Komandoria Zakonu Sakira

106
POST BARDA
Lucasowi ponowy kontakt z innymi ludźmi (nawet jeśli byli to oskarżający go o przestępstwa Sakirowcy) z pewnością pomagał w powrocie do sił mentalnych, choć ciało nie dawało po sobie znać. Na szczęście jego zdolności retoryki rozkręcały się z każdym wypowiedzianym słowem, niczym niedźwiedź wybudzony z letargu. Jego rozmówca, szanowny Pan Rycerz o Blond Włosach, zdecydowanie to dostrzegł, toteż uniósł prawą brew w zaintrygowaniu, pomimo tego że na jego twarzy wciąż malowała się obojętność i znurzenie.
- Och, a więc kłamie pan na temat swojej tożsamości podczas oficjalnego przesłuchania? Nie omieszkam zapisać tego do protokołu. - po czym jak rzekł tak zrobił, bazgrząc coś na papierze. - Radzę uważać następnym razem, o ile takowy nastąpi. Zakon ma swoje sposoby potwierdzania tożsamości raz zarejestrowanego "dzikiego maga", że się tak wyrażę.
Przesłuchujący wysłuchał krótkiego wywodu Szakala a na jego koniec skwitował go swoim pierwszym okazem emocji - krótkim, delikatnym parsknięciem śmiechem przez zamknięte usta i mimowolnym uniesieniem kącika ust.
- O tak, z pewnością tak potężny czarnoksiężnik jak pan był wręcz zmuszony uciec się do magii w starciu z bandą rozjuszonych żebraków... - Zaskakującym było jak nagle jego ton wypowiedzi wręcz ociekał ironią. Niemniej zaraz powrócił do wcześniejszego, bardziej formalnego siebie. - Widocznie obcy panu termin "przekroczenia obrony koniecznej", a w przypadku magów jest to pojęcie niezwykle przydatne w poruszaniu się po meandrach oskarżeń prawnych, ale... skąd panu to wiedzieć? W końcu nie skończył pan żadnej uczelni magicznej.


Ich głosy odbijały się po trochu echem w prawie że pustej celi, toteż każda pauza niosła ze sobą cień ostatniego wypowiedzianego słowa. Płomienie świec zdawały się reagować na każdy najmniejszy powiew wiatru z ich ust a ich światło tańczyło po nierównych kamieniach ścian, nie dając ukojenia oczom Lukasa, nawet kiedy były skierowane na dół. Jednak teraz, na pewną chwilę, spróbował wbić wzrok w młodego rycerza, próbując dodać sobie powagi, czy być może złowieszczości. Niestety nie obyło się to z jakąkolwiek reakcją od rozmówcy. Ten tylko, jedną ręką pisząc słowa Barkera, drugą podpierając podbródek, spoglądał to raz na Szakala a raz na papier. Nie zdawało się go poruszać nic - nie zareagował słysząc nazwisko Johnstona, czy też gdy Lucas mówił o Sarze. W całej tej wypowiedzi jedynie raz przerwało mu kaszlnięcie zza pleców, które pochodziło od starszego strażnika więziennego.
Lucas Barker wykonał teatralną przerwę po podsumowaniu swojej wersji wydarzeń, a przesłuchujący nie zakłócił jej żadnym słowem od siebie, gdyż dalej notował. Wtedy karmazynowogrzywy wygłosił swoje przypuszczenia odnośnie swojego losu i opinię na temat prawości Zakonu. Choć trzeba było mu przyznać, że język i bystrość umysłu wracały do swojego naturalnego stanu, tj. cwaniactwa, a modulował głos naprawdę przekonująco to blond rycerz... dalej zdawał się mieć to wszystko gdzieś. Ba, nawet miał czelność ostentacyjnie ziewnąć, zasłaniając paszczękę wierzchem dłoni.
- Do tego, co pana czeka w najbliżej przyszłości jeszcze przejdziemy, ale z racji mojej własnej ciekawości chcę coś sprawdzić. Otóż pana historyjka zawiera pewne luki.


Niespodziewanie rycerz odłożył pióro do inkaustu i odsunął swój raport na bok. Pochylił się następnie nad stołem, teraz opierając podbródek o obie wyprostowane dłonie, tworząc podpórkę. Nagle ze znudzonego biurokraty zamienił się w zaintrygowanego rozmówcę, a Lucas był w stanie dostrzec teraz nawet błękitną barwę jego tęczówek.
- Mówi pan o dobrych relacjach z karczmarzem, tymczasem z naszego wywiadu nie dość, że pan Thomas podał pana drugie nazwisko, Lucas Barker właśnie, to w dodatku nie mówił o panu miło. Coś tam co prawda mówił o wcześniejszej dobrej znajomości, ale wczorajszego wieczoru był pan dla niego jedynie utrapieniem. Powiedział coś o byciu "durniem", "dupkiem", "chlejusem" i o "braku szacunku", ale mniejsza.
- Wspomniał pan też o innej magini, tak? Niejakiej... - tu zakonnik musiał na chwilę zerknąć na swe notatki - Sarze? Nasz patrol nie zastał nikogo takiego na miejscu zdarzenia, karczmarz mówi że był z panem sam. W końcu podczas epidemii interes mu się nie kręcił. Anomalie magiczne, których pan doświadczył, z pewnością mają wiele wspólnego z tym co się dzieje teraz na niebie, więc wyjątkowo byłbym skłonny uwierzyć w zwalanie winy na bogów niż jakąś wyimaginowaną niemowę. A odnośnie pożaru... - rycerz wyprostował się na chwilę, jakby przeciągając się ze sztywności, a następnie usiadł prosto, znów opierając tylko palce jednej ręki na brzegu stołu.
- Pożar mógł pan wywołać nieumyślnie. Ostatnio w mieście dochodzi do samoistnych zapłonów natury demonologicznej. Pana popisy magiczne i brawura, w połączeniu z tym przedziwnym zaćmieniem, po prostu przyciągnęły uwagę jakiejś szkarady. I tyle. Niemniej i tak zostanie pan pociągnięty za to do odpowiedzialności, bo gdyby nie pan... być może nic takiego by się nie wydarzyło.

