Wioska Svolvar

76
POST POSTACI
Vera Umberto
Vera o poranku nie była szczególnie zadowolona z faktu, że Corin postanowił ją zostawić. Oczywiście, jako kapitan popierała jego decyzję i tylko dlatego nie powstrzymała go przed opuszczeniem łóżka. Problem Sovrana był jego problemem, nawet jeśli Vera chwilowo akurat była w niego bardziej zaangażowana. Musiał się nim zająć, nie było innej opcji, a im wcześniej, tym lepiej. Ale jako zwykły człowiek Vera chciała pospać trochę dłużej w cieple drugiego, leżącego obok ciała. Westchnęła więc tylko i owinęła się ciaśniej w koce, zamykając oczy jeszcze na jakiś czas, gdy Yett opuścił już jej kajutę.
Obudzona przez Irinę zwlekła się w końcu z łóżka, jak co dzień z niemal fizycznym bólem przeżywając moment wyjścia z zagrzanego barłogu. Bella, jak widać, czuła się tu jak u siebie, ale Umberto była jeszcze zbyt zaspana, by się o to złościć. Zresztą, obdarzyła kobietę jakąś bliżej nieokreśloną sympatią. Hrabina była w porządku. Nie oznaczało to, że wolno jej było bez konsekwencji panoszyć się po Siódmej Siostrze, ale jej zachowanie z jakiegoś powodu nie wywoływało w Verze standardowej irytacji... jeszcze.
Ubrała się ciepło. Pod płaszcz założyła nowy, skórzany napierśnik, włosy wyjątkowo zaplotła w gruby warkocz i zasadziła na głowę futrzaną czapkę. Jak zawsze, do biodra przypasała długie ostrze - póki co wciąż niestety miecz, nie sejmitar - a w wysoką cholewę buta wcisnęła swój wąski sztylet. Wciągając na dłonie rękawiczki, opuściła swoją kajutę i kwatery oficerskie, idąc za śmiechem Heweliona, który tym razem zdecydowanie miał lepszy nastrój, niż jeszcze wczoraj. Może szansa upolowania czegoś interesującego skutecznie rekompensowała mu pechowe pierwsze wrażenie, jakie zrobiła na nim Bella.
Umberto miała tylko nadzieję, że nie będzie musiała długo kłócić się z Corinem, żeby zgodził się zostać na Siostrze. Trochę liczyła na to, że nie będzie musiała tego robić wcale, ale nie była naiwna, oficer potrafił być uparty jak osioł, jak każdy mężczyzna zresztą. Przywitała się z zebranymi machnięciem dłoni, informując ich pokrótce, że zaraz do nich przyjdzie i najpierw zeszła pod pokład, żeby zlecić Tripowi przygotowanie jej do jedzenia czegoś na drogę - jej, a także tym z załogi, którzy zamierzali ruszyć w puszczę razem z nimi. Potem dopiero wróciła do pozostałej dwójki kapitanów.
- Nikt mi nie mówił, że ruszamy z samego rana - rzuciła, wsuwając ręce do kieszeni. - Gdybym wiedziała, wypiłabym wczoraj mniej.
Obrazek

Wioska Svolvar i okolice

77
POST BARDA
Nikt nie zamierzał żałować Very przez to, że wczoraj wypiła tyle, ile tylko mogła. Nikt nie zamierzał też przesadnie długo na nią czekać - zamiast tego, poczekano na Tripa, który uczynnie przygotował dla członków załogi suchy prowiant. Każdemu przydzielił po sporym kawałku solonej ryby, po kilka pasków suszonego mięsa, parę sucharów posmarowanych foczym tłuszczem, po bryłce sera, butelce mleka i po menażce z alkoholem... wszystko to, co Północ miała do zaoferowania, zostało spakowane, by można było zabrać to w las!

Corin nie walczył przesadnie mocno o prawo do pójścia razem z wyprawą. Musiał zdawać sobie sprawę z własnego stanu, gdy mówił, że ktoś musi zostać, pilnować statku i Sovrana. Zima dawała mu się we znaki dość mocno i nie było mądrym ciągnięcie go ze sobą w dzicz, również przez wzgląd na to, że opóźniałby wyprawę. Vera musiała zadowolić się ochotnikami w postaci Osmara, Ashtona i Ohara, Pogad, jak również, dość niespodziewanie, Iriny. Hewelion postanowił zostawić na statku Labrusa, za to przy nim miało pozostać kilku najwytrwalszych załogantów, w tym Olov i Sam.

- Pokonajcie boginkę i przynieście dużo dóbr! - Poleciła im Bella. Ona również postanowiła zostać w wiosce. Dla jej ładnych butków na obcasie nie było miejsca w lesie. - Słuchajcie Varyna, a może ujdziecie z życiem!

***
Spoiler:
Varyn, dowódca, uniósł dłoń, nakazując kompanii stanąć w miejscu. Wyszli właśnie na ośnieżoną polankę: poczerniałe trawy przebijały się przez warstwę śniegu, a granica iglastych drzew sprawiała, że poletko było ciche, jego spokój nie zachwiany ani powiewem wiatru, ani obecnością zwierzyny. Tej nie widzieli w lesie zbyt wiele. Tropy ciągnęły się wzdłuż obranej przez nich drogi, jednak do nich zbliżył się tylko pojedynczy jeleń - jeśli wierzyć słowom Heweliona, który wypatrzył kopytnego jako jedyny, nim ten zniknął między igliwiem.

