Re: Wieści ze świata

16
Wieści ze świata – od lata 88 roku do jesieni roku 89 Cała Herbia: Powrót smoków CZYTAJ

Pewien minstrel z Urk-Hun zarzeka się, że podczas wędrówki przez gorące piaski pustyni, ziemię spowił cień bestii o popielatych łuskach, ogromnych szponach i rogach. Na całym kontynencie coraz częściej słychać doniesienia o znikającym bydle czy palonych hodowlach. Wędrowcy opowiadają historie na temat niedużych smoków w górskich grotach. Podobno na czarnym rynku ponownie w obiegu są smocze jaja.

Północ: Kamienna armia CZYTAJ

Powracający z Gautlandii kapłan Turoniona, Sol Mhyr, dostarcza do Orlego Fortu artefakt zdolny wykuć pancerz z kamienia i osadzić w nim ludzką duszę. Wielu wysokich rangą członków Orlej Straży upatruje w młocie Kiriego wybawienia od demonów z północy. Praktycznie niezniszczalna armia golemów przestaje być tylko sennym marzeniem. W rękach straży znajduje się broń mogąca przepędzić najeźdźców z Wieży.

Królewska Prowincja: Armia nieumarłych CZYTAJ

Z końcem jesieni 88 roku na splugawionej plagą nieurodzaju ziemi Królewskiej Prowincji pojawiają się żywe trupy. Jak opisują nieliczni z mieszkańców terenów objętych zarazą, pewnej nocy z mogił powstali nieumarli. Tysiące świeżo pochłoniętych przez zarazę istnień, a także starsi z nieboszczyków i nawet pozbawione tkanek szkielety opuściły ziemię, wędrując w nieznanym nikomu kierunku gdzieś na wschodzie kraju. Ku zdziwieniu, maszerujące zwłoki nie dokonały żadnych ataków. Tej samej nocy, której zostały obudzone, zniknęły w niewyjaśnionych okolicznościach.

Saran Dun: Piekielne czarty na ulicach miasta i znikające dzieci CZYTAJ

Z kanałów pod Dolnym Miastem na powierzchnię wydostały się ogniste demony o nieznanym pochodzeniu. Spora część chat i nędznych zabudowań dzielnic biedoty została zniszczona, a ludzie poznikali z ulic ze strachu przed ogniem i potworami. Władze bagatelizują sprawę i utrzymują, że to efekt gwałtownych burz, które przechodziły przez miasto od jakiegoś czasu.

Równoczesne tajemnicze znikanie dzieci z ulic biedoty dodatkowo komplikuje sprawę Dolnego Miasta. Szczególnie zaniepokojona jest Matka Valeria, przełożona Przytułku Kariili. Do miasta przybywa Bonawentura z Grenefod, tropiąca czarownika Asmodiusa Czarnego z Everam, który zamordował jej panią – paladynkę Kariili, lady Stellę. Bonnie w porozumieniu z Matką Valerią ma zbadać sprawę zniknięć, ponieważ podejrzewa, że stoi za tym nie kto inny jak Asmodius.

Nowe Hollar: Magiczne posiłki CZYTAJ

Do portu nad rzeką Sarą przycumowały statki z obdarzonymi talentem magicznym jednostkami wszelkiej maści. Wygnańcom przewodził skryty mężczyzna o imieniu Mordred. Przyprowadzając do Nowego Hollar przeszło czterystu magów wraz z magicznymi istotami zyskał poparcie panującej w mieście Callisto Morganister. Nowe Hollar oraz akademia magiczna wzbogaciły się o wartościowych czarodziejów, uciekinierów – studentów z Oros, apostatów i im podobnych. W zamian za schronienie podjęli pracę w mieście, akademii i złożyli śluby, które obligują ich do obrony miasta w przypadku napaści z zewnątrz.

Nowe Hollar: Święta wojna CZYTAJ

Nikt do końca nie wie, co wydarzyło się owego feralnego dnia w progach Sanktuarium, gdy w ramach codziennej rutyny uzurpatorka Nowego Hollar przyjmowała do siebie kolejne audiencje. Faktem jest, że po przyjęciu nieoczekiwanego przez nikogo poselstwa zakonnego bramy przybytku zamknięto i nikt od tamtej pory nie widział śladu ani po sakirowcach, ani czarownicy. Przez dłuższy czas służba oraz doradcy wiedźmy odmawiali podania jakiegokolwiek komentarza w odniesieniu do zdarzeń, które mogły mieć miejsce. Sytuacji nie poprawiają pogłoski o tym, że rzekomo sam Sakir zszedł na herbiańską ziemię, aby zadąć w święty róg, tym samym wyznaczając swym ulubieńcom w wierze zadanie bezwzględnej eksterminacji niejakiej Callisto Morganister, nawet jeśli ceną miałaby się okazać wojna z całym miastem, którego włodarzem jawi się wbrew Koronie. Nikt nie jest w stanie potwierdzić tych plotek, jednak wzmożona aktywność zakonników w Keronie budzi niepokój pośród wysokich elfów.