Znów nastała jakaś przedziwna cisza, w której głos blondyna zawiesił się na chwilę w złowrogiej aurze. Lucas mógł nawet przysiąc, że gdzieniegdzie znów słyszy kapanie wody. Był to dobry objaw - zmysły wracały do funkcjonalności. Reszta w tej sali pozostawała niezmienna -kolos w zbroi nawet nie drgnął, stojak ze świecami dalej stał w tym samym miejscu, może trochę strażnik przy drzwiach wiercił się z dyskomfortu, ale Pan Rycerz... uśmiechał się. I nie był do miły uśmiech.
- Czy na koniec naszego spotkania ma pan jeszcze coś do dodania, panie Barker?

Komandoria Zakonu Sakira

107
POST POSTACI
Lucas
Przesłuchanie toczyło się tak, jak tego Lucas się spodziewał. Niby śledztwo było, niby mają dowody na niektóre rzeczy, lecz z oskarżonym niczego nie potwierdzą osobiście na miejscu zbrodni. Tak naprawdę Szakal z każdą minutą coraz bardziej wyglądał na zmarnowanego pomimo wyrażanego na głos sprzeciwu, bo sytuacja w której się znajdował czyli rozmowa w biurze należała bardziej do czystej formalności. Jeżeli chcieli go ukarać to zapewne już wyrok zapadł lub jest aktualnie procesowany. Choć cholera wie! Może bez sądu go powieszą. Definitywnie Zakon Sakira miał sporą władzę w stolicy, aby sobie pozwolić na objęcie co najmniej jednego organu władzy. A prosty lud i podróżnicy mieli niewiele do gadania, dopóki ich jednostka nie miała wpływu na politykę danego kraju czy miasta. Barker wylądował w ciemnej dupie. Czy z niej wyjdzie? No tym razem chyba nie, a ten chuj jeszcze bardziej ucierpi niż przy praktykowanym przez niego seksie analnym. Westchnął, kręcąc głową na boki przy pomocy bujnej czupryny o kolorze karmazynowych szat samego króla. Poniekąd słuchał wywodu blondyna o tytule rycerskim, lecz spora część wypowiedzi zakonnika wylatywała drugim uchem dżentelmena, gdzieś w eter. - Domyśliłem się, że karczmarz mnie wskaże takim imieniem, toteż je wymieniłem… Żeby Pan nie myślał, że okłamuję. Kłamstwo ma wtedy tylko siłę, jeżeli druga strona nigdy się nie dowie… - skwitował uwagę skierowaną w jego personę. Poczuł nagły przypływ jakiejś grozy, znajdując się gdzieś w okolicy. Czy to zwyczajne przedśmiertne drgawki? Iluzjonista nie potrafił tego ocenić w tym czasie.

Dalej już niestety nie potrafił wyłapać sensu w kwestiach poruszanych przez “obrońcę uciśnionych”. Kim był Lucas? Jakimś pomiotem? Ta giereczka Sakirowców przyprawiała go o ból głowy. Może w ten sposób próbowali wyciągnąć jak najwięcej informacji albo faktycznie robili byle jaki protokół, żeby mieć w razie czego podpiąć się czymś w aktach… Tak dla zachowania porządku w szafce z danym przypadkiem. Bawidamek zdawał się budować wizerunek bardziej zmarnowanego od czasu wyjścia z lochu. Poprawił się delikatnie na siedzeniu, bo przecież wciąż mu coś uwierało w nadgarski, a krzesło nie należało do najprzyjemniejszych siedzeń, będąc półnagim skazańcem. - A więc jestem dzikim magiem? Czarnoksiężnikiem bez serca dla zwykłych ludzi, który robi “bum bum” jak tylko coś mu się nie spodoba? Nie skończyłem żadnej uczelni magicznej, bo… nie… jestem… pieprzonym… magiem. - ostatnie zdanie podkreślał jak dla małego, niewinnego dziecka mającego problem w zrozumieniu mowy dorosłych. Ktoś po prostu już nie patyczkował się w byciu pogodnym barankiem, oj nie. Bez wątpienia hazardzista przegrywał w pewnym sensie mentalną bitwę z mężczyzną o jasnych włosach. - To chyba Panu jest obce czym w ogóle jest obrona, tym bardziej konieczna. Wyciągnięcie broni przez żebraków, a potem próba ataku na moją osobę może skończyć się śmiercią napastnika… Co gdybym ja nie użył własnego oręża? Pocięliby mnie zapewne. Błąd nastąpił z ich strony w mej ocenie... - nie kwapił się tego określać bardzo wprost. - A skoro Pan tak śmiele rzuca oskarżenia, że to ja byłem przyczyną tych czarów… To czemu nie rzuci Pan cienia podejrzeń na to zaćmienie? Anomalie magiczne? Może wpłynęły na moje zachowanie. Wiem zresztą, że po tej walce straciłem przytomność… To świadkowie mogą potwierdzić. - czuł, że mówi do słupa. Po co się w zasadzie produkował? Dla satysfakcji być może.

