Dolne Miasto - gospoda „Dobre Piwo” i okolice

91
Gdy Lucas podał dłoń Sarze wydarzyło się coś... nad wyraz niespodziewanego. Wokół ich zaciśniętych rąk pojawił się blado jaśniejący okrąg a jego skóra poczuła delikatne mrowienie. Wszystko to trwało zaledwie sekundę.
- Słyszałam o panu już wiele, panie Barker.- odezwał się miło łechtający po duszy kobiecy głos w głowie Lucasa. Jednak nie wydawał się on pochodzić bezpośrednio od Sary. Ta bowiem miała usta zamknięte cały czas, a mimo to uśmiechała się do Szakala jakby z satysfakcją.
- Sara jest niema, jakby co. Porozumiewa się telepatycznie. - pośpieszył z wyjaśnieniem William. - Ale może to zrobić dopiero po kontakcie fizycznym.
- Naprawę jestem w stanie sama się opisać, Bill. Nie potrzebuję niańki. - zaznaczyła dobitnie Sara, a Lucas mógł faktycznie dostrzec, że cała ta sprawa z gadaniem to nie przywidzenie. Kobieta wysławiała się płynnie a mimo to jej pomalowane bordową szminką wargi nie otwierały się ani o milimetr. Za to ekspresja jej twarzy była dobitnie wyrazowa. William uśmiechnął się tylko i skinął głową w akcie przeprosin.

W tej chwili rozproszenia Lucas schował swój medalik w łóżku. Już po chwili jednak cała uwaga pani Bennet skupiła się z powrotem na nim. Małżeństwo wysłuchało jakże zaskakującego tonu Szakala wypełnionego powagą i trzeźwym (co?) pomyślunkiem.
- Czyli wydzierałeś się tam mając w głowie konkretny zamiar? Heh, kto by się spodziewał? - zadrwił William, jednak nie mówił tego z przekąsem czy złośliwością a raczej miłą dozą sarkazmu.
- Jak dla mnie mogłoby się odbyć bez zwracania na siebie uwagi, ale... niech już stracę. Pójdziemy w Twoją gierkę. - zabrzmiał głos Sary echem. Kobieta ładna czy nie, do tego trzeba było po prostu przywyknąć. - Niemniej, bądźmy ostrożni. Już od przyjścia tutaj czułam się gorzej, ale gdy mój mąż poszedł Cię ratować gdy usłyszał Twoje krzyki... prawie mnie zemdliło. Nie jestem astronomem, ale przez to zaćmienie wydaje się, że świat wariuje. Nie powinniśmy liczyć za bardzo na pana iluzje czy moje... "sztuczki", ale... - czarnowłosa spojrzała w stronę drzwi słysząc już wyraźnie kroki na schodach. - Wyczuwam, że coś jest nie tak.

Pośpieszne tupnięcia przeszły po korytarzu i zatrzymały się niepokojąco przy ich drzwiach. Cała trója popatrzyła się na siebie w porozumieniu, po czym William wstał z krzesła i zgodnie z propozycją Szakala chwycił do dłoni jego Szulera, choć własną broń przy pasie posiadał. Lucas dalej odgrywał pijanego robiąc raban, ale to nie przeszkodziło Willamowi zbliżać się do drzwi z dobytym ostrzem. Sara bacznie wszystko obserwowała będąc w pogotowiu.
Ostatecznie rozległo się grzeczne pukanie do drzwi, niemniej Lucas usłyszał, że nie było ono podobne do tego, które słyszał na początku przy drzwiach wejściowych. Mógł nawet powiedzieć, że układało się w całkiem zgrabny motyw rytmiczny. Sara i William spojrzeli po sobie, po czym mężczyzna opuścił broń i z większym już spokojem podszedł otworzyć drzwi. W futrynie stanął roztrzęsiony Thomas, nerwowo biorący oddech.
- Panowie Z-zakonnicy... proszą wszystkich na dół. B-be-bez sztuczek, mówią.
Sara Bennet spojrzała Szakalowi głęboko w oczy, a potem na chwilę zboczyła, oglądając go od stóp do głów. Oględziny przeprowadziła widocznie z satysfakcją, bo zakończyła je uśmiechem.
- Okej, Panie Aktor. Pora rozpocząć przedstawienie.


Cztery osoby zeszły po karczemnych schodach z powrotem do głównej izby. Im oczom ukazały się dwie sylwetki stojące niedaleko zamkniętych już drzwi. Byli to mężczyźni, jeden niższy od drugiego, w srebrzystych napierśnikach i przyłbicach na czerepie, spod których dało się dostrzec tylko ich oczy. Poza tym mieli na sobie pełne umundurowanie typowe dla Sakirowców, nie pomijając błękitnych peleryn. Chociaż zdawali się... dosyć brudni w tym swym mundurze. Jacyś tacy obdrapani. Może jacy weterani wojenni? Początkowo patrzyli na nich wszystkich z wymuszoną ciekawością, ale gdy tylko dostrzegli karmazynową czuprynę Lucasa nastąpiło pomiędzy nimi jakieś ożywienie - niższy trącił wyższego ramieniem i skinieniem głowy pokazał w stronę Barkera.
Rycerze wystąpili do przodu, podchodząc do przestraszonego karczmarza, ponownie zakapturzonej Sary oraz do Williama, który podtrzymywał Lucasa pod ramieniem grając mu wsparcie dla opitego kolegi.
- Najmocniej przepraszam za stan przyjaciela, miał bardzo ciężki dzień. Nakrył dziewczynę na zdradzie z parobkiem z kuźni, kot mu obsikał ulubione buty a w dodatku babcia zmarła niedawno. Panowie rozumieją, że na trzeźwo dla zwykłego człowieka to za dużo. - William kłamał jak najęty, co było miłym zaskoczeniem, gdy miało się w głowie obraz tego, jak zawsze szlachetnie i prawie starał się zachowywać. W swojej półstojącej pozycji Lucas był w stanie dostrzec, jak pod kapturem na tę scenę uśmiechem zareagowała Sara.
Rycerze popatrzyli się po sobie w małej konsternacji, ale za chwilę jeden z nich wypalił.
- W imieniu, yyy, naszego króla Eiduna zostajecie~ - nagle drugi rycerz palnął swojego kolegę w ramię wierzchem dłoni i nachylił się do niego, coś mu szepcząc do ucha. Ten pierwszy po chwili wziął wdech, jakby sobie coś uświadamiając i znów zwrócił się do gości karczmy.
- A no y tak... Proszę się najpierw ten no... wylegitować. Nakaz króla.

