[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

31
Wszystkie stroje oferowane przez Baronową zdecydowanie pochodziły z wyższej półki dokładnie tak, jak przynależało osobie z jej statusem. Być może nawet uszyte i dostarczone na zamówienie tylko i wyłącznie z okazji tego konkretnie wieczoru? Patrząc po samej tylko damskiej części garderoby, nie dało się nie zauważyć, że wymiary kandydatów musiały zostać wcześniej dokładnie sprawdzone, a ponieważ jedyne uczestniczki płci żeńskiej były podobnej postury i wzrostu, żadna nie powinna mieć problemu z dopasowaniem ewentualnie pożyczonego stroju.
Wybrane przez Parię suknie prezentowały różne wariancje, poczynając od wygodnych, przez zwiewne, wyzywające oraz mocniej opięte, a za to świetnie podkreślające sylwetkę. Jeżeli faktycznie zamierzała brać sobie do serca rady dotyczące osobistej prezencji scenicznej, powinna zdecydowanie wybrać coś, w czym będzie się czuła przede wszystkim pewnie. Słowa La'Rosha może i dawały do myślenia, ale dobrze było mieć również na uwadze rady udzielone wcześniej przez ojca.

- Uważam, że Lady Paria jest bardzo inspirującą personą per se. Zdolności aktorskie nie mają tutaj nic do rzeczy. - wyjaśniła, kończąc z dopieszczaniem makijażu i zabierając się za układanie włosów, które same z siebie układały się na jej ramionach lekkimi falami. - Gdybym kierowała się wyłącznie oprawą-... - urwała w połowie, rzucając kątem oka znaczące spojrzenie Celestio. Nie umknęło to czujnemu bardowi, który sam zmrużył nieco własne ślepia, ale niedopowiedziany przytyk potraktował ostatecznie obojętnie. Ciężko było nie odnieść wrażenia, że być może kiedyś coś zaszło między tą dwójką. - Tak czy inaczej, zamierzam dzisiaj w pełni wykorzystać daną mi szansę! Jak mogłabym nie, gdy kibicuje mi nawet Lady? - zaśmiała się, odrywając po chwili od siedzenia, by dziarsko ruszyć w stronę instrumentów. Pomiędzy czterema obecnymi nie znajdowały się tylko i wyłącznie najbardziej znane między bardami lutnie. Instrumentem należącym do Isabelle była najwyraźniej Lira. - Jestem trzecia, więc nie będzie trzeba na mnie zbyt długo czekać.
Chichocząc pod nosem na przytyk Libeth, Isabelle zaczęła sprawdzać struny, strojąc je po drodze. Celestio z kolei, porzucając maskę dystyngowania, bez której nigdy nie pokazywał się w szanowanym towarzystwie, prychnął i wywrócił oczami. Uśmiech widniejący na jego ustach nabrał dużo bardziej zjadliwego wyrazu, a jednak wciąż tak samo pewnego siebie, jak zawsze w jego przypadku. Czy Paria miała w ogóle okazję oglądać go kiedyś podenerwowanego, gdy tak się teraz nad tym zastanowić? Celestio mógł mieć wysokie mniemanie o sobie, ale to samo mniemanie oraz pycha podbudowywały potężnie asertywność, oraz wiarę mężczyzny we własne możliwości, co z pewnością było wielkim atutem w ich zawodzie.
- Nadal jesteś o to zazdrosna? Jeśli tak bardzo ci zależy na mojej uwadze, wystarczy po prostu powiedzieć. Z przyjemnością zarezerwuje dla ciebie nieco czasu po występie. - odbił piłeczkę, szczerząc się przy tym w pełnym uśmiechu. Być może głównie dlatego, że w końcu wygrał bój przeciwko kamizelce.
Cicha, fałszywa nuta dobiegła ich z kąta, w którym zaszył się kędzierzawy młodzik ze swoją mandoliną, najwyraźniej nieźle zmieszany lub może wręcz oburzony bezczelną aluzją Celestio. Isabelle w przeciwieństwie do niego nie wydawała się z kolei ani trochę zaskoczona, choć podnosząc wzrok, wymownie uniosła jedną brew.
- Hmm... Nie jestem pewna, czy wasza brawura mnie bardziej przeraża, czy wprawia w podziw. Osobiście nigdy nie podjęłabym aż takiego ryzyka. - przyznała na głos Isabelle, kręcąc z niedowierzaniem głową. - Lady Paria powinna jednak najpierw wysłuchać mojego występu, zanim zacznie mi na poważnie kibicować. Czułabym się okropnie, gdybym zawiodła pokładaną we mnie wiarę. Koniec końców, wciąż jestem amatorką z okrojonymi możliwościami.
Po wymianie zdań między tymi spośród bardziej rozmownych uczestników konkursu, nastała krótka cisza, którą wszyscy chętnie poświęcili swoim instrumentom. Tym chętniej wręcz, gdy po mocnym, podwójnym stuknięciu w drzwi współdzielonej garderoby, jeden ze służących zakomunikował, iż zostało im piętnaście minut do wyjścia.
Wydając z siebie krótki pomruk, Isabelle w zamyśleniu ściągnęła brwi, najwyraźniej całkiem poważnie zastanawiając się nad pytaniem zadanym przez Libeth.
- Nie? Nie wydaje mi się? - odpowiedziała wreszcie powoli i po raz pierwszy odkąd ze sobą rozmawiały niepewnie.
- Nie byłbym aż tak zaskoczony na twoim miejscu. - wtrącił się oczywiście niezapowiedzianie Celestio, bo jakżeby inaczej. To, że przez ostatnie pięć minut siedział w ciszy, i tak było w jego przypadku niesamowitym osiągnięciem - Ktoś dostatecznie dobry, aby Baronowa wyłowiła go z tłumu, ale niemal na pewno świeżynka, nikomu znany amator. Być może nawet najprawdziwszy błazen, mający jedynie zaintrygować lub zaszokować publiczność w ten czy inny sposób.
Kimkolwiek był człowiek w stroju błazna, najwyraźniej na wstępie wyrobił sobie kiepską opinię u pewnego, zadufanego kolegi po fachu.

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

32
- Po co czekać na po występie? Myślę, że czas na te siedem niezapomnianych sekund uda mi się wygospodarować jeszcze przed nim - odgryzła się, nie zwracając szczególnej uwagi na oburzenie młodzika po drugiej stronie garderoby. Może i pochodziła ze szlacheckiej rodziny, ale jej szlacheckim manierom zawsze można było wiele zarzucić - czego zresztą nie omieszkała robić matka przy każdej możliwej okazji. Oczywiście, nie wtedy, kiedy Libeth się starała. Tylko że teraz akurat tego nie robiła. Zwłaszcza, że na docinki względem Celestio najwyraźniej znalazła właśnie doskonałą, wdzięczną publiczność w postaci drobnej Isabelle.
Podjęła w końcu decyzję i postanowiła zmienić strój. Zniknęła za swoim parawanem z błękitną suknią z jedwabiu i muślinu. Libeth nie była przyzwyczajona do ciasnych gorsetów zachodniej mody i doszła do wniosku, że po zmianie będzie nie tylko wyglądać lepiej, ale też czuć się wygodniej. Ta, na którą się zdecydowała, miała bardziej tutejszy krój, ale odsłaniała ramiona i plecy, zapinana na szyi opaską obszytą złotem. Lejące się, bufiaste rękawy zaczynały się dopiero przed łokciem i kończyły na nadgarstku zdobionym mankietem. Paria musiała przyznać, że baronowa miała wspaniały gust, o ile faktycznie własnoręcznie wybierała stroje, które wisiały na tym wieszaku. Długi tren sukni może nie nadawał się na salę balową, ale na scenę już jak najbardziej, a rękawy tego typu bardziej przypominały to, co Paria nosiła zazwyczaj. No i znacznie łatwiej się ją zakładało, niż te wymyślne sznurowane na plecach gorsety z kontynentu.
- Szkoda - przyznała zza parawanu. - Wydaje się ciekawą personą. Zastanawiałam się po prostu, czy poznałam go już kiedyś.
Obejrzała się w lustrze z zadowoleniem, założyła z powrotem maskę i wróciła do instrumentu w momencie, w którym służący poinformował ich o zbliżającym się występie. Wolałaby posiedzieć tutaj jeszcze przez tę godzinę, w ciszy i skupieniu, zanim zostanie wywołana, ale z drugiej strony chciała też wiedzieć z kim się dziś mierzy i posłuchać choćby Isabelle. Poza tym prawdopodobnie zostając tutaj nie byłaby sama, a w towarzystwie kogoś, kto miał wystąpić jeszcze później, niż ona. Przesunęła dłonią po rogatej główce swojej lutni, wzdychając cicho. Żałowała, że nie potrafiła przewidzieć, czy wyjdzie dziś stąd z tarczą, czy na tarczy, jak to mówiło stare porzekadło. Czuła, że między jej palcami, a gryfem instrumentu rezonowało coś, czego nie potrafiła opisać - i nie była to metafora miłości do muzyki. Powoli wkraczała w ten stan, który sprawiał, że cała rzeczywistość zdawała się nadstawiać ucha ku dźwiękom, jakie tworzyła. Szarpnęła lekko za struny, a dźwięk odbił się od ścian i wrócił do niej, otulając ją ciepłą frazą. Jeszcze chwila i będzie gotowa. I nawet jeśli ktoś mówił do niej coś jeszcze, Paria za bardzo nie słuchała, poświęcając ten ostatni kwadrans już tylko sobie, do momentu, w którym ktoś po nich przyjdzie.
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