W przerwach ciszy próbował wzrokiem błędnym wyłapać sylwetki pozostałych strażników, choć siedzenie w tej klitce przed stołem jakiegoś urzędasa w zbroi nie dawało mu nawet korzyści z tej dyskusji pod kątem zadowolenia z inteligentnej wymiany zdań. No cóż, w końcu to przesłuchanie, ale liczył na lepsze traktowanie. Jednak jak mag to trzeba ubić, nie ma co! Bez patyczkowania! Pokręcił się chwilę na siedzeniu, znowu jakoby szukając poprawnej pozycji do przywrócenia chociaż krzty komfortu. Przyszłość? Już prawdopodobnie ją utracił, wpadając w sidła Zakonu Sakira. A do tego ten Thomas... Thomas Wiercipięta… Co za knur z niego. - Karczmarz miał ze mną dobre stosunki, dopóki nie podał mi tego dnia Róży Ukońskiej. Taki trunek, który mi polecił. Zapłaciłem wypiłem… A potem wymiotowałem z ogromnym bólem brzucha. Na tym nasze przyjazne stosunki się skończyły. - a więć Sara wraz z małżonkiem okazali się wyłącznie jego wyimaginowanymi przyjaciółmi? Aż tak było źle z umysłem czarownika? Może nasztachał się jeszcze lepszego towaru w Nowym Hollar. Z drugiej strony jakby mu zostały jakieś proszki to przy obecnych oskarżeniach to nie miało znaczenia. Zapewne skończy na stryczku bez względu na wynik przesłuchania. - Jedyną szkaradę, jaką przywiodłem to wy… Samoistne zapłony natury demonologicznej potrzebują maga w pobliżu? Skąd Pan wie? Jest Pan magiem? To się robi żałosne… Skoro Sara nie istnieje to znaczy, że wy też nie! To zły sen, prawda? - rzucił ironicznie, nie mogąc znieść głupiej gadki rycerza.

Na koniec tego beznadziejnego przedstawienia siebie jako stróża prawa ze strony blondasa, Barker podniósł się na dwie równe nogi, nachylając jednocześnie w jego kierunku. Mógł być naturalnie powstrzymany, ale ruch starał się wykonać pomimo przeciwności losu. - Muszą ci dużo płacić, że dałeś się sprzedać takiej organizacji przestępczej pod parasolem władcy. Do zobaczenia po drugiej stronie… Będę czekał z niecierpliwością na ciebie oraz twych braci z resztą niewinnych ludzi, których skazaliście. Gardzę tymi, którzy odbierają życie oraz wolność obywatelom, nadużywając własnych praw.... - na koniec uczynił coś, czego nie spodziewał, że zrobi… Jednak emocje wzięły górę… Splunął na niego… Na wprost, pomiędzy oczy dyskutanta. Ostatnia obrona konieczna. Ostatni krzyk gniewu uciśnionego.
Głos

Muzyka

Komandoria Zakonu Sakira

108
POST BARDA
Rycerz był już najwyraźniej znużony, jeśli nie podirytowany, gadaniną Lucasa. Mężczyzna wyprostował się w krześle, opierając się o podparcie, i skrzyżował ręce na torsie. Lucas mógł ewidentnie stwierdzić, że przesłuchanie powoli dobiega końca. Szakal wypruwał z siebie flaki elokwencji, broniąc swojego interesu, mówiąc o uzbrojonych żebrakach i tłumacząc się anomaliami Zaćmienia, jednak jego adwersarz pozostawał niewzruszony na te argumenty.
- Tak pan gada i gada... tylko po to chyba, żeby gadać. Bo z gadania tego nic konkretnego panu nie wychodzi. Aż tak łaknie pan atencji? - Niespodziewanie głos rycerza nabrał niepokojąco... prześmiewczego brzmienia. Jakby każde teraz wypowiedziane słowo sprawiało mu dużo satysfakcji. - Musi się pan tak starannie dowartościowywać, łgać na prawo i lewo, popisywać się, oddawać rozpustom i kanciarstwu, bo... co? Boi się pan, że nikt nie będzie pana w stanie zaakceptować? Że ktokolwiek pozna prawdę i zbliży się to odrzuci pana widząc, jak pusty i bezwartościowy jest pan w środku? A może... - tu nastąpiła groteskowa pauza, a Szakal poczuł, jak głuche odgłosy kapania wody i echo głosu przytłaczają mu głowę, jakby znajdował się metry pod wodą. - ...po prostu pan się nienawidzi?


Dostrzeżenie innych strażników obecnych na przesłuchaniu nie było zadaniem aż tak prostym. Metalowy kolos stojący w rogu sali zdawał się miejscami idealnie kamuflować w ponurą barwą kamiennych ścian, toteż zdradzały go tylko ostre kanty na jego zbroi. Z kolei stary strażnik więzienny, który przyprowadził Lucasa, stał przy drzwiach wejściowych do celi. Rudzielec mógł przechylić głowę w prawo i objąć jego sylwetkę jednym okiem. Widział, jak mężczyzna trochę kręcił się na swoim miejscu, jakby w jakimś niepokoju.
Słysząc tekst o Róży Ukońskiej blond rycerz wrócił do swojego znudzonego głosu.
- Może pana otruł, może trunek był niedobry, może to pan słabo trzymał, może mieszanie alkoholu i spaczonej zaćmieniem magii panu nie posłużyło, może może może. Cały czas może, a plaży jakoś nie widać. - rzucił na koniec żartem. Nikt z obecnych się nie zaśmiał.


