Dżungla Tuk'kok

361
POST BARDA
Podążająca u boku Aremani driada uniosła na nią zaskoczone spojrzenie, a po chwili zmarszczyła brwi, jakby usiłowała wyczytać coś więcej z jej twarzy, niż była w stanie dotąd. W końcu wzruszyła obojętnie ramionami i wróciła do beztroskiego podskakiwania obok niej.
- Nie wyglądasz jak serce. Nasze jest kamieniem - podsumowała. - Ty nie jesteś kamieniem.
Potem skupiła się na rzeczach, które zielarka miała przy sobie. Bandaże, miska... nic szczególnie nie przyciągnęło jej uwagi, do momentu, w którym Ara nie wydobyła z czeluści torby swojego notatnika. Dopiero wtedy Tilia wyprostowała się i spoważniała, szeroko otwartymi oczami wpatrując się w stronę po stronie - te, które akurat zechciała pokazać jej kobieta.
- Możesz narysować mnie! - zaproponowała, podekscytowana. - Umiesz mnie narysować? Jestem bardzo podobna do ludzi. Bardziej niż Bealei na przykład. Będzie ci łatwiej! Mam tylko rogi!
Chcąc to podkreślić, postukała palcami w wyrastające z jej głowy gałęzie. Czy była to wystarczająca zapłata w zamian za pomoc, jaką mogły zaoferować im driady? Może tak, a może nie, trudno było to jednoznacznie stwierdzić, mimo, że Tilia wydawała się niesamowicie zaaferowana pomysłem odwzorowania jej wyglądu na kartce papieru. Na pewno spełnienie tej dziwnej prośby zielonej istotki było kolejną rzeczą, jaką mogli sobie u nich zaplusować.
- Mogę się bardzo długo nie ruszać! - obiecała jeszcze, jakby miała to Aremani do czegokolwiek przekonać.

Komentarz Biriana sprawił, że Neela zarumieniła się jeszcze mocniej, ale ewidentnie postawiła sobie za punkt honoru, by nie zachowywać się jak zawstydzona panienka, więc gdy mówił dalej, zmusiła się do odwzajemnienia jego spojrzenia. Rumieniec też w końcu zniknął, a przynajmniej jego większość. Mimo to, bezpiecznie cofnęła się o krok, zachowując między nimi odległość, jaką można było uznać za dobre maniery.
- Nadal masz czerwone czoło - zauważyła, uśmiechając się niepewnie. - Tam, gdzie dostałeś orzechem.
Idąc potem obok barda, rzucała nerwowe spojrzenia w kierunku driad, jakby wciąż obawiała się, że wciągną ją do rzeki tak, jak zrobiły to z pozostałą czwórką. Z jakiegoś nieznanego im powodu wyglądało jednak na to, że Neela nie miała zostać ofiarą leśnych istot. A przynajmniej nie dziś.
- Możesz pytać teraz, jeśli chcesz. Pewnie trochę to zajmie, zanim dotrzemy z powrotem do obozu.
Oczy, które obserwowały ich z gęstwiny, po kilku nerwowych minutach zniknęły. Potem pojawiły się ponownie, tylko po drugiej stronie. Mimo to, wyglądało na to, że towarzystwo trzech driad zapewniało im tymczasowo bezpieczeństwo, tak samo jak przyniesione przez nie owoce pozwalały im chwilowo uniknąć skutków ubocznych zaćmienia. Shiran nie czuł już ognia w piersi, z Aremani nic nie usiłowało wyrwać się na zewnątrz. Po części było to ulgą... a po części mogło niepokoić. Wkrótce bezdrzewna polana przeszła w dość rzadką dżunglę, a czerwone niebo zniknęło nad koronami z wielkich liści. Jeśli zielarka kontrolowała trasę, na podstawie tego, co wytyczyła przedtem, nadkładali trochę drogi, ale nie więcej, niż może dodatkową godzinę marszu. Powinni znaleźć się na plaży koło czwartej, piątej popołudniu.
- Skąd ty jesteś, tak właściwie? Z Archipelagu? Nie wyglądasz, jak ktoś z Archipelagu - zagadnęła jeszcze Neela idącego nieopodal barda.

Kapitan zerknęła na Shirana z ukosa, ale nie skomentowała początkowo jego słów. Zacisnęła usta w wąską kreskę, a w jej oczach pojawiły się emocje, które trudno było jednoznacznie określić. Czy było to niezadowolenie, frustracja? Chyba nie do końca. Wzruszenie? Też nie. Tutaj, w większym towarzystwie, z dala od znajomej i przyjaznej butelki, z dala od cichej, zamkniętej kajuty kapitańskiej, Nellrien otaczała się grubą zbroją obojętności, przez którą tylko sporadycznie cokolwiek się przebijało.
- Nie rób tego - powtórzyła, gdy padło ultimatum półelfa, a jej palce tym razem zacisnęły się na jego nadgarstku, w razie gdyby ten postanowił wyrwać się i pobiec do driad ze swoją fantastyczną rewelacją. - To nie jest takie proste.
Puściła rękę Shirana, gdy upewniła się, że ten nie zrobi niczego, co uważała za niewłaściwe. W jej relacji z Orghostem musiało być coś więcej, o czym nie wiedzieli. Coś, co uniemożliwiało jej zbuntowanie się przeciwko niemu bardziej, niż wydawało się to logiczne. Jeśli chodzi o resztę, mężczyzna nie był za bardzo w stanie skupić się na tym, czy Nellrien pożerała go przedtem wzrokiem, czy też nie, gdy ledwie trzymał pion, a jego magia ognia trawiła płomieniem dżunglę, albo kiedy pluskał się z driadami w wodzie. Teraz kapitan szła obok niego, przede wszystkim patrząc pod nogi. Ścieżka, jaką wybrały dla nich driady, nie była zbyt dobrze przystosowana dla spacerowiczów.
- Wytłumaczę ci to jak wrócimy - obiecała cicho rudowłosa. - Powiem ci wszystko, tylko nie tutaj, nie teraz - uniosła wzrok w górę. - Gdzie jest to twoje ptaszysko? Czemu go nie słyszę? Właściwie nie, to złe pytanie - czemu w ogóle go słyszałam? Czemu on gada?
Faktycznie, kruk zniknął w momencie, w którym w ich otoczeniu pojawiły się driady i znów się nie pokazywał, tak samo jak wtedy, gdy nad statkiem krążyły mewy. Może nie przepadał za towarzystwem zielonych istotek, a może coś mu się stało? Pozostało mieć nadzieję, że niedługo pojawi się z powrotem.

Spoiler:
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

362
POST POSTACI
Dandre
Biedna dziewczyna zarumieiła się jeszcze mocniej, na co bard zareagował puszczeniem jej oczka. Bawiła go łatwość z jaką spłaniała się jej gładka twarz, ale nie mógłby odmówić jej uroku, czy autentyczności, którą, o dziwo, bardzo w ludziach cenił. Może i potrafił czerpać przyjemność z różnych salonowych gier, przedziwnych, narzucanych ludziom przez kulturę rytułałów grzeczności, ale w głębi duszy był prostym człowiekiem. Spostrzegł, że Neela zawzięła się i przestała uciekać przed nim wzrokiem, ba, nawet rumieniec począł jej z twarzy schodzić.
- Orzechy, orzechy! A może najzwyczajniej w świecie ja też się spłaniam, jak byle młodzik złożony wstydem, gdy tak stoję przed panną ociekając wodą? - uniósł brew, a błękit jego oczu rozjaśniały iskierki rozbawienia. Zaraz po tym jego dłoń powędrowała jednak do czoła i nacisnęła lekko bolące miejsce, na co bard zareagował cichym syknięciem. - Jednak masz rację, najwyraźniej zbytni ze mnie bezwstydnik, by pamiętać, jak się rumienić. Mam tylko nadzieję, że zaraz nie zamienię się w jednorożca, bo jeszcze mnie ktoś ustrzeli dla paru gryfów. - mruknął pół żartem pół serio. Cóż, najwyżej będzie paradował po obozie z dumnym pagórkiem wyrośniętym na środku czoła, jak na prawdziwego woja przystało.


