Lasy na północ od Grenefod

46
Czymże było życie jednej dzikiej dla rycerza? I to takiej, która bezczelnie porwała nie tylko jego wóz, ale również konia i, co najgorsze, syna? Dla takiej nie należało się nic innego, jak śmierć. Billastin nie zastanawiał się nad powodami, dla których Neshkala mogła się tak zachować. To nie miało znaczenia, gdy musiała umrzeć.

Gołti ledwie wyhamował miecz przed grzbietem konia, który znów wierzgnął, a następnie stanął na tylnych nogach, by po chwili wystrzelić do przodu. Zwierzę nie wpadło jednak w kolejny dziki galop, a jedynie odbiegło na parę metrów, uciekając od bójki. Jednocześnie odsłonił Neshkalę.

Krzyki zbliżających się mężczyzn i ich sylwetki, odcinające się czernią na tle śniegu, zdradziły, że było ich tylko trzech. Wciąż mieli spory dystans do przebycia, nim staną u boku Billastina. Dziecko płakało, przerażone wydarzeniami nocy, jednak dzielnie trzymało się siodła.

Wojownik, niestety, nie zrozumiał słów dzikiej. Choć znał podstawy innego dialektu, nawet nie starał się wyłapać znajomych słów.

- Zamknij parszywy pysk! - Warknął, rzucając się w kierunku kobiety, chcąc skończyć jej żywot jednym cięciem miecza. Neshkala w porę odskoczyła, unikając kolejnych obrażeń, co więcej, wyćwiczonym ruchem przyzwała wilki do pomocy.

- Demoni pomiot! - Wrzasnął jeden ze zbliżających się mężczyzn, a widząc przyzwane zwierzęta, zapewne mając w pamięci niedźwiedzia... zmienił kierunek biegu o sto osiemdziesiąt stopni. Dwaj pozostali zwolnili i opuścili swoje bronie, najwyraźniej bojąc się kolejnego spotkania z nieumarłymi zwierzętami.

Billastin nie zamierzał czekać i ruszył w kierunku wilków z bitewnym okrzykiem na ustach, rozumiejąc, że musi pokonać zwierzęta nim dostanie się do dzikiej. Rządza krwi przysłoniła mu zdrowy rozsądek. Wszyscy i wszystko, co stanęło między nim i jego synem, musiało umrzeć! Mężczyzna atakował szerokim cięciem, dosięgając szczęki jednego z wilków i choć nie udało mu się jej odciąć, żuchwa stworzenia zawisła pod nienaturalnym kątem.

Koń Billastina nie był tak płochliwy, jak ten, który wcześniej ciągnął wóz, zapewne będąc szkolonym do bitwy. Przez nagłą obecność kolejnego człowieka na swoim grzbiecie, przestąpił z kopyta na kopyto w nerwowym tańcu, jednak nie ruszył, czekając na znak od jeźdźca.

- Zostaw panicza! - Wrzasnął jeden z pomagierów. - Paniczu!

Mężczyzna był odważniejszy niż jego towarzysze, ruszył w kierunku Neshkali, choć wydawało się, że ma mniej krwiożercze zapędy aniżeli jego pobratymcy.

Lasy na północ od Grenefod

47
To co się działo, trwało nie więcej jak paręnaście sekund. Starcie pomiędzy grupką rycerzy a dziką i jej świtą upiornych wilków osiągnęło punkt kulminacyjny. Jako pierwszy zaatakował splamiony krwią Gołti. Ciął upiornego wilka, który nie zważając na poniesioną ranę, za nic nie chciał ustąpić. Gdzieś w dalekiej odległości, zerwał się drugi kawalerzysta, postawiwszy sobie za cel ochronę chłopca, któremu tak właściwie nic nie zagrażało. Tymczasem przykucnąwszy na grzbiecie konia, Neshkala chwyciła za włócznię, mierząc nią wprost w głowę najbliżej stojącego agresora. Nie mając już w sobie krzty wyrozumiałości, jej celem stało się wyeliminowanie zagrożenia, nawet jeśli wiązało się to z pozbawieniem malucha kolejnego(?) opiekuna.

Wydając z siebie odgłos przypominający ryk rozgniewanego kuguara, gotowała się do kontrataku.

- Klous in ent kil - wymruczała wściekle do wilków.

