[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

121
Po zimie przyszła wiosna, następnie minęło chłodne lato, lecz i ono ustąpiło szybko zapadającej jesieni. Kolejny raz głębokie śniegi przykryły Północ. Minął rok, a wraz z nim czas wstępnego szkolenia Wierzby.

Syn Północy nie zmienił się zbytnio - wciąż był tym samym niskim, niepozornym półelfem. Może jedynie przybrał trochę na wadze, gdy dodatkowy ciężar dobrego wyżywienia odłożył się w mięśniach, sumiennie wyćwiczonych podczas szkoleń. Więcej zmian zaszło we wnętrzu młodego wojownika: choć czasem słowa wciąż przychodziły mu z trudem, przestał szczerzyć zęby i warczeć przy każdej niedogodności, a odpowiadać, nawet jeśli zbyt często uszczypliwościami. Ciemne oczy nie błyszczały już strachem i niepewnością spod zmierzwionej grzywki, wypełniając się raczej zaufaniem do swoich braci zakonnych. Po pewnym czasie nauczył się również doceniać lekcje, również te, które nie łączyły się wyłącznie z walką. Co więcej, udało mu się nawet nauczyć kreślić krzywe szlaczki literek! Nie było mu dane zostać kaligrafem, ale przy odrobinie samozaparcia, mógł nakreślić całkiem czytelne znaczki, jak i rozszyfrować symbole pozostawione przez innych.

Sówka, którą Wierzba przygarnął od Białozora, sama nadała sobie imię: Huhuu. Wierzba, nie będac zbyt obeznanym z zasadami nadawania imion ani kreatywnym w nazewnictwie, zaadaptował dźwięk, który ptak wydawał na jego widok, gdy przywykł już do tego, że to półelf jest tym, który znosi mu martwe gryzonie i inne przysmaki.

***

Bieg Łowców. Wierzba, choć nabrał odrobiny ogłady, wciąż twierdził, że jest jednym z lepszych rekrutów, jeśli chodziło o umiejętności i sprawność fizyczną. Nad innymi górował głównie doświadczeniem w ciężkich warunkach Północy. Wszystko to, co przetrwał przez swoje lata życia, mogło pomóc mu w ukończeniu Biegu i zostaniu zaprzysiężonym. Zakon stał się jego drugą, lepszą rodziną - nie zależało mu, by oblać ostatni sprawdzian. Musiał dać z siebie wszystko.

***

Po kolejnym ciężkim dniu treningów Wierzba wrócił do pokoju, który dzielił z Sokołami. Do Biegu pozostał jeszcze tydzień, ale podniecenie nie opuszczało rekrutów już od dłuższego czasu. Wiedzieli mniej-więcej, czego mogli się spodziewać, ale nic nie stało na przeszkodzie, by dalej pytać o rady.

Wspiął się na swoją pryczę, a następnie zrzucił buty i uważając, by nie uderzyć kolegi pod nim, cisnął je na ziemię, by nie drażniły go zapachami całego dnia szkoleń. Nie ściągał chwilowo płaszcza, by jeszcze chwilę nacieszyć się ciepłem pokoju. Owinąwszy się szczelniej, położył się na swojej poduszce, ciesząc wygodą i spokojem. Zza pazuchy wyciągnął kawałek suszonej wołowiny, wcześniej zabrany ze stołówki, a teraz mogący służyć za przekąskę przed nocnym odpoczynkiem.

- Co było najgorsze w waszym biegu? - Odezwał się do towarzyszy, gdy przypomniał sobie, że nie słyszał jeszcze za dużo o ich próbie. - Prócz potarganych włosów, Legunasie. - Rzucił uszczypliwością do elfa. Psotny uśmiech na twarzy zdradzał, że z dogryzania starszemu stopniem koledze czerpie więcej radości, niż być może powinien. Zresztą, sam szybko zauważył, że zgrabnie zaplecione kosmyki mogą być korzystne w wielu sytuacjach, gdy roztrzepanie nie zasłania widoku.

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

122
Złotowłosy elf przeciągną się wpierw tak, że jego dłonie i stopy wychodziły sporo poza granice łóżka. Następnie tworząc z rąk dodatkową poduszkę i zakładając jedną nogę, na drugą, wydał z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, jaki towarzyszy komuś, kto zagłębia się w odmęty własnej pamięci, by wygrzebać z niej odpowiednie obrazy minionych wydarzeń.

- Co było najgorsze? - Legunas powtórzył zadane mu pytanie. - Myślę, że dla każdego będzie to inny element. Dla jednych przeszkodę stanowi już zaliczenie pierwszego etapu, dla innych drugiego, jedni utkną w miejscu i z opuszczoną głową będą musieli wrócić na miejsce rozpoczęcia, innym po prostu zabraknie szczęścia - odpowiedział wymijająco.

- Gadanie - wtrącił się Dorin. - Najgorszą sprawą jest wyobraźnia Wielkiego Mistrza - rzekł coś, co wprawiło Wierzbę w małe zaskoczenie. W pierwszej chwili nie widział logicznego związku między Mistrzem a trudnością w pokonaniu toru. To więc posławszy mięśniakowi pytające spojrzenie, domagał się dokładniejszego nakreślenia sprawy.

- Ech, nic nie wiesz o Biegu, prawda? - westchnął niczym nauczyciel, znudzony poprawianiem tego samego błędu u swego ucznia. - Mówiąc krótko, dzieli się on na dwa etapy. W pierwszym z nich należy zdobyć trofeum. Aby to zrobić, musisz upolować imitację jakiegoś zwierza lub potwora. Drugi z etapów, to czysta zręcznościówka. Strome wzniesienia, wąskie krawędzie, kilka przeszkód i takie tam, niby nic trudnego. Każdy sposób na dotarcie do celu jest dozwolony, o ile nie wiąże się to z ryzykiem zranienia innego biegacza. Proste - Dorin zrobił sobie krótką przerwę na zebranie myśli, w tym czasie, kręcący się z niecierpliwości Mauri powstał na nogi i uderzył rękoma o stół, ewidentnie chcąc tym sposobem zaprotestować temu, co powiedział jego poprzednik.

- Proste. Ta, jasne
- rzekł z ironią. - O ile łowy na monstra i skakanie na równi z kozłami górskimi nie jest wielkim wyczynem, to sprostanie sadystycznej stronie Mistrza Ogara, to zupełnie inna bajka - mówił wyraźnie rozemocjonowany. - Nigdy nie wiesz, kiedy podczas przebieżki wyskoczy na ciebie niedźwiedź lub lina, po której się wspinasz dziwnym trafem, przetarła się i to już dzień po tym, jak ją rozwinięto. Lub rzekomo zagubiony widz poprosi o pomoc w sprowadzeniu do bezpiecznej strefy, a gdy tylko do niego podejdziesz, rzuci się na ciebie z pazurami i kłami...