33
Celestio nie miał nawet szansy zaprotestować na tak jawną zniewagę, zagłuszony zarówno dzikim wybuchem śmiechu Isabelle (mało kobiecym i absolutnie niepasującym do jej drobnej osóbki - warto nadmienić), jak i dźwiękami krztuszącego się młodzika. Dzieciak wybrał sobie zdecydowanie złą porę na zwilżanie gardła czarką wina. Tym też sposobem i absolutnie z winy Parii, cała trójka skończyła z różnych powodów z wypiekami na twarzach.
- Nic straconego! Po występach i ogłoszeniu wyników, na które Baronowa raczej nie każe nam długo czekać, jeśli dobrze oceniam jej osobę, wciąż będziemy mieć sporo czasu do zmitrężenia! Wystarczy, że go dopadniesz, zanim zdoła się ulotnić. - zaproponował głos Isabelle po drugiej stronie parawanu.
Zmiana stroju wyszła Libeth na dobre i mogła to stwierdzić nie tylko po własnym odbiciu w lustrze, ale także reakcjach pozostałych. Isabelle zagwizdała w znaczący sposób, puszczając jej żartobliwie oczko, za to Celestrio nie rzucił ani jednej, złośliwej uwagi, choć zdawać by się mogło, że całkiem poważnie obadał jej nowe fatałaszki. Najważniejsze było jednak to, że poza trenem, na który będzie trzeba uważać w drodze powrotnej do Sali Balowej, suknia była wygodna i całkiem swobodnie można się było w niej poruszać. Nie wspominając o tym, jak perfekcyjnie na niej leżała! Jeśli wcześniej wyglądała dobrze, to teraz prezentowała się wręcz olśniewająco!

Przez pozostałe im minuty nikt tak naprawdę nie wdawał się w bardziej rozwinięte dyskusje i nim ktokolwiek się zorientował, pukanie rozbrzmiało w pomieszczeniu po raz kolejny. Tym razem odpowiedzialny za nie służący wślizgnął się dyskretnie do garderoby, zamiast przekazywać informacje zza drzwi.
- Uczestnicy posiadający numery od 1 do 3 oraz ci spośród Państwa, których wolą jest oglądać poczynania konkurentów, proszę o zabranie instrumentów i udanie się ze mną.
Celestio i Isabelle podnieśli się ze swoich miejsca niemalże w idealnej synchronizacji. Paria mogła zdecydować tym razem ostatecznie, czy woli pozostać w garderobie, podobnie jak nieśmiały chłystek, czy raczej udać się z pozostałymi, aby od początku do końca mieć jakie takie pojęcie o sytuacji oraz móc oglądać występ Isabelle. Niezależnie od jej wyboru, wszyscy chętni wraz z pierwszą trójką uczestników mających rozpocząć całe przedsięwzięcie, zaczęło opuszczać garderoby, a następnie po zebraniu się na korytarzu, zostało zaprowadzone przez dwoję służących z powrotem, choć tym razem zupełnie inną drogą - wychodząc bezpośrednio na tyły Sali Balowej, na tyły sceny. Zastanawiać mogło, czy Baronowa nie wprowadziła zmian konstrukcyjnych od czasu przejęcia rezydencji tak, aby bardziej odpowiadał jej własnym upodobaniom oraz potrzebom.

*****

- Powitajmy gromkimi oklaskami pierwszego spośród uczestników! Sir Montelukast, który przybył do nas aż z Keron! - zaanonsowała gromko pierwszego muzyka Baronowa, obecnie wygodnie ułożona na wysokim, rozłożystym siedzeniu postawionym nieopodal schodów prowadzących w dół sali, gdzie widowiska wyczekiwała pozostała część widowni. Nikt rzecz jasna nie śmiał zignorować jej sugestii i już niedługo Sala rozbrzmiała brawami.
Zaproszony bard o cudacznie zaplecionych w warkoczyki wąsach tanecznym krokiem wkroczył na scenę, wysoko unosząc swoją lutnie. Pozostali konkurenci mogli zasiąść na tyłach sceny, pod wysokimi kotarami, gdzie przygotowano dla nich wysokie ławy, na których mogli wygodnie spocząć.
Występ Montelukast nie był długi, acz z pewnością stanowił świetny wstęp: Drugim spośród uczestników był amator wyłowiony przez Baronową z jednej z portowych oberży. Wciąż niedoświadczony, ale pełen brawury, zapewnił szlachcie sporo rozrywki, choć technice wciąż wiele brakowało. Miał jednak potencjał, którego rozwoju kilku zamożnych być może pod koniec wieczoru będzie chciało patronować. Następna w kolejności była Isabelle i, co tu dużo mówić, mimo iż nie uchodziła za bardkę tak, jak uchodziła za aktorkę, jej występ robił wrażenie:

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

34
Powiedziała Isabelle, że chce posłuchać jej występu i zamierzała swojego słowa dotrzymać, więc gdy służący przyszedł zaprosić ich z powrotem do sali balowej, Paria nie wahała się ani chwili. Była względnie gotowa - choć czułaby się pewniej, gdyby nie głupi zakład, na jaki się zgodziła, który zmieniał motywującą tremę w ten frustrujący rodzaj niepokoju, jakiego nie czuła już dawno. Mimo to starała się od siebie odpychać wszystkie negatywne myśli, zbierające się ciężką chmurą nad jej głową. Musiała zaprezentować się dziś na najwyższym możliwie ze wszystkich swoich poziomów i tyle. Zacisnęła dłoń na gryfie lutni i ruszyła za służącym w kierunku sceny.

Zajęła miejsce na ławie z tyłu i zerknęła przez ramię, sprawdzając kto jeszcze przyszedł słuchać swoich konkurentów, zamiast koncentrować się w garderobie. Potem przesunęła spojrzeniem po pięknej baronowej siedzącej na podwyższeniu i publiczności zebranej przed sceną. Szukała wśród niej znajomych twarzy - rodziny przede wszystkim, w tym również swojego niedoszłego szwagra. Nie było to proste, biorąc pod uwagę, że większość z tych twarzy ukryta była pod maskami, ale wciąż liczyła na to, że obecność choćby ojca sprawi, że poczuje się spokojniej.
Gdy siedziała w garderobie, udzielił się jej beztroski nastrój, który pozwolił jej prawie zapomnieć o tym, w jakim miejscu się znajduje. Wbrew pozorom nie spędzała większości swojego życia na salonach. Wolała swobodę innych miejsc, na którą tutaj i w tym towarzystwie liczyć nie mogła. Zresztą, jej cięty język, jakiego miał tę przykrą okazję doświadczyć Celestio - choć to była wyłącznie jego wina, to on zaczął, wychodząc z tak bezpośrednią, złośliwą propozycją - nie wziął się przecież ze szlacheckiego obycia.
W chwili, w której koncert się zaczął, Paria powstrzymała swój potok myśli i skupiła się już tylko na muzyce, stopniowo, z każdym kolejnym występem coraz bardziej nie mogąc doczekać się aż przyjdzie kolej na nią. Pierwszych dwóch bardów nie zrobiło na niej szczególnego wrażenia - byli dobrzy, ale niewystarczająco, by jej zagrozić. Słuchała ich więc z przyjemnością i bez niepokoju. Gdy na scenie pojawiła się Isabelle z harfą, Libeth nie mogła się powstrzymać od lekkiego uśmiechu. Przez te kilka minut poczuła się zabrana w zupełnie inne miejsce, w którym czas stał w miejscu.
- To było piękne - rzuciła do niej cicho, gdy po występie i oklaskach młodsza bardka wróciła na tył sceny, zajmując jedno z siedzisk przeznaczonych dla wykonawców.
Jeszcze sześć osób, policzyła w myślach, wbijając spojrzenie w płomień świecy nabitej na najbliższy świecznik. Sześć osób, a potem moje kilka minut.
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