Szakal ponownie usłyszał w swojej głowie głos Sary.
- Eiduna? Coś jest nie tak. Te zbroje, ta gadanina, ich aura... To nie są Sakirowcy. Lucas, zajmij ich. My załatwimy resztę.
Klarownym było to, że tylko Lucas ją usłyszał, bo ani Thomas ani rycerze nie zareagowali w żaden sposób. William miał przy sobie zarówno Szulera jak i swoją własną broń, jednak mężczyźni przed nimi byli opancerzeni i każdy z nich miał przy sobie swoje własne ostrze. Nie stali bardzo blisko, ale zanim Lucas postanowi jcokolwiek może rozważyć, czy warto czekać na Sarę z podjęciem jakichkolwiek działań.

Dolne Miasto - gospoda „Dobre Piwo” i okolice

92
No i się wszyscy piękne poznali! Kto wie, może wypiją dobre wino oraz zapalą jakieś ziele jak się to wszystko skończy. Na razie jednak myśleli o ratowaniu własnych zadków, toteż nawet w tym momencie ku zdziwieniu zebranej pary zwieńczonej węzłem małżeńskim, Lucas okazał się… zaskakująco poprawnie myślącym, przebiegłym lisem. Co do drugiego może nie było aż tak wielkich wątpliwości, lecz zmysł taktyka pozostawał obcym u niego w odczuciu Williama. Ot, takie zapewne miłe zaskoczenie. - Para żebraków z krwią dookoła sprawiła, że lepszego pomysłu raczej nie wymyślisz. Jeżeli będziemy wszyscy udawać w pełni poważnych ludzi oraz chłodne obycie to od razu przejrzą nas na wylot. Granie głupiego w moim przypadku to najlepsza opcja. - jeszcze naprędce skomentował, zanim ustawili się w szyk oraz przygotowali własne bronie, aby mieć je w pogotowiu. Czarownik udawał, że nic przy sobie nie ma… Jego zdaniem czynił to całkiem słusznie, ze względu na możliwie dorastające podejrzenia szajki na dole. Na informację względem jej zdolności telepatycznych też się lekko uśmiechnął, puszczając oczko. A więc miał pod ręką kolejnego maga? Sztuczki? Mógłby to solidnie wykorzystać w tej sytuacji. Przy okazji doceniał pochwalenie zadziorne Williama. W końcu ktoś docenił lowelasa! - Ja chyba wiem kim oni są... - na razie tak podsumował słowa Sary względem przeczucia. Oj, on chyba doskonale wiedział z kim mają do czynienia. I nie, nie chodziło o żadnych Sakirowców… tylko tych, co dobitnie poszukiwali Lucasa. Inną jednostkę… Stanąwszy na baczność, gdy ktoś zapukał w końcu odpuścił z rozczarowaniem, zauważając przerażonego grubasa w progu. - ZARAZ SCHODZIMY! IDŹ ZAJMIJ SIĘ KLIENTAMI I PRZYGOTUJ NAM TRUNKI, ALE TO MIGIEM! - rozkazał Thomasowi zachrypłym głosem, przy czym poprawił swój pas oraz tunikę. Zerknął kątem oka na parę już z większą dozą kalkulacji wymalowanej na obliczu. - Do boju… - i po tych cichszych słowach zaczął się staczać schodami w dół niczym najprawdziwszy smakosz alkoholi na tych terenach. Powinien zacząć grać w teatrze, haha!

Szedł krokiem bardzo chwiejnym, łapiąc się ściany lub barierek o ile takie znajdowały się w jego okolicy. Na szczęście parka go trzymała, żeby całkowicie nie stracił balansu. Udając martwą wagę jednak nie pomagał kobiecie z mężczyzną, bo sporawy mag nie należał do grupy wychudzonych niewolników. Bardziej przypominał lekko wyćwiczonego dryblasa. - O, jeszcze tutaj są! Oszukańcy! - zaczął machać rękoma w ich kierunku jak schodził po kolejnych stopniach, starając się wskazać palcami na najbardziej obskurnych rycerzy. Gdy wreszcie stanęli w pobliżu dziwnych wojowników, a przyjaciel Barkera zaczął kłamać zgromadzeniu to udający pijaka “Szakal” próbował odepchnąć ręce pomagających mu w utrzymaniu równowagi asystentów. Podszedł bliżej najwyższego z nich, którzy wystąpili z jakimiś absurdalnymi rozkazami. Przecież od razu widać, że to nie Sakirowcy! Jakiś żart, a nie członkowie zakonu! Prawdziwi rycerze już dawno by przechwycili iluzjonistę na piętrze, nie czekając na jakieś gierki z ich strony! Zero profesjonalizmu, tfu! Barker pluje na taką prowizorkę!

