą z nich była broń, z pozoru niewinnie wyglądająca. Drugą woreczek z czterema kostkami smoczymi, a trzecią... płócienne zawiniątko z daktylami. Na karteczce napisane było natomiast bardzo ładnym pismem:

Od ukrytej adoratorki

Odkładając na bok prezenty, Awaren mógł wrócić do spraw ważnych i ważniejszych, a tych było kilka. Przede wszystkim kilka godzin temu do pałacu zawitała w końcu, po tylu miesiącach zwłoki, Maria Elena wraz z córką aktualnie chorującej Dayanary. Jutro miał zostać wyprawiony bankiet, podczas którego publicznie miała ona przepowiedzieć cesarzowi, kto jest jego godnym następcą. Ushbar nawet wspomniał o tym kilka razy w ciągu ostatniego miesiąca, aby Awaren koniecznie się nią zajął. Jego nowe podejście przestało już dziwić elfa, który zauważył, że śmierć Ash'keena rozgoryczyła cesarskiego syna, który patrzył teraz na każdego spod wilka, jakby już wiedział, że jest zamachowcem. Wspominał nawet raz czy dwa o tym, że to na pewno któreś z jego rodzeństwa czuje w nim zagrożenie. Oczywiście nadal odmawiał sprawienia sobie kobiety, z którą mógłby począć dziecko.

Inną sprawą były powtarzające się co jakiś czas zniknięcia na terenie Karlgardu. Okazjonalnie, tylko w nocy, kolejni nieostrożni mieszkańcy każdej płci, rasy i wieku zapadali się pod ziemię w takiej częstotliwości, że nawet sam cesarz wyraził tym swoje zaniepokojenie. Raz czy dwa ktoś przebąkiwał o elfach, ale na dworze szeptało się, że to Zachodnia Baronia pod nieobecność Dayanary chamsko pozyskuje nową siłę roboczą spod nosa Buliara. Pikanterii dodawała informacja o powrocie do miasta Sknara, barona największej szajki zajmującej się przemytem żywego towaru. Tego samego, który dostał zlecenie na porwanie Awarena.

Spoiler:

Cesarski Kompleks Pałacowy

21
POST POSTACI
Awaren
Z ulgą wypisz-wymaluj na twarzy, Awaren pozwolił sobie na moment rozluźnić spięte do maksimum ramiona tylko po to, żeby zaraz ponownie je spiąć w styczności z groźbą odpowiadania za tyle istotnych drobiazgów dotyczących zarówno śledztwa, jak i bezpieczeństwa samego Ushbara.
Jeśli elf miałby być szczery, przyznałby, że i tak mieli całkiem sporo szczęścia, żyjąc bez groźby uwikłania w spiski i skrytobójstwa aż do tej pory. Oznaczało to tyle, że przez bardzo długi czas Ushbar nie był brany za opcjonalnego kandydata na drodze sukcesji, a to głownie za wszechobecnie dobrze znane, raczej średnie zainteresowanie babraniem się w polityce. Awaren robił to za niego i kto wie, czy to właśnie nie z racji tego Ash'keen ostatecznie skończył tak, jak skończył - niepotrzebnie uwikłany w cały bajzel. Elf w każdym razie nie zamierzał się w tę myśl nadmiernie zagłębiać. W stosunku do pewnych kwestii, lepiej było dla własnego dobra udawać ignorancję.

Przełykając gulę tworzącą się wysoko w gardle, Foighidneach uśmiechnął się nerwowo, a następnie gorączkowo pokiwał głową, w duchu dodając: Hahaha... Tu się rozumiemy, Wasza Wciąż Nieukoronowana Królewskość... Ja również bardzo chciałbym to zobaczyć. I nie zostać pozbawionym głowy w chwili, w której okaże się, jak bardzo się myliłem. Proszę, nie pozbawiaj mnie głowy. Bardzo lubię, gdy pozostaje przytwierdzona do reszty ciała. ...resztę tegoż także wolałbym pozostawić w jednym kawałku.
- Możesz na mnie liczyć! Zrobię, co w mojej mocy! - zapewnił gorączkowo, od razu czując, jak wielką presję wywiera na nim siła jego własnych słów, których nijako nie mógł teraz cofnąć. Oznaczało to tyle, co kolejne, licznie nieprzespane noce, spędzone na namiętnym kalkulowaniu oraz tworzeniu możliwie najlepszych taktyk działania na przyszłe tygodnie, a być może i miesiące.

Wreszcie odprawiony, Awaren opuścił komnaty Ushbara z głową nabuzowaną mnogimi wątpliwościami, zmartwieniami oraz planami - te ostatnie kluły się szczęśliwie dostatecznie mnogo. Zapewne powinien je zacząć w wolnej chwili spisać (używając wyłącznie elfickiego narzecza i najlepiej tylko sobie znanym szyfrem, ot, dla bezpieczeństwa).
Te też rzeczywiście zaczął sporządzać pomiędzy całą resztą papierkowej roboty, acz dopiero po rozwikłaniu stanu własnej nogi (w myślach posyłając partacza, który odprawiał nad nim zaklęcia, do jednej z demonicznych sfer - na głos zaś sycząc i jęcząc, gdy ból wrócił wraz z cofnięciem jego efektów). Właśnie dlatego wolał własnomagicznie dbać o stan swojego zdrowia! Ale, ale! Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wizja permanentnej utraty władzy w nodze była wszakże dużo gorsza! A tak? Tak musiał tylko... Poświęcić nieco czasu z jego i tak niewielkiej puli, i tak przez kilka kolejnych dni w swoim, stuprocentowo maksymalnie obciążonym od nowa grafiku... Tak, cóż... Po co komu sen, racja...? Hahaha... Tyle by chyba było z odpoczynku, który oryginalnie planował wybłagać u Ushbara. Nie ma mowy, żeby w najbliższym czasie odważył się poprosić orka o cokolwiek, co nie było konieczne lub związane z nowym nawałem zadań i obowiązków.