35
Nawet jeśli Paria nie kojarzyła części twarzy ani nie próbowała, bo i po cóż, liczyć obecnych z nią na sali konkurentów, bez problemów mogła dostrzec brak dwóch, dość znanych jej już postaci - mężczyzny w stroju błazna oraz, rzecz jasna, młodzika z ich garderoby, który postanowił ćwiczyć do czasu własnego występu. Biedny dzieciak miał chyba niezłą tremę.
Dużo ciężej było się natomiast odnaleźć pośród morza zamaskowanych twarzy w dole. Ponieważ jednak spostrzegawczość dopisywała dzisiaj Parii, całkiem sprawnie wyłapała ona bardzo rzucającą się, wręcz krzyczącą niemo maskę lwa. Nic dziwnego, że ojcu tak bardzo zależało na maksymalnym wydłużeniu czasu bez zakładania jej. Lydii najwyraźniej zależało, aby jej małżonek wyszedł tego wieczoru z czymś odważnym i, cóż, gęsta grzywa okalająca twarz nieszczęśnika znoszącego maskę, z pewnością była bardzo krzykliwa. Świadomość, że musi się za nią chować twarz nikogo innego, jak właśnie Tobiasa, jednocześnie przyprawiała o rozbawienie, jak i pewną dozę współczucia, ale przede wszystkim - dodawała ciepłej otuchy. Ah, no tak, u jego boku trwała oczywiście wiernie i sama Lydia.

Występ Isabelle był dobry. Nawet bardzo. Dziewczyna w naturalny sposób potrafiła przekazać emocje kryjące się za piosenką. Drobne niedociągnięcia w postaci dających się gdzieniegdzie wyłapać brakach kontroli oddechu rekompensowała dźwiękami liry.
Rozbrzmiały należyte brawa, po których wyraźnie zziajana Isabelle wróciła pomiędzy resztę muzyków, by zasiąść nieopodal Parii.
- Dziękuję - odparła jej szeptem na wydechu i po wyciągnięciu nie wiedzieć skąd papierowego wachlarza, zaczęła szybkimi ruchami ochładzać rumianą twarz. - Czułam się zupełnie, jakbym drugi raz przeżywała swój debiut. Okropne uczucie! - dodała z mieszaniną nerwowości i rozbawienia, zanim wywołali kolejnego uczestnika.
Mężczyzna siedzący obok Parii, znany jej, bo i będący jednym ze sławniejszych bardów na Archipelagu, podobnie jak ona sama i Celestio, ruszył pewnie na scenę, wywołując drugą falę oklasków.
- Zgaduję, że jest teraz wolne? - zagadnął znienacka cichy głos tuż przy lewym uchu Libeth. Jego właściciel, nie czekając nawet na odpowiedź, szybko i zręcznie przeskoczył ławę i wraz z cichym podzwanianiem dzwoneczków zajął ledwie co zwolnione miejsce, wywołując wśród najbliższych konkurentów bezgłośne poruszenie. Nikt jednak nie odważył się tego skomentować. Rozbrzmiał bowiem kolejny utwór.
W przeciwieństwie do występu Isabelle, który wyciszył nastroje, ukoił emocje i pozostawił po sobie przyjemny spokój ducha, jej następca jednym pociągnięciem za struny zmusił widownie do powrotu do rzeczywistości. Jego gra była energiczna i czysta praktycznie pod każdym względem. Słowa piosenki bawiły, opowiadając o bardzo nieporadnych zalotach młodych i wciąż niedoświadczonych kochanków. Cztery zwrotki i cztery pary, z których żadna nie znalazła szczęścia z winy niezwykle głupich, ale przy tym jakże absurdalnie życiowych nieporozumień. Zebrane za nią brawa były solidne.
Numer piąty również należał do dobrze znanych wykonawców. Zaprezentowana przez niego piosenka okazała się szantą traktującą o sławnej ostatnimi czasy wyprawie do Kattok. Nikt się raczej nie zdziwi, jeśli w najbliższym czasie obiegnie okoliczne porty. Trzymała solidny poziom, a jeszcze lepiej brzmiałaby zapewne wyśpiewywana przez chór ochrypłych głosów marynarskiej braci, ale czy faktycznie była tym, czego oczekiwała dzisiaj Baronowa?
Osobnik w masce błazna zachichotał dyskretnie pod nosem, gdy w towarzystwie kolejnej salwy oklasków proszono na scenę szóstego już barda.
- Marynarskie pieśni na salonach. Odważne, odważne. - pochwalił żartobliwym półszeptem, sprawiając, że jego najbliżsi sąsiedzi musieli pozasłaniać usta, jeśli chcieli ukryć czy to złośliwe, czy rozbawione uśmieszki.
Siódmy, ósmy, a także dziewiąty byli wciąż młokosami. Nawet jeśli robili wrażenie i dobrze wykorzystali okazję do zdobycia uwagi zamożnych, mogących chcieć sponsorować ich przyszłość, wciąż brakowało im tu czy ówdzie techniki bądź wyczucia. Co nie znaczyło bynajmniej, że faktycznie nie zasługiwali na wysłuchanie w ten wyjątkowy wieczór. Każdy z nich miał sobą coś zgoła innego, oryginalnego i świeżego do zaoferowania. Baronowa nie usiłowała zrobić z nich wyłącznie tła dla starych wyjadaczy, choć możliwe, że i to było częścią jej zamiarów. Udowodniła natomiast, że ma oko, albo raczej ucho do wynajdywania spośród mas nowych talentów mogących przy dobrym wyszkoleniu zagrozić pewnym dotychczas pozycjom pozostałych muzyków. Wprowadzała tym sposobem bardzo specyficzną dozę pikanterii.

I tak też, dużo szybciej niż by się zdawało, przyszła wreszcie pora Libeth.
- Jako dziesiąta, wystąpi nie tylko piękna, ale i niezwykle zdolna szlachcianka, znana wam przede wszystkim, jako Lady Paria!

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

36
Drgnęła z zaskoczeniem, gdy nieznajomy bard wskoczył na zajęte dotąd przez innego miejsce u jej boku. Zerknęła na niego, sprawdzając, czy przypadkiem może nie zmienił maski na taką, która pokazywałaby dla odmiany jego twarz, ale jej nadzieje spełzły na niczym. Skinęła twierdząco głową, bo owszem, miejsce było wolne, ale nic nie mówiła, by nie przeszkadzać już występującym. Wystarczyło, że ten tutaj dzwonił jak zimowe sanie przy każdym swoim geście.
Nie angażowała się w dyskusje, bo wiedziała, jak do skupienia na scenie potrzebna jest cisza. Zresztą chciała też słuchać, aktywnie i świadomie. Uśmiechnęła się tylko w odpowiedzi na komentarz o szantach na salonach, choć nie wiedziała, czy Lord Błazen w ogóle na nią patrzył. Fakt, wybór repertuaru był... nietypowy. Paria raczej pojawiłaby się z nim w portowych karczmach, niż na scenie baronowej, ale cóż, każdy decydował o sobie. Publiczności się najwyraźniej podobało, a po co oni wszyscy występowali, jeśli nie ku uciesze tu zebranych? Zerknęła na baronową, usiłując wyczytać z jej skrytej pod maską twarzy jakąś reakcję, ale niewiele widziała z tak dużej odległości.
W końcu padł i jej pseudonim. Odetchnęła głęboko, spychając tym samym całą tremę na absolutne dno umysłu i podniosła się z ławy, razem ze swoją lutnią.
- Uprzejmie proszę o niepodzwanianie w czasie mojego występu - rzuciła cicho, z rozbawieniem, do mężczyzny w stroju błazna, po tym jak wstając przypadkiem trąciła jeden z dzwoneczków. - Nie ta tonacja.