Nabrał powietrza w płuca, zionąwszy oddechem od róży ukońskiej wprost w twarz domniemanego kapitana domniemanego oddziału. - On ma rację, jestem bardzo wkurwiony! I nie potrzeba mi tutaj jakiś podlotków od świrów z sekty. Skąd jesteście? Wiecie w ogóle jak król się nazywa? Pozwólcie, że wam wyjaśnię... - miał rozpocząć bardzo przejmujący wywód, który ich wyprowadzi z równowagi. Odebrał czysto słowa Pani Bennet w głowie, przy czym naturalnie nie mógł jej odpowiedzieć wprost. Stali za blisko tej zgrai parobków z mieczami. - Po pierwsze - znajdujecie się w Saran Dun, siedzibie króla Aidana Augustyńskiego oraz władcy Sigmunda Radwielda. W stolicy mieszka około czterdziestu tysięcy mieszkańców, z czego mamy tutaj panującą plagę wycinającą ludność dolnej części miasta. Jesteście w środku tego pierdolnika…. Coś mam tutaj dodać czy wasze makówki zaczęły pracować? - robił z nich debili, którymi w sumie po części byli. Nie wiedzieli jak dobry jest Lucas Barker, były uczeń Uniwersytetu w Oros oraz najznamienitszy kochanek tego kontynentu! To nie byle męska prostytutka, a ktoś o ponadprzeciętnych umiejętnościach! - Druga sprawa to pokażcie mi ten nakaz, palanty. Jako obywatel… przepraszam, uchodźca nie mam obowiązku iść z wami bez żadnego dokumentu. Takie jest prawo. - pogrywał z nimi ostro, dalej chwiejąc się niby oraz robiąc z siebie niezłe przedstawienie niczym najprawdziwszy menel w okolicy o żyłce artysty. Zerkał na ich uzbrojenie w międzyczasie. Co takiego tam dojrzał wyjątkowego? - A po trzecie to podajcie mi zasady zakonu, teraz z marszu… Bo jestem ciekaw czy je znacie. Oraz czy faktycznie jesteście tutaj na inspekcji od władz czy może “Rudego” Johnstona… - ostatnie zdanie wypowiedział ciszej, będąc gotowym na ewentualną obronę sztyletem. W tym momencie ich zdradził, więc użyje zaklęcia szybkości, aby się wywinąć z tego uścisku spomiędzy ludzi, bo mogą to odebrać jako zaproszenie do walki. Nie mógł za bardzo w tym czasie kontrolować co robili jego kompani. Liczył, że aktualnie Sara z mężem wykonywali jakieś konkretne ruchy co do ich obrony. Zdaniem karmazynowo włosego mieli spore szanse na ujście z tego cało. Tamci to bezmyślne osiłki. Byleby ich przechytrzyć oraz wyprowadzić ofensywę z zaskoczenia. Wiedział, że to spore ryzyko używać teraz czary, ale czy miał inny wybór?
Głos

Muzyka

Dolne Miasto - gospoda „Dobre Piwo” i okolice

93
POST BARDA
Jeden z rycerzy odsunął głowę i odepchnął Lucasa od siebie, gdy ten uraczył go sztachnięciem aromatu Róży Ukońskiej ze swych ust, okraszonego nutką swoich niedawnych torsji. Wywód na temat sytuacji społecznej miasta jak i jego ustroju raczej też nie przypadł do gustu Sakirowcom, gdyż tylko popatrzyli po sobie (a przynajmniej tak można było wywnioskować po ruchu ich zakutych w hełmy łbów) szukając najwidoczniej choć cienia zrozumienia, że słyszą tylko nad wyraz retoryczną paplaninę pijaka a nie wykład od profesora z Akademii Mniejszej. Świadczyło to tylko o tym jak wspaniale Szakal robi to co robi w sumie zawsze - czyli wywołuje chaos. W całym tym gadaniu i aktorzeniu Lucas był w stanie dojrzeć jak Thomas zdążył obgryźć z nerwów wszystkie paznokcie. William już go nie podpierał tylko stanął trochę lekko za Lucasem. Początkowo można było pomyśleć, że chowa się tworząc z iluzjonisty jakąś żywą tarczę na wypadek, gdyby niesforna kontrola zachciała użyć "narzędzi przymusu bezpośredniego", jednak kątem oka wyłapał, że tak naprawdę pan Bennet zasłania swoją żonę.
Gadanina o potrzebnie nakazu do przechwycenia uchodźca w końcu zachęciło rycerzy do jakiejkolwiek reakcji werbalnej, jednak na nieszczęście Lucasa był to paskudny, irytujący śmiech.
- Prawo-srawo, prawo jest takie jak my powiemy. Mamy ten yyy... stan nadzwyczajny! A ty jesteś nadzwyczajnie upierdliwy i już za samo to mam ochotę i PRAWO cię zakuć w dyby, cwaniaku.
W uzbrojeniu rycerzy Lucas nie doszukał się niczego nadzwyczajnego. Oboje posiadali długie miecze zaczepione o pas i niemal identyczne napierśniki, po prostu ubłocone w różny sposób i mające wygniecenia w różnych miejscach. Z daleka, podczas zmierzchania, za jakąś średniej gęstości mgłą zdecydowanie można było się w nich doszukać prezencji rycerskiej, ale w ich gadaninie z pewnością jej nie było.