Irios: Rzeź w mieście CZYTAJ

Wieść niesie, że pewnej jesiennej nocy 89 roku nieznana siła porwała się na otwarcie mrocznego portalu do Krainy Mroku w szczurzej dzielnicy, tym samym skazując miasto na łaskę potworów spoza herbiańskiego wymiaru. Wstępne szacunki mówią o poważnych szkodach w tym rejonie aglomeracji – zdewastowanych budynkach, w tym o jednym praktycznie zburzonym do gołej ziemi, wybiciu niemal wszystkich strażników miejskich oraz utracie ponad połowy sił stacjonujących w murach miasta. Znacznie poważniejsze okazują się jednak straty w ludności cywilnej. Władza rozważa ponowne zasiedlenie tych terenów po zakończeniu obowiązkowej kwarantanny. Na tę chwilę brak jest jakichkolwiek informacji na temat tego, kto mógł stać za tą potworną zbrodnią, jednak grono podejrzanych jest dosyć wąskie, a śledztwo zakonu powoli dobiega końca. W związku z tym, że widmo zagrożenia wciąż wisi nad portem, władze miejskie zadecydowały by zwrócić się z prośbą o wsparcie do przedstawicielstwa Srebrnego Fortu. Dodatkowo wprowadzono godzinę policyjną, która zaczyna się z każdym zachodem słońca. Wjazd do miasta wymaga przepustki bądź uiszczenia wysokiej opłaty. Zarządzono również obowiązkowe przeszukanie wszelkich środków transportu przybywających bądź opuszczających Irios tak drogą morską, jak i lądową.

Oros: Dolne miasto płonie CZYTAJ

W chłodną, wczesnojesienną noc 89 roku w dolnym mieście zagościł ogień. Czerwone języki spopieliły garnizon straży miejskiej, sąsiadujący dom bankiera oraz rezydencję jednego z miejskich księgowych. Ucierpieli także cywile. Pożary opanowano, lecz nad Oros wciąż unosi się mgła popiołów. Mówi się, że nie był to przypadek a zaplanowana akcja środowiska przestępczego, które ostatnimi laty rozkwita właśnie w Oros.

Archipelag Wschodni: Zaginiony statek CZYTAJ

Wyspiarscy piraci i okoliczny półświatek oszaleli na punkcie zaginionego królewskiego okrętu "Złota Łuna" przewożącego wielki skarb. Zaangażowani w poszukiwania są nie tylko lokalni piraci i gangsterzy z nabrzeża, ale także straż pałacowa, wyspiarskie organizacje, osoby trzecie oraz urk-huńśkie Czarne Zęby – piracka orkowa mafia.

Wschodnie Wody: Wyprawa w nieznane CZYTAJ

Jesienią 89 roku niejaki Vasco de la Vega wraz z jego rodziną zyskali niemały rozgłos, kiedy rozeszła się wieść o ich wielkiej wyprawie na kraniec świata. Dwa bliźniacze statki – Barnaba i Santiago wypłynęły z portu w Taj'cah, kierując się na wschód, ku nieznanym wodom, których nie obejmują żadne mapy. Na pokładach obu statków, oprócz Vegów i członków Syndykatu Tygrysa, z którymi rodzina od lat prowadzi interesy, znalazło się również miejsce dla innych podróżnych podzielających ambicje młodego magnaty. Prekursorów tej szaleńczej, jak powiedzieliby niektórzy, eskapady motywuje chęć odkrycia nowych lądów i zapisanie się na kartach historii jako najważniejsi odkrywcy obecnego stulecia.
Obrazek