Jasne, wodniste ślepka Voryna skanowały otoczenie. Mężczyzna był niski i krępy, nie dość, by uznać go za krasnoluda, jednak wystarczająco, by domyślić się, że miał takiego wśród przodków. Wedle słów towarzyszy, był najlepszym zwiadowcą w promieniu wielu mil.

- Za cicho. Nie ma tropów na śniegu. - Mruknął, a jego niski głos potoczył się po polance. - Tam. To nie jest kępa. Ostrożnie.

Po tym, jak wskazał mniej spostrzegawczym cel - nieokreślonych kształtów wzniesienie przy przeciwnej ścianie polanki, długie na dobre dwa metry, wysokie na połowę tego, które równie dobrze mogło zostać uznane za stertę gałęzi lub skarpę - kucnął, by przesunąć dłonią po ziemi. Odgarnął śnieg z najniższych traw, wkrótce natrafił na to, czego szukał.

W śniegu ukryta była długa kość. Wciąż pokryta była poczerniałą skórą, a przy jej końcach znajdowała się wyschnięta tkanka stawów.

- Boginka? - Zapytał Osmar głośnym szeptem.

- Nie. Nie pożarło wszystkiego.

Wioska Svolvar i okolice

78
POST POSTACI
Vera Umberto
Ostatecznie była całkiem zadowolona z grupy, która postanowiła udać się na wyprawę razem z nią. Osmar nie zdziwił jej ani trochę, a Ohar, Ashton i Pogad byli silną trójką, bez których nie wyobrażała sobie tego polowania. Irina była... zaskakującą towarzyszką, ale Vera nie miała nic przeciwko. Jej umiejętności strzeleckie mogły jeszcze uratować im wszystkim tyłki, tak jak uratowały niejednokrotnie. Przesunęła jeszcze szybkim, oceniającym spojrzeniem po pokładzie statku, który zostawiała za plecami i gdy upewniła się, że nic nieplanowanego nie wydarzyło się przez noc, a ona mogła udać się w swoją stronę, zeszła po rampie na pomost.

Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że żaden był z niej tropiciel, a gdyby zostawili ją tam w puszczy, to miała jakieś pięćdziesiąt na pięćdziesiąt szans, że sama znalazłaby drogę powrotną do Svolvar. No, może nie było tak tragicznie, ale zamierzała trzymać się grupy i słuchać Varyna, wyjątkowo pozwalając, by ktoś inny przejął dowodzenie. Nie była na pokładzie Siódmej Siostry, prawda? Tutaj nie była kapitanem - szła doświadczyć tajemnic śnieżnej północy. I czuła się podekscytowana, zupełnie jak podczas pierwszych rabunków, te siedem lat temu! Znajdą boginkę, czymkolwiek była, ubiją ją, a może upolują też coś innego, też ciekawego? Może znów będzie mogła zobaczyć Heweliona w akcji? Co by nie mówić, kapitan własnoręcznie ubijający rogatego morskiego stwora był imponującym widokiem.
Gdy dotarli do polanki, przykucnęła za jednym z wielu zasypanych śniegiem krzaków, strzelając spojrzeniem w stronę Varyna i śladów, które widział chyba tylko on. Czuła znajomy ciężar broni przy biodrze. Oparła dłoń o jej głowicę, mrużąc oczy i skupiając się potem na czymś, co nie było kępą ani stertą gałęzi. Może niedźwiedź? Nie, niedźwiedzia ich tropiciel rozpoznałby przecież od razu.
- Boginka miała być w jeziorze - przypomniała Osmarowi szeptem i zamilkła, czujnie czekając na dalszy rozwój wydarzeń.
Obrazek

Wioska Svolvar i okolice

79
POST BARDA
Varyn bezgłośnie wskazał ręką kierunek.

- Co? Odchodzimy? - Zapytał głośno Olov, rozglądając się za kimś, kto mógłby udzielić mu większej ilości informacji. Ich przewodnik nie był zbyt rozmowny.

- To jeden z duchów lasu. - Do wyjaśnień pospieszył inny człowiek Belli, który również wybrał się z nimi. W sumie, z domostwa Svolvar w dzicz wyruszyła dwunastka, nie licząc załóg Very i Heweliona. - Śnieg wokół jest niezadeptany, zwierzęta unikają tego miejsca. Mądrym będzie zrobić to samo.

- Czym jest duch lasu? - Do rozmowy dołączył Hubert. Nadstawiał ucha, a Vera mogła dostrzec na oszpeconej twarzy znajomy wyraz, który zazwyczaj zwiastował widowisko, jednak tym razem mógł przynieść kłopoty.

- To prastara bestia. Nie zakłócajmy jej spoczy- co ty robisz?! Czekaj!

Podniesiony głos wojownika zwrócił uwagę reszty drużyny. Nie głos był jednak tym, co powinno przyciągać wzrok, a osoba kapitana Dłoni Sulona, która ruszyła przed siebie, tak dziarsko, jakby nie naruszała właśnie leża istoty, o której legendami babki straszyły svolvardzkie pacholęta. Wysokie buty kapitana orały świeży śnieg, zapadając się w niego do pół łydki. Hewelion złapał za swoją włócznię.