I w czasie, gdy upiorne bestie rozdzieliły się, aby przypuścić zsynchronizowany atak z dwóch stron na ręce mężczyzny, Nes wybiwszy się z konia, poszybowała w górę, kierując grot włóczni przed siebie i pchając dodatkowo jej trzonek w przód, w celu uzyskania większego pędu i siły uderzenia. Mierzyła w okolicę oczodołu.

Na równi z włócznią, wysunęła i nogi, nie zamierzała bowiem lądować bezpośrednio na ziemi, ino zadawszy cios, oprzeć się stopami na ramionach okutego w żelazo osobnika, odbić się od niego i z powrotem zasiąść na grzbiecie konia, zanim kolejny wrogi jeździec zdoła się do niej zbliżyć.

Dalej należało liczyć na to, iż pozostali nie ośmielą się zaatakować z tak ślepą furią jak ich poprzednik, zwłaszcza że z ich punktu widzenia, kobieta może okazać się szybsza i nim zdążą zareagować, ta krótkim ruchem sztyletu postanowi uśmiercić dziecko, czego tak naprawdę robić nie chciała. Jednakże jeśli tamci nie pozostawią jej wyboru, z istmie teatralnym przesadą zagrozi, iż poderżnie zapłakanemu chłopczykowi gardło.
Spoiler:
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

48
Neshkala była na przegranej pozycji, gdy walczyła z trójką mężczyzn, a i w pamięci miała młodego panicza, któremu nie chciała zrobić krzywdy. Wilki były pomocą, ale czy silne szczęki zwierząt okażą się na tyle mocne, by konkurować z ostrzem miecza?

Gołti zajął się wilkami. Poprawił cios w kierunku wilka, który wcześniej stracił władzę w szczęce. Celując w kark zwierzęcia, rycerzowi udało się wbić ostrze na kilka cali w kark, pozbawiając zjawę reszty tlącej się w nim woli życia, choć wciąż nie pozbawiając go głowy. Wilk padł, a Billastin stracił kilka cennych chwil, starając się wyszarpnąć ostrze z przeciwnika. Drugi zwierz skoczył mu na plecy i wgryzł się w kark, kończąc żywot Billastina De'Loratadin.

Neshkala przeceniła swoje możliwości. Skoczyła na obranego za cel mężczyznę i nim ten zdołał osłonić się rękoma, wbiła sztylet prosto w jego czaszkę. Żelazo zaklinowało się między kośćmi, uniemożliwiając łatwe go dobycie. Krew pociekła z oczu, uszu i ust mężczyzny, gdy ten poleciał na ziemię. Dzika, przez pęd swojego skoku i niestabilność podpory, runęła razem z nim na pokrytą śniegiem ziemię. Biały puch szybko topniał, gdy karmazynowa, ciepła ciecz ciekła z głowy nieszczęśnika.

Drugi z mężczyzn zatrzymał się i uniósł ręce w geście poddania, jednocześnie upuszając swój miecz. Mówił coś przerażonym, podniesionym głosem, jednak dla dzikiej jego słowa pozostały niezrozumiałe. Tuż za Neshkalą, dzieciak spadł z konia i z wrzaskiem rzucił się w kierunku Billastina, jak i ocalałego wilka, który wściekle kąsał ciało ojca chłopca.

Lasy na północ od Grenefod

49
Chociaż nie wszystko poszło tak, jak sobie to zaplanowała, cel w ostateczności został osiągnięty. Agresywny mężczyzna padł martwy, powalony atakiem wilka i dobity ciosem w czaszkę. Jego truchło jeszcze przez krótką chwilą było rozrywane przez upiorne szczęki bestii, a mózg mielony, wiercącym w nim kawałkiem ostrza, które dzika kobieta usilnie starała się wyciągnąć.

Krew zbryzgała jej twarz, gdy żelazny sztylet wreszcie został uwolniony. Patrząc z przerażającym spojrzeniem na przestraszonego ijon, który widząc, co się właśnie stało, zaniechał dalszego ataku, posłała ku niemu kilka gestów.

W pierwszej kolejności wskazała palcem wskazującym na niego. Następnie układając jedną dłoń poziomo przed sobą, dwoma palcami drugiej symulowała czynność chodzenia. W dalszej kolejności wskazała na siebie dwukrotnie, po czym posunęła otwartą dłonią po własnej szyi. Nawet jeśli tamten nie rozumiał języka mówionego, tymi prymitywnymi gestami wyraziła się dostatecznie klarownie.