Jak miało się również okazać brakowało jej również w temperamencie jegomościów, gdyż gdy tylko usłyszeli nazwisko "Rudego" Johnstona wystąpiło w nich niemałe poruszenie i oboje wyciągnęli ręce w kierunku swoich ostrzy.
- Doigrałeś się, psi synu. Idziesz z nami czy tego chcesz czy~
Głos utkwił pierwszemu mężczyźnie w gardle. Przez chwilę zdawało się, że próbuje kontynuować swoje słowa, ale wykonywał głową ruchy bardziej jak kot próbujący się wyzbyć kłaczka. Jego wolna ręka powędrowała w stronę szyi, by sprawdzić, czy grdyka działa prawidłowo. Drugi rycerz zareagował tak samo, tylko najpierw spojrzał się na kolegę a potem ściągnął swój hełm, odsłaniając niemiło wyglądającą twarz łysiejącego dryblasa o świńskich oczkach. Upuścił on w przerażeniu swoje ostrze a za szyję łapał się obiema dłońmi.

Zarówno Lucas jak i William oraz Thomas poczuli coś dziwnego za swoimi plecami, jakby jakieś poruszenie czy wibrację. Gdy mężczyźni się odwrócili zobaczyli jak Sara stoi z wyciągniętymi rękami w kierunku strażników i cała aż się trzęsie. Wyczulony na magię Lucas natychmiast się domyślił, że być może to jedna ze "sztuczek" o których kobieta wspominała wcześniej. Jednak coś działo się nie tak. Nagle z nosa Sary pociekła strużka krwi. Przewidując najgorsze William rzucił się w stronę kobiety i na całe szczęście, bo ta niecałą sekundę potem powędrowała źrenicami ponad powieki i straciła przytomność, kończąc w rękach swojego męża.
To była idealna okazja, na którą czekał Lucas. Mężczyzna zainkantował swoje zaklęcie i już w ułamku sekundy poczuł, jakby wszystko dookoła niego zwolniło. Wszystko wyglądało tak, jak zwykle przy tym zaklęciu, bez zbędnych objawów nudności. Instynktownie Lucas ruszył w stronę rozkojarzonych mężczyzn by zaatakować pierwszy. Zrobił najpierw krok a potem... kolejny. I kolejny. I świat nagle przyśpieszył. To znaczy Szakal przestał czuć typowe dla tego zaklęcia spowolnienie, ale sam dalej pozostawał w przyśpieszeniu. Gdy jego zmysły nie miały czasu by przystosować się do zmiany i zareagować na nagłą prędkość ruchu Lucas po prostu wystrzelił przed siebie. Prawie że dosłownie. W tym magicznym biegu którego nie był w stanie powstrzymać potrącił obu gwardzistów i z całym impetem i masą swojego ciała uderzył w ukochane przez Thomasa drzwi przybytku. Te w ogromnym trzasku wyleciały z zawiasów i wraz z rozpłaszczonym na nich Lucasem przeleciały przez ulicę aż do jej samego końca. Lucas i drzwi wylądowali z hukiem po sekundzie lotu, która Szakalowi zdawała się trwać nieskończenie długo. Ciągnięte impetem ślizgnęły się jeszcze chwilkę po ziemi aż nie zatrzymał ich but, którego szczegóły faktury Lucas miał teraz dosłownie przed twarzą. Półprzytomny ruch głowy w stronę góry pozwolił Lucasowi dojrzeć dwie uzbrojone sylwetki odziane w błękitne peleryny. Zdołał usłyszeć od jednej z nich kilka słów.
- No nieźle. To chyba moje najszybsze złapanie maga w karierze.
Po tych słowach czując wykończenie Lucas Barker drugi raz w ciągu dnia stracił przytomność.


***

Przebudziło go kapanie wody rytmicznie uderzające w jego skroń. Lucas leżał na ziemi w pozycji embrionalnej, z rękami za plecami. W jego głowie szumiało od przepływającej krwi a żołądek dawał wrażenie bardzo niestabilnego. Gdy otworzył oczy najpierw miał wrażenie, że jednak jego zmysły go oszukują i wcale ich nie otworzył. Spróbował jeszcze raz ale nie, jego powieki były jednak otwarte. To po prostu taki mrok panował dookoła niego. Wokół panował nieprzyjemny chłód, a ziemia z pewnością cieplejsza nie była. Oczy powoli przyzwyczajały się do mroku, jednak jedyne źródło mętnego i tak światła dochodziło gdzieś z góry. Barker spróbował wstać, ale wtedy doszło do niego, że ręce nie bez powodu są za jego plecami. Był spętany. To samo tyczyło się jego nóg zebranych przy kostkach. Jego kończyny znajdowały się w metalowych dybach na łańcuchach, które przywiązane były do jednej z ścian... no właśnie czego? Skąpa światłość pozwoliła Lucasowi dostrzec zarysy ścian, sądząc ledwo widocznych kształtach, kamiennych. U góry źródłem owego światła okazała się być jakaś krata to pięciu metrów nad nim. Wystarczyły podstawowe zdolności kognitywne by stwierdzić, że Lucas... znajdował się w celi.
Ostatnio zmieniony 18 cze 2021, 21:37 przez Truskawa, łącznie zmieniany 1 raz.