Ruszyli powoli do przodu. Dziewczyna oglądała się to na leśne duszki, to na rzekę obok której szli, wyraźnie obawiając się wciągnięcia w jej chłodne objęcia, tak jak to miało miejsce z całą resztą ich niewielkiej drużyny. Z jakiegoś powodu została jednak oszczędzona... I dobrze dla niej, bo, w przeciwieństwie do Ary, biedna Neela chyba faktycznie mogłaby spalić się ze wstydu... Nie żeby miała ku temu jakiekolwiek powód!
Dłoń barda jakby niezależnie od niego orbitowała w okolicy rękojeści miecza, niczym żywotna pszczoła, obserwująca nowy kwiat. Ufał driadom, na tyle na ile można ufać obcym siłom wymykającym się poza zrozumienie zwykłego śmiertelnika, ale znajdowali się w co najmniej niecodziennej sytuacji. A nuż w czasie zaćmienia las wcale nie będzie im taki posłuszny? Miał nadzieję, że nie będą musieli tego zrewidować.
- Hm, nie mogę nie przyznać ci racji. Zapowiada się też na to, że ten marsz będzie o wiele spokojniejszy, żal więc tego nie wykorzystać. - pokiwał głową, nim tanecznym krokiem śmignął nad jakimś kamieniem - Na statku mówiłaś, że znasz kilka języków, historię i potrafisz stawiać śliczne, pozawijane literki. Umiejętności w istocie godne młodej, dobrze urodzonej damy. Znajomość historii, by móc wtrącić się ze swoimi trzema gryfami w różne arcyciekawe dyspóty, które z pewnością nie raz rozbrzmiewają na tutejszych salonach, kaligrafia do słania bankietowych liścików, jakich nie wysłał jeszcze nikt... - podśmiechiwał się cicho - ... A języki rozumieją się same przez się! Cóż to za światowiec, który włada tylko wspólnym, nieprawdaż? Ale, ale! Widziałem już, że przecież daleko ci do zwykłej panny, których pełno na salonikach, gdzie zawodowo wręcz siedzą i pachną, czekając na przyszłego męża. - Brian powoli się rozluźniał, nie rozglądał się już tak uważnie po krzaczach i krzaczyszkach, a jego ręka powoli wracała do pozycji wyjściowej, znużona takim trwaniem w napięciu bez akcji.
- Swoją drogą, Bogowie brońcie, nie dworuję tu sobie z dziejopisarstwa i jego studiów! Z pewnością może to być ciekawe, a skąd mamy czerpać wnioski dotyczące naszej cywilizacji, jeśli nie z jej przeszłości... Mnie jednak bardziej porywa literatura piękna. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że w ogóle mam słabość do wszystkiego, co piękne. Zbyt dużo brzydoty w naszym świecie, by się nad nią pochylać, a to zazwyczaj właśnie robi historia. - rozgadał się i kto wie, jak długo by to ciągnął, gdyby nie machnął w końcu ręką.
- Wybacz ten przydługi wywód. Szczerze mówiąc, zmierzałem do zapytania cię o twoją historię z szermierką. Widać, żeś niedoświadczona, ale masz talent... A i umiejętności ci na tę chwilę nie brakuje. Z pewnością mogłabyś pochlastać niejednego przychlasta! Ciekaw jestem, co cię pchnęło w tę stronę? - nie wyglądała wszak na żądną krwi, wręcz przeciwnie.


Dandre uniósł brew, słysząc jej pytanie.
- Cóż to znaczy? Jestem zbyt jasny, czy niewystarczająco fikuśny? - zaśmiał się, kręcąc przy tym głową. Czasem zastanawiał się, czy nie lepiej czułby się własnie na wyspach, jakże innych od zakutego stalą Keronu. Nigdy jednak nie zmusił się do wyjazdu z ojczyzny na zbyt długo, w dziwny sposób tęskniąc za jej brudem, smrodem i kolorytem. Nie była tak jaskrawa i żywa jak kraina wyspiarzy, ale była... Jego. Kto wie, czy to nie nabardziej patriotyczne stwierdzenie w życiu barda. - Tak czy siak, dobre oko. Pochodzę z kontynentu, urodziłem się w stolicy Keronu. - rzekł i zamilkł, zacisnąwszy usta w wąską kreskę. Przed oczyma stanął mu krwawy zachód słońca przed laty, dzień, który ostatecznie odmienił jego życie.
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

363
POST POSTACI
Aremani
Choć odczuwała przy tym jakiś niepokój Aremani czerpała trochę satysfakcji z dzielenia się swoimi notatkami badawczymi, nawet jeśli była to driada, a nie jakiś specjalista czy współpasjonat eksploracji i kartografii. Dodatkowo, wraz z ekspozycją swoich dotychczasowych notatek przed kimś zupełnie obcym naszła ją ochota na dokonanie pewnej reewaluacji niektórych zapisów i szkiców. Zdała sobie sprawę z tego, jak infantylnie mogą brzmieć poszczególne nazwy lokacji czy roślin oraz jak dziecięca ręka na pewnym etapie nie była w stanie odwzorować złożonego użyłkowania ogromnych liści paprotników. "Przełęcz Niezwykłego Huku? Bardziej jak Rozpadlina w Mózgu Gówniary z Zeszytem". Pomimo tego widocznie podekscytowanie na twarzy driady było dla niej... motywujące? W końcu ktoś się zainteresował jej pracą, a to już coś.
Gdy dziennik wylądował już bezpiecznie w torbie i nie groziło mu zostanie porwanym (w znaczeniu uprowadzenia jak i zniszczenia) nerwowość Aremani zelżała. To znaczy, na tyle, ile mogła. Wciąż znajdowali się w sercu dżungli podczas mrocznego zaćmienia pozbawieni magii i zdani na łaskę trzech mitycznych leśnych stworów oraz tego, co czyha w dziczy z widmem chęci zemsty tajemniczych, żądnych krwi elfów z tyły głowy. "Ale poza tym to luzik." Driada wyskoczyła z niespodziewanym pomysłem, by Aremani ją uwieczniła, na co dziewczyna zareagowała ze zdumieniem.
- O, em... P-pewnie. W sumie przeszło mi to przez głowę, ale... nie byłam pewna, czy byłabym w stanie oddać wasze naturalne piękno. - Prawdą było, że przeszło jej to przez głowę narysowanie driad, ale wstrzymywała się z tym zamiarem do czasu dotarcia do obozu. Chciała ograniczyć interakcje z driadami do minimum, mając w głowie ich nieprzewidywalność i tendencję do psot. "No ale hej, sama wyszła z tą propozycją." Odwzorowanie driady będzie z pewnością ogromnie wartościowym dodatkiem do jej zbioru.

- Wiesz, może będzie ciężko Cię rysować podczas pieszej wędrówki i będąc wciąż przemoczoną do suchej nitki... Ale może umówmy się tak. Ja dotrę do obozu, wysuszę, przebiorę, nasłucham trochę gadaniny głupiego krasnoluda i spotkamy się późną porą na skraju dżungli, okej? Obiecuję, że przyjdę. - Driada w sumie nie miała powodu, by jej ufać. Mogłaby uznać, że to jakaś pułapka, że Aremani tak naprawdę przyjdzie na skraj dżungli z bandą uzbrojonych chłopów by ją porwać, ale no... co miała zrobić? - Ewentualnie... może jak dotrzemy do końca dżungli to reszta wróci do obozu a ja... zostanę z Tobą chwilę? Nie sądziła, że jej kompania spojrzy dość pozytywnie na zostawienie zielarki sam na sam z driadami, sama czuła, że ten pomysł jest ryzykowny i idiotyczny. Ale bardzo, ale to bardzo zależało jej na rysunku driady. "Cóż... eksploratorzy muszą podejmować ryzyko."

Dżungla Tuk'kok

364
POST POSTACI
Shiran
Była spięta, co było czuć nawet w jej uścisku. Niełatwe do określenia emocje i cała ta zbroja jaką wokół siebie wzniosła, przypominało mi bliźniaczo moją budowlę. Niechęć do obcych, brak zaufania, czy po prostu trudna przeszłość to coś całkowicie odmiennego od tego co przeżywała Nellrien. Wszystko to wydawało się być bliżej... Zdrady? Ciężko było odgadnąć. Jednakże bez tego najprawdopodobniej ta urocza osóbka by mnie aż tak nie pociągała. Tak - zadowoleni? Przyznaję się - pani kapitan nieco zawróciła mi w głowie, ale nie jest to przecież nic poważnego. Ot, zauroczenie jakich było wiele.
Co jednak łączyło ją z Kurduplem? Powiązanie było oczywiste, ale nie byłem w stanie wydobyć jego natury. Były kochanek? Wątpię, jako że Nellrien wydawała się kobietą z dość wygórowanym gustem. Może więc chodziło o nieco bardziej nielegalne układy? Niewolnictwo? Też wątpiłem, jako że dostrzegłbym jakiś znak, wskazujący na jej przeszły, czy też obecny status. A co jeśli zwyczajnie uratował ją z niedoli? To była najbardziej prawdopodobna z opcji - jebany dług wdzięczności.
Zmarszczyłem nieco czoło, spoglądając dość zuchwale na kobietę idącą obok. Kroczyła dumnie, rozważnie stawiając każdy krok, planując, prawie że strategicznie swoje kolejne posunięcie.
- Prawie jak partia wojenna, co? - mruknąłem, lekko uśmiechając się pod nosem. Miałem nadzieję, że to nieco rozchmurzy jej podły humorek. Nic jednak tego nie zapowiadało. Szliśmy chwilę w milczeniu, gdy nagle odezwała się, mamiąc tym, że opowie mi wszystko.
- Z miłą chęcią wysłucham... - odpowiedziałem równie cicho. - I Nellrien... - Zawahałem się, nie będą do końca pewny, czy nie spoufalam się za bardzo. Jestem przekonany, że wyczuła to w moim głosie. Pytanie brzmiało tylko, czy wyczuła tylko to, czy również słowa, które za chwilę miały paść z moich ust. Chciałem by wiedziała, że ma we mnie oparcie. Że wtedy na statku nie żartowałem, mówiąc że będę lojalny, że to co czułem było... Nie... To głupie. Po prostu zmienię temat.
- ...No i mam nadzieję, że Kurdupel nie władował Ci się do łoża podczas posuchy na statku. No, zrozumiem tylko jeśli był jedynym męskim osobnikiem na łajbie - Dodałem po przedłużającej się pauzie, nadając wypowiedzi nieco bardziej radosny i złośliwy ton. Starczy poważnego Shirana, trzeba wprowadzić trochę uśmiechu do tego ponurego jak ubijanie cielaka świata.
- A ten kruk? Ech, długa historia... Ale mogę zacząć od tego, że w sumie ostatnio nazwałem go Auth. I wygląda jakby zwyczajnie bał się naszych nowych koleżanek. W sumie nie dziwię się po tym jak wciągnęły nas do wody. - Wykonałem bliżej nieokreślony gest rękoma, naśladując topielca. - Czemu go nie słyszysz? Trudna to będzie odpowiedź. Wybrał sobie mnie za swój cel i skutecznie utrudnia mi życie. Żeby to raz ludzie brali mnie za chorego, tylko i wyłącznie dlatego, że odpowiadałem mu na zaczepkę. Swoją drogą złośliwy jest dupek. No, ale... Nie potrafię Ci wytłumaczyć co się stało, ale przez chwilę wszyscy doświadczyliście tego co przeżywam na co dzień. - Uśmiechnąłem się do niej lekko, ale już nie złośliwie. - Nie wiem... Może to to czerwone światło. Zaćmienie się znaczy - powiedziałem, wskazując ruchem podbródka niebo. - Albo zwyczajnie wszystkim nam się już w łbach pierdoli. Ale to norma. - Wzruszyłem ramionami.
- To jak? Zaciekawiona historią, czy mam więcej nie przynudzać? - zapytałem, lekko przekrzywiając głowę. - No i skoro przy historiach jesteśmy, może sama powiesz coś więcej o sobie? Wiem o Tobie... Niewiele, co jest ciekawą odmianą, ale straaaaasznie nie daje mi to spokoju

