Las pod Górą [Góra Erial]

91
Będąc gotową na podjęcie walki i wykonanie wcześniej zamierzonych kroków, Tessa doznała nagłego olśnienia. Wiedziała, co musiała zrobić, aby dać szansę Amandzie na przetrwanie. Cały czas posiadała w tobołku dwa przedmioty, które otrzymała od Śmierci zanim wkroczyła do lustrzanego wymiaru: Śnieżną Kulę i Brewiarz z modlitwami do Usala. Grzechotki nie brała pod uwagi, ponieważ nie spodziewała, by po jej użyciu nekromanta stał się potulny. Reyes cieszyła się, że miała tobołek przy sobie. Dzięki temu mogła spróbować niepostrzeżenie sięgnąć dłonią z tyłu, by jakoś wyjąć z niego Śnieżną Kulę.
Próbowała to oczywiście zrobić, gdy ten zaczął pokazywać prawdę o wczorajszym wieczorze. Skłamałaby, gdyby później powiedziała, że nie poruszyło jej to. Zamurowało. Zmiażdżyło. Skierowało najkrótszą ścieżką do krainy żalu i obłędu. W oczach miała niemalże łzy. Musiała zganiać się w myślach, aby działać dalej i nie zapominać, że musiała naprawić swój błąd - Amanda zaraz mogła umrzeć. Na temat jej byłych towarzyszy nie chciała w tej chwili zastanawiać się - rozsypałaby się, gdyby odkryła, że zabiła całą trójkę. Dobijała ją już niepewność, że mogła przyczynić się do śmierci Lorhina. Wciąż wypierała z siebie, że to mógł być prawdziwy on. Gdzieś z tyłu głowy tłukła jej się myśl, że prócz Garena, mogła żywić głębsze uczucia także do zimnego elfa.
Słysząc przeraźliwy, szaleńczy śmiech wroga, spróbowała wyszarpnąć z tobołka Śnieżną Kulę. W duchu odświeżyła sobie wszystkie modlitwy z brewiarza Usala, które przeczytała na pokładzie Chętnej Kurwy. Modliła się już tylko o ratunek Amandy i towarzyszy, o cud z Jego strony, by miała siły zmienić to, co skrewiła. Nie modliła się o siebie. Uważała, że zasłużyła na to, by tu zginąć i nie miała nic przeciwko. Gorączkowo kalkulowała w jaki sposób może dalej zająć Ananona, zbliżyć do Amandy i spróbować mimo wszystko znaleźć ten przedmiot, który wcześniej pozwolił rozdzielić Rdzeń Śmierci na dwoje. To musiało gdzieś być w pobliżu.
Reyes nie odzywała się dopóki nekromanta nie skończył śmiać się.
- Wiedziałeś, w które czułe punkty uderzyć. To wszystko co masz mi do powiedzenia? - zapytała tylko z napięciem. Patrzyła wprost na nekromantę, gotowa w każdej chwili rzucić się do przodu w karkołomnym, wcześniejszym planie stanięcia pomiędzy nim a Amandą. Jeśli nekromanta dalej będzie skłonny do słownego znęcania się nad nią, Tessa dalej próbuje niepostrzeżenie wyjąć magiczny przedmiot. Jeżeli ten znudzi się nią, zamierzając zainteresować się umierającą Amandą, Reyes nie będzie miała wyboru, jak podjąć te same kroki, które planowała zanim pokazał jej wizję rozmowy towarzyszy. Tym razem jednak chciała dodać następny element - Śnieżną Kulę. Jeżeli będzie miała szansę przekazać ją Śmierci, bez wahania to uczyni, a jej jedynym komunikatem będzie rozchylenie warg z cichym: "Uciekaj", wręcz wciskając jej to do rąk. Jeżeli do tej pory nie uda się wyjąć przedmiotu, najpierw będzie musiała skupić się na osłonięciu sobą bogini, potem zrzuceniem tobołka do jej stóp i szybkim zakomunikowaniu najlakoniczniej, by wróg nie zorientował się: "Użyj kuli".
Jeżeli uda się wysłać Amandę do własnego, bezpiecznego wymiaru, który być może da jej czas na uratowanie siebie, Tessa skupi się na... unikach. Spodziewała się, że wtedy Ananon będzie chciał ją od razu zabić, a Tessie nie pozostanie nic innego jak walka i skupienie na swoich zmysłach, by przewidzieć skąd nadejdzie atak i spróbować wykonać unik w swojej żałosnej kondycji. Jeżeli miałaby taką szansę, próbowałaby się do niego zbliżyć, by uderzyć buzdyganem w każde, odsłonięte miejsce, które będzie w zasięgu. Jeżeli okazałoby się, że Amanda zniknęłaby, pozostawiająć jej włócznię, próbuje szybko ją chwycić i to nią walczyć (ha, pobożne życzenie).
Jeżeli Ananon wcześniej zainteresował się działaniami Tessy, gdy ta próbuje wyjąć Śnieżną Kulę, ta powie:
- Szukam brewiarza Usala. W tej sytuacji pozostaje mi jedynie modlitwa.
Oczywiście dalej próbując robić swoje.

