[Zatoka Keronu] Na skraju Puszczy

16
Elf w ciszy przyglądał się całemu procesowi. Wyglądał on na toporną odmianę korzystania z katalizatorów jako nośników energii. Kawałek kryształu, kontakt ze źródłem, wybuch i po wszystkim. Prostota procesu wprawiała wręcz w zadumę. Wszak mieli tu do czynienia z "żywym" bytem nie samą energią. Po chwili jednak wraz ze słowami pustelnika przybyło zrozumienia. Kryształ nie tyle przechowywał co faktycznie pętał istotę. Myśląca grudka energii aktynie starać się będzie wyrwać z więzienia i w efekcie ewentualnie je zniszczy. Był więc to zabieg zbliżony bardziej to pętania duchów lub cudzej mocy z użyciem własnej magii. A więc potencjalnie ryzykowny jeśli straciło się kontrolę nad uwięzioną mocą. Proces mógł więc być najpewniej zdecydowanie ulepszony. Odpowiednio duży lub magicznie wzmocniony i wzbogacony kryształ mógłby utrzymać taką istotę może nawet tygodnie. Problemem oczywiście był fakt, że zbiornik tego typu na kontynencie wytworzyć i bezpiecznie przetestować można było tylko w kilku miejscach. A połowa z nich dość jawnie pragnęła by czerep Profesora spoczął nad bramą wjazdową ich szlachetnych instytucji. Z zadumy wyrwał Felivrina dopiero głuchy dźwięk kryształu lądującego w jego drewnianej dłoni i słowa jego towarzysza tej krótkiej eskapady.

— Nie ma o czym gadać i czego współczuć. Każdy coś w życiu traci. W moim wypadku to po prostu tylko widać jak na dłoni. Wracając do pierwotnego tematu... kilka dni? Podróż musi więc wciąż być ryzykowana jeśli trzeba polować na te byty w środku puszczy.

Mówiąc to podniósł ostrożnie kryształ do oka pozwalając światłu grać w jego wnętrzu i próbując upewnić się co do jego czystości i wewnętrznej integralności. Ostatnim czego potrzebował był wadliwy kryształ i opętane przez boskie istoty odłamki wepchnięte kilkanaście centymetrów w jego wnętrzności. Następnie przełożył kamyk do zdrowej dłoni i zbliżywszy się do jednego z odłamków spróbował odtworzyć to co zaprezentował mu... no właśnie kto. Były czarodziej? Guślarz? Dziki mag? Przeszłość tajemniczego jegomościa była jednak na chwilę obecną drugorzędnym zmartwieniem. Nie wybuchnąć. To było priorytetem.
Spoiler:

[Zatoka Keronu] Na skraju Puszczy

17
Kryształ jest najwyższej jakości. We Wschodniej Ścianie ostało się kilka starych kerońskich szybów. Stamtąd pochodzi większość moich okazów. Dobrze, dobrze, minerał koniecznie musi dotykać obecnego nośnika. Tylko wtedy może dojść do transferu. Teraz zaklęcie. Proste przekierowanie energii. Na pewno wiesz jak to się robi — instruował Klemens, uważnie przyglądając się swojemu nowemu towarzyszowi.
Felivrin rozumiał na czym polegała cała sztuczka, a mistrzowskie posługiwanie się żywiołem energii tylko ułatwiało mu powtórzenie krótkiego rytuału pętania Gwiazd. Ze wskazującego palca byłego profesora wydostała cię cienka, półprzezroczysta smużka, podobna do tej, którą chwilę temu wyczarował Klemens. Podążała ku ułożonym na ziemi kamykom, ostrożnie kierowana przez Elfa. Początkowo była spokojna, lecz w miarę wydłużania się, zaczynała żyć własnym życiem. Skręcała na lewo i prawo, w górę i w dół, jakby chciała uciec spod kontroli czarującego, zmuszając tym samym Felivrina do wytężenia umysłu. W końcu jednak udało się ją doprowadzić do celu. Spotkawszy się z zawładniętym przez młodą Gwiazdę piaskowcem, zdematerializowała go jasnym wybuchem, przenosząc tym samym istotę na nowy, trwalszy nośnik.
Oh, panienka jednak postanowiła przejść się z nami?
Felivrin mógłby pomyśleć, że słowa te padły w jego kierunku, gdyby kątem oka nie dostrzegł wychylającej się zza drzewa Lalki. Vaeria, słysząc dźwięk strzelających pod butami Rudej gałęzi, odwróciła się gwałtownie i syknęła przestraszona.
Proszę mieć oczy szeroko otwarte i uważać pod nogi. Las jest bardzo niebezpieczny.
Lalka spojrzała po obu mężczyznach pustym, wyzbytym emocji spojrzeniem i wolnym krokiem zaczęła się doń zbliżać, omijając wystające z ziemi grube korzenie.
No, możemy się zbierać. Lepiej wrócić pod dach zanim zbierze się na kolejną burzę. Proszę za mną.
W domu są ptaki — wtrąciła nagle Ruda, zatrzymując się kilka kroków od mężczyzn. Wyglądała nieporadnie jak dziecko. — Ptaki zjadają jedzenie — dodała po chwili.
A niech to szlag... — przeklął starzec pod nosem. — Jak się dostały do środka? Z resztą nie ważne. Pospieszmy się, zanim wyjedzą wszystko. — Uśmiechnął się na siłę i ruszył przodem w drogę powrotną.
Obrazek

[Zatoka Keronu] Na skraju Puszczy

18
Uczony mimo poganiania jego przypadkowego gospodarza pozostał chwilę w bezruchu. Wpatrzony w astralną i tajemniczą energię tańczącą w krysztale nie potrafił pozbyć się pewnego natrętnego uczucia. Smutek? Strach? Melancholia? Być może było to wszystko naraz. Smutek płynący ze świadomości, że nie będzie mógł się podzielić swym odkryciem ze swoimi braćmi i siostrami. Gdzie też oni teraz byli? Dokąd wędrowali i gdzie dotarli? Elf nie wiedział. Oderwany od świata uciekając od swoich lęków sam siebie uwięził w sytuacji gdy tylko on mógł stawiać czoło marom grozy nawiedzających jego umysł. Wolny od zmartwień innych stał się więźniem własnych. Strach jednak nie płyną z koszmarów. Nie teraz. Karmiła go wijąca się grudka energii. Źródło tragedii jego pobratymców. Tak niewielkie i tak słabe w tym momencie... a jednak zdolne do obalenia jednego z najstarszych królestw na świecie. Zgroza która przeszywała elfa na myśl o to co potęga taka mogłaby zrobić w niewłaściwych rękach była trudna do opisania. Ale dość łatwa do zobrazowania. Widok efektów nierozważnego szastania mocom miał przed sobą jak na dłoni. A więc to był osąd boga wiedzy... wróżb... mądrości. Powstrzymując się od parsknięcie śmiechem któremu niechybnie towarzyszyłyby zły Felivrin zacisnął dłoń mocno wkoło kryształu.