Dżungla Tuk'kok

365
POST BARDA
- To by było bardzo niemądre - uznała driada, słysząc pierwszą z dwóch propozycji Aremani. - Po zmroku szczególnie. Muszę wrócić przed zachodem słońca. Nie wiem co się będzie działo, jak zapadnie noc - przesunęła spojrzeniem po otaczających ich drzewach. Stopniowo zaczynali odchodzić od rzeki, zatapiając się w coraz gęstszą dżunglę. - Ale możesz pójść, wysuszyć się i wrócić od razu. Wy chyba nie lubicie wody. Myślałam, że się wam spodoba. Nam się podobało.
Uśmiechnęła się do Oakii, która zrównała się z ich dwójką, teraz zajmując miejsce po drugiej stronie zielarki. Przy wysokiej kobiecie obie wydawały się wyjątkowo małe. Z jakiegoś powodu uznały, że to jej towarzystwo będzie dla nich najlepsze. I choć ścieżka była wąska, wciąż doskonale radziły sobie z podążaniem tuż obok Ary, nie wpadając ani na nią, ani na drzewa.
- Jak twoja wyspa radzi sobie bez ciebie? - spytała Tilia nagle, poważniejąc nieco. - Serce dżungli nie powinno opuszczać swojej wyspy. Mało która dżungla w ogóle swoje ma. Zabrałaś całą siłę ze sobą?
- Nie czuję w niej takiej siły
- stwierdziła z przekonaniem Oakia. - Poleciała w górę, kiedy słońce zniknęło. Ma magię, ale nie taką, jak nasze serce. Ono jest odporne.
- Mhm. Czyli zostawiła ją na swojej wyspie. Trochę mądre, trochę głupie.
- Bardziej głupie.
- Bardziej mądre.


Oakia wydęła usta z niezadowoleniem, wywołanym tą różnicą zdań, ale nie kontynuowała sprzeczki, przenosząc spojrzenie na Biriana, którego słowotok zdawał się nie mieć końca. Spoglądająca profilaktycznie pod nogi Neela wydawała się jednak całkiem przyjemnie uspokojona jego gadaniem, uśmiechając się lekko. Choć bawiło ją ono przedtem, nie znaczyło, że nie mogło stanowić miłej odskoczni od płonącego lasu i przerażających driad w sytuacji takiej, jak ta. Gdy usłyszała o siedzeniu i pachnięciu, wyrwało się jej nawet jakieś parsknięcie śmiechem.
- Ja też lubię. Literaturę, to znaczy. Przeczytałam chyba wszystko, co mieliśmy w domu. Muzykę też. Często gościliśmy artystów, jak byłam młodsza. Potem zaczęłam sama chodzić na koncerty. Jest u nas, na Archipelagu, taka bardka... - machnęła dłonią. - Na pewno nie znasz, nieważne. Może będziesz miał okazję ją usłyszeć, jak wrócimy do Taj'cah, zanim popłyniesz z powrotem na kontynent. A co do szermierki, ot, uznałam, że to ciekawe zajęcie. Rodzice zawsze stawiali na wszechstronny rozwój swoich córek. Żadna z nas nie jest stworzona do tego, by leżeć i pachnieć, chociaż nie sądziłam, że kiedyś wyląduję w miejscu takim jak to. Zawsze z siostrą... jak byłyśmy młodsze...
Przerwała, markotniejąc. Według tego, co opowiadała im o sobie jeszcze na statku, jej rozstanie z siostrą nie odbyło się w przyjemnych warunkach, a i relacje między nimi mogły uleć nagłemu, znaczącemu pogorszeniu. Przygryzła wargę i mruknęła coś o tym, że było gorąco, a droga do obozu długa.
- Hm? - zerknęła na barda z ukosa. - A, nie, nie jesteś zbyt jasny, ja też przecież nie wyglądam jak rodowity mieszkaniec Archipelagu - zaśmiała się. - A jednak dużo rodzin przeniosło się na stałe na wyspy. Za dużo się dzieje teraz na kontynencie. Może i ta wasza wyprawa ma więcej plusów, niż niektórym się wydaje. Niedługo zabraknie miejsca dla tych, którzy pragną spokoju. Wyśle się tutaj tych bardziej awanturniczych, a w takim Taj'cah zostanie więcej miejsca dla porządnych obywateli.
Czyżby właśnie zażartowała? Na to wyglądało. Może nie była już tak zestresowana, jak jeszcze jakiś czas temu, gdy kończyli swój przymusowy postój. Czy sprawiało to poczucie względnego bezpieczeństwa, wywołane przez prowadzące je driady, czy paplanina Biriana, grunt, że Neela już nie milczała w przestrachu.
- A fikuśny trochę mało jesteś, faktycznie - uznała po chwili namysłu. - Nie masz piór powpinanych w ubrania. A twoja lutnia złotych kołków i główki o kuriozalnym kształcie.

Kapitan nie zareagowała na żart, w przeciwieństwie do Neeli zbyt sfrustrowana rzeczywistością, żeby się zaśmiać. A kiedy Shiran wypowiedział jej imię, ton jego głosu sprawił, że tylko się zjeżyła.
- Nie - rzuciła sucho. - Nie zaczynaj.
Słowa dotyczące Barbano sprawiły, że wyraźnie zbladła, a jej spojrzenie zlodowaciało. To zdecydowanie był drażliwy temat; półelf nie miał tylko pojęcia, jak bardzo. Cierpliwość kobiety, dotąd wystawiana przez wydarzenia na ciężką próbę, najwyraźniej właśnie się skończyła. Zatrzymała się w miejscu.
- Shiran, kurwa mać - warknęła. - Widzę, że niezwykle fascynujące jest dla ciebie moje łóżko i to, kto się przez nie przewala, więc pozwól, że uspokoję twoją zmartwioną spiczastouchą głowę. Nie ma w nim miejsca dla spierdolonych krasnoludów z manią wielkości. Nie ma w nim też miejsca dla półelfów, którzy za cel całej tej wyprawy postawili sobie osiągnięcie statusu kochanka pani kapitan, przez opowiadanie jej o swoim bezgranicznym oddaniu.
Prowadząca ich Bealei też się zatrzymała i odwróciła, nie wiedząc, dlaczego część grupy stanęła, zatrzymując w efekcie wszystkich pozostałych. Obserwowała ich oboje spojrzeniem, które wydawało się nie rozumieć nic z zaistniałego zdarzenia.
- Nie znam cię, a ty nie znasz mnie. To że władowałeś się mi do kajuty jakby nigdy nic, a ja byłam zbyt najebana, żeby wywalić cię z niej na zbity pysk, nie znaczy, że cokolwiek nas łączy - oparła palec wskazujący o jego klatkę piersiową. - Więc zachowaj swoje obietnice poświęcenia i szeptanie do uszka dla takiej, którą to wzruszy. Może blondynę sobie zorganizuj, zanim Dandre ją zagada na śmierć, albo Arę, nie wiem, w dupie mam. Jakbym miała za mało, kurwa, problemów teraz na głowie.
Odepchnęła się od niego i ruszyła z powrotem przed siebie, mamrocząc coś o tym, że jest na to za trzeźwa. Machnęła ponaglająco do Bealei i zrównała się z nią, podążając dalej w kierunku obozu. Gdzieś z oddali byli w stanie usłyszeć już głosy, ale raczej niemożliwe było, by docierali na miejsce. Musieli zbliżać się do któreś z grup ekspedycyjnych, wysłanych do dżungli tak samo, jak oni. W końcu nie tylko ich piątka wracała teraz do obozu, a im bliżej, tym istniała większa szansa, że ich trasy będą zbieżne.
Neela odchrząknęła za plecami półelfa.
- Jakkolwiek nie chciałabym być przez nikogo w żaden sposób organizowana, to historia o kruku była ciekawa - zauważyła ostrożnie, chyba chcąc odrobinę złagodzić ten emocjonalny cios, jakiego ofiarą padł Shiran. - Też myślę, że to przez zaćmienie. Że dlatego go słyszeliśmy.