Po wejściu na scenę prawie zawsze przestawała widzieć widownię. Były tam tylko one, Paria i jej muzyka. Traciły znaczenie zawarte zakłady i nieprzychylni konkurenci, wysuwający się uparcie z upięcia kosmyk włosów i zmieniona, czy niezmieniona suknia. Ukłoniła się nisko i zajęła miejsce na zdobionym krześle na środku estrady, opierając lutnię na nodze i pewnie chwytając za gryf. To było jej kilka minut i zamierzała wykorzystać je najlepiej, jak potrafiła. A w chwilach, gdy zatapiała się w muzyce, tej muzyce właśnie zaczynało poddawać się wszystko wokół.
Nigdy nie wiedziała, skąd się to wzięło, ani jak mogła nad tym panować. Nigdy nie miała na to również bezpośredniego wpływu. Mimo to czuła, że świat nadstawia ucha dźwiękom od niej płynącym. Widziała, jak przygasają płomienie świec po drugiej stronie sali balowej, jak delikatny ruch powietrza porusza materiałem sukni i piórami przy strojach tu zebranych. Słyszała, jak akustyka dostosowuje się pod nią, niosąc frazę dalej, niż wydawało się to logiczne; jak śpiewane przez nią dźwięki nabierały ciepłego pogłosu, choć przecież tak duża widownia powinna ten pogłos pochłaniać. Czuła energię przepływającą między jej palcami a strunami instrumentu, czuła jak bicie jej serca zdawało się dostosowywać do tempa wybranej przez nią pieśni. Nie kontrolowała tego, ale w pełni zdawała sobie z tego sprawę - i prawdopodobnie nie tylko ona. Wiedziała, jaki wpływ ma na otoczenie i to przecież za ten wpływ była kochana.
O ile to działo się samo, tak to, co grała i śpiewała, było wypracowane godzinami ćwiczeń. Zaśpiewała jedną ze swoich starszych ballad, którą jednak publicznie wykonywała rzadko - zawsze budziła w niej zbyt wiele emocji, by włączać ją w większy repertuar, a rzadko kiedy grała krócej niż pół godziny. Teraz jednak mogła sobie na to pozwolić. Zagrać tylko to jedno, wyprowadzając każdą nutę z samej głębi serca - i liczyć na to, że to wystarczy.
Gdy skończyła, przez długą chwilę jeszcze czekała, aż wszystko wokół wróci do normy. Dopiero wtedy też wyszła ze swojego transu i usłyszała oklaski, które przecież musiały rozbrzmiewać już od jakiegoś czasu. Uśmiechnęła się i wstała, by ukłonić się i opuścić scenę, zwalniając na niej miejsce dla następnego wykonawcy. Była całkiem zadowolona. Nie w pełni, bo nigdy nie była zadowolona w pełni - zawsze dało się zagrać lepiej - ale na tyle, by nie mieć sobie na tę chwilę nic do zarzucenia.
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

37
Odchylając głowę, aby móc spojrzeć na Parię, człowiek za białą maską parsknął krótkim śmiechem, po czym oburącz zgarnął uszy czapki tak, aby móc trzymać je nieruchomo przy samej głowie. Patrzcie tylko jak grzecznie z jego strony! Czy jednak był to przejaw faktycznej grzeczności, czy może kolejny, błazeński akt, tego już nie miała okazji zweryfikować. Nie mogła przecież kazać na siebie czekać!

Skupiona w pełni na swojej grze Libeth nie mogła dostrzec, jak Baronowa poprawiła się w siadzie wraz z dźwiękiem pierwszych nut. Była za to w stanie lepiej niż zazwyczaj wczuć się w nastrój oraz samej na niego wpłynąć. Nawet jeśli chwilę wcześniej wciąż miała jakiekolwiek wątpliwości przez ciążące na niej widmo konsekwencji porażki, wykreowany licznymi doświadczeniami na scenie profesjonalizm nie pozwolił pozostawić po tym śladu w trakcie występu.
Niektórzy ze słuchaczy zdawali się wstrzymywać oddechy przez cały występ, inni nie potrafili odwrócić od niej wzroku lub wręcz przeciwnie, zamykali oczy, by nic w otoczeniu nie było w stanie ich rozproszyć, jeszcze kolejni lekko kiwali się w rytm. Stwarzając dla siebie idealne warunki, budując idealny klimat oraz dostosowując do tego własną grę oraz umiejętności - Libeth jak zawsze zachwyciła swoją widownię.
Nikt nie czekał z brawami. Wielu zgodnie zauważyłoby, że były one jednymi z głośniejszych, jakie rozbrzmiały dzisiaj na sali.

Gdy Paria wracała na swoje miejsce, Isabelle od razu powitała ją uśmiechem drobnych, białych ząbków.
- To było absolutnie bajeczne! Nigdy wcześniej nie słyszałam tej ballady! - pogratulowała jej serdecznym, podekscytowanym półszeptem.
- Mm~ Prawdziwie magiczny występ. - przytaknęła osoba błazna, ciągle trzymającego uszy swojej czapki. - Zdaje się, że straciłem swój zakład. Plotki wcale nie były przesadzone.

Kolejnym wezwanym okazał się nerwowy dzieciak, z którym Celestio, Isabelle i Libeth współdzielili wcześniej garderobę - Tulio. Był czerwony na policzkach i lekko zdyszany, choć nie zdążył jeszcze niczego zaśpiewać. Prawdopodobnie dopiero co tu przygnał. Kilku bardów siedzących najbardziej na lewo od Parii zaśmiało się nawet dość głośno, gdy młodzik prawie potknął się o własne nogi, starając się jak najszybciej dotrzeć na scenę. Podobnie zareagowało kilku pojedynczych szlachciców pośród widowni, sprawiając, że chłopak poczerwieniał jeszcze bardziej - tym razem ze wstydu.
Był to widok tak przykry do oglądania, zwłaszcza jeśli spojrzeć na trzęsący się w jego dłoniach instrument, że aż zmusił Baronową do osobistego uciszenia wszystkich krótkim klaśnięciem w dłonie. Wszelkie, kpiące chichoty ustały, jak ręką odjął, ale odwaga zdawała się na dobre opuścić młodego barda, który stał jeno jak kołek, nie potrafiąc ze sobą nic zrobić.
- Trema go kompletnie załatwiła, huh? - westchnął któryś z pozostałych wśród nich nowicjuszy.
- Jeśli jako debiutant zrobisz z siebie pośmiewisko jeszcze przed zagraniem pierwszej nuty, to oczywiste, że nie będziesz w stanie wydusić ani słowa. - skomentował Celestio, rzucając pozostałym amatorom niepochlebne spojrzenia. Takie samo jednak skierował zaraz w stronę sceny i stojącego na nim niczym kołek Tulia. - Powinni go po prostu ściągnąć. Tracimy tylko czas i dobry nastrój. - dodał chłodniej i ciężko było się z nim doprawdy nie zgodzić. Świat muzyki potrafił być usłany cierniami. Nie każdy mógł w nim przeżyć.
Zgodnie z oczekiwaniami, kilku służących zdecydowało się wreszcie podjąć działania, kierując pospieszne kroki w stronę nieruchomego grajka. Zanim jednak zdołali go choćby dotknąć, ostra nuta rozbrzmiała echem, sprawiając, że przynajmniej połowa zebranych podskoczyła lub wzdrygnęła się. Była to bardzo nieprzyjemny dźwięk. Czysty, ale nieprzyjemny.
- Da radę, da radę~ - zanucił odpowiedzialny za wszystko błazen, odstawiając swój instrument między nogi i wspierając dłonie o gryf, wychylił się lekko w swoim miejscu do przodu.
Nikt nie był pewien, kiedy dokładnie dłonie młodego Tulio przestały się trząść, mogąc wreszcie pewnie chwycić mandolinę między dłonie. Gardło wciąż musiał mieć zbyt ściśnięte, żeby cokolwiek zaśpiewać, ale jego palce okazały się dużo bardziej doświadczone, niż ktokolwiek zechciałby przypuszczać. Spośród wszystkich nowicjuszy, wbrew okropnemu, pierwszemu wrażeniu, wciąż udało mu się wypaść najlepiej. Przedostatni miał być wreszcie Celestio.

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

38
Po zajęciu swojego miejsca na ławie Paria zerknęła w górę, by poszukać w odległej twarzy baronowej jakichś emocji. Ta jednak była już zajęta kolejną osobą wspinającą się na scenę, więc Libeth nie udało się niczego wywnioskować. Przesunęła za to spojrzeniem po sali, po twarzach publiczności, tych, które widać było zza masek i spostrzegając niektóre oczy wciąż wbite w nią, mogła odetchnąć z ulgą. Zrobiła wrażenie. O to przede wszystkim chodziło. Oparła spód lutni na czubkach butów, ale nie rozsiadła się wygodniej, wciąż zestresowana nieco nadchodzącym występem Celestio.
- Dziękuję - szepnęła w odpowiedzi do Isabelle. - Nie grywam jej za często publicznie.
Przekręciła nieco głowę z nieukrywanym zainteresowaniem, gdy odezwał się błazen.
- Zakład? Ciekawe. Nie sądziłam, że ktoś poza Celestio ma o mnie gorsze zdanie, niż zasłużyłam - uniosła brwi. - Chociaż z drugiej strony... czy plotki o nas, bardach, kiedykolwiek bywają nieprzesadzone?

