Re: Karczma pod Kogutem

31
Mężczyzna rozsiadł się na krześle i wbił oczy w Vlangrera. On tu będzie dyktował warunki i nie da się wpuścić w kanał. A ze Spencerem się policzy w swoim czasie, że zapomniał mu wspomnieć o kilku małych, lecz istotnych rzeczach. Atleif z natury nie był mściwy, lecz nie lubił jak się nim wysługiwano. Chcesz coś od niego, to mów wszystko inaczej następnym razem możesz stać po stronie ostrzejszej strony klingi najemnika. Wtedy osobnik wiedział, że popełnił błąd nie doceniając logicznego umysłu mężczyzny. Zazwyczaj za późno. Teraz jednak miał przed sobą jedną z najciekawszych osób w ostatniej historii Keronu. Wiele o nim słyszał i większość była prawdą. Lecz brązowowłosy nie czuł się ani trochę przytłumiony osobowością Reynarda. Był równie dobry jak on, a nawet w niektórych rzeczach lepszy. I to dowódca jakobinów, potrzebował Atleifa. Nie na odwrót.
- Cóż. Jestem wolnym strzelcem i nie muszę robić na innych. Moje umiejętności i reputacja pozwalają mi na wiele zleceń. A Gildie proszą o pomoc, kiedy ich zasoby okazują się być jakby to ująć. Beznadziejnymi. – Powiedział wojownik, a kącik jego ust ruszył się delikatnie. Cóż taka była prawda. Jak Gildia sobie nie radzi to wzywają ludzi z zewnątrz. Jednak to, co zrobił Spencer cały czas wisiało Atleifowi w umyśle. Co też jego znajomy chciał osiągnąć poprzez ukrycie tych informacji? Myślał, że rzuci się na Reynarda i Clarisse w pojedynkę i jeszcze ich zabije? Cóż. Jeśli tak, to będą musieli sobie porządnie porozmawiać i wyjaśnić kilka spraw. W międzyczasie jego przyszły, albo i nie, zleceniodawca wyjawiał mu, na czym polegałoby jego zadanie. Aresztowania? Czy on wygląda na jakiegoś podrzędnego strażnika? Jeśli rzeczywiście Jakub kontroluje to miasto jak się chełpi jego prawa ręka to nie byłoby żadnym problemem aresztowanie kilku szlachciców. Chyba, że jest jakieś drugie dno. Jak szarooki znał swoje szczęście to było. W międzyczasie do ich stolika dosiadł się rudy koleś, który był chyba jednym z twórców tego całego burdelu w karczmie. Ehh. Czy niektórzy nie mogą spokojnie się zachowywać w miejscach publicznych, zamiast wyciągać miecz i chwalić się, jakiego to kozika nie kupili i jakimi to zabijakami nie są.
- No to tutaj raczej nie znajdziesz zajęcia. Nie wyglądasz mi na łowcę, ani o tobie nie słyszałem. Jak jesteś handlarzem albo rolnikiem to kiepską wybrałeś porę. – Powiedział szermierz. Irytowali go tacy ludzie, co wpieprzali się w jego interesy. Byle dureń chwycił miecz i myśli, że może iść zabijać. Na szczęście szybko kończyli swoje zabawy. Najczęściej na wieczność. – Przy okazji powiedz tej swojej dziewczynie by powściągał język. Widziałem więcej osób, które wieszali lub gwałcili za mniejsze rzeczy.
Po tych słowach przeniósł swój wzrok na Vlangrera.
- Najpierw powiedz mi, kto ma być celem zlecenia i na czym ma polegać to tak zwane aresztowanie. Raczej pamiętałbym wstąpienie do straży miejskiej. Co do zapłaty to o tym później. – Rzekł najemnik i gestem dłonią dał znak by dali im coś wreszcie do picia.

Re: Karczma pod Kogutem

32
Jeśli jakiś gryf pozostanie w jej ręce, dopilnuję, by jej ciału nie pozostała dłużej ta ręka – zapewniła półgłosem Derka nieco rozeźlona już Clarisse.
Ślicznotka zaprasza na spacer – warknęła już na głos najemniczka do sprawców karczemnej grandy. – Koń jest ci zbyteczny, panienko, do Fedora prowadzi jeno morska droga. Jak się sprawisz to po niego tutaj powrócisz.

Cóż, co zaś tyczy się wrażliwej acz nieroztropnej duszyszki Stanisława, bynajmniej nie spotkała się ona ze zrozumieniem otoczenia. Ostało mu zatem podążyć za ich nową przewodniczką, nim jakobini zaperzą się na tyle, by w imieniu Fedora rozwiązać problem Staśkowego żywota. Być może spotka się z przychylnością tej frakcji wówczas, gdy rozwiąże tę niezręczną sytuację, a potem w blasku i chwale powróci żywy po spotkaniu z Fedorem. Jeśli Sakir pozwoli... choć w przypadku Staśka wybór akurat tego bóstwa niezbyt był fortunny.

Niecodzienna deputacja wreszcie opuściła karczmę, zaś na zewnątrz Clarisse nakazała im iść przodem, sama maszerując w odległości kilku kroków za nimi. Długa uliczka w dół malowała się pod stopami, najwyraźniej prowadząc do portu, z którego odpłyną, by spotkać swe przeznaczenie.

ATLEIF
Przecież te nazwiska szlacheckie i tak ci nic nie powiedzą – odparł gwałtowne i nieco niecierpliwie Reynard. Jakże się mylił...
Chodzi mi głównie o lorda Stradforda, albowiem ta żmija potrafi machać nie tylko kiesą, ale i mieczem. Sam bym ich wszystkich w pień powyrzynał, ale nie znam takowej magii, coby mi pozwoliła w kilku miejscach naraz być tej samej nocy, a oto właśnie chodzi, by zdradliwą hydrę jednocześnie pozbawić wszystkich łbów. Już ja oduczę te ścierwa knowań przeciwko księciu Jakubowi. – Błysnęły niebezpiecznie oczy jakobina. – Staną psubraty jak jeden mąż na szafocie, ci zaś, którzy niepokornymi się okażą, na miejscu zginą podług swego własnego życzenia.

Wtenczas nareszcie zgraja pilnowana przez Clarisse wygramoliła się z karczmy, wtedy zaś Vlangrer skinął na siedzącego w karczmie in cognito jakobina, by ten takoż wyszedł z karczmy, co tamten zaraz uczynił. Na wszelki wypadek.