Spoiler:
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

366
POST POSTACI
Aremani
- Ja tam zdecydowanie uwielbiam wodę. Mniej wolę być do niej wrzucana... W całym ubraniu... I z całym ekwipunkiem. - Dziewczyna zdecydowanie nie należała do bojących się wody, niezależnie od tego czy były to rzeczki i potoczki na Apozo czy szeroki przestwór oceanu przy brzegach jej wyspy. Kiedyś, w swej rodzinnej dżungli właśnie, napotkała niedużych rozmiarów jeziorko, zasilane wodą z pobliskiego potoku która spadała do akwenu niewysokim wodospadem. Spędziła w tej wodzie niezmierzone godziny, ucząc się patrzenia pod wodą i próbując przeczesać całe piaszczyste dno i skalne formacje, w poszukiwaniu grot czy innych wgłębień. - No i też ogólnoświatowa mroczna anomalia astronomiczna może nie sprzyjać nastrojom do kąpieli. Tak tylko mówię. Aremani wykonała prawie gest szturchnięcia driady łokciem, tak w ramach doprawienia swojej wypowiedzi humorystycznym akcentem, jednak w ostatniej chwili powstrzymała się. Po pierwsze zdała sobie sprawę, że pomimo swoich wcześniejszych przemyśleń i obiekcji spoufalanie się z magicznymi istotami przychodzi jej jakoś zbyt łatwo. Po drugie wyobraziła sobie na prędko scenariusz, że driadzie mógł nie spodobać się szturchaniec, mogłaby zareagować smutkiem albo, gorzej, gniewem. - Masz rację, wysuszę się prędko i do was wrócę. Tak będzie najbezpieczniej.Zielarka zastanawiała się, jak driada będzie w stanie powiedzieć, że musi wracać przed zachodem słońca, kiedy owego słońca nie było widać.
W mgnieniu oka do Aremani i Tilii dołączyła także Oakia, co nie pomogło dziewczynie w wyzbyciu się poczucia skrępowania i niepewności. Nie pomogło nawet to, że znacznie przewyższała driady. "Nieszczęścia chodzą parami. I to dosłownie."
Pytanie Tilii trochę ją zaskoczyło, wybijając trochę z bieżącego toku myślowego. Dotychczas wracała myślami do Apozo myśląc o przeszłości - wspominając pierwsze eksploracje, historie z dzieciństwa, kłótnie z ojczymem... Niemniej bardzo rzadko myślała o tym, jak Apozo ma się w tym momencie. Zwyczajnie wmawiała sobie, że ma to gdzieś, że wyspa była siedliskiem toksycznych dla niej ludzi i mało ją obchodzi, jak im się tam żyje. A może tylko udawała obojętność?

- Wyspa...? Chyba dobrze, nie wiem. - zaczęła, a w jej głosie było słychać mnóstwo niepewności. - A z resztą kogo to obchodzi?! Oni jakoś nigdy specjalnie się mną nie interesowali... W miarę mówienia jej intonacja wyrażała niepokojący miks zirytowania, gniewu i smutku. Aremani miała swoje powody, mnóstwo powodów, by nie myśleć o Apozo dobrze. To znaczy, przynajmniej o ludziach tam żyjących. "Banda srających bursztynem lemingów. Głowy puste jak te muszle po wyskubaniu tych jebanych pereł a uszy zatkane ich ukochanym sreberkiem. Ta wiocha zabierała mi chęci do życia, wiarę w ludzkość, tatę... W zamian dając śmierdzącego rybą Wuj-Ojczyma, napady szału i bezwartościowe pierścionki zaręczynowe dla zatkania mi gęby!" W jej głowie ten wywód z pewnością nie trwał dużo czasu, jednak była to na tyle wystarczająca chwila, by łzy zaczęły jej napływać do oczu. Szybko się zorientowała i przetarła je rękawem, co by nie dać po sobie nic poznać.
Driady wciąż trzymały się tego, że Aremani powiedziała raz o sobie per "serce", co trochę ją rozchmurzało, bo w końcu rzuciła tym wtedy żartobliwie. Niemniej słuchanie ich dawało do myślenia. "Czym jest... Serce Kattok? I czy jest tak potężne, że opiera się anty-magii Zaćmienia?"
Przez ucho gdzieś przeleciał jej tembr głosu Shirana i jego wywód na temat historii z krukiem. "Czyli jedno irytujące stworzenie postanowiło prześladować drugie? Cóż za ironia."
- Bha, mówisz tak, jakby przynudzanie nie było twoją główną cechą gdy słyszy się twój głos. Równie dobrze możesz gadać, efekt będzie ten sam. - odrzekła zaczepnie.

Dżungla Tuk'kok

367
POST POSTACI
Dandre
Birian uśmiechał się pod nosem, kiedy niechcący wyłapywał fragmenty rozmów Aremani z driadami. Duchy lasu, mimo swojej niezaprzeczalnej i nieco przerażającej siły, miały w sobie coś z dzieci, a ich konwersacja z dziewczyną była tyleż ciekawa, co zabawna. Sam był ciekaw, jak ich młody rudzielec radzi sobie z rysunkiem, jednak wierzył, że znajdzie się jeszcze czas na pytania. Sam porzucił wszelkie rysiki już w wieku młodzieńczym, pozostawiając sztuki plastyczne osobom bardziej niż on się do tego nadającym. Odziedziczył jakąś smykałkę po matce, nie raz mówiła mu, że ma oko malarza, jednak swoje obrazy preferował malować słowami, to w tym czuł się najbardziej komfortowo.
Ta chwila refleksji oczywiście nie znaczyła, że zamknął się choćby na moment! Nie, dalej zalewał biedną Neelę potokiem słów, ta jednak tym razem zdawała się odnajdywać w tym pewien spokój.


Zawsze miło usłyszeć śmiech damy, z którą się rozmawia, szczególnie gdy wybrzmiewa w odpowiednim miejscu, toteż ogromnym grzechem i niedopatrzeniem byłoby nie spojrzeć w jej stronę i uśmiechnąć się. Dalsze ironizowanie i zabawę w okołodworskie gierki już sobie odpuścił, więc obyło się bez lekkich ukłonów i wywijania ręką.
- Mam więc nadzieję, że w waszych bibliotekach nie znalazło się "Pięćdziesiąt Lyc Sakirowca"! - zakrzyknął niemal, ubawiony wizją podlotka czytającego literaturę tego formatu. - Literatura jakaś to jest, ale czy piękna? To już kwestia podlegająca dyskusji. - zaśmiał się cicho pod nosem, nim machnął ręką, kończąc temat. Nie chciał speszyć dziewczyny bardziej niż wypada.
- To brzmi jak dobry dom, moja droga. Wstyd przyznać, ale za młodu aż tak mnie do ksiąg nie ciągnęło i więcej czasu spędzałem tłukąc się ze starszym bratem, niźli obcując z wyższą kulturą. Dom mój był... Niestety głównie kupiecki, mimo niemałego wkładu mojej matki, która pokazała mi, co jest w życiu naprawdę ważne. Dzięki Bogom, w pewnym momencie uciekłem spomiędzy ksiąg rachunkowych i wpadłem w świat słodkich tonów... I literatury. Kto wie, może jednak waćpanienka jest bardziej oczytana od pana poety? - uśmiechnął się do niej, unosząc lekko brew.
Życie było za krótkie, by starczyło go na jego umiłowanie do rozrywek, oddanie muzyce, pragnienie przygody i ślęczenie w księgach. Toteż jego znajomość niektóych podań i legend mogła być znikoma, choć często braki te nadrabiał dzięki znajomości poezji, która dzięki swej formie i lekkostrawności o wiele częściej umilała mu wieczory.
Słuchał dziewczyny i kiwał głową, wpatrzony gdzieś w dal. Na usta wpełzł mu smutny uśmiech, a oczy zamgliły się lekko, gdy ta wspomniała o swej siostrze.