Re: Wieści ze świata

17
Wieści ze świata – od jesieni 89 roku do końca lata roku 90
Księstwo Ujścia: Nowy rozdział historii Ujścia

Chłodnego wieczora, kiedy na głównych ulicach i w dokach zapłonęły latarnie, a ze strażnic wymaszerowały gwarne i ożywione sylwetki żołnierzy goblińskiego okupanta, wyekwipowane w liczne pochodnie i uzbrojone po zęby, donośny grzmot rozpruł powietrze. Jasna, pomarańczowa łuna zabłysnęła nad brzegiem morza. Kolejny i następny grzmot wstrząsnął całym miastem, budząc starych i młodych, przerywając karczemne kłótnie, a nawet uliczne przepychanki i walki.
Ponad miastem fruwały ognie. Na dachach i drogach, na murach i w morzu lądowały płonące szczątki. Gdzieś opadł nadpalony żagiel z urk-huńskim herbem, gdzie indziej kawał masztu, gdzieś upadła czerwona cegła i dachówka, a jeszcze gdzieś kawał zwęglonego ciała.
Port Ujścia stanął w ogniu. Zabudowane kamieniem nadbrzeże w wielu miejscach pękło, rozsypało się i runęło w głębiny morza, ciągnąc za sobą przybrzeżne kamienice, sklepy i zakłady. Kolejne wybuchy obracały portową dzielnicę w zrujnowane i płonące zgliszcza. A pożar, którego nie raczyła zrosić nawet najmniejsza mżawka, trwał całe trzy dni, ogarniając pół miasta i wyludniając je niemal doszczętnie. Gdy ognie przygasły, rozeszła się wieść, że namiestnik i Książe Ujścia, trzymany dotychczas w niewoli, został odnaleziony martwy, a przyczyną jego śmierci było uduszenie dymem w ciasnym lochu.
Tragedia w Ujściu była nieoczekiwanym zwrotem akcji w sporze, który od tak dawna trawił to miejsce. Miasto bez portu nie miało już żadnej wartości. I tak obie wrogie sobie strony rozeszły się po Księstwie, a rzeka Prosta stała się symboliczną granicą pomiędzy obozami Urk-hun i Keronu.
Plotki roznosiły się z prędkością wiatru. Jak mówiły pogłoski, za szereg eksplozji odpowiedzialne były gobliny, które na kilku kabotażowcach przywiozły do portu wybuchową substancję, nowy rodzaj niszczycielskiej broni. Wielu zadawało sobie jednak pytanie, czy eksplozja była wynikiem wypadku, sabotażu, czy może celowego działania.
Tamtego ferelnego dnia, losy tysięcy mieszkańców portu zawisły na włosku. Okupant wyniósł się z miasta w trybie natychmiastowym, a ludność cywilna toczyła spory o najmniejszy skrawek nietkniętej pożarem ziemi. Ci, dla których zabrakło miejsca, pomaszerowali na północ, do okolicznych wiosek lub założyli uchodźcze obozy. Członkowie Ruchu Oporu i cały bandycki półświatek wykorzystali okazję do ograbienia miasta z tego, co pozostawiono w nim na pastwę losu.
Bogobojna Kali, przywódczyni opozycji i liderka największego narkotykowego gangu zaginęła w tajemniczych okolicznościach. Za nią, zniknęli wszyscy wysoko postawieni przywódcy z podziemia. Nie minęło dużo czasu, a organizacja, zwana jeszcze niedawno Ruchem Oporu Ujścia, rozsypała się niczym domek z kart, podzieliła na niewielkie klany i poróżniła między sobą.

Królewska Prowincja: Klątwa nieurodzaju nie ustępuje

Klątwa nieurodzaju, z którą od dwóch lat boryka się Królewska Prowincja, dotarła niemalże pod same mury Saran Dun. Widoczna na horyzoncie czarna plama, ciągnąca się od południowego zachodu, stała się głównym powodem niepokojów w mieście, znosząc na drugi plan niedawne tajemnicze pożary i zniknięcia w zewnętrznym pierścieniu stolicy. Król Aidan Augustyński powołał sztab kryzysowy, zaciągając doń wybitnych magów z Oros jak i szanowanych kapłanów.
Sprawie znacząco przysłużył się kult Kariili, patronki plonów i obfitości, wysyłając na przedpola stolicy rzeszę kapłanów, którym udało się miejscowo ograniczyć poszerzanie wpływów klątwy.