Awaren przypilnował, by każdy z gońców dokładnie wiedział, w czyje ręce ma zostać przekazany dany list. W obu bardzo stanowczo, ale i względnie grzecznie pokreślił, jak bardzo liczy się dla nich czas. Działać należało wszakże tak szybko, jak to tylko możliwe. Ledwie zdążył tak naprawdę dopiąć kwestie listowe, zanim niefortunne wieści w związku z wypadkiem, jakim był pożar w rezydencji do niedawna zamieszkiwanej przez Ash'keena oraz jego rodzinę, dotarły do jego długich uszu.
Niefortunny wypadek, ha-tfu! Gówno, nie wypadek! Prawie połamał sobie i tak uszkodzoną wciąż nogę, gdy w podrygach przyszło mu bieżeć byle dalej przed siebie i na miejsce zdarzenia, gdzie też ledwie oparł się ochocie rwania włosów z głowy na sam widok pogorzeliska oraz tego, co wciąż jeszcze płonęło.
Po cichu niechętnie pogratulował sprawcy, czy też sprawcom nie tyle przebiegłości, co zwyczajnego braku wahania oraz skrajnego wyrachowania stosowanych metod. Nie wróżyło to dobrze, a jednocześnie dość szczęśliwie w tym samym czasie potwierdzało, że zamachowcy nie potrafili stawiać swoich kroków zupełnie bezszelestnie. Pozostawiali ślady. Ślady, których musieli się pozbywać w brzydki sposób, jeśli chcieli je porządnie ukryć. Ponieważ działali mimo tego szybko i zaskakująco sprawnie, Awaren nie miał wątpliwości, że zdobycie przewagi będzie tutaj wyjątkowo trudne. Trudne, ale i nie niemożliwe, a potwierdził mu to flakonik, który odnalazł przy resztkach ciała osoby, którą najpewniej zmuszono lub nakłoniono do samobójczego aktu.

Głowa zaczęła mu ciążyć tego dnia jeszcze dobrze przed nadejściem upragnionych odpowiedzi - gdzieś pomiędzy pierwszymi stronicami raportów a dzbańcem słabego, rozwodnionego wina, którym ratował się w podobnych chwilach. Trunek był zbyt rozcieńczony, żeby jakkolwiek zmącić mu umysł, ale wciąż w jakimś nieznacznym procencie był alkoholem i pozwalał dzięki temu na niezbędne minimum odprężenia. Co było niezbędne, jeśli chciał powstrzymać trzęsące się ręce, dokończyć raporty oraz spisywanie własnych uwag.
Czy już wspomniał, że niejako podziwiał bezwzględność, z jaką działali ich przeciwnicy? Bo mimo całego podziwu, dużo bardziej przerażało go to, co mogli zrobić z nim lub Ushbarem, jeśli ich łapska kiedykolwiek zdołają ponownie ich dosięgnąć! Raporty tylko wszystko potwierdzały i z jakiegoś powodu sądził, że kolejna, podobna akcja skończy się wywiezieniem z miasta już tylko jego nieruchomych i być może niezupełnie kompletnych zwłok. Nie chciał nikomu dawać na to szansy, jeśli miał możliwość. Był przecież ledwie po czterdziestce!

Był późny wieczór, kiedy Awaren mógł wreszcie odwiedzić więźniów po uprzednim odnotowaniu najlepiej prezentujących się kandydatów na opcjonalnych ochroniarzy dla księcia. Wziął ze sobą oczywiście nieszczęśliwie złapanego wcześniej strażnika, nie śmiąc jak na razie poruszać się po terenach pałacu z taką samą swobodą, do jakiej przywykł. Nie, dopóki nie był pewny pełnej sprawności własnych kończyn.
Zola, Zhog i Rigi - mimo pewnej dozy irytacji, okazali się dokładnie tak chętni do współpracy, jak to sobie wyobrażał. Hej, był kiedyś na ich miejscu! Dobrze znał pokusę widma oswobodzenia z okowów. Nie wspominając o tym, że w przeciwieństwie do niego, mogli ją otrzymać właściwie już zaraz i od ręki. Odznaczyli się dostatecznie w kopalniach, dzięki czemu, zgodnie z przyzwoleniem Ushbara, wystarczyło dosłownie słowo, aby zostali mu oddani pod komendę.
Awaren nie miał nadmiernego doświadczenia w zarządzaniu zasobami orkowo-goblińskimi, co nie przeszkadzało mu w szybkim nadrabianiu zaległości. Na wstępie, jak można oczekiwać, solidnie przeprosił całą trójkę za zwłokę, wyjaśniając, że aż do dziś dnia pozostawał kompletnie nieprzytomny i pod wpływem efektów ubocznych Zaćmienia. Następnie, w rozsądnym stopniu rozrysował im całej sytuację, w jaką był najwyraźniej uwikłany, w jaką uwikłany był również jeden z pretendentów do tronu, któremu służył oraz w jaką uwikłaną pozostaną także i oni, jeśli zgodzą się przyjąć jego warunki. Stać się mieli wszakże nie tylko raz jeszcze prawowitymi członkami społeczeństwa, ale również częścią cesarskich zasobów. Fakt faktem, porażka Awarena oznaczała porażkę ich trójki, jednak zwycięstwo... Zwycięstwo stanowiło obietnicę dużo piękniejszego jutra. W każdym razie dla nich. Elf nie oczekiwał, aby wiele mogło zmienić się w jego własnym przypadku.
Po niezbyt długich dywagacjach i wciąż chętnym przyjęciu jego warunków, Foighidneach zdecydował się przydzielić Rigi, mającą najwyraźniej najbardziej cięty język spośród reszty towarzystwa oraz osobisty talent do zwracania uwagi na szczegóły, do prywatnej ochrony Ushbara oraz jego komnat. Miała przykazane zwracać duża uwagę na świeżo wrzuconego razem z nią do pracy młodzika, informując o każdym, dziwnym tudzież podejrzanym zachowaniu. Dla pozostałej dwójki miał coś nieco innego.

