Droga na Wschód

91
POST POSTACI
Awaren
Choć widok zmasakrowanych ciał oraz rozwleczonych organów brzydził niezmiernie, elf nie potrafił zmusić się do jakiegoś szczególnego odżałowania poległych nieszczęśników. Z początku więc niespecjalnie przejęty tym, co dokładnie robiono z truchłami (jak dla niego, mogli nawet poobcinać wciąż przymocowane to karków głowy i zacząć nimi kopać dla zabicia czasu), dla dobra własnego komfortu psychicznego odwrócił wzrok i spróbował słabo podnieść się do pozycji siedzącej. Szyja bolała od niewygodnych prób wyginania i przekręcania jej na wszystkie strony.
Metaliczny zapach oraz swąd samego pomieszczenia wciąż drażnił nozdrza, zaś uczucie szorstkości materiału między palcami na dobre uświadomiły go, że naprawdę nie był to jedynie sen stworzony przez jego pobożne życzenia. Pomoc naprawdę nadeszła, a jemu wciąż udało się jej dożyć! Co więcej, wszystkie jego zmysły zdawały się wciąż działać bez większych zarzutów, co oznaczało, że usiłująca go poprzednio pochłonąć energia magiczna nie uszkodziła nic nieodwracalnie! Wciąż oczywiście uważał, że lepiej będzie, jeśli zapobiegawczo spędzi kilka godzin w wypełnionej leczniczymi olejkami i ziołami balii wody i, ughh... Najlepiej pewnie, żeby była to ZIMNA woda... Czego nie znosił, bo zimne kąpiele były najgorsze z najgorszych, ale... Na pewno będzie więcej niż roztropnie upewnić się, że wszystko zregeneruje się tak, jak należy.
Puszczając orka, Awaren bardzo ostrożnie pokiwał głową na znak zrozumienia. Ta wciąż nieznośnie mu ciążyła i niestety obawiał się, że nic lepszego i tak go nie czeka, dopóki Zaćmienie nadal trwało. Jak to właściwie możliwe, że trwało już co najmniej od kilku godzin nieustannie? Czy to aby nie wbrew wszelkiej logice? Prawom natury? Przynajmniej burze piaskowe zdawały się lubić działać na jego korzyść. Na ten moment stanowiły bowiem świetną alternatywę mocnej formy ochrony tymczasowego schronienia. O ile tylko znowu nie zacznie się coś sypać, rzecz jasna. Całe szczęście, nigdzie nie było Bruta, którego kompania była-...
- Huh? - mrużąc nieco oczy, elf nerwowo, acz dokładnie rozejrzał się dookoła. - Czy... Jeśli wolno mi jeszcze spytać? Czy nie trafiliście przypadkiem na coś, co wyglądałoby, jak ciało bardzo... bardzo postawnego, potężnie zbudowanego, czarnego orka...?
Jasne, to świetnie, że go tu nie było! I jednocześnie bardzo źle, że go tu nie było! Brut był silnym typem i na dodatek orkiem. Orkiem, który mógł żywić wobec niego głęboką urazę. Albo i dwie. Jeśli Awaren nauczył się czegoś przez długie lata życia pomiędzy ich rodzajem, to na pewno pamiętliwość, gdy w grę wchodziło poczucie nadszarpniętej godności tudzież honoru. Nie potrzebował nowej paranoi i...

Przełykając ciężko ślinę, elf przystopował ze swoją lawiną myśli na widok nowo pojawiającego się przy nim orka. Tym razem będącego kimś pokroju medyka polowego. ...Czy to normalne, żeby orkowy medyk nosił przy sobie topory? ... Racja. Racja...! Mowa o orkach. To normalne. W absolutnie normalne! Nic, czym należałoby się przejmować! Na pewno nie nosi ich przy sobie tylko po to, żeby odcinać pacjentom kończyny, ahahaha... Chyba że byłoby to konieczne...? O bogowie... OBY TAK NIE BYŁO W MOIM PRZYPADKU! Ayah! Proszę, nie rób takiej miny, jakbyś naprawdę zamierzał to zrobić!
- N... Nie może być aż tak źle, racja? Hahaha... Bo wiecie... Będę jej jeszcze potrzebował i-... - załączającą się, nerwową paplaninę przerwał w momencie, w którym pierwsze krople wody zetknęły się z jego raną, a on sam zaklął po orkowemu. Pierwszy okres swojego niewolnictwa spędził wśród goblinów, a te głównie klęły, okej? Na wszystkie możliwe sposoby.
O ile kontakt z materiałem podrażniającym brzegi rany był bolesny, o tyle odkażająca substancja zdawała się podrażniać każdy nerw w poharatanej kończynie. Odchylając głowę maksymalnie do tyłu, zacisnął zęby oraz zachodzące łzami oczy, aby ostatecznie poddać się zupełnie i ponownie zwalić ciężko na ziemię. Bolało jak cholera. naprawdę bolało jak cholera. Magia kosztowała dużo mniej łez i potu, jak właśnie przypomniało mu życie. Nigdy więcej nie chciał, żeby go łatano niemagicznie.
Pod koniec całego zabiegu był już spocony, jakby przebiegł sprintem co najmniej milę. W pełnym słońcu.

Oddychając jeszcze nieco nieregularnie, Awaren nie miał rzecz jasna odwagi strofować wyśmiewających jego słowa orków. Sam w końcu do niedawna był niewolnikiem Ushbara, jakkolwiek ani on, ani sam Ushbara nigdy nie wspominali o tym na głos. Źle by to w innym wypadku wyglądało.
- Moment! Moment, proszę! - chwiejnie podnosząc się raz jeszcze, uniósł w górę jedną rękę, aby powstrzymać zbrojnych. Tak, wiedział, że to nieroztropne. Tak, powinien zaakceptować sytuację, pozwolić im robić swoje, nie mieszać się i dać stąd zabrać w jednym kawałku, bo przecież tylko o to mu od początku chodziło. Tylko że... Jak powinien to ująć? Nigdy nikt tak naprawdę nie zrobił dla niego nic bezinteresownie. Nawet jego właśni rodzice. Minimum przyzwoitości kazało odpłacić się pięknym za nadobne. Był to winien przynajmniej Zoli.
- Nie ma pośpiechu! Nie ma powodu do pośpiechu! Utknęliśmy tu wszyscy razem! Kto wie, ile jeszcze potrwa burza i to całe szaleństwo z Zaćmieniem! - zaczął szybko. - Jeśli przyjdzie w ich trakcie coś gorszego, nie będziemy mieli dokąd uciekać! Nie żebym śmiał twierdzić, że jakikolwiek szanujący się ork uciekałby przed potencjalną zdobyczą, ahahaha...! M-Mimo wszystko... Sami widzicie, że nie ma nas tu dużo! - rozejrzał się znacząco dookoła . - Może się jeszcze zdarzyć, że będziemy potrzebować możliwie wszystkich par rąk do pomocy! Mogą też pomóc w trzymaniu warty!

