Bezimienne Jezioro

1
Gdzieś we Wschodniej Prowincji, jakiś dzień jazdy konnej na zachód od Jeziora Gwiazd leży inne Jezioro. Stokroć mniejsze, niewidoczne na większości map i skryte w gęstym lesie. Nikt nie pofatygował się nawet by ja jakoś nazwać, nikt nigdy nie zrobił nad nim nic ważnego. Jest to po prostu... "Jezioro". Las otaczając je jest wiekowy, zacieniony a w okresie wiosennym kwitnący i pachnący. Baldachim ułożone z liści drzem wsparte są kolumnami pni dębów, oraz zapewniają wystarczająco dużo otworów, aby odrobina światła przechodziło w dół zostawiając cało okolice jak i większość Jeziora w cieniu... ale nie mroku. Na tafli wody unosi się setka liści wśród których wesoło gęgają kaczki i czasami na jego brzegu spostrzeże się sarnę czy dwa. Tylko nad jedną stroną jeziora nie pochyla się dębina. Jest tam polana. Porośnięta wysoką trawą, pełna kwiatów, pszczół... i najpewniej węży. Jednak niezależnie od pory dnia i nocy światło gra na polanie, lesie i jeziorze tak pięknie, że chciałoby się doznawać owych nowych palet otaczających cię kolorów w nieskończoność. Całość tworzy krajobraz za który niejeden artysta dałby się pociąć żywcem... jednak to właśnie brak niepotrzebnych gapiów zapewnił owemu leśnemu zakątkowi jego eteryczne wręcz piękno. Tylko lokalni myśliwi, kłusownicy i posiadacze jakiś szczegółowych map prowincji wiedzą, że w ogóle istnieje. I może tak lepiej. Natura wszak również potrzebuje swojego kąta w tym rozhulanym świecie. Z dala od wielkich konfliktów świata... i ludzi jako takich.
Spoiler:

Bezimienne Jezioro

2
- Pora rozbić tu obóz.

Słowa Bedwyra rozpoczęły zaskakująco szybki proces konstruowanie tymczasowego schronienia dla panienek i reszty konwoju. W przeciągu kilku minut wprawni pachołkowie postawili jeden sporawy biały namiot zdobiony czerwonymi naszyciami wyobrażającymi płomienie... a może czerwone fale? Jakkolwiek by nie było wyglądał porządnie oraz pięknie... jak praktycznie każdy element podróżnego ekwipunku z jakim było im dane obcować od początku podróży. Chwilę potem poczęły na polanie wyrastać mniejsze namiociki i nim noc w całości objęła w panowanie okolicę wszystko było już gotowe.

Kiedy wkoło obozu płonęło już kilka ognisk, dziewczęta siedział już same w przestronnym namiocie na zaskakująco wygodnych siennikach i po raz pierwszy od praktycznie trzech dni stały przed okazją do pierwszego prawdziwego snu w pozycji leżącej. Były zmęczone i trochę obolałe... ale szczęśliwe. Kamila lekko się uśmiechała gładząc posłanie, Agata już wierciła się i przeciągała jak kocur na swoim a Sofi z lekko głupiutkim ale uroczym wyrazem twarzy marzyła... najpewniej o rycerzu czuwającym przed ich namiotem. Ten ku zdumieniu Sary nie tylko nadzorował rozbijanie obozu... ale i pełnił pierwszą wartę przy ognisku najbliżej wejścia do ich namiotu. Czy raczej "wartę". Nie sprecyzował czy będzie jakaś druga. A dziewczyna była pewna, iż przez ostatnie 3 dni zaznał mniej snu niż ktokolwiek w konwoju. Była jednak zbyt zmęczona by z nim o tym dyskutować nawet jeśliby chciała i razem z koleżankami osunęła się w zasłużony i jak myślała długi sen... ten jednak okazał się być pełen niespodzianek. Nieprzyjemnych niespodzianek.

*** Śnił się jej świat pokryty płomieniami, których źródła nigdy nie było widać. Śniła jej się wioska, której cisza raniła uszy. Widziała martwych którzy byli żywi, pszenice co miast karmić głodziła, ludzi co ludźmi nie byli i ptaki pokryte łuską. Widziała i czuła. Była wszystkim i niczym zarazem. Naraz wszystko się wyostrzyło. Była sobą i tylko sobą. Jej dłonie pokryła krew, jej suknia zabarwił się szkarłatem jej włosy przylepił się do jej czaszki. Leżała na ołtarzu. Ona, Kamila, Agata i Sofi. Wielkim kamiennym ołtarzu przed ciemną jaskinią. Z ciemności tej najpierw wyłoniła się dwójka gorejących ślepi. Następnie dziób. Potem łapy... a na końcu pełna sylwetka gryfa. Bestia podeszła do lezących dziewcząt i poczęła wkoło nich krążyć. Sara nawet jeśli chciała krzyczeć, płakać, uciekać... nie mogła. Była jakby sparaliżowana.