- Wracaj tu, głupcze! - Warknął Varyn, ruszając za Hewelionem, a ten, dostrzegając pościg, tylko przyspieszył!

Włócznia zatopiła się w kopie śniegu. Przez długie sekundy nic się nie działo, nim góra poruszyła się. Stopniowo skorupa śniegu kruszała się i opadała, ukazując srebrzyste łuski, pióra i rząd ostrych zębów.

- Wycofajcie się! Do lasu! - Wrzasnął Voryn, samemu cofając się, gdy z legowiska powstawał duch lasu.

Machnięciem gadziego ogona posłał Huberta w śnieg, a kapitan nie miał możliwości, by obronić się przed ciosem. Długie cielsko podniosło się na wężową modłę. Przypominał węża, jednak para wielkich, jasnych skrzydeł skutecznie odrózniała go od przyziemnych pobratymców. Stworzenie miało może z osiem metrów dłogości, a jego korpus był tak gruby, jak stuletnie drzewo. Duch w moment poderwał się do lotu. Nie wydawało się, by włócznia Heweliona zrobiła mu większą krzywdę, ale strumień czerwieni odcinał się od koloru łusek.

Zza Very świsnęły strzały - Irina była w pogotowiu. Dopiero trzeci z pocisków dosięgnął węża i zatopił się w jego cielsku.

- Kapitanie! - To Olov warczał, nie mogąc dostrzec Heweliona za zwałami śniegu. - Sam, ruszamy!

Jelonek nie miał prawa protestować. I choć Voryn kazał im schować się między drzewami, dwójka podwładnych kaptiana Heweliona ruszyła przez otwarte pole, wystawiając się jak na talerzu dla wężowej bestii! Stwór zatoczył koło nad polanka i zapikował w dół, ku piratom, którzy mieli stać się jego zdobyczą.

Wioska Svolvar i okolice

80
POST POSTACI
Vera Umberto
Jeśli mądrym było odejść i nie zakłócać spoczynku bestii, Vera zamierzała to zrobić. Tak jak postanowiła, zamierzała trzymać się swojego planu słuchania się kogoś, kto wiedział, o czym mówi - tak jak na statku oczekiwała, by słuchano się jej. Nie spodziewała się jednak, że Hewelionowi wystarczy wzmianka o tym, że stworzenie przed nimi jest pradawne i niespotykane, żeby rzucił się na nie bez żadnego planu, jak ostatni idiota. Owszem, podziwiała jego odwagę, brawurę nawet, ale nie taką bezmyślną!
- Hubert! - zawołała za nim, licząc na to, że jakimś cudem go zatrzyma, ale płonne były to nadzieje.
Zaklęła pod nosem, przez moment jeszcze zza swojego krzaka obserwując, jak Olov i Sam biegną na sam środek polanki, wystawiając się bestii na tacy. Co za głupota! Czego Hewelion się spodziewał?! Że jednym ciosem włóczni zabije coś, co było duchem lasu, stworzeniem starszym, niż oni wszyscy razem wzięci? Zakładając oczywiście, że Varyn mówił prawdę. Ale jedno było pewne - gdyby pojedyncze przebicie grotem wystarczyło, tropiciel nie ostrzegałby ich i nie kazał im zachować ostrożności.
- Nie zostawię ich - poinformowała Varyna krótko, głosem nieznoszącym sprzeciwu. Ona nie zostawi ich i dobrze wiedziała, że grupa, którą zabrała z Siódmej Siostry, nie zostawi jej.
Poderwała się z miejsca i ruszyła pomiędzy drzewami, biegiem okrążając polankę, by znaleźć się z innej strony, niż ta, z której pierwsza trójka zaatakowała skrzydlatego węża. Wybiegnięcie razem z nimi wprost na bestię, byłoby prawdopodobnie samobójstwem, ale przecież nie mogła pozwolić im zginąć, sama nie zrobiwszy niczego, prawda? Jednocześnie rozglądała się za ciałem Heweliona, z nadzieją, że jedno uderzenie w drzewo nie pozbawiło go życia. Dobyła po drodze miecza, a gdy dobiegła do miejsca, w którym wydawało się jej, że znajdowała się poza zasięgiem wzroku potwora, zamierzała doskoczyć i pomóc w walce. Serce tłukło się w jej klatce piersiowej jak szalone, bo choć słyszała o smokach, nigdy dotąd żadnego nie spotkała, a to coś, co właśnie się tu obudziło, zbyt dobrze wpasowywało się w jej wyobrażenie tychże właśnie istot. Łuskowate ciało, skrzydła, wielka, wężowa paszcza... Czekała, aż stwór opadnie z powrotem na ziemię, by chwycić broń obiema rękami i rzucić się na jedno ze skrzydeł... spróbować przynajmniej uniemożliwić mu pikowanie z nieba.
Obrazek

Wioska Svolvar i okolice

81
POST BARDA


Vera postanowiła, jednak jej decyzje musiały zostać zrewizowane, gdy Hubert postanowił zostawić zdrowy rozsądek na statku, a następnie wylądował w śniegu, odrzucony ogonem skrzydlatego węża. Na nic były krzyki Very. Samael i Olov ruszyli w stronę powalonego kapitana. Na bieli śniegu, ich sylwetki odcinały się wyraźnie jak robaki w mące. Wąż nie potrzebował zachęty, by zaatakować. Po tym, jak wyrwany z letargu poderwał się do lotu, prędko było mu do powrotu do snu. Bestia krwawiła z rany po włóczni i po strzale Iriny, ale nie robiło to na niej wrażenia takiego, jakie być może powinno.