Dolne Miasto - gospoda „Dobre Piwo” i okolice

94
POST POSTACI
Lucas
Początkowo plan wydawał się działać bez zarzutu. Czemu tak uważał? Nawet jeżeli Lucas zostałby aresztowany za bycie pijanym i niemiłym słownie to go wypuszczą po paru dniach, a na trupy przed izbą miał bez wątpienia alibi. W zasadzie to nie tylko alibi, a wręcz prawdziwe całkowicie zeznanie - to nie on rzucił się do walki jako pierwszy, chcąc ich zamordować. Bronił się, a to że żebracy zostali sprowokowani jego postawą to sprawa indywidualna. Celowo nikogo nie podburzał w tym wypadku, a tam przynajmniej mu się wydawało. Nie mniej jednak teraz próbował dalej swych sił w dziwnym, mało zrozumiałym dla obu stron dialogu nawalonego jegomościa, co przywiodło kilka nieprzyjemnych, a zarazem niespokojnych myśli. Z jednej strony wojacy naprzeciwko iluzjonisty sprawiali w dalszym ciągu wrażenie mało kumatych kretynów, lecz nie odpuszczali w swym zdaniu ani na moment. Czyżby Barker się pomylił w swej ocenie? - Stan nadzwyczajny, bo paru studni nie mogliście dopilnować? Dobre sobie żarty stroicie. - no i w zgodzie z własnym postanowieniem mówił następnie o… jego prześladowcy. Tak, tym jednym jedynym rudzielcem w podeszłym wieku. No cóż, ponad czterdziestka to prawie starość. Jednak nie mógł czuć wielkiego zadowolenia, bo ta grupka pseudo rycerzyków od razu sięgała do swoich pochw z mieczami. Pijaczek próbował w jakiś sposób coś zdziałać łamaną retoryką. - No to się doigraliście! - właśnie wtedy kątem oka zwrócił się w kierunku Sary. To duszenie szajbusów bez poprawnej mowy mogło wynikać wyłącznie z działań drugiego maga, na co delikatnie odpowiedział uśmiechem. “Szakal” dojrzał też jednocześnie trochę posoki, spływającej z nozdrzy kobiety. Nie skomentował tego jednak, bo nie było ku temu okazji. Domyślił się jedynie, że to mogło być związane z tym przeklętym zaćmieniem. Wcześniej nie zwracał na parę zbyt wielkiej uwagi. Musiał objąć wszak skupieniem kontrolerów z pierdolnika zamkowego od połamańca w koronie!

Nie ma czasu do stracenia tak czy inaczej! Po krótkiej przerwie prędko chciał wystartować z krótkim orężem to powstrzymania oprychów w płytówkach, gdy… właśnie ponownie stał się ofiarą własnych, nieprzemyślanych do końca działań. Odbił się niemalże z podłogi, aby ich obezwładnić, gdy nogi odmówiły mu posłuszeństwa. I to dosłownie, bo poszybował przed ciebie. Dlaczego to się stało? Czy te przeróżne efekty uboczne będą za nim oraz resztą czarowników podążać do końca tego świata? I w zasadzie jaki był powód ich różnorodności? - CHOLERAAA JASNAAAAAA! - w ten oto sposób pofrunął niczym pięknie rzucona sroka za próg, łącznie z nim. Wyślizgał się ten demon prędkości po bruku prawie jak na świetnych sankach dla biednych dzieci. Ktoś niestety zatrzymał tę “frajdę” po kilku chwilach, a najwidoczniej byli to towarzysze młotów z karczmy, aczkolwiek z każdą sekundą przystojniak miał w głowie wizję, że nastąpił kategoryczny błąd z jego strony, a także kompanów z oberży. Słowa sylwetki znad cielska utalentowanego hazardzisty zabrzęczały w jego uszach niczym milion gryfów, aby potem usnął jak niechciany berbeć pośród lokalnych śmieci miasta.

Lucas powstał po twardej utracie przytomności. Gdzie pytacie? Ano w celi, bo gdzie niby indziej? Także Sakirowcy okazali się Sakirowcami, a nie najemnikami udającymi Sakirowców! Dokładnie tak! Pan Barker znowu wpadł w tarapaty, udając mądrzejszego niż wszyscy inni obywatele Saran Dun, którzy mieli niepowtarzalną okazję dojrzeć wspaniałe popisy mężczyzny w samym sercu dzielnicy! - Jesteś prawdziwym debiiilllleem.... Masz szczęście, że nie pedofiillllleem...♫♪♫♪ - podśpiewywał sobie cicho na ziemi, zmieniając pozycję na siedzącą w miarę możliwości. - - Ale z ciebie debil, Lucas! Dałeś się wplątać w ten bałagan! Trzeba było wyjść grzecznie, ale nieeee… Ty musiałeś dać się złapać po szaleństwach w stolicy! Oczywiście! - także co mu pozostało? Płakać? Wrzeszczeć? Starać się uciec? Nie wiedział. Szukał odpowiedzi przy murach więzienia, a do tego zbadał dokładnie każdy zakątek własnych okuć czy też wiązań. Doskonale zdawał sobie sprawę, że użycie czarów w tym momencie stanowiłoby wyłącznie dodatkowy gwóźdź do trumny. Chciał w jakikolwiek sposób dostać się do miejsca, z którego dojrzy jakieś pole manewru poza nieprzeniknioną ciemnością. Przeciśnie się przez kraty? Mała szansa, ale wypatrywał z dołu czy czegoś nie zobaczy w tym półmroku na zewnątrz sufitu. Teraz na pewno wykonają na nim wyrok śmierci w postaci publicznego wieszania czy coś takiego. Znowu losy karmazynowo włosego bawidamka wisiały na włosku. Nie zamierzał umierać… Jego życie było zbyt wiele warte dla maga, aby teraz zaprzepaścić marzenia o dalszych podróżach oraz wiele więcej. Dostrzegając jednak beznadziejne położenie postarał się wyłącznie poluźnić własne dłonie. Wydostanie ich z nieprzyjemnego ucisku byłoby tutaj bardzo wskazane. Co do nóg póki co nie miał pomysłu. Usiadł więc z powrotem w chłodnym zamknięciu z możliwie największym komfortem, o ile taki dało mu się w ogóle osiągnąć. Było to uczynione w prawym kącie pomieszczenia, czyli najdalej gdzie sięgały jego łańcuchy. Zanim przyjdzie straż, aby go zaciągnąć na szafot to zamierzał w międzyczasie… medytować. Zbierać siły na ostateczną ucieczkę, gdy go uwolnią z tego potrzasku przy kontynuowaniu procesu jak na jakiejś przeklętej wiedźmie. - Pomyśl o szerokim oceanie… Skup się na zrelaksowaniu własnego ciała… Dojrzyj w sobie czystość... - próbował ukoić narastające nerwy, zamykając na chwilę oczy oraz powtarzając słowa jego dawnego doktora - Pana Monroe. Odzyskując siły pomyśli nad nowym planem. I w zasadzie to on był goły czy miał swe ciuchy na sobie? Domyślał się, że raczej ekwipunek nie będzie do odzyskania.
Ostatnio zmieniony 21 cze 2021, 11:28 przez Lucas, łącznie zmieniany 1 raz.
Głos