Droga na Wschód

92
POST BARDA
- Tylko to co widzisz - odparł na pytanie Awarena medyk, opatrując przy tym jego nogę. Jeśli więc nigdzie tutaj nie było Bruta, to właściwie czy burza piaskowa faktycznie nie działała na jego korzyść? Zawalona kopalnia raczej nie mogła mieć wielu odnóg, więc ucieczka prosto w trwającą zamieć, a także dziwne Zaćmienie, które wybudza wszelkie bestie do życia mogło skutecznie pozbyć się problemu, jakim był czarny ork. A właściwie na to należało liczyć.

Jeśli zaś chodziło o toporki, nie było to o tyle dziwne, że mężczyzna nie wyglądał na typowego medyka, a raczej kogoś, kto w międzyczasie wyuczył się kunsztu felczerstwa. Po drugie zaś, kult Drwimira opierał się na kulcie siły, toteż każdy szanujący się, wchodzący w dorosłość ork wiedział, że nie przetrwa w surowym społeczeństwie Urk-hun bez wykazania swej wartości. — Jeszcze trochę i trza by było usiekać — wymruczał strażnik, klepiąc się po broni, ale nie odrywając wzroku od rany. Awaren chyba dostał swoją odpowiedź.


Trzymający Zolę kapitan słysząc słowa elfa spojrzał na trójkę – dwóch orków, z czego jeden przyszpilony do ziemi i hobgoblinica. Wszyscy zmęczeni i wycieńczeni niełatwym życiem w podziemiach. Nie wiadomo wszakże było, jak długo tutaj byli trzymani, jak bardzo niedożywieni byli... i dlatego też kapitan zaśmiał się gardłowo na to, puszczając niedbale dziewczynę i kręcąc głową. Zhog widząc to uspokoił się i strażnik nie musiał już grozić mu włócznią. — Pieprzona katarynka. Zamknij się już, albo wrócisz zaraz do nieprzytomności. Reszta siedzieć pod ścianą. I nie interesuje mnie, że ktoś z was chce się odlać. Szczajcie pod siebie — powiedział, siadając na krześle Dreka i rozkładając nogi na stole. Niewolnicy spode łba za to spoglądali na wszystkich wokół – Zola zaś ewidentnie chciała porozmawiać z Awarenem, ale dobitny rozkaz kapitana skutecznie ją blokował w miejscu.

Rana została zaszyta i zabandażowana, chociaż felczer wspomniał, że będzie trzeba użyć magii bądź udać się do chirurga. Awaren mógł więc z delikatną podporą swojego kostura wstać i rozprostować nogi. Dostał nawet skromny, żołnierski posiłek złożony z kawałka suszonej kiełbasy, paru sucharów i bukłaka z wodą.

Okien tutaj nie było, ale szybko mężczyzna usłyszał na zewnątrz wycie wiatru i charakterystyczny dla piasku szum. Raz czy dwa zawiało także w głąb tunelu nieco tego materiału, ale nie było to w żaden sposób zagrażające. Po czasie zmiany warty straży znudziło się pilnowanie więźniów i siadając przy stole zaczęli grać w znalezione gdzieś kości. Wkrótce oczy elfa zaczęły się kleić – był to znak, że zmierzchało. Mógł więc iść spać, podpytać o coś orków, bądź zagadać do więźniów, szczególnie że nie czuł się tak źle, jak wcześniej.

Jeśli zaś zechciał przeszukać zawartość pokoju i kufra, oprócz świecidełek udało mu się znaleźć kilka ciekawych fantów. Przede wszystkim gwizdek w kształcie nadętego goblina znalazł się w jego dłoniach po przykuciu uwagi. Awaren musiałby zadmuchać, by odkryć jego faktyczne zastosowanie. Oprócz tego z ciekawszych rzeczy znalazł tam fikuśne okulary, które nijak nie poprawiały wzroku, ale ich oprawki miały dziwny kształt – wystarczająco dziwny, by kapitan akurat przyglądający się temu szabrowaniu parsknął pod śmiechem, gdy Awaren przykładał je do nosa. Ostatnim dziwnym osprzętem były... buty. Eleganckie trzewiki obite srebrnym, drogim materiałem. Pasowały na delikatne stopy Awarena, jeśli ten chciał to sprawdzić. Co zaś było interesującego w tych przedmiotach? Emanowały magią, co samo w sobie mogło być interesujące.

Spoiler:

Droga na Wschód

93
POST POSTACI
Awaren
Tak, cóż, z tego, co już zdążył zauważyć, nigdzie w pobliżu nie walało się truchło przypominające Bruta. Innymi słowy - zwiał, skubany. Średnio... Pokrzepiająca nowina. Z drugiej jednak strony, na pewno lepsza, niż gdyby miał obudzić się w jego obecności! No i wciąż pozostawało spore prawdopodobieństwo, że rozprawią się z nim czyhające na zewnątrz potworności!
Awaren nie życzył innym złego bez powodu. Czuł się natomiast zobowiązany, życząc Brutowi złego, ponieważ był więcej niż pewny, że i tamten będzie mu życzył podobnie.

Ocierając pot z czoła, starał się nie skupiać chwilowo nadmiernie na rzeczach, które mogły poczekać, aż sprawy się uspokoją, a oni sami wrócą wreszcie do Karlgardu. Zamiast tego, podziękował kilka razy robiącemu za medyka orkowi - bardziej chyba za decyzję o nieodejmowaniu mu nogi niż jej połataniu, jeśli miałby być szczery. Bez jednej ręki jeszcze być może byłby w stanie przekonać Ushbara o swojej przydatności, ale bez nogi? Tracą nogę, mógłby równie dobrze od razu poprosić o ukrócenie życia.

"Pieprzona katarynka" uśmiechnął się przepraszająco pod wpływem groźby całkiem realnej, jak dla niego, wizji pobicia do nieprzytomności. Był prawie pewien, że nikt świadomy jego bezpiecznej pozycji za plecami Ushbara, a przy tym zwyczajnie lojalny rodzinie cesarskiej, nie odważyłby się zrobić czegoś takiego w murach miasta. Tutaj jednak nie miał już niestety żadnej gwarancji. ...Chwila. Chwila moment. O jakiej dokładnie gwarancji była teraz mowa? Jeśli się nad tym chwile zastanowić, nie miał najbledszego pojęcia, w jakiej dokładnie pozycji się obecnie znajdował! Czy wysłani za nim zbrojni mieli go rzeczywiście uratować, tak, jakby to sobie chętnie wymarzył? Czy raczej nie tyle wyratowywali, co mieli przykazane zwrócić pod surowy sąd właściciela, zamierzającego własnoręcznie wymierzyć mu karę??? Czyżby podejrzewano go o zdradę?! O podjęcie samowolnej ucieczki?! Drwimir mu świadkiem, że nigdy niczego takiego nie planował!

