[Wschodnie Wody] Czarci Trójkąt

76
Oczy Dereka rozbłysły żywym światłem. Wnet doskakując do Ospray'e chwycił go za ramiona i będąc uradowanym jak małe dziecko, śmiał mu się prosto w twarz. Nie mogąc pohamować radości, skakał między dwójką, poklaskując rękoma, prędko zapominając o ogarniającym go zmęczeniu.

- Wiedziałem, wiedziałem... - powtarzał w kółko.

Przystanąwszy zaczerpnąć tchu, zaraz zaczął obmyślać kolejny ze swych genialnych planów dostania się na rzeczoną część plaży. Spędziwszy na wyspie sporo czasu, nie potrzebował mapy ani nawet drogowskazu, żeby wiedzieć, jak dotrzeć w charakterystyczne dla niej punkty. Rysując palcem w powietrzu, dawał do zrozumienia, że na coś wpadł. To więc ponownie klasnąwszy w dłonie, wielokrotnie przerzucił wzrok to na jednego, to na drugiego towarzysza, a ci zaś patrząc po sobie, pytali się niemo czy aby ich znajomy nie postradał do reszty zmysłów.

- Zrobimy tak - rzekł rozentuzjazmowany. - Wrócimy ścieżką, którą tu przyszliśmy, ale zanim zbliżymy się na tyle do obozu, aby strażnicy nas zauważyli, skręcimy na wschód. Przejdziemy kawałek zaroślami i powinniśmy wyjść na wschodniej plaży. Dalej poprowadzi nas czarci bękart - przygrył żartobliwie, po raz kolejny klepiąc Lead w ramię.

Nie mając nic więcej do powiedzenia, nekromanta popędził drużynę na przód, dbając o to, żeby żaden z nich nie postanowił niespodziewanie porzucić jego pomysłu. Więc gadając jak najęty, zabawiał ich wygłaszaniem swoich mądrości na tematy związane z dawnymi dziejami wysp, kiedy to jeszcze królowały na nich trolle lub kierując ich uwagę na ciekawsze okazy roślin i biegających wszędzie jaszczurek, z których szło upichcić lekki posiłek, albo przygotować magiczne wywary.

I tak doszli do zakrętu, za którym ostatnia prosta wiodła wprost do bram wioski. Zanim ktokolwiek zdołał ich wypatrzeć, wszyscy trzej dali susła w zarośla, marnując w nich pewną chwilę, ot, tak w razie gdyby ktoś ich przyuważył i postanowił wyśledzić. Dopiero później kontynuowali przebieżkę, to kryjąc się za gęstszym krzakiem, to przywierając do wielkich kamulców, jakich walało się tu całkiem sporo, zupełnie jakby ktoś kiedyś je tu przytargał.

Długo nie minęło i wkrótce egzotyczne drzewa zaczęły ustępować, a do uszu z każdą chwilą docierały nieprzerwane dźwięki rozbijanych o brzeg fal. Wynurzywszy się z zacienionej gęstwiny, wszyscy w jednej chwili zasłonili oczy, oślepieni wysokim natężeniem bijącego w nich światła. Przyzwyczaiwszy wzrok do nowych warunków, swoją uwagę skierowali teraz na biednym Lead, któremu ni w ząb była cała ta wyprawa. Niestety, mleko zostało wylane i lepszej okazji na wydostanie się z wyspy nie mógł liczyć w najbliższym czasie. Zatem nie wydając z siebie żadnego dźwięku prócz pomruków świadczących o jego wielkim niezadowoleniu, wysunął się naprzód i brnął prosto przed siebie, naburmuszony do momentu, aż nie natrafił na resztki jego ketu.

Rozejrzawszy się dookoła, wskazał palcem na górę, skąd pierzchnął przerażony, zanim tajemnicza zjawa zdołała go dopaść.
Prowadził więc dalej, tuż do podnóża starożytnych schodów prowadzących na szczyt. Nagła zmiana otaczającej ich aury odbiła się szerokim echem. Kojaba nerwowo nasłuchiwał wszelkich dźwięków, a gdy jaki kretoszczur przebiegł mu pod nogami, skakał przerażony i wspinał się na wyżej położone odłamki skalne, gdzie jak sądził, będzie bezpieczny. Tymczasem Derek nagle spochmurniał. Z trwogą spoglądał ku górze, jakby wyczuwając mroczną siłę, która nawet i jemu napędzała strachu. Milcząc jednak zaciekle, kiwnął porozumiewawczo głową.

- To tam? - zapytał niepewnie, z trudem odrywając od siebie blade wargi. - No to idziemy - rzekł z cicha. - Duży, ty tu zostań i upoluj coś na ząb - wydał polecenie i pozwalając, by to Ospray poprowadził, udał się za nim w miejsce przeznaczenia.
Obrazek

[Wschodnie Wody] Czarci Trójkąt

77
Jeśli Lead dotąd nie miał dostatecznie złych przeczuć, to po reakcji Dereka z pewnością mu ich nie ubyło. Tyle dobrego, że mężczyzna nie starał się być bardziej wylewny, niż już był, bo prawdopodobnie nie powstrzymałby się od trzepnięcia go.
Ah, nie. Mimo wszystko się nie powstrzymał. Mag ledwie bowiem odzyskał jako tako stabilny emocjonalnie grunt, będąc nawet w stanie przejść dalej w sprawie planu ich dalszej podróży, aby ostatecznie popełnić błąd i głośno nazwać go "czarcim bękartem". Ospray naprawdę miał spory dystans do własnej osoby. Nie nazywało się jednak człowieka diabelskim pomiotem chwilę po tym, jak się okazało, że faktycznie nim jest! Właśnie dlatego Derek nie miał prawa mieć mu za złe, gdy ostrzegawczo sieknął go swoim czarcim ogonem po lędźwiach. Przekręcił przy tym głowę w zupełnie innym kierunku, udając, że nie ma z tym nic wspólnego.
- Mam IMIĘ. - przypomniał tylko, zanim ruszyli w drogę.