Las pod Górą [Góra Erial]

92
Nekromanta czerpał wyraźną przyjemność z dręczenia Tessy i nie zanosiło się na to, aby miał wkrótce skończyć. Jej słowa tylko bardziej go rozbawiły, a gdy z gardła Amandy wyrwało się kilka jęków bólu, Ananon, a raczej istota podająca się za niego, roześmiał się po raz kolejny. Jego postawa emanowała dumą i rozluźnieniem, niczym u rzemieślnika, który właśnie skończył swoje najwspanialsze dzieło i wszystko przebiegło po jego myśli. Aczkolwiek dwie kobiety wiedziały, iż nekromanta jest w stanie zaatakować bez ostrzeżenia w każdej chwili. Instynkty Tessy szalały tak bardzo, że jej umysł kołysał się jak łódka w samym środku sztormu.
Sytuacja nie wyglądała najlepiej.
Amanda-Śmierć wyglądała, jakby za parę chwil miała wypuścić ostatni oddech. Jej oczy były zamglone, powieki lekko przymknięte. Rana była tak poważna, iż uniemożliwiała kontakt z Tessą w jakiejkolwiek formie, wliczając w to kiwnięcie palcem.
Ananon albo nie zauważył, jak Tessa sięga po magiczną kulę, albo go to nie interesowało. Przeżywał cudowne chwile, coraz bardziej upajając się sukcesem. Wiedźma nie miała większych problemów z wymacaniem przedmiotów w tobołku, jednakże czas nie grał na jej korzyść. Przeciwnik w końcu się znudzi.

- Mam ci wiele do powiedzenia - odpowiedział w końcu Nekromanta. - Rozbawiłaś mnie. W zamiar złożę ci pewną... propozycję. - Uśmiechnął się nienaturalnie szeroko. - Widzisz, jestem bardzo samotnym mężczyzną. Posiadam też ogromną moc i wiedzę. Szkoda by było, abym trzymał to tylko dla siebie.
Ponownie wystawił dłoń na bok i utworzył magiczny obraz. Tym razem Tessa mogła ujrzeć inne, lecz również bardzo znane jej twarze. Obraz ukazywał Estevo, Aithne, Jardira i Violet w różnych sytuacjach z dnia codziennego. Rozmów, zakupów, pracy, picia. Byli uśmiechnięci, bardzo szczęśliwi.
- Moja propozycja jest bardzo prosta i przyjemna. No, przynajmniej dla mnie - kontynuował Ananon. - Poczniemy dziecko, które następnie urodzisz i o które zadbasz przez kilka lat. A ja w zamian nie wymorduję wszystkich twoich bliskich.

Las pod Górą [Góra Erial]

93
Klasycznie. Szantaż rodziną. A to chuj, pomyślała Tessa, próbując nie zdradzić po wyrazie twarzy, że jej reakcją nie jest panika ani strach, ale solidny wkurw. Z pewnością nie pozwoli się w ten sposób zastraszyć. Gdzieś z tyłu głowy pojawiła się dodatkowa myśl, że nekromanta nie widział i nie wie, co widziała w lustrze podczas próby duszy, kiedy musiała walczyć z Lorhinem. To by jedynie znaczyło to, że nie wiedział, że odrzuci jego "kuszącą" propozycję.
Udała, że zastanawia się nad tym, jednocześnie szykując się do tego, by rzucić się w stronę Amandy i wcisnąć jej do rąk Śnieżną Kulę. Wiedząc, że ta niewiele jest w stanie zrobić, zamierzała wystrzelić w jej stronę swoją energię, która nie miała na celu jej skrzywdzić, a dodać sił, przekazać jej witalność, by ta mogła uciec do innego wymiaru.
- Dlaczego ja? Nie jestem zbyt dobrą kandydatką. Ci, co władają potężną magią, wolą krzyżować się z równie potężnymi i dobrze urodzonymi. Nie lepsza byłaby Ira, moja była kompanka? - podjęła dialog, mając nadzieję, że ten straci na ten jeden, właściwy moment czujność, by mogła zrobić to, co zamierzała. Jeżeli nie będzie takiego momentu, będzie musiała błyskawicznie użyć zaklęcia Falę, aby odrzucić nekromantę i podbiec do Śmierci, a następnie wysłać do własnego wymiaru, by była z daleka od Anannona. Amanda nie mogła umrzeć, gdy była w pobliżu. Miała w sobie przecież drugą połowę rdzenia.
Ta pierwsza, skradziona, zapewne była wchłonięta przez nekromantę, skoro nie mogła jej zlokalizować. (A było to wysoce mocno posunięte gdybanie.)
Reyes nie mogła dłużej zwlekać. Trzeba było działać. Jeżeli nie uda się uratować Śmierci i dalej będzie tkwiła, ledwo oddychając, Tessa musi podjąć walkę (gdyby udało się odesłać Amandę, to tak samo). Stąd zamierzała walczyć za pomocą buzdygana, przywlekając swoją Kamienną Skórę po raz kolejny i przy użyciu swych zmysłów, próbując przewidzieć ataki, by je uniknąć. Zamierzała atakować, polegając na swoim doświadczeniu i kurewskiej wytrzymałości. Innych możliwości nie widziała, bo nie zamierzała oddać się wrogowi.