- I stąd twój przydomek, Hogan Drugi. Tylko kretyn dałby się na to nabrać - dociął mu Dori. - Samotna i całkiem zwyczajna wtargnęła w samo centrum owianego złą sławą terenu - rechotał doniośle, a wraz z nim chicho chichotał Legunas. - Ciesz się, że Legi był w pobliżu i ci pomógł. Inaczej do dziś byś nie zaliczył biegu - Mężczyźni przybyli sobie piątki w akcie porozumienia, wspólnie naigrawając się z trzeciego, którego twarz przybrała odcień emblematu godła Obrońców. Naburmuszony jak nigdy Mauri przysiadł na swoim miejscu, cedząc pod nosem wyzwiska na współlokatorów.

- W każdym razie - pałeczkę ponownie przejął wysoki elf. - Podczas biegu ani na chwilę nie można tracić czujności. Jeden nieostrożny ruch i twoja przygoda się kończy. Nie ufaj nikomu ani niczemu, dopóki nie przekroczysz linii końcowej. Członkowie kadry będą nad wami czuwać na każdym kroku, ale nawet oni nie są w stanie wszystkiego przewidzieć i nie wolno im ingerować, chyba że zaistnieje realne zagrożenie dla życia uczestników. Zapamiętaj moją radę - Z pomocy udzielonej przez starszych stopniem kompanów byłoby na tyle. Zgodnie z tym co mówili, pomimo pewnych stałych elementów, próba sił za każdym razem wyglądała inaczej i nikt tak naprawdę nie wie, jakim urozmaiceniem wydarzenia zaskoczy Silwater w tym roku.

***
Ostatnie dni przygotowań minęły szybciej, niż mogłoby się zdawać. Dotąd ćwiczący w pocie czoła kandydaci na pełnoprawnych Obrońców, stali obecnie na dobrze już im znanym placu wewnątrz koszar, oczekując aż sam Wielki Mistrz, Ogar Silwater ogłosi rozpoczęcie sławnego Biegu Łowców. Uczestnicy nawet nie próbowali ukryć szarganych nimi emocji. Kilku w nieskończoność upewniało się, że zabrany ze sobą ekwipunek, aby dobrze leży i nie będzie przeszkadzał oraz czy dostęp do niego jest swobodny, ci należący do części magicznej, szeptali pod nosami formułki inkantacji, a jeszcze inni obgryzali z nerwów paznokcie. W całym tym zgiełku znalazł się mało popularny Syn Północy. Nie odstając od reszty, również i on czynił ostatnie przygotowania. Chciał być pewien, że wszelka zastana ewentualność nie sprawi mu większych problemów i z każdej opresji da radę jakoś wyjść.

- Hej, ps...t - wtem ktoś stojący za nim położył mu dłoń na ramieniu.

Obróciwszy się prędko, dostrzegł smukłą postać przyodzianą w długi płaszcz, podobny do tego, jaki nosili magowie. Spod zaciągniętego głęboko na głowę kaptura, wyłoniło się oblicze wiecznej psotnicy - Auriel. Usta Wierzby opadły w dół. Nie spodziewał się, że tuż przed przełomowym dla jego życia momentem, zostanie nawiedzony przez samą córę Mistrza.

- Nie gap się tak. Kobiety w życiu nie widziałeś? - znagliła go zaraz, w sumie mając po części rację.

Odkąd Wierzba wstąpił w szeregi wojska, jego kontakty z płcią przeciwną znacząco zmalały. Niemal bezustannie zamknięty w koszarach, nie miał sposobności, by móc zamienić słówko choćby z jedną, nie wliczając w to sporadycznych sytuacji, gdzie korzystając z przepustki, włóczył się z kolegami po wiosce, z rzadka natrafiając na chętną do rozmów pannę. Nic więc dziwnego, że pierwsza od wielu tygodni rozmowa sprawiła, że ten zapomniał języka w gębie.

- Raz podsłuchałam, jak tatko z Markusem o tobie gadali. Od razu skojarzyłam twoje imię i przyszłam z małą ofertą - Oczywiście, po cóż piękna półeflka miałaby zaprzątać sobie głowę jakąś miernotą, jeśli nie chodziłoby o pewien interes. - Tegoroczny bieg będzie bardziej ekscytujący. Za małą przysługę, mogę ci pomóc, znam ten tor jak własną kieszeń. Dla mnie to jak spacer. Pytanie tylko, czy ty chcesz wziąć w tym udział? - Jej jasne jak lód oczy nie spuszczały uwagi z twarzy Wierzby nawet na chwilę. Coś chodziło jej po głowie. Zaciskając białe zęby na dolnej wardze, oczekiwała na odpowiedź. Pytaniem jednak pozostawało, czego tak właściwie chciała w zamian.
Spoiler:
Obrazek

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

123
Rady Sokołów były dla Wierzby tak pomocne, jak i konfundujące. Wysłuchał słów Legunasa, który tak naprawdę nic nie powiedział. Dorin miał więcej do dodania - skoro wszystko zależało od Mistrza, z pewnością będzie to wyzwanie nie dla żółtodziobów! Wierzba cenił Ogara z każdym dniem bardziej i wiedział, że ten postawi poprzeczkę wysoko. Polowanie i bieg - nic, czego Wierzba nie przeżyłby w dziczy, a podszkolony przez rok w Twierdzy liczył na to, że jego szanse na ukończenie wyzwania będą dość wysokie. Jakiekolwiek przeszkadzajki powinny zostać zignorowane - to dało się zrobić!

***

Piewszą przeszkadzajką okazała się być Auriel.

Szykując się do biegu, Wierzba, odziany w szkoleniowy skórzany pancerz, lekki, nie krępujący ruchów, choć nie chroniący przed wszystkimi ciosami, raz po raz sprawdzał, czy cięciwa jego łuku jest odpowiednio napięta, strzały dobrze leżą w kołczanie, a nadziak jest bezpiecznie przypięty przy pasie, w specjalnie do tego przystosowanym uchwycie. Nawet włosy upiął w ciasny splot warkoczy, które miały trzymać kosmyki z dala od oczu. Nie zamierzał obudzić się z ręką w przysłowiowym nocniku, gdy okaże się, że czegoś w jego przygotowaniu zabrakło!

Poczuwszy dłoń na ramieniu, odwrócił się gwałtownie. Stres nadchodzącego wyzwania zrobił swoje, złapał Wierzbę w uchwyt niepewności.

Ucieszył się widząc Auriel. Nie widział jej zbyt długo! Nabrawszy nieco pewności siebie, niemal wyciągnął ręce, by przytulić ją w przyjacielskim geście! Na szczęście pamiętał, że nie powinien - była w końcu córką mistrza. Na wieść o tym, że Silwater o nim mówił... przeszedł go miły dreszcz, zrobiło mu się cieplej. Przyjął to za pochwałę! Zwrócił ich uwagę!

- Pomogę ci bez nagrody. - Powiedział powoli, starając się nie zdradzić swojej ekscytacji. Nie potrafił ukryć emocji na tyle, by nie było ich po nim widać. - Będę uczciwy. Uczciwy!