Po krótkich dywagacjach z samym sobą Lead postanowił po raz pierwszy od czasu zaginięcia matki zostawić ogon na widoku. Mag i tak nie wydawał się nim przejmować, z kolei Kojeb... Kojeb nie był nadmiernie bystry. Pokazując mu go z bliska, postanowił zarzucić najbezpieczniejszym kłamstwem, na jakie wpadł:
- To normalne, tam skąd pochodzę. Nic specjalnego. Nie ma się czemu dziwić.
Zadziwiające, jak wiele pokątnej prawdy mogło w rzeczywistości kryć jego kłamstwo. Może niekoniecznie tam, skąd sam pochodził, ale tam, skąd pochodziła przynajmniej jedna osoba, przez którą był, jaki był, więc-... Lepiej tego nie roztrząsać.

Znaczna część wycieczki minęła im w towarzystwie wymądrzającego się i trajkoczącego z większą niż najbardziej rozgadana papuga intensywnością nekromanty. Czasami zresztą sam coś niemrawo odburknął, więc wcale nie było aż tak źle. Dużo bardziej zresztą doceniało się później drogocenną ciszę, gdy już pora przyszła na bardziej dyskretny sposób przemieszczania się. Lead nie potrzebował też wiele, by szybko poznać teren, po którym poruszał się zaledwie dzień wcześniej, kiedy i do tej części podróży ostatecznie doszło. Wielka szkoda, że nie było to nic, co mógł wspominać z lekkim sercem.
Jego nastrój podupadał tym mocniej, im bliżej byli szczytu wzniesienia. Nikt nie miał prawda go za to zresztą oceniać, a sądząc po tym, jak Derek zaczął z czasem cichnąć i stawać się wyraźnie nerwowy, także i jego mago-zmysł, czy co to tam miał, musiał wyłapać subtelne, średnio pozytywne zmiany. Prawdę powiedziawszy, nie wiedział, czy powinien się z tego powodu cieszyć, czy wręcz przeciwnie. Z jednej strony oglądanie jego zaniepokojonej miny było całkiem zabawne, z drugiej - nie zwiastowało ich planom dobrze. Mieli przecież odnaleźć te "dobre" zjawy! Tylko Kojeb zapewniał odrobinę rozrywki. Jak na tak wielkiego gościa, był zaskakująco łatwy do przestraszenia.
- Mm - przytaknął, nerwowo bijąc ogonem grunt. Gdyby chociaż wiedział, na jaki rodzaj zagrożenia się nastawiać... - Nie wiem, czy to istotne, ale gdy wczoraj tu dotarłem, usłyszałem śpiew dochodzący z mgły. To nie była naturalna mgła. - zdecydował się przytoczyć ze swoich wspomnień tyle, ile mógł, zerkając nieco zazdrośnie przez ramię za pozostawionym w tyle wielkoludem. - Poza tym stoi tam spory i niezbyt dobrze zwiastujący czemukolwiek ołtarz.
Nogi złodzieja były ciężkie, gdy tak wspinał się mozolnie w drodze do celu. Fizycznie, i nie tak do końca fizycznie. W każdym razie bynajmniej nie z powodu zmęczenia. Ciężko byłoby mu to wyjaśnić, gdyby ktokolwiek zapytał. Najgorszy moment nastał w chwili dotarcia przed oblicze ruin. Wtedy poruszanie stało się ciężkie już nie tyle przez fizyczną, co psychiczną blokadę.
- To cholernie zły pomysł.
Tak, obleciał go strach. Kogo by nie obleciał?!

[Wschodnie Wody] Czarci Trójkąt

78
Stanęli u progu zrujnowanego wejścia na teren ołtarza. Od ostatniej wizyty w tym jakże osobliwym miejscu nic się nie zmieniło. Te same wężowe figury, położony pośrodku długi na sześć i szeroki na cztery łokcie marmurowy stół, nawet woda sprawiała wrażenie niezmienionej, jakby zastygłej w czasie. W porównaniu do Dereka Lead wiedział, iż jest to zaledwie fałszywe złudzenie, wręcz sidła na nieostrożnych wędrowców, zastawione najpewniej przez jedną z mar.

- Mnie też to się nie podoba
- przyznał nekromanta. - Ale jest to prawdopodobnie nasza jedyna szansa, a poza tym, sam wybrałeś to miejsce, trzeba było łgać, że o niczym nie wiesz - dodał ni to uszczypliwie, ni dla rozluźnienia i tak już zszarganych doszczętnie nerwów.

Nie czekając długo z dopełnieniem przeznaczenia, jak to miał w zwyczaju, blondynek objął ramieniem ogoniastego i pomagając mu przejść przez portal, zaraz usunął się na bezpieczną odległość za przesiąknięty tajemniczą aurą teren.

