Lasy na północ od Grenefod

16
Mag oglądał się na Neshkalę, oddalając od jej oboziku. Wyglądało na to, że bardzo chciał jej pomóc, ale nie mógł zmusić jej do niczego, czego sama nie chciała zrobić. Pozostało mu mieć nadzieję, że dziewczyna poradzi sobie w nocy, w dziczy, bez pomocy niespodziewanego sprzymierzeńca.

Kamienny ptaszek nie został podniesiony przez maga, który odszedł już na znaczną odległość, w towarzystwie swojego kota. Gdy czarodziej dotarł do nieruchomej sylwetki, jego ognik oświetlił, jak się okazało, posąg. Zirte, poklepawszy nieruchomą statuę po ramieniu jak starego przyjaciela, oddalił się pospiesznie w sobie tylko znanym kierunku. Wkrótce w ciemności zniknęła jego postać, jak również blask niebieskiego płomienia. Kroki ucichły, pozostawiając nieprzebraną, nienaturalną ciszę.

***

Las pozostał cichy i spokojny do czasu, aż słońce całkowicie nie zaszło za horyzont. Noc była bezgwiezdna, światło księżyca starało się przebić przez barierę chmur, stawało się jednak tylko rozmazaną jaśniejszą plamą na nieboskłonie. Mrok rozganiał wyłącznie ciepły blask ogniska.

Choć nic nie wskazywało na to, że w ciemności może czaić się zło, przed którym ostrzegał Zirte, Neshkala mogła czuć nieprzyjemny dreszcz złych przeczuć, który stawiał włoski na karku i nie pozwalał zmrużyć oczu w prowizorycznym schronieniu.

Nagle, z nagłością wody, która pokonała tamę, całun ciszy został podniesiony. Las rozbrzmiał mnogością ptasich treli, głosów zwierząt i dźwięków, które wydawały się mieć źródło w ludzkich gardłach. Gałęzie i śnieg zatrzeszczały pod niezliczoną ilością stóp i kopyt. Neshkala nie zdążyła nawet opuścić schronienia, jak pod dach z gałęzi wpadł wróbel, łudząco podobny do tego, którego figurkę wcześniej porzuciła w śniegu.

Ptak, choć z natury powinien być płochliwy, rzucił się na kobietę, dziobiąc zajadle!

Lasy na północ od Grenefod

17
Sen nie przychodził, chociaż bardzo tego chciała. Posłanie było wygodne, płomień ogniska wystarczająco duży, żeby ogrzać, niczym nieokiełznana cisza i mrok napawały spokojem, wręcz zachęcając, by w końcu przekroczyć bramę rzeczywistości i niespotykanych cudów, i dziwów świata sennego. Dlaczego więc kobiecie wychowanej w dziczy i przez dzicz taką trudność sprawiało zrelaksowanie się? Coś wisiało w powietrzu. Jakaś dotąd niewyjaśniona i wroga aura rozchodziła się niczym trujące wyziewy bagienne, powodując, że kości i mięśnie Neshkali nie mogły zaznać wytęsknionej wygody, ino cały czas utrzymywały się w stanie naprężenia, jakby przeczuwając, iż zaraz do czegoś dojdzie.

To naprężenie, Nes próbowała zniwelować poprzez serię krótkich ćwiczeń. Wpierw siadła na czworakach i papugując ruchy kota, wyprężyła się raz i drugi, a następnie powtarzając czynność w drugą stronę. Mało co ten zabieg pomógł. Dając sobie wreszcie spokój z gimnastyką, ponownie ułożyła się na pachnącym żywicą i lasem posłaniu.

Wtem nagłe dudnienie ziemi sprawiło, że dzika wojowniczka odzyskała wszystkie siły.

- Duchy ziemi gniewać
- pomyślała raptownie.

Jeszcze nie wiedząc, na co się tak właściwie zanosi, zamierzała czym prędzej oddalić się od obecnego miejsca i przeczekać, aż wszystko wróci do normy.
W tym samym jednak czasie nastąpił atak z powietrza. Mały, aczkolwiek zadziorny ptaszek o błękitnym upierzeniu dziobał niemiłosiernie, wprawiając cel swego ataku w stan lekkiego zmieszania. Dochodzące z oddali tętnienie kopyt, śpiew wielu głosów i nieustanny atak wróbla sprawiły, że dzika zapomniała na moment o zdroworozsądkowym podejściu do sprawy, dając się tym samym pokierować pierwotnym instynktom.

Zdjąwszy z siebie płaszcz, próbowała pochwycić w niego małego agresora, nim jej ciało miało zostać pokryte w całości śladami po ostrym dzióbku.

Pogrążona w amoku dziewczyna chwyciła jedną ręką za włócznię, drugą wciąż odganiając natręta. Skacząc to tu, to tam wokół ogniska i co rusz zasypując go kolejnymi partiami śniegu, sprawiła, że płomień wygasł i tylko migoczące gwiazdy na niebie dawały jako taką poświatę, by móc ominąć wystający z ziemi konar lub przysypany białym puchem ciemny kamień. Nie mając ani ochoty, ani nawet sił na dłuższą batalię, w biegu przełożyła torebkę przez ramię, ponownie zapięła płaszcz na szyi i machając włócznią we wszystkich możliwych kierunkach, pognała na łeb na szyję w pierwszą lepszą stronę, z nadzieją, że wróbel odpuści, a przerażające odgłosy całej masy ludzi ucichną.
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

18
Las wciąż był ciemny i nieprzyjazny, jak tuż przed świtem, ale z pewnością nie cichy. Mnogość głosów łączyła się w kakofonię, z której trudno było wyłapać pojedyncze odgłosy zwierząt lub ludzi. Okolica była zupełnym przeciwienstwem tego, co działo się za dnia.

Wróbel nie działał tak, jak przykazała mu natura, za to atakował, jakby od tego zależało jego nędzne życie. Jego drobne pazurki i malutki dziobek nie mogły zrobić większej krzywdy, jednak już po paru uderzeniach Neshkala mogła poczuć krople krwi spływające z uszkodzonych skroni i czoła, gdzie dziób uszkodził skórę. Płaszcz powstrzymał stworzonko. Wróbel zaplątał się w materiał, a ciężar przygniótł go, nie pozwalając na powrót poderwać się do lotu. Zagrożenie ze strony istotki zostało na moment zażegnane, jednak tętent dziesiątek kopyt i skrzypienie śniegu pod stopami i łapami sprawiło, że Neshkala wybrała jednyną słuszną opcję - ucieczkę.