Pałaszując podany posiłek w ciszy i z ciężkim sercem, elf starał się wzrokiem oraz drobnymi gestami w miarę możliwości przekazać Zoli, że nie jest to najlepszy moment na nawiązywanie rozmowy. Co odwlecze, to nie uciecze. Mieli czas, a przynajmniej na to wskazywałaby sytuacja. No i kazano mu przecież milczeć, jakkolwiek beznadziejny był w zachowywaniu ciszy przez dłuższy czas.
Korzystając więc z okazji oraz dla ostrożnego sprawdzenia możliwości poskładanej, acz wciąć okrutnie dręczącej go nogi, Awaren pozwolił sobie na małą przechadzkę po oczyszczonym z trupów pomieszczeniu. Jego niezdrowa natura nadpobudliwego pracoholika i tak rzadko pozwalała mu od razu zasnąć nawet wtedy, gdy do ziewania i opadających powiek dołączał tępy ból głowy.
- Więęęc... - odezwał się powoli, zerkając w stronę grających w kości orków. Przecież wiadomo było, że nie usiedzi w ciszy, jeśli istniała szansa na zdobycie informacji mogących nieco zaoszczędzić mu nerwów! Lub wręcz przeciwnie, jeśli i tak się okaże. Wtedy jednak będzie chociaż w stanie przygotować odpowiednio długą, pełną skruchy, pokory i błagania o litość mowę!
- W jakim stanie był Lord Ushbar, gdy kazał mnie znaleźć?
Oby w wystarczająco nietragicznym, żeby nie chciał połamać mi nóg albo szczęki na "dzień dobry", prosił w myślach, zatrzymując się przy tym, czy tamtym znalezisku. W większości były to już niestety śmieci po wszystkim, co się tu rozegrało, choć wyłowić udało się istotnie parę ciekawych drobiazgów, oryginalnie zagrabionych przez gobliny.
Nie wiedząc z czym dokładnie może mieć do czynienia, Awaren ostrożnie oglądał wszystko po kolei. Wbrew całemu niepokojowi, jaki wciąż nie dawał mu spokoju, ciekawość wzięła górę i po kilkukrotnym przetarciu dzióbka pochwyconego jako pierwszego gwizdka - przyłożył do niego suche usta i dmuchnął, zerkając akurat w stronę najbliższego orka.
Okulary... Były głównie dziwne? Kto w ogóle zaprojektował coś takiego? Całe szczęście do robienia z siebie błazna był już dostatecznie przyzwyczajony, żeby nie przejmować się śmiechem i schować znalezisko razem z gwizdkiem do wewnętrznej kieszeni swojej potarganej szaty. Jeśli dożyje, na pewno znajdzie dla nich odpowiednie zastosowanie! Był wyszkolonym magiem! Potrafił wyczuć drogocenne artefakty! ...Te absolutnie bezużyteczne też, ale mniejsza o szczegóły.
Najbardziej zaskakujące oraz fascynujące były rzecz jasna trzewiki. Jak coś takiego w ogóle wpadło w goblinie łabska??? Woah! Już za sam kunszt wykonania należał się mały majątek! Chętnie by je przymierzył, gdyby nie bał się ich pobrudzić. Jego obecny stan zbytnio wołał o pomstę do nieba.

Chowając wszystkie zebrane fanty i żywiąc głęboką nadzieję, że nikt nie będzie mu miał tego za złe, elf niespiesznie skierował się w stronę nie-do-końca-więzionych, ale i nie-do-końca-niewięzionych więźniów. O ile nikt go nie powstrzymał, przykucnął przystanął przed Zolą z przepraszającym uśmiechem.

Droga na Wschód

94
POST BARDA
Zola, wiercąca się delikatnie w miejscu widocznie próbowała namówić milczącym, naglącym spojrzeniem, aby Awaren do niej podszedł i się wytłumaczył. Jego sugestie, aby poczekała, spotkały się z naburmuszoną miną i paroma fuknięciami, które zostały po czasie zauważone przez strażników. Jeden z nich od niechcenia wziął swoją włócznię i dźgnął trzonkiem hobgoblinicę, wywołując na jej licu kolejne skrzywienie. Dała sobie po tej zaczepce spokój, od czasu do czasu łypając w stronę elfa.

Powstanie maga z prowizorycznego posłania nie spotkało się z przychylną miną orków, którzy spode łba spojrzeli na niego. Na krótką chwilę stracili nim zainteresowanie, gdy ten po prostu zaczął się kręcić, ale gdy tylko Awaren nie wytrzymał i zapytał o bądź co bądź ważną dlań sprawę, z ust kapitana wyrwało się znużone westchnięcie. - Kazał przywlec twoją suchą dupę z powrotem do pałacu, żeby rzucić ją na pożarcie dzikim bestiom na arenie. A przy okazji ją skopać - uśmiechnął się krzywo.

- Mówił też coś o nadziewaniu cię na jego kły - rzucił od niechcenia inny, grzebiąc sobie sam między zębami, , a siedzący obok jego towarzysze buchnęli śmiechem. Awaren głupi nie był i wiedział, że częściowo jego wybawcy naigrywają się z niego i raczej nie powiedzą mu wprost prawdy. Mógł tylko liczyć, że był na tyle niezastąpiony, że kara nie będzie zbyt wysoka.

Faktycznie pochwycone w jego dłonie fanty emanowały magiczną energią, co wprawne czarodziejskie zmysły od razu wyczuły. O ile nie testował dwóch ostatnich przedmiotów, o tyle czysta ciekawość kazała mu zadąć w dziwaczny gwizdek. Oprócz cichego szumu powietrza nic stamtąd się nie wydało... Za to siedzący akurat najbliżej felczer uniósł głowę, podobnie zresztą do reszty, która to parsknęła śmiechem. Ork rozglądnął się zdezorientowany, bowiem źródłem zamieszania okazał się być dźwięk zespolony z czasem, gdy Awaren dmuchał w gwizdek. Dźwięk pierdzenia. Reszta strażników natychmiast zaczęła docinać po orczemu koledze, który broniąc się nawet raz zwalił winę na elfa, na szczęście bezskutecznie.

Nim zamknął skrzynię, wciśnięta w róg leżała jakaś tuba przypominająca nieco opakowanie na zwoje - wyglądająca na nienową.

Nikt na razie nie przeszkadzał Awarenowi w kręceniu się bliżej niewolników. Rozluźnona straż, przekonana o bezpiecznej kryjówce, rozsiadła się i zaczęła rozmawiać między sobą o kompletnych głupotach. To pozwoliło Zoli i elfowi na w miarę spokojną rozmowę. Oczywiście Czarodziej przykucnąć nie mógł, z racji swego stanu, toteż mocno górował nad goblinką siedzącą skuloną pod ścianą. - Co tu się teraz dzieje? - zapytała cicho, spoglądając dyskretnie na jej nowych oprawców.