Na swoje nieszczęście Lucas zmienił ton na bardziej ofensywny niż dotychczas a rycerz naprzeciwko niego podniósł brew na znak zaniepokojenia jego gadaniem od rzeczy na temat przywidzeń i złego snu. Ku swemu zdziwieniu Lucasowi pozwolono wstać. Odsunął od siebie drewniane krzesełko a wszyscy obecni obserwowali go w milczeniu. Nie mógł dostrzec reakcji nikogo poza Panem Blondasem... czyli typowej już dla niego beznamiętności. Wygłosił w emocji swoje ostatnie wystąpienie po czym przygotował się do splunięcia na rycerza, gdy nagle usłyszał huk... i coś uwiązało mu gardło. Tym czymś była ogromna metalowa rękawica zacieśniająca się prawie na całej jego szyi. Lucas zaczął się krztusić, szukając dojścia powietrza między mieszającą się śliną i flegmą w jego ustach. Aż strużka poleciała mu z boku ust. Pancerny strażnik zrobił jedynie krok ze swojego miejsca, by dosięgnąć Lucasa i przeszkodzić mu w tym co zamierzał. Szakal czuł, że jego łapsko się zacieśnia a on sam chyba jest podnoszony ponad ziemię. Ciężko było stwierdzić bez potrzebnego dla mózgu powietrza.
- Dobrze, na tym zakończymy. - odezwał się przesłuchujący. - Panie Ader, proszę zabrać pana Barkera z powrotem do jego celi. Odczeka tam do wydania decyzji.
Masywny rycerz uwolnił swój uścisk i Lucas ledwo wylądował na prostych nogach bez przewracania się. Po serii kaszlnięć i nerwowych haustów powietrza w końcu dostał się do upragnionego tlenu, wypluwając resztki niedoszłego ślinowego pocisku na ziemię. Gdy już wrócił do siebie Lucas poczuł, jak za jego okowy łapie strażnik więzienny i wyprowadza go z celi. Po kilku chwilach Blondyn i Kolos zniknęli za drewnianymi drzwiami, stając się już tylko nieprzyjemnym wspomnieniem.


Barker nie rozpoznawał już zawiłych korytarzy, nawet przy tak dobrym ich oświetleniu. Wszystko wyglądało tak samo. W dodatku niedawne odcięcie dopływu powietrza trochę zaćmiło jego koncentrację. Kroczył trochę nieskładnie, znów na przodzie swojego ciemiężyciela. Ostatecznie po chwili, która zdawała się Lucasowi trwać wieczność, oboje dotarli do przegniłych prawie drzwi, które prowadziły do znajomych Lucasowi lochów. Strażnik sprawnie je otworzył i prędko znaleźli się po drugiej stronie. Kanciarz już sobie zaczął wyobrażać powrót do mokrej i podziemnej celi gdy wtem wydarzyło się coś, czego się nie spodziewał. Staruszek zaskakująco żwawo przyparł go do muru przy drzwiach łokciem przy jego szyi i drugą ręką przy brzuchu. Gdy już Lucas otrząsnął się dostrzegł wyraz twarzy strażnika. Oddychał głośno, był wściekły, prawie jakby zwariował. A jego oczy przechodziły na przemian nerwowo z grymasu agresji do stanu, jakby zaraz miał się rozpłakać.
- Co wiesz... o Sarze?! Gadaj łachudro! - starzec uderzył nim mocniej o ścianę, na szczęście głowa Lucasa nie dosięgnęła kamienia. - Gdzie jest moja... malutka... Sara? GDZIE ONA JEST?!
Ilość negatywnych doświadczeń w tak krótkim czasie, zarówno psychicznych jak i psychicznych, wykończyłaby z pewnością nie jednego, a pomimo to Lucas dalej był przy żywych. Już teraz najgorszy ból wydawał się mu niczym nowym i przestawał wierzyć w to, że może doznać jakiejkolwiek ulgi. Wtedy to poczuł nagle coś... przyjemnego? Coś połaskotało go po nodze, wywołując taki miły rodzaj dreszczu. W przerażeniu, że coś stało mu się z nogą Szakal spojrzał w dół. Tam dostrzegł ciemno ubarwionego kotka, który ocierał się o niego i pomrukiwał beztrosko. Dziwny sobie wybrał czas na pieszczoty doprawdy... Ale wtem Lucas odczuł coś jeszcze. Od nogi, przez tors aż po każdy palec u każdej kończyny poczuł przypływ witalności. Nagle też rozjaśniło mu się w głowie a zmysły zdawały się wrócić do pełnej funkcjonalności. W dodatku nasz iluzjonista poczuł coś, czego nie odczuwał od zdaje się bardzo dawna... Przypływ sił magicznych. Miał wrażenie, jakby natchnęła go niesamowita siła, pozwalająca mu na rzucenie przynajmniej jednego zaklęcia.

Komandoria Zakonu Sakira

109
POST POSTACI
Lucas
Chłop jak ruszył pewnie do niecnego dzieła to niestety został po swym niedoszłym, ostrym pożegnaniu zatrzymany w sposób gwałtowny, bo zaraz po paru chwilach znalazł się praktycznie w kleszczach postawnego dryblasa w metalu. Czy był podniesiony do góry to nie wiedział, bo jego mózg z odciętym na moment tlenem nie potrafił przetworzyć tej informacji. Wiadomym było natomiast to, że Lucas pozostawał czerwonym przez cały okres trwania duszenia, a do tego nieprzyjemny materiał rękawic wbijający się w jego szyję sprawił, że skóra przy karku czarownika nieźle się obtarła. On chrząkał i starał się wydostać z uścisku podczas gdy zebrana śliną do splunięcia w inspektora wypływała łuną po policzku na kurtkę hultaja, a mężczyzna w ten sposób sprowadził na siebie ten okropny widok zabrudzonej odzieży płynami z ust. Na jego szczęście lub też odwrotnie - został wypuszczony, a następnie skierowany rozkazem z powrotem do zapyziałej celi w ziemi. W zasadzie nie zapamiętał słów, ponieważ musiał po oparciu o krzesło dojść do siebie, a zmysły kanciarza zwariowały na jakiś czas. Prawie wywrócił się na krzesło, jednak równowaga została przez niego koniec końców zachowana. No i co teraz? Tak się pożegnał z głównym prześladowcą w jego mniemaniu. Barker został rzucony na pastwę losu, a poprzez brak sojuszników raczej nikt nie był w stanie mu pomóc. Maszerował jako właściwie martwy człowiek. Nawet bogowie mu nie sprzyjali, gdy pozostawał samotnym w świecie przepełnionym tragedią oraz drapieżnikami, którzy czekali tylko na jego sekundę słabości, co miało miejsce… Choć czy na pewno?