W końcu gryf podniósł łapę... i uderzył nią w leżącą przed nim Agatę. Trzask. Żaden krzyk. Żaden odgłos. Dziewczyna zniknęła pod jego kończyną i po niej podniesieniu została tylko krwawa miazga. Podniósł łapę ponownie nad głową Kamili. Trzask. Żadnego spazmu. Żadnego płaczu. Podszedł do Sofi. Trzask. Żadnych błagań. Żadnej trwogi. Podszedł na końcu do Sary. Okrwawiona łapa uniosła się wyżej niż wcześniej... lecz nie opadła. Miast ciosu do dziewczyny dotarł cichy śpiew. Melodia z jaskini, która rozjaśniała błękitnym światłem. Bestia zwróciła swój łeb w jej stronę... i zostawiwszy dziewczynę wróciła do jaskini. Sara zaś poczuła jak niewidzialne kajdany znikają, wzięła gwałtowny wdech...
***
...i obudziła się zlana potem. Była w namiocie. Znowu sobą, znowu Sarą ale bez niewidocznych więzów i czającej się bestii. Przez szparę we wejściu widać było ognisko i sylwetkę rycerza. Zaś w mdłym błękitnym świetle wypełniającym namiot mogła dojrzeć mogła twarze wszystkich dziewcząt. Nienaruszone. Spokojne. Śpiące. Ale właśnie. Światło. Błękitne światło przebijało się przez tył namiotu. Tańczyło, igrało i podskakiwało w iście hipnotyzujący i magiczny sposób. Zaś do uszu dziewczyny doleciała znajoma melodia. Ta sama, która odciągnęła od niej gryfa w owym straszliwym koszmarze. O tak samo dziwnych a zarazem jakoś bliskich sercu wersach.

Tańcz, tańcz w radosnej dolinie pięknej nad miarę
Raduj, raduj się szczęścia jej czarem
Rozgrzej rozgrzej ich blade dłonie
Niech zbliżą się bardzie, bardziej ku tobie
Chwal, chwal co tobie dano...


Pieśń nie ustawała... lecz traciła powoli na sile. Jakby gdzieś umykała, odchodziła. Światełka też choć radośnie migały oddalały się nieco. Głos zaś był niewątpliwie kobiecy oraz niewątpliwie piękny... i nie mógł należeć do żadnej z nich ani starej pokojówki która jak się okazała również kryła się w składzie karawany. Tymczasem sir Bedwyr siedział niewzruszony dalej przy ogniu jakby namiot wcale nie emanował błękitną poświatą a zza niego dobiegał piękny śpiew. Ba. Nikt nawet nie narzekał na światła i śpiewy w środku nocy. I ta cała senna mara... Sara czuła, że dzieje się coś dziwnego... może dalej był to sen?
Spoiler:

Bezimienne Jezioro

3
Wielka podróż do Saran Dun właśnie się rozpoczęła i pierwsze godziny Sara przespała. Potem też z czystych nudów drzemała, nie mogąc nawet zbytnio się ruszyć poza karawanę. Jej jedyną rozrywką była obserwacja zmieniającego się krajobrazu i blednącego śniegu, który zamieniał się w gołą, zmrożoną glebę. Faktycznie kilka dni drogi dalej ciężko było zastać jakąś zaspę, co bardzo dobrze rokowało – Sara uwielbiała wiosnę i moment, w którym wszystko zaczyna kwitnąć.

Sofi dochodziła ku jej uldze do siebie, chociaż widok wielkiego rycerza nadal nieco ścinał ją z nóg. Reszta dziewczyn zachowywała się po swojemu; Kamila milczała, kontemplowała świat, a Agata była irytująco zdenerwowana całą drogę. Sam zaś Bedwyr zdawał się w ogóle nie spać, krzątając się koło nich co i rusz, zarządzając wyprawą, a w nocy biorąc pierwsze warty. Na razie jego zachowanie aż tak nie niepokoiło Sary, która zajęta była prędzej wegetacją w karocy i próbą zaczerpnięcia świeżego powietrza i rozprostowania nóg na nielicznych, krótkich postojach, jakie mieli.

Dopiero na trzeci dzień udało im się wyjechać całkiem ze Wschodniej Ściany, zostawiając daleko w tyle jej stary dom i klasztor. Śnieg stopniał już całkiem, a Sara w powietrzu czuła charakterystyczny zapach budzącego się życia, chociaż nie było ono jeszcze dobrze widoczne. Popołudniem wyjechali na jakiś pagórek, gdzie dano im okazję faktycznie rozprostować nogi. Dziewczyna żwawo wyskoczyła i na tyle, na ile pozwalała jej proteza, podbiegła na szczyt jednego z pagórków, wdychając pełną piersią chłodne powietrze i podziwiając widoki – górę Erial, która majaczyła na horyzoncie, zaś przed nią, dużo bliżej, Jezioro Gwiazd i Meriandos. W oddali widziała rozsiane niewielkie skupiska będące wioskami, na razie gołe pola i kolejne pagórki, zaś gdzieś tam daleko... Saran Dun. Dom Sary, jej dom.

Wieczorem zboczyli z traktu, aby dotrzeć na niewielkie jeziorko, z którego jednej strony znajdowała się idealna do rozbicia obozu polanka. Crestlandówna oglądała, jak służba kręci się przy rozbijaniu namiotów, aby w końcu do jednego z nich ją zaprowadzić. Zerknęła na zdobienia, jakimi pokryty był jej namiot. Nie przypominały herbu jej rodziny, który oczywiście znała! Nie zaprzątała tym sobie jednak zbytnio głowy, zajęta pałaszowaniem ciepłego posiłku i układaniem się do snu. Widziała, jak rycerz obejmuje wartę stosunkowo blisko ich namiotu, przez chwilę myśląc, aby zapytać, kiedy on ostatnio spał... ale była sama zbyt zmęczona podróżą, a posłanie było takie miękkie...

