[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

136
Stojący po drugiej stronie śmiałkowie, którzy odważyli się wybrać tę drogę, popatrzyli po sobie ze zdziwieniem, widząc, że jeden z nich usilnie stara się zwrócić uwagę opiekunów. Wzruszywszy ramionami, część z nich rozpoczęła próbę pokonania palików, paru natomiast zawróciło, być może, żeby powiadomić kogoś o zaistniałej sytuacji.

- Aleś ty dziwny - Wierzba poczuł na sobie ciepły oddech. Białowsłosa stanęła tuż za nim. Znudzonym czy też lekko sfrustrowanym głosem zaczęła robić mu wyrzuty. W końcu jednak dając sobie spokój z werbalnym namawianiem go do podjęcia wskazanej przez niej drogi, chwyciła go pod pachy i silnym szarpnięciem zaciągnęła z powrotem w głąb korytarza. - No cho-o-odź - mówiła typowo figlarnym tonem. - Nikt nie musi wiedzieć, że tu jestem. Stary znów mnie zniewoli, jak się dowie -marudziła.

Ku jej nieszczęściu postać owita w białą maskę i brunatny płaszcz wylądowała tuż u progu wejścia. Widząc, że ma nieproszonego gościa, dziewczyna wyszczerzyła na niego zęby i krótko, lecz dosadnie powiedziała, by stąd znikał. O dziwo tajemnicza postać nawet nie zareagowała na obraźliwe komentarze, ani nawet na fakt, że taszczyła za sobą szamoczący się bagaż.

W tym też momencie Wierzba zdał sobie sprawę, że cała ta sytuacja coś się nie klei. Poprzednim razem, gdy nie zgodził się na żadną formę pomocy, ta nie próbowała go siłą przekonać, aby jednak skorzystał ze sposobności, ino odchodziła uradowana, że nie musi spełniać długi wdzięczności. Jej obecne działania nie pasowały do pierwowzoru. Ponadto podejrzanym wydawał się fakt, iż opiekun nie raczył nawet kiwnąć palcem. Stał tak, jak się pojawił, w końcu odwracając się i zniknął gdzieś w ostrym świetle dnia, pozostawiając biednego półelfa na pastwę losu.
Obrazek

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

137
Dlaczego nikt nie reagował?! Wierzba nie miał pojęcia, co się działo! Przecież Auriel nie mogło tam być - to była próba wojowników, nie panien! Ktoś powinien przyjść i zabrać stąd Auriel, nawet jeśli miałaby znów trafić do niewoli jej ojca!

- Mój panie! - Zawołał do zamaskowanego jegomościa, chcąc pospieszyć go w działaniu. Każdy moment, który Wierzba spędzał z Auriel, był dla niego na wagę złota! Inni rekruci pokonywali przeszkody, gdy on użerał się z pannicą!

Czy dałaby spokój, gdyby jej uległ i poszedł z nią tam, gdzie chciała...?

Taka myśl przez moment przeszła mu przez głowę, ale brutalność kobiety kazała mu pomyśleć raz jeszcze. Czy Auriel wykazałaby się taką agresją w stosunku do niego? Czy zmuszałaby go do przyjęcia pomocy zamiast rzucić dobre słowo i życzyć szerokiej drogi?

Znikąd pomocy! Opiekun nie zrobił nic, by mu pomóc i biedny Wierzba nie miał już pojęcia, co dalej robić. Pozostało mu bardzo niewygodne, ale konieczne wyjście - skoro nie chciała po dobroci, musiał siłą!

- Puść! - Zarządał, a jeśli nie zrobiła tego po dobroci... zaczął się z nią szarpać. Nie chciał bić kobiety, więc musiały mu wystarczyć pchnięcia i przytyrzmania. Miał doświadczenie w bójkach - czyż nie tym przepełnione było jego dzieciństwo?! W wiosce zawsze zanalazł się ktoś, kto był gotów wsadzić mu pięść w nos!

Wierzba próbował wyswobodzić się z żelaznego uścisku Auriel, a następnie pchnąć ją na ziemię, by złapać za nadgarstki i przyszpilić do ziemi, najlepiej twarzą do dołu, z rękoma skrzyżowanymi na plecach! Gdyby tylko miał jakiś powróz, którym mógłby ją skrępować!

- Muszę iść dalej! Sam! To MOJA próba!