Krótkim ruchem ręki rozkazała wilczej zjawie, by ta skończyła pastwić się nad ciałem, ani też nie reagować na ewentualne zaczepki malca. Jej sprawa została zakończona, o ile kolejny rycerz nie zechce wymierzyć zemsty za zamordowanie kompana. Na ten jednak czas wszelkim walkom nastał kres. Neshkala miała dość rozlewu krwi jak na jeden dzień. Rzuciwszy okiem po raz ostatni na leżące pod jej nogami ciało, oddaliła się w stronę konia Gołti. Prócz sztyletu, zamierzała sobie przywłaszczyć wszystko to, co znajdzie w przypiętych do siodła jukach, jako swego rodzaju łup wojenny. Samego zaś zwierzęcia nie chciała brać ze sobą. Wolała tego drugiego, niespętanego więzami, jakie zarzucili na niego ludzie.

Co dalej? Jedyne czego pragnęło to znalezienie przytulnego miejsca do spoczynku, z dala od owładniętych rządzą krwi ludzi w żelazie czy przypadkowych osób pokroju Blu-Faji. W chwilach taka jak ta, samotność była jej najmilsza. Obierając odpowiedni kierunek marszu, ruszyła śpiesznym krokiem, pozostawiając w tyle ciemną linię drzew i wóz. Jeśli chodziło o dziecko, przestało ją najzupełniej interesować. Niech współbrat Gołti'iego się nim zajmie. Żywiła do Acri wielki uraz, spowodowany zachowaniem jego ojca, tym samym wypierając się zupełnie akceptacji zajęcia się nim.
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

50
Mały Acri nie patrzył na obecność wilków, które rozprawiały się z ciałem jego ojca. Płacząc i drąc się do utraty tchu, dziecko parło ku znajomej sylwetce. Dopadając do nieruchomych zwłok, maleństwo padło na nie, jednocześnie brudząc się krwią tatusia. Wilk odpuścił, zgodnie z poleceniem Neshkali, ale wciąż krążył wokół miejsca zbrodni, do czasu, aż jego duch nie został uwolniony i nie zniknął w odmętach pary.

Mężczyzna, który został na placu boju, pokiwał głową i zamiast zająć się dzieckiem i ciałem swojego pana, odwrócił się i przykładem jednego z kompanów, wziął nogi za pas.

Neshkala miała spokój, nie licząc dwóch koni i płaczącego, ubabranego we krwi dziecka, które trzymało się zbroi Billastina, krztusząc się łzami i bablając pod nosem prośby, by tato się obudził. W jukach przymocowanych do siodła konia nie było zbyt wiele. Spośród kilku fiolek większość była pusta, gdy opróżniono ich zawartość już wcześniej, ostała się jedynie wąska, długa buteleczka z czerwonym płynem, podobnym do tego, którym wcześniej ratował się Zirte, oraz kolejna, płaska lecz szeroka, zrobiona z ciemnego szkła i dokładnie zamknięta, z zalakowanym korkiem. Można było domyślać się, że znajdujący się w jej wnętrzu płyn będzie wielkiej mocy lub wielkiej wartości! Prócz eliksirów, w jukach nie było niczego, co mogłoby przydać się dzikiej i nie obciążać jej zbytnio. Wszystko, co bardziej cenne i przydatne musiało zostac na wozie, który pozostał daleko za nimi.

Ruszywszy w dalszą podróż, Neshkala mogła spodziewać się, że Acri łatwo nie odpuści. Widząc, że dzika się oddala, a ojciec nie raczy ruszyć nawet jednym martwym palcem, malec podążył za kobietą, dalej rozpaczając nad swoim niełatwym losem. Jego ubranko nie było przystosowane do pieszych podróży w sercu zimy. Materiałowe buty chłopca dawno przesiąkły wilgocią śniegu, a kubrak pobrudzony był krwią. Mimo tego chłopiec nie odpuszczał. Choć miał ledwie parę lat, zapewne zdawał sobie sprawę, że jeśli zostanie sam w polu, pośród śniegów - umrze. Dzielnie szedł za Neshkalą na swoich krótkich nóżkach.