Czuła i była wszystkim wokół – ptakiem okrytym łuską, martwym, acz żywym człowiekiem, pszenicą, która głodziła miast karmić... cisza w wiosce wierciła jej w uszach, płomienie, które nigdy się nie zaczęły obejmowały ją... kimkolwiek była. Dopiero potem powróciły jej, Sary, zmysły, ale wcale nie było lepiej, a nawet gorzej. Oblepiona krwią, z mokrymi od niej włosami lepiącymi się do jej czoła, leżała na potężnym ołtarzu przed ciemną jaskinią wraz z dziewczynami. Widziała żółte ślepia, dziób i potężne łapy... gryf pojawił się przed nią, a dziewczyna zapragnęła krzyczeć i uciekać. Nie mogła. Uczucie narastającej paniki przerażało ją, gdy nie mogła ruszyć nawet małym palcem u stopy, ani krzyczeć... mogła jedynie spazmatycznie oddychać, gdy łapsko bestii miażdżyło jej koleżanki. Łkając, dusząc się własnymi łzami przymknęła oczy, oczekując najgorszego, wtedy słysząc... to. Muzykę, błękitne światło, które dochodziło z jaskini, zwabiając gryfa z powrotem. Poczuła, że może z powrotem się ruszać...

... i biorąc wielki haust powietrza obudziła się, zlana potem, z włosami przylepionymi do twarzy, koszulą nocną całkiem oblepiającą jej ciało i posłaniem, które także było mokre. Oddychała przez chwilę ciężko, drżąc z powodu chłodu, jaki powodował pot na jej skórze. Próbowała wyrzucić widok miazgi, jaka zrobiła się z jej koleżanek, tych płomieni, tego gryfa, ale widoki te były zastałe w jej głowie. Spojrzała po dziewczynach, widząc ich spokojne twarze otoczone błękitnym światłem, popatrzyła przez szparę na rycerza, który siedział przy ognisku... po czym powróciła do światła, które tańczyło na tylnej ścianie jej namiotu, zajmując całkowicie jej uwagę niesamowitym spektaklem tańczących ogników, cieni migających po ściankach i głosie... damskim, pięknym głosie śpiewającym to samo, co w śnie uratowało ją od gryfa.

Tańcz, tańcz w radosnej dolinie... zamruczała, kładąc stopy na kocach rozłożonych w środku. Światełka i głos zaczęły się oddalać, wywołując w niej dziwną melancholię. Spojrzała raz jeszcze na rycerza, który zdawał się nic nie robić sobie z tego spektaklu. Wszystko wydawało się być teraz snem, dziwnym, zbyt rzeczywistym... czy on serio tego nie słyszał, nie widział? Sara wstała powoli, cichutko podchodząc do tyłu namiotu i patrząc, czy nie może jakoś tamtędy wyjść, na przykład przeciskając się pod luźnym spodem, aby dostać się do głosu i światła, które nęciły ją, zwabiały ku sobie, za nic mając racjonalność i trzeźwe myślenie.

Jeśli namiot był ciasno obudowany od spodu i nijak nie dało prześlizgnąć się tylną ścianką, chciała wyściubić cicho głowę z głównego wejścia, zobaczyć, czy rycerz zareaguje na nią. W zamiarze z bijącym sercem chciała cicho przejść w samej koszuli nocnej, bez butów, zgrzana po koszmarze prosto w zimną noc, ganiając za tajemniczym światłem i głosem, mijając rycerza i szybko znikając za rogiem namiotu...

Bezimienne Jezioro

4
Ledwo rozbudzona i zlana potem dziewczyna podeszła boso do tylnej części namiotu. Jej stopy lekko stąpały po ziemi nie zostawiaj po sobie ni to śladów ni żadnego dźwięku. Przyjrzawszy się tyłowi namiotu postrzegła, że oprócz głównych kołków mocujących kluczowe jego części do ziemi namiot przytrzymuje do niej również szereg mniejszych upchanych ciaśniej między nimi. Mający najpewniej zabezpieczyć konstrukcje przez przeciągiem w razie mocnych wichrów. Szarpnąwszy jednak lekko za materiał poczuła jak kołki wysuwają się lekko z ziemi. Kucnąwszy zaś i szarpiąc bliżej ziemi bez większych problemów wyszarpnęła z niej aż trzy mocowania tworząc ciasne ale własne wyjście. Następnie przeturlała się pod płachtą namiotu brudząc przy tym odrobine dłonie jak i nocną koszule po czy wyszła na tyły jej tymczasowego domu.

Pij, pij póki ci dają
Śpiewaj, śpiewaj kiedy żądają


Światła tańczyły teraz przed jej oczami. Niczym błękitne świetliki. Lecz większe, jaśniejsze i z błyszczącymi skrzydłami. Czy były to świetliki, pszczoły czy motyle? Sara sama nie wiedziała. Wiedziała zaś, że tańczą w rytm oddalającej się melodii. Melodii dobiegającej z otaczającego ją gęstego lasu. Wkoło nie było żadnego nienaturalnego światła. Jeno blask owego błękitu i gwiazd. Nawet księżycy nie było widać. Przez korony drzew hulał wiatr i bose stopy dziewczyny oraz okryte jeno nocną koszule ciało przeszedł dreszcz. Las był chłodny, tajemniczy i majestatyczny zarazem. Panował w nim półmrok... lecz był to półmrok kojący. Światła dawały zaś dziewczynie odrobinę niewyjaśnionego poczucia ciepła. Nie było to ciepło ognia, ciepło dla ciała. Czuła jak rozgrzewa jej się serce. Jak myślenie o koszmarze przestaje być tak okropne.