Varyn i pozostal skryli się w cieniu iglaków, gdy również Vera postanowiła wybiec bestii na przeciw, lecz rozważnie trzymała się linii drzew. Kiedy pokonywała kolejne metry grzęznąc w śniegu, jej druga oficer posyłała w stronę pikującego gada kolejne pociski. Zarówno Samaelowi, jak i Olovowi udawało się uniknąć większości ataków, choć nie wszystkich, a Hewelion całkiem zniknął w bieli.

Plan Very był dobry, choć zakładał ryzykowne kroki. Gdy stworzenie pikowało ku Samaelowi, starając się zatopić kły w jego ramieniu, Vera skoczyła. Wytrącając bestię z obranego toru lotu, dzięki czemu Samael nie stracił co najmniej ręki, uczepiła się piór węża. Olov atakował, ale nawet z siłą jego ramion, nie udało się przepołowić potwora! Toporek mężczyzny zatopił się w jego grzbiecie, ciepła krew bryznęła, ale to nie wszystko! Wąż wił się i rzucał, w pewnym momencie jego ogon dosięgnął pani kapitan, boleśnie chlastając ją w policzek.

- Odsuń się! - Wrzeszczał Ohar, biegnąc wraz z innymi w ich kierunku. Nie zostawili Very!

Bastia wciąż nie była martwa. Rzuciła się w stronę Olova, łapiąc go za nogę.

Wioska Svolvar i okolice

82
POST POSTACI
Vera Umberto
Wbiła się w jedno ze skrzydeł, czerpiąc ogromną satysfakcję z momentu, w którym poczuła, jak ostrze przebija się przez cielsko. Może i było to legendarne stworzenie, jakiego bali się tutejsi, ale miało ciało i krwawiło tak samo, jak każde inne, a to znaczyło, że można było je zabić. Nie to, że Vera bardzo chciała to robić; naprawdę zamierzała posłuchać Varyna i zostawić je w spokoju. To durna brawura Heweliona sprawiła, że teraz walczyli z czymś, co mogło jeszcze okazać się ponad ich siły.
Gdy wąż szarpnął się, a ona straciła przyczepność, zachwiała się i wyrwała ostrze z jego skrzydła, zsuwając się po nim z powrotem na ośnieżoną ziemię polanki. A potem zbyt wiele rzeczy wydarzyło się jednocześnie, by była w stanie na spokojnie rozważyć dalszy plan działania. Głos zbliżającego się Ohara i jego okrzyk sprawił, że posłusznie zrobiła dwa kroki do tyłu, by zejść mu z drogi - co w ostatecznym rozrachunku chyba wcale na dobre jej nie wyszło, bo oberwała ogonem w policzek. Pieczenie świadczyło o tym, że został rozcięty, ale dopóki krew nie zalewała jej oczu, to nie zamierzała się wycofywać z tak błahego powodu.
Zaklęła pod nosem tak szpetnie, że Osmar byłby dumny, kiedy spostrzegła, jak szczęki potwora zaciskają się na nodze jednego z marynarzy. Wątpiła, że uda im się całkowicie uniknąć obrażeń, choć liczyła na brak ofiar. Heweliona z pewnością czeka konkretny opierdol, nie tylko od Varyna, ale i od Very. Dlaczego właściwie dla niego tak ryzykowała?! Nie należał do jej załogi. Warknęła wściekle i doskoczyła do miejsca tuż za głową skrzydlatego węża, by obrócić miecz w dłoni z powrotem do standardowej pozycji i ciąć, a potem szybko odskoczyć, by samej nie znaleźć się w zasięgu wężowej paszczy. Liczyła na to, że ból zmusi go do wypuszczenia nogi Olova.
Obrazek

Wioska Svolvar i okolice

83
POST BARDA


Z każdym ciosem, z każdą raną zadaną ostrzami piratów, stworzenie opadało z sił. Mądra decyzja Very trzymała węża przy ziemi, dzięki czemu atakujący mogli ciąć pokryte grubą łuską cielsko. Naturalny pancerz potwora nie pozwalał na szybkie go ubicie, choć Olov był blisko. Mimo to, wąż wciąż wierzgał, mimo wbitego w grzbiet toporka.

Vera otrzymała cios w policzek, piekło, a ciepła krew spływała po skórze, nie pozostawiając wątpliwości co do przerwania ciągłości tkanki. Olov wrzasnął, gdy kły zwierza zatopiły się w jego łydce, a zarzucenie łbem wytrąciło go z równowagi i przeciągnęło po śniegu. Mnogość ran sprawiła, że kolejna, zadana przez Verę, nie przyniosła oczekiwanego skutki. Przynajmniej Ohar był w gotowości, choć dotarcie do kapitan zajęło mu chwilę za długo.