Za nic mając sobie konwenanse, otoczył dziewczynę ramieniem i pogładził ją uspokajająco po ręce.
- Więzy krwi są silne i potrafią wytrwać o wiele więcej, niż ci się może wydawać. Słyszę w twoim głosie, że dobrze wam się żyło. ..To nie zniknie. Czas wyleczy rany, a w miejsce bólu przyjdzie zrozumnienie. Pamiętaj, że nie zrobiłaś nic złego. - w głosie barda nie było tym razem choćby krzty kpiny. Mówił poważnie i spokojnie, z pewnością, która mogła przynieść ukojenie.
I choć sam bał się powrotu do domu i spojrzenia bratu w oczy, mimo dekady, która minęła, to wierzył, że ten uściskałby go tylko i zabrał do karczmy. A jednak wstyd parzył bardziej niż rozrzażone żelazo, wina ciążyła bardziej niż świat na barkach tytana. Tego nie potrafił przeskoczyć.
- Muszę przyznać, że nieco ci zazdroszczę możliwości obcowania z muzyką już od najmłodszych lat. W rezydencji Birianów długo nie było dla niej miejsca. Zbyt długo. Musiałem wymykać się z domu, by móc posłuchać wędrownych grajków. - pokręcił głową z niezadowoleniem, ale zaraz zaśmiał się cicho. - Mój biedny ojciec był wściekły, gdy wróciłem kiedyś i powiedziałem, że to właśnie muzyka porywa moją duszę i pragnąłbym się kształcić w tamtym kierunku. Ha, myślałem, ze roztrzaska mi na głowie stołek i tyle będzie młodego Biriana! - Rivall był wszystkim tylko nie biednym ojcem. Dandre nie wiedział, co kierowało tym mężczyzną, ale przez długi czas obawiał się go bardziej niż zarazy. I nigdy nie zrozumiał jak mógł ożenić się z Isabelle, jak kobieta tak dobra i wrażliwa mogła dostrzec coś w tym mruku. Czasem zastanawiał się, czy Rivall nie miał jakiejś drugiej twarzy, którą pokazywał tylko swojej żonie.
Chyba chciał powiedzić coś jeszcze, ale słowa utknęły w tej nieopisanej próżni, w połowie drogi donikąd.


Jej śmiech był zaraźliwy, a Birian bynajmniej nie miał zamiaru się temu opierać.
- Czyżby? Jak dla mnie jesteś wystarczająco ekstrawagancka, by zastanowić się dwa razy, nim weźmie się panienkę za kerońską szlachciankę. Chyba tylko ludzie z wysp potrafią czatować w ładowni w tak ślicznym stroju. Co prawda nie szeleściłaś bufkami sukni, a znad skrzyń nie wychylał się waćpanienki wyjściowy kapelusik, jednak daleko było ci do zwykłej, a nawet niezwykłej gapowiczki. - mówił, szczerze ubawiony. Skóra jej była jasna, jednak serce miała z Archipelagu.
Parsknął cicho, gdy zażartowała na temat jej wyprawy, by zaraz przyśpieszyć nieco kroku i znaleźć się przed Neelą, spokojnie idąc plecami do kierunku, w którym zmierzali.
- A Neela czego pragnie? Porządna z niej obywatelka? - coś błysnęło zaczepnie w jego spojrzeniu. Prawie wyrżnął się na jakimś kamieniu, ale tanecznym krokiem wrócił do pionu i udawał, że kompletnie nic się nie stało. Nawet mu brewka nie drgnęła.
Profilaktycznie jednak półobrotem wrócił na swoje poprzednie miejsce.
- Twe słowa ranią mnie bardziej niż noże. Jeszcze nikt w życiu nie podważał mojej fikuśności... Nie wiem, czy uda mi się kiedykolwiek dojść do siebie. - zwiesił głowę i szedł tak przez chwilę z minką zbitego psiaka.
W końcu jednak nie wytrzymał i parsknał śmiechem.
- Kurwa, pióra w ubraniach. Kerońscy rozbójnicy zabiliby mnie śmiechem. - kręcił głową, niezmiernie ubawiony wizją takiego spotkania. Artyści żyli własnym życiem, to fakt, ale nie spotkał jeszcze na salonach żadnego Kerońskiego artysty, który ubiorem znacząco odbiegał od panującej obecnie mody. Grzeczność i chęć wpasowania się wybrzmiewała tam mocniej niż potrzeba abstrakcyjnie kuriozalnej ekspresji siebie. Ludzi z Archipelagu zazwyczaj widać było z kilometra na Kerońskich bankietach.


Kłopoty w raju! Bard w milczeniu obserwował rozgrywającą się obok nich scenę. Przez chwilę zrobiło mu się niemal żal Shirana, po którym pani kapitan jechała jak po burym kundlu, ale zaraz doszedł do wniosku, że to przecież naturalna kolej rzeczy. Mógłby nawet pokusić się o stwierdzenie, że i tak długo wytrzymała, choć, fakt faktem, nie miał w istocie pojęcia jak wyglądała ich wcześniejsza relacja. Poza tym, ze bywała kuriozalnie zabawna.
Dandre zagada na śmierć? Bogowie brońcie, ja ją przecie w życie wgaduję! - niemal pufnął z oburzeniem, gdy usłyszał o sobie w wywodzie pani kapitan, ale ugryzł się w język.
Słowa Neeli za to trafiły w punkt, sprawiając, że Birian znów zaśmiał się cicho.
- W istocie, niecodziennego znalazłeś sobie towarzysza. To brzmi jak materiał na ciekawą historię. - postanowił nie kopać leżącego, a nawet wyciągnąc w jego stronę dłoń. Metaforycznie, rzecz jasna. - Zaproponowałbym wino, ze względu na jego naturalne zdolności do ubarwiania narracji, ale niestety wyszło. - wzruszył ramionami, odprowadzając ich kapitan wzrokiem.
Jej też z pewnością przydałoby się coś mocniejszego.
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

368
POST POSTACI
Shiran
Po prostu przystanęła w miejscu i wygłosiła tyradę, równającą mnie z ziemią. Była wściekła, bo zła to zbyt delikatne określenie, które całkowicie nie pasowało do tego co właśnie przede mną się odgrywało. Klęła bez opamiętania, mówiąc że nie będę jej kochankiem, ani że nie chce mojego oddania, o czym wcześniej nie wspominałem. Mówiła o tym wszystkim w taki sposób, jakby czytała z moich myśli, co było jeszcze bardziej irytujące. Mogłem tylko zacisnąć dłonie w pięści. Wzrok spoważniał chwilę później, brwi powędrowały w dół i idę o rękę, że tym razem nic nie mogła wyczytać z wyrazu mojej twarzy. Niespodzianka, nie tylko Ty potrafisz nosić maski.

Na tym jednak się nie skończyło... Mówiła o nocy w kajucie, o czym nie chwaliłem się nikomu. Mówiła o tym, że nic nas nie łączy... Ale gdy przybiła palec do mojego nagiego torsu, coś we mnie przeskoczyło.
- Zaufanie, psia jego mać... Bajki dla gówniaków opowiadasz, czy ki chuj Ci się przypomniał? - warknąłem nieco zirytowany jej postawą. Była moją panią kapitan. Naszą panią kapitan. Ale to nie uprawniało jej do wyładowywania emocji w taki sposób.
- Dobrze PANI KAPITAN wie, gdzie będę życzyć włożenia tego palca, skoro tak bardzo stronniczy PANI od mojego towarzystwa, prawda? - Ton mojego głosu uległ nieznacznej zmianie, na bardziej kpiący i wesoły i tylko naprawdę dobrze znająca mnie osoba, mogła stwierdzić, że w ten sposób broniłem się przed odrzuceniem. Bolało. Dlatego drogie dzieci nie powinno się ufać nieznajomym. Nie odzywałem się jednak więcej, odprowadzając ją tylko wzrokiem, gdy odchodziła. Problem... Nazwała mnie problemem.
A ja nie czułem się problemem. Ani większym, ani mniejszym. Byłem po prostu sobą. I do tego momentu chciałem pomóc. Kurwa jego mać. Jebana wyprawa. Trzeba było dać łeb na ścięcie i uszy jakiemuś bogaczowi w galerię, więcej pożytku by było i mniej zmartwień.

Odchrząknąłem i ruszyłem przed siebie udając, że nic co przed chwilą widziała reszta nie miało miejsca.
- Taaaa... - Mruknąłem jednak bez przekonania, ani humoru na stwierdzenie Neeli, która była przekonana, że Autha słyszli wszyscy przez zaćmienie. Teoria niegłupia, co więcej bardzo pewna, ale nie miałem ochoty wdawać się w dalsze dyskusje na ten temat. - A sama historia nudna jest. Pewna jesteś, że chcesz ją usłyszeć? Pajac z lutnią ciekawiej ćwierka... - powiedziałem spokojnym, nieco prześmiewczym tonem, nie spoglądając na nowy nabytek naszego małego zgromadzenia. A Bard? Tego idiotę po prostu zignorowałem. Ostatnie czego było mi trzeba to jego towarzystwo. Pomijając fakt niewyrównanych rachunków i czczych przechwałek. Znalazł się kurwisyn jeden.