Pamiętał, jak przełożeni nakryli go podczas walki ze Szczerbatym! Nie potrzebował powtórki. Uśmiechnął się do Auriel, rozjaśniając się jak małe słoneczko.

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

124
Twarzyczka białowłosej elfki wręcz promieniała z zachwycenia. Dotąd kurczowo podgryzana warga została wykrzywiona w łuk, odsłaniając rząd równie białych, co świeży śnieg zębów. Auriel klasnęła radośnie w dłonie, wydając z siebie krótki okrzyk radości, czym sprawiła, że najbliżej stojące osoby z zaciekawieniem zaczęły się jej przyglądać.

- Zrobię to bez nagrody - przedrzeźniła kpiarsko biegacza, specjalnie obniżonym tonem głosu. - Już drugi raz nie chcesz nic w zamian, a mógłbyś prosić o wiele - zachichotała, pokazując na krótki moment różowy jęzor. - Zachowujesz się jak bajkowy rycerz - posłała w stronę Wierzby komplement - Albo jak desperat, który zrobi wszystko, by dorwać się do dziewczęcego zadka - dodała od razu.

Twarz półefla z bladej, momentalnie obrała barwę buraczanego soku. Przez wredne docinki, czuł się poniżony. Popuściwszy wzrok na dół, uporczywie począł wgapiać się we własne obuwie, nawet nie śmiał podnieść wzorku na rozwydrzoną pannicę w obawie o kolejne wredne uwagi.
Białowłosa jednak nie kontynuowała nagrywania się z przyszłego wojownika. Wyjątkowo męskim klepnięciem w ramię, odbudowała w nim pewność siebie, której tak bardzo teraz potrzebował.

- Jak sobie chcesz. Chciałam być miła, ale skoro nie pragniesz nagrody... - rzekła na odchodnym i tuż przed tym, jak na nowo ulotniła się z tłumu biegaczy, chwyciła wątłe ramiona pobratymca i przybliżając go do siebie, szepnęła mu do ucha - Wypadek pewny, gdy na wąskich schodach zbyt pewny - oraz - Gdy z lekcji nie wyniesiesz nic, pryncypał w tyłek sieknie ci - i odepchnąwszy go od siebie, momentalnie rozpłynęła się w powietrzu.

***


Ostatnie guziki dopięte. Ubiór poprawiony, broń w stałej gotowości. Uczestnicy corocznego biegu zostali ustawieni w dwuszeregu, tuż przed bramą prowadzącą w nieokiełznany świat lodu i śniegu. Wierzba od dawna wyczekiwał tego momentu. Dzielnie znosząc codzienną musztrę i humory poszczególnych mistrzów, właśnie miał zostać nagrodzony za swój wysiłek, zyskując rangę Sokoła, pełnoprawnego rycerza i uczestnika wojennych wypraw. Zanim jednak miało się to wykonać, musiał przejść ostatni z egzaminów. Słynny tor przeszkód, gdzie na każdym kroku mogło czaić się niebezpieczeństwo wszelkiej maści.

I oto jest On. Stanął dumny jak lew, przystrojony w szaty, jakich paw by się nie powstydził. Jego bok zdobi chluba każdego wojownika, postrach strzyg, kata wszelkiego potwora, sędziego mroku - Blask Jutrzenki, mieniąc się wspaniale w odcieniach krystalicznie czystego lodu i szafiru. Swym wzrokiem bazyliszka omiótł wszystkich i każdego z osobna, jakby w geście ostatniego pożegnania.

- Oto ja, reprezentując zgromadzonych tu licznie śmiałków, oświadczam uroczyście, że są oni gotowi do rozpoczęcia próby mającej przypieczętować przemianę ich chłopięcych oblicz w prawdziwych mężów stanu- za aklamował jakiś wysoki elf. Najpewniej prymus roku lub przedstawiciel całej braci uczniowskiej.

- Niech więc rozpocznie się Bieg!
- odpowiedział krótko Wielki Mistrz.

Następnie odwracając się do reszty plecami, pchnął wielki wrota, tym samym oficjalnie dając sygnał do rozpoczęcia wydarzenia.

Podmuch zimnego wiatru uderzył w zwartą grupę. Wydobywający się z wrót promień światła oślepił ich na parę sekund. Gdy oczy w końcu przyzwyczaiły się do zwiększonego natężenia blasku, najodważniejsi ruszyli pędem jako pierwsi. Tuż za nimi następni i cała reszta.

W początkowej fazie wszyscy trzymali się razem. Pokonywali kolejne metry wyznaczonego szlaku, stale monitorując otaczający ich teren. Jak na razie wszystko było w porządku. Żadnych sygnałów, że z jednej bądź drugiej strony może nadciągnąć atak. Mijały kolejne minuty. Wreszcie, po kwadransie niemal bezustannego biegu, dotarli oni do pierwszego, jak im się to wydawało, punktu kontrolnego. Zbliżony do okręgu plac pośród szczytów górskich wyglądał na świetne miejsce do krótkiego odpoczynku. Zgraja rozproszyła się. Jedni biegli dalej, inni zaś łapczywie łykali orzeźwiającą wodę, jaka wypływała z wąskiego źródełka. Słońce przyjemnie wtedy grzało. Raptem kilka kłębiastych chmurek płynęło po niebie. Otaczające ich szczyty górskie dawały ochronę przed mroźnym wiatrem, a nieokryty białym puchem skrawek zmrożonej ziemi zachęcał, aby na nim odsapnąć. Najgorsi słabeusze właśnie docierali do tego miejsca, gdy zerwał się porywisty wiatr. Jaśniejąca na niebie tarcza straciła na mocy. Wtem gęsta jak wata mgła zeszła na ziemię, ograniczając pole widzenia do zaledwie kilku metrów.

Obrazek

- Ghule wychodzą ze szczelin! - ktoś podniósł alarm. Nim mgła na dobre opanowała świat, Wierzba dostrzegł coś w rodzaju białej małpy lub łysego wilka z okropnie długimi szponami i nadnaturalnymi zębiskami wypełza z wąskiego przesmyku między dwoma wzniesieniami i naciera wściekle w stronę stojących najbliżej ludzi. Chwilę później rozdzierające krzyki opanowały całą dolinę. Miotane na oślep strzały fruwały tuż obok głów i gdyby nie zalecenie podmiany grotów na woreczki z kaszą, zapewne nie jeden uczestnik padłby od przyjacielskiej strzały. To samo tyczyło się zaklęć. Magom zezwolono używać jedynie niegroźnych czarów obezwładniających. I dobrze, gdyż sądząc po świetlnych spektaklach na mlecznym niebie, używali ich z wielką ochotą.