Droga na Wschód

95
POST POSTACI
Awaren
- Hahaha... - zaśmiał się słabo, blednąc mimo wszelkich prób zachowania zimnej krwi oraz sprawdzonego, profesjonalnie ugrzecznionego uśmiechu.
Nieśmieszne. W ogóle niezabawne! Czemu aż tak bardzo bawiło ich doprowadzanie go na skraj załamania nerwowego?! Dlaczego w Urk-hun nie uczono, aby nie nabijać się i nie znęcać nad wyraźnie słabszymi fizycznie i psychicznie? Zwłaszcza gdy takowi byli bardzo podatnymi na stres elfami! Dlaczego tego typu zachowanie nie mogło stanowić ujmy dla przeciętnego, orkowego wojownika? Części świętego kodeksu, czy czegoś takiego?
"Ha-ha-ha", wy nadęte, zielone gnojki, wygrażał im pięścią we własnych myślach i rzecz jasna tylko tam. Nigdy bowiem nie znalazłby dość odwagi, aby zrobić to w czasie rzeczywistym. Życie jeszcze mu dostatecznie nie zbrzydło i sądząc po fakcie, że woleli go raczej zszyć niż ROZPRUĆ, prawdopodobnie wciąż istniała dla niego nadzieja, nawet jeśli nosiła imię bardzo wkurzonego i rozczarowanego jego osobą księcia. Mowa. Tak. Zdecydowanie ją dla siebie przygotuje. Może i kilka wariancji, tak dla pewności.

Wzdrygnąwszy się nieco w zaskoczeniu na posłyszany, niezbyt elegancki dźwięk, któremu zawinić miał jeden z orków, Awaren uniósł brwi, zapamiętując, aby koniecznie powtórzyć "test" kiedy indziej i gdzie indziej. To było... Chyba trochę zbyt niedorzeczne, racja? Żeby gwizdek działał w TEN sposób? Nawet jeśli przez sposób wykonania absolutnie by do tego pasował! ... Nie narzekałby jednak, gdyby się mylił. Elegancja elegancją, a użyteczność użytecznością. Dla wszystkiego, co niestandardowe, za to magiczne, dało się znaleźć zastosowanie!

- ... - zanim opuścił skrzynię, zastanowił się dwa razy, po czym sięgnął i po nieco zdezelowane opakowanie, które dostrzegł praktycznie w ostatniej chwili. Znalezione nie kradzione, a co dla jednego śmieciem, dla innego skarbem! Nikt nie miał prawda go krytykować! Pomiędzy orkami ciężko było cokolwiek odłożyć, jeśli nie polowałeś i sam nie zdobywałeś ekstra zębów dzikich bestii z okolic, okej?!

Dokuśtykawszy do Zoli, Awaren chwilę kręcił się w miejscu potwornie niezręcznie. Taaak... Nici z kucania. Już bał się pomyśleć, co będzie, kiedy zechce jednak spocząć z powrotem. Wstanie z podłogi, mogło być tysiąc razy prostsze, niż wrócenie na nią bez nadwyrężania świeżo poskładanej kończyny. Tego nie przewidział.
Koniec końców zbliżył się maksymalnie do ściany blisko swojej zielonoskórej znajomej(?) i oparł o nią plecami, starając się maksymalnie odciążyć ranną nogę. Zaraz obok oparł i kostur, o ile wcześniej upewnił się, że znajdzie się w ten sposób poza zasięgiem obcych rąk. Nieważne czyich.
- Uh, tak, cóż - zaczął niezgrabnie, obracając tubę między długimi palcami. -Można chyba powiedzieć, że w ogóle nie wspomniałem o części, w której oryginalnie robię za... Kogoś w rodzaju doradcy? Doradcy jednego z synów cesarza Karlgardu? Hahaha...? Czy ktokolwiek tutaj zresztą by w to uwierzył? Bo wiesz, nie spodziewałem się, że kogokolwiek za mną wyślą? Szczerze!
Wbrew wszelkim zmartwieniom wiążącym się z ponownym spotkaniem z Ushbarem, było mu naprawdę miło, że w ogóle pofatygował się o misję ratunkową. Bądź co bądź, czy nie odwalał przypadkiem kawałka porządnej roboty, za którą nikt inny i tak nie chciał się brać? Ten pokorny sługa wciąż zamierzał się z niej wywiązywać! Z podwojoną skutecznością, jeśli zajdzie potrzeba!

Droga na Wschód

96
POST BARDA
Tuba wykonana ze zmurszałego drewna miała przytwierdzony skórzany pasek mający służyć za zawieszkę. Podobne, cieńsze rzemyki owijały ciasno zawleczkę, uniemożliwiając na razie zetknięcie do środka, chyba że Awaren chciałby to otworzyć - wtedy nie byłoby z tym żadnego problemu. Idąc powoli, coś w środku delikatnie obijało się o ścianki cylindra; coś lekkiego, jakby właśnie zwój. Nawet wymiary naczynia były odpowiednie do tego. Co robiło takie coś u stetryczałego goblina - nie wiadomo. Być może trafił na złodzieja, albo kupił, ograbił trupa.

Kostur odłożony na ścianę faktycznie znalazł się poza zasięgiem obcych dłoni. Niewolnicy musieliby wstać, na co zareagowaliby orkowie, zaś ci drudzy mieli głęboko w poważaniu elfie kije, by w ogóle pomyśleć, żeby to mu zabrać... Chyba że dla zabawy, kto wie. Tak czy siak ściana dała tymczasowe podparcie dla poharatanej nogi, która mówiąc szczerze doskwierała dosyć mocno. Ból nie był przyjemny, pulsując i rozlewając się nieprzyjemnym ciepłem po całej łydce. Przynajmniej nie groziło mu już zakażenie, ani amputacja... Chyba.

Zola przekrzywiła głowę, słuchając wytłumaczenia Awarena. Z jego poziomu przypominała nieco zdeformowanego psa, którym całe życie pomiatano. I chociaż w jej oczach paliła się wola walki, była nieco przyzwyczajona do aktualnego stanu. Mimo tego, zmarszczyła brwi i zapytała z ciekawością: - Jeśli jesteś doradcą cesarskim, to dlaczego tak cię traktują? Oni są tylko... strażnikami.

Hobgoblinka zerknęła niespokojnie na zgromadzenie przy stole, obawiając się reakcji z ich strony, ale żaden z zielonoskórych nie słyszał tej wymiany zdań. Słyszeli za to inni niewolnicy, którzy także nie wyglądali na zadowolonych.

- Traktują cię gorzej niż niektórych niewolników. Czy książę też tak tobą pomiata? - zapytała trzecia, nieznajoma z imienia orczyca, krzywo się uśmiechając. Miała świeżo ułamany kieł i rany po ugryzieniach. Przyciskała jedną rękę do boku, który miała lekko zaczerwieniony.