- Ja też czasem słyszę śpiewy! - dodał, słaniając się na schodach, zupełnie jak gdyby kryjąc się przed czyimś wzrokiem. - Po prostu to ignoruj! W razie czego mam cię cały czas na oku - zapewnił i odtąd milczał, wpatrzony w przerażonego kamrata.

Parszywy nekromanta. Wielki czarnoksiężnik, bojący się własnego cienia - zełgał go Ospray, samemu ledwie stojąc na nogach, które stały się miękkie niczym z waty.

W pierwszych chwilach nic nie wskazywało na to, do czego doszło tak nagle, jak nagły zrywa się wiatr, kierując nieostrożnych żeglarzy na skały i mieliznę. Mgła ogarnęła postać demonicznego dziecka. Nim się obejrzał, droga powrotna została zupełnie zakryta, a dochodzące nawoływania Dereka wygłuszone. Stojąc akurat przy stole ofiarnym, na którym walało się kilka kości ludzkiego szkieletu, Lead wybałuszał na nie oczy, podświadomie oczekując, iż zaczną dygotać i kierowane za sprawą magii, skoczą ku niemu, kończąc dzieła swoich pobratymców ze świątyni.

Ku jego uldze nic takiego nie miało miejsca. Kości nawet nie drgnęły, co nie wykluczało faktu, że coś krążyło we mgle, skutecznie unikając jego wzroku. Tym razem nie aria zabrzmiała w jego uszach, lecz pojedyncze głoski delikatnego, kobiecego głosiku, dochodzące niemal z każdej strony.Nie czekając na rozwój wydarzeń, odwrócił się na piętce i prąc co sił w nogach, skierował się do wyjścia. Ściana, to właśnie napotkał na końcu drogi, którą obrał. Biegnąc wzdłuż niej, nie mógł odnaleźć wyrwy, przez którą wszedł, zupełnie jakby ktoś podstępem go tu zamurował. Wraz z napotkaniem kolejnego, a może tego samego posągu węża, od którego rozpoczął przebieżkę, szedł na oślep, wkrótce znów trafiając w samo centrum przeklętego kręgu. Rozglądając się nerwowo na wszystkie strony, zrobił krok w tył i gdy tylko odwrócił głowę, spostrzegł, że ktoś lub coś prze na niego, wyciągając ku niemu blade łapska i chwyta go mocno.

Paraliżujący prąd objął całe jego ciało. Zarówno kończyny jak i ogon były maksymalnie wyprostowane i tylko naturalne zawiasy stawów powstrzymywały go przed wywinięciem się w drugą stronę. Gałki oczu skierowane ku górze odcięły mu pole widzenia, toteż zupełnie oślepiony, nie mógł spostrzec, co za potwór czyni mu taką szkodę, aż do momentu, kiedy zawieszony na szyi medalion zaczął silnie drgać. Potwór ryknął głosem ranionej harpii. Paraliż ustąpił, a zdolność wzroku została przywrócona. Mężczyzna ponownie przejrzał, a to, co zobaczył przed sobą, wprawiło go w kolejny szok.
Sprawczynią wszystkiego okazało się niby zwyczajne dziewczę, mające na oko kilkanaście lat. Jej postać, chociaż posiadające wszystkie elementy ciała, zdawała się w rzeczywistości być zaledwie imitacją, o czym świadczyła przelatujące przez nią kłęby pary wodnej. Próbując dorwać się do intruza, za każdym razem jej ręce koloru trupiobladego odbijały się na kilka centymetrów od twarzy Ospraya, jednocześnie wywołując ruch skrzydlatego wisiorka, z którego ulatywało po jednym piórku. Widząc bezskuteczność swoich starań, upiór wreszcie przestała drapać pazurami. Dzięki temu Lead mógł się jej wreszcie dokładnie przyjrzeć.

Długie, gładkie włosy koloru czarnego nachodziły w znacznym stopniu na twarz, otulały nagie piersi i kończyły w okolicach dziewiczego łona młodej kobiety, tak ślicznej, a zarazem tak przerażającej. Spomiędzy kosmków nachodzących na twarz, przebijały się żółte ślepia, lśniące całe od wilgoci lub łez, zaś delikatne wargi zabarwione były na kolor krwi. Zjawa, zawiesiwszy wzrok pełen bólu i gniewu, bacznie śledziła każdy, nawet najmniejszy ruch ogoniastego, czekając, aż chroniące go zaklęcie wreszcie przestanie działać, a wtedy...

- Czego chcesz ode mnie? Przyszedłeś mnie dręczyć nawet po śmierci czy też bezcześcić resztki mojego ciała? - widmo przemówiło odpowiadającym osobie tonem głosu, lecz brzmiące jakby wypowiadane przez pewien rodzaj tuby niesione echem długiego korytarza. - Wyczuwam w tobie złą siłę. Nie tą, jaka bije od moich okazicieli, zupełnie inną. Kim jesteś i co za czary cię chronią przede mną?
Obrazek

[Wschodnie Wody] Czarci Trójkąt

79
- To jedyne miejsce, jakie mogłem wybrać! - obruszył się, rzucając nekromancie potępieńcze spojrzeniem, zanim opornie dał się pociągnąć do przodu. Nogi mógł mieć jak na razie wciąż ciężkie, ale wierzył święcie, że jeśli pojawi się zagrożenie, instynkt samozachowawczy i tak kopnie po staremu dostatecznie mocno, aby ten efekt zniwelować.
- Ty i słyszenie głosów? Nigdy bym nie zgadł. - odparł zgryźliwie, zerkając na Dereka z lekkim politowaniem, aczkolwiek wciąż w głębi ducha wdzięczny, że mag był na tyle szalony, by faktycznie dotrzymywać mu w tej sytuacji towarzystwa. Lead i tak nie zamierzał pozwalać mu się zbyt szybko zmyć. Wielka szkoda, że z jego planów koniec końców i tak nic nie wypaliło. Rutyna.