Zamilkła, gdy Tulio jakimś cudem zasiadł wreszcie na krześle przeznaczonym dla wykonawcy, nie chcąc rozpraszać go dłużej. I tak miał wystarczająco duży problem ze skupieniem. Trochę ją to bawiło, trochę było jej go szkoda. Takiego młodzika nie powinno się ustawiać w kolejności po niej. Powinien być trzeci, zamieniony z Isabelle, ta poradziłaby sobie z presją bycia jedną z ostatnich wykonawców.
- No graj - szepnęła cicho, choć wiedziała, że chłopak nie ma prawa jej usłyszeć. Za to wyraźnie dotarły do niej słowa Celestio. Cóż, gdyby powiedział to ktokolwiek inny, zapewne przyznałaby mu rację. Teraz jednak tylko odwróciła się do mężczyzny i rzuciła mu karcące spojrzenie. I gdy już miała odpowiedzieć mu coś tak samo złośliwego jak zawsze, człowiek w białej masce szarpnięciem strun tuż przy jej uchu prawie przyprawił ją o zawał. Wyprostowała się z powrotem, poczekała chwilę i wyglądało na to, że faktycznie Tulio dał radę. Nie był to może występ najwyższych lotów, ale przynajmniej pokonał własną tremę, a to był już dobry wynik.
- Mam wyrzuty sumienia - mruknęła cicho do Isabelle, bijąc młodemu muzykowi brawo, gdy zarumieniony schodził ze sceny. - Może niewybredne żarty go rozproszyły w garderobie.

No i w końcu przyszła pora na najbardziej znienawidzoną przez Parię osobę na tej sali. Uśmiechnęła się do Celestio, jeśli na nią spojrzał po drodze, choć jej oczy ziały chłodem. Wolałaby wiedzieć z czym się mierzy w momencie wchodzenia na scenę, tak jak teraz mógł to robić on. Serce w jej klatce piersiowej tłukło się bardziej, niż przed jej własnym występem. Zorientowała się, jak mocno zaciska dłoń na materiale sukni, więc rozluźniła ją, nerwowo rozprostowując materiał.
- Więc to tobie przypadł ten zaszczyt zamknięcia koncertu - rzuciła do człowieka od dzwoneczków, usiłując zająć swoje myśli czymś innym, zanim Celestio zacznie grać. Skupiła się, usiłując przypomnieć sobie jakie miano widniało na samym dole listy, którą dostała od służącej wchodząc do rezydencji. - I pomyśleć, że już dziś raz wylądowałam w twoich ramionach. Kto by się spodziewał, że wielka sława działa tak skutecznie.
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

39
- "O nas bardach", hm? Powiedzmy, że mam zazwyczaj lepsze rzeczy, niż poświęcanie im swojego czasu. Choć w tym wypadku, przyznaję, rad jestem, że niektóre z nich okazują się trafne. - zdążył odpowiedzieć jej jeszcze z wyczuwalną satysfakcją, zanim przeszli do dalszej części konkursu.

Gdy występ chłopca dobiegł końca, Tulio z lekko przeszklonymi oczami, ale również nieśmiałym i pierwszym dotąd uśmiechem skłonił się z osobna Parii, Isabelle i bardowi-błaznowi, którzy jako jedyni powitali go z powrotem w towarzystwie oklasków. Isabelle była nawet na tyle odważna, żeby syknąć na jednego z mężczyzn po swojej prawej, aby zrobił młodemu miejsce. O dziwo podziałało.

- Skoro dziecinada się już oficjalnie skończyła-... - Celestio podniósł się ze swojego miejsca, obracając głowę w stronę Parii z wyzywającym uśmieszkiem i błyszczącymi, jak zwykle zresztą, arogancją oczyma. - Dobrze będzie zakończyć to wydarzenie należytymi fanfarami.
Nie obyło się rzecz jasna bez należytego, iście dramatycznego i tak bardzo w jego stylu zarzucenia peleryną, gdy obracał się na jednej nodze, aby dalej udać w stronę sceny. Wychodząc, również w typowym dla siebie geście rozłożył szeroko ramiona, jak gdyby sam był tutaj największą gwiazdą witającą przybyłych. Tak, naturalnie zrobiło to odpowiednie wrażenie i oklaski rozbrzmiały wrzawą.
- Byłby dużo bardziej czarujący, gdyby potrafił czasem ugryźć się w język. - zauważył znowu Błazen, poprawiając czapkę i nie szczędząc sobie wesołego podzwaniania. Isabelle nie była jedyną w towarzystwie, która pomrukiem przyznała mu rację. Celestio miał wiele zalet, ale jego wieczne obnoszenie się potrafiło doprowadzać do furii nie tylko Parię.
- Ah. - nie spodziewając się być może nawiązania konwersacji, zareagował tym razem na jej uwagę z dziwnym, prawie zaskoczonym wydźwiękiem, po czym wykonał dziwny ruch ręką, jak gdyby chciał zakryć usta, ale nagle przypomniał sobie o masce zasłaniającej i tak całą facjatę. Ta sama ręka powędrowała kilka sekund później z powrotem na gryf, na którym uprzednio spokojnie zalegała. - Nie mogę powiedzieć, żebym był obeznany w tym światku. Jeśli faktycznie jest to taki "zaszczyt", czuję się teraz trochę niezręcznie. - bynajmniej nie brzmiał, jakby się tak czuł. Raczej, jakby świadomość tego bardzo go bawiła.
Celestio kłaniał się niepoprawnie długo.
- Chociaż z drugiej strony, jeśli piękne kobiety mają mi częściej wpadać w ramiona w tego typu miejscach, być może powinienem przyjmować podobne zaproszenia częściej?
Jaka szkoda, że Paria zwróciła jedynie uwagę na to, gdzie znajduje się pseudonim jej oraz Celestrio na dzisiejszej liście konkurentów, czyż nie? Troch ę głupio było przyznać się do tej niewiedzy w konwersacji.

Jakimś cudem Celestio udało się zakończyć wstępne przedstawienie. Przechodząc do meritum, umieścił jedną nogę na krześle postawionym na scenie i oparł lutnię o udo. Paria nie potrafiła rozpoznać ballady. Było to coś zupełnie nowego i bardzo możliwe, że przygotowanego specjalnie na tę właśnie okazję.
Rywal mógł być takim, a nie innym bawidamkiem, aroganckim bubkiem i błyskotliwym aktorzyną, ale wciąż pozostawał jednym z geniuszy swojego pokolenia w kwestii komponowania. Podobnie, jak i Paria. I tego również nie można mu było mu dzisiaj odmówić. Kończąc ostatnimi, delikatnymi nutami, Clestrio odważnie postanowił wskoczyć obunóż na krzesło, zapewne dla zrobienia większego wrażenia i chęci pokazania się, lecz... Kto mógł przypuszczać, że to go dzisiaj zgubi? Być może niepotrzebnie długa peleryna, która owinęła się wokół drugiej nogi? Być może mało stabilne krzesło? A może jedno i drugie pospołu? Jedno było pewne - pierwsza chwila, w której bard walczył o równowagę oraz ta druga, w której ją stracił i przeleciał przez balustradę wprost w tłum!
Po sali rozległy się krzyki. Nie ma co, było to przedstawienie pierwsza klasa!
- Jasna cholera... - sapnęła Isabelle, podnosząc się ze swojego miejsca.