Półelf stał w tym czasie w miejscu. Mnogość źródeł dźwięków i brak szerszego pola widzenia wprawiły go w niemałe zmieszanie. Chwytając to za łuk, to za nadziak, wytężał z całych sił wzrok, próbując cokolwiek dostrzec, gdy nagle kilka niewyraźnych cieni pojawiło się obok niego. Jeden wyglądem przypominał człowiek uzbrojonego w długie kije, inny również, tylko tyle, że na kuckach. Kolejny zaś posiadał dwie pary rąk, a jeszcze inny wyglądał jak duży głaz.

Mrożący krew w żyłach ryk wydobył się z gardła, któregoś z nich. Jak mniemał brunet, jeden z nich musiał być ghulem. Pytanie tylko, który?
Obrazek

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

125
Wierzba nie zamierzał przejmować się kpinami Auriel! Mogła wyśmiewać go ile chciała, ale nie mogła zabrać mu dobrych, szczerych chęci. Z dwojga możliwości, Wierzba zdecydowanie bardziej chciał być bajkowym rycerzem aniżeli kimś, kto chce dobrać się do zadka mistrzowej córki! Nie znaczyło to jednak, że druga opcja była całkowicie negowana... ale jednak wciąż zbyt śmiała, by przyznać ją na głos.

Wypadek pewny, gdy na wąskich schodach zbyt pewny! Gdy z lekcji nie wyniesiesz nic, pryncypał w tyłek sieknie ci!

Cóż mogły oznaczać słowa Auriel? Przekaz był dość jasny, Wierzba zamierzał uważać na schodkach, jesli jakieś napotka, a to, co wyniósł z lekcji, musiało pozostać mu w głowie, nawet jeśli świat po raz kolejny przyćmiło mu wspomnienie bliskości półelfki. Wierzba musiał jednak zwrócić oczy ku Mistrzowi, wysłuchać jego słów i spiąć się w sobie, by wziąć udział w biegu i ukończyć go z zadowalającym efektem. Po tym, jak Mistrz dał znak do rozpoczęcia biegu, Wierzba ruszył razem z pozostałymi.

Pierwszymi z przeciwników było zimno, oślepiające słońce i szybko wynizczające grupę zmęczenie. Wierzba sądził, że musi oszczędzać siły - nie było sensu przeć naprzód, gdy brakowało oddechu. Mógł poświęcić chwilę na zaczerpnięcie tchu, razem z innymi. To, czego się nie spodziewał, to że postój był pułapką. Widząc zmianę otoczenia, Wierzba złapał za broń. Przyjął pozycję do walki, gdy usłyszał ostrzegawczy głos jednego ze śmiałków.

Ghule! Wierzba wiedział, czym są, pamiętał to z lekcji. Ożywieńce przywrócone poprzez najpaskudniejsze z zaklęć... że też Mistrz zezwolił na użycie czegoś tak parszywego!

Mgła utrudniała zadanie. Wierzba nie chciał brać przykładu z innych i strzelać na oślep, wiedząc, że nie powinien krzywdzić sojuszników, choćby przypadkiem. Wierzba wycofał się odrobinę, nie chcąc sterczeć jak głaz, ale wrogowie i do niego dopadli przeciwnicy. Tylko - który z nich naprawdę był ghulem? A może ghulom towarzyszyło coś jeszcze?

Ghule nie miewały czterech rąk - a jeśli to któryś z rekrutów, niosący na plecach rannego? Od tego wielkiego należało uciekać, człowiecza sylwetka mogła należeć równie dobrze do człowieka, a ten pochylony... cóż, jeśli nie będzie ghulem, przynajmniej Wierzba sprawdzi, czy wszystko w porządku i czy nie potrzebuje pomocy!

Półelf, ściskając w dłoniach swój ognisty nadziak, ruszył w stornę drugiej z sylwetek, tej, jak się wydawało, kucającej.

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

126
Obierając, zdawałoby się właściwy cel, Wierzba nie przypuszczał, że natrafi nie na imitację krwiożerczej bestii, a na przestraszonego czarownika. Jak się wkrótce okazało, pechowiec w całym harmidrze zgubił gdzieś swój kostur. Bez niego nie był w stanie skutecznie miotać zaklęć, czym sprawił, że z łowcy stał się ofiarą lub przynajmniej najzwyklejszym cywilem od obronienia. Widząc, że ktoś na niego naciera, odruchowo odskoczył, lądując zadkiem na chłodnej ziemi. Z jego gardła wydarł się cienki pisk. Kościste dłonie zakryły twarz, jakby łudząc się, że w ten sposób zdoła obronić się przed nadciągającym atakiem. W tym czasie skory do walki półefl brał zamaszysty zamach i gdyby nie wyjątkowa zręczność, dokonałby trepanacji czaszki kolegi. Na szczęście w porę udało mu się wyhamować. Mag rozsunął ramiona, by przez powstałą szczelinę sprawdzić co się wokół niego dzieje. Gdy tylko spostrzegł sterczącego nad nim Wierzbę, ucieszył się jak dziecko. Nagle jego usta wykrzywiły się w drugą stronę. Oderwawszy rękę od głowy, wskazał na coś palcem.

- Uważaj! - krzyknął.

Skąpana we mgle postać niby wojownika dzierżącego podwójne pałki nabrała ostrzejszych rysów. Wbrew pozorą, nie był to wojownik. Ba! Nawet człowiek, elf czy krasnolud, ino stojący na dwóch łapach ghul. Jego długie szpony dawały złudną imitację mieczy. Wypatrzywszy potencjalne ofiary, stwór na nowo wstąpił na czworaka i susłem natarł na Wierzbę.

Pomimo odbicia rocznego treningu, umiejętności półelfa w zakresie parowania ciosów pozostawiały wiele do życzenia. Ledwie zdążył ułożyć nadziak w pozycji obronnej, gdy szponiasta dłoń ghula siekła go od boku. Wierzba odepchnięty siłą uderzenia, został na moment wytrącony z równowagi. Bestia zawyła zwycięskim skowytem, zaraz serwując potężnego kopniaka w tors i posyłając wojownika na ziemię. Ku wielkiej uldze rany nie wyrządziły faktycznego uszczerbku na skórze, co nie zmieniało faktu, że uderzenie odczuwało się w pełni krasie. Musiała więc minąć chwila, zanim półelf doszedł do siebie.

Było jednak za późno. Ghul wybrał już sobie ofiarę. Płaszczący się po jego prawej stronie czarownik stanowił łatwiejszy cel, niż uzbrojony osobnik. To więc nie marnując nawet chwili, wykidajło zaczęło swą zabawę, najpierw kilkukrotnie obijając maga, później porywając go nie wiadomo gdzie.

Dla Wierzby był to spory cios i nie chodziło tylko o fizyczne cierpienie. Gdyby cała ta sytuacja nie była zaledwie próbą sił, nieszczęśnik stanowiłby faktyczną ofiarę, a co wtedy? Duma i honor osoby ślubującej strzec słabszych zostałaby zhańbiona. Niech więc to wydarzenie stanie się nauczką za zbyt pewnych siebie pyszałków i nauką na przyszłość.