Nad nimi burza piaskowa przybrała na siłę, wyjąc przeciągle. Wraz z nim coś innego dobyło sie z głębi tunelu, akompaniując przeraźliwie piaskowej zamieci. Brzmiało to upiornie i Zola skuliła się, zerkając niespokojnie na ciemne wyjście. Kapitan warknął coś do siebie pod nosem, po czym kazał włócznikowi pójść sprawdzić, co ze zwierzętami. Ten zwlókł się bez ochoty, wyciągając krótki miecz zza pasa i chwytając lampę, zaraz znikając w ciemnym tunelu.

Droga na Wschód

97
POST POSTACI
Awaren
Podobnie, jak i Zola, Awaren nerwowo zerknął w stronę okupowanego przez żołnierzy stołu. Był gotów rozkaszleć się, albo nagle zacząć biadolić, jak to okrutnie bolała go noga, która-... Właściwie cały czas bolała, więc tego typu zagranie w celu odwrócenia uwagi od czyichś nieprzemyślanych słów nie byłoby nadmiernym kłamstwem. Zauważywszy jednak na to, że mężczyźni byli dużo bardziej wkręceni w grę niźli jego rozmowy z niewolnikami, rozluźnił ramiona i z ulgą przytknął drewnianą tubę do piersi.

Odpowiedź na zadane pytania była dla niego oczywista i choć elf potrafił zrozumieć, dlaczego zadawała je osoba pokroju Zoli, o tyle poczuł się dziwnie skonfundowany przytykiem orczycy siedzącej nieco dalej. Zatrzymując się więc w połowie ruchu, z palcami zaczepionymi o rzemyki zawleczki, spojrzał najpierw na jedną, potem na drugą, mrugając szybko oczyma.
- Ja-... - zawahał się, ale zaraz uśmiechnął, wyżej unosząc jedną brew. - Bo jestem słaby? Mizerny? Mam na myśli, popatrzcie tylko na mnie - wolną ręką wskazując po sobie samym, z lekkim niedowierzaniem kręcąc głową. - Każdy z nich położyłby mnie jednym palcem, racja? - i to prawdopodobnie najmniejszym, jeśli chciałby być jeszcze bardziej szczery w swoich przypuszczeniach.
Awaren nie czuł wstydu ni krępacji, przyznając się otwarcie do własnej niemocy. Gdyby kierowała nim arogancja i duma typowa przedstawicielom jego rasy, był pewien, że umarłby dawno temu. Na długo przed trafieniem do Karlgardu i między orków. Tymczasem wciąż dychał, wciąż mógł robić to, w czym był dobry i sprawdzał się w tym! Nawet jeśli nie miał nadmiernie dużo czasu na to, co tak naprawdę lubił i co chciał rozwijać, wciąż był w stanie zobaczyć przed sobą pewne plany na przyszłość. Nie miał najgorzej. naprawdę nie miał najgorzej. Trzy posiłki dziennie, własny kąt, dostęp do kąpieli i środków czystości. Czasami nawet skapnęło mu coś ekstra, jeśli tylko mamrotał o tym dostatecznie często pod nosem, będąc jednocześnie w pobliżu Ushbara. Nie było źle. Nie było!
- Do niedawna sam byłem zresztą niewolnikiem i... Musiałbym się postawić, żeby pokazać swoją pozycję? Postawić. Czy wyglądam jak ktoś, kto potrafiłby się postawić? Nie. Nie wyglądam. I naprawdę nie chcę ryzykować większą ilością złamań, niż to konieczne. To zresztą tylko słowa i parę groźnych spojrzeń. Nic specjalnego - słowa i spojrzenia, przez które popadał później w paranoję albo nie spał po nocach.
O kopniakach, szturchnięciach i podobnym wolał nie wspominać. Już i tak nie zdarzały się aż tak często, jak w przeszłości. Był zresztą niemal pewien, że jeśli tylko uda mu się posadzić na tron nowego władcę, nikt więcej rzeczywiście nie odważy się mu zrobić nic potencjalnie groźnego.

Awaren wrócił między prowadzoną konwersacją do ponownego bawienia się rzemykami, dopóki nie otworzył tuby i nie zajrzał jednym do jej wnętrza. Ha. Kto by pomyślał. Coś tam nawet było. Aż wydał z siebie pomruk zaintrygowania, choć ten umarł niemalże od razu, gdy zagłuszyło go coś innego.
- Hiii! - wydał z siebie cienko, mocniej wciskając plecy w ścianę i nerwowo kierując oczy w stronę tunelu.
Czy złe rzeczy mogłyby się już nie przytrafiać?! Czy burza mogłaby minąć? Czy Zaćmienie łaskawym byłoby się już skończyć?! Bardzo chciałby się już znaleźć z powrotem za murami miasta, gdzie przynajmniej nie groziło mu pożarcie przez dzikie bestie!
Proszę, nie posyłajcie swoich pojedynczo..., jęknął w duchu, odprowadzając wzrokiem wysłanego na rekonesans orka. Proszę, wróć niezjedzony. I nie przyprowadzaj ze sobą niczego dużego ani morderczego.

Droga na Wschód

98
POST BARDA
Zola i orczyca zainteresowane spoglądały na Awarena, samymi go oceniając pod kątem ewentualnych słabości. Gdy zaś elf sam je sobie wytknął, ta druga parsknęła, kręcąc głową. - Gobliny też są słabe i można je złamać wpół, a jakoś nikt im tego nie robi - to właściwie była prawda. Chociaż orkowie byli tymi silniejszymi fizycznie i zresztą czcili siłę w postaci Drwimira, to nie traktowali goblinów jak podnóżków. Ba, często to nawet ci mniejsi kuzyni dowodzili - ich spryt i inteligencja nierzadko przewyższały orcze atrybuty. Zresztą wystarczyło zerknąć na tutejszego zarządcę, Dreka i jego ochronę. A czy Awaren był gorszy od goblinów? Znał się na magii i był inteligentny, więc w teorii był z nimi na równi. - Silny możesz też być w gębie na tyle, żeby cię szanowali. Ucz się od goblinów, a żaden strażnik nie będzie ci podskakiwał - rzuciła jeszcze, zanim udała, że nic nie robi, gdy tylko kapitan uniósł głowę zaniepokojony gadatliwością niewolników. Skinął Awarenowi, by ten usiadł na dupie - jednak zanim się ruszył, Zola złapała go za poły szaty. - Wyciągniesz nas z tego, prawda? Obiecaj!

I cokolwiek elfi czarodziej jej powiedział, warknięcie felczera nie pozwoliło goblince na kolejną odpowiedź. Zmuszony przyklasnąć na posłaniu miał jeszcze okazję dokładniej przyjrzeć się zawartości tuby, do której wcześniej zaglądał. W środku zwinięty był rulon pergaminu, pożółkły od zęba czasu. Owinięty był wstążką, którą wyjątkowo ciężko było rozsupłać. Zanim jednak rozwinął kawał papieru, ze zwiadu wrócił włócznik, poirytowany swoim wypadem.