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

138
Dziewczyna z trudem mogła utrzymać szamoczącego się jak pochwycony borsuk półelfa. Chociaż górowała nad nim wzrostem, siłą niewiele go przewyższała. Wierzba odchylił się w tył, sprawiając, że ta poleciała wraz z nim na stojącą za nimi ścianę i uderzając o nią z impetem. Wiążący bruneta uchwyt poluźnił się na tyle, by ten zdołał się oswobodzić. Zgodnie z tym co zaplanował, teraz to on chwyciwszy pannę za nadgarstki, wykręcił jej ręce do tyłu i przygniótł do kamiennej powierzchni.

- A-ach! - wydała z siebie dźwięk krzywdzonej niewiasty. - Co ty chcesz mi zrobić!? Narusz mnie, a nie pożyjesz długo! - krzyczała rozgniewana i zarazem przestraszona zaistniałą sytuacją.

Wierzbie natomiast nie gwałty w głowie były, lecz chęć jak najszybszego ruszenia w dalszą drogę, zanim zmarnuje cały czas przeznaczony na dotarcie do końca toru przeszkód. Nie znalazłszy pod ręką żadnego sznura, którym mógłby spętać delikatne ręce białowłosej, począł rozplątywać wstążkę, którą upiął włosy, by to za jej pomocą spętać Auriel.

- Puszczaj mnie. Mam dość tej zabawy. Niech się wypchają profesorowie, już nigdy nie zgłoszę się na ochotnika - bredziła o czymś niezrozumiale.

Zrazu zaczęły dziać się z nią rzeczy przedziwne. Głos zmienił ton z delikatnego i melodyjnego, na niższy. Dotąd długie i gładkie włosy w mgnieniu oka skróciły się niemal o połowę, ciemniejąc do koloru mokrej pszenicy. Wierzbę zamurowało. Przez calutki czas, to nie Auriel próbowała zmącić umysł drozda, a obdarzony iluzjonistycznymi mocami młody czarownik. Nie mogący uświadomić sobie tego, co się tak właściwie stało, półelf puścił męskie dłonie, uwalniając iluzjonistę.

- Tfu - splunął z pogardą, poprawiając wygniecioną i pobrudzoną od mokrego śniegu szatę. - Jeszcze nikt mnie tak nie potraktował - uskarżał się. - Musisz być oddany sprawie, że nie dałeś się zwieść - wyraził uznanie. - Albo masz inne preferencje - dodał uszczypliwie.

Widząc, że inni uczestnicy powoli, aczkolwiek skutecznie pomniejszają odległość od wejścia do groty, czarodziej ruszył w drugą stronę, by skryć się w jednym z bocznych korytarzy.

- Od drugiej strony nie ma armii ghuli, masz ściankę do wspinaczki i później prostą ścieżkę prowadzącą do ostatniego etapu
- naprostował sprawę. - Tylko nie mów o tym nikomu, bo utrą mi uszy - poprosił na koniec i zniknął w ciemnościach.

Wierzba mógł na chwilę odetchnąć. Skoro fałszywa Auriel wreszcie dała mu spokój, mógł więc wreszcie opuścić ten zwariowany etap. Kierując się do wyjścia, pod jego nogami znalazł się mały flakonik z cieczą o różowatym zabarwieniu. Najwidoczniej ów oszust musiał go zgubić, gdy został przygwożdżony do ziemi. Półelf mógł go zagarnąć dla siebie i w dogodnym dla siebie momencie sprawdzić, z czym przyszło mu do czynienia. Dalej jednak nie mógł pozwolić sobie na zwlekanie. Co cwańsi uczestnicy zapewne musieli już dotrzeć na koniec lub nawet spijać piankę zwycięstwa z przygotowanych dla uczestników napitku.
Obrazek

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

139
Ostatnie, co Wierzba chciał, to skrzywdzić Auriel, czy też osobę, która za Auriel się podawała! I choć gruchnął nią o ścianę, zaczął żałować, że nie sprawdził, jak jego pięść wpasowałaby się w nos trefnisia, gdy tylko zniknęły piękne jasne włosy dziewczęca i nęcące kształty, a pojawiło się ciało z grubsza męskie, nawet jeśli elfie.