Flakonik wraz z resztkami płynu, przekazał jednemu z filarów Akademii, który to z kolei zobowiązał się do sprawdzenia go poprzez akademickich alchemików.
*** Czas mijał nieubłaganie. Dni zmieniały się w oka mgnieniu w tygodnie, a tygodnie w miesiące i nic nie szło w kwestii śledztwa tak, jak pewien elf sobie tego życzył. Nie każdy jego krok oraz plan natomiast palił na panewce! Tylko to zapewne wciąż ratowało jego biedną, spiczastouchą głowę.
Nowy rodzaj współpracy nawiązanej z Akademią oraz zespołem jego czarnoksiężników, był czymś, o czym Awaren nie śmiał wcześniej nawet marzyć. Skuszeni ewentualnymi możliwościami, jakie przynieść mogły dobre wyniki tejże, zwłaszcza poprzez zbliżenie się do być-może-przyszłego-władcy oraz jego dworu (tu elf przyłożył się nad wyraz starannie, aby zareklamować swojego suwerena w jak najlepszym świetle, przy okazji sprzedając niezliczoną ilość wazeliny komplementów drugiej stronie negocjacji), zgodzili się pomóc i zaoferować część swoich usług, o ile zapewniano im odpowiednie środki. Całe szczęście, Ushbar nie szczędził zębów, gdy w grę wchodziła wewnętrzna walka z osobami odpowiedzialnymi za zdradę popełnioną przez Ash'keena oraz powtarzające się od czasu do czasu, nowe próby zabójstw, które pewnemu elfowi spędzały sen z powiek.
Wszystko naturalnie rejestrował! Nie po to latami łatał dziury budżetowe i po cichu doprowadzał do pozbywania się wszystkich, którzy odpowiedzialni byli za korupcję w stolicy, aby teraz samemu za nią odpowiadać! Licytowanie się o towary magiczne było z tego jednak najgorsze. Całe szczęście znalazł pewnego handlarza, który był gotów pomóc w targowaniu się i negocjacji cen, w zamian za wyłączność na sprzedaż pewnych przypraw i ziół w mieście. Była to dość wygórowana cena, ale kontrakt miał obejmować tylko kolejne dziesięć lat, co komuś z rodzaju wysokich elfów, nie wydawało się aż tak długim czasem. Awaren często wysyłał na tego typu pertraktacje również Zolę lub Zhoga. Teraz, gdy ponownie obrośli nieco bardziej w mięśnie oraz tkankę tłuszczową, a na grzbietach nie nosili byle skrawków szmat, potrafili sprawiać onieśmielające wrażenie w roli przybocznej ochrony. Były to działania niezbędne, jeśli nie chcieli wywalać niepotrzebnej ilości kapitału na targowanie się z Akademią o niezbędne dla królewskiej gwardii oraz osobistej ochrony Ushbara talizmany ochronne, oraz zabezpieczenie samych komnat. Uczelnia dostawała nowe, lepsze ceny na niezbędne im zasoby, podczas gdy pałac otrzymywał specjalne zniżki na oferowane przez nich, zaklęte przedmioty oraz usługi - w tym niezbędną w niektórych punktach, pomoc wyspecjalizowanych w odpowiednich dziedzinach czarnoksiężników. Zwłaszcza, iż talizmany oraz zaklęcia rzucane na pomieszczenia, również potrzebowały być nasycane lub odnawiane co pewien okres czasu.
Awaren posiadał własny talizman, z którego jednakowoż nie korzystał na co dzień. Jak zauważył, aktywowany talizman znacząco zmniejszał jego wrażliwość na zmiany w otoczeniu. Pozostali jednak członkowie gwardii oraz ochrona stacjonująca w pałacu, miała obowiązek nosić je zawsze na wierzchu i był to nowy, odgórny rozkaz, na którego wprowadzenie Foighidneach nie musiał nalegać długo. Wystarczyło rozpuszczenie odpowiedniej ilości groźnie brzmiących plotek o niebezpiecznym, mącącym w głowach czarnoksiężniku na terenie pałacu. Doszło nawet do tego, że co roztropniejsi orkowie zamieszkujący tereny kompleksu pałacowego zaczęli zabezpieczać się na własne koszta. Straż także była ostrożniejsza i bardziej czujna. Nikt nie lubił niebezpiecznych szarlatanów, mogących czaić się po kątach. Wzmożenie ogólnej czujności, choćby i kosztem wcześniej panującego spokoju, było warte swojej wagi w złocie. Utrudniało swobodne poruszanie się.
Uzupełnianie energii magicznej nie należało do łatwych, ale wciąż brał w tym czynny udział, nie chcąc niczego zostawiać najbardziej przyjaznym magom z Akademii samopas. Była to tylko jedna z licznych, nowych rutyn, jakie spadły na jego barki.