Płacz, płacz jeno z rozkoszy
Rzuć, rzuć mu choć parę groszy


Kiedy Sara rozpoczęła zaś swoją zamierzoną gonitwę za głosem i kolejnymi światłami, te które minęła radośnie ruszyły za nią. Kolejne i kolejne dołączały do świetlistego orszaku biegnąc przez powietrze razem z Sarą. Biegła cały czas prosto, nigdy nie skręcając i nie musząc nawet przeskakiwać nad korzeniami. Jakby przez gęsty las prowadził prosta, równa droga lub jakby drzewa ustępowały jej miejsca. Głos nabierał na sile, stawał się wyraźniejszy. Nie stawał się jednak nijak nieprzyjemny dla ucha. Dominujący otoczenie. Zdawał się je raczej wkomponowywać w swój występ. Wiatr niósł rzewniejsze wersy, świerszcze wypełniały pustkę, pohukująca sowa podkreślała dobitniejsze punkty. W końcu drzewa jęły się przerzedzać i spomiędzy nic wyłonił się zadziwiający widok.

Walcz, walcz o to co twoje
Przywdziej, przywdziej obowiązku zbroje


Widziała samotną postać w nocnej koszuli stojącą samotnie na brzegu lasu. Niewiele wyższa od niej, smukła i zapatrzona przed siebie dziewczyna stała zapatrzona w rozpościerający się przed nimi widok. Jezioro. Patrzyła na to samo Jezioro co Sara z obozu. Ten jednak widoczny był również. Pod drugiej stronie za taflą wody widziała wyraźnie swój wielki namiot otoczony ciasno mniejszymi namiotami i pierścieniem ognisk. Widziała rozmazane sylwetki straży chodzące tu i tam. Być może nawet jedna z tych kropek obok ogniska była sylwetką ich rycerza. Tajemnicza dziewczyna przez chwilę nie zauważyła lub świadomie ignorowała Sarę kończąc swoją pieśń.

Śmiej, śmiej się i w samotności
... bo nigdy nie wiesz kto w niej zagości


Gdy postać odwróciła się wreszcie w kierunku Sary światełka podążające do tej pory za księżniczką wystrzeliły do przodu. Mijając i ją i dziewczynę pomknęły nad jezioro wypełniając je swoim lekkim błękitnym blaskiem. Ten padł na lico śpiewaczki której delikatny wzrok spoczął na Sarze. Była do niej podobna... a jednocześnie nie mogły być bardziej różne. Ich włosy miały podobną barwę... lecz oczy nieznajomej miały odcień agresywnego błękitu. Miały podobny wzrost... lecz skóra pieśniarki zdawał się być z alabastru. Ubrane były równie prosto lecz szata tej drugiej zdawała się współgrać w wypełniającym jezioro blaskiem i podkreślać jej urodę. A urodę miała... aż za dużo. Sara nie mogła z jej rysów twarzy wykoncypować ile lat miała. Co i rusz dostrzegała jakiś jej dziecięcy aspekt i myślała, że spotkała zagubione dziecko. Zaraz potem dostrzegała jakiś dojrzały i nęcący aspekty, który budził w niej dziwną zazdrość i myślała, że widzi kobietę w kwiecie wieku na spacerze. Z rzadka zaś myślała, że widzi jakąś lekką zmarszczkę... ale i ta jakoś sprawiała, że czuła się w obliczu nieznajomej jakaś głupia i niedoświadczona, jakby spotkała starą zielarkę i stąpała po jej grządkach.

Nieznajoma patrzyła przez dłuższą chwilę na Sarę jakby widziała w jej twarzy co najmniej tyle sprzeczności co ona w niej. Marszcząc lekko brwi i kiwając lekko głową. Na końcu uśmiechnęła się promieniście rozłożyła ramiona i zwróciwszy się w stronę jeziora rzekła przekręcając nieco głowę do tyłu tak, że księżniczka widziała jej profil. Następnie jej melodyjny głos doniósł do uszu szlachcianki pierwsze słowa, które nie były pieśnią.

- Prawda, że piękne? To dla tego widoku często tu przychodzę. Zazwyczaj sama, z rzadka z kimś z rodziny. Ojciec i brat znają każdy zakątek tego lasu. Oboje to widzieli ale nigdy gdy zabierali mnie ze sobą. Kiedy ja bardzo chciałam w końcu to zobaczyć.

Dziewczyną fuknęła lecz w przeciwieństwie do Agaty której dąsy były pełne agresji i gniewu oburzenie nieznajomej miało w sobie jakąś dziecięcą niewinności, dorosły wdzięk i starczy majestat. Do stopnia w którym Sara niemal podświadomie jęła sama być zła na rodzinę nieznajomej. Ta zaś po krótkiej chwili przerwała dąsy i zapytała pełnym ciekawości głosem.

- A ty jak tu trafiłaś?

Następnie dziewczyna zrobiła pewny krok przez siebie i mocząc bose stopy w wodzie nachyliła się nad błękitną taflą przeglądając się w niej radośni a następnie nabierając odrobinę wody w dłonie i patrząc w ciszy jak opuszcza ją tajemniczy blask.

- Piękny kolor nieprawdaż? Jakby księżyc się tu kiedyś wykąpał... lub upuścił pojedynczą łzę. Ale to rzadkie widowisko. Ojciec widział je może sześć razy przez całe swoje życie. Z czego trzy razy w tym roku. Chyba obie możemy uznać się za szczególnie szczęśliwe nie sądzisz!?
Spoiler:

Bezimienne Jezioro

5
Szarpnęła kilka razy kołkami, wyrywając je z ziemi i tworząc tym samym ciasne przejście na zewnątrz. Zerknęła za siebie, patrząc, czy aby któraś z dziewczyn się nie obudziła, po czym przecisnęła się z cichutkim stęknięciem na zewnątrz, brudząc chłodną glebą koszulę nocną, stopę i ręce. Otrzepała się nieco, niezgrabnie wstając i ujrzała niesamowite światełka, które tańczyły przed jej oczami. Niby świetliki, wirowały wokół jej głowy, szeleszcząc malutkimi skrzydełkami, przypominając bardziej niesamowite motylki. Sara wyciągnęła ku nim dłoń, wsłuchując się w daleki śpiew, mając teraz niejako obraz, gdzie powinna się udać.