Południowa Prowincja: Porozumienie w Oros (wiosna 87 roku III ery - początek 90 roku III ery)

Na skutek trwającej kilka miesięcy rozprawy sądowej mającej udowodnić rzekome zbrodnie Mistrzyni Bloom napięcie między Zakonem a Uczelnią sięgnęło zenitu. Tym razem jednak w wyniku zaangażowanie w swój spór organów władz miejskich jak i wpływowych kerońskich możnych obie organizacja zszargały swoją reputację w znacznym stopniu. Jasnym było, że jeśli chciały zachować twarz musiały podjąć jakieś zdecydowane akcje. Być może wręcz radykalne , nim Oros stanie w obliczu kryzysu ekonomicznego... i braku autorytetów. Miejscowi woleli bowiem coraz częście porzucić rodzinne domy niż żyć w mieście trawionym wiecznym konfliktem religii i magii. Dla Uniwersytetu oznaczało to poważne uderzenie w jego finanse do których podtrzymania potrzebował sprzyjających mu mieszkańców oraz odzyskania opinii o byciu miejscem skupionym na nauczaniu... nie na kłótni z Zakonem i kryciu się przed Inkwizycją.
Dla Zakonu z kolei nożem na szyi była pilna potrzeba skierowania swych sił i środków na inne, pilniejsze problemy trawiące Keron. Dalsze niepowodzenia na froncie Ujścia, wylęg dzikich magów i bunt Wysokich Elfów miały zdecydowanie pierwszeństwo przed wewnętrznie skłóconą grupą ludzkich magów. Zwłaszcza, że na przestrzeni ostatnich lat z ich grona wytrzebiono prawdopodobnie wszystkich, którzy choćby powąchali odrobinę mrocznej magii. W ogólnym rozrachunku ani Uniwersytet, ani Zakon nie mogli sobie pozwolić na ciągnięcie tej zawiłej siatki szpiegostwa, kłótni, wyszukiwania swoich wzajemnych win i odwoływania się do serc i rozsądku mieszkańców Oros. Dlatego też obie organizacje postawiły uścisnąć sobie w pokojowym geście dłonie i po raz kolejny spróbować znaleźć wspólny język.
Z początku nie było łatwo, nie ma co się ukrywać. Wielu magów straciło pracę, pracownie czy nawet majątki. Niejeden też z Sakirowców na przestrzeni ostatnich lat stracił w trakcie demolowania heretyckiego laboratorium zmysł węchu, oko czy rękę. Nawet ci co od początku sympatyzowali z działaniami rycerzy Sakira byli sceptycznie nastawieni po aferze z zaginięciem Mistrzyni Bloom. Miasto potrzebowało jednak spokoju. Dlatego też u kresu 89 roku III ery, po miesiącach powolnych reform, wymiany obietnic i rozładowywania napięcia komtur i rektorka podpisali uroczyste porozumienie. Dokument na którego stronach zawarte były warunki przyszłego działania uczelni jak również ograniczenia obecności Zakonu w mieście. Jednym z kluczowych jego punktów było utworzenie w opustoszałym skrzydle uczelni Seminarium Duchownego Świętego Płomienia Sakira. W zamyśle nauczać miało młodzież z powołaniem kapłańskim oraz szkolić przyszłych inkwizytorów Zakonu. Dokument podkreślał również, że pracownicy seminarium mięli sprawować duchową opiekę nad czarodziejami. Ci drudzy z kolei mieli zaznajamiać wychowanków seminarium z magią w stopniu, który sprawi iż absolwenci Sekcji Inkwizytorskiej będą wiedzieli co robić stając twarzą w twarz z heretykiem nią władającym.