Ohar gotował się do ataku, gdy spomiędzy zasp wyskoczył prowodyr całego zamieszania - Hewelion! Pokryty śniegiem kapitan doskoczył do zwierza i z rykiem na ustach zatopił miecz w jego łbie. Ostrze weszło oczodołem, wyszło podniebieniem po przeciwnej stronie gada. Prastara istota znieruchomiała po ledwie chwili.

- Świetnie, Kapitanie! - Ucieszył się Olov, choć broń Hubera zatopiła się ledwie milimetry od jego nogi.

- Kapitanie, w porządku? - Podpytał Sam. Jego rozszerzone, okrągłe oczy zdradzały strach zahaczający o panikę. Jelenie nie walczyły ze skrzydlatymi wężami!

- W porządku! A wy? Możesz wstać, Olov? Sam, jesteś ranny? I... Kapitan Umberto? Czemu rzuciłaś się na niego, Vera?! To była moja zdobycz! - W głowie Huberta przebrzmiewała pretensja, gdy wyciągał miecz z czaszki stwora.

Do grupki szybkim krokiem podeszli pozostali, wcześniej ukryci między drzewami. Przewodnik wykonał ruch rękoma, dotykając kolejno swoich ramion, czoła i klatki piersiowej, a następnie uniósł wzrok ku niebu.

- Bogowie... Czy wiecie, coście uczynili?

Odpowiedzią był nagły atak kaszlu Heweliona. Kapitan zasłonił usta dłonią, a gdy za moment na nią spojrzał, naznaczona była krwią.

-Ta... Chyba coś złamałem.

Wioska Svolvar i okolice

84
POST POSTACI
Vera Umberto
Gdy całe to zamieszanie się uspokoiło, Vera starła rękawiczką krew z policzka i opuściła broń, opierając ją czubkiem o ziemię, już niebędącą gładką taflą niezruszonego śniegu, ale brudną mieszaniną błota i zadeptanej bieli. Kilka głębszych wdechów i przyspieszone bicie serca zaczęło zwalniać. W kilku krokach znalazła się przed głową bestii, by przyjrzeć się jej z mieszaniną ulgi i niepokoju.
Ale trzeba przyznać, że pretensje Heweliona nie były czymś, czego się spodziewała. Złość zagotowała się w niej.
- Przecież nie pobiegłam kraść ci jebanej zdobyczy! - warknęła. - Rzuciło tobą o drzewa jak szmacianą lalką, a potem zaatakowało twoich ludzi, miałam stać i patrzeć?
Zerknęła w stronę Samaela i Olova. Ten ostatni nie wyglądał najlepiej, ale wydawał się całkiem zadowolony z faktu, że bestia została ubita, niezależnie od tego, jak bardzo rozoraną miał nogę. Chyba powrót kapitana pozytywnie wpływał na jego ludzi. Przesunęła spojrzeniem po jasnym cielsku, po ubroczonych krwią skrzydłach. Możliwe, że nie nadawała się do takich polowań, bo zrobiło się jej szkoda - bardziej szkoda, niż większości ludzi czy nieludzi, jakich zarżnęła na przestrzeni swojego życia. Puste spojrzenie jednego, pozostałego oka węża wywołało w niej zaskakujący smutek. Nie był przecież wrogi. Tkwił w śnie, niezakłócanym nawet przez zwierzęta, dopóki nie przypałętał się Hewelion.
Varyn nie pomagał.
Schowała miecz, nerwowo unosząc wzrok w stronę nieba, jakby gniew boży miał zaraz zwalić im się na głowy. Kapitan Umberto może i nie sprawiała wrażenia szczególnie pobożnej, ale dobrze wiedziała, że bogów nie należało prowokować. Czy ściągnęła teraz na siebie ich nieprzychylny wzrok? Może nie, to Hubert zadał ostateczny cios. Opuściła na niego zirytowane spojrzenie.
- Mówił ci, żebyś go nie zabijał - rzuciła z irytacją. - Mówił, żeby nie zakłócać spoczynku. Jak twoje ryzykanctwo ściągnie jakąś klątwę na nas kurwa wszystkich, to własnoręcznie cię tu przyciągnę z powrotem i oddam bogom w cholerę.
Mało to było wiarygodne, gdy przed chwilą rzuciła się mu na pomoc, nie bacząc na potencjalną zemstę zza grobu, jaką bestia mogła im przynieść. Zaklęła ponownie, odsuwając się dwa kroki do tyłu. Nie zadała ostatecznego ciosu, prawda? Nie była odpowiedzialna za jej śmierć. Tego zamierzała się trzymać, choć strach podpełzł po jej plecach w górę, wzdłuż kręgosłupa.
- Co teraz? - spytała Varyna. - Co z tym... Co teraz?
Obrazek

Wioska Svolvar i okolice

85
POST BARDA


Bestia leżała między zgromadzonymi. Pętle wężowego ciała stanowiły przykry widok. Jasne zwoje ledwie odróżniały się od śniegu, a jedynie czerwone plamy krwi odznaczały się od bieli, stanowiąc smutny dowód na bestialstwo rodzaju ludzkiego. Łeb gada przypominał ten, którym mógłby pochwalić się wąż, choć był wielki jak bawoli. W pozostałym oku nie płonęła już nawet iskra życia, powoli zachodziło mgłą.