Las był ciemny, a światło gwiazd, na które liczyła łowczyni, nieobecne. Neshkala była jednak na tyle doświadczona, że nawet szaleńczy bieg przez ośnieżony las nie sprawił jej problemów. Choć jej stopy zahaczały o ukryte konary, wrodzona zwinność nie pozwoliła zatrzymać się nawet na chwilę. Wkrótce Neshkala nie była jedyną, która biegła. Wydawało się, jakby tuż za nią podążało całe stado, a ziemia dudniła od dźwięku setek stóp.

Kobieta dotarła do otwartej przestrzeni. Tam, gdzie nie było drzew, z ziemi wyrastały pokryte suchymi pnączami ruiny.
Spoiler:
Pozostałości po pałacu mogły być dobrym miejscem schronienia przed pościgiem. Blade, niebieskawe światło dochodzące z wnętrza, ledwie przebijające się przez granicę starożytnych murów, dawało pewną iluzję bezpieczeństwa. Neshkala nie opadała z sił, ale kiedy osiągnęła resztki schodów zamku, znalazła chwilę, by zerknąć za siebie. Jakby powstrzymane magiczną barierą rozciągającą się tuż przy krawędzi ruin, w ciemności stały dziesiątki zwierzęcych i ludzkich sylwetek. Nie były w stanie przebić się do twierdzy, ale z ich gardeł wyrywał się nieprzerwany, mrożący krew w żyłach ryk, niepodobny do tego, który mogłyby wydać dzieci natury. Niepozorny wróbelek był ledwie przedsmakiem tego, co mogło czekać łowczynię w lesie.

- Tenk de gods, jor sejf! - Drżący głos Zirte dobiegł z wnętrza zawalonej twierdzy. Wraz z jego zamaskowaną osobą, blask ognika na wyciągniętej dłoni rozgonił ciemność. Wydawało się, że postaci u granicy cofnęły się, a ich głosy ścichły z lekka. Mag położył dłoń na ramieniu Neshkali.

- Chodź do środka, nie prowokujmy dalej ich zgubionych dusz. - W głowie kobiety rozległ się głos Zirte, choć ten nawet nie otworzył ust. Co więcej, posługiwał się nie słowami, a odczuciami i intencjami, które pozwoliły Neshkali bez bariery językowej zrozumieć jego myśli. - Jesteś tu bezpieczna. - Dodał.

Lasy na północ od Grenefod

19
Mury ruin z dawna zapomnianej budowli tworzyły jakby niewidzialną granicę, barierę, przez którą stado rozgniewanych bytów nie mogło się przedrzeć. Kobieta pochyliła się nieco w przód, opierając wciąż drżące dłonie o półnagie uda. Twarz miała skierowaną do ziemi. Pomimo wyraźnego chłodu, z czoła sączyły się słone krople potu, wymieszane z gęstą krwią na skutek ran zadanych od ptaszka. Chciwie nabierając kolejne hausty powietrza, otarła o ramię zwilżoną twarz, pozostawiając na części futrzanego okrycia czerwonawą smugę. Drobne rany trochę piekły, ale Neshkala na razie nie zwracała na nie uwagi. Podnosząc wzrok ku górze, zauważyła całe mnóstwo niewyraźnych postaci. Z szeroko rozwartymi ustami, przypatrywała się upiornej masie, zastanawiając się, jak to możliwe, że nie wyczuła ich negatywnej energii wcześniej. Wszakże cały las roztaczał nieprzyjemną woń, ale fantomowego odoru wściekłych zjaw nie szło pomylić z niczym innym.

- Ongiś zła rzecz tutaj stać. Duchy gniewać. Niewygnane w zaświat. Nie mieć spokoju - domniemywała.

Kiedy serce wreszcie poczęło wybijać naturalny rytm, a zdrowe myślenie na powrót przejęło władzę nad pierwotnymi odruchami, dzika cofnęła się w głąb zniszczonej twierdzy, poszukując dogodnego miejsca na odpoczynek i zaleczenie powstałych skaleczeń. Zbliżając się do chyba jedynej, jako tako ocalałej części budowli, której wręcz cudem ostało się zadaszenie, coś sprawiło, że włos ponownie zjeżył jej się na głowie i świeża dawka adrenaliny rozeszła się po ciele. Nie wiedząc, w pierwszej chwili kto był źródłem słów, odruchowo założyła, iż to zjawy zdołały sforsować niewidzialną barierę i teraz starają się wyjawić swój ból, nim ostatecznie sprawią, że kolejna duszyczka dołączy do ich przeklętej armii.

Neshkala nerwowo skakała wzrokiem po najbliższym terenie, szukając ewentualnego celu. Ku jej zdziwieniu nawet cień ostałych kolumn nie ważył się ruszyć, gdy ta na nie spoglądała. Wtem łuna błękitnego światła ogarnęła wejście za nią i nim zdołała odwrócić się, czyjaś dłoń wylądowała na jej ramieniu. Potężny ciarek przeszedł ją całą. Wyprężywszy się niczym kot, odskoczyła od wejścia, wydając przy tym przeciągły pisk. Zdegustowana naruszeniem jej strefy nietykalności, chwyciła oburącz za włócznię, po czym błyskawicznie obróciwszy się na piętce, siekła z całych sił, licząc na to, że sztych włóczni w końcu na coś natrafi.

Chwilę jej zeszło na pojęciu, że to nie lodowa łapa nieumarłego, lecz mizerna dłoń napotkanego wcześniej czarodzieja ośmieliła się spocząć na niej. Nie kryjąc ogólnego zdziwienia spotkaniem z tak niezwykłej przyczyny, jaką była napaść upiorów, Neshkala śmiała podejrzewać, że cała tę farsę od samego początku zaplanował nie kto inny jak wyjątkowo natrętny Blu-Faja. Już sama w sobie stroniła od osób posługujących się magią ognia oraz tych, co nosili żelazne elementy na sobie, a rezultat obecnych wydarzeń, jeszcze bardziej utwierdził ją w przekonaniu, że coś w tym wszystkim było nie tak.