- Zwierzęta przestraszyły się burzy. Zabezpieczyłem wyjście i zaciągnąłem je bliżej nas - rzucił, wracając do stołu. Nic nie zjadło strażnika, nic nie czaiło się w głębi tunelu... Awaren był bezpieczny. Mógł więc zerknąć na zawartość pergaminu, którą były skomplikowane rysunki i niewyraźne pismo, wszystko wymagające lepszych warunków, lepszego światła i spokoju. Wstępnie udało się jednak elfowi przekonać, że było to chyba... Zaklęcie? Albo rytuał, ciężko teraz powiedzieć.

Tak czy siak sen w końcu napadł Czarodzieja, który w miarę spokojny o swoje życie mógł się zdrzemnąć. Nie śnił o niczym specjalnym, a przynajmniej tego nie pamiętał, gdy się rano obudził - może nie wypoczęty, ale też nie było przy tym tragedii. Tym zaś, co wybudziło go ze snu, była krzątanina orków zbierających co się da z opuszczonej kopalni, w tym i zawartość kufra. Niewolnicy byli związani grubym sznurem łączącym całą trójkę, a wodze trzymał włócznik. Felczer widząc wstającego powoli Wysokiego, rzucił mu bukłak z wodą i paczkę sucharów wraz z komentarzem, że burza się skończyła i będą jak najszybciej wyjeżdżać.

Drugim elementem, ktory zauważył Awaren, był smród. Niemiłosierny zapach gnijącego mięsa powoli roznosił się po pomieszczeniu w akompaniamencie bzyczenia pierwszych much. Największe ich zbiorowisko było w rogu, gdzie ciała gnolli, niewolników i ich porywaczy leżały i gniły wesoło, dając pożywkę wszelkiemu robactwu. Od tego wszystkiego robiło się niedobrze elfowi, co pozwoliło mu sprawnie zauważyć, że uciążliwe uczucie bólu głowy i gorączki nie zniknęło.

Z pomocą jednego ze strażników udało się Awarenowi wstać. Noga z samego rana dokuczała bardziej niż wczoraj, w teorii pulsując słabym bólem, przy każdym ruchu emanując nagle wściekłe, jakby zaraz coś miało mu z łydki wyskoczyć. Kuśtykając, udało im się przejść objuczonymi przez ciemny tunel z zawalonymi wokół przejściami. Z sufitu zwisały luźne belki i liny, którymi musiano kiedyś wciągać coś z korytarzy. Na zewnątrz zaś było cicho i tylko kroki opancerzonych butów i ciche odgłosy zwierząt zakłócały tę ciszę.

W końcu wszyscy dotarli do bramy wejściowej - starych drewnianych podwójnych drzwi, które ledwo trzymały się w zawiasach. Pod nimi nasypane było trochę piasku, zaś przy otwieraniu z tego samego powodu stawiały opór. Przed nimi przywiązane do którejś z beli stały trzy konie, nerwowo dreptając i prychając. Podczas gdy felczer podszedl do nich i zaczął je odwiazywac, kapitan rozwarł odrzwia, wpuszczając gorące powietrze, trochę pyłu i piasku. W gardle Awarena natychmiast coś zaswędziało i zadrapało, ale to promienie słońca były najgorsze. Ledwo dotykając jego twarzy, czuł on jakby parzyły jego skórę, zdzierając ją i dobierając się do kości. Ból głowy wzmógł, podobnie do gorączki oraz suchości w ustach. Wytknąwszy głowę bardziej na zewnątrz, zorientował się, że niebo było zakrwawione, a słońce za tarczami księżyców. Drugi dzień z rzędu, jak mógł wydedukować.

Ork wyprowadził zaraz konie, zaś włócznik przywiązał do jednego z nich sznur z niewolnikami. Burcząc coś o nadążaniu, dosiadł zwierzęcia, podobnie do felczera. Kapitan niedelikatnie chwycił Awarena i posadził do własnego siodła, siadając przed nim. - Trzymaj się mocno. Może do wieczora dotrzemy do miasta, a jak nie to jutro z rana - rzucił, powoli ruszając z miejsca. Rozglądając się, elf zobaczył wokół jałową ziemię i tony piasku, a do tego zwietrzałe skały i wzgórze, w którym znajdowała się opuszczona kopalnia. Słońce nie stało jeszcze w zenicie, ale już teraz mężczyzna czuł, że jest mu znacznie gorzej niż wczoraj... I nie potrzebował do tego teraz magii.

Droga na Wschód

99
POST POSTACI
Awaren
Marszcząc nieco brwi, Awaren otworzył usta do odpowiedzi, która nigdy nie nadeszła. Co było doprawdy niedorzeczne, ponieważ dobrze wiedział, co chciał przekazać, a słowa praktycznie same układały się na języku w odpowiednio rozbudowanej formie.
Tak, naturalnie, orkowie nie patrzyli na gobliny, jak na byle pełzające pod ich stopami robale, ale to właśnie dlatego, że mowa było właśnie o goblinach? Pokurczowatych, cwanych i często zakłamanych, ale wciąż tak jakby orkowych krewniakach, tyle że z natury sprytniejszych i inteligentniejszych? Obie rasy miały też za sobą lata liczone w dekadach i stuleciach, przez które nie tylko żyły zaraz obok siebie, ale i niejednokrotnie współpracowały. Słyszało się o goblinich królach i przywódcach mających pod sobą orkowe hordy, jasne. Jak jednak porównywać tutaj elfa z goblinem? Zwłaszcza takiego... Jak on? Czy ktoś słyszał kiedy o orkach słuchających się spiczastouchów? Awaren nie słyszał! Pamiętał za to całkiem nieźle historyczne księgi i zwoje wertowane jeszcze za czasów Akademii. Zdziesiątkowanie elfiej rasy przez Drwimira? Wojna Łuku i Topora? Goblinom również zdarzało się wojować ze swoimi sąsiadami, jasne, a mimo to obie rasy nadal potrafiły się szanować mniej lub bardziej, racja? Czy to o czymś nie świadczyło? Ah, pomijając zresztą niuanse historyczne, żadna rasa nie przepadała w obecnych czasach za elfami na kontynencie, nieważne czy to leśnymi, czy też Wysokimi. Awaren doprawdy cieszył się, że nie skończył dotąd w żadnym gulaszu.
Jego pozycja mogła wyglądać żałośnie z punktu widzenia osób trzecich, ale mimo to, wciąż zapewniała mu względnie ułożone życie oraz bezpieczeństwo. I co z tego, że jego przodkowie przewracali się w grobach, widząc, jak chętnie pokładał po sobie uszy, spuszczał poddańczo głowę lub bezwstydnie padał na kolana, by bić pokłony komuś, kto w oczach ich rasy nie mógł uchodzić za nikogo więcej, jak zwykłego barbarzyńcę? Co z tego, że Wiecie co? Chrzańcie się, drodzy przodkowie! Chrzańcie się, ponieważ to WY wąchacie kwiatki od spodu, a Awaren nie zamierzał dołączać do tej zabawy wcześniej niż musiał! Nie planował dać się zabić byle głupie arogancji i pysze wynikającej z przerostu dumy, która już od wieków nie ma pokrycia!
Co dobrego zresztą wyszłoby ze stawiania się strażnikom i pyszczenia w ich stronę? Pomijając, że zwyczajnie nie miał jaj, by zachowywać się równie wyniośle i bezczelnie, co łatwo przychodziło goblinom oraz w dużej mierze pozostałym przedstawicielom jego własnej rasy... To, co sugerowała orczyca, wiązało się ze zdecydowanie niepotrzebnym ryzykiem. Zresztą... Nawet jeśli sam siebie określał, jako doradcę i prawą rękę Ushbara, nigdy nie przypisano mu oficjalnie żadnego tytułu ni roli.
Starając się wyglądać na mniejszego, słabszego i jeszcze bardziej żałosnego niż był w rzeczywistości, odsuwał od siebie potencjalnie niechcianą uwagę otoczenia. Spójrzcie tylko na grono pykających w karty oków kilka metrów dalej! Żaden z nich nie czuł potrzeby, żeby poświęcać mu więcej czasu, niż to było konieczne! Żaden nie wysilał się, aby mieć go non stop na oku. Żaden nie brał go zbyt poważnie. Czy jego drobna przewaga na cesarskim dworze szybko by się nie skończyła, gdyby próbować to zmienić? Bycie małą, bzyczącą, ale niegroźną muchą miało swoje plusy - a przynajmniej tak właśnie lubił to postrzegać.
Wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi, nie był aż tak wielkim masochistom, aby lubić, gdy nim pomiatano. Jak każda czująca i myśląca istota, miewał z tego powodu swoje momenty słabości oraz większe lub mniejsze, emocjonalne upadki. Niewola wyrobiła u niego skłonność do paranoi, które lubiły dokarmiać liczne lęki, to fakt. Nigdy natomiast nie zdołał zabić jego determinacji ani też ambicji. Pomogło mu to postawić przed sobą nowe cele i jeśli dążenie do nich wymagało od niego jeszcze większej dozy płaszczenia się, niech i tak będzie!

