[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

121
Po zimie przyszła wiosna, następnie minęło chłodne lato, lecz i ono ustąpiło szybko zapadającej jesieni. Kolejny raz głębokie śniegi przykryły Północ. Minął rok, a wraz z nim czas wstępnego szkolenia Wierzby.

Syn Północy nie zmienił się zbytnio - wciąż był tym samym niskim, niepozornym półelfem. Może jedynie przybrał trochę na wadze, gdy dodatkowy ciężar dobrego wyżywienia odłożył się w mięśniach, sumiennie wyćwiczonych podczas szkoleń. Więcej zmian zaszło we wnętrzu młodego wojownika: choć czasem słowa wciąż przychodziły mu z trudem, przestał szczerzyć zęby i warczeć przy każdej niedogodności, a odpowiadać, nawet jeśli zbyt często uszczypliwościami. Ciemne oczy nie błyszczały już strachem i niepewnością spod zmierzwionej grzywki, wypełniając się raczej zaufaniem do swoich braci zakonnych. Po pewnym czasie nauczył się również doceniać lekcje, również te, które nie łączyły się wyłącznie z walką. Co więcej, udało mu się nawet nauczyć kreślić krzywe szlaczki literek! Nie było mu dane zostać kaligrafem, ale przy odrobinie samozaparcia, mógł nakreślić całkiem czytelne znaczki, jak i rozszyfrować symbole pozostawione przez innych.

Sówka, którą Wierzba przygarnął od Białozora, sama nadała sobie imię: Huhuu. Wierzba, nie będac zbyt obeznanym z zasadami nadawania imion ani kreatywnym w nazewnictwie, zaadaptował dźwięk, który ptak wydawał na jego widok, gdy przywykł już do tego, że to półelf jest tym, który znosi mu martwe gryzonie i inne przysmaki.

***

Bieg Łowców. Wierzba, choć nabrał odrobiny ogłady, wciąż twierdził, że jest jednym z lepszych rekrutów, jeśli chodziło o umiejętności i sprawność fizyczną. Nad innymi górował głównie doświadczeniem w ciężkich warunkach Północy. Wszystko to, co przetrwał przez swoje lata życia, mogło pomóc mu w ukończeniu Biegu i zostaniu zaprzysiężonym. Zakon stał się jego drugą, lepszą rodziną - nie zależało mu, by oblać ostatni sprawdzian. Musiał dać z siebie wszystko.

***

Po kolejnym ciężkim dniu treningów Wierzba wrócił do pokoju, który dzielił z Sokołami. Do Biegu pozostał jeszcze tydzień, ale podniecenie nie opuszczało rekrutów już od dłuższego czasu. Wiedzieli mniej-więcej, czego mogli się spodziewać, ale nic nie stało na przeszkodzie, by dalej pytać o rady.

Wspiął się na swoją pryczę, a następnie zrzucił buty i uważając, by nie uderzyć kolegi pod nim, cisnął je na ziemię, by nie drażniły go zapachami całego dnia szkoleń. Nie ściągał chwilowo płaszcza, by jeszcze chwilę nacieszyć się ciepłem pokoju. Owinąwszy się szczelniej, położył się na swojej poduszce, ciesząc wygodą i spokojem. Zza pazuchy wyciągnął kawałek suszonej wołowiny, wcześniej zabrany ze stołówki, a teraz mogący służyć za przekąskę przed nocnym odpoczynkiem.

- Co było najgorsze w waszym biegu? - Odezwał się do towarzyszy, gdy przypomniał sobie, że nie słyszał jeszcze za dużo o ich próbie. - Prócz potarganych włosów, Legunasie. - Rzucił uszczypliwością do elfa. Psotny uśmiech na twarzy zdradzał, że z dogryzania starszemu stopniem koledze czerpie więcej radości, niż być może powinien. Zresztą, sam szybko zauważył, że zgrabnie zaplecione kosmyki mogą być korzystne w wielu sytuacjach, gdy roztrzepanie nie zasłania widoku.

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

122
Złotowłosy elf przeciągną się wpierw tak, że jego dłonie i stopy wychodziły sporo poza granice łóżka. Następnie tworząc z rąk dodatkową poduszkę i zakładając jedną nogę, na drugą, wydał z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, jaki towarzyszy komuś, kto zagłębia się w odmęty własnej pamięci, by wygrzebać z niej odpowiednie obrazy minionych wydarzeń.