Las pod Górą [Góra Erial]

94
Pytanie Tessy sprawiło, że Ananon nieco się zamyślił. Podrapał się po brodzie, a jego wzrok na sekundę zabłądził w bok komnaty, jakby szukając odpowiedzi na trafnie zadane pytanie. To wystarczyło, by Wiedźma mogła podjąć próbę realizacji swojego planu. Zebrawszy siły, wyskoczyła do przodu w stronę Amandy. Dzieliło je jedynie kilka metrów, więc dotarcie do poszkodowanej zajęło Tessie mrugnięcie oka. Sama zdecydowanie nie była w najlepszym stanie, ale ogromna wytrzymałość fizyczna i psychiczna oraz lata bojowego doświadczenia sprawiły, że zyskała ogromną efektywność nawet w ekstremalnych sytuacjach... można powiedzieć "zwłaszcza" w sytuacjach, kiedy jej życie wisiało na włosku - wówczas Czerwony Kataklizm pokazywała na co ją stać.
Ananon nawet nie drgnął, kiedy Tessa znalazła się przy Śmierci, wręczyła jej kulę i próbowała przelać część własnej mocy. Nic się nie stało. Energia magiczna Tessy nie uaktywniała magicznego przedmiotu. Odpowiedź na tę sytuację nadeszła niemal tak szybko, jak pytanie "dlaczego", które z rozpaczliwym hukiem wdarło się do jej umysłu.
- Oh, nie zauważyłaś? - zapytał lekceważącym głosem Ananon. - Większość magii nie działa w tym wymiarze, magiczne przedmioty są bezużyteczne. Rozumiem, że odrzucasz moją propozycję?
Patrzył z góry na Tessę tak, jakby była nic nie wartym robakiem. Splótł dłonie za plecami, dając wyaźnie znać, że nie widzi w kobiecie żadnego zagrożenia. W międzyczasie Amanda stęknęła. Wyglądała, jakby miała rozpaść się na kawałki, nieobecna umysłem. Jednak jej usta ukazały słaby, niewyjaśniony uśmiech. Osunęła się na ziemię i w ciągu zaledwie chwili, rozpłynęła w powietrzu. Dosłownie wyparowała w obłokach czarnego dymu, pozostawiająć za sobą jedynie włócznię, wcześniej wbitą w jej ciało.
Ananon chrząknął.
Dla Reyes był to czas na walkę. Wykorzystując resztki mocy magicznej, przywdziała Kamienną Skórę. Sięgnęła po buzdygan i bez dalszej dyskusji, wyprowadziła serię ataków na nekromantę. Broń świstała w powietrzu z ogromną precyzją. Żaden ruch nie był marnostrawstwem sił, każdy cios miał jakiś cel - zranić, wytrącić z równowagi, okaleczyć, zabić. W tych sprawach Tessa miała doświadczenie. Ta chwila, te momenty walki były dla niej kwestią przetrwania, więc robiła co tylko mogła, by zabójczy buzdygan dosięgnął przeicwnika.
Tak się jednak nie stało. Przy każdym zamachnęciu się, Ananon zdawał się mijać broń o zaledwie parę centymetrów. Z ciągle skrzyżowanymi za plecami dłońmi i kamienną twarzą, zwinnie omijał każdy atak. Właściwie, nie można tego nazwać ani unikami, ani tym bardziej zwinnymi - on po prostu zawsze był dwa kroki poza zasięgiem, sprytnie unikając jakiejkolwiek konfontacji, która miałaby zapędzić go w kozi róg lub zagrozić jego taktyce. Walka z powietrzem nie pomagała rannej i wyczerpanej Tessie. Choć ekstremalne sytuacje nie były dla niej niczym nowym, ta prawdopodobnie była najtrudniejszą, w jakiej Wiedźma się znalazła. I wciąż nie można było stwierdzić, czy wyjdzie z niej cało.
- Wystarczy - powiedział stanowczo Ananon, kiedy jego cierpliwość w końcu się skończyła. - Jesteś słaba i bezużyteczna. Nie chcesz nawet spełnić swojego obowiązku jako kobiety. - Zanim Tessa wykonała kolejny cios, przeciwnk szybko machnął ręką, tworząc potężną falę uderzeniową.
Reyes odrzuciło na parę metrów. Upadek niewiele jej zrobił dzięki Kamiennej Skórze, ale czar był na wyczerpaniu, zostały zaledwie sekundy i Tessa doskonale to czuła. Jednak nie tylko zaklęcie miało się zakończyć.
Tessa miała przeczucie, że jej życie właśnie dobiegło końca.
Zanim zdążyła się podnieść po oberwaniu falą uderzeniową, przeciwnik pojawił przed nią. Na tyle daleko, aby nie zostać dosięgnięty przez żaden atak, na tyle blisko, by czarna błyskawica, którą formował w złączonych dłoniach wyciągniętych przez siebie i celował w Reyes, dosięgnęła celu.
Nekromanta nie pożegnał się ze swoją ofiarą. Jego spojrzenie było zimne. On po prostu deptał kolejnego robaka na swojej drodze. Skumulowana energia wystrzeliła.