Lead nie miał zbyt wiele czasu na przejęcie się zaginięciem Dereka. Jedyne, czego nagle bardzo zapragnął po jego zniknięciu, to wydostać się z tej ewidentnej pułapki tak szybko, jak to tylko możliwe. I oczywiście spróbował! Jakżeby inaczej. Spróbował i niemalże skończył z tyłkiem na ziemi, gdy odbił się od ściany, której nie miało prawa tam być. Co do kurwy?!
Nie poprzestał rzecz jasna tylko na tym jednym razie. Gdzieś przecież powinno być wyjście, Gdzieś MUSIAŁO być wyjście! ... Nic bardziej mylnego. Nic bardziej złudnego.
- Jak...? - jęknął ochryple, usiłując w nadmiarze frustracji uderzyć pięścią w niewidzialną ścianę, kolejny raz docierając w to samo miejsce.
Nie tak to miało wyglądać. Czyżby utknął w tym przeklętym miejscu na wieki? Skazany na wieczną tułaczkę we mgle...? ... Za cholerę, NIE! Zanim jednak zdołał dojść do siebie i na dobre odgonić lekką panikę, pośród mgły pojawiło się "coś".

Ospray chyba nigdy jeszcze nie czuł się tak bezradny, jak w momencie pozostawienia na pastwę losu niezrozumianej sile nadprzyrodzonej, która pochwyciła go w którymś momencie bez zapowiedzi w swoje objęcia. Nawet jeśli bardzo chciał się uwolnić, jego ciało zdawało się głuche na wszelkie rozkazy. Co powinien dalej począć? Nie chciał jeszcze umierać. Nie chciał stawać się jednym z więzionych na wyspie widm. Jak to jednak bywało w jego przypadku, skrajne szczęście kochało iść w parze z jego nierozrywalnym bliźniakiem - nieszczęściem.
Krztusząc się nagle odzyskanym powietrzem, Lead opadł ciężko na kolana, łapiąc kurczowo palcami jednej dłoni za materiał na klatce piersiowej i przy okazji dygoczący pod nim amulet. Oczy w tym czasie, zdolne ponownie do poruszania się wedle woli, miotały dookoła niespokojne iskry. Kto by pomyślał, że miast najgorszej potworności, szerzyć kły przyjdzie mu ku... Dziewczynie. Dziewczęciu.
Za każdym razem, gdy agresywne widmo młódki przypuszczało atak, złodziej szczerzył kły w odruchu, choć szybko zrozumiał, że magiczny amulet nie tylko był w stanie ostrzegać go przed mrocznymi siłami, ale również fizycznie osłaniać. Zamiatając ogonem ziemię dookoła siebie, nerwowo łapał jeszcze jakiś czas powietrze ustami, zanim odzyskał jaką taką jasność myślenia.
Amulet prawdopodobnie nie będzie mógł chronić go wiecznie. Nie śmiał nawet na to liczyć i... Mimo iż nie znał się na tego typu rzeczach, obawiał się, że odpadające od wisiora elementy skrzydeł dość jasno świadczą o stopniowej utracie swojej przydatności.
Wtem widmowa dziewczyna odezwała się, zmuszając głowę Leada do gwałtownego poderwania oraz ciężko przełknięcia śliny. Zdał sobie przy okazji sprawę, że Derek w żaden sposób nie przygotował go na tą całą konwersację! Miał pertraktować z duchem i nie miał pojęcia, JAK coś takiego w ogóle przebiega!
- Czemu miałbym robić cokolwiek z tego...? - odpowiedział powoli pytaniem na pytanie, ignorując zimny pot i dreszcze na całym ciele. - Nie znam cię i nie mam zamiaru nikogo dręczyć. Chcę jedynie dowiedzieć się, jak wydostać się z tej wyspy. Ja-... - urwał na moment. Powinien być szczery? Powinien kłamać? Nie miał pojęcia. Zostawało jedynie improwizować.
Wyciągając amulet spod połów koszuli, wskazał na niego lekko dygocącym, psiakrew, palcem.
- Masz na myśli prawdopodobnie... To? Trafił do mnie przypadkiem. Nie jest mój. Uh, ukradłem go. Przypadkiem. - to brzmiało strasznie głupio. Jego elokwencja dawno aż tak nie kulała, ale ciężko dobierać odpowiednie słowa, mając świadomość, że w każdej sekundzie jakiś duch gotów był wykraść mu duszę. - Podobno możesz mi pomóc, jeśli i ja pomogę tobie?