Jeśli zdecydujesz się na współpracę z nami, wiedz, że rozkazów tamtego oto Derka należy bezwzględnie słuchać na równi z moimi. Co się zaś tyczy jutrzejszej akcji, stawić się musisz pół godziny przed północą na skrzyżowaniu ulic Ametystowej i Hematytowej.
Spoiler:
ATLEIF, INGEBORG

Pozbywszy się wreszcie problematycznej hołoty, karczmarz mógł skierować się z powrotem do stolika Reynarda i Atleifa. Gdy był już w bliskiej odległości, nagle ujrzał szelmowski uśmiech jakobińskiej szychy, który podparło zamaszyste rzucenie pelną sakwą w stronę Derka. Dla ścisłości pełną 300 srebrników.
- Veselko przesyła ci pozdrowienia z zaświatów. Niechaj ci służą.
Spoiler:
Obrazek

Re: Karczma pod Kogutem

33
Najemnik wziął łyk napoju, który służący starszego mężczyzny i zapewne właściciela tej karczmy, postawił na stole. Jednak jego oczy w dalszym ciągu były utkwione w Reynardzie. Brązowowłosy czekał na jego ruch. Jak się domyślał, to poplecznik Jakuba uważał łowcę nagród za człowieka, który się nie orientuje w polityce. Cóż. Przez te lata to i owo się poznało, więc nie był do końca zielony. Po za tym Atleif uważał, że wojownik powinien być rozwinięty zarówno fizycznie jak i umysłowo. Wysłuchał słów prawej ręki Księcia i mimowolnie się uśmiechnął, lecz w środku zaczął gorączkowo szukać rozwiązania. Cóż sytuacja nie pisała się za ciekawie.
- Mogę się nim zająć, lecz to ja będę kierował akcją. Ten człowiek może być twoim zastępcą, lecz na polu walki ja dowodzę. I to ja się zajmę Stradfordem. Inaczej cały twój plan się posypie. Potrzebujesz wojownika, a takich jest tu mało. Więc Reynardzie. Dasz mi wolną rękę? – rzekł szermierz z nieznacznym uśmiechem na twarzy. To były jego początkowe żądania. Ciekawe jak Vlangrer zareaguje na nie. Jednakże konsekwencje tego całego przedsięwzięcia mogą wywołać spore poruszenie w Keronie. Jednak kto nie próbuje ten nie wygrywa.

Re: Karczma pod Kogutem

34
Widząc pokaźny wór złota lądujący na jego piersi, złapał go oburącz i odruchowo rozejrzał się wokół siebie. Szczególną uwagę zwrócił na Jensa, który widząc znaczny przypływ gotówki, mógłby części jej zapragnąć w postaci zaległej mu podwyżki.

- Nierozsądnie eksponować takim bogactwem w takim miejscu, może i otaczają nas przyjaciele, ale wiesz jak działa widok złota na.. – tu się zawiesił szukając odpowiedniego słowa określających tutejszych. - tutejszych

Czuł, że powinien mieć wyrzuty sumienia bogacąc się na śmierci innego człowieka, jednak takich nie odczuwał. W tym momencie uświadomił sobie jak to miejsce go zmieniło, ile zostało w nim człowieka, który opuścił rodzinną farmę.. ile pozostało w nim człowieczeństwa. Mówią, że wojna zmienia i zapewne jest to faktem. Jednak nigdy się tego nie dowiedział na własnej skórze, gdyż mimo swojego udziału w jednej, nie zdążył jej efektów w całości odczuć. W jego wypadku, na jego wpływ miało okrutne i bezwzględne otoczenie, jakimi zwykle są miejsca zasiedlone przez najniższe kasty społeczne. Kto nie potrafił się dopasować - albo ginął, albo uciekał z podkulonym ogonem, niczym w zwierzęcych stadach. Swoją drogą, wiele tutejszych zwyczajów przypominało te od naszych włochatych sąsiadów zasiedlających lasy. Jemu udało się dopasować, stać się tutejszym - nawet z wyglądu i skutki tego właśnie odczuwał.
- Mimo to gryfów nigdy za wiele. - odrzekł i postawił obficie wypełniony monetami mieszek pod stołem.

Przerzucił spojrzenie z jednego na drugiego. Próbowałem wyczytać z ich twarzy temat rozmowy, lecz oblicze Reynarda niczym egzotyczna lektura z dalekich krain, jak zawsze pozostawała nie do rozszyfrowania. Wreszcie sięgnął po dzban i wypełnił swój kubek czerwonym trunkiem wpatrując się w żłopiącego najemnika.

- To Erolskie wino, jeden z najdroższych i najwybitniejszych trunków jakie można dostać w królestwie. Mam tego tylko pół beczki, pół beczki które kosztowało więcej niż cały wóz tych szczyn, które miejscowi tak ochoczo pochłaniają. Zostawiałem ją na szczególną okazję, taką jak ta. – Wychylił się w kierunku najemnika zderzając swój kubek o jego. - Dziś świętujemy, jutro pracujemy i królestwo ratujemy. – Rzekł bez specjalnego entuzjazmu, unosząc brwi ku górze, lekko uśmiechając się kąciki ust i biorąc łyka swego cennego trunku.

- Opowiedziałeś mu już o jego zadaniu? – Odrzekł do drugie z towarzysza, nie obdarzając go swym spojrzeniem.

Re: Karczma pod Kogutem

35
Wahał się Reynard, otaksowywał najemnika wzrokiem, wreszcie haust z kufla pociągnął na podjęcie decyzji, ad fundum. Pomogło.
- Niech będzie, pamiętaj jednak, że twoje dowodzenie skończy się w momencie, w którym wystąpisz przeciwko naszym interesom. Ciebie zaś, Derku, prosić będę, byś w razie potrzeby udzielił nam jutro piwnicy albo jakowegoś pomieszczenia na przechowanie przez jedną noc tego drania, bowiem w ciemnicy miejskiej jeszcze nam go kto łapówką przed egzekucją wykupi. A zatem jutro o wpół do dwunastej, Atleifie, róg Ametystowej i Hematytowej, tam pytaj o Zydara.

Wówczas karczmarz wzniósł nie byle jaki toast, do którego Reynard z Atleifem zaraz się ochoczo przyłączyli.
- Za powodzenie akcji – dodał Reynard. – I niech bogowie nam sprzyjają.

[z/t] -->Atleifa zapraszam tutaj. * * * Nazajutrz nadzwyczaj dziwne przywitały wszystkich okoliczności. Derek przekonał się o tym poranną porą, kiedy otworzył dźwierza karczmy dla klienteli. Gdy w progu własnego przybytku stanął, zdawało mu się, jak gdyby u szczytu ulicy jakiś zbytnik stągwie wody regularnie wylewał, bowiem strumienie płynęły w dół ku wybrzeżu i ani chybi ci, co poza karczmą ulicą chcieli stąpać, w wodzie aż po kostki musieli brodzić. Brudna to była woda, błotem i nieczystościami tchnąca, co w połączeniu z fetorem portowym, z którego toksycznej mieszanki rybny odór największy stanowił perfum, dla nozdrzy wywoływały doznania facjatę mocno wykrzywiające.
Tak oto umierała zima, zbyt już słaba, by serca skuć lodem, wciąż jednak na tyle okrutna, by zalać wszystkich ostatnim utrapieniem.