- Co było najgorsze? - Legunas powtórzył zadane mu pytanie. - Myślę, że dla każdego będzie to inny element. Dla jednych przeszkodę stanowi już zaliczenie pierwszego etapu, dla innych drugiego, jedni utkną w miejscu i z opuszczoną głową będą musieli wrócić na miejsce rozpoczęcia, innym po prostu zabraknie szczęścia - odpowiedział wymijająco.

- Gadanie - wtrącił się Dorin. - Najgorszą sprawą jest wyobraźnia Wielkiego Mistrza - rzekł coś, co wprawiło Wierzbę w małe zaskoczenie. W pierwszej chwili nie widział logicznego związku między Mistrzem a trudnością w pokonaniu toru. To więc posławszy mięśniakowi pytające spojrzenie, domagał się dokładniejszego nakreślenia sprawy.

- Ech, nic nie wiesz o Biegu, prawda? - westchnął niczym nauczyciel, znudzony poprawianiem tego samego błędu u swego ucznia. - Mówiąc krótko, dzieli się on na dwa etapy. W pierwszym z nich należy zdobyć trofeum. Aby to zrobić, musisz upolować imitację jakiegoś zwierza lub potwora. Drugi z etapów, to czysta zręcznościówka. Strome wzniesienia, wąskie krawędzie, kilka przeszkód i takie tam, niby nic trudnego. Każdy sposób na dotarcie do celu jest dozwolony, o ile nie wiąże się to z ryzykiem zranienia innego biegacza. Proste - Dorin zrobił sobie krótką przerwę na zebranie myśli, w tym czasie, kręcący się z niecierpliwości Mauri powstał na nogi i uderzył rękoma o stół, ewidentnie chcąc tym sposobem zaprotestować temu, co powiedział jego poprzednik.

- Proste. Ta, jasne
- rzekł z ironią. - O ile łowy na monstra i skakanie na równi z kozłami górskimi nie jest wielkim wyczynem, to sprostanie sadystycznej stronie Mistrza Ogara, to zupełnie inna bajka - mówił wyraźnie rozemocjonowany. - Nigdy nie wiesz, kiedy podczas przebieżki wyskoczy na ciebie niedźwiedź lub lina, po której się wspinasz dziwnym trafem, przetarła się i to już dzień po tym, jak ją rozwinięto. Lub rzekomo zagubiony widz poprosi o pomoc w sprowadzeniu do bezpiecznej strefy, a gdy tylko do niego podejdziesz, rzuci się na ciebie z pazurami i kłami...

- I stąd twój przydomek, Hogan Drugi. Tylko kretyn dałby się na to nabrać - dociął mu Dori. - Samotna i całkiem zwyczajna wtargnęła w samo centrum owianego złą sławą terenu - rechotał doniośle, a wraz z nim chicho chichotał Legunas. - Ciesz się, że Legi był w pobliżu i ci pomógł. Inaczej do dziś byś nie zaliczył biegu - Mężczyźni przybyli sobie piątki w akcie porozumienia, wspólnie naigrawając się z trzeciego, którego twarz przybrała odcień emblematu godła Obrońców. Naburmuszony jak nigdy Mauri przysiadł na swoim miejscu, cedząc pod nosem wyzwiska na współlokatorów.

- W każdym razie - pałeczkę ponownie przejął wysoki elf. - Podczas biegu ani na chwilę nie można tracić czujności. Jeden nieostrożny ruch i twoja przygoda się kończy. Nie ufaj nikomu ani niczemu, dopóki nie przekroczysz linii końcowej. Członkowie kadry będą nad wami czuwać na każdym kroku, ale nawet oni nie są w stanie wszystkiego przewidzieć i nie wolno im ingerować, chyba że zaistnieje realne zagrożenie dla życia uczestników. Zapamiętaj moją radę - Z pomocy udzielonej przez starszych stopniem kompanów byłoby na tyle. Zgodnie z tym co mówili, pomimo pewnych stałych elementów, próba sił za każdym razem wyglądała inaczej i nikt tak naprawdę nie wie, jakim urozmaiceniem wydarzenia zaskoczy Silwater w tym roku.