Czując lekkość duszy, ciepło na sercu i wiatr, który przyprawiał jej mokre ciało o ciarki, ruszyła bez lęku w las. Nie bała się krzywych zarysów drzew ani ciemności czającej się w głębi puszczy, całe życie przecież biegając pomiędzy korzeniami. Taki krajobraz był bliższy jej aniżeli złote ściany pałacu i niesiona przez podmuchy wczesnowiosennego wiatru, niby zjawa ruszyła w stronę śpiewu, za towarzyszy mając istoty nie z tej ziemi, oświetlające jej drogę i tańczące w rytm pieśni.

Zanim się obejrzała, znalazła się po drugiej stronie jeziora, przed sobą mając jego taflę, a po przeciwnej stronie – namioty i pojedyncze sylwetki przechadzające się wte i wewte. Ujrzała tam wtedy rusałkę, istotę, której spotkać się tutaj nie spodziewała – dziewczynę, której twarz zmieniała się zależnie od cienia padającego znad lśniącego jeziora i światełek, które teraz nad nim krążyły. Była jednocześnie dzieckiem i starcem, przypominała też samą Sarę, ale też kogoś całkiem innego. Zahipnotyzowana tym widokiem Sara podeszła bliżej, rozgrzana od wyjątkowo łatwego biegu, jaki teraz miała. Słuchała historii dziewczyny, nie mogąc oderwać odeń wzroku, dopóki ta nie skierowała do niej pytania. Dziewczyna zaczerwieniła się delikatnie i spuściła głowę, interesując się delikatnymi zmąceniami wody.

Ja... usłyszałam głos, w śnie, a potem po przebudzeniu. Światełka, które mnie tu doprowadziły. Musiałam sprawdzić, co mnie uratowało od koszmaru — przebąknęła, onieśmielona istotą. Następnie widziała, jak wchodzi do wody i dalej opowiada, chwaląc piękno jeziora w nocy. Sara usiadła na ziemi, czując niespotykany przez nią od dawna spokój. Także wpatrzyła się w chochliki, które tańczyły na powierzchni stawu. — Kiedyś... często chodziłam nad jeziora w nocy. W Fenistei, zanim wszystko tam się stało. Zanim została odarta z magii- — westchnęła na wspomnienie tamtych czasów, podsuwając kolana pod brodę i obejmując je, przyglądając się z ciekawością rusałce.

Daleko masz do domu? Nie widziałam po drodze żadnego dworku ani domostwa — przesunęła spojrzenie na ogniki, uśmiechając się w ich stronę. — Wyglądają jak motyle utkane przez samą magię.

Bezimienne Jezioro

6
Słuchając opowieści Sary dziewczyna przykucnęła w sadzawce... następnie zaś usiadła w płytkiej wodzie. Wsparta wyprostowanymi rękoma patrzyła gdzieś hen w niebiosa słuchając o problemach i okolicznościach Sary z delikatnym uśmiechem na twarzy. Jezioro przykrywało dolną część jej nóg oraz pleców tak, że nad wodę wystawał jeno jej tors od pasa w górę oraz mokre palce jej stóp, którymi przebierała miarowo w górę i dół. Koszula nocna szybko nabrała wody i spojrzawszy pod tafle wodną Sara mogła zauważyć długie i zgrabne nogi siedzącej do niej tyłem śpiewaczki. Poruszały się rytmicznie z taktem i chociaż całość była niczym innym jak dziecinnym chlapanie wody był w tym jakiś nienaturalny dźwięk. Echo tańca i okruch etykiety. Mimo, że przemoczona koszula poczynała pokazywać zdecydowanie więcej niż powinna. Jednak radość i rytm owych ruchów zatrzymał się na chwilę przez słowa Sary i gdy powrócił było w nim pewne wachanie. Jak gdyby umysł dziewczyny przestał dbać o czystość rytmu i formy jej ruchów.

— Jeziora Fenistei... ehhh to były piękne kąpieliska. Wiesz, że chyba mamy więcej wspólnego niż mi się wydawało?

Tu dziewczyna zaśmiała się niewinnie zapatrzona dalej w gwiazdy i zanurzona w wodzie, która ze względu na porę dnia i roku winna być lodowato zimna. Co ją ta bawiło? Któż mógł wiedzieć.

— Mam do domu daleko. Czeka mnie długa droga, wiele dni na koniu pewno by wyszło... ale ojciec mnie wezwał. I nie tylko mnie. Czasy są ciężkie i staruszek przeczuwa, że będzie tylko gorzej. A rzadko się myli. Brzmi to okropnie nudnie ale obowiązek to obowiązek jak mniemam. To nie tak, że mogę powiedzieć "nie"...

Dziewczyna zanurzyła się głębiej w sadzawce tak, że jej piękne loki poczęły po części unosić się na wodzie. Świetliki czy to zainteresowane czy poirytowane nieustępującym ruchem w sadzawce poczęły gromadzić się wkoło niej. Sara zaś po raz pierwszy mogła się im lepiej przyjrzeć. Bliższe oględziny rodziły jednak więcej pytań, gdyż istoty zdawały się skakać z jednej postaci do drugiej. Ważka, motyl, świetlik, biedronka. Wszystko w dziwnych proporcjach, w nienaturalnych rozmiarach. Ilekroć księżniczka pomyślała o jakiejś z tych form mocniej, to to przyjmowały by znowu stać się przedziwnym zlepkiem świetlistej poświaty na moment gdy odwróciła wzrok na inną ich grupkę.