Kolejne minuty mijały. Mgła zaczynała się rozrzedzać i coraz więcej, i dalej można było dostrzec. Na polu bitwy pozostawało zaledwie kilku uczestników i jeszcze mniej celów. Inni albo zdobyli już swoje trofea, albo zostali pokonani. Szukając rozpaczliwe jakiegokolwiek okazu do upolowania, Wierzba krążył po wszystkich krańcach placu. Wtem coś zawieszonego na marnym drzewku rozbłysło. Zaplątana w gęste gałęzie błyskotka w kształcie sporej wielkości monety odbija z trudem dochodzące promienie słoneczne. Czyżby tym właśnie było owo trofeum? Zwykłą monetą? Kto wie. Z drugiej strony wyglądało to na kolejną pułapkę, na chcących pójść na łatwiznę uczestników. Drzewko bowiem rosło na granicy placu i szczeliny górskiej, skąd przylazły ghule. Wierzba miał również opcję uczciwego wywalczenia sobie drogi. Gdzieniegdzie biegało jeszcze parę pokrak, próbujących znaleźć sobie kryjówkę przed palącym słońcem. Wystarczyło dopaść jedną, aby zaliczyć etap.

I oto okazja się nadarzyła. Akurat jedna z nich stała do niego tyłem. Zajęta walką ze zmachanym wojownikiem, zupełnie nie zdawała sobie sprawy, że stała się obiektem czyjegoś pożądania. Wojownik, który z nią walczył, skutecznie zapędzał ją w kozi róg. Jeszcze kilka manewrów i nie miała gdzie uciec, a wtedy jej los zostanie przypieczętowany. Nim jednak do tego miało dojść, musiała przejść przez idealny do oddania strzału punkt.
Obrazek

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

127
Wierzba nie wiedział, który z celów obrać - wybrał ten, który wydał się być prawdopodobnym ghulem, a jednocześnie dawał złudną nadzieję, że Wierzba mógłby komuś pomóc. Druga opcja okazała się prawidłowa: lichy czarownik upadł i gdyby nie pojawienie się potwora, półelf zamierzał zgarnąć chłopaka i odciągnąć do... sam nie wiedział, gdzie! Ku bezpieczeństwu!?

Wierzbie wydawało się, że jest gotowy na spotkanie z ghulem, jednak zdnerwowanie powodowane biegiem i zajęcie głowy powalonym magikiem nie pozwoliło mu zareagować w porę. Stworzenie nie pozwoliło nawet na kontratak, odrzucając go z dala od czarownika. Chłopak o kilka sekund za długo zwlekał z zebraniem się z ziemi po ataku. Uderzenie ghula wyrwało mu dech z piersi, nie pozwalając zaeragować w porę.

- Nie! - Krzyknął, gdy zdołał na powrót zaczerpnąć powietrza, jednak było za późno i mag został zabrany. Wierzba mógł tylko pluć sobie w brodę przez to, że nie był w stanie mu pomóc. Ochrona słabszych braci była jego obowiązkiem, a jednak zawiódł! Mistrz nie będzie zadowolony.

Poszukując kolejnych celów, jak również wyjścia z mgły, Wierzba dostrzegał coraz więcej. Błyskotka na drzewie wydawała mu się jedynie pozostawionym przez kogoś talizmanem, dawno zapomnianym, niezwiązanym z zadaniem. Miał dowieść, że jest wojownikiem, nie drobnym złodziejaszkiem! I choć Wierzba dostrzegł cel, zdołał również zauważyć, że wojownik, który walczył z pokraką, radził sobie całkiem nieźle. Nie zamierzał zabierać mu trofeum. Frustracja rosła, gdy sam nie znalazł jeszcze swojego celu, za to stracił czarownika.

Nakładając strzałę na łuk, Wierzba czekał. Gdy tylko zauważy, że wojownik przestaje sobie radzić, odda strzał w kierunku potwora, zyskując punkt dla siebie i kryjąc wojownika. Wierzba krążył we mgle, nie spuszczając wzroku z ghula, ale również starając się obserwować otoczenie. Nie chciał, by inny ghul wykorzystał chwilę nieuwagi.

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

128
Na nieszczęście potwora, pomimo wielkiego zmęczenia wojownik nie odpuszczał. Ciął przed sobą powietrze, coraz to bardziej zbliżając się do bladej skóry odskakującego ghula, aż w końcu na jego drodze ucieczki stanęła lita skała. Na zlanej potem twarzy siepacza zagościł złowieszczy uśmiech, zwiastujący finał swoich starań. I tak oto szansa na zdobycie żetonu dla Wierzby właśnie malała niemal do zera. Wystarczył jeszcze jeden cios i paskudny łeb potoczy się po ziemi.

Wtem zagnana w kozi róg pokraka stanęła na chudych, wręcz kościstych nogach, rycząc przeraźliwym piskiem dzikiego zwierza, jakby przeklinając kata za mający nastąpić czyn. Tamten z kolei wydał z siebie szyderczy śmiech i właśnie brał potężnych zamach, gdy spomiędzy zacienionych skał wyskoczyła następna mara. Ta pędząc na niczego niespodziewającego się wojownika, w ułamku sekundy znalazła się tuż za nim, posyłając mu solidnego kopniaka w plecy. Wytrącony z równowagi atakiem od tyłu, popuścił dzierżony miecz i lecąc bezwładnie na niedoszłą ofiarę, odsłonił się zupełnie na jej kontratak. Łapa z nadnaturalnie długimi szponami przecięła powietrze, kończąc swój bieg na twarzy i po części szyi kadeta, sprawiając, że ten obróciwszy się wokół własnej osi, padł otumaniony na ziemię.

Wierzbę zamurowało. Wystarczyła zaledwie chwila, aby łowca zamienił się rolą z ofiarą. Gdyby owe ghule nie były zaledwie imitacjami, ów nieszczęśnik zostałby pozbawiony nie tyle przytomności, ile sporego płata skóry i mięśni, a jego dalszy los malowałby się w ciemnych barwach. Wydarzenie to stanowiło dobrą lekcję na drozda. Z pozoru głupie stwory, dysponujące tylko rządzą mordu, tak naprawdę też mogły zaskoczyć, komunikować się ze sobą, a nawet tworzyć proste plany i strategie działania.

Odsuwając jednak na bok podziw dla krwiożerczych kreatur, półefl musiał przecież zdobyć dowód swojej przydatności w walce, nim słońce ponownie oświetli plac, płosząc całą zdobycz. Korzystając z tego, że para ghuli zajęta była pastwieniem się nad otumanionym mężczyzną, Wierzba napiął cięciwę, obierając za cel trupioblade postacie.
Obrazek

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

129
Wierzba nie zareagował w porę i bestia trzasnęła wojownika, co więcej, pojawiła się kolejna. Wierzba wiedział, że do zaliczenia etapu potrzebna była mu tylko jedna zdobycz, jednak rozumiał, że teraz nie chodziło o zdobycie punktu, a o przetrwanie! Rozejrzał się szybko, by upewnić się, że jest na otwartym terenie i żaden ghul nie będzie w stanie zajść go od tyłu, jak tamtego nieszczęśnika.