[Wschodnie Wody] Czarci Trójkąt

80
Zjawa zmierzyła parokroć swym przerażającym spojrzeniem mężczyznę, jakby próbując wyczuć płynące z jego ust kłamstwo. Spojrzawszy przelotnie na wisiorek, jaki jej zaprezentował, nie przykuła do niego uwagi na więcej, niż to było konieczne w celu określenia kształtu talizmanu. Za to wzmianka o chęci niesienia jej pomocy, w zamian za zdradzenie tajemnicy wydostania się z przeklętych wysp, już bardziej ją zainteresowała. Można by było nawet stwierdzić, że pogrążone w wiecznej nie szczęśliwości oblicze stało się na ułamek sekundy mniej ponure. Krążąc tak wokół niego, upiór dziewczęcia to nikł w gęstej mgle, to znów ukazywał się w zupełnie innym miejscu. Zupełnie jakby głęboko coś rozważała. I pląsając tak bezdźwięcznie, rzekła:

- Wiesz jak długo, tutaj już jestem? - posłała ku niemu pytanie, zaraz i na nie odpowiadając. - Na tyle, by zapomnieć własnego imienia. Korsarze. Za to nadali mi nowe, Histeria, bo gdy już raz kto mnie zobaczy, popada w nią na zawsze. Aż tak przerażająca jestem? - gdzieś z przestrzeni dobiegł szloch, Lead próbował wyśledzić upiorną pannę, lecz nie mógł jej odnaleźć. Błądząc wzrokiem, nieomal serce mu nie wyskoczyło z piersi, gdy żółte ślepia zmaterializowały się tuż przed nim, pełne nieprzeniknionego żalu i smutku.

Histeria podeszła do ołtarza, nie wywołując nacisku na wyrastające spomiędzy spękanych płyt gęste kępy trawy. Kierując dłoń w stronę własnych kości, próbowała je dotknąć, ale jej ruch nawet nie przegnał zalegającego na nich pyłu.

- Jeśli naprawdę tego chcesz, zgodzę się zawiązać z tobą pakt - wypowiedziała słowa wzbudzające zarazem nadzieję jak i trwogę. To, że zgodziła się na układ to jedno, niepokojącym natomiast okazało się ostatnie ze słów. Pakt, Ospray'owi nie kojarzyło się ono dobrze. Pakt zobowiązuje do wypełnienia części umowy pod groźbą spętania w okowach kajdan własnego życia po śmierci. Nie mówiąc na to nic, słuchał dalej, co dziewczę ma do powiedzenia. - Tuż przed tym jak złożono mnie w ofierze, przeklęłam mistrza ceremonii jak i całą załogę statku, którym płynęłam i którzy mnie wydali w zamian za zwrócenie im wolności. Na moje szczęście kultyści nie dotrzymali swojej części umowy i pozwolili, by załoga powymierała na tej wyspie, targana chorobami i niedostatkiem - w jej głosie szło wyczuć nutę zadowolenia. Świadomość, że upiory zdrajców nadal błąkają się po wyspie, napawała ją szczęściem. - Ich duchy nadal błąkają się i będą robić to tak długo, aż sama nie odejdę w zaświaty, więc nie bój się. Jeśli natrafisz na któregoś z nich, sami zechcą ci pomóc w realizacji zadania. Ale o tym później. Teraz podejdź tu do mnie i skrop własną krwią moją czaszkę, rozpoczniemy zawiązywanie umowy - sama zaś dotykając białą dłonią kości, oczekiwała, że jej domniemany oswobodziciel zrobi to samo. Ten jednak zawahał się z początku. Zjawa nadal nie przedstawiła żądań. Wyczuwszy tę niepewność, Histeria czym prędzej pośpieszyła z udzieleniem odpowiedzi, wyjaśniła dosadnie.

- Raz rzucona klątwa nie kończy się na osobie, której sama dotyczy, lecz trwa przez następne cztery pokolenia. Obecnie przeminęły trzy z nich, czwarte nadal chodzi po tym świecie. Jest ich nawet dwóch. Jeden znajduje się blisko, drugi na sąsiedniej wyspie - wskazawszy palcem najpierw w stronę południa, następnie przesuwając palcem na wschód. - Przyprowadź jednego z nich tutaj, bym mogła wymierzyć sprawiedliwość, a przekleństwa czar zostanie przełamany i wreszcie będę wolna. Ty będziesz wolny.
Obrazek

[Wschodnie Wody] Czarci Trójkąt

81
Ponieważ Lead dla świętego spokoju trzymał się z daleka od magii oraz tego, co z nią związane, nigdy nie zastanawiał się, jak taki duch czy inna zjawa mogłaby wyglądać, ani czy w ogóle potrafiłaby przybrać jakkolwiek wizualnie fizyczny kształt. Gdyby jednak ktoś spytał go, jak sobie podobne wyobraża, na pewno nie byłoby to nic zgoła podobnego do tego, co też jawiło się obecnie przed jego oczami. To znaczy... Czy można nazwać zjawę atrakcyjną? Najwyraźniej można, ponieważ właśnie taka, pałająca iście morderczymi intencjami świdrowała go teraz wzrokiem. Bardzo miło ze strony parszywego losu, że jak już dawał mu krwiożerczą marę, to chociaż ładną. Prawie szkoda, że była martwa.