— Tak... śpieszmy się.

Odwracając się Czarodziej zadał sobie jednak jeszcze jedno pytanie. Skąd melancholia? Nie wspominał dni swojej młodości w puszczy z rozrzewnieniem. Nie miał barwnych dni dziecięcych... nie to co jego brat. Jego najcenniejsze i najdroższe wspomnienia leżały gdzie indziej. I ponownie katalizatorem tych wspomnień był ten sam przedmiot. Czując ostre krawędzie kryształu ocierające się o jego skórę były Profesor Przemiany mimowolnie uśmiechnął się z rozrzewnieniem. Po prostu... tęsknił za nauką. Nauką magii. Nauką siebie... nauczeniem kogoś. Nawet tak proste przepuszczenie energii dokonane w ramach przekazywania wiedzy wzbudziło w nim wspomnienia sal wykładowych. Pomieszczenia do którego może już nigdy nie wkroczyć. Twarzy Findego i Angili. Twarzy, których może już nigdy nie ujrzeć. Jego uczniów próbujących się nie pozabijać. Uczniów którzy przestali do niego pisać. Brakowało mu ich. Ale gdy były chwile w których mógł zmienić tok wydarzeń. Obudzić Angile w szpitalu polowym... wyruszyć z uczniami... lub powiedzieć proste "nie" tamtej zawszonej nocy. Zawsze wybierał najłatwiejszą ścieżkę. Był... jest słaby. Brak mu charakteru. Zawsze ucieka. Ale czy było się czemu dziwić. Nie był w stanie pomścić nawet samego siebie przez ponad trzydzieści lat. Jaką gwarancję miał, że mając teraz przeciw sobie siły daleko większe zdoła cokolwiek obronić? Może się miotać, walczyć... próbować sięgnąć dalej. Ale czuł, że uderzył już dawno w ścianę której nie mógł przeskoczyć. Czuł jednocześnie, że to wciąż za mało. Był za słaby, za drobny, za kruchy. Przyjaciele, uczniowie... uczelnia. Powinni być bezpieczniejsi bez niego. Prawda?

Z ciężkim sercem i równie ciężkimi myślami Felivrin ruszył za starcem. Na razie. Tylko dokąd później się uda? Kryształ mógł pęknąć w kilka dni. Puszcza nagle straciła prawie cały swój urok długo okresowej kryjówki. Co więc mu pozostawało? Mroźna Północ? Upalne Południe? Statek na Archipelag? Elf przygryzł wargę próbując ocenić która z tych opcji brzmiała najbardziej wykonalnie przy jego nieistniejących funduszach i potencjalnymi inkwizytorami na plecach. I nic do czego doszedł nie przyniosło ponownie uśmiechu na jego twarz.
Spoiler:

[Zatoka Keronu] Na skraju Puszczy

19
Idąc tak przez gęstwinę wystających z ziemi korzeni i kamulców, Felivrin potykał się co rusz, jak gdyby Puszcza sama podstawiała mu kłody pod nogi. Nawet Vearia, z lekka zdenerwowana nowym towarzyszem, lasem i jego nowymi mieszkańcami, nie wchodziła pod buty uczonego tak często, jak płody tej przeklętej ziemi, które choć nieruchome, zdawały się uprzykrzać leśnemu elfowi wędrówkę. Klemens podążał daleko na przodzie. Śpieszno mu było na wieść, że w chacie przy wydmie ugościło się głodne ptactwo, a zdobycze starca z długiej wędrówki po Puszczy pełne były smakołyków, którymi żaden skrzydlaty mieszkaniec niemal jałowego wybrzeża nie wzgardziłby, choćby i za cenę zdzielenia drewnianym kijem. Drugi w korowodzie był Felivrin oraz Vearia, dotrzymująca kroku swojemu tacie. Zatrzymywała się, kiedy ten próbował wyciągnąć nogę z niefortunnie wydrążonego w ziemi dołka lub złapać równowagę po potknięciu o zamaskowany pod paprocią konar. Na samym końcu kroczyła Ruda. Jej twarz wydawała się teraz Felivrinowi straszliwie ponura i smutna. Lecz wiedział dobrze, że nie posiada ona uczuć. Opadnięte kąciki ust, formujące się pod oczami worki i dołki na policzkach musiały być powodem psucia się jej zewnętrznej powłoki. Zupełnie jakby jej sztuczna skóra starzała się, tak jak to bywa u ludzi.
Las zaczynał się przerzedzać. Były profesor zmęczony wędrówką musiał przycupnąć na chwilę, by rozluźnić spięte mięśnie i dać odpocząć obolałym stopom, którym doskwierał ból od stąpania po nierównym podłożu. Klemens westchnął głośno, wręcz jęknął z frustracji, zrobił zwrot i stanął opierając dłonie o biodra. Tymczasem Ruda minęła uczonego i stanęła po jego prawicy.
Wtedy Felivrina zapiekła dłoń, jak gdyby złapał nią coś ciepłego. W zaciśniętej pięści trzymał kryształ, jak uświadomił sobie w tej samej chwili. Kolejną rzeczą, którą skojarzył, był fakt że uczucie pieczenia nastąpiło w momencie, kiedy nadeszła Lalka i stanęła kilka kroków od niego. Widział też w jej gestach i postawie oznaki walki. Walki samej ze sobą. Stała miejscu i za wszelką cenę próbowała utrzymać tę pozycję, jednak coś ciągnęło ją w stronę elfa. To ręka próbowała zawędrować ku uczonemu, to całe jej ciało wyginało się w dziwny sposób, a Ruda rwała się wtedy w drugą stronę, chcąc powstrzymać targające nią siły, których nie potrafiła zrozumieć, a które próbowała opanować. W tym samym czasie Felivrin odczuwał jak kryształ tkwiący w zamkniętej dłoni napierał na skórę, jakby chciał się wydostać z jarzma byłego profesora.
Klemens zawołał wnet z oddali:
Z całym szacunkiem, ale powinniśmy się pospieszyć! Już niedaleko! — Stary wędrowiec nie zdawał sobie sprawy z sytuacji uczonego i rudej dziewczyny.
W twarz elfa uderzył krótki, acz gwałtowny powiew wiatru o zapachu morza.
Nadchodzi sztorm! Trzeba zabezpieczyć chatę i jeszcze pozbyć się tych szkodników!
Obrazek

[Zatoka Keronu] Na skraju Puszczy

20
Coś było nie tak. Elf czuł to w skórze, w kościach i w wibracji magicznej energii. Sytuacja była... dziwna. Ptactwo włamujące się do domostwa, łuszcząca się skóra jego automatu, nienaturalne zachowanie kryształu. Felivrin żył dość długo by zwietrzyć nadchodzący swąd płonących mostów, żali i koszmarnych konsekwencji. Trudno powiedzieć, który ze złych omenów dotknął go najbardziej. Jasnym było jednak, że myśli przelatujące przez jego umysł poczęły doszukiwać się problemów. I znalazły ich aż nadmiar.