— Motyle utkane z magii powiadasz... słyszałaś tą opowieść? O elfce która zrobiła dokładnie to. Motyle z magii. Ale popełniła ten sam błąd co wszystkie elfy, ludzie, krasnoludy... śmiertelnicy jako tacy. Wiesz co zrobiła? Pragnęła by były niezmienne. Aby zawsze trwały w swym jednym stanie i nigdy nie porzuciły swego posterunku. Pełnić miały jedną funkcje przez nieskończoność. Wiecznie trwałe, wiecznie młode, wiecznie obarczone odpowiedzialnościami... myślisz, że taka egzystencja ma prawo bytu? Czy też nawet sztuczne motyle zasługiwały na chwilę wytchnienia?

Błyszczące istoty poczęły powoli gasnąć. Traciły swój kształt, swój blask i radosną energię. Jeden po drugim poczęły powoli opadać na tafle wody i zapadać się pod nią niknąc w błękitnych odmętach niczym błękitne płatki kwiatów. Jeden, drugi, trzeci. Lecz była ich setka i choć pojedyncze znikały wiele pozostawało dalej zebranych wkoło zanurzonej sylwetki dziewczęcia... a jeszcze więcej nad resztą jeziora.
Spoiler:

Bezimienne Jezioro

7
Rytmiczne poruszanie nogami w wodzie na chwilę zawiesiło Sarę, która obserwowała dziewczynę i jej gładkie ruchy w wodzie. Słuchała dalszej części jej opowieści, która do złudzenia przypominała jej historię – dziewczyny, którą wezwał ojciec do domu, by pomogła mu wypełnić obowiązki. Co prawda różnica była taka, że Sara wcale aż tak nie przejmowała się tym, że miałaby pomóc tacie, o ile tylko będzie miała okazję do spędzania z nim czasu i zdjęcia z niego ciężaru władzy.

Mam tak samo. Ale ja nie uważam, że będzie nudno. Nawet się cieszę, że mogę mu pomóc, na pewno się z tego ucieszy. No i spędzimy dzięki temu razem więcej czasu, jeśli będę z nim wypełniać obowiązki... pewno ma malutko wolnego czasu ostatnio, jak słyszałam co się dzieje wokół — wpadła na chwilę w zadumę, zastanawiając się, jak to będzie wyglądać jej życie, jak wróci już do stolicy. Bardzo chciałaby, aby tato miał dla niej dużo czasu, ale rozumiała, że tak to nie działa, więc dlatego godziła się na wzięcie na swe barki jego spraw.

Obserwowała z ciekawością motylki, które zmieniały swą formę w zależności od tego, jak długo wpatrywała się weń. Raz były biedronkami, raz pszczołami, raz innymi owadami, które migotały wokół głowy zanurzonej w lodowatej wodzie dziewczyny wspominającej o pewnej historii. — Nie słyszałam. — Patrzyła na przemieszczające się wokół niej istotki, dotykając palcami ręki wody. Zimna, jak na wczesną wiosnę przystało. Zmarszczyła brwi, nieco się konsternując faktem, iż ta leżała zanurzona po szyję w jeziorze.

Wszystko zasługuje w końcu na wytchnienie — powiedziała patrząc na niknące jakby w odpowiedzi na te słowa światełka, gasnące powoli i rozpływające się w tafli. W końcu zatrybił w niej instynkt, który podpowiadał, że coś tu nie grało. Jej aparycja, błękit oczu, kolor skóry... fakt, że zanurzała się w TAK ZIMNEJ WODZIE i środowisko, które reagowało na jej słowa. Sara przełknęła cichutko ślinę, nagle nie będąc taką pewną tego, że uciekła sama z obozu.

W Fenistei było wiele istot, które lubiły zwabiać śmiertelników w zaciszne miejsca, by potem robić z nimi dziwne rzeczy. Matula opowiadała jej o nich, przestrzegając, by nie oddalała się daleko od domu. Sara zaś właśnie to zrobiła, może kilka lat później, ale jednak. Wiedziona pięknym, zwodniczym głosem, który wywabił ją z koszmaru, światłem, które tańczyło przy jej namiocie... i jakoś nikt inny tego nie widział, nie słyszał. — Muszę... muszę iść. Za chwilę zobaczą, że mnie nie ma i będą się martwić — wymamrotała, wstając niezdarnie i zamierzając niezwłocznie, z niepokojem wypisanym na twarzy, podążyć tą samą ścieżką, którą tutaj przybyła, wrócić do namiotu i spróbować zasnąć raz jeszcze, nie zwracając uwagi na to, że coś takiego się stało.

Tym bardziej, że przypomniała sobie, jak w poprzednich nocach słyszała podobny śpiew... ale wtedy myślała, że to rycerz nucił na warcie...

Bezimienne Jezioro

8
Śpiewaczka podniosła się powoli z sadzawki i zapatrzona w światła obozu słuchała kolejnych słów Sary. Światełka opadały jedno za drugim w nieubłaganym cyklu... no właśnie czego? Sadzawka jęła tracić swój błękitny połysk przemieniając się miarowo w zwykłe ciemne jezioro. Sara p oraz pierwszy poczuła, że jest w środku lasu w nocy gdy cienie jęły obejmować krajobraz a przemoczona biała koszula nocna tajemniczej osóbki poczynała powoli być najjaśniejszym punktem w okolicy.