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

40
- Najbardziej czarujący by był, gdyby go sobie całkiem odgryzł - burknęła Paria, wydymając usta z niezadowoleniem. Dziecinada. Dobre sobie. Liczyła na to, że nawet jeśli jej się nie uda pokonać Celestio, to siedzący obok niej ostatni uczestnik zmiecie go ze sceny. Zadufany prostak. Najgorsze było to, że Libeth za nic w świecie nie mogła sobie przypomnieć od czego się zaczęło, dlaczego ten człowiek jej tak nienawidził i za co ona tak nie znosiła jego. Co było przedtem? Nic, pustka. Wspomnienia początku tego konfliktu po prostu nie istniały. Może on z założenia traktował wszystkich z góry, a Paria była jedną z niewielu, które w twarz mówiły mu co o tym myślą? Lubiła zakładać tę wersję, choć nie wykluczała, że i ona zrobiła mu kiedyś coś okrutnie wstrętnego i byli siebie warci. Trzeba było jednak przyznać, że przynajmniej tak ostentacyjnie nie uważała się za lepszą, jak robił to on.
Niestety, jego występ był ujmujący. Głos ciepły i czysty, a każdy dźwięk wydobyty z instrumentu bez zarzutu. I gdyby grał ktokolwiek inny, Libeth zapewne byłaby w stanie nawet się wzruszyć. Teraz jedyne co mogła robić, to zaciskać dłonie na gryfie swojej lutni, czując, jak boleśnie wbijają się w nie struny. Kiedy skończył, westchnęła ciężko, zdając sobie sprawę, że wszystko zależało teraz wyłącznie od decyzji osób, które odpowiedzialne były za wybór zwycięzcy, bo nie była gorsza od niego, ale niestety... także nie wyraźnie lepsza. Czy była to sama baronowa, czy ktoś jeszcze? Nikt jej tej informacji nie raczył udzielić. Szeroko, dumnie rozłożone ręce Celestio, jakby chciał zebrać w nie wszystkie otrzymywane owacje, sprawiały, że frustracja Parii sięgała zenitu. Gdyby chociaż kłaniał się odrobinę skromniej...
No i wtedy wydarzyło się coś absolutnie cudownego.
Owszem, Libeth kiedyś w irytacji dosłownie modliła się o to, ale nie sądziła, że ktokolwiek jej słucha. A już na pewno nie sądziła, że kiedykolwiek tego dożyje i do tego będzie miała na to widok z absolutnie pierwszego rzędu - co prawda od tyłu, ale jakże niewdzięczna musiałaby być, żeby na to narzekać? Niespełna dwie godziny temu mówiła ojcu, że chciałaby zobaczyć, jak Celestio choćby wstaje z krzesła na scenie i teraz już zaczynała rozumieć, dlaczego zazwyczaj tego nie robił.
Jej głośne parsknięcie śmiechem zniknęło gdzieś w generalnym zamieszaniu, a rozbawienie ukryło się za dłońmi, w których schowała dolną część twarzy. Wyglądała na zaskoczoną, tak samo jak Isabelle, choć doskonale wiedziała, że wspaniałe wspomnienie muzyka lecącego z krzesła w publiczność będzie bawiło ją do końca świata i jeszcze tydzień dłużej. Cudowny, absolutnie cudowny wieczór.
Po chwili ogólnej konsternacji poderwała się jednak z miejsca, by oprzeć lutnię o ławę i ruszyć w stronę upadłego artysty. Musiałaby zgłupieć do reszty, żeby nie skorzystać z okazji i oszczędzić mu jej twarzy będącym pierwszym co zobaczy, jak się już podniesie.
- Chodźcie, wciągniemy go z powrotem, trzeba mu pomóc wrócić na scenę - zachęciła pozostałych, zerkając na nich przez ramię. Ach, ta współpraca i troska o rywali, czyż to nie było wzruszające? Dla postronnych obserwatorów bezinteresowna pomoc tych, którzy przecież życzyli Celestio, żeby podwinęła mu się noga. Dla Parii doskonała okazja, żeby ponapawać się skutkami jego próżności.
Przykucnęła na brzegu sceny, wyciągając do mężczyzny rękę - sama, lub z innymi, którzy zechcieli pójść w jej ślady.
- Wszystko w porządku, Celestio? Nic ci nie jest? - spytała słodko, niewinnie, z niemal szczerą troską w głosie. - Instrument cały?
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

41
Trzeba przyznać, że jeśli Celestio zależało na zaszokowaniu publiczności, to wyszło mu to całkiem nieźle. W całym zamieszaniu ze swojego miejsca podniosła się nawet sama Baronowa, najwyraźniej nie mniej oszołomiona nieoczekiwanym przebiegiem wydarzeń, niż cała reszta sali.
W ślad za Parią ruszyli właściwie wszyscy pozostali uczestnicy, choć przynajmniej połowa z nich, o ile nie przez chęć zaspokojenia czystej ciekawości, to przez podzielanie podobnych jej intencji. Nie każdego wszakże bankietu miało się okazję oglądać równie fenomenalny upadek ze sceny. Zwłaszcza biorąc udział w mogącym mocno zaważyć na dalszej karierze pokazie umiejętności.
Gdy Libeth wraz z Isabelle oraz paroma innymi bardami na czele wychylili się poza balustradę, mogli spostrzec już spore grono szlachciców i szlachcianek, usiłujących pozbierać poległego ulubieńca mas. Ba! Nie tylko jego! Spod Celestio, którego twarz była obecnie czerwona niczym dorodny kwiat piwonii, usiłowano również wydobyć jednego z arystokratów, na którego nasz maestro najwyraźniej upadł. Chwilę walczono z przeklętą, zdawać by się mogło peleryną, w którą zaplątani byli już obaj, a gdy wreszcie tego dokonano, nowe piski dam i panien rozległy się w najbliższym otoczeniu. Twarz starszego, barczystego arystokraty również zalana była czerwienią. Zalana nieco bardziej dosłownie. Choć może lepszym określeniem byłoby - "częściowo umazana krwią". Nie mogło być to nic poważnego, zważywszy na fakt, że samodzielnie stanął zaraz ponownie na własnych nogach. Co najwyżej złamany nos, być może rozwalona warga. Czerwone mazy robiły jednak na tyle upiorne wrażenie samą swoją realnością, by przyprawić jedną czy dwie młódki o natychmiastowe utraty przytomności, doprowadzając tym samym do powstania nowego, małego chaosu.
Rozkojarzony i nieco potargany już na tym etapie Celestio, podtrzymywany przez jedną z dam oraz wyższego od siebie dżentelmena, popatrywał wielkimi oczami to w stronę stojącego obok i podobnie oszołomionego mężczyzny umazanego posoką, to znowu ku oferującej swoją pomoc Parii. Trwało kilka długich sekund, zanim oprzytomniał na tyle, aby poczerwienieć najpierw jeszcze bardziej, a następnie zblednąć i ze zgrozą opuścić wzrok na instrument. Instrument wciąż szczelnie przez siebie obejmowany, swoją drogą. Celestio pospiesznie obejrzał go ze wszystkich stron, zanim mógł odetchnąć z przynajmniej częściową ulgą. Wstyd wstydem, a pieniądze pieniędzmi, ale żaden bard nie mógł bezboleśnie przeżyć uszkodzenia jednego ze swoich bezcennych narzędzi pracy. Ta zaś lutnia przeżyła z nim zbyt wiele lat, aby ot tak wymienić ją na lepszy model. Ponieważ jednak instynkt muzyka był w nim silny, najprawdopodobniej pierwszą rzeczą, o jakiej zdążył pomyśleć, zlatując ze sceny, była jego ochrona. I proszę bardzo! Nawet pojedyncza struna nie została zerwana! Brawo dla tego pana!
Za szybko jednak nie można było unosić się radością, ponieważ nim Celestio faktycznie zdecydował, czy już nie tylko pomoc ze strony Parii, ale i pozostałych kolegów po fachu wypada mu przyjąć, gwałtowny ból wykrzywił jego lico. Byłby pewnie ponownie wylądował na ziemi, gdyby towarzyszący mu mężczyzna w porę nie zdecydował się chwycić go mocniej pod ramię.
- Sir? Możesz stać?
Celestio spojrzał w dół, już nie na instrument a własną nogę, którą obecnie trzymał podkuloną i której ani ważył się ponownie spróbować postawić na kamiennej posadzce. Wyraz frustracji przebiegł przez jego twarz, nim ostatecznie i wciąż bez słowa pokręcił jedynie przecząco głową. Upadek najwyraźniej nie zakończył się całkowicie bez kontuzji.
- Wezwijcie medyka i zabierzcie moich gości w jakieś spokojniejsze miejsce. - rozkazała Diane Bourbon, która również zbliżyła się do balustrady. Maska nie była w stanie w pełni ukryć jej strapienia, gdy z góry spoglądała na okaleczonych niefortunnie mężczyzn.
Nikt nie usiłował kwestionować jej poleceń i już wkrótce kilku służących oraz jeden z osobistych gwardzistów Baronowej rozgonili nieco tłum, aby pomóc rannym wydostać się z pomieszczenia.
- Kiedy już się opamięta, jestem pewna, że pogryzie i medyka, byle na jednej nodze móc wrócić i nalegać na powtórzenie tego występu. - zażartowała Isabelle, choć wciąć jeszcze z wyraźnie mieszanymi uczuciami obserwowała wyprowadzaną za drzwi dwójkę.
Tymczasem Baronowej udało się ponownie zapanować nad widownią, zapewniając, że Celestio nie zostanie zdyskwalifikowany tylko i wyłącznie przez swój chwilowy brak obecności. Większość kibicujących mu dam tyle w zupełności wystarczyło, aby przestać biadolić i załamywać ręce.
- ...-w pełni rozumiem emocje, jakie wywołał ten niefortunny incydent. Proszę jednak, aby wszyscy skupili się i wysłuchali ostatniego występu tego wieczoru. Zaraz po nim nastąpi krótka przerwa, w trakcie której dowiem się, czy Sir Celestio oraz Lord Fisher będą w stanie dołączyć do nas przed ogłoszeniem ostatecznych wyników.
Gdy wyglądało na to, że wszystko zaczęło się uspokajać, uczestnicy konkursu ponownie zostali poproszeni o zajęcie swoich miejsc. Rzecz jasna poza bardem w stroju błazna, który wrócił w stronę ław jedynie po to, aby zabrać swój instrument.