A Rudasek? Rudasek też przyczepiła się niczym stary ochlej pełnej butelki. naprawdę nie miałem ochoty.
- Chociaż nie skrzeczę, a gdy otwieram gębę to nie dostaję przydomku szczekająca karlica. - Wzruszyłem ramionami, niespecjalnie zwracając uwagę na reakcję Rudej. I tak miałem już wyrobioną opinię w grupie. Lekkomyślny, zadufany w sobie, startuje do pani kapitan, miłośnik ognia i palant - Shiran. Zresztą... Miałem to w dupie. Teraz po prostu musiałem chociaż odrobinę ochłonąć.

Dżungla Tuk'kok

369
POST BARDA
Zainteresowana tytułem, jaki przytoczył Dandre, Neela uniosła brwi w górę i rzuciła mu zaciekawione spojrzenie.
- Pięćdziesiąt lyc? Nie znam tego - stwierdziła, stawiając mężczyznę w niezręcznej sytuacji opisania rodzaju literatury, do jakiego należała owa wspaniała książka. - O czym jest?
Gdy została potem znienacka otoczona ramieniem barda, kobieta spięła się nieco, ale tylko na moment. Zorientowanie się, że to tylko gest pocieszenia, nie zajęło jej dużo czasu. Rozluźniła się i uśmiechnęła lekko, choć bez przekonania.
- Dziękuję. Obyś miał rację.
Wąska i niewygodna ścieżka nie pozwalała jednak na podróżowanie nią w parze, więc szybko wywinęła się spod ręki Biriana, wracając do podążania przed lub za nim. Słysząc z oddali głosy, uniosła wzrok i wbiła go w gęstą roślinność dżungli, szukając źródła dźwięków, ale niczego stąd jeszcze nie było widać. Dopiero gdy mężczyzna wytknął jej strój, opuściła spojrzenie na żakardową taśmę wokół dekoltu i koronki, wykańczające szerokie rękawy jej koszuli.
- W sumie mogłam wziąć suknię. Może nikt nie przeczołgałby mnie wtedy przez dżunglę.
Słysząc pytanie o swoje oczekiwania wobec przyszłości, Neela westchnęła i zamilkła na chwilę - co zresztą dawało bardowi duże pole do popisu, mógł tę ciszę wypełniać swoimi słowami i najwyraźniej nie zamierzał z tej okazji rezygnować.
- Chciałam ucieczki i spokoju. I braku... braku konsekwencji - biorąc pod uwagę co zrobiła, było to zrozumiałe. Choć każde z towarzyszącej jej trójki zgadzało się w opinii, że bardzo dobrze zrobiła, wciąż było to dla niej trudne. Prawdopodobnie Cormac był jedynym człowiekiem, jakiego zabiła. Jedyną istotą, jaką pozbawiła życia. Choć nie mówiła o tym zbyt wiele, musiało się to odcisnąć na niej sporym piętnem. - Teraz dużo się zmienia z chwili na chwilę. Nie wiem czego chcę teraz. Przeżyć, głównie. A jeśli tutaj będzie powstawać jakaś kolonia, może... może to byłoby dla mnie dobre miejsce. Tutaj nikt nie będzie mnie szukał. Na końcu świata.
Jej nastrój momentalnie się poprawił, gdy temat przeniósł się na zdobione piórami stroje.
- Może gdybyś był młodszy, byłbyś bardziej otwarty na eksperymenty modowe? - uśmiechnęła się. I czyżby w jej oczach błysnęła odrobina rozbawionej złośliwości? naprawdę, paplanina barda dobrze jej robiła. - Jeśli wrócimy do Taj'cah, zaprowadzę cię do kogoś, kto uszyje ci coś z piórami. Jeszcze mi podziękujesz.

Gdy Shiran odpowiedział złością na wybuch Nellrien, kobieta zreflektowała się nieco, ale nie wycofała, wciąż wpatrując się w niego gniewnie. Mimo to, mogło się wydawać, że przez jej maskę przebiła się odrobina wyrzutów sumienia. Choć może było to tylko wrażenie? Tak czy inaczej zabrała swój palec i mruknęła pod nosem coś niezrozumiałego, zanim przeszła na przód ich grupy, z dala od wszystkich pozostałych. Rzuciła mu krótkie spojrzenie przez ramię, ale już nie wróciła, trzymając się mimo wszystko swoich słów. Czy czuła się źle z tym, jak go potraktowała? Może tak, może nie. Mimo to, próżno było oczekiwać od niej przeprosin, a już na pewno w tej chwili. Co konkretnie wywołało jej wybuch - tego mogli się jedynie domyślać.
- Jestem pewna - potwierdziła Neela. - Chcę usłyszeć historię o kruku. I przestańcie już, naprawdę, ile można - przewróciła oczami. - Nie wiem, co chcecie komu udowodnić, ale ewidentnie każdy z was jest inny. Nie musicie się nawzajem podziwiać, ani wielce przyjaźnić. Moglibyście nauczyć się funkcjonować obok siebie bez ciskania złośliwościami i prowokowania bez przerwy tego drugiego, skoro i tak jesteście na siebie skazani na najbliższe kilka dni. A ja na was. To jest naprawdę męczące. Ara może potwierdzić. Też pewnie ma dość, a jeszcze daje się wciągać w te wasze przepychanki.
Pokręciła głową z rezygnacją, dochodząc zapewne do wniosku, że jej gadanie i tak nic nie da.
- Chcę posłuchać o kruku - powtórzyła, uśmiechając się lekko do Shirana. - Opowiedz, proszę.

Z chwili na chwilę, głosy stawały się coraz wyraźniejsze, aż w pewnym momencie Bealei zatrzymała się w miejscu, odwracając do pozostałych.
- Nie chcemy spotykać innych - poinformowała zebranych. - Z nimi powinniście już bezpiecznie wrócić do waszych materiałowych domów. Nic nie powinno zaatakować tak dużej grupy.
- Na pewno nie zwierzęta - podkreśliła Oakia, uśmiechając się równie rozbrajająco, co niepokojąco.
- Tutaj was zostawimy. Musimy wracać - kontynuowała Bealei, a liście na jej głowie poruszyły się, choć nie było tu czuć wiatru. - Damy wam coś na pożegnanie. Pewnie po dzisiejszym dniu nie spotkamy się już więcej. Wasze towarzystwo jest ciekawe, ale jesteście pełni złości. Lepiej, żebyście nie przynosili jej więcej do lasu.
Dłuższe milczenie zawisło nieprzyjemnie w powietrzu. Driady nie zdawały sobie sprawy z tego, że do lasu zostanie przyniesionych dużo więcej rzeczy, niż tylko ich złość. Może faktycznie lepiej, by więcej się nie spotkali, by po pożegnaniu, a później jeszcze szkicu wykonanym przez Arę, znajome im driady nie pojawiały się więcej w tej okolicy.
Tilia weszła pomiędzy nich, w dłoniach znów trzymając jagody, które brała nie wiadomo skąd. Wręczyła po połowie Shiranowi i Aremani.
- Nie wszystkie na raz - podkreśliła. - Dopiero kiedy będzie trzeba.
Potem wszystkie trzy spojrzały na siebie porozumiewawczo, a w ich pozbawionych źrenic i tęczówek oczach błysnęło rozbawienie. Bealei odwróciła się do Nellrien, Oakia do Neeli, a białowłosa Tilia podeszła do Biriana, gestem zachęcając go, by pochylił się do niej. I tego, co nastąpiło później, mężczyzna nie mógł się spodziewać. Driada złapała go za mokrą koszulę i przyciągnęła do siebie, składając krótki pocałunek na jego ustach. Nie było w tym niczego romantycznego ani zmysłowego, a pocałunek smakował jak świeżo ścięta trawa, ale dotyk istotki wywoływał ciarki na plecach i nieprzyjemne uczucie słabości, które trudno było logicznie wyjaśnić. Jako podarunek na pożegnanie był znacznie mniej przydatny, niż jagody, które pozwalały normalnie funkcjonować uzdolnionej magicznie dwójce. Tego samego doświadczyły nieprzygotowane na taki obrót spraw kobiety - kapitan zareagowała krótką, acz efektowną wiązką przekleństw, a Neela zaczerwieniła się aż po czubki uszu i odskoczyła od driady na bezpieczne kilka kroków. Wyjaśnienia jednak nie otrzymało żadne z nich.
- Pa! - rzuciła Bealei, zanim razem z Oakią i głośnym śmiechem bezpowrotnie zniknęły wśród drzew, praktycznie rozpuszczając się w powietrzu.
- Będę na ciebie czekać na granicy lasu - obiecała Tilia zielarce i chwilę później też jej nie było.
- Co do kurwy - Neelrien przetarła usta wierzchem dłoni i przesunęła spojrzeniem po otaczającej ich zieleni. Byli z powrotem sami. - Nieważne. Idziemy.