Hubert wydawał się zaskoczony agresją Very. Uchylił lekko pokrwawione usta, nim otarł je wierzchem dłoni, rozmazując czerwień po i tak już zaczerwienionych policzkach.

- Chciałaś pomóc? - Dopytał, jakby to było nieoczywiste. - Ech, dzięki! - Uśmiechnął się półgębkiem.

- Kapitan Umberto strąciła go z nieba, Kapitanie. - Samael pospieszył z wyjaśnieniami. Zerkał to na Heweliona, to na Verę, to znów na Olova, jakby ten ostatni miał przyjść mu z pomocą. Pozbawiony rogów Jelonek wyraźnie nie czuł się komfortowo w towarzystwie Very.

- Nieźle! Dobra robota!

Varyn wydawał się nie do końca pojmować przyjazną wymianę zdań między kapitanami. Wpatrywał się w bestię u ich stóp, a jego mina była nieprzenikniona.

- Był groźną bestią. - Odezwał się w końcu pół-kransolud. Gdy otworzył usta, wszyscy inni ucichli, jakby słowa przewodnika były zbyt cenne, by zagłuszyć je własnymi. - Zimą spał, zbierając siły, w lecie polował na owce, porywał dzieci. Mówili, że był igłą sosnową w stopie Loliusza. - Wieszczył mężczyzna, przymykając powieki.

- A teraz jesteście wolni! - Ucieszył się Olov.

- Był częścią lasu. Bez niego, równowaga została zachwiana! - Varyn nie zamierzał udawać, że śmierć bestii była wyłącznie dobrą rzeczą. - Bez ducha lasu, co poczniemy?

- No, ja to żem nie wiem, ja nie chcę począć, ale jak Ashton boginkę wyobraca, to hehe! Ona pewnie pocznie! - Włączył się Osmar.

- E, czemu ja?! - Zaprotestował Ashton.

- No toż przecież nie Pogad!

Ohar klepnął w ramię orczycę, pojawiło się parę uśmiechów.

- Mieliśmy szukać boginki. - Przypomniał Samael, po raz pierwszając wzrok dłużej na Verze, jakby to ona miała decydować. Voryn nie odzywał się.

- Olava trzeba do portu, do Labrusa. Kto wraca z nami? Wrócimy po bestię. - Postanowił Hewelion. - Vera, idziesz?

Wśród piór bestii coś zalśniło.

Wioska Svolvar i okolice

86
POST POSTACI
Vera Umberto
Przewróciła oczami, ale nie odpowiedziała. Oczywiście, że chciała pomóc. Gdzież by jej przyszło do głowy, żeby upolować to coś dla samej siebie. Co miałaby z tym potem zrobić? Powiesić sobie w kajucie? Wolała mieć na ścianach ozdobne bronie i drogie obrazy. Wolała szkatułki z biżuterią, niż rogi północnych ryb. Miękkie dywany pod nogami, nie wypchane łby martwych zwierząt nad głową. Niech sobie Hewelion z niego i galion zrobi, jeśli chce.
Jeśli jednak o latającego węża chodzi - który chyba ostatecznie nie był smokiem, jak Vera doszła do wniosku - nie brzmiało to tak źle, jak się obawiała. Uspokoiła się nieco, gdy dotarło do niej, że jednak duch lasu był problemem, nieważne jak by się go Varyn nie obawiał. Może tutejsi docenią, że nic nie będzie spadać z nieba i porywać dzieci? Skrzywiła się, wciąż czując pieczenie policzka.
- Może pojawi się nowy - zasugerowała niepewnie. - A może po prostu będziecie mieli spokój. Oby.
Boginka, faktycznie. Zapomniała o niej na chwilę, dość zaabsorbowana wydarzeniami z polany. Zerknęła na Olova, a potem na Samaela, który po raz pierwszy od dawna nie unikał jej spojrzenia. Niesamowite, czym sobie na to zasłużyła? Po chwili namysłu pokręciła głową. Zgodziła się zająć problemem z jeziora i zamierzała to zrobić, choćby po to, żeby zmyć niesmak tego niehonorowego zwycięstwa nad pradawną bestią pogrążoną we śnie.
- To znaczy co, chcesz go odprowadzić, potem wrócić po tego węża, a potem dopiero iść na boginkę? Dupa mi odmarznie, jak będę tyle razy w tę i z powrotem chodzić - zaprotestowała. - Poczekaj.
Kątem oka wyłapała coś między piórami martwego stworzenia, więc zrobiła kilka kroków z powrotem w jego stronę i pochyliła się, szukając tego, co przed chwilą tak wyraźnie odbiło promień światła.
- Powiedziałabym, żebyście wrócili na statek, a my się zajmiemy boginką, ale zmniejszanie naszych sił o połowę nie będzie zbyt mądre - mruknęła. - Ech, kurwa. Możemy zabrać go od razu, żeby nie chodzić dwa razy. Zaciągniemy to na Dłoń, zostawimy Olova z Labrusem, a potem ruszymy na boginkę i wszystko mi jedno, kto ją wyobraca, ale kurwa nie zatrzymujemy się już na żadne dodatkowe polowania po drodze, jasne? Kapitanie?
Obrazek

Wioska Svolvar i okolice

87
POST BARDA


Samael w końcu ruszył się z miejsca. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej czystą, białą chusteczkę, złożoną w równą kostkę.