W prostocie swego rozumowania oczekiwała odpowiedzi na dręczące ją pytania i już po raz kolejny obierając za cel trzewia czarownika, wprost wypytała go o to, czy czasem nie on nasłał na nią duchy, by ją tutaj sprowadzić. Jak dla niej, zbyt wiele zbiegów okoliczności miało tu miejsce jak na jeden raz. Nadal nie darząc rzekomego dobroczyńcy choćby krztą zaufania, była gotów przedziurawić go na wylot w razie, gdyby ten postanowił wykonać jeszcze jeden, niepotrzebny ruch czymkolwiek, nim z jego warg wypłynie dowód zmazujący z niego wszelkie podejrzenia.
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

20
Wedle życzenia Neshkali, ostrze jej włóczni natrafiło na cel. Opór postawił gruby płaszcz Zirte, a następnie również jego skóra i głębsze tkanki. Grot nie utknął głęboko, ale zdziwiony, zbolały wyraz twarzy maga i jęk, który wyrwał się spomiędzy jego ust, mógł świadczyć o tym, że nie było to tylko niegroźne draśnięcie. Zirte nie zdołał odsunąć się w czas, gdy nadszedł atak, zresztą, nie zdążył ruszyć się nawet o cal przed tym, jak nagły ból rozlał się po jego ciele. Jego refleks pozostawiał wiele do życzenia.

- N-nie... - Poprosił czarodziej, osuwając się na ziemię i łapiąc za miejsce, gdzie jeszcze moment wcześniej znajdował się sztych. Szkarłat szybko przyozdobił jego dłoń krwawymi wzorami. Niebieskie ogniki, zarówno te rozpalone w centrum ruin, jak i latarenka dotąd dzierżona przez Zirte, zgasły, pogrążając okolicę w ciemności.

Niepozorny mężczyzna być może chciałby wytłumaczyć Neshkali swoje intencje, ale powalony nałym zdziwieniem i raną, nie był w stanie wydusić z siebie sensownego zdania. Istoty po drugiej stronie bariery podniosły wrzask, gdy zwietrzyły świeżą posokę. Wraz z ich głosami, bariera nagle zamigotała kolorami purpury i błękitu. Czarodziej jęknął, rozejrzał się, wystraszony zaczął wymawiać szybkie, chrapliwe słowa. Wydawało się, że jego działania stabilizowały granicę między ich spokojnymi ruinami i chaosem stowrzeń nocy.

- Hajd! - Poprosił między kolejnymi wierszami modłów i zaklęć. Kaszlnął kilka razy, szalik, który zasłaniał jego usta, został zabarwiony ciemnym odcieniem wilgoci. Bariera po raz kolejny zamigotała, rozciągając się kopułą nad ich głowami.

Kilka z przeklętych duchów lasu wykorzystało moment i sforsowało stojącą im na drodze przeszkodę. Korzystając z chwilowej wyrwy, na przód przedarły się trzy postaci - sporych rozmiarów jeleń z pokaźnym porożem, człowiek, być może nawet ten sam, którego wcześniej Zirte witał jak starego druha, gdy stał nieruchomo pośród śniegów, i lis. Ten ostatni wyrwał się do przodu, zaraz jednak został zdjęty przez rysia, tego samego, który wcześniej towarzyszył Zirte. Kot i zaklęta bestia zatańczyły w walce zębów i pazurów, tarzając się w śniegu.

Człowiek i jeleń pozostawali niezatrzymani. Parli w stronę starającego się podtrzymać barierę Zirte i Neshkali.

- Hajd! - Popędził kobietę mag. Przerażenie malowało się na jego twarzy i w jego głosie.

Lasy na północ od Grenefod

21
Konsekwencji swoich czynów nawet i ona nie mogła do końca przewidzieć. Włócznia zagłębiła się w czyjeś ciało i to na tyle, że nieszczęśnik, w którego się wbiła, został posłany w konwulsjach na ziemię. Barwiąca jego ubrani na ciemny szkarłat krew płynęła obficie. Rana co prawda nie należała do śmiertelnych jednakże i tak poważnie naruszyła wewnętrzną strukturę ciała upierdliwego maga, do tego stopnia, że ten wił się w bólach niczym rozdeptana dżdżownica. To, co następnie się stało, wprawiło dzikuskę w szok a później i w zakłopotanie.

Nie mając najzupełniej pojęcia, iż dzięki magii Zirte, którego ona w swej pochopności dotkliwie raniła, miejsce ruin pozostawało niedostępne dla upiorów, z zaciekawieniem obserwowała podniebny spektakl świateł. Przeraźliwy wrzask watahy zjaw wyrwał ją z osłupienia. Przeniosła swój wzrok na nich, niemal podskakując, gdy troje z nich zdołało się przedrzeć do środka. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak głupio postąpiła wobec Blu-Faji, atakując go z całą swą siłą, wiedząc, że to on stworzył i utrzymywał barierę. Na żale i tłuczenie się tępo głowie nadejdzie jeszcze czas, bo oto sytuacja przybierała dramatyczny obrót.

W porównaniu do wielkiego rogacza oraz ludzkiej zjawy, zdecydowanie od nich mniejszy zwierz wyskoczył przed szereg, z całą furią prąc na skąpanych w strachu śmiertelników. Dla wojowniczki był to jasny sygnał, że należy gotować się do walki. Nim ta jednak postawiła pierwszy krok naprzeciw lisiej zjawie, dotąd niezauważony przez nią ryś właśnie wyciągał pazury w stronę nie tak znów martwego rudzielca.

Jeden z głowy. Zostało dwóch. W pierwszym odruchu Oczy Wilka zamierzała stanąć z nimi w szranki, umarli nie mogli różnic się przecież zbytnio od swoich w pełni żywych odpowiedników. I nawet jeśli nie stanowiliby dla niej większego wyzwania, istniał pewien czynnik, o którym nie mogła zapomnieć. Zirte - męska pierdoła. Nes świetnie zdawała sobie sprawę jeżeli w jakiś sposób upiory zdołają się do niego przedostać będzie to koniec nie tylko dal niego, ale i być może dla niej samej. W tym stanie mag stanowił łatwy cel. Wystarczyła jedna chwila nieuwagi i jego marne życie, od którego poniekąd i jej było uzależnione, mogło się łatwo zakończyć. To więc obmyślając w mgnieniu oka nową strategię, wyciągnęła z torebki dwa zakrzywione kły należące niegdyś do wielkich wilków zamieszkujących tereny Północy.

- Arrajw! - wypowiedziała słowo mocy z taką siłą, że jej echo rozniosło się po najbliższej okolicy.

Kosmki włosów powędrowały ku górze, a dotąd tęczówki barwy kasztanowej rozbłysły żółtawym światłem. Kły zostały wbite w ziemie, a na ich miejscu miały pojawić się dwa wilcze osobniki. I w czasie, gdy one rozprawiałyby się z intruzami, sama dziewczyna zajęłaby się niechcianym towarzyszem, pomimo tego, że nakazał jej ratować własną skórę.