Pieczenie w dłoni poczęło doskwierać mu bardziej gdy owe czarne myśli dotknęły mrożącego krew w żyłach zagadnienia. Natura kryształu była mu nieznana. Czy stosował opętanie, nekromancję lub boskie sztuki było jednak drugorzędne. Prawdziwym problemem był brak dogłębnej wiedzy elfa na temat natury jego ORAZ lalki. Mechanizm napędzany przez energię wyciśniętą z trzech istot. Jak bardzo różniła się ona od ożywiającej energii zesłanej na Fenisteę? Czy była jakakolwiek różnica? Wystawienie automatu na działanie obcej energii było więc potencjalnie niebezpieczne. Tak... uczony zacisnął mocniej dłoń. Powinien wyrzucić kryształ, zapomnieć o Fenistei, o istotach i zaszyć się gdzieś indziej. To była rozsądna i dojrzała decyzja, którą każdy szanujący się uczony winien podjąć. Przeżył już swoje. Nie potrzebował kolejnego piekła spowodowanego magiczną abominacją. Tak powinien to porzucić...

Tymczasem zaciśnięta dłoń uczonego uniosła się w kierunku Rudej a następnie powoli i jakby od niechcenia rozluźniła swój zacisk. Usta uczonego wykrzywił uśmiech pełen ekscytacji, oczy zabłyszczały mu niemal figlarnie, a włosy i przyodziewek szargany wiatrem swym trzepotem zdawały się bić mu brawo. Rozsądek nie był bowiem w stanie zdusić rozbudzonego przed paroma chwilami głodu wiedzy trawiącej umysł byłego Profesora. Dni, tygodnie i miesiące oderwania od eksperymentów i badań doprowadziły do tego jednego momentu. Czarodziej chciał ujrzeć starcie się dwóch tajemniczych tworów. To jak na siebie zareaguje. Obserwować. Wychudzone palce wyprostowały się całkowicie a drżący z ekscytacji głos maga został porwany przez wiatr niosąc w burze słowa.

- Weź ten kryształ. To rozkaz.

Ciekawość owładnęła nim całkowicie pozwalając zdrowemu rozsądkowi tylko na pośpieszną inkantacje czaru magicznej bariery. W końcu obu im zależało by elf dożył końca zajścia. Po co ryzykować życie w eksperymencie, którego nie można potem spisać?
Spoiler:

[Zatoka Keronu] Na skraju Puszczy

21
Tak... — mruknęła Ruda, przyjmując Gwiazdę zamkniętą w krysztale.
Nie zawahała się, wypełniła polecenie. Gdyby miała sumienie i rozum śmiertelnika, mogłaby tego żałować. Ale była tylko zautomatyzowaną lalką, maszyną do spełniania zachcianek właściciela, wierniejszą niż najbardziej zżyty z człowiekiem czy elfem pies.
Ciało Rudej zadrżało. Trzymany w dłoni kryształ zatopił się w jej sztucznej skórze, która pod jego dotykiem nabierała konsystencji bliższej gęstej cieczy. Warstwa Tomasomu, która imitować miała zewnętrzną powłokę istoty humanoidalnej, zaczęła pękać w setkach miejsc, tworząc rozległe szramy, za którymi ujawniały się błyszczące niebieskawym światłem Struny. Prawa dłoń, ta do której przyjęła kryształ, całkowicie zrzuciła sztuczną skórę, odsłaniając wiązkę splątanych włosowatych naczyń magicznych, pulsujących i jaśniejących. Tracąca swoją formę lalka stała niewzruszenie, dopóki idące zmiany i pęknięcia nie dotarły do jej szyi i głowy. Wydała z siebie wtedy przeraźliwy pisk, wykrzywiając głowę nienaturalnie. Z jej ust buchała niebiesko-biała światłość a oczy zapłonęły ogniem w tym samym kolorze.
Co się stało? Czym ona jest!? Co zrobiłeś!? — krzyknął Klemens, podbiegając do Felivrina, rzucającego właśnie czar bariery ochronnej.
Klemens odbił się od niewidzialnej przeszkody i upadł na ziemię. Pozbierał się prędko, podpierając na magicznej lasce, i wyciągnął z kieszeni swoją Gwiazdę Ochronną. Przywarł ją do piersi, mocno ściskając w wolnej dłoni. Drugą, przy pomocy kostura, wymierzył ku abominacji silny magiczny impuls, który odepchnął ja o kilka metrów i rozbił o pobliski pień drzewa. Transformacja trwała nieprzerwanie. Automat powoli powstawał i, wykonując nienaturalne skręty ciałem, zaczął zrzucać swoją powłokę, odsłaniając magiczny rdzeń zbudowany ze świetlistych Strun.
Wpuść mnie do środka, na Sulona, bo umrzemy tu oboje! — krzyczał, waląc laską w niewidzialną barierę podtrzymywaną magią Felivrina.
Vearia była cała roztrzęsiona. Elf nie musiał nawet na nią spojrzeć, by to stwierdzić. Przylgnięta do jego prawej nogi wprawiała ją w dygotanie.
Papo... Boję się — przekazywała mu swoje myśli i emocje.
Obrazek

[Zatoka Keronu] Na skraju Puszczy

22
Felivrin stał niewzruszony w obliczu przeraźliwego widoku rozkładającego się automatu. Odsłonięte magiczne naczynia, buchająca zewsząd energia, pisk oraz płonące oczy byłyby zapewne czymś na co elf zareagowałby w wypadku organicznej istoty skrętem jelit i zwróceniem posiłku. Tutaj jednak sytuacja zdawała się być identyczna do przeładowania katalizatora. Był to proces niebezpieczny, kosztowny i niektórzy powiedzieliby, że marnujący zasoby. A jednak powtarzano go od setek lat z jednego prostego powodu. By móc poznać ograniczenia owych drogocennych nośników energii i lepiej je spożytkowywać. Dlatego też podczas gdy pustelnik dobijał się do utkanej wkoło elfa bariery ten miast przerażenia emanował zdziwieniem pomieszanym z fascynacją. Na krótką chwilę zapomniał o tym, jak straszliwy był koszt stworzenia stojącej przed nim istoty, jakimi koszmarami nawiedzała ją czasami jej obecność i o jakim kimkolwiek przywiązaniu, które wytworzył do niej przez ostatni rok. Przed jego rozszerzonymi źrenicami rozgrywał się spektakl natury czysto magicznej. Dwa byty, niezwykle rzadkie i trudne do pozyskania kolidujące ze sobą. Coś co mógł z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć było pierwszym takim wydarzeniem w dziejach Herbii. A on był tutaj. Nie jakiś kronikarz, nie napompowany autor. Zero ubarwień, zakłamań i naleciałości czasu. Doświadczenie z pierwszej ręki czegoś, czego nikt wcześniej nie ujrzał. Zbrodnią byłoby odwrócić wzrok i nie zapamiętać tej chwili. Dlatego też pierwotnie dobijający się do jego dosłownie jak i metaforycznie pokrytej tarczą osoby wywołał z ust maga jeno zamyślone i otępiałe z wrażeń słowa.