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

42
Cóż, trzeba było przyznać, że wychylając się ze sceny Paria nie spodziewała się zobaczyć krwi. Jej widok nie wpływał na nią tak samo, jak na przerażone, mdlejące szlachcianki, ale także nie należał do tych przyjemnych niespodzianek. Podałaby starszemu mężczyźnie chusteczkę, gdyby taką miała przy sobie, ale niestety tym razem nie miała niczego poza błękitnym, lejącym się materiałem swojej sukni - a baronowa raczej nie byłaby zadowolona, gdyby Libeth zwróciła ją z zakrwawionym lub w ogóle oderwanym fragmentem.
Miała lekkie wyrzuty sumienia i niejasne wrażenie, że to faktycznie była jej wina. No bo to przecież ona modliła się o to, żeby Celestio spadł ze sceny. Nawet śniło się jej to kilka razy. I faktycznie, satysfakcja jaką czerpała z obecnej sytuacji była niezmierzona, ale gdzieś z tyłu głowy cichy głosik oskarżał ją o wszystko, na co właśnie patrzyła. Zmusiła go do uciszenia się, bo przecież nie było to możliwe. Bogowie nie słuchali takich bezbożników jak Paria, prawda? A z pewnością nie na tyle, żeby spełniać ich życzenia.
Powstrzymała się od złośliwych komentarzy, bo widząc, jak Celestio utyka i krzywi się bez słowa, wiedziała, że wcale nie uszedł z tego bez szwanku. Fizycznego, znaczy się, bo psychiczna trauma była tu raczej oczywista. Opuściła wzrok na jego podkuloną nogę, przygryzając lekko wargę, tym razem w szczerym zmartwieniu. Może i był irytującym dupkiem, ale gdyby wszystko co w tej chwili robił było na pokaz, wykrzykiwałby zapewne swoje cierpienie na cały głos. Jego milczenie ją niepokoiło. Zdarzało się zbyt rzadko.
- Nie musi go powtarzać - westchnęła w odpowiedzi na słowa Isabelle, odprowadzając później poturbowanych mężczyzn spojrzeniem. - Był świetny. To znaczy, dopóki nie postanowił wleźć na krzesło. Przysięgam, on jest niemożliwy, nawet kłaniać musi się bardziej niż wszyscy.
Posłusznie zajęła z powrotem swoje miejsce na ławie z tyłu sceny. Uśmiechnęła się do człowieka w stroju błazna krótko gdy zabierał swój instrument, choć nie miała absolutnie żadnego pojęcia czy w ogóle to zauważył. Nadal była ciekawa jak wyglądał i kim właściwie był. I wyglądało na to, że za chwilę miała poznać jego nazwisko - lub przynajmniej pseudonim artystyczny. Przez te kilka zamienionych zdań, jakie były im dane, zdążyła go już obdarzyć odrobiną sympatii.
- Jak będziesz chciał się ukłonić z krzesła, to zawołaj, podtrzymamy cię - rzuciła z rozbawieniem, gdy pochylał się obok niej. - Powodzenia.
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

43
Kilku bardów zaśmiało się nerwowo na komentarz Parii, inni zaś z konsternacją kiwali głowami, bo nieważne jak wiele satysfakcji mógł przynieść niektórym z nich upadek Celestio, to wciąż musieli przyznać, że jego występ do samego końca trzymał wysoki poziom.

- Jako ostatni, ale wcale nie gorszy, wystąpi dla nas Kamelio. Trefniś o bardzo interesujących umiejętnościach.
Na słowa zapowiedzi, Błazen westchnął z sobie tylko znanego powodu, zerkając przez ramię w stronę sceny. Zanim jednak dobrze się wyprostował, jego maska skierowała się w stronę Libeth. Nie spieszył się z wyjściem na scenę, choć z pewnością powinien. Zamiast tego, zarzucił lekko głową do boku, wywołując wesołą reakcję wszystkich, przytwierdzonych do czapki dzwoneczków.
- Doprawdy? Nie omieszkam skorzystać w takim razie. - poinformował ją zadziornie i naprawdę ciężko było stwierdzić, czy mówi poważnie, czy tylko sobie żartuje. - Dziękuję i do zobaczenia wkrótce.
Błazem, nazwany również przez Baronową Kamelio, przeciągnął się raz, potem drugi, by wreszcie raźnym krokiem, w towarzystwie bardzo spokojnych i niezobowiązujących oklasków wyjść na scenę. Ledwie jednak zdążył w swój głupawy sposób skłonić się widowni, gdy po sali rozległ się szum. Nie szum głosów, a deszczu. Sądząc po tym, jak wyraźnie był słyszalny, mieli bardzo niefortunnie do czynienia z oberwaniem chmur, co nie było wcale rzadkie o tej porze roku.
Kilka głosów zawodu poderwało się z tłumu, lecz te ucichły, gdy bard jak gdyby nigdy nic usiadł na ponownie ustawionym na scenie krześle, moszcząc się w nim na tyle wygodnie, na ile był w stanie. Pierwsze, łagodne, ale wyraźne i nie dające się zagłuszyć nuty zaskoczyły widownie. Kamelio nie starał się walczyć z deszczem ni rywalizować. Wygrywana przez niego melodia w naturalny sposób zdawała się z nim zgrywać i choć był to zabieg budzący szacunek, prawdziwe wrażenie zrobiło coś zupełnie innego. Kamelio z całą pewnością, tak jak każdy inny bard tego wieczoru, występował solo. Nikt nie mógł temu zaprzeczyć, ponieważ dźwięki dochodziły z tylko jednego miejsca na scenie. Powinno się to wydawać oczywiste. Problem w tym, że wcale nie było i to właśnie, nieważne jak porywający był występ, wzbudziło w pierwszych, będących w stanie zorientować się w tym osobach niemałe oszołomienie. Im dłużej bowiem grał Kamelio, tym większe odnosiło się wrażenie, jakby miał się do czynienia z koncertem kilku bardów grających na tym samym instrumencie. Gra była intensywna nawet w tych krótkich momentach, gdy zwalniała, zanim ponownie zaczynała przyspieszać.
Był to jeden z dłuższych występów. Nic dziwnego. W innym wypadku widzowie nie zdążyliby wyjść z pierwszej dezorientacji, zanim zdążyliby docenić jakość. Cokolwiek robił Kamelio, robił to dobrze. Nawet wybrał utwór bez słów, nie czuło się nadmiernie ich braku. Melodia sama w sobie była dobrą, choć tajemniczą historią, którą prawdziwy koneser z pewnością potrafił docenić. Ostatnie, bardzo delikatne nuty zawisły w powietrzu na dłużej, pozostawiając słuchaczy w nastrojowym otępieniu. I gdy tak się wydawało, że zostało jedynie skłonić się dystyngowanie, by dać znać o zakończeniu swojej części, mężczyzna w stroju błazna postanowił zrobić coś dużo dziwniejszego. Podnosząc się ze swojego siedzenia, przekręcił nieco i radośnie pomachał ręką w stronę siedzących z tyłu na ławach bardów.
- Lady? Lady Pario?? Czy byłabyś tak miła? Chciałbym skorzystać z wcześniejszej oferty! - zakrzyknął wesoło, poklepując dłonią oparcie stojącego na scenie mebla. Kontrast między jego balladą, a zachowaniem zaraz po jej zakończeniu był porażający. Nic dziwnego, że zebrani arystokraci kompletnie nie wiedzieli, czy powinni już zacząć klaskać, czy jeszcze się wstrzymywać.
Paria tymczasem musiała zebrać, co zasiała.