Faktycznie, nie zajęło im więcej, niż kilka minut, aż natknęli się na drugą grupę zwiadowczą. Kilku marynarzy ze Starej Suki od razu rozpoznało swoją kapitan i zdjęło ręce z rękojeści broni, na którą powędrowały najpierw. Nie wyglądali najlepiej. Trójka, w tym jedna wysoka kobieta, szła o własnych siłach, ale czwarty musiał podpierać się na swoim towarzyszu, nie mogąc stawać na jednej z nóg, owiniętej teraz prowizorycznym, zakrwawionym opatrunkiem. Każdy z nich choć trochę zabrudzony był krwią, choć nie dało się z daleka ocenić, czy ta krew należała do nich, czy też nie.
- Wracacie do obozu? - upewniła się Nellrien. - Dobrze. Musimy tam przeczekać zaćmienie. Co się stało Hanelowi? Co z wami? - zmarszczyła brwi. - Nie było z wami jeszcze Siry?
- Zaatakowały nas zwierzęta - wyjaśnił mężczyzna prowadzący grupę. - Sira nie żyje, Hanel, jak widać, jest ciężko ranny. My przeżyliśmy tylko dlatego, że był jakiś wybuch w środku dżungli. Uciekły, przestraszone. Nie wiecie, co to było?
Kapitan rzuciła krótkie spojrzenie w kierunku Shirana. W tym samym momencie kruk zleciał spomiędzy koron drzew i usiadł na jego ramieniu. Szpony zwierzaka nieprzyjemnie wbiły się w jego nagą skórę.
- Nie - odparła krótko. - Ale nas też ocaliło przed tygrysem. O ile był tylko jeden.
Należący do tej grupy Kerwin, prowadzący rannego, odnalazł wzrokiem Aremani, a jeden kącik jego ust uniósł się nieco, gdy zobaczył przemoczone, przyklejone do niej ubrania. Patrzenie w taki sposób na panią kapitan wiązałoby się zapewne z przykrymi konsekwencjami. Młoda zielarka, która zresztą nie omieszkała wcześniej wspomnieć mu, jak wiele ma do zaoferowania, to było coś zupełnie innego.
- Widzę, że znaleźliście rzekę - zauważył.

Spoiler:
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

370
POST POSTACI
Dandre
Niejako zaskoczyła go reakcja Neeli, która, miast spłonić sie, uniosła brwi i wbiła w niego swoje zaciekawione spojrzenie. Najwyraźniej panienka żyła pod całkiem szczelnym kloszem i udało jej się uniknąć nie dość że wyuzdanej literatury, to jeszcze ludzi, którzy mogliby ją w rozmowie przytoczyć. Bard uśmiechnął się szeroko, nie odwracając wzroku nawet na moment.
- Jest to zaskakująco szczegółowa opowieść o tajemniczym, wpływowym Sakirowcu, który zapałał ognistym uczuciem do zubożałej szlachcianki, mieszkającej niedaleko jego komturii. Opisany jest początek ich znajomości oraz niebezpieczna gra w miłosne podchody. Obsypywał ją prezentami, imponował blichtrem i rozmachem... - uśmiechnął sie szerzej - ... Ale to wszystko nieważne. Niektórzy, zapewne głównie młode panienki i paniczykowie, mogliby stwierdzić, że jest to powieść niejako... dydaktyczna. Z iście poetycką mnogością detali opisane są miłosne uniesienia naszej pary oraz niecodzienne zainteresowania i praktyki monsieur Grisa, który, metaforycznie rzecz ujmując, wnosi do alkowy część swojej pracy - puścił jej oczko. - Panienka usatysfakcjonowana, czy mówić dalej? Trzeba mieć jednak na uwadze fakt, iż mimo pokaźnej objętości tomiska, wcale nie jest ono zbyt bogate w treść. - prychnął ubawiony, odgarniając z czoła jakiś zbłąkany kosmyk mokrych włosów.


Ścisnął ją nieco mocniej, chcąc dodać jej jakoś otuchy.
- Hej, nie zawsze mam rację... - spojrzał na nią, po czym nagle uśmiechnął się szeroko - ...ale nigdy się nie mylę. Zaufaj mi, będzie dobrze. - poluzował uścisk i pozwolił jej się wywinąc spod swojej ręki. Szedł o pół kroku przed Neelą, czasem przytrzymując pojedyncze gałęzie, które przebiwszy się przez linię drzew, wystawały nad ich ścieżką.
- Płonne marzenia, panienko. Wtedy po prostu ktoś by cię z tej kiecki obdarł. - przeszedł kilka kroków, nim zdał sobie sprawę z tego, jak zabrzmiały jego słowa. Choć bynajmniej nie widział w tym większego problemu, to, w trosce o dobrostan umysłowy dziewczyny i w obawie o jej ewentualne spontaniczne samospłonienie, zaraz dodał: " Wszak wystrojona załoganka na nic by się im nie przydała... A koszul i bryczesów w zapasie się trochę znajdzie. "


Choć dla wielu mogło się to wydawać niemożliwe, bard nie przerwał ciszy, która zapadła po zadanym przez niego pytaniu. Pozwolił dziewczynie zostać na chwilę samej ze swoimi myślami i odwrócił się do niej plecami, wracając do uważnego lustrowania ścieżki. Na razie nie interesowały go dochodzące z oddali głosy.
- Któż nie chciałby móc żyć w błogiej beztrosce... - zaczął, ale zaraz ugryzł się w język. Jednym są konsekwencje beztroskiego trybu życia, a drugim ciążące na duszy widmo zabójstwa. A może i topór katowski nad karkiem? Westchnął ciężko. Zdał sobie sprawę, że nie pamięta nawet pierwszej osoby, która poległa z jego ręki. Nie widział w sobie mordercy, nie żył też z przelewania krwi, jednak zdecydowanie zbyt często zdarzyło mu się sięgnąć po ostrze. Zbyt wiele razy widział jak gaśnie blask w czyichś oczach.
Ciężar pierwszej śmierci najpewniej zniknął, zmieciony poza horyzont euforią zwycięstwa. Ona... Nie stanęła do równej walki, tylko w chwili rozpaczy sięgnęła ku ostatecznym środkom. Nie wyobrazał sobie nawet przez co musiała teraz przechodzić. Zastanawiał się, gdzie się podziewała jego wrażliwość, gdy z dumą i zadowoleniem niemalże, przebijał kolejne piersi. Zawsze widział w sobie dobrego człowieka, bynajmniej nie bohatera, aż tak oderwany od rzeczywistości nie był, jednak teraz... Teraz nie był tego taki pewien.
- Koniec świata to nie miejsce dla ludzi takich jak ty, a jeno pierwszy przystanek w wielkiej podróży. - zwrócił się ponownie w jej stronę, spychając ze swego lica wszelkie ślady melancholijnej zadumy - A my już zadbamy o to, by włos ci z głowy nie spadł. No... Chyba, że panienka nabierze ochoty na jakiś przyjacielski sparing, wtedy z przyjemnością skopię jej zgrabną... Nóżkę. - zaśmiał się cicho.
Wtem nadeszła chwila zniewagi, czas pogardy. Śmiech momentalnie ugrzązł bardowi w gardle, brwi wystrzliły mu tak wysoko, że niemal sfrunęły z czoła, które zrolowało się w konfuzji i gniewie.
- Och! - oburzone pufnięcie było pierwszym co udało mu się wyartykułować. Oczywiście jego reakcja była wyolbrzymiona, coby pośmiać się nieco, ale krył się za tym wszystkim jakiś odłamek prawdy. Niestety, upływ czasu był faktem, o którym chciałoby się zapomnieć. - Ależ kąśliwa z ciebie smarkula! A ja ci życie ratowałem! I po co? Byś podważała mą fikuśność i sugerowała, że nie jestem młodym bogiem? Podłe zachowanie, zaprawdę, winnaś się wstydzić. - zakończył swoje krótkie tantrum, po czym uśmiechnął się szeroko.
- Nie znaczy to jednak, że propozycji nie rozważę. Człowiek starzeje się dopiero, gdy nie chce już poznawać nowych rzeczy. Może faktycznie uda ci się wyperswadować mi niechęc do piórek. - wzruszył ramionami.


W parę chwil później, już po wybuchowej rozmowie półelfa z panią kapitan, młoda Neela strofowała dwójkę mężczyzn, wprawiając tym barda w niemałe zdziwienie.
- Ależ teraz jestem grzeczny jak Karilliczyk. Już wcześniej rzekłem, co miałem do powiedzenia i raczej nic mi już na sercu nie zalega. Co prawda nie daliśmy sobie jeszcze po mordzie na zgodę, ale kto wie, może i na to przyjdzie później czas. - wzruszył ramionami. Gapowiczka nalegała na opowieść o kruku, a Dandre tylko kiwnął głową. Istota była niewątpliwei magiczna, więc i historia związana z nią najpewniej do najnudniejszych nie należała.
Kto wie, może zerżnie ją i przerobi kiedy na poemat?