— Ucieszy... wiesz... nie pamiętam już nawet jego uśmiechu. Nie jestem nawet pewna czy gdy do pierwszy raz ujrzałam na jego licu gościł uśmiech.

Dziewczyna odwróciła się w kierunku księżniczki. Półprzeźroczysty od wody ubiór, przemoczone włosy i wypieki na twarzy. To widziały oczy szlachcianki... lecz wszystkie te nieprzyzwoite lub hańbiące wygląd cechy nijak nie oddawały postaci piękna ni jakiegoś dziwnego majestatu. Na słowa Sary o zasłużonym wytchnieniu dziewczyna uśmiechnęła się pogodnie i rozłożyła ramiona zadzierając w górę dłonie. Jej twarz rozjaśniał uśmiech szerszy niż te wcześniejsze, jej oczy lśniły mocniej niż kiedykolwiek... lecz z jej ust nie dobył się żaden dźwięk stała tak tylko przez chwilę. Jedyny śpiew jaki posłyszała Sara był jęk wiatru między drzewami. Postać zaś zdawała się przez chwilę słuchać nie tylko słuchać Sary. Gdyż odrywając spojrzenie od nieba ze zdziwieniem na twarzy spojrzała na wstającą szlachciankę.

— Co powiedziałaś? Idziesz już? Przecież dopiero zaczęłyśmy! Przed nami cała rozmowa. O wszystkim i niczym, o pięknie i brzydocie, o marzeniach i lękach. Czemu więc...

Wstająca Sara zauważyła jak wyraz twarzy dziewczyny się zmienia. Niewinny uśmiech stajał, blask oczu przygasł. Śpiewaczka patrzyła na szlachciankę z pewnym pobłażliwym rozbawieniem. A może było to zmartwienie tylko nie potrafiła przestać się uśmiechać do reszty? Trudno było zrozumieć emocje malujące się na tej twarzy. Budziły niedopowiedzenia. Jak gdyby każdy jej wyraz miał być tajemnicą nie do zrozumienia. A jej reakcja na wymówki Sary tylko mnożyła pytania.

— Oh... boisz się mnie. To ci miła odmiana. Ostatnimi czasy nikt się mnie nie boi. Wszyscy martwią się o coś innego. O zarazy, o wojny i o chaos w królestwie. Tak wielu o mnie zapomina... nie liczyłam na to od ciebie... ale lubimy takich ludzi jak ty... nawet ich nagradzamy... jest na was nawet specjalne słowo. Wiesz skąd się wzięło?

Kolejna zmiana wyrazu. Przekorny uśmiech czy cyniczna pogarda? Sara nie chciała się przekonać. Nie chciała słyszeć kolejnych historyjek. Gdy tylko wstała odwróciła się w stronę lasu by powrócić do obozu drogą którą przybyła... lecz jej nie było. Las był gęsty i gdy tylko zrobiła pierwszy krok potknęła się lekko o korzeń. Była jednak zdeterminowana w ucieczce przed nieznajomą. Kolejny krok kolejne potknięcie. Chyba otarła sobie palce u prawej stopy bo aż łzy napłynęły jej do oczu. Dziewczyna za nią zaśmiała się dobrodusznie.

— Trudno przede mną uciec. I sama się przy tym skrzywdzisz nie z mojej winy. Dziwne, że ci nikt tego nie wpoił. Ale jak mówiłam... nagradzamy takich jak ty. Więc idź! Idź i niech szczęście ci sprzyja. A w razie potrzeby... zawsze będziesz bezpieczna w mym domu. To twoja nagroda gryfiątku.

Wraz z głosem leśna gęstwina rozjaśniła się przed Sarą blaskiem dopadającym zza jej pleców. Obejrzawszy się ujrzała pojedynczą lilię wodną w miejscu w którym przed chwilą taplała się nieznajoma. Lilia ta jednak jaśniała blaskiem przyćmiewającym błękitną łunę. Blask ten rósł i rósł w nieskończoność. Szlachcianka odwracała swój wzrok, zamykała powieki, próbowała uciec w las... lecz na próżno. Blask wyrywał jej widok lasu, jeziora, obozu... nawet własnych powiek. W końcu dotarł i do jej umysłu...

***
Blask przygasł. Zaspane oczy Sary ujrzały wreszcie jego źródło. Słońce wpadało przez szparę w namiocie prosto na jej twarz. Wkoło niej koleżanki krzątały się nerwowo pakując wszystko co ze sobą miały. Oprócz Sofi która w obecnej chwili szturchała ją w ramię.

— Saro? Saro! Obudziłaś się wreszcie. Musimy się zabierać. Zwiadowca powiedział, że dojrzał gdzieś dzień drogi stąd dym. Mówi, że to może być dobre miejsce na następny postój. Może będziemy mogły spać w jakiejś chacie! Czy to nie wspaniałe?