Brak było wieści od Fedora, co poczytywać można było zarówno za wróżbę pomyślną, jak i niepomyślną. Takoż nieznany był los wczorajszych winowajców po dotarciu na łajbę oprycha. Za to utarg tego dnia był wyjątkowo udatny - do tego stopnia, iż gdy wieczór miał się u szczytu, wszystkie pokoje na nocleg w karczmie były zajęte, a mimo to coraz to kolejni podpici wypytywali o możliwość taniego legowiska. Derek z Jensem ani chybi mieli tego dnia pełne ręce roboty.

Co się zaś tyczy Jensa...
- Szefie – odchrząknął pracownik, gdy udało mu się dorwać Derka chwilę na osobności. – Zapomniałem ci powiedzieć, ale jeden pokój jest zatrzaśnięty jak cholera, choć typek opłacił go jeno do wczoraj. – Jens spojrzał bezczelnie na Derka, a wzrok ten wyrażał wiele. Na przykład frazę o treści „za mało mi płacisz, żebym przypomniał sobie o tym wczoraj.”
Obrazek

Re: Karczma pod Kogutem

36
- Jak zgłodnieje to sam wyjdzie, a wtedy policzysz mu za te dodatkowe dni. - Uwielbiał wykorzystywać takie okazję do dodatkowego zarobku. Nie pierwszy raz się zdarzało, że klient po hucznej nocy, zabarykadowany, w wynajętym pokoju dzień zapłaty przesypiał.

Przypominając sobie o złocie pozostawionemu samemu sobie pośród chuci, ruszył wnet pośpiesznie w kierunku schodów do głównej sali. Cena pośpiechu była jednak wysoka. Gdy karczmarz gnał nie zważając na nic, niefortunnie zahaczył jedną nogą o piętę drugiej. Efektem tego była równowaga, którą stracił. Przechylił się za barierki, które za niskimi się okazały i puściły swojego właściciela nieszczęśliwie lecącego głową w dół. Trzask się rozległ podobny tym, które podczas karczemnych bijatyk, żuchwy wydawały. Nie trzeba było czekać nawet chwili, by gapie się zewsząd zleciały. Widok ukazał im się dramatyczny, głowy zgiętej w kącie nazbyt nienaturalnym i ich gospodarza, które ostatki życia wykasływał, by skonać ostatecznie na oczach swojej wiernej klienteli.
Spoiler:

Re: Karczma pod Kogutem

37
Coen
Czarne wesele

Z perspektywy czasu spojrzawszy, nadziwniejsze reminiscencje towarzyszyły Coenowi w odniesieniu do tamtego osobliwego wesela, w którym to bogowie raczą wiedzieć, dlaczego rezolwował się partycypować. Snadź musiał w tym istnieć jakowyś boski zamysł, coby dratwę ludzkiego przeznaczenia przepleść w pewien zamierzony sposób… Jednakże o tym przyszło bardowi deliberować w późniejszym okresie jego dziejów, zaś w owej chwili tamtego pamiętnego dnia wszystko zdawało mu się jakieś takie niezdrowe, nienaturalne. Odwieczerz jawił się nadzwyczaj pochmurnie, atmosfera – ciężkawo, a wiatr labiedził tak niemiłosiernie, że nie lza było zabyć jego lamentu nawet pomimo drewnianych ścian. Dźwiękom wybrzmiałym z gęśli przez igrców na powitanie nowożeńców daleko było do niefrasobliwości, a choć w teorii wygrywano je prawidłowo, Coen nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jest w tej muzyce coś zdradzieckiego, pozazmysłowo wymykającego się definicjom klasycznego dysonansu. Fałsz, iże śmierć zza progu wcale do środka nie zagląda, blaga, jakoby kostucha nie gwarzyła z gośćmi przy akwawicie?

A jednak ludzie żyli dalej na przekór wszechobecnej śmierci, wbrew morowemu powietrzu, rozmaitym klęskom i wojnom. Tedy powiedziano Coenowi, iże to pierwsze wesele od dłuższego czasu, na które nowożeniec – Edmund, młody marynarz, także jakobiński wichrzyciel – uparł się, niepomny na społeczny wygawor. Przybywszy z chramu Ula, oblubieńcy wkroczyli do karczemnej izby, gotowi uczynić zadość tradycjom na cześć ich morskiego Patrona. Pan młody w stroju marynarza, z wzrokiem błyszczącym nienaturalnym blaskiem, z licem płonącym niezdrową czerwienią - niewiada już, czy ze szczęścia czy z ogrążki. Ona - Maria, blada, niewzruszona, w białej sukni i w wianku utkanym z sieci rybackiej, muszli i pereł. Ni krzyny uśmiechu wśród tej burzy ciemnych loków, jak gdyby na przekór wybrankowi, który tak się raduje…
Niedawne czasy, gdy mię poczytano
W liczbę fortunnych i za tego miano,
Który mógł wszystko otrzymać u ciebie,
A mnie sie zdało, żem był wszystek w niebie...
Pokropiono nowożeńców wodą morską, podano im dary morza do skosztowania, a potem jak na wesele przystało - czy ze śmiercią za oknem czy też bez - wypadki potoczyły się rychło, toteż przyszedł czas na okowitę. Coen sam nie wiedział, kiedy i w jaki sposób w jego dłoni znalazł się drewniany kubek, z którego wychylił razem z resztą gości toast. Teraz ostało jeno zasiąść do weselnej uczty, co wszyscy zgromadzeni ochoczo uczynili.

…dziś inne wiatry przeciwko mnie wieją,
Straciłem wszystko zaraz i z nadzieją;
Nie wiem, co mię za wiedźma osypała
I lichem zdradnych słów uczarowała.


- Hm, panie Coenie? – z zamyślenia wyrwał trubadura głos Edmunda, który jakiś czas później niepostrzeżenie pojawił się przy gędźbie i krótką chwilę odczekał, nim wreszcie się doń ozwał. Akurat wtedy, gdy nie wiedzieć czemu Gawronowi przypomniały się te zaslyszane niegdyś w niepamiętnych cyrkumstancjach słowa. Kto wie, czy z powodu Marii, która nadal sprawiała wrażenie niezbyt uradowanej własnym zamążpójściem, czy może z jeszcze jakichś inszych, głębszych powodów. – Nie zechciałby pan bard pierwszym występem nas ukontentować?
Obrazek