Jednak do dzikuski nijak pasowała droga tchórza. Mając w sobie krztę wdzięczności i dobrej woli, nie omieszkała, chociaż spróbować go ocalić. Nie bacząc więc na jego polecenia, doskoczyła mu do nóg. Ku jej szczęściu czarownik nie należał do najtęższych, Prędko obierając za cel szczupłe łydki mężczyzny, capła je z całych sił i dosłownie ciągnęła po ziemi, w kierunku zadaszonej kryjówki, z nadzieją, że być może tam będzie mu łatwiej zebrać siły i odnowić czar ochronny, zanim reszta duchów zdoła się do nich dobrać.
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

22
Zirte, choć dotąd nie pokazał po sobie wiele, bez wątpienia dalej walczył na swój mało wojowniczy sposób. Krztusił się kolejnymi falami krwi, które podchodziły mu do gardła, ale mimo to szeptał zaklęcia podtrzymujące barierę, by dać Neshkali jak najwięcej czasu na ucieczkę. Nie wydawało się, by jakkolwiek oceniał swoje szanse z przeklętymi duchami lasu. Jeśli miał umrzeć, chciał, by przynajmniej kobieta dostała szansę na przeżycie.

Ryś walczył zajadle, powstrzymując lisa przed dopadnięciem do Blu-Faji i Neshkali. Niestety, był tylko czterołapym drapieżnikiem, ograniczonym w swej cielesnej formie, i nie był w stanie powstrzymać wszystkich napastników. Człowiek i rogacz nacierali wprost na czarownika i wojowniczkę, nie wahając się nawet chwili!

Skorzystanie z pomocy wilków było zdecydowanie dobrym pomysłem. Zirte obserwował szeroko otworzonymi oczyma, jak Neshkala używa swojej pierwotnej magii, przywołując dwóch chowańców, którzy od razu rzucili się na potwory. Bestie miały przewagę nad zjawami, nawet jeśli jedynym, ponadnaturalnym celem cienistych było dopadnięcie każdej żywej istoty.

Mag kwiknął, gdy Neshkala złapała go, postanawiając ocalić obojga. Inkantacje ustały, gdy ból ciągniętego po kamiennych płytach ciała przypomniał o sobie ze zdwojoną siłą. Napięte mięśnie ciągnęły uszkodzone tkanki, powstrzymując Zirte przed mamrotaniem zaklęć.

Bariera puściła. Z potwornym rykiem wydobywającym się z gardeł dziesiątek napastników, potworna armia ruszyła w kierunku Neshkali i Zirte. Dwa wilki i ryś nie były w stanie pokonać, ani nawet opóźnić takiej ilości przeciwników. Szczęściem ich obojga, kobieta nie wahała się ani chwili, gdy ciągnęła maga po ziemi w bliżej niezamierzonym kierunku. Tuż za granicą kamiennych schodów, nie więcej jak dwadzieścia jardów dalej, otwarte wejście zdradzało miejsce, gdzie mogli się ukryć. Zejście do piwniczki kusiło ciepłym światłem ognia wydobywącym się zza uchylonych drzwi. Neshkala przeciągnęła maga przez próg i zamknęła za sobą wrota. Jasne wzory symboli i kręgów rozbłysły na drewnie, zapieczętowując przejście.

W piwniczce zapanowała nienaturalna cisza, gdy głosy potworów zostały zablokowane magiczną osłoną.

- Nie! Flu! Flu..! - Zrozpaczony głos maga dobiegł zza ociekającego krwią szala, który wciąż zasłaniał jego twarz. Zirte podsunął się do drzwi, by oprzeć na nich dłoń. Przez chwilę wydawało się, że zamierza je otworzyć i ruszyć na ratunek swojemu kotu, jednak jego palce nawet nie zbliżyły się do klamki, zamiast tego kreśląc ścieżki blednących sygili. Mężczyzna zakasłał i zachłysnął się, jednak ciężko było zgadnąć, czy krwią, czy łzami. Oparł czoło o deski drzwi.
Spoiler:
Piwniczka, do której zeszli, przystosowana była do niezbyt wygodnego, ale produktywnego życia - zawalony zwojami stół, regały z księgami i flakonikami, skrzynie, kosze z dobrze zakonserwowanym jedzeniem, siennik - wszystko to mogło być odpowiednim miejscem do życia samotnego maga, nawet jeśli dość ciemnym i zimnym. Światło licznych świec nie rozganiało mroku, jednak miło kontrastowało z tym, co działo się na zewnątrz.

Lasy na północ od Grenefod

23
Akcja ratunkowa powiodła się w pyrrusowym stylu. Zaciągnąwszy poważnie rannego i obolałego maga do jego dziupli, Nes patrzyła jak przywołane przez nią wilcze upiory oraz duży kot nikną, otoczeni niezliczoną ilością wrogich zjaw, aż w końcu zamknięcie zaklętych drzwi, odcięło ją od tego straszliwego widoku.

Puściwszy nogi szlochającego mężczyzny, westchnęła ciężko, jakby niezadowolona z zaistniałej sytuacji. I nie chodziło jej wcale o utratę rysia, ani nawet plującego krwią Zirte, a o zużycie aż trzech zębów. Zdobycie kłów wilka i siekacza zająca, kosztowało ją sporo wysiłku. Co prawda w zapasie miała jeszcze kilka sztuk, jednakże analizując szybkość, z jaką je traciła, istniała spora szansa, że wkrótce braknie jej nawet tych, należących do niedźwiedzi, a patrząc na ubogi stan zwierzyny w pobliżu, uzupełnienie zapasów mogło okazać się bardzo trudne.

Pozostawiając maga samego sobie, ciekawska dzikuska poczęła przechadzać się po jego lokum. Wszędzie, gdzie tylko nie spojrzała, walały się białe rulony i prostopadłościany wypełnione jakimiś pożółkłymi i wyjątkowo kruchymi szmatkami dodatkowo w całości zarysowane śmiesznymi szlaczkami. Nie mając bladego pojęcia, do czego mogłyby one służyć, prędko straciła nimi zainteresowanie na rzecz malutkich naczyń z przezroczystej gliny. Zeszła jej niemała chwila, zanim rozpracowała sposób dotarcia do znajdującego się w nich specyfiku. W końcu odkorkowawszy kilka z naczynek, zaciągnęła się kilkakrotnie ich zapachem.