***
Ostatnie dni przygotowań minęły szybciej, niż mogłoby się zdawać. Dotąd ćwiczący w pocie czoła kandydaci na pełnoprawnych Obrońców, stali obecnie na dobrze już im znanym placu wewnątrz koszar, oczekując aż sam Wielki Mistrz, Ogar Silwater ogłosi rozpoczęcie sławnego Biegu Łowców. Uczestnicy nawet nie próbowali ukryć szarganych nimi emocji. Kilku w nieskończoność upewniało się, że zabrany ze sobą ekwipunek, aby dobrze leży i nie będzie przeszkadzał oraz czy dostęp do niego jest swobodny, ci należący do części magicznej, szeptali pod nosami formułki inkantacji, a jeszcze inni obgryzali z nerwów paznokcie. W całym tym zgiełku znalazł się mało popularny Syn Północy. Nie odstając od reszty, również i on czynił ostatnie przygotowania. Chciał być pewien, że wszelka zastana ewentualność nie sprawi mu większych problemów i z każdej opresji da radę jakoś wyjść.

- Hej, ps...t - wtem ktoś stojący za nim położył mu dłoń na ramieniu.

Obróciwszy się prędko, dostrzegł smukłą postać przyodzianą w długi płaszcz, podobny do tego, jaki nosili magowie. Spod zaciągniętego głęboko na głowę kaptura, wyłoniło się oblicze wiecznej psotnicy - Auriel. Usta Wierzby opadły w dół. Nie spodziewał się, że tuż przed przełomowym dla jego życia momentem, zostanie nawiedzony przez samą córę Mistrza.

- Nie gap się tak. Kobiety w życiu nie widziałeś? - znagliła go zaraz, w sumie mając po części rację.

Odkąd Wierzba wstąpił w szeregi wojska, jego kontakty z płcią przeciwną znacząco zmalały. Niemal bezustannie zamknięty w koszarach, nie miał sposobności, by móc zamienić słówko choćby z jedną, nie wliczając w to sporadycznych sytuacji, gdzie korzystając z przepustki, włóczył się z kolegami po wiosce, z rzadka natrafiając na chętną do rozmów pannę. Nic więc dziwnego, że pierwsza od wielu tygodni rozmowa sprawiła, że ten zapomniał języka w gębie.

- Raz podsłuchałam, jak tatko z Markusem o tobie gadali. Od razu skojarzyłam twoje imię i przyszłam z małą ofertą - Oczywiście, po cóż piękna półeflka miałaby zaprzątać sobie głowę jakąś miernotą, jeśli nie chodziłoby o pewien interes. - Tegoroczny bieg będzie bardziej ekscytujący. Za małą przysługę, mogę ci pomóc, znam ten tor jak własną kieszeń. Dla mnie to jak spacer. Pytanie tylko, czy ty chcesz wziąć w tym udział? - Jej jasne jak lód oczy nie spuszczały uwagi z twarzy Wierzby nawet na chwilę. Coś chodziło jej po głowie. Zaciskając białe zęby na dolnej wardze, oczekiwała na odpowiedź. Pytaniem jednak pozostawało, czego tak właściwie chciała w zamian.
Spoiler:
Obrazek

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

123
Rady Sokołów były dla Wierzby tak pomocne, jak i konfundujące. Wysłuchał słów Legunasa, który tak naprawdę nic nie powiedział. Dorin miał więcej do dodania - skoro wszystko zależało od Mistrza, z pewnością będzie to wyzwanie nie dla żółtodziobów! Wierzba cenił Ogara z każdym dniem bardziej i wiedział, że ten postawi poprzeczkę wysoko. Polowanie i bieg - nic, czego Wierzba nie przeżyłby w dziczy, a podszkolony przez rok w Twierdzy liczył na to, że jego szanse na ukończenie wyzwania będą dość wysokie. Jakiekolwiek przeszkadzajki powinny zostać zignorowane - to dało się zrobić!

***

Piewszą przeszkadzajką okazała się być Auriel.

Szykując się do biegu, Wierzba, odziany w szkoleniowy skórzany pancerz, lekki, nie krępujący ruchów, choć nie chroniący przed wszystkimi ciosami, raz po raz sprawdzał, czy cięciwa jego łuku jest odpowiednio napięta, strzały dobrze leżą w kołczanie, a nadziak jest bezpiecznie przypięty przy pasie, w specjalnie do tego przystosowanym uchwycie. Nawet włosy upiął w ciasny splot warkoczy, które miały trzymać kosmyki z dala od oczu. Nie zamierzał obudzić się z ręką w przysłowiowym nocniku, gdy okaże się, że czegoś w jego przygotowaniu zabrakło!