Re: Karczma pod Kogutem

38
Patrząc na to ze stanowiska minionego czasu, nieciekawie się zadziało, że fatum akurat tą metodą rozkazało poskręcać w warkocz dratwę przeznaczenia, że zechciało tak uwić tę złachmanioną nić, że zamiast wzmocnić wiązania, nieomalże sznureczek urwało. Słowem, sam się sobie nadziwić nie jestem w stanie, że siedzę tu, w Qerel, sącząc siwuchę z facetem, którego beztroskie, samotne huśtanie się po świecie zostało dziś, mocą wianków oraz owoców morza, zakończone. Zerkam za okno, rzucam okiem na wieczorną mroczność i zastanawiam się nad niesłusznością swoich osądów. Odstawiam kubeczek z resztą trunku na bok. Nie zasmakowała mi ta ziemniaczana berbelucha, co biorę za złą wieszczbę. Jest wesele, acz nie weselą się twarze, nie świecą uśmiechami, nie tańczą rozochocone ciała. A zatem smutne to wesele, czarne wręcz i czarna noc na zewnątrz. Gościom nie chce się skakać. Może odeszła z nich moc, w co wiarę dać – dam, skoro miasto całe zostało pozbawione ducha. Może nie. Może szukam powodu ich chmurności w sferach, w które nie winno się zwracać wzroku, a ta niemrawa swołocz jest w istocie niemrawa na skutek czegoś prozaicznego. Ot – przez nieudane brzęczenie strun abo niesmaczne żarcie. Uznałem, że rozruszam nieco tę zbieraninę i uczczę swoim warsztatem ostatni dzień wolności nieszczęsnego nowożeńca. Kucharz ze mnie żaden, nie zaradzę więc nic na niedobrą strawę, za to strunami brzęczeć umiem uczciwie.

Skoro już tu zawitałem – mówię do Edmunda — to nie usiedzę na zadzie. Dać mi ino trochę zainteresowania i kazać reszcie zawrzeć się na moment. Jeszcze będą się radować, wszarze, twoim szczęściem, brachu. Bierz żoneczkę na środeczek i ruszcie w tan.

Raz. Dwa. Raz. Dwa. Trach. Działa. Lutnią miałem się chwalić przed księciem, nie przed mieszczańską hałastrą. Lutnia, która miała grać na salonach, teraz rozbrzmiewa w tawernie. Dawno nie musiałem zmuszać się do zadowalania takich widzów. Postawiłem na coś mało dworskiego. Ludziom z owianego chorobą miasta nie trzeba heroizmu, romansów i żalu. Oni chcą zrozumienia, a ono chowa się w powszedniości. Jesteś szalona zdawało się w sam raz, ale widziałem zawczasu, że panna młoda chodzi po izbie trochę poddenerwowana. Nie chciałem więc drażnić stwora, a słowa takiego utworu łatwo uznać można za drobną drwinę abo prześmiewkę. W końcu rezolwowałem przedstawić coś z niedawno stworzonego zestawu nutek. Zamiarowałem zachować je świeże na koncertowanie u księcia, ale dotarło do mnie, że warto przetrenować schemat raz znowu. Przeto, widząc częściowo chociaż roznamiętnioną zaręczoną parę w centrum pomieszczenia, otoczoną osobami bez żaru w sercach, ochoczo zabrałem się do czarowania. I czarowałem, choć bez czarów.

Światłem natchnione różowe usta,
Drżące na stole świece różane.
Za słońcem się wczesne chowa zaranie.
Nieszczęściem, na szczęście, wita nas ranek.
Och, przeurocza Ines. Mówię do siebie pod nosem, tracąc na sekundę słowa, robiąc małą przerwę na ponowne zebranie rezonu. Patrzę za okno, na cienie tańczące na bruku. Tańczą cienie, tańczą kochankowie, tańczą ślamazarnie goście. Nieciekawie się zadziało, że tą akurat metodą fatum rozkazało poskręcać dratwę przeznaczenia, że zwołało mnie tu, na czarne wesele, zatrwożonego echem kaszlenia oraz narzekań. Izba zatrzęsła się od kroków tańca. Na przedzie chwiała się chuda, pomarszczona, odziana w szarawą suknię staruszka. Pewno matka Marii. Tuż za nią, korowodem, słaniała się reszta biesiadników. Panie, panowie, dzieci, nawet karczmarz, a na zwieńczeniu on i ona, uciecha i smutek, mąż i żona.

Chodź no, a nie trwóż się wcale,
Widzę cię raźno w uczucia bramie.
Niech miłość znów nas w komnacie zastanie,
Ach nie trwóż się, nie trwóż, kochanie.

Bo choć nieszczęściem wita nas ranek,
To ze mną – kwiecie – nic ci się nie stanie.

Re: Karczma pod Kogutem

39
Dryfowała wśród nienaturalnej mgły, przedzierała się przez kłęby gęstego dymu, a rzeczywistość wirowała w pijanym tańcu karczemnego utracjusza, chybotliwymi falami zatapiając Evony na smętnym dnie jej złowróżbnego przeznaczenia. A potem świat runął i ostała się jeno ciemność, nikle roświetlona zajściami, które nigdy nie miały prawa się wydarzyć.

To było jak sen. Obudziła się tuż obok dźwierzy, oparta o drewnianą ścianę karczmy „pod Kogutem”, z dziwną reminiscencją Coena i rozdzierającym bólem w głowie. Do umysłu zamroczonego międzywymiarową ekskursją z wolna poczęły dostawać się stłumione dźwięki muzyki i kotłowaniny głosów z wnętrza. Z osobliwym otumanieniem spoglądała na swe dłonie, gdy z ich pomocą podnosiła się z klęczek, z równie swoistym poczuciem nierealności otoczenia odbierała bodźce z zewnątrz. Zmierzch już zapadł, acz nieboskłon podpowiadał, iże całkiem niedawno, tedy konkluzja nasuwała się sama – ledwo godzina musiała minąć od pamiętnego starcia z agresorami, a niepodobna przecie, by leżała czas taki i nie została okradziona. W powietrzu nie pozostał ślad tamtej konfrontacji, z podłoża zniknął nawet zewłok dawnego adwersarza. Jeśli czarownica nie chciała stać się główną pieczenią Zakonu Sakira, ani chybi winna się nieco pospieszyć.

Wewnątrz karczmy trwało właśnie najgorsze wesele w historii Keronu. Ktoś zawodził na gęślach, jakiś przepity głos intonował „Jesteś szaloną”, a na samym środku izby leżał nieprzytomny pan Janusz, który przyjechał na uroczystość aż ze Śmieszkowa pod Qerel. Evony nie zdążyła oporządzić się do schludnego wyglądu i dopiero potem chwycić za klamkę, by niczym skorpion z ukrycia realizować swe podstępy – zrządzeniem dziwnej a niefortunnej koincydencji, nim uczyniła na zewnątrz cokolwiek poza wstaniem, silny wiatr niemalże wyrwał dźwierze wraz z zawiasami, zawodzącym powiewem uderzył do środka karczmy, zgasił przeciągiem parę niepokornych świec w lichtarzach. Na tle królestwa zarazy stanęła ona – nikczemna piękność w rubinowych czółenkach, ze strugą krwi znaczącą dekolt niegdyś białej i niewinnej sukni, z rozwianym włosem i zakrwawionym sztyletem w dłoni.