Rigi wiedziała, co robi, kiedy ustawiała pod sobą trzech innych nowych i młodych rekrutów na osobistych strażników księcia, robiących co w ich siłach, aby przypodobać się zarówno starszej koleżance, którą zapewne brali za doświadczoną stażem na stanowisku (nic bardziej mylnego, ale kto próbowałby im to uświadomić?), jak i nie podpaść samemu Ushbarowi. Wszyscy byli zdeterminowani i chętni do zaradzeniu nowemu, nieznanemu zagrożeniu, jednak trzymani przy tym na tyle krótko, aby brawura nie uderzyła im zbytnio do głów.
Zhog towarzyszył Awarenowi, gdy ten musiał udać się poza tereny pałacowe. Elf nie miał dłużej odwagi szwendać się poza murami samopas. Ryzyko kolejnej wpadki z porwaniem było zbyt realne. Zbyt namacalne. I choć unikał tego typu wypadów w miarę możliwości, czasami należało ruszyć tyłek, by samemu odwiedzić Karlgardzką Akademię Czarnoksięstwa. Poza tym jego zadaniem było monitorowanie terenów wokół cesarskich włości. Był dodatkową parą oczu na korytarzach, placach i w ogrodach, które patrolował. Pozornie nie różnił się niczym od typowego gwardzisty. Wszystko, co wydawało mu się podejrzane lub niezgodne z rutyną dnia codziennego, miało być natychmiast raportowane Awarenowi.
Zola pozostawała najbliżej elfa przez większość czasu. Była dobrym słuchaczem i pomocnikiem, niezależnie od tego, ile z jego paplanin i tłumaczeń rozumiała w danej chwili. Poza tym, w przeciwieństwie do Zhoga, potrafiła poruszać się szybko i cicho. Przemykać niezauważenie i nie rzucać się w oczy w zupełnie innym stopniu niż wysoki elf. Nie zawsze potrzebowała się ukrywać. Czasami wystarczyło, że wmieszała się odpowiednio w tło, nie odstając aż tak bardzo od typowych mieszkańców tych ziem. Znacznie lepiej niż ktokolwiek inny mogła przyglądać się pracy służących oraz wszelkich, pomniejszych pracowników na terenach kompleksu.Hobgoblinica pomagała mu również z bardziej prywatnymi... praktykami.

Gdy Foighidneach odzyskał zdobyte w kryjówce handlarzy niewolników fanty, nie miał wiele sposobności na rozwikłanie ich wszystkich funkcji. Najłatwiejsze było odkrycie natury dziwacznego gwizdka, w który wystarczyło mu dmuchnąć jeszcze kilka razy tu czy tam. Pantofelki wciąż pozostawały wielką niewiadomą, pozostawioną do w lepszych czasach i warunkach. Zbyt szkoda było paradować w nich na co dzień. Zwój natomiast... Do zwoju elf przyssał się dokumentalnie od pierwszego zerknięcia w jego treść.
Los byław przewrotny i diabelnie ironiczny. Podczas gdy sprawa jakiegoś diabelnie utalentowanego czarnoksiężnika, specjalizującego się w magii wplywającej na umysł, odbierała mu możliwość porządnego wysypiania się, sam natrafił na zwój zawierający zaklęcie podobnego sortu.
Po dokładnym przestudiowaniu zwoju, elf uznał za całkiem prawdopodobne, że został on ongiś wykradziony właśnie ze zbiorów Karlgardzkiek Akademii. Na razie nie kwapił się natomiast, by to sprawdzić, czy też spróbować go zwrócić, jeśli jego przypuszczenia faktycznie były słuszne. Był cenny i zawierał równie cenną wiedzę, którą po niezbyt długich przemyśleniach, postanowił spróbować sobie przyswoić.
Czar, o jakim traktowało pismo, miał wywoływać u swojej ofiary halucynacje-... Nie, to też nie do końca to. Budził do życia lęki tego, na kogo został rzucony, niezależnie od tego, czy były one świadome, czy też podświadome, a następnie tworzył ich iluzję widoczną tylko i wyłącznie dla jego oczu. Iluzję tego, co go najbardziej przerażało, realną tak dla oczu, jak i reszty zmysłów. Rzucenie zaklęcia na dostatecznie wysokim poziomie miało szansę sprawić, że siła strachu była dla umysłu ofiary na tyle potężna, by z miejsca ją sparaliżować, doprowadzić do natychmiastowego ataku paniki lub histerii i zaburzyć jej racjonalny tok rozumowania niezależnie do tego, jak nieuzasadniona w danej chwili była to obawa.

Niewielka ilość czasu, jaką Awaren powinien raczej przeznaczyć na odpoczynek, została więc szybko poświęcona celom naukowym. Choć zdawał sobie sprawę, że nie była to najlepsza pora na zagrzebywanie się w dodatkowej pracy, sytuacja z Ash'keenem dała mu wiele do myślenia.
Niezależnie od wrażenia, jakie sprawiał na co dzień, uczucie kompletnej bezradności nie było mu wcale aż tak dobrze znane. Wychodził z założenia, że dopóki będzie wiedział, jak i kiedy wycofać się z niebezpiecznych okoliczności, na co też czuł się zawsze w jakimś stopniu przygotowany, życie będzie toczyć się dalej, a on razem z nim. Tak długo, jak długo zdoła uniknąć śmierci, niezależnie od odniesionych po drodze porażek i ofiar, będzie w stanie pogodzić się ze swoim losem i ruszyć dalej. Wystarczyło pozostać niezauważonym i unikać zagrożenia. Wystarczyło schować się za zaklęciem lub odpowiednio szerokimi plecami kogoś, kto mógł przyjąć ewentualny cios za niego. Mógł działać w ten sposób, ponieważ był tchórzem i nigdy nie starał się tego zmienić. Jego kręgosłup moralny nigdy nie należał do najmocniej rozwiniętych, a i życie układało się dla niego w sposób, który nie nakłaniał do zmian. Wiedział to i akceptował. Do czasu.
Mówiąc wprost - mylił się. Mylił się i obecnie wcale nie chciał zostać w żaden sposób zmuszony do opuszczenia Karlgardu. Nie chciał zostać zmuszony do ucieczki ani zwrócenia się plecami do swojego suwerena. Jego pozycja mogła być daleka od idealnej. Jego życie mogło nie wyglądać tak, jakby tego chciał ani też tak, jak to sobie za młody wyobrażał, lecz gdy został wywieziony poza granice miasta, nie potrafił wyobrazić sobie dłużej innej opcji, jak tylko opcję powrotu do domu. Z powrotem do Karlgardu. Nawet jeśli zdawał sobie sprawę z możliwych konsekwencji, wciąż wybrał zaskakująco lojalne jak na niego zachowanie. Gdy ręce Ash'keena zamykały się w morderczym uścisku na szyi Ushbara, również o mało nie stracił głowy w ślepym przerażeniu o życie orka, który w swoich niedelikatnych złośliwościach doprowadził do większej ilości złamań w jego kruchym ciele, niż Awaren był zdolny zliczyć. Jeśli na jego miejscu byłby ktoś inny spośród jego pobratymców, nieznający się dostatecznie na medycynie i magii leczącej, nie przeżyłby nawet połowy z tego, z czym on sam miał już tutaj do czynienia. Być może był szalony, a być może Urk-hun zapuściło w nim korzenie zbyt głęboko, żeby był w stanie ot tak się ich pozbyć.
Nie mając siły fizycznej tam, gdzie decydowała ona o przeżyciu oraz wierze w cudze możliwości, potrzebował czegoś więcej. Potrzebował silniejszej magii. Zaklęć, które mógł skierować przeciw wrogom, jeśli ci staną na jego drodze i zablokują ją. Jak inaczej zresztą miał zjednać sobie pełne zaufanie cesarskiego księcia, jeśli wciąż podejrzewał, że za cenę własnej skóry sprzeda go byle kiedy? ...Co nie było do końca nieuzasadnione?