Nagle stanął ze starcem w okolicy zepsutych od grzyba czy czegokolwiek innego drzwi, a wzrok Szakala powrócił do powiedzmy pożądanej normalności. Zaczął rozpoznawać kształty tak, jak został otrząśnięty z letargu, a oddech maga powoli stawał się umiarkowanym. Nadal nie odczuwał wielkiego komfortu, aczkolwiek pieprzony mózg z pewnością pozostawał mu wdzięcznym za możliwość dalszego funkcjonowania. Nierównym krokiem pokonał ten próg, po czym z jakiegoś powodu po jego zamknięciu został… nagle przybity do ściany przez starego pryka. Karmazynowy pod kątem włosów hazardzista wpadł w szok, otwierając nagle oczy niczym przy wciąganiu kreski jakiś mocnym ziół. To może jednak nie był sen? Ból pozostawał prawdziwym, a teraz to… Strażnik gruchnął nim o ścianę poprzez barki, szczędząc mu chociaż urazu głowy. Nadal zaskoczony zlustrował uważniej jego oblicze, spluwając na ziemię obok ich sylwetek. - Nie wiem gdzie ona jest, gościu… Była w tamtej karczmie kobieta o tym imieniu. Na pewno nie dziecko... - skąd miał wiedzieć czy przypadkiem staruch nie ma ataku wspomnień, a więc myśli w szale o kimś zwyczajnie innymi kto nosił to samo imię? Cholera wie. Najgorsze w tym wszystkim było to, że Lucas prawdopodobnie położyłby emeryta na glebę przy wolnych dłoniach za fakt naruszenia jego przestrzeni osobistej w ten sposób. Póki co nie miał ku temu dobrej okazji, pozostając w potrzasku. I znowu został gruchnięty! Dziad postradał zmysły czy co?! - Jeżeli chcesz ją odnaleźć to mogę ci w tym pomóc, tylko musiałbyś ze mną bardziej współpracować niżeli chcieć mnie przesłuchać po raz drugi. Inaczej będzie źle… Możliwość ucieczki wchodzi tutaj w grę. - wyszeptał podczas gdy jakby zupełnie poza kontekstem coś się uczepiło do jego nogi, co dotykiem nie przypominało materiału spodni aktualnie szalonego nadzorcy celi. Pojawił się czarny kot. A te przecież przynoszą pecha. To dlaczego otarcie się grzbietem o ciało czarodzieja ten poczuł niebywały przypływ energii? Stał się taki… silny. Zacisnął pięść, zdobywając pokłady mocy jakoby gotowy do reakcji, ale wolał poczekać. Co mu po nagłym zabiciu Sakirowca jak nie zdoła opuścić tej Komandorii? Musiał być pewien czy starzec pójdzie na układ. W przypadku ofensywy lub chęci zabicia Lucasa ten zapewne coś wymyśli do obrony z odzyskaniem władzy we własnych umiejętnościach magicznych. Iluzja samobójstwa strażnika, wywołująca u niego nagłą panikę? Oślepienie? Manipulacja do otwarcia kajdan? A zatem niech przedstawienie się zacznie! Drugi akt, do dzieła!
Głos

Muzyka

Komandoria Zakonu Sakira

110
POST BARDA
Choć z początku bolesnym było przybicie do ściany przez starego strażnika to im dłużej czarny kot łasił się o Lucasa tym ten czuł się coraz lepiej, a ból już tak nie doskwierał. Przyjemne mrowienie przechodziło przez całe jego ciało. Mężczyzna zaczął lepiej widzieć w ciemności, jego słuch nie był już tak otępiały, a węch... tak, zdecydowanie węch miał się lepiej, bo dopiero teraz Lucas był w stanie powiedzieć, że w lochach śmierdzi zeschniętymi szczochami. I zdecydowanie nie były one wyłącznie kocie.

Jakby odczuwania ulgi było mało to strażnik w pewnym momencie przestał napierać na Szakala i odstąpił od niego dwa kroki, patrząc się na niego z lekką konsternacją i nieufnością. Trzymał wciąż Lucasa przy dybach za łańcuch, jednak zaciskał swoją pięść mocno, jakby miała być śliskim węgorzem i miała w każdej chwili się wysunąć.
- Ucieczka? Nie... ale, hm... - mężczyzna trochę sapał. Barker mógł teraz dostrzec, że ten akt niebywałej siły kosztował starszego rycerza dużo energii. - Od 35 lat wiernie służę Zakonowi. Nigdy żadnego... wypadku. Skąd mam wiedzieć, żeby ufać byle szui, że mi pomoże, hmm? Przy najbliżej okazji zostawisz mnie i zwiejesz!


Kot odsunął się od nogi Lucasa, a wraz z nim odeszło uczucie błogiego ciepła rozlewającego się po całym ciele. Niemniej ostrość zmysłów i siły magiczne nasz iluzjonista wciąż wyczuwał. Zwierzątko zatoczyło krąg i z podniesionym ogonem odeszło lekko na bok i przycupnęło na tyłku, jakby obserwując konfrontację dwóch mężczyzn. Co ciekawe, strażnik zawał się nie dostrzegać kota. Może wiek mu nie pozwalał dostrzec na tle słabo oświetlonych ścian? Albo po prostu nie zwracał nań uwagi.
Ostatnio zmieniony 14 paź 2021, 23:20 przez Truskawa, łącznie zmieniany 2 razy.