Jego dłoń, dzierżąca strzałę, zadrżała. Nie mógł celować w chude nogi poczwary - grot zapewne obsunąłby się po kości i nie powstrzymał jej. Tors stworzenia również nie wydawał się być dobrym celem, gdy zdawał się być na tyle odporny, że jedna strzała mogła nie wyrządzić szkód na tyle poważnych, by Wierzba wygrał to starcie. Pozostało mu celować w szyję i łeb.

Cięciwa zaśpiewała, gdy Wierzba wypuścił strzałę. Chciał posłać ją prosto w grdykę potwora, przy odrobinie szczęścia może nawet ustrzelić kręgosłup i strącić łeb z szyi. Nie czekał jednak na efekt swoich działań, a momentalnie sięgnął po kolejny pocisk, by powtórzyć strzał, tym razem celując w drugiego z pokraków. Grot ponownie miał utkwić gdzies w tchawicy stwora. Bez znaczenia było celowanie w arterie, gdy ghule pozostawały nieumarłe.

Drozd nie zamierzał poprzestać na jednej strzale. Z dystansu posyłał kolejne pociski, jeśli dostał taką możliwość, wybierając za cel tym razem tors i brzuch, by najeżyć je strzałami i powstrzymać. Jeśli bestie zdołały dotrzeć do niego, zmniejszając odległość, Wierzbie pozostało chwycić za nadziak! Prezent od Egara musiał sprawić się przy ghulach, tym bardziej, gdy zapłonie.

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

130
Pierwsza ze strzał dosięgła swego celu. Grot może nie przeszył samej gardzieli, ale perfekcyjnie zakotwiczył się w tchawicy monstra. Ghul, zamierając na ułamek sekundy, zajaśniał jasnym światłem i począwszy od kończyn, zwijał się w coraz mniejszą kulkę, aż w końcu na jego miejscu pojawiła się moneta, dokładnie taka sama, jaka wisiała na wcześniej zauważonym drzewie. Moneta ta spadła z wielkim brzdękiem na ziemię, obwieszczając wszem wobec, że pierwszy etap dla drozda właśnie został zaliczony.

W tym czasie drugi z potworów zdał sobie sprawę z obecności napastnika, to więc nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, postanowił pozostawić w spokoju ofiarę i skryć się między cienistymi skałami, nim pocisk jemu dedykowany lub nacierające promienie słoneczne zdołają go dopaść. Wierzba natomiast napinał i popuszczał cięciwę łuku niemal bez wytchnienia. Spośród mnogo wystrzelonych strzał, tylko dwie raniły ofiarę, utykając w jej stopie i okolicach miednicy. Rany niestety nie okazały się śmiertelne i z wielkim rykiem bestia czmychła tam, skąd przyszła.

Krótki okrzyk triumfu wyrwał się z ust Wierzby. Nieco zmachany, ale szczęśliwy kroczył dumnie, by odebrać nagrodę. Natomiast dla prawie zwycięskiego wojownika, próba dobiegła końca. Nie mogąc trzeźwo myśleć, pełzł niczym ślimak, niezdolny nawet ustać na nogach. Przykry był to widok, lecz półelf nie mógł nic na to poradzić. Jego własny cel nadal pozostawał przed nim, to więc biorąc do rąk monetę, popędził w stronę, w którą pozostali uczestnicy udali się już jakiś czas temu.

***


Dotarłszy w końcu do miejsca rozpoczęcia drugiego etapu, jego oczom ukazał się zgoła miły, aczkolwiek niepokojący widok. A oto na skromnych rozmiarów płaskowyżu tłoczyła się niemała grupka bezradnych uczestników. Wierzba pokonał ostatnie stopnie w kilku susłach, mając zamiar zapytać kogoś, dlaczego tak tutaj sterczą. Zanim jednak dosięgł kogokolwiek, postać owita w ciemny płaszcz i białą maskę zagrodziła mu drogę, wyciągając dłoń w gestii otrzymania czegoś. Prędko wpadając na pomysł, czego to ów dziwak chce, półelf wyciągnął zdobyty przed chwilą żeton. Wcisnąwszy go w wystawioną dłoń, czekał z niecierpliwością na werdykt, co rusz spoglądając za plecy strażnika poziomu, który obejrzawszy jałmużnę z każdej strony, wreszcie raczył zaprzestać dalszego tarasowania drogi.

Rozpościerający się przed Wierzbą widok nieomal sprawił, że ten zapomniał języka w gębie, a gałki oczu obróciły się w osi pionowej o sto osiemdziesiąt stopni. Po swojej lewej stronie miał niemal płaski mur litych skał i prawej, pnący się pod górę i skutecznie odcinający drogę w tym kierunku. Jedyną opcją pozostawało pójście naprzód, gdzie swych sił w pokonaniu wąskiego przejścia próbowało najwięcej osób. Z kolei po prawej zaledwie kilku śmiałków obrało ścieżkę utworzoną ze wbitych w ziemię pali, mających swój początek gdzieś, znacznie poniżej obecnego poziomu, zakrytego przez gęstą mgłę, także nikt nie był w stanie określić, na jakiej wysokości przeskakiwał z pala na pal, co rusz się na którymś ślizgając i niknąc z krzykiem w gęstej zupie. Natomiast ci, co łutem szczęście je pokonali, ginęli wewnątrz ciemnego przejścia wykutego w samotnie sterczącej skałce, na którego drugiego końcu pięła się płaska ścianka z zaczepionymi łańcuchami, umożliwiającymi dostanie się na wyższe partie i stamtąd na w miarę równą ścieżkę.

- To jest nierealne! - skarżył się któryś na obserwatora tychże zmagań, siedzącego na niedostępnym dla nich ściance.

Wierzba właśnie zamierzał spytać, o co mu chodziło, lecz oczy odpowiedziały mu na to pytanie pierwsze. W wąskim przesmyku między wznoszonymi się na wprost stromymi szczytami wykute z błękitnego lodu schody sprawiały, iż z niewyjaśnionych przyczyn, co pewien czas pojedyncze osoby a czasem i całe grupki ześlizgiwały się na sam ich początek.

Wypadek pewny, gdy na wąskich schodach zbyt pewny! - zadzwoniło w uszach drozda. Przecież jego tajemna pomocnica o tym przestrzegała. Najwidoczniej ów schody musiały stanowić pewnego rodzaju pułapkę, z pozoru niemożliwą do przejścia, o ile nie posiadało się umiejętności lewitacji lub odpowiednio ostrych pazurów, by móc zahaczyć o ściany.

Oczywiście byli i tacy, co ratowali się wspinaczka na ściankę, bowiem jej szczyt wyglądał na płaski, a po pokonaniu męczących kilkudziesięciu metrów pod górę, reszta drogi sprawiała wrażenie zwykłego spaceru.