To znikające, to znowuż pojawiające się na nowo widziadło nie pomagało złodziejowi ukoić nijako nerwów. Jego zmysłu lekko wariowały, oszukiwane licznymi złudzeniami.
- Nh...! - zacisnął zrazu zęby, aby nie krzyknąć, gdy tym razem kobieta zmaterializowała się przed jego twarzą.
Głos za bardzo ugrzązł mu w gardle, żeby był w stanie odpowiedzieć na zadane pytanie na czas. Co zresztą miałby rzecz? Nawet jeśli sama postać dziewczyny nie była przerażająca, jej zachowanie zdecydowanie mroziło krew w żyłach. Dodając do tego szlochy oraz ponure śpiewy, którymi zaszczycała wizytujących, nie można było się dziwić, że tutejsi nadali jej takie, a nie inne imię.
Lead potrzebował momentu, w którego trakcie dla dobra własnych, zszarganych nerwów zamkną oczy, aby dojść do siebie na tyle, by być w stanie znowu logicznie myśleć i jakkolwiek funkcjonować. W rozwiązaniu niefizycznego supła, jaki powstał w jego gardle, nie pomagała złożona przez ducha oferta. Derek nie wspominał nic o żadnych paktach, a Lead również nie miał pojęcia, z czym coś takiego się jadło.
Zwilżając nerwowo językiem suche wargi, wreszcie otworzył oczy i zwrócił niewiele bardziej kolorową twarz w stronę Histerii. Palce dłoni mocno zacisnął na materiale spodni na udach w celu powstrzymania idiotycznego drżenia, gdy ponosił się sztywno z ziemi. Nie od razu natomiast ruszył przed siebie, przestępując jeno z nogi na nogę i starając się jako tako poukładać sobie przedstawione mu informacje. Jeśli dobrze zrozumiał, czy to aby nie znaczyło, że to właśnie Histeria była źródłem klątwy ciążącej na tych ziemiach?
Marszcząc brwi, Lead ostrożnie postąpił pierwszy krok przed siebie. Nie chciał zbliżać się do ołtarza ani tym bardziej zawierać żadnych umów z umarłymi, ale jeszcze bardziej nie chciał stawać się jednym z nich.
- Wystarczy, że przyprowadzę jednego z nich? To wszystko? - upewnił się, wyciągając sztylet zza pasa, kiedy jakimś cudem zdołał zmusić swoje nogi do doprowadzenia go pod sam ołtarz. - Nie żebym miał inne wyjście - pocieszył (?) się na głos, ciężko przełykając ślinę. Oczami przebiegał od nagiej kości czaszki do zaciskanego w garści ostrza i z powrotem. Przed rozcięciem jednego z palców lewej dłoni wahał się jeszcze tylko chwilę. naprawdę bowiem nie miał już w tej sytuacji innego wyjścia.
- Co... Co by się wydarzyło, w razie niedotrzymania umowy? Pytam z czystej ciekawości. - ostatnie zdanie dodał w pośpiechu i to tym razem było jawnym kłamstwem, ponieważ wcale nie był ciekaw odpowiedzi. Chciał jedynie wiedzieć, na ile niebezpieczeństwa faktycznie naraził go pewien szurnięty nekromanta.
Wyciągając nacięty kciuk nad czaszkę, z nieprzyjemnie znowu zaciśniętym gardłem obserwował, jak kilka kropel ląduje na kościach.

[Wschodnie Wody] Czarci Trójkąt

82
Karmazynowe krople opuściły krwiobieg diabolicznego bękarta i przeniknąwszy przez trzymaną na czaszce dłoń zjawy, ozdobiły nieco już pożółkły czerep. W tym samym czasie Lead mógł poczuć, jak jego dłoń zaczyna piec, a na jej wewnętrznej stronie wypala się ciemny symbol przypominający kształtem trupią czaszkę. Zważywszy na to, że wielu spośród piratów nosi podobne tatuaże, nikt nie powinien zwrócić na ten mały szczegół większej uwagi, to więc nie było obaw co do tego, że kogoś nadmiernie zainteresuje ta niecodzienna ozdóbka.

Problem natomiast stanowiła dotąd nieznana cena za podpisanie paktu. Podczas ceremonii, Histeria nie ozwała się ni słowem, tylko skupiona całą sobą jeden z niewielu pozostałości po swoim ciele, patrzyła, jak krew rozpływa się po kości i niknie w oczodołach. Dopiero gdy syk dotkniętego nagłą dawką bólu mężczyzny dotarł do jej martwych uszu, przeszyła go wzrokiem, wreszcie racząc odpowiedzieć na postawione pytania.

- Wystarczy
- oznajmiła krótko i bez wyraźnych czy jakichkolwiek emocji w głosie.

Na drugie pytanie nie raczyła odpowiedzieć od razu, tylko snując się tu i tam, rozważała usilnie nad tylko sobie znaną sprawą, raz po raz spoglądając w stronę pogodnego nieba.

- Umowa związała nasze duchy. Jeśli którekolwiek nie dotrzyma postanowień, jego duch zostanie przykuty niewidzialnymi kajdanami do ducha drugiego, skazując się na wieczną tułaczkę - mam tu na myśli przypadek, gdybyś to ty, o mroczne dziecię postanowił zerwać pakt lub zostanie potępiony - w moim przypadku - wargi ogoniastego zadrżały z przerażenia. Chociaż ledwie mógł pojąć, że istnieje coś więcej niż życie doczesne, to proste słowa wypowiedziane przez dziewczynę, zatrzęsły nim nie na żarty. W razie poniesienia porażki wcześniej czy później wróci na ten sam przeklęty ołtarz, będąc skazanym podzielić los zdradzieckiej załogi statku. Cóż miał jednak począć. Mógł tylko pluć sobie w brodę, iż wcześniej nie zadał tego niewygodnego pytania. Być może, że zjawa nie zrobiłaby mu żadnej krzywdy za zrezygnowanie z udzielenia pomocy, jak tylko wylałaby w jego stronę morze lamentu i żalu, jaki wzbierał w niej przez te wszystkie lata. Podejmując więc inne działanie w uzyskania wolności, może więc zdołałby się wkupić w łaski Cerbera lub zmusić Dereka do ujawnienia tajemnicy wydostania się z wyspy. Mleko zostało rozlane i nic, ani nikt nie mógł już tego odczynić.