— W rzeczy samej... czym?

I najpewniej stałby tam dalej wryty w ziemię czekając na dalszy obrót wydarzeń. Zaklinający go na imię Sulona starzec zdecydowanie nie pomagał swojej sprawie. Nawet gdyby elf go usłyszał imię Pana Wiatrów zdecydowanie zniechęciłoby go do kooperacji. Stałby po prostu i patrzył jak automat wybucha, pożera sam siebie lub rozrywa pustelnika na strzępy z otępiałym wyrazem twarzy. Nie Zakon, nie klątwa i nawet nie samobójstwo, to jego nienasycona ciekawość głodzona przez miesiące okazałaby się przyczyną jego śmierci. Na szczęście miał przy sobie jeszcze jakiś głos rozsądku. Może nie swój ale zdecydowanie działający lepiej na elfa niż jego własny. Dygoczący u jego nogi smok przypomniał mu o kilku drobnostkach pokroju braku laboratoryjnych zabezpieczeń, obecności nieautoryzowanych osób w strefie podwyższonego ryzyka i ewentualnej możliwości zgonu. Twarz spięła mu się w grymasie irytacji. Po części na siebie, po części na brak możliwości przeprowadzenia tego eksperymentu w zaciszu swego dawnego Oroskiego laboratorium. Chwycił pustelnika za ramię i przyciągając go do siebie przez prowizoryczną wyrwę w barierze rzekł a raczej ryknął starając się przekrzyczeć zawieję.

— Trzymaj się blisko. Moja tarcza nie ma dużego zasięgu.

Przymknął oczy i nasiliła energię słaną do porów w jego skórze. Używał zdecydowanie więcej niż zazwyczaj. Musiał. Tarcza musiała pomieścić trzy osoby. Mógł tutaj patrzeć nawet na dwukrotność jego zwyczajnego zużycia mocy. Nie mogli ryzykować długiej walki. Nie tylko dlatego, że nie mógł pozwolić sobie na szastanie dużą ilością czarów. Nie mógł też pozwolić na ich przyjmowanie. Nie mogl igrać na zwłokę i powoli zwalczać anomalię. Musieli albo uciec albo zniszczyć ją tu i teraz. Stres, duża liczba zmiennych i dalej trawiący go głód nauki sprawił, że z ust elfa począł płynąć bełkot brzmiący w połowie jak plan bitwy w połowie jak bazgroły na marginesie szkicu raportu laboratoryjnego.

— Notatka pierwsza. Wędrowałem z czymś co najwyraźniej kwalifikuje się bardziej do posągu niż człowieka. Jakim cudem? Nie mam pojęcia. Notatka druga. Spoiło się to z kryształem. Jak? Trudno powiedzieć Notatka trzecia. To co siedzi w krysztale może chcieć nas zabić. Czemu? Bo Sulon to skurwysyn. Wniosek? Stoimy przed opętaną humanoidalną istotą, która nie kwalifikuje się w oczach Gwiazdy jako żywa? Czyli zasadniczo... to samo co z posągiem tylko... dużo gorzej?

Uniósł rękę z zamiarem rzucenia ofensywnego zaklęcia w Rudą. Strzaskać ją na kawałki i mieć spokój. Zatrzymał się jednak na chwilę. Te byty rozpadały się same z siebie. Nawet jeśli zniszczy nosiciela to tylko na chwilę stracą moc. Zacisnął mocno zęby i wciągnął powietrze. Następnie zacisnął protezę na ramieniu pustelnika zwrócił na niego oczy i rzekł.

—Rozsadzenie Gwiazdy na kawałki to jak mniemam kiepski pomysł. Zostawienie tego tutaj zresztą też. Gdy wstanie policzę do trzech. Na dwa ja rzucę zaklęcie, które może ją spowolni. Na trzy ty zrobisz to co przed chwilą tylko mocniej... jeśli możesz. Opuszczę dla ciebie tarczę. A potem w zależności od skutku zaczniemy albo wiać albo powoli iść w stronę lasu aby odciągnąć Gwiazdę jak najdalej od twojego domu. Brzmi dobrze?

Elf nachylił się następnie i poklepał po główce małe smoczątko. Próbował się uśmiechnąć ale grymas na jego twarzy nie należał do zbyt przekonujących. Słowa zresztą też zważywszy na okoliczności.

— Już, już. Wszystko będzie dobrze.

Felivrin wyprostował się i wpiął oskarżycielsko palec w stronę Rudej. Roztapiająca się skóra i wypływająca z niej energia sprawiała, że miejscami przypomniała żywą galaretę. Elf wykorzystał to skojarzenie i napychając swój umysł obrazami ośmiornic, ślimaków i małży. Czekał aż lalka powstanie i potwierdzi, że wyruszy w ich kierunku nie zaś odbiegnie w siną dal. Wtedy ogłosi "raz". Następnie zniży swój palec w kierunku jej lewej nogi i wypalając z niego wiązkę Magicznej Mutacji rzeknie "dwa". Gdy tylko czar dotknie lalki nie czekając na efekty krzyknie "trzy". Jeśli wszystko się powiedzie będą mieli przed sobą jednonogą i pełzającą istotę, którą łatwo będzie wodzić za nos i uciec od niej. Jeśli tylko jeden czar zadziała to ucieczka dalej będzie opcją. Jeśli wszystko pójdzie w diabły... trzeba będzie postawić wszystko na jedną kartę i ryzykować stworzenie setki Gwiazd.
Spoiler:

[Zatoka Keronu] Na skraju Puszczy

23
Tak... ale... oczywiście, oczywiście. Na trzy, na trzy. Powinniśmy być bezpieczni dopóki mam swoją Gwiazdę — bełkotał Klemens w odpowiedzi na plan Felivrina.
Pustelnik stał tuż elfem, przyparty do jego pleców i obejmujący go dłonią, w której trzymał spętaną Gwiazdę. W drugiej dzierżył swój magiczny kostur, którego czubkiem z zwieńczonym katalizatorem w postaci kawałka kości, wadził o podbródek Felivrina. Było ciasno i nieco duszno. Vaeria chcąc nie chcąc wcisnęła się pomiędzy nogi obu mężczyzn, chowając niechęć do nieznajomego i zdając sobie sprawę z powagi sytuacji. Słowa taty również podziałały kojąco na nerwy.
Zebrał się wiatr. Nie było go czuć wewnątrz bariery, jednak uderzał on o niewidzialną powłokę, powodując ciche dudnienie. Również niskie kępki traw zaczęły swój taniec z żywiołem. Samotna wrona zakrakała na jednej z gałęzi. Uczony z Oros, pustelnik, smoczyca i ptak-przybłęda obserwowali niebywałe zjawisko, jedyne, niepowtarzalne, straszne i zarazem fascynujące.