Zaklęcie bazowało jednakowoż na żywiole, z którym nigdy nie obcował w praktyce i to też znacząco utrudniało sprawę. Kimże jednak byłby typowy, Wysoki Elf, gdyby perspektywa zgłębienia nowych tajników magii nie skusiła go w dostatecznym stopniu?
Korzystając z nowo nabytych kontaktów i konszachtów z czarnoksiężniczkami z Akademii, Awaren studiował zatem księgi, doradzał się i prosił o wszelkie, dostępne metody ćwiczeń, które przybliżyć mu miały naturę magii powietrza. Wkupienie się w łaski było już na tym etapie jego drugą naturą, a jeśli miał coś na tym zyskać, mógł to robić absolutnie bezwstydnie.
Zaburzony jeszcze bardziej niż dotychczas rytm snu nadrabiał częściowo poprzez medytacje i odpowiednie eliksiry, jeśli tylko miał możliwość na ich nabycie. Medytacje były dobrą formą zarówno na zmniejszenie uczucia zmęczenia, uspokojenie i odświeżenie umysłu, jak i dodatkową formą ćwiczeń na koncentrację, której później potrzebował, jeśli nie chciał ryzykować popełnieniem głupiego błędu w trakcie magicznych praktyk. Stopniowo wyrobił sobie nawyk ćwiczenia zaraz po przebudzeniu oraz zaraz przed położeniem się (o ile nie zasnął wcześniej z głową w papierach gdzieś przy biurku).
Czas na sen zmniejszył do absolutnie niezbędnego trzeźwemu i sprawnemu funkcjonowaniu minimum. Nie był to wciąż stan podobny do insomnii. Gdy zasypiał, spał głęboko, nawet jeśli krótko i bynajmniej nie tak łatwo było go obudzić, dopóki jego organizm nie uznał, że zbliżała się właściwa godzina.

Zola oraz pożyczony z Akademii nowicjusz, dla którego pomoc Awarenowi miała być najwyraźniej formą kary za jakieś drobne przewinienia czy też kiepskie wyniki w nauce, stanowili w pełni świadome swego losu króliki doświadczalne, na których co rusz usiłował testować zaklęcie. W przypadku Zoli, co pewnie nie było do końca w porządku, hamował się dużo bardziej, niż gdy obiektem eksperymentów miał być czarnoskóry chłopak. Z racji zachowania bezpieczeństwa, obydwoje zostawali wcześniej częściowo unieruchamiani miękkimi, ale wytrzymałymi pasami materiałów, którymi obwiązać można było kończyny. Były to rzadkie, sporadyczne sesje, które mógł policzyć na palcach dłoni. Organizował je wyłącznie wtedy, kiedy odnosił wrażenie osiągnięcia pewnego przełomu. W innych wypadkach starał się wychodzić z zaklęciem przeciwko drobnym zwierzętom, które czasami na prośbę złapała dla niego hobgoblinica.

Zasadnicze różnice pomiędzy magią wody a powietrzem, nie były całe szczęście aż tak kolosalne, jakby to miało miejsce w przypadku ognia, czy ziemi. Mimo to, zmęczenie nie raz i nie dwa lubiło wychodzić na przekór determinacji elfa, zmuszając go do dużo wolniejszego robienia postępów.
Awaren wciąż dwoił się i troił, usiłując połączyć stare obowiązki z nowymi, częściej niż kiedykolwiek wykorzystując do pomocy rytuał tworzenia sobowtóra samego siebie. Gdy Zola po raz pierwszy zobaczyła dwóch Foighidneachów pracujących przy tym samym biurku, o mało nie wpadła w histerię.

Z początku, Awaren cieszył się, że Ushbar w końcu odciążył go z części obowiązków, które wcześniej (przez lata) wolał zrzucać w pełni na swojego, jeszcze wtedy niewolnika, a obecnie, teoretycznie w pełni oswobodzonego sługę. Była to wciąż pewna forma ulgi oraz godzina lub dwie, które mógł i oczywiście od razu przeznaczył na zajmowanie się innymi rzeczami. Ponieważ jednak elf był bardziej spostrzegawczy, niż czasami by sobie tego życzył, szybciej niż wolniej zauważył, że cesarski syn bynajmniej nie robił tego z litości ni gwoli średnio realnej troski o jego zdrowie.
Śmierć Ash'keena pozostawiła skazę, która odbijała się w profilu Ushbara, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Widać to było w drobnych gestach, spojrzeniach, odruchach, a nawet doborze słów. Wszystko to sprawiało, że Awaren przeklinał Ash'keena częściej, niż był tego w rzeczywistości wart. Miał przynajmniej nadzieję, że częściej zdarzało mu się robić to w myślach, niż na głos, ponieważ jego tendencja do mamrotania pod nosem pozostała tak samo zła (o ile był przekonany, że w pobliżu nie było nikogo obcego), jak zawsze.
Nie nawykł do tego. Zdecydowanie nie nawykł, do oglądania swojego pana spiętego, z oczyma czujnie przeszukującymi ciemniejsze kąty korytarzy oraz komnat. Od tego miał już przecież Awarena! Gdyby tylko ufał mu w dostatecznym stopniu-... Książe miewał jednakowoż zarówno te lepsze, jak i gorsze dni. W trakcie lepszych, wciąż od czasu do czasu podstawił mu nogę, której szpiczastouch nie starał się już nawet zauważyć. W gorszych... W gorszych, ten sam uniżony sługa wysilał się, aby nijako nie podpaść, a jednakowoż spróbować czasami rozjaśnić ewidentnie czarne myśli Ushbara. Potykał się wówczas choćby i o własne nogi, jeśli uznał, że istniała szansa na poprawienie mu tym nastroju. Kilka razy rozwalił sobie przy tym nos.