Muzyka

Dolne Miasto - gospoda „Dobre Piwo” i okolice

95
POST BARDA
Szanowny Pan Lucas Barker znajdujący się w raczej mniej szanownym miejscu spróbował przenieść się do pozycji siedzącej, ale bynajmniej nie bez problemów. Czuł się obolały, jakby ktoś nieustannie przez osiem godzin okładał go na przemian workami z mąką a potem z ziemniakami. W ustach czuł suchość, a po przejechaniu gdzieniegdzie językiem odzywały się nuty smaku żółci i krwi. W celi było dość chłodno, toteż jego oddech nie od razu układał się miarowo. Miał poczucie, że tam gdzie wcale nie tak dawno (a może i dawno) przepalał jego tchawicę ogień znajdowała się teraz lodowa jaskinia. Cała ta symfonia nieprzyjemnych odczuć dokładała się do czasem pojawiających się drgawek, które rozchodziły się jakby od kręgosłupa przez całe jego ciało.
Na szczęście szakale dość dobrze widzą w ciemności, toteż i wzrok tego Szakala przystosował się po pewnym czasie, ukazując więcej szczegółów jego urokliwego apartamentu. Potrafił dostrzec więcej konturów, krawędzie ścian swego więzienia, ich chropowatą fakturę, nierówność podłoża a także... pętające go łańcuchy. Zdając sobie sprawę z sytuacji jakiej się znalazł Lucas zaczął podśpiewywać, a melodia jego całkiem czysto łapiącego dźwięki głosu odbijała się nośnym echem od kamiennych ścian, wędrując ku górze. Potem artysta zmienił swoją funkcję z wybitnego śpiewaka na narratora życia, komentując swoją zaistniałą sytuację, jakby musząc się upewnić, że to wszystko wydarzyło się naprawdę, a nie było tylko kolejnym pijackim snem lub złudą. A może były to już zalążki jakiegoś szaleństwa?
Gdy pogłos przestał nieść brzmienie jego słów Lucas usłyszał czyjś inny, jakoby w odpowiedzi.
- ZAMKNIJ MORDĘ! - odezwał się męski ktoś w niezbyt grzecznej manierze. Ciężko było oszacować, w jakiej odległości znajdował się właściciel głosu, ale na pewno był słyszalny przez kratę znajdującą się w sklepieniu, przez którą padało jedyne światło w tym miejscu. Szakal był w stanie oszacować, że owo sklepienie znajduje się... niestety za wysoko, by doń sięgnąć. Było to gdzieś około 4-5 metrów. Przez samą kratę ciężko było cokolwiek w sumie dostrzec. Wydawaolo się, że widać tam jedynie kolejny sufit, prawdopodobnie jakiegoś korytarza, i jakieś źródło świata poza zasięgiem jego wzroku. Jednak Lucas był w stanie dostrzec teraz, że obok tych krat znajdował się niewielki kolisty otwór, przez który przechodził łańcuch. Był to dokładnie ten sam łańcuch, który trzymał okowy jego rąk za plecami. Najwidoczniej w ten sposób pętano, zsuwano albo wyciągano więźniów z tego wysokiego pomieszczenia. Poza tym z dybami na nogach raczej trudno byłoby się tutaj wyprostować.

Jak mógł się tego spodziewać, Lucas nie miał przy sobie nic ze swojego dotychczasowego dobytku. O obecności jego ukochanego Szulera czy sztyletu nie było mowy, zniknęły wszystkie sakwy, w tym jego zestaw do gier hazardowych. Oczywiście nie mógł tego stwierdzić przeszukując liczne kieszenie i kieszonki swojego płaszcza, gdyż ręce miał związane, ale brak ciężaru tych sakw do których był przyzwyczajony stanowił dlań wystarczające potwierdzenie przypuszczeń. No i przynajmniej miał swoje własne ubrania, a nie jakieś płócienne obdrapane worki pełniące rolę koszuli. Bez tego zimno dawałoby się mocno we znaki, a gdyby był nagi to z pewnością by nie wytrzymał. Ale za to jakież ładne cieleśnie stanowiłby zwłoki.
Jakby po raz pierwszy od pobytu w Saran Dun głowę Lucasa przeszła pełna świadomość tego, w jak beznadziejnej sytuacji się znajdował. To znaczy, z pewnością zdawał sobie sprawę z tego za każdym razem, gdy pojawiało się zagrożenie, jednak jego ekscentryczny humor i nastawienie do życia pozwalało przełamywać bariery śmiertelnej powagi, umniejszając poczuciu zagrożenia. Minus był jednak tego taki, że jako artysta Szakal potrzebował do tego publiczności. Nieważne jak owa reagowała na jego wybryki, czy to śmiechem czy żądzą mordu na Lucasie, efekt był osiągany. Oczywiście Lucas mógł grać przed samym sobą i się oszukiwać, ale nie był idiotą czy naiwniakiem. Teraz był sam. Samiuteńki. Nie licząc oczywiście niemiłego jegomościa wykrzykującego żądania zawarcia otworu gębowego.
Ta świadomość uspokoiła zazwyczaj narwany umysł Lucasa. Rzeczywiście udało mu się rozluźnić, przez co kajdany na rękach nie zdawały się uwierać już tak bardzo. Oddech, choć wciąż wciągający chłód, stawał się łagodniejszy. Pozycja siedząca przestała się wydawać tak uwierająca. Umysł Lucasa przygotował się do spokojnej medytacji.