...

Błyskawica eksplodowała z hukiem, żlobiąc dziurę w ścianie komnaty. Czar minął Tessę z lewej strony, nie czyniąc jej najmniejszej krzywdy. Ananon gwałtownie chwycił się za pierś. Wył z bólu jak zranione zwierzę, jego twarz błyskawicznie zaczerwieniła się i ściągnęła w istnej agonii. Oczy miał otworzone tak szeroko, iż zdawałoby się, że zaraz wypadną. Upadł na kolana i nieprzerwanie jęcząc, gwałtownie łapał powietrze.
Tessa w tym czasie mogla już wstać. Jej dłoń odruchowo zaciskała się na broni, której nie upuściła nawet pod wpływem upadku. Włocznia leżała zaledwie parę metrów dalej.

Las pod Górą [Góra Erial]

95
Tessa wiedziała, że umrze jeszcze zanim wlazła do wnętrza Góry Erial, dlatego była przygotowana na otrzymanie ostatniego ciosu. Nie czuła strachu ani żalu, jedynie coś na kształt ulgi. Gdy czarna błyskawica mknęła w jej stronę, nie miała szansy na unik. Być może nawet nie zdążyła mrugnąć, gdy nagle wszystko zmieniło się.
Wydała okrzyk zaskoczenia, kiedy czar nie uderzył w nią, lecz pomknął w bok. Spojrzała to na nekromantę, to na dziurę w ścianę tuż za nią. Nie rozumiała, co się wydarzyło. Nawet nie próbowała. Widząc nagłą zmianę w ich położeniach, jeszcze szybko obiegła wzrokiem komnatę, szukając Śmierci albo czegokolwiek lub kogokolwiek innego, kto mógłby za to odpowiadać. Wzrok padł na leżącą z boku włócznię, lecz nie sięgnęła po nią. Cokolwiek się wydarzyło, cokolwiek miało się wydarzyć, Reyes musiała wykończyć Ananona, dlatego zacisnęła obie dłonie na buzdyganie, zamachnęła się, by uderzyć go w głowę, wręcz zmiażdżyć. W przeciwieństwie do sytuacji Lorhina, nie interesowało ją, dlaczego ten ma dokładnie takie same objawy, jak Leafspark. Nie widziała na to czasu, aby to roztrząsać. Nie miała też pojęcia, czy potrwa to krótko, długo, czy w ogóle to go zabije i czy zaraz nie wstanie, śmiejąc się jej w twarz.
Jeżeli uda się zadać pierwszy cios buzdyganem, a ten nie będzie w stanie się bronić, Tessa kontynuuje, zadając ciosy jeden za drugim. Nie potrafiąc przestać dopóki z jego łba nie pozostanie rozbryzgana papka. Dopiero wtedy zatrzyma się, odetchnie głębiej i oceni czy to było wystarczające.
Jeżeli nekromanta jakimś cudem będzie dalej walczył albo stanie się coś nieoczekiwanego, Tessie nie pozostanie nic innego niż dalej walczyć, już bez wsparcia swej magii. Chyba że stanie się z nią to samo, co z nim i elfem, to będzie mogła tylko przeżegnać się zanim wynionie ducha.

Las pod Górą [Góra Erial]