Problem z zamachami oraz strach przed gniewem Ushbara, którego cierpliwość w oczekiwaniu na rezultaty śledztwa i tak przekroczyła już dawno granice, zmusiła wreszcie Awarena do wystosowania trzeciego z kolei listu do karlgardzkiej Akademii, odnośnie do tego samego życzenia - prośby o dostęp do listy studentów, absolwentów oraz wykładowców, którzy ukończyli ją z najlepszymi wynikami w dziedzinie magii manipulującej umysłem, czy też odznaczającymi się umiejętnościami wpływania swoją wolą na myślenie innych w swoim otoczeniu. Dostęp ten dwukrotnie został mu już odmówiony.
Przecierając dużo mocniej niż kiedykolwiek wcześniej podkrążone oczy, Foighidneach wychylił się ze swojej pufki, na której pracował przy niskopodłogowym biurku.
- Zola? - zawołał, machając ręką nad pergaminem, w celu szybszego osuszenia atramentu. - Mogłabyś zaraz pobiec z czymś dla mnie do Akademii?
Ostatnie miesiące nauczyły go nieco bardziej ufać w szybkie nogi hobgoblinicy niźli przypadkowego gońca. Magowie z uczelni także dużo chętniej i szybciej przyjmowali tę samą, znajomą z czasem twarz.
- Swoją drogą... Uhh. Nie widziała może gdzieś okropnie wyświechtanej, pożółkłej od słońca koperty? Wygląda, jakby wyciągnięto ją wcześniej z psiego pyska i prawdę powiedziawszy pachnie też niewiele lepiej-... Ah! Nieważne! Mam ją!
Podczas gdy jedna dłoń wciąż niestrudzenie wachlowała świeżo spisany kawałek papieru, drugiej udało się wygiąć pod dostatecznym kontem, aby otworzyć jedną z cienkich szuflad i wygrzebać z niej wyczekiwany z dawna list.
Niedługo po otrzymaniu od Ushbara wieści o wizycie Marii Eleny, Awaren zaczął naturalnie szukać osoby, która zgodziłaby się za przyzwoitą cenę dostarczyć mu na czas odpowiednie informacje na temat wieszczki. W słowniku niektórych osób "na czas" oznaczało niestety tyle, co "w przeddzień przybycia tejże", ale zawsze lepiej późno niż wcale, racja? Racja??? Haha... Hahahaha... W ogóle nie zmuszało go to do coraz większych rozterek i nie zmniejszało apetytu każdego dnia przez ostatnie tygodnie. Wcale nie dostał też okropnego ataku paniki, gdy statek, jakim podróżowała kobieta, nareszcie przybył do stolicy. W ogóle.
Rzecz w tym, że potrzebował czegoś więcej niż byle mgliste plotki docierające do nich zza morza. W jakim stopniu faktycznie sprawdzały się jej wróżby? Jakie były jej osobiste słabości? Jak bardzo zżyła się na podłożu emocjonalnym z córką Dayanary? Czy istniała szansa, na przekupienie jej? Jeśli tak, to jakim sposobem? Co mogło ją zainteresować?

- Ah, umm... Powiedz... Dostarczyłaś list, który napisałem do naszego szanownego gościa? Racja. Racja... Dostarczyłaś. Sam nie wiem, po co znowu pytam, hahaha! Wybacz! - starając się odrzucić na bok zarówno psychiczne, jak i fizyczne zmęczenie, starannie zapakował i zapieczętował list przeznaczony dla magów z Akademii, po czym z wolna zaczął rozcinać kopertę, która dotarła do niego z wyspiarskiego królestwa. - Bo wiesz, byłoby naprawdę miło, gdyby od razu dała mi swoją odpowiedź, zamiast kazać czekać na nią dobre pół dnia? To naprawdę nie takie trudne, naskrobać raptem kilka słów - biadolił tylko po to, żeby sobie pobiadolić, nie oczekując żadnej konkretnej odpowiedzi ni reakcji.
Zola zapewne nauczyła się, że czasami biedny elf miał po prostu potrzebę odnoszenia wrażenia, że ktoś słucha jego utyskiwań. Robienie tego przy Ushbarze nie wydawało się już dłużej bezpieczne.
Awaren wykorzystał swoją pozycję, aby i w rzeczonej wiadomości do Eleny posłużyć się cesarską pieczęcią. W imieniu Ushbara, co było tym razem dość ryzykowne, wystosował życzenie o krótki seans, gwoli upewnienia się, że mają do czynienia z prawdziwą Marią Eleną, nie zaś byle uzurpatorką głodną bogactwa wynikającego z jej sławy. Ryzyko było jego zdaniem warte świeczki i czy nie należał do osób umiejących wyłgać się z niemalże każdego przekrętu czy potknięcia? Jeśli posiadał jakiś talent, to wymyślanie kłamstw na poczekaniu stało dostatecznie wysoko w rankingu!
- Jeśli nie uda mi się spotkać z nią przed jutrzejszym bankietem, będę miał problem. Duży problem. - kontynuował nerwowo, niemalże boleśnie wyłamując długie palce nad wymemłanym listem z Archipelagu. - Problem, pod tytułem: "Miałeś się nią ZAJĄĆ, Awaren. Miałeś zrobić z nią PORZĄDEK, Awaren!" Nie, żeby aż tak często wołał mnie po imieniu. Jego Książęca Mość, mam na myśli... Miło by było, gdyby tak robił. Przynajmniej miałbym pewność, że w ogóle pamięta, jak się nazywam. - wzdychając ciężko, pokręcił głową do własnych, bzdurnych myśli.
Bycie zajętym mężczyzną miało swoje plusy. Ot choćby taki, że pozwalało zapomnieć o przytykach Rigi sprzed paru miesięcy. Jego umysł nie miał na tyle wolnego czasu, aby marnować go na zastanawianie się nad swoją własną rolą czy też obejmowaną pozycją. Musiał skupić się na przeżyciu tego całego bałaganu, którego teraz był częścią!