Gdy już wystarczająco poznała woń każdego z nich, przyuważyła kilka obiecujących koszy. Znajdująca się w nich żywność nęciła ją swoim wyglądem. Widząc pierwszy raz w życiu co niektóre przysmaki, skusiła się na wzięcie po jednym gryzie. Jeśli bowiem kot rzucił się na podobną rzecz z wielką ochotą, to czemu miałoby jej zaszkodzić. Nie sądziła bowiem, aby Blu-Faja był na tyle podstępny, żeby zatruwać takie ilości strawy, bo po cóż. Sam też musiał coś przecież jeść. A skoro mowa o nim. Wyczuwszy metaliczny odór krwi, kobieta na nowo zaczęła zwracać na niego uwagę. Nie mając przy sobie liści i mchu, z których zazwyczaj przygotowywała opatrunki, poczęła myszkować po grocie w poszukiwaniu czegoś zdatnego do stworzenia bandaży. Bądź co bądź, to w końcu z jej winy mag jest w takim, a nie innym stanie, należało więc zadbać o to, aby przynajmniej nie wykitował.

Kryjówka opiewała w przedmioty najróżniejszej maści i zapewne jeden z nich nadawał się do zaleczenia ran, jednakże nie mając pojęcia, który to mógłby być, Neshkali pozostawało tylko jedno rozwiązanie. Przyłożywszy ostrze włóczni do malutkiego płomienia woskowej świecy, rozgrzała je do czerwoności. Następnie ni z tego, ni owego, usiadła na mężczyźnie i rozerwała kawałek jego szaty, w miejscy, gdzie widniało rozcięcie.

- Traj not tu skrim - rzekła oschle i dociskając korpus Zirte drugą ręką, przyłożyła rozżarzony kawałek metalu, rozpoczynając proces zasklepywania rany.
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

24
Neshkala i Zirte byli przez moment bezpieczni. Drzwi trzymały dzielnie i nawet najmniejszym drżeniem nie zdradzały, jakie piekło rozgrywało się za, wydawałoby się, lichą barierą desek. Sygil lśnił w półmroku, a rozpacz maga nie wydawała się mieć na drzwi i znaki żadnego wpływu. Najwyraźniej to nie Zirte podtrzymywał tę barierę lub ona sama była na tyle mocna, by pozostawiona w nich magia trzymała opór.

Zirte pozostał przy drzwiach kuląc się na schodkach, opłakując rysia i przyciskając dłoń do własnego krwawiącego brzucha. Nie wydawało się, by miał coś przeciwko Neshkali buszującej po piwniczce, gdy był zbyt zajęty własnym bólem. Fiolki, które zainteresowały Nesh, były oczywiście opisane, ale nie dość, że nic nie mówił jej użyty język, to jeszcze znaczki były również zupełnie obce. Mikstury miały drażniący zapach, choć w większości Neshkala mogła wyczuć znajome korzenne i ziołowe nuty. Żadne nie zachęcało do wypicia, za to jedzenie wyglądało zjadliwie, a smakowało całkiem dobrze, choć nie było to nic, co wcześniej jadłaby dzikuska.

Zirte przestał kwilić, najwyraźniej opadając z sił. Szybkie, płytkie oddechy, które unosiły jego klatkę piersiową, sugerowały, że nawet tak prosta czynność sprawia mu kłopot. Mag pozbył się szalika z twarzy, by ułatwić sobie zaczerpnięcie tchu - mimo nieprzyjemnych mazów krwi na bladej skórze, Neshkala mogła dostrzec, że prawa strona twarzy maga oszpecona jest bliznami, na tyle rozległymi, by sięgać od zniekształconego kącika ust aż do ucha. Ślady blizn, przypominające te, które pozostają po oparzeniach, ciągnęły się w dół, ku szyi mężczyzny, pokrywały też klatkę piersiową i brzuch, znikając za granicą spodni.
Spoiler:
Spostrzegając, że Neshkala na powrót zainteresowała się jego osobą, Zirte próbował zakryć część twarzy dłonią.

- Nie... - Jęknął. - Agli.

Odwrócił głowę tak, by oszpecona twarz była jak najmniej widoczna dla łowczyni. Nie ciężko było zgadnąć, że mężczyzna nie czuł się komfortowo pokazując blizny.

- Dont bi skerd.- Poprosił słabym głosem, spodziewając się, że Neshkalę odrzuci ten widok. Fakt, iż ta postanowiła go opatrzyć, wprawił go w zdziwienie. Nieśmiało próbował zakryć brzuch, przynajmniej do czasu, aż dostrzegł rozgrzane ostrze.

- Poczekaj! - Zaprotestował, bojąc się bardziej bólu aniżeli kolejnego śladu w meandrze blizn. Żar dotknął jego skóry; nie powstrzymał krzyku, co więcej, ból szybko pozbawił go przytomności, ułatwiając Neshkali pracę.

Przyjemny stan nieświadomości maga nie potrwał długo. Neshkala ledwie skończyła zasklepywanie rany, ledwie wyczyściła ostrze, jak jęk przerwał ciszę i Zirte wrócił do żywych. Nie udało mu się jednak jeszcze wstać.

- Czerwony... - Poprosił, wskazując w kierunku szafeczki, gdzie poukładane były fiolki. - Red, proszę... A potem wszystko ci wyjaśnię.

Lasy na północ od Grenefod

25
Mężczyzna wywijał rękoma przy twarzy jak rozkapryszone niemowlę lub małe dziecko, które usilnie stara obronić się przed włożeniem do ust kolejnej porcji nielubianego warzywa. Dzikuska nie przejmując się tym ani odrobinę, przyłożyła rozgrzane do czerwoności ostrze, powodując, że niewielka grota wypełniła sie bolesnym wrzaskiem maga. Ku jej uldze ten prędko stracił przytomność. Nie muszą znosić jego grymaszeń, raz-dwa uporała się z raną i zatamowała krwawienie.

Po skończonej operacji wreszcie raczyła zejść z mało rozbudowanego torsu Zirte i wycierając o pierwszy lepszy kawałek tkaniny ubrudzony od zakrzepłej posoki grot włóczni, rzuciła przelotne spojrzenie na pacjenta, który właśnie wybudzał się ze znieczulenia. Pokrywające jego pół ciała blizny skomentowała wzruszeniem ramion. W jej rodzinnych stronach spora część wojowników nosiła mniej lub bardziej okazałe znamiona, opowiadające o ciekawszych wydarzeniach z życia danego osobnika. To więc nie rozumiała, dlaczego ten oto, dochodzący do siebie przypadek tak usilnie starał się je zakryć, skoro nie był to powód do wstydu, a raczej dowód świadczący o odwadze oraz szczęściu, jakie towarzyszyło podczas każdej z akcji, bo przecież ta zawsze mogła skończyć się tragicznie.