Cały świat: Dola i niedola Leśnych Elfów

Od czasu osławionego wypłynięcia Leśnych Elfów z portu w Heliar słuch zaginął o tej przeklętej przez bogów rasie. Wielu Kerończyków poczęło wierzyć, że Elfy weszły w kontakt z demonami i zaprzedając własne dusze ubłagały je o zniszczenie portu. Wyjaśniałoby nagłą zagładę większości rasy i równie tajemnicze zniknięcie jej pozostałości. Plotki i prześladowania leciały jednak swoją zwyczajną leniwą drogą przez dość długi okres. Czasami gdzieś powieszono szpiczastoucha, czasami ktoś twierdził, że widział grupkę elfów w jakimś odległym mieście lub na czyimś dworze... ale nic nie wskazywało na nagłe wyłonienie się z morza setek zaginionych uchodźców. Dopiero z biegiem czasu, narastaniu ilości dziwnych wieści z całego kontynentu i poczęciu wydobywania informacji siłą z niektórych pojawiających się, zdawać by się mogło znikąd Leśnych, do uszu ogółu dotarła dość zdumiewająca historia.
Niewielka flota elfów miała oto bowiem paść ofiarą nie tylko boskiego gniewu ale i wewnętrznych sporów i zdrad. Wszystkich trzech przywódców obranych na początku wojaży zniknęło z okrętów w tajemniczych okolicznościach, zaś reszta duchowych przewodników zbłąkanej rasy padła ofiarą jakowegoś mrocznego rytuału. Pozostawieni bez moralnego kręgosłupa uciekinierzy mieli następnie wpaść w braterskie spory które skończyć się miały tragiczną śmiercią Sanvena Cho'ran mającego być ponoć ostatnim żyjącym przedstawicielem rodu Harve'roa, zgubieniem jednego z okrętów i przejęciem sterów reszty wyprawy przez niewielką grupę elfiej szlachty. Ta następnie ponoć przez trzy dni rządziła na pokładzie żelazną ręką by na końcu doprowadzić okręty do kresu sztormu i tym samym zostać okrzykniętą zbawicielami rasy.
Następnego dnia sypiące się okręty spotkały na swojej drodze niewielką piracką flotę. Jej przywódca zaprosił szlachciców na rozmowę w wyniku której następnie zaprosił zmęczone elfy do swej kryjówki na pobliskiej wyspie. Według nowych elfich liderów miał on zapewnić im prowiant i pomoc w dotarciu do najbliższego portu w zamian za okręty. Strawa zaś i napitek pojawiły się tej samej nocy. Rozradowane elfy bawiły się całą noc zapijając troski, tańcząc i chwaląc bliżej nieokreślone bóstwa, które musiały im widać zacząć sprzyjać. Następnie zapadły w błogi sen... i obudziły się w łańcuchach. Zszokowane i niezdolne do walki elfy dopiero po niewczasie zrozumiały, że ich szlachetnie urodzeni przedstawiciele, sprzedali ich w niewolę w zamian za bezpieczeństwo swoje i swoich bliskich oraz pokaźną sumkę. Podczas więc gdy ich niedawni wodzowie płynęli ku świetlanej przyszłości na Taj`cah resztę rasy czekał los równie podły jeśli nie podlejszy niż ten który spotkał onegdaj Gnomy. Rozesłani zostali bowiem jak kosztowne akcesoria do każdego kto był skłonny zapłacić za tą bądź co bądź wymierającą i budzącą zainteresowanie rasę.
Gdzie dokładnie trafili? Trudno było powiedzieć. Najłatwiej było zidentyfikować tych, których właściciele urzędowali w Varulae gdzie z niewolnictwem nie trzeba było się kryć wcale. Jednak ci stanowili raptem ułamek całej zaginionej rasy. Niektóre plotki poczęły głosić, że zdecydowana większość wylądowała w rękach bogatych magnatów z Archipelagu lubujących się w zbieraniu rzadkich "towarów". Inne negowały twierdząc, że po początkowym skupie cena Leśnego Elfy na czarnym rynku wzrosła tak bardzo, że chciwi magnaci posprzedawali swoje okazy na kontynent. Ktoś zarzekał się, że widział grupkę skutych Leśny pracujących na polu w Grenefod, ktoś że jego kuzyn przewoził kilkunastu na Ząb Olbrzyma. Niektórzy widzieli ponoć elfy na dalekiej Północy inni zaś zarzekali się, że stary Montweisser trzyma w piwnicy swojej willi z dziesięciu. Słowem gdzie niewolnictwo zdołało wpleść swoje oślizgłe palce, tam też istniała szansa na znalezienie zniewolonego elfa. Rozdmuchana tym nagłym ekonomicznym kopem opinia o wartości leśnego niewolnika sprawiła, że nawet ci nie będący członkami zgubnej podróży poczęli być ofiarami porwań i nielegalnego handlu. Tym samym paradoksalnie jednym z najbezpieczniejszych dla nich miejsc stały się radykalnie konserwatywne i religijne ośrodki miejskie gdzie handel niewolnikami był nie tyle trudny co niemalże niewykonalny.
Choć "elfi szał" w pół-świadku nie trwał długo był on zdecydowanie ostatnim gwoździem do trumny elfiej rasy. Pozbawiona przywództwa, kultury i nawet wolności nacja rozpadła się na oczach świata. Jej przedstawiciele poczęli zaś stawać się powoli czymś w rodzaju rzadkiego widowiska pokroju rudzielca, albinosa czy nawet jednorożca niż niegdysiejszych strażników wielkiej puszczy.

Archipelag: Wielka ekspedycja wyrusza niebawem ku Kattok!