Na początku oczywiście, wiadomo, przez jego głowę przelatywały niedoszłe wspomnienia. Karczma, pocieszny Thomas, martwi żebracy, intrygująca Sara, jąkający strażnicy, latające drzwi. Wspomniane drzwi przerodziły się jednak w łódkę, a Lucas nie wylądował pod butem Sakirowca, a... na wodzie.
Ocean.
Palące słońce. Na horyzoncie ani śladu lądu. Tylko on, drewniana łódka, biały żagiel i toń. Błękitno-granatowe odmęty kołysały nim na lewo i prawo. Woda nie była spokojna - nie mógł dostrzec w niej swego odbicia tak, jakby chciał. Na niebie co jakiś czas gościły chmurki, jednak było to za mało, by uchronić go przed żarem.
Chociaż czy chciał się chronić przed tak przyjemnym ciepłem? Zdjął z siebie ubranie, chcąc chłonąc słońce każdym milimetrem swojej skóry. Karmazyn jego włosów błyszczał w świetle, niczym zapalona pochodnia, która go nie parzyła. Spokój. Cisza. Sam ze sobą. Było to miłe, korzystanie do woli z dobrodziejstwa świata, ale... odczuwał niepokój. Bo właśnie był sam ze sobą. Żadne ubrania, maski czy bronie nie były potrzebne. Mógł robić cokolwiek, a zarazem... nie mógł nic. Nie pchał go żaden wiatr, nie miał żadnego wiosła, na niebie ani jednej mewy.
Samotność.
Piękne słońce poczerniało nagle, a niebo zalało się krwawą łuną. Dwa księżyce stanęły w jednej linii i zakryły jego ukochane słońce, obierając ciepło i zalewając okropnym chłodem. Nie mógł znów się odziać, ubrania zniknęły. Złota korona zwała się na niego spozierać ogromną źrenicą. Nagle ta czarna plama... rozszerzyła się. Rosła i rosła w szybkim tempie, wkrótce pochłaniając niebo. Ocean przybrał czarny odcień, a może... nie. Po prostu ciemność też go pochłonęła. Nagle poczuł, że zaczyna spadać, tracąc łódkę pod nogami. Ta poleciała w dół, szybko znikając z jego pola widzenia. Był teraz tylko on, poczucie lecenia w dół i ciemność, gdziekolwiek nie spojrzał. Głucha cisza zdawała się być najokropniejszym odgłosem, raniącym nie tyle uszy co samą duszę. Było strasznie. A on spojrzał w dół, próbując dostrzec miejsce swojego rychłego upadku. To jednak zdawało się nie nadchodzić, jednak... pojawiło się coś innego. Dwa złote punkty, niczym zagubione gwiazdy nocnego nieba. Tyle, że świeciły gdy on patrzył w dół. Początkowo były niewyraźnie, ale zbliżały się do niego rychło. Jaśniały coraz mocniej, były coraz większe. Wydawało się , że zaraz się z nimi zderzy. Ale nagle dopadło go zrozumienie. Dwa złote punkty miały pośrodku siebie czarne szparki. To nie były gwiazdy, tylko...
Oczy.


Lucas ocknął się biorąc nerwowy wdech. Pomimo panującego w celi chodu czuł, że zalany jest potem. Siedział dokładnie tam, gdzie usiadł, w rogu swojej celi. Serce uderzało nierównomiernie, ale często, jak oszalałe. Szybie oddechy próbowały za nim nadążyć, uspokajając tętno.
Szakal miał jeszcze w głowie ostatni obraz tego co przed chwilą widział gdy nagle usłyszał dźwięk. Niezbyt wysokie, opadające... miałknięcie? Spojrzał w górę w stronę krat, które dawały mu światło i dostrzegł sylwetkę kota. Nie był w stanie ocenić, jakiego był koloru, ale spomiędzy krat w sklepieniu wyraźnie patrzył właśnie na niego, swoimi złotymi ślepiami.