Zakończenie krótkiej drzemki czarodziej oznajmił przeciągłym jękiem. Zresztą, odkąd dzikuska napotkaną go na swojej drodze, nie usłyszała od niego nic innego jak tylko raptem kilka zdań i całe mnóstwo jęków i wzdychań. Dla wychowanej w małym, lecz zahartowanym społeczeństwie dziewczyny bezustannie marudzący samiec nie prezentował się najlepiej. Wszakże nawet Ororskie kobiety podczas połogu nie użalały się tak nad sobą, jak ten oto tutaj łicza. Beznadziejny typ.

Na prośbę Zirte, Nes czym prędzej dała susła w stronę szafki. Prędko określając położenie właściwego naczynia, podała je do rąk czarodzieja.

Nie mając zbytnio co robić, przysiadła ze skrzyżowanymi nogami pod jedną ze ścianek i wyciągając dłonie przed siebie, chwyciła za zziębnięte palce nóg, próbując je choć trochę ogrzać. W międzyczasie chcąc znaleźć sobie jakiekolwiek zajęcie, to wodziła wzrokiem po przypadkowych elementach wystroju, to znów sprawdzała jak radzi sobie Zirte i czy czegoś mu nie brak. Nie przywykła do siedzenia w takich luksusach, miała wielką ochotę wyjść na zewnątrz, jednakże świadomość armii upiorów skutecznie przejawiał jej do rozsądku, iż tym razem będzie lepiej, gdy tę noc przeczeka w zadaszonym schronieniu.

I tak dla zabicia czasu, nim sen znowu ją ogarnie, rozmyślała o wszystkim i niczym, w szczególności pochylając się nad sprawą wydarzeń jakie miały miejsce na tych nawiedzonych ziemiach, na których kości zmarłych wołały zagniewane o godne ich pochowanie. A skoro o pochówku mowa. Zdaje się, że po zażegnaniu kryzysu będzie trzeba odprawić rytuał nad truchłem rysia Zirte. Jego duch również będzie musiał zostać odegnany, aby czasem nie dręczył swojego właściciela. A poza tym, Neshkala jeszcze nigdy nie posiadała kości należących do tego leśnego kota. Przywołane z nich zjawy zapewne okażą się wielce pomocne na dalszej drodze. Ale to później, pierw należało zadbać o poszkodowanego maga i w jakiś sposób wynagrodzić mu poniesione straty.
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

26
Zirte potrzebował czasu, by dojść do siebie - nawet, jeśli w pełni sił był taką samą miernotą, jak na skraju śmierci. Wydawało się jednak, że czerwona mikstura, którą podała mu Neshkala, pomogła w znacznym stopniu. Mag nie tylko wypił dziwnie mieniący się płyn, ale również kilka kropel rozsmarował po świeżym oparzeniu. Westchnienia ulgi mogły sugerować, że poczuł się lepiej. Na jego twarz wróciły kolory.

Na tym jednak się nie skończyło. Mężczyzna ściągnął z siebie brudną od krwi szatę, zdradzając, że blizny ciągnęły się nie tylko na klatce piersiowej i brzuchu, ale również przez cały prawy bok, aż na plecy. Nawet spod ranionej skóry wystawały jednak żebra na tyle mocno, że można je było policzyć. Zirte nie był mężczyzną, na którym można było zawiesić oko.

Obmywszy się szybko w balii z wodą, pozostawioną strategicznie pod jedną ze ścian, Zirte mógł zakryć nagie plecy. Fragmentem materiału zamaskował również oszpeconą twarz, nawet jeśli Neshkala nie pokazała po sobie wprost obrzydzenia, wolał nie razić jej widokiem blizn.

Wciąż przyciskając dłoń do rany zbliżył się do Neshkali. Kucnął przed nią i wyciągnął dłonie, a kiedy dzikuska je chwyciła, przekazał jej niewerbalnie informacje, zupełnie jak wcześniej, przesyłając myśli i odczucia, aniżeli słowa.

- Przepraszam za to. - Zaczął od posypania głowy popiołem. - Wszystko wyjaśnię ci rano. Jesteś zmęczona, musisz odpocząć. Zajmij łóżko.

Zmrużenie oczu sugerowało, że Zirte się uśmiecha. Mag również był zmęczony, musiał odespać ranę i zmęczenie. Posłanie kusiło ciepłym kocem i wciąż wygodnym, choć wyleżanym materacem. Neshkala miała pełną dowolność, by wybrać barłóg bądź zostać na zimnej podłodze.

***

Choć emocje wieczora dały w kość zarówno Zirte, jak i Neshkali, sen ostatecznie nadszedł i pozwolił odpocząć po walce. Neshkalę obudził zimny powiew, a kiedy otworzyła oczy, spostrzegła, że drzwi piwniczki były lekko uchylone, a do środka wpadało światło słoneczne. Nad ogniem rozpalonym w kominku znajdował się kociołek, zapewne ze śniadaniem. Maga nie było w pomieszczeniu.

Jeśli Neshkala zdecydowała się wyjrzeć zza drzwi, zastał ją przedziwny widok - cały teren ruin usiany był kamiennymi statuami wszelkiego rodzaju stworzeń. Niezliczone ptaki leżały na udeptanym śniegu, jakby strącone w locie - wiele z nich nie przetrwało upadku i popękały, rozsypując się na części. Zarówno ludzie, jak i zwierzęta zastygły wpół ruchu, zdradzając, że chmara zjaw czaiła się przy drzwiach schronienia Zirte przez całą noc.

Sam De'Loratadin nie krtył swojej obecności na dziedzińcu. Z płaszczem narzuconym na ramiona przysiadł między figurami, gładząc dłonią coś, co wyglądało jak ni mniej, ni więcej - pokrwawiona kupka futra. Tak, jak się spodziewali, Flu nie przetrwała spotkania z powtorami. Czarodziej obejrzał się i posłał Neshkali smutny uśmiech, lecz nie powiedział ni słowa. Zaraz też zasłonił dolną część twarzy materiałem wyoskiego kołnierza.