Spoiler:
Obrazek

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

131
Wierzba uniósł pięść w geście zwycięstwa, zaraz jednak zreflektował się i rozejrzał, jakby wstydził się swojego małego pokazu triumfu, ale również spodziewał ataku. To, że drugi z potworów uciekł, nie znaczyło, że Wierzba jest całkowicie bezpieczny.

Zebrawszy nagrodę, Wierzba zainteresował się również swoimi strzałami, jeśli jakieś pozostały na ziemi. Włożył je z powrotem do kołczanu - nigdy za mało strzał pod ręką łucznika! Wojownika, który przegrał nie pozostawił bez pomocy: dźwignął go z ziemi, by mógł usiąść przy kamiennej ścianie, i cichym głosem obiecał, że ktoś wkrótce po niego przyjdzie. Zostawił przy boku wojownika jego miecz, by w razie powrotu ghuli mógł się bronić; Wierzba miał jednak nadzieję, że nie będzie takiej potrzeby i Obrońcy nadzorujący próby szybko zagwarantują mu bezpieczeństwo.

Wierzba zostawił za sobą nieszczęśnika i ruszył dalej, niespiesznie, w stronę kolejnej z prób, starając się zachować siły na kolejną bitwę. Nie spodziewał się jednak, że nie przyjdzie mu stoczyć następnego boju, tym razem z trudniejszym przeciwnikiem, a będzie musiał wykazać się sprytem.

Bez słowa sprzeciwu oddał strażnikowi nagrodę za pokonanie ghula, z szacunkiem pochylając głowę.

Kolejny etap wydawał się nad wyraz trudny. Wierzba przyglądał się, jak inni uczestnicy starają się wejść na schody, w głowie rozbrzmiała mu przestroga Auriel - czyż nie odnosiła się właśnie do tych stopni? Wydawały się najłatwiejszą drogą ku kolejnemu etapowi, jednak ciężko było je pokonać, gdy lód utrudniał utrzymanie się na nogach. Wierzba zrezygnował z prób obrania drogi poprzez schody. Wspinanie się na pionowe ściany również nie wchodziło w grę - chociaż przez ostatni rok ćwiczył wspinaczkę, nie sądził, by udało mu się utrzymać na śliskiej ścianie. Ostatnią z dróg były wbite w nicość pale.

Drozd zdawał sobie sprawę z obecności lodu, który oblepił paliki. Same kolumny nie były może zbyt wygodne do przekroczenia, ale Wierzba musiał wierzyć w swoje umiejętności. W prównaniu do adeptów-wojowników, miał przewagę w postaci zwinności, natomiast nad adeptami-magami górował sprawnością fizyczną. Jeśli utrzyma równowagę, powinien przeskoczyć na drugą stronę, aż do groty.

Pierwsze kolumienki pokonał bez problemu. Wyczuł pod stopami fakturę podłoża, ocenił, jak bardzo śliskie może być. Nie żałował również czasu na to, by ocenić kolejne kolumienki, na które było mu dane przeskakiwać, były dość stabilne, aby nie pośliznąć się i spaść w przepaść. Rozłożone ramiona pomagały utrzymac równowagę. Hop, hop, hop... Drozd pokonywał kolejne kolumienki, aż w końcu trafił do groty. Miejsce wydawało się ciemne. Wyciągnął nadziak i rozpalił ogień, by oświetlić sobie drogę. Stawiał ostrożnie kroki.
Spoiler:

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

132
Wyczulone zmysły półelfa nie pozwoliły mu wykonać złego ruchu, podczas gdy kilku śmiałków przed nim postawiwszy nogę na oblodzonym paliku, po prostu się z niego ześlizgnęło, skutkiem czego ginęli gdzieś w odmętach mlecznej zupy.

Wykonawszy ostatnie susły, wreszcie wylądował na stabilnej powierzchni. Wdzierające się przez otwór światło, dawało radę odkryć zaledwie pierwsze kilka metrów wykutego w litej skale tunelu. Wiejący w nim przeciąg sugerował, iż musi istnieć i drugie wejście, najprawdopodobniej ulokowane po drugiej stronie górki. Niestety, przez zawiłość korytarzyka, ciężko było określić, jak daleko mogło się ono znajdować. Co prawda samo wzniesienie z zewnątrz nie prezentowało się jakoś szczególnie obszerne, jednakże krętość przejścia sztucznie wydłużało drogę.

Nie trwoniąc więcej czasu, powoli i ostrożnie zatapiał się w czeluści, bladym płomykiem rozświetlając najbliższą okolicę, co by nie potknął się, o jaki kamień lub nie uderzył głową o zwis skalny. I wszystko przebiegało gładko, aż nie natrafił wkrótce na rozwidlenie dróg. Nie wiedząc zbytnio, co ma zrobić, nie mógł podjąć ostatecznej decyzji. Wybrawszy jedną z opcji, za chwilę wracał, aby jeszcze raz przemyśleć wybór. I pewnie głowiłby się tak długo, gdyby z pomocą nie przyszedł głaszczący mu po twarzy chłodny podmuch. Dzięki temu małemu szczegółowi wiedział już, którędy ma podążać i nie zatrzymując się nawet na sekundę, przemierzał kolejne metry, a po niedługim czasie, dostrzegając kres swej wędrówki.

Biegnąć co sił w nogach już miał skakać na zewnątrz i chwytać się swobodnie wiszących łańcuchów przeznaczonych do wspinaczki, gdy to na jego drodze stanęła postać osnuta w kremowy płaszcz.

- To pułapka! - rzekła znajomym głosem. - Przejście to jest zaledwie iluzją, po drugiej stronie czeka sfora ghuli. Chodź za mną, poprowadzę cię inną ścieżką, właściwą - i na potwierdzenie swoich słów wskazała ręką odnogę korytarza, drugą zaś ściągając nachodzący jej na twarz kaptur.

Półefl osłupiał. Tym, kto przestrzegł go rzekomo o kolejnej z zastawionych pułapek, okazała się sama córa Wielkiego Wodza - Auriel. Mając na twarzy uśmiech od ucha do ucha, popędzała go, by ten szedł za nią.
Obrazek

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

133
Wierzba sam zdziwił się tym, że udało mu się przeskoczyć na drugą stronę przepaści! Miał nadzieję, że Ogar i Lao-Lao obserwują jego starania. Czy wykazał się sprytem godnym Sokoła? Miał nadzieję!

Pokonał kolejną przeszkodę, jednak na drodze stanęła mu ciemna jaskinia. Światło nadziaka pomogło mu odrobinę, nawigował w nierównym korytarzyku. Po plecach przeszedł mu dreszcz - nie lubił ciasnych miejsc! Bardziej niż lita skała nad głową odpowiadał mu bezkres nieba. Szczęściem, miał czas, by przyzwyczaić się do ton kamienia w Twierdzy.