96
POST BARDA
Zaciskająć dłonie mocno na buzdyganie, Tessa wykonała potężny zamach. Nie zwklekała, nie czekała, nie analizowała. Wkładąc w atak tyle tylko siły, ile miała, zaatakowała śmiertelnego wroga. Ananon klęczał, torturowany w nieznany nikomu sposób. Nie zorientował się nawet, co się dzieje. Broń roztrzaskała mu głowę na niezliczoną ilość kawałeczków. Nie było jednak mózgu, krwi i kawałków czaszki. Zniszczona głowa Nekromanty zamieniła się w pył. Tessa nie miała wątpliwości, że w coś trafiła, zatem iluzja została wykluczona. Całe ciało mężczyzny upadło powoli i również rozsypało się po zetknięciu z podłogą. Nastała głucha cisza, przerywana jedynie głębokimi oddechami Tessy.
Po zaledwie paru chwilach, Reyes usyłszała dźwięki. Nadchodziły z miejsca, z którego przybyła. Dźwięki narastały, lecz nie był to ani warkot dzikich bestii, ani odgłosy umarłych. Wiedźma usłyszała znajome głosy, a wkońcu i jej zmęczone, obolałe oczy ujrzały znajome twarze. Z przejścia po kolei wyłonili się jej towarzysze.
Zdecydowanie przeszli wiele. Byli ubrudzeni krwią i błotem, okrutnie zmęczeni i ranni. Ira kulała, wykrzywiając twarz w grymazie bólu, a z prowizorycznie opatrzonej rany na nogach sączyła się krew. Warford podtrzymywał ję jedną ręką, w drugiej trzymał zakrwawiony miecz; na jego policzku widniała paskudna, krwawiąca rana. Lorhin wydawał się "najczystrzy" ze wszystkich, ale ubranie miał poszarpane w wielu miejscach. Pełen drobnych ran, mocno ściskał katanę w dłoniach. Szedł na przodzie, czujnie obserwując okolicę. Jako pierwsze zobaczył Tessę i natychmiast zatrzymał pozostałych gestem ręki. Przyjął pozycję bojową. Warford poszedł w jego ślady i wystawił miecz w kierunku potencjalnego wroga. Ira, podtrzymujać się kosturem, zamknęła oczy i wzięła kilka głębszych wdechów.
- Spokojnie - powiedziała. - To ona. Jest prawdziwa. Nie wyczuwam żadnego zagrożenia
Lorihn i Warford odczekali chwilę, jakby chcą się upewnić, że Czarodziejka mówi prawdę. W końcu opuścili bronie i cała drużyna poszła w kierunku Tessy. Nie wydawali się szczęśliwi, ale to dlatego, że tak jak ona, ledwo żyli. Kiedy znaleźli się bliżej, można było zauważyć, że w rzeczywistości są w gorszym stanie, każdy ruch i oddech sprawia im ból, a niektóre rany jeszcze się nie zaklepiły. W tej sytuacji nie było mowy o czułych uściskach. Leafspark, jak zawsze praktyczny, od razu przeszedł do rzeczy, na wypadek, gdyby padli ofiarą podejrzeń ze strony towarzyszki.
- Tessa, jesteśmy prawdziwi. Możesz zbadać nas z bliska, jeśli nie wierzysz. Wytępiliśmy sporo różnego ścierwa i zniszczyliśmy magiczne artefakty, tak jak poradziła Śmierć. Zgaduję, że to naprawdę mocno osłabiło Nekromantę, a ty dokończyłaś sprawę. - Wskazał mieczem na leżące na ziemi ubrania. Rzeczywiście, potężna energia była coraz słabiej wyczuwalna, jak powoli gasnący płomień. - Nie wiemy, co się stanie teraz. Zakładam, że nie mamy wiele czasu. Zatrzymaliśmy zaklęcie, ale wciąż nie czuję się dobrze przebywając w tym miejscu. Złapmy oddech i wynośmy się stąd. Potem wymyślimy, jak uciec z tego wymiaru. Możesz nam szybko streścić, jak sprawy rzebiegły po twojej stronie, ale widzę, że też nie miałaś lekko. - Zmierzył ją wzrokiem od stóp do głowy.
Ira ciągle oddychała głośno, wzrok miała pół przytomny i z trudem zaciskała dłoń na kosturze, który nosił ślady walki. Waford albo próbował się uśmiechać, albo rana policzka przymuszała go do takiego grymasu. Jego pancerz był w strzępach, a krew z własnych ran mieszała się z krwią tego, z czymkolwiek walczyli.

Las pod Górą [Góra Erial]