Mieszkańcy kontynentu na przestrzeni ostatnich lat mieli zdecydowanie wysoką tendencje do zostawania ofiarami tragedii, katastrof, wojen i magicznych anomalii. Od skwarnych pustyń Południa aż po mroźne szczyty Północy trudno było znaleźć miejsce w którym najgorętszym tematem nie była niedawna tragedia. Inną z kolei popularną gadką było, że na Archipelagu wszystko jest w porządku. Brak wojen, sporów, konfliktów na tle religijnych czy szurniętych magów. Niedawno zaś całe wyspiarskie królestwo rozradowała wieść o powrocie prawowitego władcy - Altesteina Hohenheima. Zdawać by się mogło, że przy obecnym stanie świata najemnicy i poszukiwacze przygód zarobią na chleb dużo szybciej na kontynencie. I było to prawdą... do niedawna.
W obliczu rosnącej populacji mieszkańców wysp na skutek pokoju, napływu uchodźców i stosunkowo niedawnych strat terytorialnych Syndykat Tygrysa za pozwoleniem nowego władcy postanowił z sobie tylko znanych powodów rozwiązać problem zbliżającego się nieubłaganie przeludnienia. Jak? Celując w ostatni ze wspomnianych czynników. A więc w utracone kilka lat temu na rzecz dzikiej natury Kattok. Obecne siedlisko setek bestii i rozsierdzonej flory miało niedługo na nowo stać się jednym z zaludnionych i szanowanych punktów handlowych Królestwa Archipelagu. Dokładny plan odzyskania utraconej ziemi nie był co prawda znany pospólstwu jednak narzędzie jakim Syndykat miał się posłużyć dość szybko trafiło na usta mieszkańców nie tylko wysp ale i całego kontynentu. Na przestrzeni najbliższego miesiąca Synsykat miał zamiar zwerbować każdego przyzwoitego najemnika, który się do nich zgłosi. Z wysp, z Uruk-hun, z Keronu czy nawet jak jakiś przylezie z Północy. Każdemu obiecywano przyzwoitą zapłatę i spory skrawek ziemi po zakończonej ekspedycji. Najemnicy ci załadowani zostać mieli na statki organizacji razem z jej członkami i "dłużnikami" by następnie wylądować w z góry zaplanowanych punktach opuszczonej wyspy.
To co miało mieć miejsce dalej było już jednak owiane tajemnicą równie wielką co rzekoma "klątwa Kattok". Jedni mówili, że Syndykat będzie musiał wybić każdego drapieżnika w dżungli, inni że puszczą z dymem większość drzew, niektórzy zaś spekulowali, że wszystkiemu jest winien jakiś kult, którego członków Syndykat ma zamiar wytropić i wyrżnąć. Były też głosy mówiąc, że na wyspie pozostały jeszcze nieliczne ludzkie siedliszcza i Syndykat chce je sobie po prostu podporządkować nie robiąc nic z problemem rozszalałej dżungli. Jakikolwiek jednak był plan władz organizacji ta siedziała cicho. Nie potwierdzając i nie negując żadnym z plotek pospólstwa oraz trzymając swoje motywacje w cieniu. Tygrysa nie obchodził jazgot stada kozłów. Liczyły się tylko wyniki. Było wiadomo ile płacą i gdzie ślą swoich podwładnych. Każdy kto chciał się zaciągnąć musiał tylko przyjść do jednej z ich placówek. Ci co chcieli tylko gadać mogli gadać co chcą.
Obrazek

Wieści ze świata

18
Wieści ze świata – początek roku 91

Karlgaard: Przepowiednia Małej Księżniczki

Kiedy w 88 roku odkryto u córki Baronowej Dayanary talent wieszczy, pierwszą osobą, do której zwrócono się o pomoc w ujarzmieniu zdolności młodej goblinicy, była sama Maria Elena. Z początkiem roku 91, dziewięcioletnia Mokkuth, uczennica Wielkiej Wieszczki, w czasie odbywanych nauk w Karlgaardzkiej bibliotece, doznała widzenia, które spisała jej mentorka, a które później zostały wysłane do najbliższego kapłańskiego kolegium Krinn. Oto słowa, które Maria Elena usłyszała od swej podopiecznej:

"Widziałam błękit i biel płynące na wietrze i jasny kwiat dający życie. Kwiat ten obumarł, poczerniał jak przegnite mięso. Dwaj kochankowie usiedli nad jego truchłem, zapłonęli żywym ogniem i skamienieli, stając się posągami, które odtąd strzegły smutnej mogiły. Potem nastała ciemność, której żadne światło nie mogło rozproszyć, a wraz z ciemnością z pieczar swych wypełzli ci, którzy nigdy się nie ukazują.