- ... Więcej zobaczysz i usłyszysz, gdy nikt nie zwraca na ciebie uwagi. Nie bierze na poważnie, nie uważa cię za zagrożenie - zamamrotał pod nosem do siebie, zanim wyłapując spojrzenie kapitana, pokiwał mu głową z momentalnie wykwitającym na ustach, przepraszającym uśmiechem.
Sięgnął z powrotem po swoją laskę, aby wspierając nań, łokciem odepchnąć się od ściany i stanąć znowu o własnych siłach. Wtedy też za resztki szmat, które już dawno przestały przypominać swój oryginalny krój i kolor, złapała go Zola, na którą szybko skierował zaskoczone spojrzenie. Ah, bardzo chciałby się już umyć i przebrać. Starał się o tym, co prawda nie myśleć, ale jego świadomości nie umknęło niestety, jak bardzo przesiąknął potem, krwią i kurzem z góry na dół.
- Uh - wydał z siebie mało elokwentnie, zastanawiając, dlaczego nagle tak trudno jest mu złożyć obietnicę bez pokrycia. Być może dlatego, że nikt wcześniej nie zwracał się akurat w jego stronę z desperacją, którą dużo częściej sam emanował, niźli doświadczał ze strony innych? Rozkazy nie były mu obce, ale prośby już tak. I choć było to miłe, niemalże pochlebiające doświadczenie, wiedział więcej niż dobrze, że nie powinien się przyzwyczajać. Ani do tego typu traktowania, ani do samej Zoli.
- Postaram się - odparł więc, zanim pokuśtykał z powrotem do miejsca robiącego mu już wcześniej za posłanie.
Mógł się postarać, ale nie mógł obiecać i dobrze wiedział dlaczego. Być może zdoła jakimś cudem nakłonić żołnierzy, by nie porzucali Zoli i pozostałych na pastwę losu gdzieś na pustyni, ale jeśli wolą Ushbara będzie rozłupać ich czaszki i wyrzucić za mury miasta, Awaren naprawdę nie sądził, aby mógł się temu postawić.

Ponowne sprowadzenie swojej osoby do parteru było problematyczne, ale nie niemożliwe do wykonania, choć kosztowało pewną dozą gimnastyki. Z wyłączeniem rannej nogi, rzecz jasna.
Starając się znaleźć odpowiednią pozycję do spania, a jednocześnie zachować trzeźwość umysły, dopóki strażnik posłany na zewnątrz nie wrócił w jednym kawałku, Awaren opróżnił kieszenie z fantów, ułożył je obok posłania i wrócił zainteresowaniem do wciąż czekającej na nieco zawartości tuby.
Koniec końców strażnik rzeczywiście wrócił cały (Chwała Drwimirowi!), a elf odkrył, że w jego ręce wpadł bardzo stary i najpewniej bardzo cenny zwój! Pierwsza ekscytacja o mało nie zmusiła go do okrzyku zachwytu. Tego typu rzeczy nie odnajdywało się łatwo! Czyżby los postanowił nieco się nad nim zlitować i odpłacić jego ciężkim próbom utrzymania się przy życiu? Ah, jaka szkoda, że światło w tej przeklętej pieczarze było takie beznadziejne! naprawdę chciał wiedzieć, o czym traktował cenny pergamin!
Głupio uśmiechnięty, mógł przynajmniej zapomnieć o swojej wcześniejszej, wewnętrznej rozterce i ze zwojem ponownie schowanym w tubie, zasnąć jak dziecko, mocno przyciskają tenże do swojej wątłej klatki piersiowej.

Nowy poranek, jakkolwiek nieprzyjemny, na pewno nie zapisałby się do pierwszej dziesiątki ani nawet dwudziestki pośród tych naprawdę złych, jakie już zdążył zaliczyć przez ostatnie lata. Koniec burzy nastrajał stosunkowo optymistycznie, tak samo jak zwiastująca przygotowywanie się do drogi krzątanina. Gdyby nie smród rozkładu unoszącego się w powietrzu, Awaren powiedziałby, że był to całkiem znośny początek dnia. Udało mu się nawet utrzymać pojedynczego suchara w żołądku bez potrzeby zwracania!
...
Mylił się, oczywiście, co spowodowane było resztkami zaspania. Kiedy jednak i te zniknęły, dotarło do niego, jak rozpalony wciąż był oraz jak darła go opatrzona dnia poprzedniego kończyna. Zdecydowanie nie był przyzwyczajony, aby tego typu objawy trzymały się go dłużej niż kilka godzin. Miał ochotę sprawdzić stan nogi pod opatrunkami, ale dużo bardziej martwiły go mimo wszystko inne objawy.
Pozbierał i pochował z powrotem rzeczy, tubę zawiesił dla bezpieczeństwa na szyi, a następnie zaciskając mocno zęby, z kosturem w jednej ręce i palcami wolnej dłoni wbijającymi się w udo rannej nogi, ruszył za pozostałymi na tyle energicznie na ile był w stanie.