- Kapitanie. - Podał ją Verze, by mogła otrzeć policzek. Uśmiechał się lekko, sugerując, że nie ma złych zamiarów. Jeśli Vera ją odebrała, cofnął się bez ociągania. Materiał pachniał lasem, z jakiegoś powodu, jak ściółka po jesiennym deszczu.

Voryn nie był przekonany tak, jak załoganci. Również jego towarzysze ze Svolvar spoglądali na zwierzę bez zachwytu, znając całą historię równowagi w lesie.

- Nie będzie spokoju. Gdy jedna siła znika, inne rosną w siłę. - Powiedział któryś z mężczyzn. - Czy będzie to Boginka? Inne duchy?

- Czas pokaże. - Zawtórował mu Voryn. Chciał mówić dalej, lecz nim do tego doszło, przerwało mu krztuszenie się Heweliona. Kapitan wypluł większą ilość krwi i złapał się za bok. Grzmotnięcie o drzewo nie mogło przejść bez echa. - Nie wracamy do Svolvar. Beor, zabierzesz ich z powrotem. My, ruszamy.

Mężczyzna, który odzywał się wcześniej, kiwnął głową.

Wkrótce dogadano szczegóły: Hewelion I Olov mieli wracać do miasta razem z Beorem, który miał wskazać im drogę. Wąż musiał zostać z tyłu, a po zwłoki miały zostać zabrane później. Przy niskich temperturach nie było ryzyka, że ciało bestii zbyt szybko się zepsuje. Samael miał iść dalej, jako świadek boginki z Dłoni Sulona. Jelonek nie ucierpiał w starciu z wężem, był w pełni sił.

Między pierzem węża błyszczał pojedyncze, złote pióro. Łatwo można było je zabrać.

- Vera, chodź. - Osmar stanął obok kapitan. - Niech te cienkie fiutki wracają. Nie umieli się powstrzymać, co? Ale, ech, ładnie go dorwał na koniec. Nie tak jak ty, jak żeś mu ojebała skrzydło!

Grupa powoli ruszyła w dalszą drogę, pozostawiając za sobą ledwie trójkę, która miała wracać do portu.

Wioska Svolvar i okolice

88
POST POSTACI
Vera Umberto
Z zaskoczeniem przyjęła chustkę od Samaela. Nie była gotowa na podobny gest z jego strony; prawdę mówiąc nie była gotowa na żaden gest z jego strony, biorąc pod uwagę jak uporczywie jej unikał ostatnimi czasy. Przetarła policzek skrawkiem materiału, a potem przycisnęła go do skóry na dłużej, by powstrzymać krwawienie.
- Dzięki - rzuciła cicho.
Ona też patrzyła na martwego węża bez zachwytu. Prastare siły powinny być zostawione samym sobie. Smutny widok splamionego szkarłatem, jasnego ciała nie sprawiał jej żadnej przyjemności. Skinęła tylko głową, godząc się na plan Varyna, bo faktycznie, Hewelion nie nadawał się do dalszego marszu. Jakoś nie zwróciła uwagi na to, że pluje krwią, dopiero teraz to do niej dotarło. Może złamał żebro? Nie zdziwiłaby się, biorąc pod uwagę z jakim impetem rąbnął o drzewo. Potrzebował Viridisa tak samo, jak Olov.
Vera była sroką - od zawsze lubiła złoto i błyskotki, nic dziwnego więc, że to nietypowe pióro rzuciło się jej w oczy. Długo jednak wahała się, zanim po nie sięgnęła, bojąc się, że będzie to wyrazem braku szacunku dla zabitego stworzenia, a ona nie chciała jeszcze bardziej podpadać bogom. W końcu doszła jednak do wniosku, że wolała je zabrać, niż oddawać Hewelionowi, który tego szacunku w ogóle nie miał, ani teraz, ani wcześniej. Wyciągnęła je spomiędzy białego pierza i schowała do sakwy, wciąż odczuwając pewien niesmak.
- Spierdalaj - odpowiedziała Osmarowi. - Celowałam w skrzydło, bo nie chciałam go zabijać. Chciałam unieszkodliwić go na tyle, żeby dało się odciągnąć Heweliona i uciec. Może nie wyglądam, ale mi też nie podoba się zabijanie pradawnych duchów lasu. Nie jestem tępym rębaczem, który musi zapierdolić wszystko, co znajdzie się w zasięgu wzroku.
Ostatnie zdanie powiedziała cicho, tak, by usłyszał ją tylko krasnolud. Lubiła Heweliona, naprawdę, ale teraz zachował się jak ostatni idiota. Odsunęła chustkę od twarzy i przycisnęła ją ponownie, a potem obejrzała, by zorientować się, czy nadal krwawi. Miała nadzieję, że nie zostanie jej blizna. Przynajmniej na twarzy mogłaby żadnych nie mieć, naprawdę.
Obrazek

Wioska Svolvar i okolice

89
POST BARDA


Osmar westchnął, pokręcił głową i rozumiejąc, że Vera nie tylko nie chce rozmawiać, ale jest nie w nastroju na żarciki. Kto mógłby pomyśleć, że śmierć jednego potwora tak na nią wpłynie? Nie Osmar, który znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że odbieranie życia winnym czy niewinnym nie robi na niej dużego wrażenia.