Ktoś podał mi rękę, gładką i ciepłą, o palcach ladacznicy. Uniósł mnie i ukrył poza światem przy swym boku. Widziałam ścieżki łączące przeszłość i przyszłość. Widziałam śmierć i widziałam narodziny, nieustający cykl, który rujnuje i buduje na nowo. Nastał akt wielkiego stworzenia.

Widziałam jak rodzi się wielkie morze. Morze wypija nigdy nienasycona paszcza, zostawiając kałużę, z której posilić się mogą jedynie maluczcy. Ci mali i słabi, zachłanni zdobyczy, zmoczyli opuszki w najświętszej ambrozji, która wypaliła im palce.

<niezrozumiałe zdanie>

Wielka krzywda, wielki ból, wielka gonitwa! Ogień z ogniem podpala sznur na dwóch końcach i wzmaga się w bitwie o ostatnie suche włókno! Jątrzy się płomień, jątrzy się rana, jasną nocą niebo goreje! Trup na trupie, sęp na sępie, krew pośród krwi...

Klęska. Klęska i smutny triumf."
Obrazek

Wieści ze świata

19
Wieści ze świata – od początku roku 91 do pierwszych dni wiosny
Obrazek
Herbia: Wielka Koniunkcja
Świat spowił tajemniczy półmrok. Na prowincjach spoglądano z niedowierzaniem w niebo i doszukiwano się złych omenów, obawiając się ich szczególnie w tak trudnych czasach. W miastach szeptano, jakoby to był zwiastun mrocznych czasów, następstwa wojen toczących się przez dziesięciolecia. Wśród uczonych i czarodziejów nastał zaś niepokój związany z niespodziewanym nadejściem wydarzenia i możliwymi jego skutkami.

Pierwsi, którzy zauważyli nadchodzącą koniunkcję, byli karlgaardcy uczeni. Astrologowie podczas rutynowej obserwacji nieba zauważyli, że dwa księżyce, Mimbra i Zarul, będące blisko nowiu, zaczęły poruszać się po nieboskłonie inaczej, niż przewidywano. Ich cykle weszły w synchronizacje, zaś same ciała niebieskie z dnia na dzień coraz bardziej zbliżały się do siebie, zwiastując zaćmienie i to nie byle jakie, bowiem w jednej linii miało stanąć za nimi także słońce… a wszystko to miało się wydarzyć w równonoc wiosenną. Nikt nie wiedział, skąd wzięła się tak nagła zmiana, ani co przyniesie. Aż do samej koniunkcji.

Tak jak przewidywano, Mimbra i Zarul w dzień równonocy były w nowiu. Wkrótce też zasłoniły one słońce, znajdując się w perfekcyjnej linii, i wtedy okryły świat krwawym półmrokiem. Astrologowie przewidywali, że całość potrwa najwyżej kilka minut, lecz zjawisko trwało najpierw przez godziny, aż przedłużyło się do kilku dni. Niezwykły spektakl łącznie trwał trzy doby, mrożąc krew w żyłach wszystkim mieszkańcom Herbii.

W nocy słychać było bowiem potworne wycie. W mroku Zaćmienia ze swych jam, nor i siedlisk wypełzły wszelkie żądne krwi kreatury - wampiry, wilkołaki, demony i inne bestie. Tak właśnie zaczęło się krwawe polowanie, które trwało aż do końca Wielkiej Koniunkcji. W tę długą noc potwory zdawały się wiele silniejsze, bardziej agresywne i śmielsze nawet niż zazwyczaj. Kto mógł krył się po domach i piwnicach, zaś tym, którzy utknęli na trakcie pozostała jedynie modlitwa o bezpieczny powrót i kolejny świt.

Tymczasem każdy, w kim drzemał talent magiczny, poczuł, że słabnie. Czarodzieje, szamani, druidzi i inni magicy, odczuwali na skórze palące mrowienie, jakby krwawy półmrok Zaćmienia ocierał się o ich ciała i parzył je; mącił zmysły i odbierał chęć do życia - jak podczas wysokiej gorączki.