Kręcąc nosem z niezadowolenia, słał w stronę pięknej wiele pytań dotyczących szczegółów jego misji. Wiedział zaledwie, że musi kogoś przyprowadzić w wyznaczone miejsce. Nie wiedział natomiast, jak ma to uczynić. Wysepka mimo wszystko nie należała do najmniejszych, a znalezienie tej właściwej osoby, mogło zająć zbyt wiele czasu. I jak niby miał się dostać na sąsiadujący ląd? Nawet jeśli postanowiłby ukraść łódź, to po dotarciu na miejsce trop by się urwał. Jedyną natomiast wskazówką, byłaby silna aura, poszukiwanej osoby, ale przecież on nie posiadał umiejętności jej wyczuwania, w porównaniu do pewnego nekromanty!

Tak naprawdę, o nic nie musiał się martwić. Siedząc na tym samym miejscu, już od kilku dekad, Histeria zdołała rozwiązać kilka nostalgicznych problemów, to, więc gdy dostrzegła zrozpaczone, tudzież załamane oblicze wspólnika, pośpieszyła z udzieleniem mu kilku drogocennych wskazówek.

- Masz niewiele czasu
- rzekła na początku.

Cóż to miało znaczyć niewiele czasu, ile to było dokładnie! Toż to absurd. Samo zwinięcie po kryjomu łódki kosztowałoby go zmarnowanie wielu godzin. Nikt przecież nie puści go samopas, a na pewno nie z łodzią na nieznane wody, jeśli nie poda przekonującego argumentu. Przestawiając z nogi na nogę, Lead wydał z siebie pomruk niezadowolenia. Te parędziesiąt godzin mogło mu nie wystarczyć, a co wtedy? Czyżby dane mu by było po śmierci krążyć bez celu po kamiennym okręgu przez wszystkie wieki nieskończone? Nerwy nosiły go coraz bardziej. Skubał paznokciami brodę i przygryzał wargi. Panna natomiast nie zamierzała się tym przejmować, ino mówiła swoje.

- Jutro rozpocznie się święty czas dla tych nieczystych kapłanów demonicznego bożka. Wszyscy wyznawcy zbiorą się w jednym miejscu, by wznieść krwawą ofiarę. Ileż oni przerwali niewinnych istnień, ile wciąż bijących serc wydarli. Muszą ponieść konsekwencje. Sami zostaną złożeni w ofierze, jako zadośćuczynienie za swe przewinienia - powoli przyzwyczajający się do obecności ducha, brunet na nowo zaczął się go obawiać. Najwidoczniej lata spędzone w samotności i narastający gniew wobec oprawców, przemieniał tę niegdyś miłą osóbkę w bezlitosnego potwora. Biedna, tyle wycierpiała, nic więc dziwnego, że rozrzewniła w sobie taką nienawiść. Na ten czas mogła zostać usprawiedliwiona.

- Nie martw się o to, jak pokonasz dzielący od drugiego lądu pas wody. Moi niegdysiejsi podwładni pomogą ci. Znajdziesz ich na wschodniej plaży, tuż przy starej chacie u ujścia strumienia w morze. A na znak, że przychodzisz ode mnie, wyrwij z żuchwy jeden mój ząb! Mnie i tak on już się na nic - Mgła powoli zaczęła ustępować, a postać zjawy stawała się coraz bardziej przezroczysta. Z początku wyraźny jej głos rozbrzmiewał ciszej i ciszej. - Wypalony znak na ciele, to ich należy szukać- usłyszał ostatnie słowa, po nich już nic więcej.

Magiczna bariera rozwiała się wraz z podmuchem wiatru. Słońce na nowo przyjemnie prażyło, a dochodzące zewsząd ptasie trele uzdrawiały zszargane nerwy. Ospray mógł odetchnąć. Zjawa odeszła. Czy to z własnego powodu, czy jej czas na ukazania się dobiegł na dzis dzień końca, tego nie mógł odgadnąć. W każdym razie zwrócono mu wolność. Jedynie wciąż piekąca dłoń, dowodziła, że wszystko to, czego był świadkiem, zaistniało naprawdę, a nie było jedynie wytworem wyobraźni lub snu na jawie.