Jasna łuna rozświetliła niebo na wschodzie, jednak daleko jeszcze pozostało do światła dnia. Neshkala zbliżała się do lichych zabudowań zebranych w wioskę. W momencie, gdy gospodarskie psy zaczęły ujadać, z innej, północnej strony, tam, gdzie znajdował się las Zirte, w niebo wystrzelił niebieski płomień, rozlewając się po ciemnym całunie niby zorza. Jak tusz wkroplony do wody, kolor rociągnął się jasnymi splotami, a następnie zniknął.

Lasy na północ od Grenefod

51
Problem goniących za nią ludzi został rozwiązany. Z pewnością niedobitki tych, co jakimś cudem przeżyli starcie z upiornymi zwierzętami jak i samą dzikuską, pomyślą dwa razy, zanim znów zechcą się za nią puścić. Przynajmniej na razie miała spokój. No prawie. Chociaż ostatni z rycerzy miał możliwość wzięcia dziecka z powrotem do obozu, postanowił niczym ostatni tchórz, pierzchnąć tam skąd przybył, przestraszony wizją stanięcia oko w oko z kobietą i jej niematerialnymi sługami, rzecz jasna zapominając o niewiniątku. Ech, chociaż to oni uważali się za cywilizowanych, to jednak w obliczu grożącego im niebezpieczeństwa, stawali się jak te spłoszone pojawieniem się drapieżnika owce. Każdy biegł we własną stronę i nie baczył czy jego towarzysz stanie się ofiarą. Podobnie było i w tym przypadku. Jako niechcianą ofiarę Neshkala zyskała potomka swego wroga. Pomimo zupełnego braku w okazywaniu mu zainteresowania, ten nie odpuszczał i co sił w nóżkach biegł wytrwale za rozdrażnioną dziewczyną, która na niego fukała, by dał jej wreszcie spokój.

Jej zmagania z małym problemem przeciągnęły się do momentu, kiedy to nienaturalnie ułożone kamienie i drewniane konstrukcje nakreśliły obraz nędznych zabudowań. Z deszczu pod rynnę. Nes omijała szerokim łukiem wszelkie zgrupowania ludzi. Nie ufała im tak, jak wiedźma wyznawcy Sakira. Uważała ich bowiem za mataczy, żerujących na czyjejś naiwności i niewiedzy. Bezlitosnych i parszywych oprychów, co ino czekają, by porwać się na czyjąś szyję. Jakby samo napotkanie wioseczki i marudzące bezustannie dziecko nie były wystarczającymi problemami, uwiązane na sznurach psy właśnie zaczęły alarmować właścicieli, że coś lub ktoś się zbliża, a w tym samym czasie od północy zajaśniała niebieskawa łuna, łudząco podobna to tej, jaką wystrzelił Gołti w celu oświetlenia najbliższego terenu.

Wydając z siebie pomruk niezadowolenia, wyzywała z cicha bożyszcze łowów, za to, iż postanowił uczynić z niej zwierzynę, na którą wszyscy jakby umówili się zapolować. Mając za sobą przynajmniej jednego niedobitka, od północy być może, że kolejną kompanię, a od wschodu kilka chat, wbrew wszelkim przekonaniom postanowiła, skryć się w jednej z przylegających do nich domów dla zwierząt lub przynajmniej kupce wysuszonej, żółtej trawy, jaką owi mieszkańcy składowali dla różnych celów, po tym jak wydarli z jej wnętrza życiodajne nasiona. Bowiem do czasu, aż pierwsi z grzebiących w ziemi ludzi wstaną, powinna zdołać na tyle wypocząć, żeby móc oddalić się niepostrzeżenie, przy okazji i pozostawiając Acri u progu czyjejś chaty. Do tego domniemała, że i druga grupka ijon powinna dać sobie spokój z przeszukiwaniem okolicy i oddalić się na bezpieczną odległość.
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

52
Neshkala mała za sobą kolejną noc pełną wrażeń, jak również kolejne dusze na sumieniu. Szczęściem dla niej samej, nie przejmowała się zbytnio życiem jakichś ijon, którzy, do tego, chcieli jej zaszkodzić. Mogła w spokoju odpocząć, razem z nieplanowanym nabytkiem w postaci małego chłopca.