Raz
Lalka powstała ponownie, stając u podnóża dużego drzewa. Głowę miała odchyloną do tyłu, a raczej błyszczący magicznym światłem kłębek pulsujących nitkowatych naczyń. Wszelkie sztuczne zewnętrzne organy stopiły się już doszczętnie i leżały u stóp abominacji, przypominając rozlaną zupę. Struny tworzyły zarys dawnej postaci automatu. Widoczne było to, co wypełniało jeszcze kilka minut temu głowę, kończyny i tułowie rudej Lalki. Palec Felivrina wskazał na lewą nogę abominacji. Klemens wciągnął powietrze do płuc i nachylił lekko swój kij, gotowy na swoją kolej.

Dwa
Zaklęcie przepuszczone przez umysł i zamanifestowane w świecie fizycznym pognało we wskazanym kierunku. Czar w mgnieniu oka trafił do celu, elf poczuł to podświadomie, jednak nie uświadczył żadnego efektu, nie w pierwszej chwili. Strunowy szkielet rozjaśniał znacząco w miejscu trafienia zaklęcia. Fragment ten zapulsował mocniej, już nie miarowo i płynnie jak dotychczas, a nerwowo i nieregularnie. Prędko reszta strun weszła w podobny stan. Przemiana wywołana czarem musiała zachodzić w zupełnie nieprzewidziany sposób. Nie było jednak czasu, by móc się jej przypatrzeć, ponieważ...

Trzy
Impuls mający źródło w katalizatorze magicznej różdżki uderzył w magiczną abominację i odrzucił ją na kilkanaście metrów. Wylądowała gdzieś pomiędzy skąpymi krzewami. Pomiędzy gałązkami prześwitywało jasnoniebieskie światło bijące od hybrydy, coraz jaśniejsze i jaśniejsze. Podniosła się ponownie. Sylwetka rdzenia automatu zatraciła się zupełnie. Abominacja lewitowała teraz kilka metrów ponad ziemią. Włókna, z których była zbudowana, przybrała formę ruchliwych macek wyrastających z jednego punktu w przestrzeni. Odnóża te próbowały wędrować jak najdalej, chwytały pobliskie konary drzew i gałęzie, jednak coś je przed tym powstrzymywało, nieuchronnie wciągając je w miejsce, w którym wszystkie miały swój początek. Trwało to kilkanaście sekund. Później nastąpiła kolejna faza transformacji.
W powietrzu zawisł pojedynczy, niezwykle jasny punkt. Migoczący ognik trwał w jednym miejscu, niewzruszony wiejącym wiatrem, jednak nie na długo pozostał w tej formie. Wszystko działo się niezwykle szybko. Nagła implozja zakrzywiła widoczny wokół krajobraz, jakby cały świat miał zostać zassany do tego jednego, jasnego punkciku. Jasnego do pewnego czasu, bowiem kiedy otoczenie powróciło do normalności, w miejscu istnienia abominacji pozostała jedynie czarna plama, najczarniejsza z czerni, dziura w przestrzeni, która zdawała się pochłaniać materię, światło, myśli i duszę.
Felivrin poczuł nieodpartą chęć podążenia w jej kierunku. Jego umysł był przyćmiony i otępiony. Czuł że musi jej dotknąć, stać się z nią jednym ciałem. Wyobraźnią płynął ku niej w gęstym niczym woda powietrzu, z wolna, z narastającym apetytem i pożądaniem. Brnął bez najmniejszego oporu, ciągnięty niewidzialną siłą, bez wysiłku i... ach, jakże było mu błogo i przyjemnie.
Wynośmy się stąd, to koniec — usłyszał głos, był bardzo odległy, a jednak jakby bliski i w pełni zrozumiały. — Zamknij oczy i nie patrz. Odwróć się i idź za mną. Nie odwracaj się za siebie — mówił dalej, spokojnie.
Obrazek

[Zatoka Keronu] Na skraju Puszczy

24
Seria przekleństw przebiegła umysł Felivrina gdy jego czar nie przyniósł oczekiwanego skutku. Czyżby lalka wymykała się prawom natury? Nie... nieożywione obiekty, nawet animowane winny zgiąć się pod działaniem jego skrzywionego czaru. Odpowiedź musiała leżeć w bycie, jego naturze, być może odporności na magię lub unikalnej więzi łączącej go z energią astralną... Profesor nie miał jednak czasu na przemyślenie owej anomalii. Istota wpadła w coś co najpewniej opisać można było jako szał. Chwytała konary drzew, ziemię, gałęzie. Jej macki wbijały się w otaczającą przestrzeń tylko po to by jakby wiedzione tajemną siłą powrócić do swojego źródła. Następnie zebrały się pojedynczy, oślepiająco jasny punkt, który zmusił spanikowanego elfa do wzmocnienia bariery. Wszystko sugerowało nagłą i niekontrolowaną detonacje. Przerost mocy w materii skutkujący ewaporacją najbliższego otoczenia i potężna falą uderzeniową. Tak też było... przez krótką chwilę. Implozja zakrzywiła krajobraz lecz miast rozerwać go swoją energią i odepchnąć otaczającą ją powietrze poczęła... zasysać przestrzeń. Po chwili zaś oślepiająco jasny punkt nabrał czerni głębszej niż najciemniejsze otchłanie. Elf nie patrzył na cień, mrok czy nawet czystą ciemność. I choć jego umysł próbował zrobić wszystko by uzasadnić to co widziały oczy, to poddał się dość szybko niepodważalnym faktą.

W rzeczywistości była dziura.
Nie portal, nie załamanie przestrzeni. Rzeczywistość nie została nawet spaczona. Po prostu... nie istniała w tym punkcie. I ten stan niebytu... pustki... nicości zdawał się wołać do niego. Uczony poczuł nieodpartą chęć podążenia w kierunku wyrwy. Czuł się... ociężały. Zmęczony. Pozbawiony mocy. chciał przekroczyć granicę między bytem a niebytem. Ujrzeć co jest za całunem istnienia. Chciał tego dotknąć... czymkolwiek... jakkolwiek... czy nawet czy to było. Krok po kroku zbliżał się do niej... nie był jednak w stanie powiedzieć czy robił to mentalnie czy także fizycznie. Zresztą... czy wobec absolutnego niebytu była jakaś różnica?