Zapadła cisza i półmrok, któraś z niewiast krzyknęła, panna młoda zemdlała, a pan Janusz przewrócił się na drugi bok.
Obrazek

Re: Karczma pod Kogutem

40
Zbyt długa ingerencja obcego elementu w mojej głowie wywołała większe szkody, niż mogłam przypuszczać. Droga do karczmy stała się ulotnym wspomnieniem, pełnym surrealistycznych obrazów, zamazanych przez resztki zdrowego rozsądku, który był fundamentem mojej twierdzy. Ktoś próbował naruszyć tę konstrukcję, doprowadzając mnie do granicy obłędu. Chloe kroczyła tuż obok podobnie jak Evony, raz po raz zerkając na mnie- Ines Charbonneau. Po kilku chwilach, które w moim odczuciu wydawały się wiecznością, wylądowałam na kolanach przed karczmą, z pulsującym bólem głowy. Czyżby któraś z moich sióstr uraczyła mnie wyjątkowo podłym alkoholem? Nie... Minęło zbyt mało czasu, żebym zdążyła wytrzeźwieć i pozostać w stanie nienaruszonym przed karczmą "Pod Kogutem". Po Chloe i Evony nie było śladu, podobnie jak po jednym z agresorów. Doskonale!

Potrzebowałam chwili, żeby zorientować się w obecnym położeniu. Jednego byłam pewna- całą kreację szlag trafił. Mój wygląd nie wskazywał na szlachetne pochodzenie, wręcz przeciwnie, wyglądałam jak wyjęta z rynsztoka. Rozczochrane włosy, wymięta sukienka, brudne ręce... Kurwa, zaklęłam w duchu, czując naganę od wewnętrznej Evony. Mogłam sobie na to pozwolić, gdyż na ten moment byłam nikim, pustą skorupą, którą wypełnię odpowiednią osobowością, zależnie od potrzeb. Niech tylko przekroczę próg karczmy.

Nim zdążyłam chwycić za klamkę, los postanowił zadrwić ze mnie po raz kolejny. Czułam się tak, jakbym brała udział w przedstawieniu teatralnym, prezentowanym przez jedną z wędrownych trup aktorskich, w którym miałabym grać morderczynię. Silny wiatr otworzył przede mną drzwi karczmy, ukazując mnie z zakrwawionym sztyletem w dłoni, na tle wyniszczonego przez zarazę miasta. Za młodu marzyłam o dołączeniu do obsady aktorskiej. Byłabym podziwiana przez tłumy, wywołując skrajne emocje wśród widzów. Mogliby mnie na zmianę- kochać i nienawidzić, w zależności od przydzielonej roli. Wielokrotnie niania powtarzała mi, żeby uważać na to, czego sobie życzymy, gdyż bogowie bywają okrutni i często dają nam nauczkę w postaci podobnych prezentów. To jakże efektowne wejście bez wątpienia było potwierdzeniem jej słów.

Czas naglił, a ja tkwiłam nieruchomo w drzwiach, obserwując narastający wśród gości niepokój. Jedna z kobiet nawet zemdlała na mój widok, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że wyglądam jak wyciągnięta z rynsztoka. Nie byłabym sobą, gdybym nie wykorzystała okazji, a że należy zawsze patrzeć na szklankę do połowy pełną... Najwyższy czas, żeby świat poznał kolejną z moich sióstr!

Margot Laveau- wędrowna handlarka sprzedająca rzadkie przedmioty z Archipelagu, głównie biżuterię. Z każdym kolejnym krokiem dopisywałam kolejną historię do jej życiorysu. Rodzinny interes, podróże z miejsca na miejsce, z targu na kolejny targ. Ojciec zawsze pragnął syna, który rozsławiłby nazwisko Laveau na cały świat, przekazując swoją wiedzę kolejnemu pokoleniu. Co prawda córka nie spełniała jego oczekiwań, to posiadała niekłamany talent do wciskania lichego towaru wśród pospólstwa, głównie przez swoją aparycję. Jednak ładny wygląd nie zakrywał trudnego charakteru- lata spędzone na bazarach wyrobiły u Margot tak zwaną "wielką gębę", która, choć przydawała się w handlu, utrudniała jej życie codzienne. Po kilku latach dziewczyna postanowiła odsunąć się od rodziców i rozwinąć własną działalność. Cóż za przedsiębiorczość!

— Łatwy łup? Skurwysyny... Następnemu, który spróbuje mnie okraść zamiast palca, obetnę jajca!— warknęłam na wejście, chowając sztylet za srebrną podwiązką na udzie. Wewnętrzna Evony prychnęła na mnie z pogardą, uciekając w najgłębsze zakamarki umysłu. Kaleczenie języka zadawało cios kamiennej masce, którą zbudowałam za pomocą klasy i ogłady. Cel uświęca środki...

Nie potrzebowałam wiele czasu, żeby zorientować się, że trafiłam na wesele, w dodatku jako nieproszony gość. Jaka byłaby ze mnie handlarka, gdybym nie wykorzystała tej okazji, do sprzedania kilku towarów? Dajmy na to- przedmiotów otrzymanych od mojego Lorda? Ha! Nie dość, że pogrążę jakobinów, to jeszcze na tym zarobię! Wizja przyszłości malowała się w bardzo ciepłych barwach.

— Coś się nie podoba?— spytałam, czując na sobie spojrzenia zebranych gości. Zwróciłam uwagę na leżącą kobietę, która zemdlała zaraz po moim wejściu. Zacmokałam niezadowolona i oparłam ręce na biodrach.

— Tam, skąd pochodzę, mają świetną metodę na tego typu przypadłości— to mówiąc, wykonałam w powietrzu ruch, jakbym chciała uderzyć kogoś w twarz. Coś czuję, że polubię Margot. W kreowaniu tej postaci niezwykle pomocne okazało się wspomnienie podróży z Archipelagu do królestwa Keronu. Kapitan mojego statku był niezwykle szczerą osobą, niespecjalnie przebierającą w środkach przekazu informacji. Godzinę temu gotowa byłam stwierdzić, że za nic nie przekroczyłabym granicy klasy, jednak teraz... Przecież Margot to tylko rola, kolejna maska do kolekcji.

Nie czekając na reakcję innych, oddaliłam się w kierunku karczmarza. Zmierzyłam go wzrokiem z góry na dół, oceniając, w jakim stopniu może okazać się przydatny, do wykonania mojego zadania. Zdolność widzenia aury okazałaby się tutaj niezwykle pomocna, jednak całą moc zużyłam na "czarne płaszcze". Musiałam zdać się na "kobiecą intuicję". Wyjęłam z woreczka srebrny pierścień i położyłam go na barze.