Wstążka z włosów została poniesiona wiatrem, gdy wypadła z dłoni półelfa, przerażonego widokiem iluzjonisty. Spodziewał się wszystkiego, ale nie tego, że organizatorzy zadrwią ze słabości do jego damy serca. Od tej pory Wierzba milczał jak zaklęty, jedynie szczerząc kły na nieszczęśnika, który zgodził się pomóc w próbie. Można było odnieść wrażenie, że oszukany rekrut miał chęć rzucić się magowi do gardła! Choć Wierzba spędził rok w twierdzy, dzikości nie dało się łatwo wyplenić, gdy wychodziła w chwilach zagrożenia.

Przylgnąwszy do przeciwległej ściany, Wierzba ani myślał dać się sprowokować. Czy to on przywdziewał damskie ciuszki?! Oczywiście, to nie on miał dziwne zapędy, a ten, który go o to oskarżał! Że też stracił tyle czasu dla takiej głupoty! Jak ktoś mógł przypuszczać, że skrzywdziłby Auriel lub że oszukałby w próbie?! Najwyraźniej wciąż miał wiele do udowodnienia, skoro starszyzna stawiała przed nim takie pułapki. Samoocena Wierzby spadła znacząco, gdy zrozumiał, że nigdy nie będzie dość dobry, by uznano go za mężczyznę, wojownika, kierującego się dumą i honorem.

Odeszła mu ochota na próby. Obrażając się jak małe dziecko, gdy zwyczajnie, po ludzku, było mu przykro, zrezygnowany zebrał z ziemi fiolkę, którą uznał za token, symbol, dzięki któremu zostanie dopuszczony do kolejnego etapu. Po cóż miał się starać, skoro nie uważają go za więcej, niż zwierzę, które popędzane instynktami użyje sobie na córce mistrza?

Byleby jak najszybciej skończyć etap, Wierzba przeszedł dalej. Wspinaczkę ćwiczył, jak Drozd, więc nie powinna sprawiać mu problemu, choćby na oblodzonej ścianie! Pozostanie mu tylko ostatni etap, a później? Kto wie! Może znów wezwie go dzicz? Objęcia zimy były bardziej wyrozumiałe aniżeli Lao Lao, Mistrz czy ktokolwiek, kto wpadł na pomysł takiej próby.

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

140
Wierzba, chcąc czym prędzej zapomnieć o przykrej sytuacji, jaka go przed chwilą spotkała, wystrzelił z groty niczym bełt z kuszy wojennej i nim się obejrzał, był już w połowie odległości na wyższy poziom, na którym rzekomo miała znajdować się dróżka prowadząca do ostatniego etapu. Wciąż oburzony tanią zagrywką, z całych sił ściskał w dłoniach lodowaty łańcuch, którego każdorazowe dotknięcie wiązało się z wielką dawką bólu, jaki odczuwały jego przemarznięte i sine od zimna dłonie. Uwolnione z więzów czarne włosy gładziły go po twarzy, a wydychane płuc ciepłe powietrze tworzyło kłęby pary, niczym u jakiego smoka, który szykował się do zionięcia żywym ogniem.

Zmachany jak nigdy, dotarł wreszcie na sam szczyt. Przed nim rozpościerała się wąziutka ścieżka, biegnąca między szeroką na pięć łokci szczeliną. Odciśnięte na jej powierzchni świeże ślady czyiś butów sugerowały, że Wierzbie nie pierwszemu udało się ją odkryć. Nie ważne. Ważne, że zaliczał się do ich grona i pokonując uprzednio pana pokus, w pełni zasłużył na dostąpienie tegoż małego ułatwienia, podczas gdy inni wciąż zmagali się z diabelnie śliskimi schodkami.

Złapawszy nieco tchu, powoli i z najwyższą czujnością wkroczył w głąb wąskiego przejścia. Po tym co dotychczas przeszedł, nie sądził, iż droga ta pozostanie bezpieczna. Toteż zważając na każde skrzypienie śniegu, każdy odcisk nogi, jaki zaobserwował, parł przed siebie, podświadomie oczekując na ujawnienie się niemiłej niespodzianki, jaką nauczyciele wraz z Wielkim Mistrzem postanowili tutaj ulokować.