Hewelion, Olov i ich przewodnik ruszyli z powrotem w stronę wioski. Kapitan pluł krwią, ale był zadowolony ze zdobyczy, natomiast Olov kulał na naruszonej nodze. Obaj mężczyźni nie przydaliby się im w dalszej podróży.

***
Dotarli do jeziora bez przeszkód. Napotkali dziki, które przecięły im drogę, ale bez Heweliona w grupie, dzikie świnie mogły pójść swoją drogą bez ryzyka ataku ze strony ludzi. Zwierzęta były majestatyczne, masywne, przeszły na tyle blisko, że Vera mogła dostrzec potężne ciosy wystające z ich gąb. Mądrym było ich nie zaczepiać.

Droga początkowo pięła się w górę, wymuszając na nich przerwy w marszu co kwadrans, by mogli złapać oddech. Naruszona w walce z syreną noga Very odzywała się bólem, gdy nawet te porządne buty dały za wygraną zimnu. Później, gdy byli już bliżej jeziora, jak zapowiadał Varyn, teren wygładził się, nachylenie zmniejszyło, gdy maszerowali w obranym kierunku.

- Jesteśmy. - Oświadczył w pewnym momencie przewodnik. Sam musiał rozejrzeć się i upewnić, gdy krajobraz nie zmienił się zbytnio. Kilka kroków dalej, wiatr zdmuchnął sypki śnieg, odkrywając czystą taflę lodu.

- Spodziewałem się jeziora. - Mruknął Ashton, stukając czubkiem buta w lód.

- To jezioro nigdy nie zamarza.

Na środku znajdowała się wysepka porośnięta pojedynczymi drzewami. Choć mogła być niedostępna w cieplejszych miesiącach, teraz łatwo było do niej przejść po lodzie.

- To gdzie ta boginka?! - Podniósł głos Osmar. Echo poniosło się złowieszczo.

Patrząc pod nogi, Vera dostrzegła ryby - zastygłe w ruchu, zamrożone tuż pod granicą wody i powietrza. Tylko pod jej stopami były dwie, nieruchome w przerwanym tańcu.

Wioska Svolvar i okolice

90
POST POSTACI
Vera Umberto
Starała się nie pokazywać po sobie słabości i nie kuleć, ale nie było to łatwe, gdy noga tak bolała ją od mrozu. Zapomniała o tym, że może ona być problemem, bo nie miała w zwyczaju chodzić na tak długie wędrówki - jej zrywy aktywności były krótkie i intensywne, ale z reguły ograniczały się do statku, albo dwóch. Dlatego też z ogromną ulgą przyjęła informację, że dotarli wreszcie do celu. Odetchnęła ciężko i rozejrzała się po okolicy, cichej i wyjątkowo spokojnej. Co by nie mówić, tutejsza puszcza była jednak bardzo urokliwa. Przykryta białym płaszczem śniegu wydawała się nieporównywalnie czystsza od południowych lasów.
- Jak na jezioro, które nigdy nie zamarza, jest dość... - postukała obcasem w lód. - Zamarznięte.
Jej wzrok przyciągnęły ryby, zastygłe w połowie ruchu, jakby lód je zaskoczył. Ciekawa była, czy gdy woda odmarznie, one będą dalej żyć. Słyszała historie o uczonych, którzy twierdzili, że zamrożenie żywego człowieka i odmrożenie go po kilkudziesięciu latach nie przyniosą szkody jego ciału, ani umysłowi. Nie pamiętała, kto to opowiadał, chyba ktoś na Harlen. Nie potrafiła sobie tego wtedy wyobrazić. Teraz dochodziła do wniosku, że współpraca z taką boginką mogłaby uczonym dać okazję do przetestowania swoich teorii.
- Wygląda, jakby zamarzło w jednej chwili. W jedno uderzenie serca. Tu są nawet ryby, nie śnięte, tylko zamrożone w ruchu - zauważyła, pokazując je tym, którzy byli akurat zainteresowani.
- Nie drzyj się - upomniała Osmara, przewracając oczami, choć pytanie krasnoluda było jak najbardziej na miejscu. Oparła dłoń na głowicy miecza i odwróciła się do Varyna. Skoro nikt wśród ludzi Belli w sumie niczego o bogince nie wiedział, ich przewodnik też raczej nie będzie potrafił na nie odpowiedzieć, ale może miał jakieś propozycje?
- Możemy obejść jezioro dookoła - zaproponowała. - Zorientować się, co się dzieje. Na środek jeziora wychodziłabym w ostateczności, bo czuję, że skoro szybko zamarzło, to równie szybko może rozmarznąć, a mi się tu kąpiel nie uśmiecha.
Obrazek

Wróć do „Turon”