Poczuwszy dłoń na ramieniu, odwrócił się gwałtownie. Stres nadchodzącego wyzwania zrobił swoje, złapał Wierzbę w uchwyt niepewności.

Ucieszył się widząc Auriel. Nie widział jej zbyt długo! Nabrawszy nieco pewności siebie, niemal wyciągnął ręce, by przytulić ją w przyjacielskim geście! Na szczęście pamiętał, że nie powinien - była w końcu córką mistrza. Na wieść o tym, że Silwater o nim mówił... przeszedł go miły dreszcz, zrobiło mu się cieplej. Przyjął to za pochwałę! Zwrócił ich uwagę!

- Pomogę ci bez nagrody. - Powiedział powoli, starając się nie zdradzić swojej ekscytacji. Nie potrafił ukryć emocji na tyle, by nie było ich po nim widać. - Będę uczciwy. Uczciwy!

Pamiętał, jak przełożeni nakryli go podczas walki ze Szczerbatym! Nie potrzebował powtórki. Uśmiechnął się do Auriel, rozjaśniając się jak małe słoneczko.

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

124
Twarzyczka białowłosej elfki wręcz promieniała z zachwycenia. Dotąd kurczowo podgryzana warga została wykrzywiona w łuk, odsłaniając rząd równie białych, co świeży śnieg zębów. Auriel klasnęła radośnie w dłonie, wydając z siebie krótki okrzyk radości, czym sprawiła, że najbliżej stojące osoby z zaciekawieniem zaczęły się jej przyglądać.

- Zrobię to bez nagrody - przedrzeźniła kpiarsko biegacza, specjalnie obniżonym tonem głosu. - Już drugi raz nie chcesz nic w zamian, a mógłbyś prosić o wiele - zachichotała, pokazując na krótki moment różowy jęzor. - Zachowujesz się jak bajkowy rycerz - posłała w stronę Wierzby komplement - Albo jak desperat, który zrobi wszystko, by dorwać się do dziewczęcego zadka - dodała od razu.

Twarz półefla z bladej, momentalnie obrała barwę buraczanego soku. Przez wredne docinki, czuł się poniżony. Popuściwszy wzrok na dół, uporczywie począł wgapiać się we własne obuwie, nawet nie śmiał podnieść wzorku na rozwydrzoną pannicę w obawie o kolejne wredne uwagi.
Białowłosa jednak nie kontynuowała nagrywania się z przyszłego wojownika. Wyjątkowo męskim klepnięciem w ramię, odbudowała w nim pewność siebie, której tak bardzo teraz potrzebował.

- Jak sobie chcesz. Chciałam być miła, ale skoro nie pragniesz nagrody... - rzekła na odchodnym i tuż przed tym, jak na nowo ulotniła się z tłumu biegaczy, chwyciła wątłe ramiona pobratymca i przybliżając go do siebie, szepnęła mu do ucha - Wypadek pewny, gdy na wąskich schodach zbyt pewny - oraz - Gdy z lekcji nie wyniesiesz nic, pryncypał w tyłek sieknie ci - i odepchnąwszy go od siebie, momentalnie rozpłynęła się w powietrzu.

***


Ostatnie guziki dopięte. Ubiór poprawiony, broń w stałej gotowości. Uczestnicy corocznego biegu zostali ustawieni w dwuszeregu, tuż przed bramą prowadzącą w nieokiełznany świat lodu i śniegu. Wierzba od dawna wyczekiwał tego momentu. Dzielnie znosząc codzienną musztrę i humory poszczególnych mistrzów, właśnie miał zostać nagrodzony za swój wysiłek, zyskując rangę Sokoła, pełnoprawnego rycerza i uczestnika wojennych wypraw. Zanim jednak miało się to wykonać, musiał przejść ostatni z egzaminów. Słynny tor przeszkód, gdzie na każdym kroku mogło czaić się niebezpieczeństwo wszelkiej maści.