Lasy na północ od Grenefod

27
Po burzliwych wydarzeniach z minionej nocy pozostał już tylko niesmak. Nes zbudziła się z samego rana. Orzeźwiający wietrzyk muskał ją po twarzy, a witające swymi promieniami słońce szeptało, iż będzie to pogodny, lecz nieco chłodny dzień. Chociaż mag zaoferował jej swoje wygodne legowisko, dziewczyna i tak wybrała spędzenie nocy na podłodze. Ściągnąwszy płaszcz z ramion, zrobiła z niego miękkie posłanie. Okrycia nie potrzebowała, płomień paleniska był w zupełności wystarczający, aby zapewnić jej komfortową temperaturę.

Poranek powitała przeciągłym ziewnięciem. Wyciągnęła ręce przed siebie, zaś krągłą pupcię wypięła do góry, zupełnie jak ten kot po długiej drzemce i trwała w tej pozycji, dopóki ścięgna rąk i nóg nie rozciągnęły się dostatecznie.

Powstawszy na nogi, rozejrzała się po pomieszczeniu i nigdzie nie mogąc znaleźć gospodarza, skorzystała z okazji do szybkiej kąpieli. Nie bacząc na nic, zrzuciła z siebie suknię i beztrosko zanurzyła się w balii z wodą. Okazja do ciepłej kąpieli była dla niej nie lada przyjemnością. Sprawy związane z higieną zazwyczaj załatwiała, pluskając się w zimnej wodzie rzek lub jezior, toteż tym razem nie śpieszyła się zbytnio z opuszczeniem wanienki.

Osuszywszy się przy kominku, nałożyła na siebie odzienie i ściągając żelazną pokrywkę z garnca, wzięła kilka kęsów pozostawionej w nim potrawy. Mag natomaist nadal nie miał zamiaru się ukazać, to więc zabrawszy swoje rzeczy, wyszła na zewnątrz, nieomal dostając ataku paniki, gdy przed jej oczyma wyrosło dziesiątki kamiennych pomników. Wyjrzawszy zza framugi drzwi, rzuciła w najbliższy posąg drobnym kamykiem. Ku jej zdziwieniu nie doszło do reakcji zwrotnej. Pozostając nadal nieufną co do kamiennych rzeźb, bacznie im się przyglądała z bezpiecznego wnętrza domu Zirte. Dopiero zauważywszy samego chłopaka odważyła się ponownie wyjść. Stukając grotem włóczni każdą z napotkanych figur, powoli pomniejszała swą odległość od pogrążonego w smutku mężczyzny. Gdy w końcu stanęła obok niego, zauważyła, że głaszcze on krwawą kupkę futra. Biedny ryś został zmasakrowany i aż żal było na niego patrzeć.

Pomimo tego okropnego widoku, Neshkala uklękła przy głowie zwierzęcia z zamiarem dopełnienia obrządku wyzwolenia ducha Flu, aby ten nie nękał swojego właściciela jako zjawa. Dotknąwszy dwoma palcami nasady nosa, posunęła nimi po sam jego kraniec. Następnie zaciskając dłoń w pięść, skierowała ją do siebie i powiodła, począwszy od linii pępka, do ust.

- Ran-Of- wypowiedziała półszeptem, w czasie, gdy jej dłoń skierowana ku niebu, rozwarła się, symbolizując uwolnienie ducha kocura.

Obrządek został zakończony. Zanim jednak dzikuska opuściła maga, szybkim i energicznym ruchem wyrwała z puchatej łapy dwa pazury. Jeden, zachowując dla siebie, drugi włożyła w rękę Zirte i przykładając go do jego serca, rzekła:

- Hie lyf - I żegnając go delikatnym uśmiechem, pozostawiła go samego, a sama odeszła w stronę granicy przeklętego lasu, by udać się tam, gdzie ją los poniesie.
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

28
Zirte przyglądał się Neshkali, gdy ta odprawiała swoje rytuały. Nie przerywał jej, za to śledził ruchy dłoni, w pewnym momencie również podniósł rękę, ale zatrzymał ją na wysokości swojej piersi, dociskając palce do miejsca zranionego poprzedniego dnia. Choć starania Neshkali i czerwona mikstura nieco mu pomogły, najwyraźniej wciąż odczuwał ból, gdy emocje ściskały w środku. Jego oczy zabłysły niebezpiecznym blaskiem łez, które groziły spłynięciem po pobladłych policzkach.

Zacisnąwszy w wolnej dłoni pazur, wpatrywał się w Neshkalę.

- Dziękuję. Tenkju. - Szepnął, jakby bał się, że każde głośniejsze słowo może przerwać tamę i przepuścić tłumione uczucia.

***

Zirte De'Loratadin nie zatrzymywał Neshkali. Pozwolił jej odejść bez słowa sprzeciwu ani pożegnania, pozostając przy swoim domu i szczątkach kociej przyjaciółki. Los gnał Neshkalę ku wschodowi, dookoła Zatoki Grenefold. Podróż trwała niemal cały dzień, jednak już popołudniem, gdy słońce ledwie zaczęło chylić się ku zachodowi, a ostatnie kamienne figury zniknęły spośród drzew, gęstwina ustąpiła pojedynczym krzewom, by następnie zamienić się w łąki i zagajniki u podnóża gór. Wkrótce zaczęły również pojawiać się ptaki, całkiem żywe, nie przypominające statuł z przeklętego lasu.

***

Neshkala zaczęła rozglądać się za miejscem do rozbicia obozu. Wcześniej upolowany bażant kołysał się na krótkim sznurku uwiązanym do jego nóg, tylko czekając na oskubanie i upieczenie. Wydawało się, że Neshkala będzie mieć tej nocy ucztę, jakiej dawno nie doświadczyła!

Upatrując dobre miejsce tuż pod pionową ścianą urwiska, która z pewnością ochroniłaby ją przed wiatrem i niepożądanymi spojrzeniami, nie bez zdziwienia spostrzegła pozostałości po starym obozie. Wyznaczone miejsce na ognisko wydawało się dawno nieużywane, ale wciąż wyraźne. Pod ścianą leżały ogryzione przez najwyraźniej ludzkie zęby i ząb czasu kości, a pozostawione drewno i gliniane naczynia najwyraźniej miały służyć kolejnym podróżnym.

Gdy dzika sprawdzała miejsce, do jej uszu dobiegł niesiony wiatrem głos wielu ust, jak również stukot kopyt. Ktoś nadchodził.

Lasy na północ od Grenefod

29
Od momentu opuszczenia Zirte i jego nawiedzonego lasu minęło dobrych kilka godzin. Nagie drzewa znikły za horyzontem, a martwa cisza ustąpiła pod naporem przyjemnego dla ucha świergotu ptaków. Twarda i zmrożona ziemia przemieniła się w trawiasty dywan, roślinność nabrała kolorów i wszystko wydawało się promieniować spokojem i harmonią.