Awaren wiedział, że coś jest nie tak, zanim jeszcze wrota zostały otwarte. Zanim wyściubił przez nie choćby czubek nosa. Instynkt, podobny do tego, którym kierowały się zwierzęta, kazał mu wycofać się, zaszyć w cieniu i tam też zostać.
- Ughh - jęknął boleśnie i wzdrygnął się, o mało nie wypuszczając swojego kostura z dłoni, za to drugą ręką oraz resztkami smutno zwisających, niegdyś długich rękawów próbując osłonić twarz przed zgubnym, nienaturalnym blaskiem.
Nogi zatrzęsły się pod nim niebezpiecznie, oddech przyspieszył, serce łomotało wściekle. Dlaczego...? Dlaczego Zaćmienie wciąż trwało?! Co u licha?! I jeśli jego efekty aż tak mocno oddziaływały na jego osobę, gdy był nań kompletnie wystawiony, czy przeprawa przez pustynie nie oznaczała dla niego śmierci?! Oddychanie ponownie stało się problemem, a ciało oraz wnętrzności paliły żywym ogniem. Każda cząsteczka jego istnienia krzyczała i protestowała, chcąc, aby wycofał się z powrotem do kopalni. Czymkolwiek była ta astronomiczna anomalia, jak nic życzyła my śmierci!
- ...nie dam rady - szepnął słabo. - Nie ma mowy, żebym dał radę...
I pewnie byłby faktycznie spróbował uciec, gdyby wcześniej kapitan sam nie postanowił wcisnąć go w siodło jednego z wierzchowców. Przełykając wszelkie chęci protestu, elf najpierw odetchnął z trudem, a następnie wcisnął laskę pomiędzy siebie a siadającego przed nim orka, układając ją wysoko na udach. Potrzebował obu rąk, żeby objąć nimi jeźdźca w pasie i nieco desperacko wcisnąć czoło w jego plecy. Miał jeszcze bardziej gdzieś niż zazwyczaj, jak wyglądało to dla otoczenia. Zrobiłby teraz dosłownie wszystko, jeśli tylko mógł ukryć twarz przed napastliwym blaskiem.
- Szlag, szlag, szlag - powtarzał cicho pod nosem pomiędzy głębokimi, nierównymi oddechami. Miał nadzieję, że jego ciało tylko dla niego samego wydawało się kawałkiem rozżarzonego metalu. Nie chciał zostać zrzucony z konia, gdy jego dotyk zacznie parzyć kogoś poza nim. Ah, gdyby mógł stracić chociaż przytomność na zawołanie...

Droga na Wschód

100
POST BARDA
Gówno mnie obchodzi, czy dasz radę, czy nie, pierdoło. Jak chcesz, możemy pojechać bez ciebie i na tym się skończy twoje jęczenie — warknął kapitan, bezceremonialnie wrzucając elfa na grzbiet konia i samemu nań wskakując. Oznajmiając szacowany czas na dotarcie do miasta, wierzchowiec ruszył wraz z pozostałymi, za sobą ciągnąc skutych linami niewolników. Bardzo szybko Awaren zaczął się odwadniać, czując podobny efekt w chwili, gdy jego zaklęcie odbiło się rykoszetem i nawet te szczątki wody w manierce, którą od czasu do czasu kapitan mu podawał nie wystarczyły do ugaszenia pragnienia. Jego skóra momentalnie stała się szorstka jak papier, który trzymał w tubie na ramieniu i nawet oczy miał, jakby ktoś mu tam piasku nasypał. Gorączka także się pogarszała i po kilku godzinach jazdy wkurzeni orkowie musieli się zatrzymać na jednym z przystanków na trakcie – w ocienionej oazie, gdzie felczer kazał wrzucić elfa choć na chwilę do źródełka, by Awaren im nie umarł po drodze. Napojono także konie i niewolników, zjedzono drobny posiłek i po owinięciu mokrą szmatą głowy Foighidneacha, ruszono w dalszą podróż.

Ze względu na sznur zielonych niewolników podróż trwała znacznie dłużej niż się spodziewano i faktycznie grupa musiała zawitać na noc do kolejnej oazy, gdzie zrobiono kolejną kąpiel Awarenowi i ułożono go pod szerokimi liśćmi daktylowców. Włócznik ruszył gdzieś nawet samotnie, by po kilku godzinach wrócić z naręczem drobnych ssaków wychodzących na pustynię w nocy, które upieczono nad ogniskiem i rozdano wszystkim oprócz trójce nieszczęśników muszących raczyć się suchym chlebem.

I chociaż noc minęła w miarę spokojnie, to Awaren widział, jak bardzo nieboskłon jest poczerniały pomimo braku chmur. Ani jedna gwiazda nie zawitała na sklepienie, zaś daleko na horyzoncie, za pustynnymi wydmami i zwietrzałymi skałami, widnokrąg czerwienił się niepokojąco w akompaniamencie dziwnych szmerów, ujadań i nawet wrzasków. Ani Zarul, ani Mimbra nie towarzyszyły tej nocnej wyprawie. I w malignie, jaką przeżywał mag pozbawiony już adrenaliny, widział jak długie cienie dogasającego ogniska rysują się iście upiornie. Wartujący strażnicy zdawali się jednak nie robić z tego wielkiej afery, chociaż nie grali już w kości i czujnie pilnowali obozowiska.

Ranek był paskudny. Z samego świtu elfa powitał kopniak w żebra od kapitana, który rzucił mu manierkę z wodą, śniadanie złożone ze świeżo zebranych daktyli i innych owoców rosnących w okolicy, po czym oznajmił, że jak go już wykąpią, to ruszają dalej. I tak też się stało pomimo paskudnego choróbska trzymającego Czarodzieja w potrzasku.

Zaćmienie trzeci dzień się trzymało, zakrywając słońce w dzień, w nocy pozbawiając nieba gwiazd i księżyców. Jedyną miłą perspektywą było lśnienie na horyzoncie, które zauważyli w oddali. Lśnienie oceanu i wysokich kopuł cesarskiego pałacu, a później także i pierwsze mury i okoliczne wioski. Tragedią w tym wszystkim był fakt, iż mijali co jakiś czas podróżników rozszarpanych przez dzikie bestie. Krwawy ślad ciał ciągnął się aż do miejskich murów, do których dotarli tuż przed południem. Brama była zamknięta i nikt przed nią nie stał, za to unosząc słabą głowę w górę, elf ujrzał multum łuczników i kuszników pilnujących okolicy. Kapitan wykrzyczał coś zaraz do wartowników i bramy otwarły się, wprowadzając Awarena i jego kompanię pomiędzy duszne ulice Karlgardu, wraz z jego przekupkami, złodziejami i sfermentowanym gównem.

z/t do Cesarskiego Kompleksu Pałacowego

Wróć do „Zachodnia baronia”