Jednak czyjś głos wyrwał go z tego letargu. Znajomy i obcy. Bliski i odległy. Wyraźny i głuchy. Rezonując w umyśle Czarodzieja powstrzymał go przed najpewniej ostatecznym poświęceniem jakie uczony może złożyć na ołtarzu nauki.... będącym równocześnie najgłupszą rzeczą jaką może zrobić. Słuchając głosu z niemałym trudem zamknął powieki. Następnie jego zdrętwiałe ciało obróciło się, chwyciło w ramiona córkę... i ruszyło przed siebie. Zostawiając za plecami ponure pozostałości kolejnej abominacji stworzonej na skutek jego niezaspokajalnego głodu wiedzy. Jedynym pozytywem... o ile jakiekolwiek dało się znaleźć w tej sytuacji, była pewnego rodzaju ulga jaka nawiedziła serce elfa. Lalka przestała istnieć. Uczony nie był nawet świadom w połowie jak wielkim była dla jego sumienia ciężarem było jej towarzystwo. Czuł się o dziwo... znośnie. Jak gdyby zrzucił z szyi ciasną obrożę. Kroczył więc ślepo ale i pewnie przed siebie z nadzieją, że im dalej od wyrwy stanie tym pewniej się poczuje.
Spoiler:

[Zatoka Keronu] Na skraju Puszczy

25
Nawet ciemność za zamkniętymi oczami nie była tak ciemna, jak wnętrze czarnej dziury, pustki w przestrzeni, w której tak bardzo zatracił się Felivrin. Z pomocą Klemensa odwrócił się w drugą stronę, otworzył oczy i wciąż będąc pod wpływem dziwnego transu, spróbował podnieść swoją córkę. Jak szybko się przekonał, nie było to możliwe, wszakże ta już nie była taka mała i lekka. Vaeria popatrzyła na elfa pytająco. Wtedy też odzyskał trzeźwość umysłu.
Niesamowite, doprawdy niesamowite — mamrotał Klemens, prowadząc elfa i smoczycę przez suche zarośla. — Muszę koniecznie o tym napisać w swoim dzienniku. I narysować!
Doszli do skraju lasu, a przed ich oczami ukazało się wzburzone morze i migoczące granatowe niebo na horyzoncie. Rześki wiatr burzył włosy i unosił z plaży drobny piach i pył. Kilkadziesiąt kroków dalej widać było wychylony ponad wydmę komin chatki Klemensa.
Myślę że możliwość oglądania tak fascynującego zjawiska jest w stanie wynagrodzić nieprzewidziane trudy, jakie nam sprawiłeś, panie... — Zawiesił głos i zmarszczył brwi w krótkim rozmyśleniu. — Zdaje się, że nie poznałem jeszcze twojego imienia. Niemniej liczę, że podzielisz się ze mną paroma informacjami o tej... chodzącej rzeczy. Jak czarodziej z czarodziejem. — Uśmiechnął się przyjacielsko.
Okno do chatki było otwarte i już z odległości kilkunastu kroków było słychać irytujące krzyki mew. Klemens wybiegł na przód i wparował do przez drzwi do środka domku. Krzyczał równie głośno co nieproszeni goście, a w jego słowach dominowały głównie najróżniejsze przekleństwa. Przez okno jeden po drugim wylatywały ptaszyska, a za nimi sypały się śnieżnobiałe pióra, które wiatr rozwiewał na wszystkie strony. Po kilku chwilach we wnętrzu chatki ucichło, a Felivrin wraz z Vaerią stanęli u jej progu.
Wnętrze było zdewastowane. Wszędzie leżały porozrzucane przyniesione przez pustelnika okazy roślin i grzybów, doszczętnie zniszczone. Półki, parapet i stół udekorowane były ptasimi odchodami.
Bogowie, miejcie litość — lamentował Klemens, próbując to wszystko sprzątnąć.
Tymczasem Vearia poczuła się znacznie pewniej. Podbiegła do łóżka, wyskoczyła na nie jednym susem i ułożyła się jak do snu, jednak jednym okiem wciąż zerkała to na swojego tatę, to na nieznajomego.
Obrazek

[Zatoka Keronu] Na skraju Puszczy

26
Wyrwany z letargu elf mimowolnie powrócił myślą do kradnącego klarowność umysłu bytu. Zjawisko było niewątpliwie tajemnicze. Nawet podwójnie zważysz na niedokończań jasną naturę jego... towarzyszki. Uczony skrzywił się mimowolnie i postanowił zepchnąć jakiekolwiek uczucia i wspomnienia powiązane z tą abominacją najgłębiej jak mógł. Co z oczu to z serca... czasami. Martwić musiał się o ten drugi byt. Gwiazdę... a raczej Gwiazdy. Czort wiedział ile ich było w puszczy i jeśli każda była skłonna do czegoś takiego... ukrycie się we właściwiej Fenistei nawet z kryształem byłoby szaleństwem. Tylko... jaki miał wybór? Keron nie był dla neigo bezpiecznym miejscem. Dotarcie do Urk-hun było zbyt ryzykowne przez konflikty na granicach... a jeśli chciał dostać się do Archipelagu... najpierw musiał znaleźć jakiś port w okolicy, który gościł tamtejsze okręty. A takowego nie kojarzył. Mógł też... zostać tu. Na pustkowiach. Z dala od problemów. Wiedział jednak co to z nim zrobi... co już zrobiło. Przed chwilą sam tego doświadczył. A wcześniej w wieży Ernesta.

Nie potrafił po prostu przestać... szukać. Odkrywać pogrzebane aspekty wiedzy tajemnej. Zastój w dążeniu do odkrycia tajników arkanów magicznych był najgorszym dla niego narzędziem tortur, które popychało go do ryzykownych akcji. Na uczelni chwalono by go za takie oddanie sprawie... ale w dziczy? Profesor nie był pewien jak długo zajęłoby mu przekonanie samego siebie do podjęcia się ponownie naprawdę paskudnych czynów w imię nauki. Potrzebował czegoś do zajęcia swojego umysłu... a jednocześnie spokoju zacisza domowego jeśli chciał by Vearia miała na tym świecie jakąś przyszłość. A nie wyrosła na jednego z tych pół-dzikich bękartów, którzy kończą w ciupie za poderżnięcie komuś gardła bo obiecano i parę gryfów... Czy raczej to ale na większą skalę. Ze skrzydłami. I zianiem ogniem. Głód wiedzy i wychowywanie dziecka... elf schował twarz w dłoni. Jedno zdawało się go przerastać. Ale dwa? Potrzebował pomocy. I to nie kolejnej pustej kukły tylko autentycznego humanoidalnego bytu, który pomógłby mu nieść ciężar egzystencji. Tymczasem jednak wszyscy jego znajomi, przyjaciele i rodzina byli w ten czy inny sposób poza jego zasięgiem. Jedyne co zostało mu na pocieszenie to rozmowa z pustelnikiem. Tyle, że... nie mógł być z nim całkowicie szczery. Nie gdy Zakon mógł dalej węszyć w poszukiwaniu osobnika podejrzanego o bycie osławionym Profesorem Przemiany.

— Niriviel... khem... z rodziny Ta'muril — rzucił głosem zdrętwiałym od szoku po całym tym zajściu — Na wspólne to będzie "Cis". Wędrowny Czarodziej, Bakałarz i amator egzorcyzmów... aczkolwiek po tym zajściu mam poważne wątpliwości co do moich kompetencji w tym ostatnim. A co do chodzącej rzeczy... obawiam się, że większością swojej wiedzy się już podzieliłem. Nie stworzyłem... tego. Spotkałem to, zachowywało się jak upośledzone dziewczę... mogę co najwyżej zapewnić, że miało duszę. Tego jestem przynajmniej pewien.