97
Wypuściła z dłoni buzdygan., który z brzdękiem uderzył na podłogę obok. Gdy tylko Reyes zobaczyła, że nekromanta obrócił się w popiół, bezwładnie osunęła się na kolana do siadu. Wpatrywała się pustym wzrokiem w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stał jej wróg. Nawet nie próbowała zrozumieć. Czuła potworny ból. Umysł alarmował ją, że powinna czym prędzej schłodzić, jakoś złagodzić oparzenie, lecz zobojętniała. Nie miała siły, by teraz tym się zajmować.
Nawet nie sięgnęła po broń, gdy usłyszała dźwięki, które po chwili mogła zidentyfikować jako ludzkie i dopasować do byłych towarzyszy.
Tessa wpatrywała się w nich półprzytomnie, nie reagując w żaden sposób. Starała się skupić wzrok na nich, lecz i to sprawiało jej problemy. Bardzo powoli analizowała to, co do niej powiedział Lorhin. Kobieta w swym stanie mogła sprawiać wrażenie, jakoby elf mówił do niej w obcym języku, a ona próbowała rozszyfrować pojedyncze, najważniejsze słowa. W końcu westchnęła, wyciągając dłoń przed siebie i pilnie się jej przypatrując. Gdy test nie wyszedł zadowalająco, opuściła ją, spoglądając ponownie na towarzyszy.
- Nie jestem w stanie stwierdzić już niczego. Widzę siedem palców - powiedziała z dużym wysiłkiem, z lekkim zrezygnowaniem, po czym dodała, jakby teraz dotarły do niej pozostałe słowa-hasła, powoli wskazując palcem w dziurę w komnacie tuż za nią i konstruując następne zdania z wysiłkiem osoby z demencją:
- ... mocno osłabiło nekromantę... Cokolwiek zrobiliście jako ostatnie, uratowaliście mi życie. Tego nie miałam szans uniknąć. On... zaczął wyć z bólu, gdy wypuścił zaklęcie. Chybił, kurwa. Mogłam wtedy coś zrobić... Gdy tylko uderzyłam go w głowę, rozsypał się.
Zaraz potem spojrzała w górę, na sufit. Dotarły do niej słowa o ucieczce z tego miejsca.
- Taaak, chodźmy stąd. Nie zdziwiłabym się, gdyby to miejsce miało nam się zwalić na głowy. Kogo iluzje widzieliście? Mnie tak pokiereszował Lorhin. Nie byłam pewna, czy był prawdziwy, czy nie. Nie chciałam... żeby zginął, gdy zniszczyłam tamto zwierciadło. Cały czas zastanawiałam się... Przeszłam przez drogę z oznakowaniem "dusza". Wy musieliście przez inne. Czy tam były te przedmioty, które musieliście zniszczyć?
Kobieta mówiła bez ładu i składu, nie zważając na to, że sprawia jej to dodatkowy ból. Oddychała ciężko, ogniskując w końcu wzrok na magicznej kuli, po którą sięgnęła i schowała do tobołka, który zaraz z wysiłkiem założyła na plecy. Zaraz potem wstała bardzo powoli, zgarniając buzdygan, który zaczęła przywiązywać do pasa. Szukała zmęczonym wzrokiem włócznię, a gdy i ją zlokalizowała, poszła po nią. W międzyczasie przypomniała sobie, że powinna coś jeszcze "streścić".
- Miał na imię Ananon Anmar. Na pewno każde z was o nim słyszało. Moja rola w tej walce była czysto rozrywkowa. Ja ją zapewniałam, a on świetnie się bawił. Zatańczyłam tak, jak inni zagrali. Wytrzymałam tyle, ile miałam. Dobrze was widzieć całych.
Skierowała się do towarzyszy, chcąc ruszyć, w nawet ślimaczym tempie, do drogi wyjścia z góry Erial. Nie miała siły na walkę, więc Tessa zdawała się na łaskę i niełaskę trójki byłych kompanów, którzy prawdopodobnie nie będą mieli drugiej okazji, by się jej pozbyć, jeżeli to planowali.
Skupiła wzrok po kolei na ich twarzach. Przy Warfordzie zatrzymała się na chwilę, lustrując ranę na policzku.
- Wyprzystojniałeś od ostatniego razu - rzuciła w iście czarnym humorze, zaraz potem dodając: - Czy macie jakieś rany, które muszą być natychmiast opatrzone? Też nie chcę tu długo zostawać.
Cokolwiek miało się dalej wydarzyć, zdawała się całkowicie na towarzyszy, za którymi podąży, gdy tylko ruszą. Jeżeli potrzebowali opatrzyć rany, zaproponuje im swoje ostatnie dwa bandaże.

Las pod Górą [Góra Erial]