Zadowolona z upolowanej zdobyczy Neshkala nieśpiesznie poczęła myśleć o kolejnym miejscu, w którym mogłaby odpocząć, nim chylące się ku zachodowi słońce zupełnie zniknie za jednym z dalekich szczytów górskich. A oto i okazja nadarzyła się niemal od razu. Przyśpieszywszy kroku, obrała sobie miejsce tuż u podnóża ściętego stoku jakiejś niewysokiej górki. Dotarłszy pod samą ścianę, natychmiast wychwyciła, że nie tylko ona wpadła na pomysł, wybrania akurat tego miejsca. Ktoś już tu był wcześniej. Badając pozostawione ślady, prędko odkryła, że skromne obozowisko zostało opuszczone znaczny czas temu. Mogła więc odetchnąć z ulgą. Ktokolwiek by tu nie urzędował, z pewnością wyniósł się dawno temu, pozostawiając część ekwipunku w stanie umożliwiającym dalsze jego wykorzystanie.

Zabierając się do pracy, w pierwszej kolejności zakopała pozostawione przez poprzedników resztki. Następnie pogłębiając pierw palenisko i obkładając je ściśle wokół kamieniami, ułożyła w nim stosik drewienek, którego wnętrze wypełniła wysuszoną trawą i chrustem. Ocalałe miseczki również nie pozostały jej obojętne. Nadawały się bowiem idealnie do układania w nich części oprawionego ptaka. Jedna miseczka posłużyła jako pojemnik na pióra, druga do kawałków poćwiartowanego mięsa, a jeszcze inna do nienadających się do jedzenia wnętrzności, wręcz idealnych jako przynęta na drapieżne zwierzęta.

Pierwsze gwiazdy zaczynały pojawiać się na niebie. Słoneczna łuna była już ledwo widoczna, ustępując miejsca jasnemu księżycowi. Rosnące w oddali drzewa i krzewy zacierały swoje szczegóły i tylko ich ogólne zarysy jeszcze je zdradzały, ale wkrótce i one straciły na ostrości, powodując, że cała roślinność przybrała bezkształtną, ciemną masę.

Podczas gdy dzika próbowała wykrzesać ogień za pomocą prymitywnej metody wiercenia w jednym kawałku drwna drugim, do jej uszu doleciały cudze głosy. Serce dziewczyny zabiło mocniej. Z jej niespokojnych ruchów bez problemu szło odczytać wielkie zdenerwowanie. Wszakże minionej nocy również słyszała podobne śpiewy i tętnienie końskich kopyt. Przerażona wizją ponownego spotkania z upiorami, zwiększyła tempo wskrzeszania płomienia, jakby ten mógł w jakiś sposób ochronić ją od niebezpieczeństwa. Prędko jednak zmieniła zdanie. Łudząc się, że zjawy nie posiadają lepszego wzroku niż żywi, postanowiła pozostać ukryta w mroku. Tuląc się ściślej do ściany chwyciała oburącz za włócznię, zęby zaś zaciskając na wisiorku i nerwowo go podgryzając. Ach, dopiero teraz doceniła obecność Blu-Fai. Mogła przynajmniej zapytać go jakimi czarami zapieczętował przed złem wrota swojego domostwa i okalający go teren. Z chęcią posłużyłaby się tymi zaklęciami. Trudno, podjęła decyzję i musiała ponieść tego konsekwencje. Wyczekując w ciszy na rozwój wypadków, prosiła Wielkiego Rogacza, żeby ten okazał jej swoje miłosierdzie i ukrył przed wrogimi spojrzeniami.
Obrazek

Lasy na północ od Grenefod

30
Neshkala oprzątnęła wokół siebie i zabrała się za przygotowywanie posiłku. Wydawało się, że nic nie może przerwać jej beztroski wieczora, jednak szczęście w końcu się wyczerpało. Ktoś nadchodził.

Blu-Faja z pewnością mógłby nauczyć jej paru magicznych sztuczek, ale dzika nie skorzystała i zostawiła maga na pastwę losu i obrażeń, które sama mu zadała. Bez obrony Flu, za to raniony i wśród upiorów, miał małe szanse na długie życie. To jednak nie było już zmartwieniem Neshkali.

W końcu do obozu dotarli ci, których głosy wcześniej niosły się po okolicy. Nie ukrywali swojej obecności, gawędząc w języku nieznanym Neshkali, tym samym, którym posługiwał się Zirte. Śmiechy przebijały się przez zdania. Podróżni byli w szampańskich nastrojach. Czujne oczy dzikiej wychwyciły co najmniej czterech wojów okutych w stalowe zbroje, kroczących wokół zaprzężonego w dwa konie powozu. Każdy z mężczyzn miał przy pasie broń - długie miecze schowane były w ozdobnych pochwach, jednak można było tylko sobie wyobrażać, jak ostre musiały być ich sztychy, z jaką łatwością mogły wbić się w ciało, pchane przez siłę mięśni wojowników. Z kolei na powozie, tuż obok przeciętnie wyglądającego woźnicy, siedział ktoś, kto przypominał Zirte, z tym, że wydawał się nieco starszy, z kozią bródką, nieco dłuższymi włosami, bez bruzd pokrywających ciało. Jego szaty były podobne do tych, które zdobiły oszpeconego czarodzieja, obszyte ozdobnymi lamówkami.

- Zatrzymać się! - Wydał rozkaz czarodziej, gdy dostrzegł, że ich miejsce na odpoczynek jest zajęte. Wydawał się być pewny siebie, gdy wojownicy wyciągnęli miecze. Lekko zeskoczył z powozu, jednak trzymał się za granicą rycerzy. Jak się okazało, wyobrażenie o ostrzach było prawdziwe, broń pyszniła się w świetle gwiazd, jakby tchnięta magiczną mocą. - To tylko kobieta. Dzika. Hej, kobieto, rozumiesz mnie? Anderstand? - Dodał, z akcentem o wiele czystszym niż ten, którym posługiwał się De'Loratadin, jednak slowa byly inne, jakby poslugiwal sie podobnym narzeczem, o tych samych korzeniach, jednak wyewoluowanym w inny sposob. Sens dało się jednak wyłapać, choć z trudem. - Kan ju tok et ol, łajdling? - Zakpił. - Ech, chłopcy, mistrz Kobalamin z pewnością chciałby spotkać nejtiv spiker!
ODPOWIEDZ

Wróć do „Księstwo Grenefod”