- Hej, Zola? Wiem, że to nie twoje zmartwienie, ale jak myślisz - tu ściszył konspiracyjnie głos. - Sądzisz, że powinniśmy się jej po prostu pozbyć...? Jeśli nie wytypuje Ushbara jako następcy w swojej przepowiedni, moja głowa naprawdę może polecieć, niezależnie od tego, ile będzie w tym głupiego teatrzyku, a ile prawdy.
Starając się wygładzić wymęczone drogą morską listy, elf zerknął na pakunek, który został mu niedawno przyniesiony. Wciąż nie potrafił pogodzić się z mocno mieszanymi uczuciami, jakie napadały go za każdym razem, gdy zerkał w jego kierunku. Czy powinien uznać to za formę przekupstwa? Jeśli tak, to przez kogo? Awaren nie miał żadnych adoratorek, tego akurat był pewien bardziej niż czegokolwiek innego na tym świecie. A już na pewno nie na tyle majętnych, aby przesyłały mu równie drogie składniki, przysmaki oraz oręż. Tym pierwszym, elf nie mógł się nadziwić przez długi czas po rozpoznaniu, wzdychając i mamrocząc do samego siebie w ekscytacji. Na widok drugich, o mało się nieelegancko nie poślinił, natomiast gdy palce jego dłoni musnęły skromnie wyglądającą rękojeść, wzdrygnął się i szybko wycofał ją z zasięgu. Jakiś czas poświęcił studiowaniu jej z odległości. Rękojeść wykonana została z jadeitu w kolorze przywodzącym na myśl piaski pustyni. Nosiła na sobie lekkie ślady żłobień. Ot niewinne zawijasy, nierzucające się specjalnie w oczy, za to wyczuwalne pod palcami.
Awaren nie był znawcą broni. Gdy po raz pierwszy ojciec wcisnął mu w garść kawał metalu, miał ochotę cisnąć nim jak najdalej od siebie. Nigdy nie nauczył się wiele więcej poza ogólną teorią posługiwania się mieczem. Po długiej dywagacji doszedł jednak do wniosku, że kształt tego, co zostało mu ofiarowane, najbardziej przypominało szable. Nieco krótszą od standardowych, gdy po kilku bardzo nieufnych podejściach, wreszcie wyswobodził ostrze ze skromnej, ale porządnie wykonanej, obszytej twardym materiałem pochwy.
Szabla była wyjątkowo lekka i dobrze naostrzona, ale tym, co martwiło elfa, to raczej dziwna energia, jaka wydawała się od niej bić. Nic dostatecznie silnego, aby mogło sugerować o nałożeniu klątwy lub niebezpiecznego uroku, ale wciąż sprawiającego, że wolałby raczej powiesić ją na ścianie, niż trzymać przy pasie.

Wzdychając ciężko, mag przekręcił głowę i podniósł wreszcie oczy na list, który wciąż wymagał jego uwagi. Mario Eleno, Mario Eleno... Co powinienem z tobą zrobić?
Sprawa Sknara była chyba jeszcze bardziej śliska, jeśli nie mniej nagląca. Awaren wiedział, że należało skontaktować się z draniem w ten, czy inny sposób. Być może powinien to zrobić osobiście? Nie chciał. Była to ostatnia rzecz, o jakiej marzył! Naprawdę! Bał się niemniej, że w przypadku nieudanej obławy facet zapadnie się znowu pod ziemię. Ale to zostawić należało na zadanie wymagające planowania za dzień lub dwa. Gdy przekona się, czy przyjdzie mu tego dożyć.