- Ej! Na co czekasz! Uciekaj, zanim to wróci!
- darł się Derek, sam wciąż skryty za schodami.
Obrazek

[Wschodnie Wody] Czarci Trójkąt

83
Mimo iż ból nie był nie wiadomo jak intensywny, to zdołał zaskoczyć bruneta na tyle, aby wymusić na nim odruchowy sus w tył i tym samym zwiększyć dystansu między swoją osobą a ołtarzem. Łapiąc się zaraz za nadgarstek, czym prędzej przekręcił dłoń wnętrzem do góry, z lekkim niedowierzaniem wytrzeszczając oczy na wykwitające nań znamię. Gdy myślał swego czasu o zrobieniu sobie tatuażu bądź dwóch, niekoniecznie chodziło mu o coś takiego... I czy naprawdę musiało przypominać akurat czaszkę? Nie mogła to być... Ryba? Marchewka? But? Fakt, że śmierć towarzyszyła mu w życiu częściej, niż by chciał, nie oznaczał jeszcze, że miał to ochotę jakkolwiek upamiętniać. Na razie mógł mieć tylko nadzieję, że parszywy symbol zniknie wraz z dopełnieniem obietnicy danej Histerii. Jego ciało nosiło dostatecznie dużo niechcianych dodatków i bez tego.
Zaciskając palce dłoni w pięść, Lead podniósł wzrok na ducha niegdyś pięknej, młodej kobiety, choć doprawdy, sporo go kosztowało, żeby ponownie go nie opuścić, gdy ta skupił na nim własny. Posiadanie demonicznych korzeni w niczym nie pomagało odpędzić obaw przed podobnymi jej bytami. Nie pomagała też wizja stania się jednym z nawiedzających wyspę widziadeł, stawiająca prawdopodobnie każdy pojedynczy włosek na jego ciele na baczność. Fakt, jego wina. Niepotrzebnie pytał.

Mocno ukrócony czas był zawadą, podobnie jak i wiele innych mankamentów, ale dopóki Histeria oferowała mu swoją pomoc nawet na odległość, przy odpowiednim tempie marszu, odrobinie szczęścia (Odrobinie! naprawdę nie prosił tu o wiele!) i założeniu, że po drodze nie spotka go już więcej przykrych niespodzianek, powinien wykonać zadanie. Nie. MUSIAŁ wykonać to zadanie. ZAMIERZAŁ wykonać to zadanie. Było wciąż o wiele zbyt wcześnie, jak na jego upodobanie, aby odpuszczać sobie życie. Tym bardziej na rzecz wiecznego potępienia. Kości zostały rzucone i jeśli nie chciał, aby były to jego własne kości, musiał po prostu zrobić to, do czego się zobowiązał, spychając na bok całą niepewność oraz ścisk w bebechach.

Z trudem przełykając ślinę, ale nie będąc zbytnio w stanie wydusić z siebie słowa, pokiwał głową na znak zrozumienia, przypominając sobie niepokojąco ruchome worki, które przerzucano nie tak dawno temu w pirackim porcie. "Krwawa ofiara", huh? Przynajmniej takiego losu póki co udało mu się uniknąć.
Jeszcze mocniej niż dotychczas zaciskając palce naznaczonej dłoni, do stopnia, gdzie nieco już przydługawe z braku możliwości obcięcia ich paznokcie, zaczęły boleśnie wbijać się w jej wnętrze, obserwował, jak zjawa powoli rozpływa się przed jego oczami. Kilka mrugnięć powiekami później zniknęła zupełnie, a głos pozostał jedynie wciąż żywo rozbrzmiewającym w jego głowie echem.
- ...W co ja się wpakowałem? Jak się w to wpakowałem? - odezwał się wreszcie półszeptem sam do siebie, niechętnie podchodząc do ołtarza raz jeszcze, aby wedle wytycznych wyrwać jeden z zębów należących do wciąż leżącej tam nieruchomo czaszki. Padło na lewy, górny kieł.
Nie zamierzając dłużej marnować tutaj czasu, ledwie zdołał obrócić się na pięcie, gdy jego uszu dobiegł bardziej znajomy dźwięk ludzkiego głosu. Pewnie nawet by się gdzieś tam w duchu ucieszył, gdyby nie należał do Dereka. Fuknąwszy zatem jeno pod nosem, skierował się prosto na nekromantę, a gdy wreszcie pokonał dzielący ich dystans, gwałtownym ruchem wyciągnął przed siebie rękę, pokazując mu wnętrze swojej dłoni.
- Chcę, żebyś wiedział, że jeśli nie pomożesz mi dopełnić umowy, jaką właśnie zostałem dzięki tobie związany, pociągnę cię na drugą stronę razem z sobą. - zadeklarował chłodno, bo tylko w taki sposób mógł ukoić nerwy oraz niepewność. Tylko dzięki temu potrafił wrócić do twardego stąpania po gruncie, który chwilę temu wydawał mu się tak niestabilny, jak ruchome piaski. Ah, prawdopodobnie nadal taki był.
Cofając ponownie rękę, zanim Derek wpadł na pomysł popadnięcia w fascynację znamieniem czy cokolwiek jeszcze innego, sam złapał go za fraki i zaczął ciągnąć drogą powrotną w dół zbocza. Po drodze, w krótkich słowach, tak jak to miał zawsze w zwyczaju, wyjaśnił co należało zrobić, jeśli chcieli opuścić wyspę.
Zwalniając odrobinę tempa, zanim znaleźli się w zasięgu wzroku oraz słuchu pozostawionego w tyle Kojeba, Lead raz jeszcze zwrócił ostre spojrzenie na Dereka.
- Skąd wziąłeś się tak właściwie na wyspie? Magowie nie zostają ot tak piratami. I jakoś wątpię, żeby cię do tego zmuszono lub abyś trafił tu czystym przypadkiem.
Choć zastanawiał się nad tym już wcześniej, nie wiedział sensu ani potrzeby pytać. Sprawy przybrały jednak na tyle poważny obrót, aby nie pozwalać sobie na zbyt wiele luk oraz niedopatrzeń. Zwłaszcza, gdy jego tyłów miał pilnować mag.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Taj`cah”