— Czy za ten drobiazg znajdzie się dla mnie butelka dobrego wina? No i może garść informacji, ewentualnie wanna z ciepłą wodą? — spytałam, uśmiechając się w najbardziej uroczy sposób, jaki mogłabym przypisać Margot.

Re: Karczma pod Kogutem

41
Przedstawienie zgotowane przez Evony nie wzbudziło wśród gości zaufania do niej, jednakowoż jej drobny sukces polegał na tym, że przynajmniej żaden z nich nie pokwapił się do tego, by ją od razu stąd wyrzucić. Dostatek trywialnych fraz ze strony wiedźmy przysporzył jej jeno krzywych spojrzeń i ni słowa responsu, atoli sytuacja uspokoiła się nieco, gdy dźwierza ukazujące zgrozę za nimi zostały zamknięte, a dwóch marynarskich chwatów poczęło przywracać żywot omdlałej białogłowej. Dopiero teraz czarownicy przyszło zderzyć się z autentyczną przeszkodą, murem nie do przebicia - łysym karczmarzem o masywnej posturze pozbawionej karku. Evony przyzwyczaiła się do tego, że nie miała sobie równych w perswazji, manipulacji i przebiegłości. Prawda to była niezaprzeczalna, jednakże problem z oberżystą polegał na tym, iże jego inteligencja jeno krzynę przewyższała intelekt gołębia, tedy wszelakie finezyjne próby dotarcia do głębin tego umysłu wielkości orzeszka kończyły się mocnym zderzeniem ze ścianą. Paradoksalnie za głupi był na to, by nabrać się na sztuczki Evony.

Nie – burknął niezwykle wylewnie i arogancko grubas za szynkwasem, nie przerywając zajmującej czynności wycierania brudnego drewna blatu jeszcze bardziej utytłaną szmatą. – Dzisiaj jest wesele, karczma zajęta. Wszystko dla gości. Zabierać świecidełko i wynocha, skąd przyszła, babo!

I gdy wiedźma została zaskoczona odpowiedzią gruboskórnego szynkarza, kątem oka dostrzegła po lewej stronie dwóch jegomościów stojących w pewnej oddali od niej tuż przy schodach na górę, ani chybi wiodących do izb karczemnych dla gości. Choć interlokucja prowadzona była w tonie ściszonym, konspiracyjnym i pozbawionym nieproszonej asysty, jej strzępek i tak dotarł do ucha Evony, niespełna sekundę po słowach oznajmionych przez burkliwego oberżystę.
Wiktor? Kie licho sprowadza cię do tej obmierzłej dzielnicy? Toż zaraza wszędy! Pewniśmy byli, iże udałeś się z nim do stolicy – rzekł ze zdumieniem pan młody do mężczyzny w podróżnym odzieniu o jakości dalekiej od plebejskiego krawca. Rozmówca rychło uspokoił go skinieniem ręki.
Nie frasuj się, Edmundzie. Byłem w stolicy, uczyniłem co trzeba. Przynoszę wieści i rozkazy.
Tak przedwcześnie? Jakże to?
Plany się zmieniły, druhu. Pewni ludzie weszli nam w paradę i usunęli starego Rhaetyra. Klnę się na Ula, żeśmy nawet palcem przy tym nie kiwnęli.
A D’arzul?
Żyje. – Krzywy grymas przemknął na facjacie szlachcica. – Truciznę dla niego wypiła Yuraya, na szczęście ten barani łeb Truart już go aresztował. Dokończymy dzieło. Dogadaliśmy się z...

Nie słyszało głupie babsko? Głuche czy bez klepki?! – warknął głośno karczmarz, niezbyt subtelnie przerywając wiedźmie słuchanie politycznych rewelacji. – Won, powiedziałem! – zamachnął się masywną łapą z brudną szmatą tuż przed nosem Evony.
Jakiś problem, Earl? – Przeprosiwszy na chwilę kamrata, zaniepokojony zamieszaniem Edmund podszedł do szynkwasu, spoglądając pytająco na oberżystę, a następnie z niezrozumieniem otaksowując wzrokiem wiedźmę.
Obrazek

Re: Karczma pod Kogutem

42
Manifestacja chamstwa w wydaniu Margot spełniła moje oczekiwania. Efektowne wejście z zakrwawionym sztyletem przeszło bez echa, co uchodziło za sukces. Prości ludzie potrzebują prostego przekazu, a prostakom rzadko przypisuje się łatkę intryganta. Z dwojga złego wolę wzbudzać pogardę niż podejrzliwość, przynajmniej do czasu aż nie opuszczę karczmy i porzucę twarz Margot raz na zawsze ku uciesze wewnętrznej Evony. Łatwiejsza część zadania za mną.

Uśmiechnęłam się urzekająco do karczmarza, obracając pierścionkiem w oczekiwaniu na odpowiedź. Mężczyźni nigdy nie stanowili dla mnie przeszkody, której nie dałoby się ominąć. Tym razem nieco się przeliczyłam. Gdybym tylko posiadała minimalne zasoby magii, szybko owinęłabym sobie grubasa wokół palca. Tańczyłby w rytm granej przeze mnie melodii, żonglując przy tym butelkami. Tymczasem spotkałam się z jakże wymownym „NIE”, które zmusiło mnie do dalszego opracowywania strategii. Gdy mój lord przedstawiał mi szczegóły zadania, nie uwzględnił przy tym kilku drobnych przeszkód w postaci bandytów tudzież „karków” stojących za barem. Mimo wszystko gra była warta świeczki, serce Stradforda to cenny łup, który musi uzupełnić moją kolekcję.

Gdybym dopuściła Margot Laveau do steru, zapewne wdałabym się w dyskusję z karczmarzem na temat traktowania gości. Oczywiście padłoby kilka niewybrednych stwierdzeń z ust mojej siostry, którym towarzyszyłyby epitety, o których znajomość się nie podejrzewałam. Koniec byłby taki, że wyleciałabym z karczmy z hukiem. Nie, porażka jest nie do zaakceptowania. Evony cały czas czuwała nad sytuacją, zmuszając mnie do zmiany taktyki i powściągnięcia języka. Tyle tylko, że do grubasa nie trafiały żadne argumenty.

Kątem oka dostrzegłam dwóch mężczyzn, których podejrzane zachowanie przykuło moją uwagę na dłużej. Wysłuchałam całej rozmowy, starając się zapamiętać każde wypowiedziane słowo. Po chwili zorientowałam się, że mam do czynienia z jakobinami. D’arzul? Jestem pewna, że gdzieś już słyszałam to nazwisko. Mój lord na pewno będzie wiedział, o kim mówili. Trzeba rozwiązać język tego jegomościa, żeby uzyskać więcej informacji.