98
POST BARDA
Lorhin zmarszczył czoło, słysząc swoje imię i przygodę, jaką Tessa odbyła z istotą podszywającą się pod niego.
- Nie wiem, o jakich iluzjach mówisz, ale każde z nas przeszło przez piekło próbując zniszczyć magiczne przedmioty. Walczyliśmy z nieumarłymi, zjawami, potworami... nie mamy teraz na to czasu. Ale sądząc po tym, jak wyglądasz, musiałaś trafić najgorzej - powiedział Lorhin, a ze względu na zmęczony głos ciężko było wyczuć, czy miał to być żart.
Ira kaszlnęła i w posadzkę z impetem uderzyła solidna ilość krwi. Warford i Lorhin nawet nie mrugnęli, musieli zdążyć już do tego przywyknąć. Cała trójka wydawało się otępiała, a Tessa idealnie pasowała do tego obrazka. Wszyscy ledwo trzymali się na nogach, ciężko oddychając i starając zachować kamienne twarze mimo ogromnego bólu i ran. Mimo, iż byli doświadczonymi wojownikami, właśnie dotarli do granicy swoich możliwości i tylko od tego, czy przetrwają tę wyprawę zależało, jak bardzo podniosą poprzeczkę swoich możliwości.
- Ciebie też miło zobaczyć, Tessa. Piękniejesz z każdym dniem - odpowiedział Warford i spróbować uśmiechnąć się szerzej, lecz zaraz zna jego twarzy pojawiły się żyły i mężczyzna zrezygnował z dalszych ekspresji.
- Nie mamy poważniejszych ran. Jeśli nic nas nie dorwie po drodze, może uda nam się przeżyć Dlatego powinn... - Uciął, ponieważ sala zaczęła się trząść.
Z początku delikatne wibracje przeradzały się w pełnowymiarowe trzęsienie, jakby olbrzym chwycił całą Górę Erial i zaczął nią trząść. Nie mieli zbyt wiele czasu, dosłownie tyle, aby Tessa zabrała swój ekwipunek, po czym czwórka towarzyszy ruszyła w stronę wyjścia, pomagając sobie nawzajem. Z sufitu sypało się coraz więcej pyłu i drobnych kamieni. Korytarz wydawał się zmienić swój układ, nie minęli żadnego miejsca, w którym walczyli, zupełnie jakby ktoś wymazał ślad jakiejkolwiek aktywności. Wnętrze coraz bardziej zamieniał się w w zwykłą, wydrążaną w skale jaskinie, praktycznie nie nosiło już żadnych śladów zamieszkania przez potężnego nekromantę. Drużyna uciekała w niemal całkowitej ciemności, rozświetlanej jedynie przez magię Tessy lub Iry, jeżeli ta akurat była w stanie wykrzesać z siebie choć parę płomyków. Adrenalina zalała żyły uciekających, dzięki czemu przez parę chwil mogli biec przed siebie praktycznie nie czując bólu. Ciężkie, zatęchłe i zapylone powietrze nie ułatwiało oddychania, w obliczu czego cała czwórka sapała jak psy będące jedną łapą w grobie. Nie raz ciemniało im przed oczami, ale parli przed siebie, nie zważając na coraz większe kamienie spadające z nieba. Nie szło ich ominąć w ciemnych i ciasnych korytarzach, starając się nie potknąć o własnej nogi na nierównej, zdradliwej powierzchni, co skazywało grupę na przyjmowanie masę bolesnych kuksańców i ciągłe chronienie głowy rękoma.
W końcu dotarli do wyjścia. Światło na końcu tunelu było blade i pomarańczowe, przypominało łunę wywołaną pożarem, ale nawet rzucenie się w środek pożogi było lepszym wyborem niż zostanie zasypanym przez głazy nawiedzonej góry. Cała czwórka praktycznie przeskoczyła wejście, które po paru sekundach zasypało się całkowicie. Leżeli przez parę chwil, próbując nie utracić przytomności, łapczywie łykali życiodajne powietrze. Na zewnątrz świtało. Martwy świat wciąż pozbawiony były naturalnych dźwięków przyrody, nawet światło zdawało się być martwe, ale w tym momencie to nie miało dla grupy znaczenia, ponieważ żyli. Ani Lorhin, Ira czy Warford się nie odezwali, po prostu dochodzili do siebie, czujnie łypiąc na otoczenie. Wyglądało na to, że nic im nie zagrażało. Przynajmniej nic fizycznego.
Już po chwili od opuszczenia góry, za grupą pojawiło się źródło mocy. Nagły, oślepiający błysk zalał ich trupie sylwetki przykryte kurzem zmieszanym z krwią i potem. Po chwili światło osłabło, wyrzucając z siebie cienie. Czarne macki pełzały we wszystkich kierunkach, poruszały się w trójwymiarowej przestrzeni niczym żywe stworzenia. Grupa spięła się natychmiast. Zaskwierczała magia, zabrzęczała stal. Nikt nie zadawał pytań - jeżeli doświadczenie czegoś ich nauczyło, to tego, że w tym świecie zbędne gadanie schodzi na dalszy plan.
Czerń gęstniała, lecz cieniste macki pozostawały poza zasięgiem grupy, nie atakując ich w żaden sposób. Z jasnego centrum - białej kuli wielkości pięści - odezwał się głos. Tak bliski, a jednak odległy. Brzmiał inaczej, lecz nikt nie miał wątpliwości, kto do nich przemawia. Tym razem nie z ciała, z formy z krwi i kości, a ze swojej prawdziwej, magicznej, lecz na całkiem innym poziomie. Ira i Tessa nie mogły wyczuć ani kropelki energii magicznej wydzielanej przez tajemniczą istotę, a jednak na podświadomym poziomie wiedzieli, że mają do czynienia z czymś prastarym, przepotężnym, stanowiącym jedno z podstawowych przywilejów i praw istnienia - śmierć.
- Wykonaliście swoją misję, uratowaliście zasłonę między naszymi wymiarami przed rozdarciem się - oznajmiła Śmierć. - Po upadku najeźdźcy odzyskałam większość swojej mocy. Jestem w stanie komunikować się z wami, ponieważ wciąż posiadam resztki umysłu, jaki wykształciłam naśladując ludzi, by móc się z wami skontaktować. Ten stan nie potrwa długo. Za chwilę odeślę was do waszej rzeczywistości. Dotrzymam umowy i ożywię waszych zmarłych. Pozostawiam wam jednak wybór - czy chcecie zachować pamięć tych wydarzeń?
Grupa opuściła bronie i rozejrzała się po sobie. Przez ich głowy przebiegały tak wiele myśli, że nikt nie odzywał się pierwszy. To miał być już koniec? W dodatku Śmierć miała dotrzymać warunków umowy, czego prawdę mówiąc nikt nie zakładał, że się stanie? Mieli jeszcze parę chwil, zanim ten martwy świat pozostanie jedynie ponurym wspomnieniem. Jeżeli zdecydują się je zachować.