Fałszywe imię przyszło łatwo. Wybrał po prostu z jednego z elfich bezpłciowych mian z nadzieją, że jeśli samo z siebie dotrze do niepożądanych uszu może zostać błędnie zidentyfikowany jako kobieta. Nazwisko nie wymagało też wielu rozmyślań. Wiele Leśnych nosiło miana powiązane z naturą. Na pewno gdzieś tam istniała kiedyś rodzina Ta'muril albo i dwie. Pozostawało mieć nadzieję, że żadna z nich nie była jakoś szczególnie znana i problematyczna dla Keronu. W takich chwilach uczony żałował, że nigdy nie interesował się polityką swojej rasy. Mógł wymienić kilka szlachetnych rodów... ale za cholerę nie wiedział, czy nie przyjmował nazwiska potencjalnego zbrodniarza wojennego. Z drugiej strony... czy miało to jakieś znaczenie? Całe królestwo leżało w ruinie, a wszyscy Ta'muril sześć stóp pod ziemią...o ile kiedykolwiek istnieli. Nie było sensu mieć więc od tego wyrzutów sumienia. Natomiast nic co powiedział o Rudej było kłamstwem... ale czy prawda bez kontekstu jest prawdą? Nie stworzył ani nie przyłożył ręki do stworzenia... tego konkretnego egzemplarza. Spotkał to owszem... ale zaraz potem zostało mu to darowane jak wół. Zachowywało się jak upośledzone dziewczę... ale od początku wiedział, że dziewczem nie było. A przysiąc, że duszę miało mógł z czystym sumieniem. Ba! Nawet nie jedną.

Powróciwszy z Klemensem do jego chatki elf począł pomagać mu z porządkami zagadując przy tym do neigo dla rozbicia monotonni fizycznej pracy.

— A więc... nie widziałeś czegoś takiego w puszczy? Jak głęboko się zapuściłeś? Jak zachowują się te... byty normalnie w takiej sytuacji?
Spoiler:

[Zatoka Keronu] Na skraju Puszczy

27
Czarną dziurę? Widziałem. Pojawiają się sporadycznie, czasem niefortunnie wessą jakiś kawałek terenu i znikają. Nigdy nie widziałem jednak jak powstają. Po dzisiejszym wydarzeniu możemy wnioskować, że tworzą się w momencie nadmiernego przeładowania energią, ale nie wiem co naturalnie mogłoby taki proces rozpocząć. Nagłe utworzenie dużego skupiska Gwiazd? Dawka energii zewnętrznej? Może przerzedzenie zasłony między Herbią a innym wymiarem? — Podrapał się po głowie.
Na zewnątrz zagrzmiało. Atramentowa chmura wisiała nad bezkresem morza. Słońce jeszcze widniało wysoko nad horyzontem, jednak skłaniało się ku zachodowi, ku nacierającemu sztormowi, który lada chwila miał je pochłonąć i zesłać ciemność ku padołowi.
Najdalej udało mi się dojść niemal pod samą stolicę, wyruszając z północnych rubieży Puszczy. Zawróciłem jednak, bowiem tam, w Lea'Fenistea, nie przetrwałbym nawet z zaklętą Gwiazdą. To najniebezpieczniejsze miejsce w całym upadłym królestwie, najgęstsze skupisko przybyszów, i chyba jeno zabłąkane duchy zmarłych elfów mają przywilej, by tam przebywać. Przywilej albo nigdy niekończącą się katorgę, bo nikt nie chciałby patrzeć na swój dawny dom pogrążony w takim stanie.
Klemens właśnie skończył porządki i zabrał się do sporządzania notatek, korzystając jeszcze z obecności dziennego światła wpadającego przez okno, które skrzypiało niemiłosiernie od intensywnych podmuchów wiatru. Na nosie pustelnika pojawiły się skromne okularki, w ręce zaś pióro i podręczna fiolka z czarnym jak smoła inkaustem.
Gdzie zamierzasz się udać w dalszą podróż, Nirivielu? Niewielu z twoich pobratymców ciągnie w te strony. Niewielu też zresztą zostało. Rozumiem pociąg do domu, do korzeni, jednak tutaj już raczej nie masz czego szukać. Nie jest to miejsce dla ciebie, a tym bardziej dla twojej córki. — Spojrzał na małą, która z przymkniętym jednym okiem spoczywała na posłaniu.
Klemens zatrzymał pisać w pół zdania, robiąc grubą kropkę na stronnicy dziennika. Kiedy Felivrin na niego spojrzał, dostrzegł że spiera się w myślach ze sobą. Czoło miał zmarszczone i mięśnie napięte.
Nie powinienem tego mówić, ale wiem o miejscu, gdzie dobrze by cię przyjęto. Miejscu gdzie znajdziesz swoich braci i siostry. Może to zaspokoiłoby twoją pogoń za przeszłością.
Obrazek

[Zatoka Keronu] Na skraju Puszczy

28
— A więc sumując... Nawet z kryształem w puszczy czekają między-wymiarowe wyrwy czort wie dokąd, elfie duchy i sypiące się królestwo. Pięknie, po prostu pięknie. Powrót do Keronu zaczyna brzmieć kusząco.

Felivrin wydał z siebie głębokie westchnięcie pełne zawiedzionych nadziei. Kolejna opcja ucieczki przed swoim dawnym żywotem poszła w diabły. Z drugiej strony... czego się spodziewał? Życia w spokoju przez ileś tam lat? Wcześniej czy później sam zacząłby eksperymentować na Gwiazdach nie mając nic lepszego do roboty w środku dziczy. A wtedy kto wie co by się stało. Albo zamknąłby się w sobie, stłumił swoje zawodowe skrzywienie i skończył jako zgrzybiały dziad na wpół wrośnięty w krzesło. I tak źle i tak niedobrze. Ale połączenie względnie bezpiecznego stylu życie z ciekawymi przeżyciami i doświadczeniami było niezwykle trudne do osiągnięcia... zwłaszcza od jego rzekomej śmierci i przygód z Zakonem. Bezpieczeństwo dla elfa w tej okolicy zakładało szukanie schronienia u jakiegoś autorytetu... a te raczej wcześniej czy później połączyłyby ze sobą kropki i odkryły kogo chronią. Z kolei ostatnie "ciekawe przeżycia" jakich doznał w Oros również niekoniecznie dobrze odbiły się na jego życiu społecznym. Zasadniczo dość dosłownie je skończyły. Tak więc nawet jedno z dwóch go narażało. Z tym na myśli odpowiedź na pytanie o jego dalsze plany nie była zbyt optymistyczna.

— Myślałem o Archipelagu... ale znajdź tu zaufanego przewoźnika co przy obecnym stanie portów. No i pieniądze. Nie uśmiecha mi się płynięcie na kredyt po to by potem wylądować na dwa lata na czyjejś plantacji aż spłacę dług. Północ jest za daleko, w Ujściu wrze wojna... chyba. Ostatnio z tego co słyszałem dalej było oblegane od już... ile to lat? Zresztą mniejsza o to. Mój najlepszy plan na tą chwilę to spakowanie manatków i ruszenie przez obrzeża Ujścia w kierunku Zaavral. Trzymanie się pogranicza to chyba jedyna rozsądna droga. A potem... czort wie gdzie i u kogo się schronie. Może pójdę dalej na zachód do krasnoludów południowych? Może z jakąś karawaną się do Wushoh zabiorę... byle dalej.