Z zamyślenia wyrwał mnie głos karczmarza. Odsunęłam się na krok od baru, żeby uniknąć zderzenia z brudną ścierą, którą dzierżył w rękach. Przez umysł przechodziło tysiące pomysłów, jak wybrnąć z sytuacji, jednak żaden nie brzmiał przekonująco. Czas mijał, a ja wciąż nie wykonałam żadnego ruchu. Wizja porażki malowała się coraz wyraźniej. Do czasu, aż na scenie nie pojawił się trzeci gracz- jakobiński wichrzyciel. Takiej okazji nie mogłam przepuścić przez palce. Wystarczyło okazać się na tyle interesującą osobą, aby nowy rozmówca zechciał zatrzymać mnie na dłużej. Postanowiłam jako pierwsza odezwać się do Edmunda.

– Proszę wybaczyć, jak zwykle robię niepotrzebne zamieszanie – westchnęłam, robiąc zażenowaną minę. – Po prostu przed chwilą zostałam okradziona z bardzo cennej biżuterii, która miała trafić do kilku magnatek z Dzielnicy Czterech Wiatrów. Od miesiąca nadskakuję tym wywłokom, licząc na konkretny zarobek, a teraz wszystko poszło w pizdu, przez kilku...– nie dokończyłam. Zamiast tego ukryłam twarz w dłoniach, manifestując swoją bezsilność. Zadbałam również o to, żeby odpowiednio wyeksponować bliznę zdobiącą moją szyję. Żałosne.

Miałam nadzieję, że Edmund zechce wykorzystać Margot w swoich planach. Miał przecież przed sobą kobietę, która obracała się wśród szlachty wspierającej Aidana. Mogła coś usłyszeć, coś zauważyć a odpowiednio potraktowana, mogłaby w przyszłości przysłużyć się planom jakobinów.

Re: Karczma pod Kogutem

43
Edmund zastygł, zamilkł, niespiesznym wzrokiem to karczmarza, to egzotyczną białogłowę obrzucił, a rozterka zawisła w powietrzu, ciężka jak brzemię grzechów Evony. Nie na długo – jużci wiedźma kłamstwem poczęła go uwodzić, blizną swoją ranę w jego sercu sączyć, kompasją podejrzliwość studzić. Magia manipulacji bez krzyny magii, a to nazbyt wiele dla prostodusznego marynarza, sługi morza, dla którego nawet zagwozdki burzy zdawały się łacniejsze niźli wyrafinowana spirala krętactw przechery.

Dajże spokój, Earl, toć nie widzisz, że ledwo panią niecnie napadnięto? Polej jej wina, abo i akwawity, a nadto użycz miski z wodą, coby mogła przemyć ranę. Chyżo! Źle wróży odmówić pomocy dobremu człowiekowi w dzień swego wesela. – Jasnoniebieskie oczy Edmunda były szczere, choć nieco zamglone, jak to zwykło zdarzać się w czas wielkorozpustnej okowity.
A teraz proszę mi wybaczyć, ważkie sprawy wzywają – ozwał się do wiedźmy, nim oddalił się ku swemu towarzyszowi. Jakkolwiek kusząco mogły się jawić perspektywy nowego wcielenia Evony wraz z jego wymyślnymi koneksjami, to jednak nie dziwować się winna, iże jegomość ten wybrał powrót do sobie podobnej politycznej zadziory, miast zaznajamiać się z nieznaną sobie awanturniczką. Potem jeszcze Edmund wskazał otwartym gestem niejakiemu Wiktorowi drogę ku górze i rychło ruszyli wespół na piętro dokończyć knowania, zaś wiedźma wyraźnie słyszała każdy krok odzwierciedlający stan desek schodów i pana młodego.

W odpowiedzi na to grubas zwany Earlem zachrumkał. Właściwie ciężko było inaczej nazwać ten dźwięk, stanowiący połączenie wciągnięcia zawartości nosa z odgłosem wydawanym przez świnie niezadowolone z pustego koryta w chlewie. Na dodatek antałek z okowitą okazał się pusty, tedy chodzący okaz wędliny podqerelskiej rzucił na blat ścierę, wygramolił się zza szynkwasu i nie spojrzawszy nawet na Evony, podreptał niezgrabnie ku pobliskim schodom, a potem w dół, ku piwnicom pełnym zapasów.

Wiedźma miała czyste przedpole i wiele możliwości przed sobą – nikt nie stał za ladą, nikt nie pilnował schodów ku górze, a ludzie zdawali się w ogóle przestać zwracać na nią uwagę. Brzmiała wtedy smętna i jazgotliwa muzyka, parę sylwetek pląsało na parkiecie, najbliżej niej dwóch mężczyzn i jakaś kobieta popijali w najlepsze. Kawałek za nimi samotny hirus trwał już w stanie, w którym nieruchomo spogląda się daleko przed siebie, ponad kielich na ławie i troski trzeźwego świata. Wzrok czarownicy powędrował dalej, by dostrzec w oddali w rogu sali widok już jej znany, acz na jakiś czas wyparty z pamięci. Ujrzała ją na ułamek sekundy tuż przed dworem Stradforda, a teraz siedziała tam nierzeczywiście sama w kącie i obserwowała z zimnym spokojem karczmę, tworząc wokół siebie przestrzeń, do aury której nie ważył się zbliżyć nikt. I nikt tam nie patrzył, nikt jakby nie widział, choć Evony percypowała jej bytność całym swym jestestwem. Kobieta w czerni – blada, nienaturalna, o włosach czarnych jak śmierć.
Obrazek

Re: Karczma pod Kogutem

44
Zastygłam w bezruchu, oczekując na decyzję Edmunda. W myślach odmawiałam wszystkie znane sobie modlitwy do Sulona, licząc, że tym razem również zechce udzielić mi swych łask i wspomóc w wykonaniu zadania. Ech… Gdybym tylko odzyskała moc magiczną… Wszystko poszłoby jak z płatka. Zaczęłam rozważać powrót do Cratera Stradforda z podkulonym ogonem, tłumacząc się, że robiłam, co mogłam, ale napad czarnych płaszczy popsuł mi szyki, jednak wiedziałam, że jakiekolwiek wyjaśnienia nie utrzymałyby mojej pozycji u jego boku. Z niezastąpionej stałabym się bezużyteczna, a to było nie do przyjęcia.

Na szczęście moje umiejętności aktorskie całkiem nieźle się sprawdziły. Czułam lekki niedosyt z tytułu odejścia Edmunda, jednak wciąż zachowywałam pole do dalszych działań. Otarłam łzy z policzków i uśmiechnęłam się poprawnie.

– Dź… Dziękuję– wymamrotałam, głośno wciągając powietrze do nosa. – Na pewno się odwdzięczę.