Dolne Miasto - gospoda „Dobre Piwo” i okolice

96
POST POSTACI
Lucas
Z pewnością inaczej wyobrażał sobie biesiadowanie w tym momencie, a przynajmniej jego wizja nie uwzględniała mrocznej celi, która być może będzie jego ostatnią przystanią przed udaniem się w zaświaty. Ciemno, brudno,... a do tego wszystkiego utracił komplet swojego ekwipunku. Nie mógł się jednak dziwić, że tak postąpią Sakirowcy ze stróżami prawa. W końcu wylądował w lochu, gdzie jak mniemał czeka na bezapelacyjny proces - wyrok mógł być tylko jeden. Tylko pytanie co będzie dalej? Zginie tak marnie jak niechciany pies gdzieś pomiędzy uliczkami stolicy? Czy jedno z bóstw jak Krinn czy Turonion wydobędą go z tej niewoli? Nie miał pojęcia w co ma teraz wierzyć, nawet jeśli jego wiara odnosiła się w głównej mierze do ludzi oraz siebie samego. Mężczyzna westchnął, dalej już komentując sytuację słowami jakie zostały wyżej zaznaczone. Puenta życia, hę? Nieważne gdzie się żyje, bo śmierć jest pewnym stanem? Nie ma co do tego wątpliwości, lecz też nie można odmówić nikomu chęci zdychania w trochę lepszych warunkach niż te, w których znalazł się nasz zawadiacki Lucas. Teraz ktoś mu odpowiedział z góry. Nie kto inny jak strażnik więzienia, prawda? Czy tam odmiennie nazywanego przez czarownika przeklętego kurwidołku, ale to nieważne… W każdym razie Szakal przemilczał jego prośbę, właściwie ją tym samym spełniając. Nie chciał ciągle strzępić języka, bo go jeszcze szybciej wywloką z tej jaskini. Póki co miał chociaż własne ubranie, odciążone od jego dawnych zysków z podróży. Chłód nie był dzięki temu aż tak przerażający, lecz… wciąż pozostawał gorszym bez wolności. Zaspokoiwszy jednak po pewnym czasie nerwy poprzez wyciszenie dojrzał dalej w półmroku więcej detali tego miejsca, pozostając niesamowicie wypranym z wszelkiego szczęścia. Dużo rzeczy po prostu do niego dotarło, a stało się to na przestrzeni kilku minut. - Chyba mój zapas szczęścia się wyczerpał… - ponownie nabrał powietrza do płuc po tym szepcie, wypuszczając go następnie nosem niczym wielce zmęczony życiem staruszek. Jednak próba medytacji wydała się najlepszą opcją w tym momencie, toteż wpierw nawet zdołał się odrobinę zrelaksować pomimo istniejących problemów…

Dalej pozostało mu jednak to piękne wyobrażenie swojej persony na łódce pośród wspaniale niebieskiego nieba, gdzie czuł się jak prawdziwy marynarz pozostawiony sam na sam z żywiołem. Często wyobrażał sobie podobne sceny w Oros w trakcie koncentracji przy zajęciach, gdyż jakoś woda go niesamowicie uspokajała. Ostatnie godziny biesiadowania u Thomasa szybko wyparł z pamięci, być może z powodu melancholii oraz tego, że przeszkadzały mu w zostaniu “oczyszczonym” z trudów tamtej codzienności. W chwili obecnej pozostał samotnie na nie-wzburzonym morzu lub oceanie, niczym jedyny ocalony z własnej załogi. Kogoś mogłaby to wręcz zabijać, ta cisza z braku bodźców… W aktualnej kwestii to przeciwnie przynosiło magowi niesamowite ukojenie. Tęsknił za powrotem do normalności, aczkolwiek tutaj mógł winić tylko siebie oraz te przeklęte zaćmienie. To ostatnie również dało mu się we znaki w tej wizji wakacji, kiedy to nagle zdawał się spadać w nicość, a reszta świata zalała się falą mroku z księżycami budującymi karmazynowe chmury. Kto spowodował tą okropną anomalię? Gdyby mógł z nią rozmawiać oraz jej twórcą to z pewnością by zaznaczył co o tym wszystkim myśli. I wtem jakby nagle został wyrwany z powstającego koszmaru nagości w pustym otoczeniu, gdy… ktoś lub coś zaczęło "wymiałkiwać" takie odgłosy w okolicy okiennicy, z której wpadało światło. Zwierzę? Tak podejrzewał na pierwszy rzut oka. Znając Williama to raczej nie wydawał takich dźwięków jak największy sztywniak, a prawdopodobnie z odsieczą nie przyjdzie Barkerowi w tym wypadku. Definitywnie Sara nie zamierza mu pomóc z małżonkiem, a nikt nie powiedział wszak, że sama nie została aresztowana... Cholera, może siedzi gdzieś w innej dziurze. Tylko co z tego jak też nie może używać zaklęć? Kiepska sprawa, no ale wracając do kotowatej bestyjki...

Z ciężkim oddechem hazardzista zaczął śledzić ruchy istoty o nieznanej mu barwie, choć podejrzewał że jest to odcień czerni. Czy on właśnie umierał, a dźwięk go wydobył z szaleństwa? Żeby o tym wiedział to zmieniłby być może sposób koncentracji. W lepszym scenariuszu mógłby chociaż sobie zrobić dobrze dłonią to pewnie obyłoby się bez potrzeby medytacji. Niby mama mówiła mu, że od masturbacji się ślepnie, no ale tym się przecież straszy tylko małe dzieci. - Kici kici kici… Chodź do mnie, potowarzyszysz mi. Choć może nie chcesz... - rzucił w kierunku czegoś, co według iluzjonisty przypominało kota. Kto wie, może to boski wysłannik z wymaganym wsparciem. To bardzo wątpliwe jednak. Zalany potem od stresującego transu Lucas delikatnie jeszcze spróbował poluzować dłonie w zamknięciu. Nie wydostanie się raczej z uścisku, aczkolwiek zawsze miał prawo próbować zwiększyć swój komfort. Nabierał kolejne oddechy, aby wyrównać rytm serca. - Spokojnie, Barker… Spokojnie, nie zabije ciebie raczej… - jakoby starał się siebie zapewniać co do dzikiego dachowca. A w sumie to interesującym się dla niego stał fakt, że w ogóle jakieś stworzenie zechciało się do niego przypałętać. Może faktycznie to coś znaczyło? Pozostało mieć nadzieję oraz liczyć na szansę wydostania się za jakiś czas. Póki co miał kompana do którego w cieniu się uśmiechnął bardzo naturalnie. Ciekawe co przyniesie ta znajomość. Do tej pory chyba tylko domowe zwierzaki go tolerowały w swoim otoczeniu. No i panny, jednak to jak wiecie drażliwy temat.
Głos

Muzyka

Wróć do „Saran Dun”