Komandoria Zakonu Sakira

111
POST POSTACI
Lucas
Coraz bardziej zaskakiwała Lucasa sytuacja z kotem. Tak jak wierzył w fakt, że bogowie się od niego odwrócili to coś nad nim wisiało czy też się o niego ocierało. Magiczne stworzenie? Nie było to niemożliwe, ale co robiło w środku stolicy, gdzie pełno kręciło się żołnierzy zakonu? Zastanawiające, choć Szakal w tym momencie nie chciał się całkowicie zatracać w błogim stanie i wspaniałym działaniu nieznajomego zwierzęcia. Być może mężczyzna miał więcej szczęścia niż rozumu, choć wszystko miało swoje złe strony. Otumanienie pozwalało w istocie zapomnieć o brzydkich woniach tutejszego więzienia. Teraz niczym świeżo wzięty człowiek z ulicy po kojącej kąpieli odczuwał przekleństwo miejsca, które niegdyś go gościło - o ile to tak rzecz jasna można nazwać, bo gościna była daleka od tej oczekiwanej w ciepłej gospodzie z dobrym jadłem oraz wspaniałymi trunkami. Poprawił po uwolnieniu płaszcz, oblepiony aktualnie jakimś brudem ścian oraz ziemi, starając się zachować resztki godności w miarę nadchodzącej szansy. Czemu w sumie zasłużył na coś takiego? - Nie masz powodu, by mi ufać czy zawierzać życie swojej córki. Tutaj masz całkowitą rację. Jestem jednak pewien, że świetnie sama sobie radzi. Szczególnie po tym, jak otumaniła kilkoro ludzi podających się za członków organizacji. - odparł nieco zmęczony byciem ciągle popychadłem, a doba czy dwie pośród zimnych, smutnych ścian z nieprzyjemnymi twarzami rycerzy wprawiała go w depresję. Wszak był gotów rzucić wszystko na jedną szalę, obrażając całokształt twórczości kasty Sakira przed egzekucją. Jednak coś się zmieniło. Ktoś chciał go teraz słuchać, toteż nie na byle jaki temat.

Barker nabrał odrobiny pewności siebie po pewnego rodzaju załamaniu nerwowym, gotując się do przekazania części zamiarów starszemu od siebie gościowi. Kolejne zaskoczenie pod kątem tego, że pracownik lochu nie okazał się bezmyślną maszyną do wykonywania rozkazów. Oczywiście chodziło o jedną z domniemanie najbliższych mu osób, ale to wciąż coś. - Zapewne nie uciekła daleko, bo kręciła się w przy dzielnicy biedoty, w izbie tego Thomasa Wiercipiętki. Pan mnie przesłuchujący kilka minut temu mówił, że ją sobie zmyśliłem… Tutaj chyba możesz uwierzyć, że skoro mój opis zgadza się z aparycją twej pierworodnej to nie jest to czysty przypadek, tak jak imię tej kobiety? Mogę przynajmniej przysiąść na moje życie, że żadne z tych słów sobie nie zmyśliłem. To nie miałoby prawa bytu. - odstąpiony na krok od sylwetki celnika westchnął, rozstawiając nogi w przyjemniejszej pozycji. Wyciągnął prawicę w jego kierunku, lecz z pewną dozą niepewności, aby nie rozwścieczyć umęczonego staruszka. - Słuchaj, słyszałeś to tysiąc razy i tak dalej, jednak ci powtórzę jeszcze raz w sprawie mojego zatrzymania… Zabiłem tych biedaków w samoobronie. Magia wypływała z powodu działania zaćmienia, a także twojego dziecka. Chcesz mnie nazywać szują? Okej, nie ma sprawy… Nie będę na siłę ciebie przekonywał do siebie. Pragnę jedynie, abyś zastanowił się kilka razy nad tym, czemu służysz temu zakonowi i czy rzeczywiście służysz tym “dobrym”. - w przypadku, gdyby miał jeszcze możliwość to by położył dłoń na ramieniu jegomościa. Tak w miarę możliwości, bo nic nie czyniłby na siłę przy tak napiętej atmosferze. Wszystko zależało od reakcji weterana.

Używając własnego daru przekonywania, wpatrywał się w oblicze zmęczonych, pomarszczonych policzków faceta, które nieco przysłaniały pełną głębię jego oczu. Iluzjonista przybrał nieco przejętą twarz, toteż charyzma pozwalała mu na wiele. Czarownik korzystał, póki się dało z opcji obrócenia tego na swoją korzyść. - Sara będzie ciebie potrzebować, jeżeli szczególnie rozpoczną poszukiwania jej osoby. Nawet jeśli mi nie uwierzyli to będą chcieli się upewnić. Ona jest magiem… Nie skończy się jej los lepiej od mojego, jeżeli mi nie udzielisz pomocy. - prawie żółtymi oczami wbił swe spojrzenie na gałki oczne strażnika, tym razem wyraźniej w powadze. - Musiałbyś mi zaufać, bo zamierzam ci pomóc. Nie jestem bezdusznym stworzeniem, wiedzionym jedynie zyskiem… Powiedz mi jednak co mam zrobić, aby zaskarbić sobie twą wiarę? - zapewne nie uczyniłby w ten sposób, gdyby nie potrzask, w którym bawidamek się znalazł. Czy posiadał w sobie krztę ludzkich odruchów? Być może, choć trudno powiedzieć po niedawnych akcjach, które miały miejsce. Był zagubiony, to na pewno. Jednak być może teraz nadszedł czas jego odkupienia, gdy nieznana energia w formie mruczka stała się obserwatorem takiej przemiany. W istocie ciekawym, że czarny dachowiec pozostawał widocznym tylko dla użytkownika magii. Ten prawdopodobnie miał podejrzenia czemu tak się dzieje, aczkolwiek tożsamości bytu nie miał prawa znać.
Głos