Profesor zamyślił się nad przyszłą trasą. Południe nie darzyło elfów zbyt ciepłymi uczuciami, Keron zresztą też nie. Być może dotarcie do jednego z portów Południa, dorobienie się tam paru groszy i zabranie stamtąd w jakieś zaciszne miejsce było najlepszym planem na jaki mógł liczyć elf. Ale była to daleka podróż. Zaś po utracie swojej... towarzyszki perspektywa samotnej wędrówki ze smokiem malowała się co najmniej niewesoło. Pytanie powoli przestawało brzmieć "czy" zostaną przez kogoś złapani tylko "kiedy". Zwłaszcza, że Vearia rosła i jej ukrywanie poczynało być problematyczne. może pozyskanie jakiegoś wózka by w tym pomogło... ale skąd? Rozmyślanie te jednak przerwały kolejne słowa pustelnika. Brwi elfa uniosły się mimowolnie pod wpływem dość absurdalnie brzmiących obietnic jego gospodarza.

— Dobrze przyjęto? Bracia i siostry? Zaspokojenie? Proszę powiedz mi więcej. To brzmi... nazbyt optymistycznie. Jesteś pewien, że nie pominąłeś paru łańcuchów, obroży lub życia w slumsach?
Spoiler:

[Zatoka Keronu] Na skraju Puszczy

29
Nie jestem na bieżąco w obecnych wojnach. Życie na odludziu w zasadzie odcina mnie od wieści ze świata. Zdaje się za to, że Zaavral jest dość spokojnym miejscem. A przynajmniej takie miałem wrażenie, gdy jeszcze miałem kontakt z cywilizacją.
Duża fala uderzyła o czoło wydmy przed chatą i wzbiła w powietrze mokry piach. Klemens wstał od stołu, by zatkać szpary w oknach i pod drzwiami, w których świstał mroźny wicher. Zasiadł później na słomianym fotelu w kącie pomieszczenia, rezygnując z dalszego prowadzenia notatek, gdyż za oknem zrobiło się już ciemno i ciężko mu było pisać.
Ilekroć tu jestem, nie ma tygodnia bez większego sztormu, ale sam to już pewno zdążyłeś zauważyć. Wracając... Istnieje pewna osada... właściwie to obóz. Garstka leśnych elfów uchowana z dala od cywilizacji, na pograniczu Fenistei. Swojego czasu byłem ich gościem, pomogłem w kilku kwestiach i odszedłem w swoją stronę. Bardzo trudno się tam dostać bez pomocy kogoś z wewnątrz, jednak jeśli cię zaciekawiłem, mogę przygotować coś w rodzaju nawigatora, który pomógłby ci odnaleźć drogę.
W półmroku Felivrin widział słabo zarysowaną sylwetkę starca skurczonego na niskim siedzisku. Rozjaśnił ją nagły błysk pioruna, który wpadł przez okno do chaty. Vaeria nerwowo podniosła głowę, jednak zmęczona z powrotem położyła ją na posłaniu. Obok niej było jeszcze odrobinę miejsca, na tyle by się położyć i nie spaść na podłogę.
Pozwolę ci się namyślić co do mojej propozycji do jutra. Na stworzenie nawigatora będę potrzebował kilku godzin. A teraz, jeśli nie masz więcej pytań, pozwól odpocząć starcowi. To był wyczerpujący dzień.
Obrazek

[Zatoka Keronu] Na skraju Puszczy

30
Dzień był w istocie wycieńczający. Burza, spotkanie Klemensa i nagła przemiana lalki zdecydowanie przekroczyły dzienny limit dziwów w życiu elfa. Wieść o obozie pochłonęła na krótką chwilę resztki jego energii zmuszając senny umysł do ostatniego wysiłku. Zapadając więc samemu w sen myślał tego wieczoru o tym co począć ze sobą i swoją podopieczną. Daleka podróż wiązała się z ryzykiem. Zakon ciągle mógł go szukać, szemrane osobistości mogłyby chcieć porwać smoczątko... no i w znoszonym przyodziewku elfa trudno było znaleźć fundusze na dalsze eskapady. Obóz zdawał się jedynym rozwiązaniem. Zarówno trwałym jak i tymczasowym. Przesiedzenie w nim zimy i roztopów zdawało się konieczne. A co dalej? Sulon jeden wie... i znając życie lepiej żeby jednak nie wiedział. Jednak nawet pozostanie wśród elfiej braci wiązało się z pewnym ryzykiem. Mniejszym... ale jednak ryzykiem. Co robić...

Pogrążony w rozmyślaniach uczony nie zauważył nawet jak jego umysł poddał się zmęczeniu i zanurzył w senne wymiary. Z początku jego rozmyślanie zastąpiły idylliczne wizje przyszłości... a może przeszłości? Widział w nich bowiem zarówno swoich nowych jak i starych znajomych, nowe królestwa jak i te żyjące już tylko w zakurzonych księgach. Sam też czasami miał dwie ręce... albo i nawet więcej. Jednak jak każdy radosny sen, który nawiedził jego umysł ostatnimi laty i ten urwał się nagle i gwałtownie. Kolory i dźwięki sielanki poczęły się mieszać, wychodzić z rytmu deformować otaczający elfa obraz w chmarę rozciągniętych, hałasujących i gryzących w oczy bytów. Z tej bezkształtnej masy poczęły formować się twarze wykrzywione w furii lub agonii. Jego uczniowie, Gerda, Ernest, Mistrz nawet Ernest. Wszyscy wpatrzeni prosto w niego oskarżającym wzrokiem. Na koniec z masy wyłoniła się wielka dłoń, która zacisnąwszy się wkoło elfa poczęła pozbawiać go tchu i gnieść jego kości. Twarze poczęły się zbliżać i deformować w okropne poczwary. Aż w końcu...

Czarodziej obudził się zdyszany i obolały. Błędnym wzrokiem rozejrzał się po pomieszczeniu. Dniało. Vaeria leżała wspartą o jego ramię a promienie słońca grające na jej łuskach odbijały się na twarz elfa. Przymrużając oczy mag zanurzył się ponownie w swoich myślach. Obóz zdawał się jedynym rozsądnym wyborem. Przynajmniej do czasu aż nie uda mu się zebrać funduszy na jakiś bardziej odległy i bezpieczny zakątek Herbii. O ile takowy jeszcze istnieje. To ostatecznie utwardziło Felivrina w jego decyzji. Gdy więc gospodarz zapytał go o jego decyzję elf odrzekł:

— Tak. Jestem zainteresowany tym rzekomym obozem dla elfich uchodźców. Wskaż my drogę Klemensie.
Spoiler:
ODPOWIEDZ

Wróć do „Fenistea - puszcza”

cron