Rozwidlenie dróg było mu nie na rękę, bo jak miał wybrać, która z dróg jest prawidłowa? Los kolejny raz ofiarował mu wskazówkę i chłodny podmuch na twarzy wskazał drogę.

- Auriel?!

Wierzba zdziwił się, gdy na drodze stanęła mu sama córka mistrza. Zamiast jednak pójść za nią, złapał ją za przegub.

- Stój! Nie możesz tu być! - Powiedział jej, wyraźnie wymawiając słowa, jakby bał się, że jego umiejętności posługiwania się językiem nie będą wystarczające przez prawie-księżniczką. - W-wracamy! Do mistrza!

Wbrew temu, do czego zachęcała go dziewczyna, Wierzba nie zamierzał pozwolić jej hasać po niebezpiecznym terenie prób! Trzymając jej nadgarstek w mocnym uścisku, zamierzał zaciągnąć ją do początku jaskini, by tam, w jakiś sposób, przekazać ją opiekunom prób!

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

134
Hę!? - białowłosą zaskoczył nagły zryw niższego od niej pobratymca. Wpatrując się w niego swymi błyszczącymi oczkami, jej lekko rozwarte wargi wykrzywiły się w lekki łuk, a z gardła rozbrzmiał uroczy chichot. Wyszarpawszy rękę z uścisku, zacisnęła ją w piąstkę i przyłożyła do podbródka, drugą zaś podparła piersi.

- Zawsze jesteś taki hej do przodu w kontaktach z kobietami, bo nie wyglądasz? - zażartowała zalotnie. - Mistrz nie musi wiedzieć. Dla tego starego pierdziela liczy się tylko Zakon. Ma w nosie bliskich. A tak poza tym, ten cały plac jest dla mnie jak podwórko do zabaw, nic mi nie będzie - mówiła o ojcu z przesadnie wyolbrzymionym tonem, jakby mając żal do niego, że nadopiekuńczość, jaką ją darzył i o której Wierzba tyle słyszał, i sam mógł zaobserwować, odkąd tu przybył, była zaledwie na pokaz.

Auriel poluzowała objęcie, jakim sama siebie oplotła i krążąc chwilę wokół Wierzby, przystanęła w końcu za nim i oparłszy mu delikatne dłonie na ramionach, zachęcała go, by ten skorzystał z pomocy, jaką chciała mu udzielić, a nachyliwszy się tuż nad jego uchem, szepnęła mu:

- Ale ty. Widzę, że prawdziwie martwisz się o mnie. To się rzadko zdarza, że ktoś wykazuje troskę o ledwo znane mu osoby, to się ceni - pomniejszając i tak już małą odległość między nimi, półelfka przyległa do pleców niewysokiego mężczyzny, chuchając mu raz po raz w nieco szpiczaste uszka i oplatając ściśle dłonie wokół jego wątłego torsu.

Cała Auriel. Przebiegła i hipnotyzująca. Wierzba jeszcze nigdy nie widział jej od tej strony, sądził bowiem, że to wiecznie rozkapryszone dziecko nie martwi się onic więcej, jak tylko spełnienia własnych zachcianek. Mylił się. Najwyraźniej nie znał jej tak naprawdę wcale. Kto wie, być może, że to jej alter ego z lat, gdy była jeszcze dzieckiem, dopominało się o swoje. Może przez ten cały czas udawała nieustraszoną i beztroską, próbując stłumić w sobie dawną osobowość, tą słabą i delikatną.

W tym czasie rozgrzany do czerwoności półelf z ledwością mógł zaczerpnąć tchu, gdy blada dłoń poczęła krążyć w okolicach jego klatki piersiowej, a głowa pannicy spoczęła na jego prawym ramieniu. Dobrze, że przynajmniej bijący od wyjścia z groty zimny podmuch studził jego zapędy, bo jeszcze chwila, a wykipiałby cały z powodu bliskiego kontaktu i to nie z byle jaką osóbką.

- Więc jak, dasz sobie pomóc? - wróciła do meritum. - Znam wiele takich przejść. Wystarczy... że dasz mi się pokierować, a wszystko będzie dobrze. Utrzemy nosa wszystkim tym, co myśleli, że mały wzrostem, a wielki sercem nie wygra zmagania - uwodziła go jak tylko mogła.
Obrazek

[Wschodnia część pasma Ghuz-Dun] Twierdza Obrońców Świtu

135
Wierzba obiecał sobie, że nie pozwoli, by Auriel nim rządziła. Dziewczyna miała niebywałą zdolność zawstydzania go i zmusznaia do wszystkiego, czego tylko chciała. Tym razem miało być inaczej! Zaciskając drobne dłonie w pieści, Wierzba westchnął lekko, widząc jej opór. Nie mogło pójść łatwo, nie mogła pozwolić mu być małym rycerzykiem!? Marszcząc nos, fuknął jak rozdrażniony kot, wytrącony z równowagi jej chichotem. Uszy go zapiekły - z pewnością były czerwone, i to nie od mrozu.

- Nie, nie, nie! - Zaprotestował hardo. - Mistrz dba! - Spróbował obronić Ogara. To, czego nie mógł mu zarzucić, to że nie interesuje się Auriel! Wierzba sam widział, jak ją traktuje. Ogarowi należał się podziw - nie jest łatwo wychowywać taką córkę, i to bez matki! - Musisz do niego wrócić. On... O-on nie może... - Wierzba zaplątał się w słowach. Pomruk zdenerwowania wyrwał się spomiędzy jego zębów. Sądził, że zaczął już nad tym panować, a Auriel na nowo wyzwoliła w nim takie mimowolne reakcje! - Nie zostawię cię tutaj. Musisz do mistrza.

Może wizja tego, że przez nią Wierzba obleje próby, wyda się jej wystarczającym powodem, by zaniechać uporu i posłuchać głosu rozsądku?

Robiła wszystko, by go zawstydzić jeszcze bardziej?! Nie mógł powstrzymać odruchu, gdy lgnął do ciepłego ciała dziewczyny, położył ręce na jej dłoniach, nie chcąc by odsuwała się zbyt szybko. Gorąco rozlało się po jego ciele. Choć sądził, że przez rok szkoleń uda mu się otrząsnąć z zauroczenia Auriel, zdecydowanie się mylił.

- Nie... - Powtórzył, choć z mniejszą pewnością w głosie, po chwili jednak jego zapał wrócił. - Nie!

Wyrywając się spod uroku dziewczyny, jak również z jej objęć, Wierzba w mgnieniu oka znalazł się pod przeciwną ścianką jaskini.

- Pokonałem ghula sam! I przeskoczyłem, sam! Dotrę do końca - sam! Bez oszustw! - Zawziął się. - Ale najpierw... N-najpierw wrócisz do mistrza. HALOOOO! HALOOOO! TU JEST AURIEL! - Wierzba podbiegł w kierunku wyjścia jaskini, tego od strony palików, i krzyczał, by zwrócić uwagę na naglący problem. - PANIENKA AURIEL! Nie może tu być!!

Wróć do „Turon”

cron