Cesarski Kompleks Pałacowy

22
POST BARDA
Dla niektórych mieszkańców Karlgardu dni mijały leniwie, jeden po drugim, tydzień po tygodniu, niezliczone i w większości niewarte zapamiętania. Dla Awarena czas płynął zupełnie inaczej; przeciekał mu przez palce, wiecznie było go za mało i zbyt szybko się kończył. Elf budził się wcześnie rano, czasem nawet przed pierwszymi promieniami słońca, by zasypiać grubo po zachodzie, przeciążony obowiązkami, jakie na niego narzucono, własnymi obawami i planowaniem tego, czego zaplanować się nie dało. Zobowiązania względem Ushbara stanowiły jednak priorytet. Poza nimi udało mu się wyleczyć nogę do stanu, w którym po ranach zostały tylko ledwie widoczne blizny, wprowadzić do służby trójkę swoich towarzyszy w niedoli i nawiązać współpracę z Akademią.
Co do tego ostatniego, była ona całkiem owocna, a przynajmniej tak wydawało się na pierwszy rzut oka. Awaren nie miał okazji spotkać się osobiście z uczonymi, z którymi współpracował, ale cesarska pieczęć, jakiej używał w swojej korespondencji, otwierała mu wiele drzwi. Prawdopodobnie to dzięki niej tak szybko otrzymał wyniki badań nad flakonikiem odnalezionym w zgliszczach spalonego domostwa, które jednoznacznie sklasyfikowały nieznaną mu substancję jako miksturę alchemiczną o wybuchowych i łatwopalnych właściwościach. Dowiedział się również - co w gruncie rzeczy było dość niepokojące - że nie wdając się w szczegóły owa mikstura stworzona została prawdopodobnie na terenie samej Akademii, jako że była ona jedynym miejscem w Karlgardzie, w którym istniał dostęp do odpowiednich składników i warunków jej wytworzenia. Czy w takim razie ktoś z cesarskiego dworu, kto odpowiedzialny był za ostatnie zamachy na księcia Ushbara, również miał dostęp do specjalistów z Akademii, czy może wina za ataki leżała po stronie zupełnie kogoś innego - kogoś, kogo Awaren nie wliczał jeszcze do równania?
Podczas ostatnich miesięcy kilkukrotnie zdarzyło mu się spotkać tam Everamkę, którą zobaczył po otwarciu oczu te wiele tygodni temu, gdy już wrócił do pałacu. Kobieta wciąż wydawała się być nastawiona do niego przyjaźnie, przedstawiła mu się nawet jako Khadi i czasem pozwalała sobie zabawić go rozmową, gdy akurat nikt żadnego z nich mniej lub bardziej agresywnie nie pospieszał. Nie była jedną z uzdrowicieli, ale pewne umiejętności medyczne miała i pracowała dla nich jako pomoc. Wydawała się go lubić, tak po prostu, co nie było częstym wrażeniem, jakie Awaren odbierał ze strony osób zamieszkujących pałac.
Informator, którego opłacił w celu uzyskania czegoś na temat Marii Eleny, cóż... nie przyniósł niczego nadzwyczaj zaskakującego. Określał ją jako wieszczkę, przez niektórych uważaną za wizjonerkę, a przez innych za wariatkę. Półelfka ponoć wygląda jak Kariila, albo to Kariili przypisywana jest jej uroda? Przepowiednie, jak to z przepowiedniami bywało, często były na tyle mgliste, że można było dowolnie dopasować je do wydarzeń, jakie miały miejsce na świecie. Czy to znaczyło, że Foighidneach mógł spodziewać się wróżby, która przyniesie mu stryczek, albo szybką dekapitację - tego nie wiedział. Pozostało mu czekać na bankiet... i na spotkanie z księciem Ushbarem, na które Maria Elena listownie zgodziła się już po zacumowaniu w karlgardzkim porcie. Niestety jednak, spotkanie odbyć się miało dopiero po bankiecie, bo wróżba dla cesarza stanowiła priorytet. Przepowiednia po przepowiedni, z których zarówno jedna, jak i druga, mogły obrócić życie elfa do góry nogami.
Sam Ushbar, gdy otrzymał od Awarena tę informację, wydawał się całkiem zadowolony, a na jego ustach pojawił się nawet cień uśmiechu. Może to było dokładnie to, o co mu chodziło, gdy kazał zająć się wieszczką? A może wręcz przeciwnie, a spotkanie uważał za doskonałą okazję do pozbawienia jej na wszelki wypadek życia, jeśli jej słowa podczas bankietu go nie usatysfakcjonują? Paranoja orczego księcia mogła posunąć go do drastycznych decyzji, których nie uważał za stosowne z nikim uzgadniać, a na pewno nie z Awarenem... choć ten miał robić przecież za jego doradcę. Tak czy inaczej, była to wiadomość, jaka poprawiła jego ponury nastrój i zmieniła standardowego kopniaka na pożegnanie w mniej lub bardziej aprobujące klepnięcie w ramię, które i tak wypchnęło Foighidneachowi powietrze z płuc i zostawiło krwiaka na jego delikatnej, jasnej skórze.
Choć to nie było towarzystwo, jakie ani jeden, ani drugi by dla siebie dobrowolnie wybrał, sporo czasu z Awarenem spędzał Zhog, nie tylko jako jego ochroniarz podczas opuszczania pałacu, ale także ze względu na fakt, że ork wysyłany był co rusz do Akademii, a to właśnie elf kontrolował ten konkretny handel i wymianę informacji. Po tylu miesiącach byli już do siebie przyzwyczajeni, na tyle, na ile dało się przyzwyczaić do siebie w tak nietypowym duecie.

***
- Tak - odparła Zola krótko na pytanie o pozbycie się wieszczki. - Takie wróżby zwykle wynikają albo z szaleństwa, albo ze zjedzonych grzybków. Nie warto za nie nadstawiać karku.
Wydawała się dość pewna swoich słów, choć Awaren widział minusy takiego rozwiązania. Maria Elena była znana na całym świecie, tak samo jak jej przepowiednie. Śmierć w progach cesarskiego pałacu w Karlgardzie postawiłaby Buliara politycznie w bardzo nieprzyjemnej sytuacji, nawet jeśli nie byłaby ona połączona z agresją w kierunku żadnego konkretnego królestwa. Wieszczka zakładała, że będzie tu bezpieczna, dlatego więc zapewne zgodziła się przyjąć zaproszenie.
Wieczór poprzedzający dzień bankietu dobiegał końca - a właściwie przechodził już powoli w głęboką noc. Stos papierów na biurku Awarena i ilość obaw w jego głowie nie malały. Nie pomagała w tym również migrena, męcząca elfa co kilka dni. Zmiany pogody musiały dawać mu się we znaki.
- Jesteś zły, że nie zgodziła się spotkać przed bankietem? - spytała hobgoblinka, a jej spiczaste uszy poruszyły się z zaciekawieniem, gdy przyglądała się elfowi, oparta o ścianę przy wejściu. Zbierała się już, nie zamierzała przecież spędzać w nocy w jego gabinecie, zwłaszcza, że z nim nigdy nie było wiadomo, jak długo zamierzał jeszcze pracować. - Mogę spróbować dowiedzieć się, w których skrzydle i w jakich komnatach ją ulokowano, jeśli chcesz.

Spoiler:
Obrazek
ODPOWIEDZ

Wróć do „Karlgard”

cron