Oprócz zaspania i nawoływań Sofi Sara miał jeszcze jedną udrękę. Stopy bolały ją jakoś niemiłosiernie. Zwłaszcza lewa piekła jakoś. Po zajrzeniu pod koc szlachcianka stwierdziła, że jest mocno otarta... i wspomnienia minionej nocy na nowo uderzyły jej zmęczony umysł.
Spoiler:

Bezimienne Jezioro

9
Słowa tajemniczej zjawy wbijały się w głowę Sary, będąc echem jej własnych obaw - no bo właśnie, czy Sara mogła teraz powiedzieć "nie"? Czy gdyby powiedziała, że ona nie chce pomagać ojcu w jego sprawach, że nie chce naprawiać tego, co przez ostatnie lata się stało, a zamiast tego żyć beztrosko... czy udałoby się jej to? W głębi duszy wiedziała, że nie. Spadł na nią obowiązek, którego nie chciała, ale dla taty zrobiłaby wszystko, a jeśli przy tym będzie spędzać z nim czas, mogą to być i problemy królestwa. Tak samo zasępiła się, próbując przypomnieć sobie jego twarz. Czy uśmiechał się, gdy ją widział, jak się do niej zwracał. Jego lico było zamazane, widzialne przez mgłę. Sara nachyliła się nad jeziorkiem, wpatrując we własne oblicze, próbując po drugiej stronie dojrzeć jego twarz, do której jej własna była ponoć podobna. Ale jakkolwiek by się nie siliła, widziała tylko swoje zasępione oblicze, rozmywające się wraz ze świetlikami, które jeden po drugim gasnęły.

Zaczęła wstawać, gdy uświadamiała sobie niedorzeczność sytuacji, ale istota, bo na pewno teraz w głowie Sary jawiła się jako mara, a nie człowiek, miała inne plany względem jej osoby. Dziewczyna chciała coś jej odpowiedzieć, powolutku już się odwracając na pięcie, ale ta powiedziała coś, co jeszcze bardziej ją zmroziło. Lubimy takich ludzi jak ty? To wcale nie brzmiało, jakby zaraz miała ją wciągnąć do jeziora, wcale! I tak, Sara miała teraz wymalowany lęk na twarzy, bowiem uświadomiła sobie własną głupotę i możliwe konsekwencje. Polazła jak młody jelonek prosto za tajemniczym śpiewem, rozmawiając z senną zjawą, która teraz prawdopodobnie ją weźmie pod jezioro, gdzie sama zostanie taką istotą.

Jej twarz zmieniała się gwałtownie, jej emocje były nieczytelne i Sara ani trochę nie potrafiła jej odczytać. Nie wyglądała na złą, ale bycie tak nieprzeniknionym, tak jednocześnie... wszystkim i niczym mierziło ją w środku i temu starała się czmychnąć, w miarę przecież pamiętając drogę powrotną... ale ta zniknęła. Był tylko gęsty las i nieprzyjazne runo leśne, o które otarła sobie jedyną stopę, potykając się raz i drugi. To nic, myślała, bowiem widziała obóz, więc wystarczyło iść wzdłuż brzegu...

Zjawa powiedziała coś o nagrodzie, jej domu, o braku ucieczki. Szlachcianka odwróciła się za siebie, widząc jasny blask dochodzący zza jej pleców. Po płytkiej wodzie pływała lilia, w miejscu, gdzie stała dziewczyna, rozjaśniając swym światłem wszystko. Sara, przerażona do reszty, czmychnęła w las, nie zważając na gałęzie, pokrzywy i korzonki wystające z ziemi, lecz blask nie gasł, przyćmiewając wszystko, w końcu nawet jej myśli...

Gdy ocknęła się z tego dziwnego amoku, zobaczyła przed sobą Sofi, która ją regularnie szturchała. Sara przetarła oczy, wyciągając z kącików śpiochy, ledwo kontaktując ze światem. Słyszała coś o chacie i mruknęła tylko, że zaraz wstanie, czując nieprzyjemny ból w jedynej ostałej stopie. Uniósłszy ją i zerknąwszy, zobaczyła otarcia na spodzie i zaschnięte resztki krwi, które przyprawiły ją o dreszcze.

Ostrożnie usiadła na łóżku z pewną niepewnością, zerkając na tył namiotu, czy nadal jego ścianka była naruszona przez jej wczorajszy wybryk. Następnie pierwsze, co zrobiła, to ubrała rajstopki, aby ukryć swoją poranioną stopę - ku jej uldze, drugą nie musiała się przejmować, bo jej zwyczajnie nie miała. Następnie założyła suknię, oczywiście po swojemu szamocząc się ze sznurkami i pewno prosząc Sofi o pomoc, potem weszły wysokie butki i płaszcz na chłodne dni. Uczesała włosy i związała je w warkocz, starając się następnie zapomnieć jak najszybciej o dniu poprzednim.

Poprosiła o jakąś wodę i cokolwiek do przegryzienia przed drogą, aby nie jechać o pustym żołądku, a następnie ukrywając jak mogła fakt, że utykała także na drugą nogę, ruszyła do karocy, by tam usiąść i dać odpocząć poranionej stopie. W drodze zaś, gdy nieco zeszły z niej wspomnienia nocy poprzedniej, postanowiła zagadać do dziewcząt.

- Wy wychowywałyście się na dworach. Może... mogłybyście opowiedzieć, jak to wygląda? - nieco zaczerwieniła się, trochę wstydząc się własnego braku doświadczenia. - Na co zwracać uwagę, jak się zachowywać? Ogólnie... jak wygląda dworskie życie.

Agata pewnie znowu będzie się na nią patrzyła z politowaniem, najwyraźniej uznając siebie za lepszą od Sary. Dlatego bardziej liczyła na Sofi, aczkolwiek bardziej patrząc się wyczekująco w stronę Kamili, która należała do rodu będącego chcąc nie chcąc dosyć blisko jej rodziny. Może ona mogłaby jej opowiedzieć coś ciekawego, aby mogła bardziej się przygotować na praktyczne przygotowanie do jej nowego życia, a przy okazji zabije nieco czas do kolejnego postoju.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Wschodnia prowincja”

cron