Wielka Koniunkcja w końcu jednak dobiegło końca, przynosząc ulgę umęczonym. Wszyscy jednak poczuli, że coś się zmieniło - nie wiadomo było tylko co…


Obrazek
Książęca Prowincja: nadchodzą wielkie zmiany
Minęły lata od zarazy w Qerel, które powoli podniosło się z kolan. Dzięki ustabilizowaniu swojej sytuacji Książęca Prowincja stała się bezpieczną przystanią dla licznych przybyszy z sąsiadujących dzielnic, przez co miasto stołeczne ponownie rozkwitło. Pojawił się jednak nowy problem - uchodźcy z Królewskiej Prowincji, którzy położyli cień na dopiero co wyleczone miasto. Aby zaradzić ponownej pandemii oraz wzrostowi przestępczości w biedniejszych częściach miast, wprowadzono kilka zmian mających na celu poprawić bezpieczeństwo prowincji.

Przede wszystkim granice z Królewską Prowincją zostały wzmocnione i mocno zmilitaryzowane - wraz z nowymi umocnieniami i żołnierzami na posterunki graniczne przybyli także pojedynczy magowie i medycy, którzy niestrudzenie pilnują, aby nowoprzybyli nie zarazili przypadkiem kogoś z wewnątrz. Uchodźcom podczas przeprawy odbierane są wszystkie rzeczy, które mogą przenosić zarazę, co powoduje niemałe niesnaski, a także długie kolejki. Oprócz tego pobliskie trakty zaczęły patrolować oddziały wojskowe, by nie dochodziło do rozbojów na podróżnych.

Ponadto ogłoszono wielkie przedsięwzięcie - budowę nowej osady (w centralnej części prowincji) dla uchodźców, którzy nierzadko zmuszeni są koczować pod gołym niebem pod murami miasta. Oprócz inżynierów i architektów do prac budowlanych zaangażowano również samych imigrantów, którym w zamian za pomoc zaproponowano wikt i opierunek, a także możliwość postawienia własnego domostwa. Aktualnie robota wre, a każdy podróżnik szukający schronienia pod skrzydłami Jakuba trafia właśnie na miejsce budowy. Nieznana jest jeszcze nazwa owej miejscowowści - być może sami przyszli mieszkańcy będą mieli możliwość jej wyboru.

Obrazek
Meriandos: Ziarno do Ziarna
Znajdująca się w Meriandos świątynia Loliusza zrzeszająca kapłanów i kapłanki rozmaitych ras poczęła wznosić modły, by za wstawiennictwem Loliusza uprosić jego ojca, Sulona, o łaskę dla Fenistei. Celem udobruchania rozgniewanego bóstwa na terenie całego kontynentu sadzone są nowe drzewa i krzewy. W wioskach i kapliczkach wschodniego Keronu odbywają się uroczystości religijne.

Jezioro Gwiazd: Zło rodzi Zło
Szalejąca w Keronie plaga nieurodzaju coraz częściej zmusza wieśniaków do bandytyzmu. Jezioro Gwiazd zyskuje złą sławę jako potencjalne miejsce skupiające miejscowych szubrawców. Z nieoficjalnych źródeł wiadomo, że na czele ich bandy stoi niejaka Shyvis, elfka niskiego urodzenia, od dawna kojarzona z szemranymi profesjami, rabunkiem i mordem na niewinnych.

Ze względu na swe pochodzenie, Shyvis darzy wszelkie autorytety, hierarchię i społeczne normy płonącą nienawiścią. W efekcie zarówno elfka jak i jej banda zachowują się często niczym bestie, plując w twarz nawet tym resztkom złodziejskiego honoru występującego pośród przestępczego półświatka. Walczą dla siebie i tylko dla siebie.

Obrazek
Grenefod: Klątwa Kamiennych Ludzi
Od niedawna krążą plotki o tym, że w lesie na północ od Grenefod pojawiło się nowe ognisko tak zwanej klątwy kamiennych ludzi. Podobno oprócz krzyków nieostrożnych wędrowców, którzy ośmielili się zapuścić w tamte strony nie słychać tam ani żywej duszy. Podejrzewa się, że powodem rzeczonego nieszczęścia może być bliżej nieokreślony demon, zaś samą sprawę badają wnikliwie magowie z Nowego Hollar.

Obrazek
Wschodnia Baronia: Pożar w Bastionie Khudamarkh
W ostatnim czasie między rywalizującymi o przywództwo w mieście watażkami dochodziło do licznych spięć. Gdy napięcie w końcu sięgnęło zenitu między stronami wybuch zbrojny konflikt, podczas którego wedle plotek zginęli obaj dowódcy. W międzyczasie tych starć miał miejsce również pożar, który rozprzestrzenił się na część Bastionu. Straty poniosło zaledwie kilka osób, szczęśliwie nie ucierpiał handel, który stanowi motor napędowy miasta.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Atlas”