Las pod Górą [Góra Erial]

99
Leżała między Irą a Lorhinem, głową zwróconą w stronę elfa i łapczywie łapiąc powietrze. Miała mroczki przed oczami. Chciała po prostu odpłynąć i obudzić się kilka godzin później. Nie, kilka dni później. Otępiała w tym samym stopniu, co pozostali, nie myślała o niczym. Patrzyła na mężczyznę, nie wiedząc co dokładnie czuła. Chciała dotknąć go, choćby musnąć dłonią, by upewnić się, że jednak go nie zabiła w tej przeklętej komnacie. Przesunęła po ziemi ręką, palcami prawie dotknęła jego rękawa, gdy po chwili poczuli nowe źródło energii. Tessa jedynie podźwignęła się na nogi, próbując utrzymać włócznię trzęsącymi dłońmi z wysiłku. Westchnęła z ulgą, gdy okazało się, że to Śmierć w nowej formie.
Reyes tylko znalazła najdogodniejsze miejsce, by oprzeć się plecami i usunęła się prawie że bezwładnie na ziemi. Łapała powietrze, czując dojmujący ból w klatce od poparzeń. Próbowała skupić wzrok na białej kuli. Słuchała na tyle uważnie, na ile pozwalał jej stan. Nie wysiliła się nawet na uśmiech, nawet poczucie ulgi, choć sytuacja była do tego najwłaściwsza. Misja zakończyła się. Wrócą do domu, choć z pewnością większość z nich zakładała, że nie. Spotkają się ze swoimi bliskimi. Jej matka... Dotrzyma słowa i ponownie pojawi się w drzwiach domostwa rodziców. Zobaczy wszystkich chrześniaków i chrześnice, ukochane Jardira, kolejne zdobycze Violet. Spotka Garena... Garena, którego już nie kochała i będzie musiała mu o tym powiedzieć...
Tessa zamknęła oczy, rozważając przez chwilę możliwość, że mogłaby o wszystkim zapomnieć, że mogłaby po prostu wrócić do spokojnego życia, że mogłaby nie komplikować sobie niczego. To byłoby zbyt łatwe i zbyt niesprawiedliwe. Kobieta nie chciała zapominać
o towarzyszach. Jedynych, którym mogła zaufać do końca i którzy zasługiwali na nagrodę od Śmierci. Uratowali jej życia, a ona potraktowała ich jak ostatnia suka, na koniec narażając na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Tessa czuła, że nie była ich godna, że ostatecznie to ona była "żartem" tej wyprawy. Chciała pamiętać, ale nie wiedziała, jak pozostali to widzą. Dlatego postanowiła zdać się na nich.

- Uważam, że powinniśmy tę decyzję podjąć razem. Albo wszyscy pamiętamy o wszystkim, albo wszyscy zapominamy, wiedząc, że już nigdy los nie skrzyżuje naszych dróg. Coś takiego już nigdy się nie wydarzy.
Niektórzy moi byli kompani byliby szczęśliwi zapominając o mnie, nagle pomyślała.
Reyes spokojnie czekała na reakcję towarzyszy. Przeniosła wzrok z jasnej kuli, na nich, oceniając ich nastawienie, aby ostatecznie utkwić wzrok w Lorhinie i sycąc się tym. Przygotowywała się na to, że już więcej go nie zobaczy. Być może zapomni. Głupia jednak wiedziała, co do niego czuła. Było to beznadziejne. Jeżeli zgodzili się na jej propozycję, jako ostatnia odda swój głos na "pamiętanie", nawet jeżeli byłaby jedyną.
Potem zdecyduje się zadać pytanie Śmierci:
- Czy przeniesiesz nas wszystkich w jedno miejsce, do tego miejsca, gdzie teraz jesteśmy, ale w naszej rzeczywistości? Jak to będzie wyglądać?
Chciała wiedzieć, czy powinna już teraz pożegnać się. Być może to nie miało sensu, jeżeli zdecydowali wszyscy, że zapomną o tej wyprawie. Mimo to będzie chciała to zrobić, jeżeli okaże się, że już nigdy nie zobaczą, albo Śmierć roześle ich w wybrane przez nich destynacje.

Wróć do „Wschodnia prowincja”