Muzyka

Komandoria Zakonu Sakira

112
POST BARDA
Strażnik podniósł jedną brew do góry gdy Lucas powiedział, że jego domniemana córka kogokolwiek otumaniła, jakby łącząc niedowierzanie z trudnością wyobrażenia sobie takowej sceny. Jednak odczuwający powrót sił witalnych magik czarował go, wydawać by się mogło, idealnie. Nie też przy użyciu zaklęć, a zwyczajnej retoryki, z twarzy starszego mężczyzny z sekundy na sekundę spełzały rozsierdzenie i nerwowość, ustępując miejsca faktycznemu spokojowi i wsłuchaniu, co idealnie odwzorowywał jego wolniejszy oddech. Choć nawet teraz zdawał się trochę sapać, jakby oddychanie przez nos mogło sprawić mu kłopot.
- Że nie łżesz to widzę po twoich słowach. - odezwał się rycerz swym lekko zmęczonym przez wiek głosem. - Znam Wiercipiętkę, choć nie aż tak dobrze... Było mi wiadomym, że prowadzi karczmę. Podobno bardzo serdeczny, ciepły człowiek. Szkoda, że z jego karczmy został popiół. A Sara... tak...

Gdy Szakal wyciągnął do niego dłoń mężczyzna początkowo odsunął się od niej jednym drobnym krokiem, łudząco przypominając odruch lekko przestraszonego zwierzęcia. Słuchał jednak jego słów o obronie przed żebrakami uważnie, bez widocznego cienia pogardy, jak miało to miejsce jeszcze niedawno w sali przesłuchań. Choć gdy padło sformowanie o służeniu "tym dobrym" strażnik wydał z siebie dźwięk, którego Barkerowi nie dane było jeszcze od niego słyszeć - krótki pomruk śmiechu.
- Aj wy młodzi i to wasze "dobro", czy "zło". Życie, szczególnie w Saran Dun, jest trochę bardziej złożone niż to. Bardziej, niż chce wierzyć w to Zakon, Aidan, czy nawet... - niespodziewanie mężczyzna urwał, choć nie miał ku temu żadnych podstaw. Nic nie przerwało mu wypowiedzi, żaden odgłos czy błysk, jednak ten i tak dość podejrzliwie spojrzał w stronę drewnianych drzwi przez które nie tak dawno przeszli.
- Powinniśmy się ruszyć. Chodź.

Lucas wreszcie oderwał się od ściany i zgodnie z poleceniem swojego nowego znajomego zaczął iść w kierunku swojej dawnej celi. W odróżnieniu jednak od poprzedniej konwencji ich "spacerów" iluzjonista szedł nie przed a obok strażnika, równym i wolnym krokiem. Tym tarem tempa nie wyznaczał podły stan pana Barkera, bo ten czuł się na tyle świetnie, że gdyby nie okowy mógłby nawet biec. To strażnik kroczył wolno, jakby wymuszając by ich wspólna rozmowa mogła trwać jak najdłużej. W dodatku mężczyzna trzymał łańcuch w jednej ręce, nie ciągnąc więźnia, co dużo bardziej uprzyjemniało wymianę zdań. Co jakiś czas podczas kolejnych wywodów Lucasa patrzyli na siebie, a ugodowa aparycja przywdziana przez Szakala zdawała się działać prawidłowo na duszę biednego starego ojczulka. Choć czasem strażnik zdawał się chcieć przerwać Lucasowi wpół słowa to jakby nie robił tego, powstrzymując się aż ten skończy.
- Dziwnym jest to, co do mnie mówisz. Sara... magiem? Ona nie była magiem. Oczywiście, mogło się to zmienić, nie widziałem jej od chyba... - głos mu się załamał. Lucas mógł zaobserwować, że z trudem powstrzymał łzy. - Ale to nie ma sensu. Ona przecież nienawidziła czarodziejów i magii odkąd pamiętam. Wszystko przez jej tę nieszczęsną przypadłość.
- O zaufanie w lochach pełnych normalnie od przestępców trudno, więc wybacz że nie udzielam Ci go ochoczo... ale możemy zacząć od czegoś prostego. Jak "tak naprawdę"się w końcu nazywasz? - staruszek przełknął ślinę. - Ja jestem Ernest.

Komandoria Zakonu Sakira

113
POST POSTACI
Lucas
Widać, że dobry kierunek rozmowy został obrany przez przedstawiciela kasty utalentowanych magicznie ludzi. O ile w istocie Lucas był człowiekiem, gdyż niektóre jego cechy wyglądy wskazywały na to, jakby używanie czarów go w pewnym stopniu spaczyło. Pewnie młokos nie zdawał z tego sobie większej sprawy lub nie odczuwał żadnych efektów ubocznych z tym związanych. W tej chwili przyglądał się uważnie ruchom strażnika po tym, jak przedstawił mu bardzo przyjazne nastawienie i liczył, że drugi mężczyzna odbierze to jako konkretne zaproszenie do podjęcia kooperacji. Udało się. Barker był poniekąd zaskoczonym jak łatwo dało się niektórymi ludźmi manipulować, nawet jeżeli to nie należało do głównego motywu iluzjonisty w sprawie poczynienia takich kroków. Uśmiechnął się delikatnie na znak ciepłego przyjęcia do wiadomości, że jednak mag nie łże niczym najgorszy pies na świecie. Akurat Szakal nie lubił tego określenia, bo pies i kłamstwo w tym znaczeniu brzmiało jak okrutny oksymoron. - Nie obchodzi mnie teraz Thomas. Otruł mą osobę swoim specjałem, sprzedając jakąś truciznę pod przykrywką zacnego trunku. Straciłem do niego zaufanie. - wypowiedział się krótko, podsumowując po raz drugi jego odczucia względem grubego właściciela oberży. Czarownik należał do tych osób, którym jak widać pamięć pod kątem krzywdy nie zawodziła. Hah! Gdyby miał szansę teraz to by mu jeszcze przypierdolił porządnie za te zeznania. Nic tylko wykopać grób dla prawdziwego zawadiaki.