Idąc krok za krokiem, coraz to bardziej poddawał się wewnętrznemu niepokoju. Tymczasem jak na złość, nic się nie działo. Ścieżka sprawiała wrażenie najzupełniej bezpiecznej. Żadnych wyskakujących z nienacka ghuli, magicznych mgieł czy innego szarlatana, próbującego zwabić naiwną ofiarę w swe sidła. Raptem kilka głębszych szczelin i tak już odkrytych przez jego poprzedników. Parę uskoków w dół i w górę, łatwych do pokonania za pomocą krótkiego skoku. Nic innego, co mogłoby przyczynić się do katastrofy. Czyżby wybór innej drogi niż sugerowana kolejną nauką mistrza? Wszakże, ten wielki wojownik, bohater Północy korzystał z niemal każdej sytuacji do głoszenia swoich mądrości. Trudno więc byłoby się dziwić, gdyby i sam egzamin nie stanowił zarówno sprawdzenia przyjętych przez miniony rok umiejętności jak i stanowił ostatnią naukę.

Półelf głowiąc się nad taką możliwością, dotarł wreszcie do miejsca, gdzie dotąd wąski przesmyk począł się rozszerzać bardziej i bardziej, aż w końcu znalazł się u jej końca, gdzie lodowe ściany ustępowały otwartej przestrzeni na kształt trzeciego i zarazem największego okręgu, na przeciwległej stronie, którego zbudowano ogromną na kilkanaście metrów w górę i tyle samo szeroką bramę, w kształcie łuku. Gniew powoli zaczął ustępować. A na jego miejscu pojawiła się ulga i nawet krzta radości. Koniec był bliski. Nie więcej jak kilkkaset kroków dzieliło Wierzbę od zaliczenia egzaminu. Zeskakując z półeczki na półeczkę, prędko dotarł na odpowiedni poziom i właśnie przymierzał się do pokonania ostatniej prostej biegiem, kiedy czyjaś dłoń pociągła go za jedną z większych skał. Myśląc, że padł ofiarą zasadzki, przymierzał się do zadania ciosu nadziakiem, w porę jednak odzyskując zimną krew. I tak z zawieszonym nad głową orężem, wgapiał się w kilka odwzajemniających spojrzenie oblicz.

- Cii... bo cię zauważą - wyszeptała ludzka kobieta, sądząc po szatach, należąca do grupy czarodziejów.

- Wyjrzyj za kamień. Tylko ostrożnie! - dodał kryjący się za plecami poprzedniczki osiłek.

Wierzba zmieszał się srodze. Przecież plac był prawie pusty. Zaledwie kilka sterczących skał i odzianych w szare stroje obserwatorów, stojących w cieniu bramy. Co tym razem wymyślił Ogar?

Nie wiedząc jeszcze, co się święci, półelf wyściubił kawałek głowy zza osłony, kierując ją w stronę linii mety. Od drugiej strony natomiast nadciągali inni uczestnicy, radośnie biegnący do upragnionego celu. Wtem, gdy przodownika dzieliła już niewielka odległość od osnutych na szaro person, jeden z nich wyszedł mu naprzeciw. Wierzbie wydawało się, że przez chwilę widział oblicze Biru. Szydercze jak zawsze.
Chwilę później, ciemne oczy półelfa rozwarły się do granic możliwości. Wielka pięść profesora grzmotnęła w okolicę brzucha nieszczęśnika. Tamten odleciał na kilka kroków w tył, wymiotując przy tym treścią pokarmową. Pozostali widząc, co się stało, wnet wyhamowali, chcąc skryć się za położonymi nieopodal skałami. Podczas gdy jednym się to udało, inni padli ofiarą pozostałych strażników. Ktoś padł pozbawiony przytomności od otrzymania mnogich ciosów zręcznego napastnika parę innych, sięgnęło zaklęcie obezwładniające, a jeszcze inny, toczył pojedynek na miecze, z trudem odpierając kolejne ataki. Tylko nieliczni, korzystając z nieuwagi napastników, przemykali między nimi, kosztem pozostawienia swoich towarzyszy na pastwę losu.

- Nie mamy z nimi szans - rzekła zrezygnowana czarodziejka. - Zobaczcie, jak nimi pomiatają, a nie jest ich wielu

- Nie łam się. Skoro rozwiązania siłowe się nie sprawdzają, należy podejść ich sposobem - pocieszał ją kolejny mężczyzna, tym razem uzbrojony w kuszę. - Ich jest zaledwie czterech, nas w sumie pięciu. Mamy przewagę.

- O jakiej ty przewadze mówisz? - zgromiła go druga czarodziejka. - Oni z łatwością pokonują dziesięciu na raz. Jakie z nimi mamy szanse, co panie mądraliński? Masz w zanadrzu jakiś wspaniały plan?
Spoiler:
Obrazek

Wróć do „Turon”

cron