I oto jest On. Stanął dumny jak lew, przystrojony w szaty, jakich paw by się nie powstydził. Jego bok zdobi chluba każdego wojownika, postrach strzyg, kata wszelkiego potwora, sędziego mroku - Blask Jutrzenki, mieniąc się wspaniale w odcieniach krystalicznie czystego lodu i szafiru. Swym wzrokiem bazyliszka omiótł wszystkich i każdego z osobna, jakby w geście ostatniego pożegnania.

- Oto ja, reprezentując zgromadzonych tu licznie śmiałków, oświadczam uroczyście, że są oni gotowi do rozpoczęcia próby mającej przypieczętować przemianę ich chłopięcych oblicz w prawdziwych mężów stanu- za aklamował jakiś wysoki elf. Najpewniej prymus roku lub przedstawiciel całej braci uczniowskiej.

- Niech więc rozpocznie się Bieg!
- odpowiedział krótko Wielki Mistrz.

Następnie odwracając się do reszty plecami, pchnął wielki wrota, tym samym oficjalnie dając sygnał do rozpoczęcia wydarzenia.

Podmuch zimnego wiatru uderzył w zwartą grupę. Wydobywający się z wrót promień światła oślepił ich na parę sekund. Gdy oczy w końcu przyzwyczaiły się do zwiększonego natężenia blasku, najodważniejsi ruszyli pędem jako pierwsi. Tuż za nimi następni i cała reszta.

W początkowej fazie wszyscy trzymali się razem. Pokonywali kolejne metry wyznaczonego szlaku, stale monitorując otaczający ich teren. Jak na razie wszystko było w porządku. Żadnych sygnałów, że z jednej bądź drugiej strony może nadciągnąć atak. Mijały kolejne minuty. Wreszcie, po kwadransie niemal bezustannego biegu, dotarli oni do pierwszego, jak im się to wydawało, punktu kontrolnego. Zbliżony do okręgu plac pośród szczytów górskich wyglądał na świetne miejsce do krótkiego odpoczynku. Zgraja rozproszyła się. Jedni biegli dalej, inni zaś łapczywie łykali orzeźwiającą wodę, jaka wypływała z wąskiego źródełka. Słońce przyjemnie wtedy grzało. Raptem kilka kłębiastych chmurek płynęło po niebie. Otaczające ich szczyty górskie dawały ochronę przed mroźnym wiatrem, a nieokryty białym puchem skrawek zmrożonej ziemi zachęcał, aby na nim odsapnąć. Najgorsi słabeusze właśnie docierali do tego miejsca, gdy zerwał się porywisty wiatr. Jaśniejąca na niebie tarcza straciła na mocy. Wtem gęsta jak wata mgła zeszła na ziemię, ograniczając pole widzenia do zaledwie kilku metrów.

Obrazek
- Ghule wychodzą ze szczelin! - ktoś podniósł alarm. Nim mgła na dobre opanowała świat, Wierzba dostrzegł coś w rodzaju białej małpy lub łysego wilka z okropnie długimi szponami i nadnaturalnymi zębiskami wypełza z wąskiego przesmyku między dwoma wzniesieniami i naciera wściekle w stronę stojących najbliżej ludzi. Chwilę później rozdzierające krzyki opanowały całą dolinę. Miotane na oślep strzały fruwały tuż obok głów i gdyby nie zalecenie podmiany grotów na woreczki z kaszą, zapewne nie jeden uczestnik padłby od przyjacielskiej strzały. To samo tyczyło się zaklęć. Magom zezwolono używać jedynie niegroźnych czarów obezwładniających. I dobrze, gdyż sądząc po świetlnych spektaklach na mlecznym niebie, używali ich z wielką ochotą.

Półelf stał w tym czasie w miejscu. Mnogość źródeł dźwięków i brak szerszego pola widzenia wprawiły go w niemałe zmieszanie. Chwytając to za łuk, to za nadziak, wytężał z całych sił wzrok, próbując cokolwiek dostrzec, gdy nagle kilka niewyraźnych cieni pojawiło się obok niego. Jeden wyglądem przypominał człowiek uzbrojonego w długie kije, inny również, tylko tyle, że na kuckach. Kolejny zaś posiadał dwie pary rąk, a jeszcze inny wyglądał jak duży głaz.

Mrożący krew w żyłach ryk wydobył się z gardła, któregoś z nich. Jak mniemał brunet, jeden z nich musiał być ghulem. Pytanie tylko, który?
Obrazek

Wróć do „Turon”

cron