Wieś spała, a nieliczne szczekające psy ucichły, gdy tylko Neshkala zniknęła im z pola widzenia. Zakopawszy się w suchym sianie w szopce przylegającej do jednego z domów, nie miała innego wyjścia, jak tylko przygarnąć do siebie Acriego, który po trudach nocy w końcu padł, wykończony płaczem. Złapawszy w drobne rączki materiał ubrań Neshkali, nie puszczał nawet we śnie, jakby od tego zależało jego życie.

Dzika pozwoliła sobie na chwilę odpoczynku. Choć nie była tak wymęczona, jak chłopiec, godziny bez snu i posiłku również dały jej się we znaki, przez co szybko odpłynęła do krain bogów snu. Obudził ją dopiero mokry, ciekawski nos prosiaka, który znalazł drogę do szopy i podskubując siano, zahaczył ryjkiem o nogę Neshkali. Wraz z nią obudził się również Acri, który wystraszył się zwierzęcia, pisnął, po czym wdrapał się na kolana dzikiej, a przylgnąwszy do niej całym ciałem, wcisnął twarz w jej ubrania i odmawiał puszczenia, a nawet sporzejnia na świnkę. Dzieciak najwyraźniej nie był przyzwyczajony do widoku gospodarskich bestii.

Stwierdziwszy, że Neshkala nie jest interesująca, prosiak zajął się swoimi prosimi sprawami. Głosy ludzi na zewnątrz zdradziły, że mieszkańcy wioski zdążyli się obudzić i wziąć do pracy. Wśród chrumkania świń i muczenia krów, Neshkala wyłapała również znajomy odgłos, jaki wydają końskie kopyta uderzając o nawierzchnię drogi. Zaraz też rozległ się okrzyk mężczyzny.

- Uwaga, mieszkańcy! - Zawołał ktoś, gdy stukot kopyt wierzchowca ucichł. - Mając w pamięci obietnicę ochrony, złożoną magom z Nowego Hollar, wzywam do ruszenia na pomoc do boru! Nad ranem pojawiło się wezwanie pomocy! - Do głosu mężczyzny dołączyły przerażone westchnienia tłumu. - Matki, wyprawcie swych synów! Żony, pożegnajcie mężów! Ruszamy z pomocą De'Loratadinom!

Neshkala nie mogła wyłapać sensu słów posłańca, jednak niektóre słowa wydawały jej się znajome. Nowe Hollar? De'Loratadin? Czy nie chodziło o jej przyjaciela Zirte, czy może o nieżywego już Billastina? A może szukali małego Acri, który odmawiał dołączenia do świata, wciskając buzię w materiał koszuli Nesh?

Lasy na północ od Grenefod

53
Niecodzienna pobudka sprawiła, że kobieta wzdrygnęła się z przestrachem, jednak nie tak srodze jak przylepiony do jej koszuli malec. Pinki - jak zwało się w jej języku czteronożne i chrumkające stworzenie, łaskotało ją po nodze mokrym nosem, sprawiając, iż początkowy strach prędko został wyparty przez cichy chichot. Gładząc wystraszonego chłopczyka po główce, nasłuchiwała otaczający ją wokół teren. Prócz odgłosów stukotu racic i krzątających się to tu, to tam zwierząt gospodarczych, jej ucho wychwyciło coś, czego obawiała się najbardziej. Rżenie koni w akompaniamencie brzdęku metalowych elementów, wprawiło ją w wielkie zdenerwowanie. Żądni krwi jeźdźcy najwyraźniej nie zamierzali łatwo jej odpuścić, a sądząc po reakcji gromady prostego ludu, również i w ich sercach przybycie zbrojnych nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń.

Wydawać by się mogło, że Nes znalazła się w potrzasku. Śmiertelnym pierścieniu, który co chwila pomniejszał swe rozmiary, żeby w końcu skutecznie zacisnąć się na jej szyi. Jak na razie była bezpieczna. Dotychczas nikt nie raczył wetknąć nosa do zbitki desek. Wszystkich bowiem poruszyła niespodziewana wizyta na tyle, aby zaprzestać prac i skupić się na przyjezdnych. I to właśnie mogło stanowić szansę na wybrnięcie z trudnej sytuacji.