I to jeszcze jak! dodałam w myślach. Zabawne, chcąc zrobić dobry uczynek, Edmund sam na siebie podpisał wyrok. Wyobraziłam sobie entuzjazm matki, gdyby dowiedziała się, jak skutecznie wykorzystuje jej lekcje na własną korzyść. Po prawdzie nie dorównywałam jej w finezji, z jaką tworzyła swoje intrygi i wcielała je w życie. Jeszcze się nie ciesz Margot, to było łatwe zwycięstwo, upomniała wewnętrzna Evony, zmuszając mnie do działania.Moje spojrzenie wylądowało na Earlu. Wciąż stanowił barierę nie do przebicia, przez co musiałam zachować ostrożność.

– Proszę się nie martwić, długo tu nie zabawię – powiedziałam, pozwalając sobie na lekkie uniesienie kącika ust ku górze, po czym opadłam ciężko na krzesło stojące przy barze.

Miałam teraz czas na ocenę sytuacji i przemyślenie kolejnych kroków. Podążenie za Edmundem wydawało się bardzo kuszące a informacje, które mogłabym zdobyć- bezcenne. Jednak ryzyko przyłapania na gorącym uczynku było zbyt wysokie, a ja wciąż nie wykonałam zadania. Przede wszystkim muszę pozbyć się przedmiotów od Stradforda, a to, co usłyszę, będzie miłym dodatkiem do wypełnionego kontraktu. Poza tym wciąż liczyłam na rozmowę z jakobinem, z której mogłabym się co nieco dowiedzieć, przy odpowiednim zastosowaniu technik perswazji.

Zerknęłam do sakwy z przedmiotami. Srebrny pierścień, ważka, flakon i książka. Ostatni przedmiot szczególnie mnie zaintrygował. Zastanawiałam się, jaką może zawierać wiedzę? Chętnie zatrzymałabym ją na dłużej, w przeciwieństwie do tej cholernej ważki, która tylko przysporzyła mi problemów. Nie miałam zbyt wiele czasu, wszak Earl mógł w każdej chwili wrócić, więc na początek uznałam za rozsądne pozbyć się flakonu z nieznaną substancją.

Upewniwszy się, że nikt nie zwraca na mnie większej uwagi, postanowiłam upchnąć przedmiot za szynkwasem, najlepiej w jakimś miejscu, do którego dawno nikt nie zaglądał. Zanim postąpiłam pierwszy krok w kierunku baru, zatrzymałam się na chwilę, skupiając wzrok na znajomej twarzy kobiety, którą gdzieś już widziałam…

Czego ona chce? Jej obecność mimowolnie wzbudzała we mnie dziwny rodzaj lęku. Byłam święcie przekonana, że ta kobieta posiada równie niespotykane zdolności co ja. W dodatku zdrowy rozsądek podpowiadał, że w bezpośrednim starciu miałabym marne szanse na wygraną, szczególnie teraz- bez magii. Skoro reszta nie zwracała na nią uwagi, to znaczy, że pojawiła się tu z mojego powodu, podobnie jak pod posiadłością Stradforda. Czyżby ktoś wynajęty przez matkę? Nie… Zbyt dobrze się ukrywałam. Poza tym miała okazję dopaść mnie pod karczmą, osłabioną po pojedynku z Czarnymi Płaszczami. Wygląda na to, że nie unikniemy konfrontacji…

Nie zamierzałam się specjalnie spieszyć. Najpierw pozbędę się butelki z dziwną substancją, później przejrzę kartki z księgi i ostatecznie rozmówię się z wiedźmą. Wyznaczywszy sobie taką kolejność, skierowałam swe kroki za bar, w celu wykonania części zadania.

Re: Karczma pod Kogutem

45
Mistrz Gry

Nagłe wtargnięcie wiedźmy zostało przyjęte ze sporym zaaferowaniem, szczególnie zważywszy na jej osobowość, Margot – prostą, nieprzebierającą w słowach kobietę z Archipelagu o kompletnym braku wyczucia w wielu kwestiach. Potem jednak, gdy kurz całego zajścia opadł, wszyscy zdali się powoli wracać do swoich zajęć, to znaczy nieumiarkowanego pijaństwa, obżarstwa oraz nazbyt swawolnych tańców. Nikt już się Evony nie przejmował, gdy tylko pan młody wziął sprawę w swoje ręce. Było to poniekąd nielichym ułatwieniem, bowiem dużo ciężej byłoby wykonać zadanie ze wścibskimi oczyma śledzącymi każdy twój ruch. Nawet karczmarz się oddalił i na wiedźmie spoczywały już tylko jedne ślepia. Przeszywały kobietę na wskroś, wywoływały dziwne uczucie niepokoju oraz gęsią skórkę... dziwna persona siedziała nadal w swoim kącie, co jakiś czas rzucając przeciągłe spojrzenia na nią, na dłuższą metę nie przeszkadzając w misji.
Flakonik poszedł na pierwszy ogień. Wypełniony cieczą o ciemnoczerwonym, głębokim kolorze sam w sobie wyglądał wyjątkowo podejrzanie. Evony nie mogła wiedzieć, co się w środku znajduje – ot, mogła jedynie przypuszczać pochodzenie substancji. Najważniejszym było, że pomoże to w realizacji planu. A żeby go zrealizować, trzeba było go podrzucić w jakieś ustronne, lecz możliwe do znalezienia miejsce. Wiedźma szybko, póki nikt nie przejmował się jej towarzystwem, uprzednio zauważywszy obecność swej rywalki, ruszyła do baru, by tam pozostawić fiolkę. Miejsce znalazła zaraz, wymiarkowawszy przytulny, niesprzątany zakątek. Artefakt wnet się tam znalazł, a wiedźma powoli zaczęła wracać na swoje miejsce...
Och! A co ty tutaj... hik! Pan karczmarz chyba poszedł po trunek, prawda? Gdzież ci tak śpieszno? — do Margot przykleiła się, bowiem innego słowa trudno tutaj użyć, jedna z balujących tutaj dam. Urody... przeciętnej można by delikatnie rzec, w kiecce koloru zgniłej żółci, niedopasowanej i wymiętej, jakby nie dość, że wyjęła krowie z pyska, to na dodatek pożyczyła od starszej siostry. Aktualnie patrzała się na twarz Evony z odległym nieco uśmiechem, więc trudno było ustalić, czy widziała całe zajście, czy po prostu również zaglądała za szynkwas w poszukiwaniu napoju wyskokowego. — Ależ ty brudna! Hik! Jak zjawa wyglądasz! A taka ładna suknia. Gdzież ten stary wypierdek polazł, trzeba go złoić, jak wróci. Jaka piękna... hik! Piękna... — nietrudno było się domyślić o stanie wskazującym dziewczęcia, które chwiejąc się, plotąc wesoło, czkając przy tym co i rusz, poprawiało bez większego skutku przyodzienie Evony, nie myśląc nawet dać jej w tym momencie spokoju.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Qerel”

cron