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

44
Uniosła wzrok w górę, w kierunku żebrowego sklepienia sali balowej. Deszcz faktycznie był niefortunny, bo na Archipelagu rzadko zdarzały się delikatne opady - niemal zawsze zalewało wyspy tak, jakby ktoś w niebie opróżniał gigantyczne wiadra z wodą. Całe szczęście, że nie znajdowali się teraz na dworze, w ogrodach baronowej. Ciepłe światło płynące od licznych kandelabrów i duże okna odgradzające wszystkich od nieprzyjaznej aury sprawiały, że łatwo było o tym zapomnieć. Tylko dla występującego mogło to być problematyczne.
Choć czy faktycznie było?
Gdy Kamelio zaczął grać, Libeth początkowo nie zauważyła w tym niczym niesamowitego - do momentu, w którym muzyka zaczęła sprawiać wrażenie, jakby artysta wydobywał więcej niż jeden dźwięk na raz z jednej struny. Wyprostowała się i zmarszczyła brwi, wbijając intensywne spojrzenie w plecy barda, ale jak można było się spodziewać, niczego dziwnego z tej perspektywy nie spostrzegła. Jedyną pewną rzeczą był fakt, że Kamelio na scenie był sam i na pewno nikt mu nie pomagał. Czy on wykorzystywał do tego umiejętności inne, niż wypracowana przez lata technika gry na instrumencie? Czy w takim razie Paria była w stanie nauczyć się tego samego? Jak go więc namówić, żeby podzielił się z nią swoim sekretem? Może nie musiała namawiać, może wystarczyło po prostu poćwiczyć? Tylko w jaki sposób miałaby kontrolować to, czego kontrolować nie potrafiła?
Rozbijające się w jej głowie pytania sprawiły, że niemal nie zwróciła uwagi na moment, w którym utwór się skończył. Dopiero gdy zaskakująco padł znów jej pseudonim, zamrugała niepewnie i wybudziła się z zamyślenia. Zorientowała się, że Kamelio na nią patrzy i krótką chwilę zajęło jej zorientowanie się, czego mężczyzna od niej oczekuje. Cóż, nie proponowała mu tego na poważnie, raczej wszystkie ich dotychczasowe rozmowy opierały się na żartach i niedopowiedzeniach. Zaśmiała się jednak i wstała, ruszając w jego kierunku bez krztyny niepewności czy zawstydzenia.
- Cała przyjemność po mojej stronie - odparła głośno, powoli podchodząc do stojącego na środku sceny krzesła i czekającego przy nim muzyka.
Stanęła obok, skłaniając się lekko w stronę zebranej pod estradą publiczności, by następnie wypracowanym, tanecznym nieco ruchem unieść w górę rękę. Widownia nie miała prawa się spodziewać po co właściwie Paria została zawołana, więc z ustami rozciągniętymi w szerokim uśmiechu dała im chwilę niepewności i oczekiwania. W końcu opuściła i położyła smukłą dłoń na zdobionym oparciu krzesła. Poruszyła nim lekko, teatralnie upewniając się, że stoi stabilnie, po czym gestem drugiej ręki zaprosiła Kamelio, by wszedł na siedzisko.
- Brawa! - zakrzyknęła radośnie, wywołując salwę oklasków, gdy muzyk znalazł się na podwyższeniu. Kusiło ją na złośliwy komentarz, ale powstrzymała się, zdając sobie sprawę z tego ile par oczu jest teraz utkwionych w ich dwójce.
No i proszę, niby nie grała ostatnia, a jednak na samym końcu stała na scenie. Przygryzła policzek od środka, powstrzymując się od śmiechu. Matka musiała tam wychodzić z siebie, najpierw zapewne pozytywnie zaskoczona tym, jak jej przybrana córka się zaprezentowała, a teraz widząc coś... takiego. W końcu, gdy Kamelio skończył się kłaniać, pokazowo podała mu dłoń, pomagając mu zejść, a potem, jeśli już mogła, zebrała się jednak ze sceny, wracając na tyły, do Isabelle i swojego instrumentu.
- Myślałam, że błazen z reguły błaźni tylko siebie - mruknęła cicho, tylko do niej, ale wbrew negatywnymu wydźwiękowi tych słów w jej oczach błyszczały iskierki rozbawienia.
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

45
Gdy Paria zdecydowała się podążyć za ciosem, raz jeszcze dzisiaj wkraczając na scenę, naturalną koleją rzeczy rozbudziła nową falę szeptów. Ludzie patrzyli zarówno po sobie, jak i po muzykach, nie mając pojęcia, czego powinni się spodziewać. Czasami zerkali również ku Baronowej, która wyglądała na tak zrelaksowaną i rozluźnioną, jak to tylko ona umiała. Pełen zaintrygowania błysk w oczach nie był co prawda dostrzegalny dzięki masce, ale uśmiech przyozdabiający jej twarz już jak najbardziej.
Wraz z uniesieniem przez Parię ręki, publika ucichła, a powietrze wyczuwalnie zgęstniało od ilości skumulowanej na sali ekscytacji. Brakowało tylko werbli, które jeszcze by ją klimatycznie podkreśliły.
Jej dłoń wreszcie opadła, a Kamelio... Kamelio lekko wskoczył na przytrzymywany przez nią mebel. Dostatecznie lekko, by rzekomy nawet nie drgnął pod palcami zamkniętymi na oparciu. Tymczasem z ramionami rozciągniętymi szeroko na boki i stając na jednej nodze niczym żuraw, bard pokłonił się głęboko, zachowując niewzruszoną niczym równowagę. Dzwoneczki rozdzwoniły się zadziornie, niemal prowokacyjnie, co w połączeniu z resztą przedstawienia, jakie obydwoje zafundowali swojej widowni, wreszcie wywołało pożądany efekt. Brawa połączone z licznymi wybuchami śmiechu rozgorzały w całym pomieszczeniu. Niektóre z nich brzmiały niemalże histerycznie i chyba nie ma się co temu dziwić. Niedorzeczność ich drobnego występu z pewnością znajdzie swoje miejsce w plotkach następnego dnia i istniała całkiem spora szansa, że nie będą one tym razem nieprzyjemne dla ucha.
- Dziękujemy, byliście wspaniali! - pozdrowił zebranych prostujący się Kamelio, co bliższe było raczej stylowi ulicznego kuglarza niźli grajka na salonach, zanim spokojnym już krokiem zszedł z podwyższenia, machając wolną od instrumentu ręką na odchodne.
Pozostali uczestnicy konkursu wydawali się bawić absolutnie pysznie. Niektórzy wciąż nie przestali dziko chichotać i kręcić głowami, gdy Paria jako pierwsza dopadła swojego miejsca. Mogła posłyszeć też kilka wesołych uwag i gratulacji debiutu, jako nowy komik ich grona.
Isabelle wcale nie wydawała się mniej rozbawiona.
- Uważaj, bo jeszcze uwierzę, że ci się nie podobało - wyszczerzyła się do niej dziewczyna. - Co to tak właściwie było? Sadziłam, że nigdy wcześniej nie mieliście ze sobą do czynienia?
Niespełna pół minuty po Libeth, na swoje miejsce powrócił i tętniący pozytywną energią komik-bard.
- To było odświeżające! - skomentował raźnie.
Prawdopodobnie po raz pierwszy tego wieczoru, spojrzenia, które mu towarzyszyły, nie były już tylko i wyłącznie pełne zdystansowanej dezaprobaty. Co też nie trwało jednak długo.
- Sądziłem, że konkurs miał być muzyczny, nie magiczny. - rzucił nagle bardzo sarkastycznie Sir Montelukast, bard rzekomo przybyły z kontynentu. Bawiąc się między palcami jednym ze swych cudacznych wąsów, wbijał zaskakująco nienawistne spojrzenie w osobę Kamelio. - Czy może w zaproszeniu, które otrzymałem, zostało to nadmienione zbyt drobnym druczkiem, abym mógł go odczytać?
Pozostali poczęli spoglądać po sobie wzajemnie, to z zaskoczeniem, to z na nowo rodzącym się niezadowoleniem. Jedynie sam oskarżony nie wydawał się poruszony.
- Obawiam się, że ciężko mi powiedzieć, co takiego zostało, a co nie zostało nadmienione w indywidualnej korespondencji każdego z tutaj zebranych - zaczął niewinnie, podpierając głowę na dłoni, przekręcając ją do boku w wyrazie zamyślenia. - Czy zostało to jednak jakkolwiek zabronione?
Podczas gdy Sir Montelukast zaczął czerwienieć na twarzy, nikt nie potrafił do końca stwierdzić, czy było to zaprzeczenie ze strony Kamelio, czy raczej potwierdzenie przyznania się do winy. Nie zmieniało to natomiast faktu, że istotnie zaczęto na niego patrzeć z dużo większą podejrzliwością.
Tymczasem Bronowa powstała ze swojego miejsca, aby ogłosić dwudziestominutową przerwę i poinstruować służbę w celu sprawdzenia samopoczucia dwójki kontuzjowanych gości oraz doniesienia większej ilości przekąsek i napojów.
Swoją przerwę uczestnicy mogli spędzić w dowolny sposób i niektórzy z nich już zebrali się ze swoich miejsc, woląc udać się między tłum bądź do zastawionych stołów niźli dalej uczestniczyć w mogącej się przerodzić w konflikt dyskusji.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Stolica”