Zakon, zakon, zakon… Służymy, bo nam płacą - tak to widział w swoich oczach hazardzista. Słowo “dobry” bez wątpienia nie mogło pasować do każdego pojęcia w kwestii szeroko pojętej moralności jaką znamy. Organizacja miała swoje zasady, którymi się kierowała, lecz wciąż pozostając pod przykrywką działania w dobrej sprawie. Niestety na przekór jakimkolwiek ideałom stały pieniądze, a te jak wiemy w dużej mierze kierowały światem. Sakirowcy mogli tworzyć obraz sielanki oraz rozkwitu stolicy w przemówieniach z ogłoszeniami, aczkolwiek smutna, szara rzeczywistość bardzo szybko i dokładnie zweryfikowała to jak naprawdę było. Wbrew pozorom nie dali rady oszukać wszystkich mieszkańców, aczkolwiek z powodu różnicy w potędze takie jednostki milczały. I w ten oto sposób trafili na taką dyskusję, gdzie Lucas jedynie uśmiechnął się połowicznie. - Urodziłem się w Saran Dun. To miasto nie zmieniło się od mego dzieciństwa. Ciągle widzę ten sam brud oraz korupcję, nawet kilka lat od mojej ostatniej wizyty. Nie ma co liczyć, że władza wraz z zakonem są w stanie pochylić się nad ludzką krzywdą. Za wieloma przyrzeczeniami kryją się prawdziwi wrogowie, drogi przyjacielu… A rozchodzi się przede wszystkim o przygotowanie do walki z Nowym Hollar. - ile było prawdy w opinii przystojniaka to ciężko powiedzieć, choć pewnie ziarno się tam znajdowało. Poprawił swój płaszcz, starając się rozmasować barki dłonią. Dotyk kamieni nie był zbyt przyjemny z całą pewnością. Zgodnie ze słowami starca ruszył za nim, już nie tak uciśniony jak poprzednio. Facet o karmazynowych włosach odetchnął z taką lekką ulgą.

Maszerowali sobie godnie przed siebie pomiędzy słabo oświetlonymi murami lochów, co raz włączając się wypowiedziami odnośnie tematu córki pilnującego więźniów. Ruchy młodego wojownika zdawały się być zgrabniejsze niż wcześniej. Pomoc kota czy czymkolwiek było to coś okazało się niezwykle pomocne. A tak przy okazji gdzie ten kot sobie pokicał? Cholera wie. Póki co Szakal skupił się na rozmowie z jegomościem o tytule rycerskim. Taki posiadał czy nie? - Wiem tyle, że Sara jest niemową. Była w izbie z podobno swoim mężem - Williamem. Znam gościa, lecz nigdy mi nie wspominał, że jest z nią… To dla mnie bardziej dziwne. - podrapał się po czole w miarę możliwości nieco zagmatwany całym zajściem, na które aktualnie patrzył w myślach niczym przez mgłę z powodu upojenia alkoholem wraz z magią. - Może moje zmysły zwariowały od tego przeklętego zaćmienia, lecz usłyszałem kobiecy głos w mej głowie… Była to Sara. Albo ja zwariowałem całkowicie wczoraj lub oboje nie poznaliśmy do końca tej dziewczyny. To wskazuje na pewien rodzaj magii. Choć ja bym z chęcią ją poznał… Nieźle wygląda… Mógłbym ją nawet… - tutaj przysłowiowo czarownik ugryzł się w język, aby nie rozjuszyć ojca młódki. Wszyscy dobrze wiemy co łączy piękne przedstawicielki płci przeciwnej z tym amantem. Skrzywił się zadziornie, przygryzając wargę na myśl o spędzeniu z nią nocy. Zapomniał jednak o tym szybko, bo potrzebował skupienia. Szedł niewzruszony, gdziekolwiek go gość prowadził. Mogli przynajmniej zacząć od jakiejkolwiek poprawy relacji. To już coś. - Rozumiem… Nazywam się Lucas Barker, lecz nigdy nie poznałem mojego prawdziwego imienia. Zostało mi nadane przez przybranych rodziców. - rzekł bez emocji w głosie, jakby go to w ogóle nie wzruszało. Nie wiedział do końca kim jest, lecz zbudował swój charakter. W mniemaniu kanciarza to najważniejsze, bo czemu miałby przejmować się pochodzeniem? Nie czekały na niego pałace czy majątki biologicznych rodziców, czyż nie? Zerknął kątem oka na Ernesta, uważnie go obserwując. Konserwował zebraną energię od zwierzęcia. Zamierzał ją użyć dopiero w sytuacji krytycznej. Kto wie, może jak szaleniec stanie przy szubienicy czy stosie to wykręci jakiś spory numer. - Sara nienawidziła magów powiadasz? Ktoś ją skrzywdził? Była pewna siebie jak ją spotkałem. Rozumiem, że przepracowała traumy, lecz… bez twojego wsparcia. - westchnął odruchowo na myśl o kolejnej rozbitej rodzinie. Aż nie chciał na ten temat rozmawiać, lecz czy miał wyjście? Bez pomocy dziadka mógł tutaj gnić dalej.
Głos

Muzyka

Wróć do „Saran Dun”