Wziąwszy na ręce Acri, dzika ostrożnie wychyliła głowę z wnętrza szopki. Planowała bowiem przekraść się na tyły domostwa i krocząc tuż pod jego murami, wśliznąć się przez okno lub uchylone drzwi, ale dopiero wtedy, gdy ijon zechcą zaprzestać nękania mieszkańców swoją obecnością. Neshakli niepotrzebne było kolejne starcie z nimi, ani też gonienie za przypadkową osobą, która by napatoczyła się na nią akurat wtedy, kiedy myszkowałaby po chałupie. Poza tym pozostawała jeszcze kwestia bezustannie doczepionego bagażu. Gdyby nie on, wiele zmartwień odeszłoby w niebyt. Toteż gdy tylko nadarzy się okazja, pozostawi go w czyimś łożu, a sama zaś ucieknie z dala od tego całego zgiełku.

Dla tego momentu musiał jednak nadejść odpowiedni czas. Pierwszą sprawą, jaką musiała się zająć, było zaspokojenie głodu. I jeśli nawet mogła wytrzymać pewien czas o pustym żołądku, dziecko w tej kwestii nie należało do najcierpliwszych. Na całe szczęście gdzieś włóczyła się milkał - rogate zwierzę, które posiadało zdolność wytwarzania pożywnego płynu, idealnym wręcz dla małego człowieczka, ale i dla dorosłego.
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

54
Ostatnie, czego Neshkala mogła się spodziewać, to lniany wór, który zakrył jej głowę, gdy tylko wysciubiła ją z szopki!

Gdy Neshkala chichotała, łaskotana nosem prosiaka, a mały Arci marudził, zmęczony drogą i głodem, a teraz jeszcze również wystraszony pojawieniem się krwiożerczej bestii, ktoś zakradł się po cichu tuż pod szopę i czekał, aż kobieta zrobi ruch. Zbrojni na drodze skutecznie odwrócili uwagę Nesh, pozwalając zbirowi zakraść się niezauważonym!

- Matuchno! Złapałem! Matuchno, pójdźcie, zobaczcie!

Głos należał do młodego mężczyzny, który szorstkimi, niedelikatnymi dłońmi złapał Neshkalę w żelazne objęcia. Ucisk rąk, których siła wypracowana była latami pracy w polu, nie pozwolił dzikiej wyrwać się ku wolności. Worek pachnący sianem odebrał jej wizję, ale czuła dziecięce łapki, które oplotły jej nogę i nie puszczały!

- Cóżeś złapał, Jurand?! - Do pierwszego głosu dołączył drugi, kobiecy. - Ooo! To to, co jaja kradnie?! A niech cię licho!

Uderzenie w brzuch, niezbyt mocne, ale odczuwalne, mogło być zadane tylko miotłą. Acri wrzeszczał.

- Tego dzieciaka też ukradło! Zobacz, jaki wystrojon, matuchno!

Dzika mogła szarpać się i wrzeszczeć, ale Jurand trzymał ją mocno za przeguby, nie pozwalając wyrwać się i uciec. Acri został zabrany, czego widzieć nie mogła, ale poczuła, że rączki malca oderwały się od jej nóg.

Neshkala została zatargana przed oblicze zbrojnych na koniach, którzy jeszcze zostali w wiosce, zbierając chętnych do wyruszenia na pomoc magom w lesie. Neshkala słyszała rozmowy - imię Juranda, słowa o De'Loratadinach, wreszcie znajoma nazwa Nowego Hollar. Inne zlały się w szum, wychodząc z ust ijon, ale nie docierając sensem do Neshkali. Chwilę później jej ręce i nogi zostały spętane, a ona sama rzucona na konia, jak upolowana sarenka!

Droga nie była przyjemna. Koń nie był odpowiednim środkiem transportu, gdy jego kręgosłup wbijał się w żebra dzikiej, a więzy uniemożliwiały swobodny przepływ krwi do kończyn. Po nie wiedzieć jak długim czasie, Neshkala została ściągnięta ze ihaha i rzucona na ściółkę. Worek został zdjęty z jej głowy.

Nadchodził wieczór. Ściana drzew zdradzała, że byli tuż przy lesie, ale czy był to ten nieszczęsny, przeklęty? Nie mogąc się ruszać, Neshkala mogła tylko próbować porozumieć się z porywaczami. Został przy niej jeden strażnik, pulchny młody chłopak, podczas gdy reszta zajęła się rozbijaniem obozu.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Księstwo Grenefod”