Zaraz ponownie ruszyli do przodu. Głosy z każdą chwilą stawały się coraz wyraźniejsze, aż w pewnym momencie prowadząca ich driada zatrzymała się i obróciła w ich stronę, oznajmiajac, że dalej już z nimi nie pójdą.
"Pełni złości... Tak chyba możnaby scharakteryzować cały mój kraj. Królestwo ludzi pełnych złości... A pośród nich ja, ani trochę od nich wszystkich nie lepszy." - sposępniał lekko, szczególnie, gdy przez głowę przeszła mu myśl o nieuchronnej śmierci sporej części tej dżungli. Drzewa skonają pod toporami siepaczy postępu, a wraz z ich upadkiem w końcu znikną też te urocze, psotne duszki, które dziś tak im pomogły.
Rudzielec i półelf zostali obdarowani przez driady magicznymi jagodami. Zaprawdę, rozpieszczały ich. Dandre nie wiedział czym zasłużyli sobie na ich dobroć, ale był bardzo wdzięczny.
Tilia podeszła do barda i gestem zachęciła, by pochylił się w jej stronę, co też uczynił, unosząc lekko brew. Driada złapała go wtem za koszulę i nim się obejrzał, poczuł jej wargi na swoich ustach. Pocałunek był krótki, nijak zmysłowy, czy romantyczny, niemal siostrzany... A jednak poczuł ciarki na plecach i dziwną słabośc w nogach, jak młodzik, niesamowicie intensywnie przeżywający swój pierwszy pocałunek.
Magiczna istotka prędko odskoczyła od niego, wyrzekła parę słów w stronę Ary i nim się obejrzał, już jej nie było.
- Huh. - stwierdził, powoli prostując się i dotykając swoich ust, niemal oczekując wyczucia nań jakiegoś zbłąkanego źdźbła, na kształt kobiecego włosu. Będzie miał o czym opowiadać w karczmie.
Teraz jednak nie mówił nic, pokręcił tylko z niedowierzaniem głową i poszedł za panią kapitan. Rozbawionym uśmiechem skwitował czerwoniutką twarz Neeli.


Po kilku minutach wędrówki natknęli się na inną grupę zwiadowczą. Wyglądało na to, że ta banda śmiałków miała o wiele mniej szczęścia od nich. Ich ubrania splamione były krwią, a jeden z marynarzy musiał wspierać się na towarzyszu, by móc iść. Birian rozpoznał wśród nich znajomą twarz mężczyzny, którego niemal zabił aż nazbyt celnym kopniakiem. Wyglądał na całkiem sprawnego, czapki z głów dla rudzielca.
- Sugeruję, byśmy ruszyli w dalszą drogę. Obóz już blisko, a nie ma sensu zostawać w dżungli ani chwili dłużej niż trzeba. – rzekł tylko, patrząc na panią kapitan.
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

371
POST POSTACI
Shiran
Obejrzała się jeszcze przez ramię, ale miałem to głęboko w rzyci. Nie zamierzała przepraszać. Ja też nie byłem jej pieskiem. Nigdy nim nie byłem. Szczególnie po bolesnych słowach, które potrafiły przeszyć jestestwo na wylot. Szkoda dywagacji.
Niemniej, mojego humoru nie poprawiła Kruszynka (jak postanowiłem ochrzcić Neelę), która nagle postanowiła skonfrontować mnie z bardem.
- Do podziwu tego Przychlasta mi daleko i musiałbym być naprawdę zdesperowany, by chcieć uchodzić za takiego hipokrytę. Honor... Chyba tym piórkiem pisane słowo na palącym się pergaminie, niczym weksel bez pokrycia. Przyjaźni też nie wróżę, po czczych groźbach i chuj wie czym jeszcze. Za mocny w gębie jak dla mnie. - Wzruszyłem ramionami, prychając na to co chwilę później usłyszałem od Pajaca.
- Na sercu nic nie zalega? Och, jak cudownie. Cieszy mnie to niezmiernie. A w ryj sam sobie daj, może przetrzeźwiejesz i sam przestaniesz kokietować wszystko co się rusza i ma dziurę. Aż dziwne, że jeszcze tamto drzewo z dziuplą ostało się bez większego szwanku. Jak to było? Pięćdziesiąt lyc sakirowca? - Zadrwiłem. I nie zamierzałem przestać. Byłem zły, ale złośliwa maska skutecznie ukrywała moje wzburzenie i rany jakie wcześniej poczyniła pani kapitan. - Zresztą szkoda strzępić ryja...

- No, ale chociaż nie odmówię Ci tej wspaniałej historii - odrzekłem, po dłuższej chwili, uśmiechając się też nieco. - Wszak w jednym się muszę zgodzić z Gryzpiórkiem: ciężko odmówić kobiecemu uśmiechowi. - Westchnąłem nieco teatralnie.
- No to od czego tu zacząć... Nie było to nic spodziewanego. Szlajałem się tu i ówdzie po Archipelagu, szukając sam w sumie nie wiem czego. Ot spacerek po bitce, a może raczej też ucieczce od takiej jednej Arienne. - Uśmiechnąłem się nieco na wspomnienie szalonej i nieco niebezpiecznej dziewczyny z pasją, która za cel postanowiła sobie uwiązać mnie do swojej farmy. Nie dla mnie rodzinka i jedno miejsce od pradziada. - No, ale to teraz nie o tym historyja. No i przedzierałem się dzielnie przez chaszcze, bo przecież cała jej familia mnie szukała po okolicach, to stwierdziłem że tak rozsądniej będzie. Nikt mnie na trakcie nie zauważy, ni mordy nie opisze. Ale nie powiem irytująca sytuacja. Kląłem więc sobie pod nosem, by chwilę potem okazało się, że ptaszor mi na ramieniu wylądował. Krakał na początku tylko, jakby przejęty. Nie wiedziałem za bardzo o co mu chodziło. Okazało się, że kierował mnie tak by przez najbliższe trzy dni nie spotkać nikogo. - Wyjaśniłem, nieco przymrużając oko, próbując sobie przypomnieć jak to dokładnie się stało. - No i pewnego dnia jak sobie siedziałem w rzece, odezwał się po raz pierwszy. Myślałem, że jakiś zbok mnie podgląda! - Zaśmiałem się na samo wspomnienie. - A tu okazało się, że to ten gałgan. Nie powiem. Byłem zdziwiony. Myślałem, że to jakieś diabelstwo. Jak się okazuje za mocno się nie myliłem, ale to opowieść na inny czas. To i całe te cyrki jakie Auth potrafi czynić. - Zakończyłem z pewnym suspensem.

- I jak? Mówiłem, że będzie nudno? - Idealnie się złożyło, że akurat wtedy nasze leśne przewodniczki się zatrzymały. Obdarowały nas podarkami. Mnie i Rudaska jagodami, a Nellrien dostała pocałunek, podobnie jak bard. Przyznaję, że jej zdziwienie wywołało lekki uśmiech pod moim nosem, ale i tak zamierzałem chwilowo sobie odpuścić próby dalszego kontaktu. Ja nie czułem się winny temu co się stało. Pytanie co z nią... Nie... Nie chciałem o tym myśleć.
- Aż taka zazdrosna? - skirowałem te słowa do Kruszynki, widząc jej reakcję na pocałunek Barda. - Krytykować wyboru nie będę, ale patrz jaki masz wybór wśród innych załogantów! - Oczywiście drażniłem się z dziewczyną. Całkiem ją polubiłem. Wydawała się naprawdę zwyczajna, a przy tym dość kochana. Ot, ptaszyna, która nieco w życiu pobłądziła, a jedyne czego chciała to zrobić dobrze. Dla takich osób świat bywa naprawdę okrutny.

Chwilę potem zaś natknęliśmy się na drugą grupę zwiadowczą. Wyglądali na dość poobijanych. Możliwe, że ich też doświadczyła wyspa i całe to zaćmienie. Zresztą potwierdzili moje podejrzenia swoją opowieścią. Wyglądało na to, że jestem bohaterem, ale nie zamierzałem wspominać o tym na głos. Nie, szczególnie gdy wszystko to stało się niechcący. No i sama pani kapitan wyraźnie chciała ukryć sprawcę. Aaaale... Właśnie miałem się odezwać i rzucić jakimś kąśliwym komentarzem, gdy poczułem szpony wbijające się w moje ramię. Znajomy ból, który towarzyszył mi póki nie kupiłem naramionnika powrócił. Znaczy ta łajza, Auth.
- A tyś gdzieś się szlajał? - zapytałem ptaka, ale bez złości, czy negatywnych emocji.
- Dzięki tak w ogóle... - dodałem po chwili. Jakby nie patrzeć chciał mojego dobra. I ta uwaga o rzece była naprawdę słuszna i przydatna. Tylko, że w swoim zadufaniu, jak zawsze nie chciałem go słuchać.

Oceniłem szybkim spojrzeniem naszą grupę. Kobiety przemoczone do suchej nitki, w cienkich prześwitujących ubraniach działały na wyobraźnię. Ja z nagim torsem, reszta również przemoczona. Pozostali z drugiej grupy posiniaczeni lub ranni. Jakbyśmy z jakieś orgii wodnej wracali, a tamci z jeszcze innej imprezy.
- No to co, wesoła kompanio... Może nieco za szybko, ale może przydałoby się coś zjeść, zamiast zostać zjedzonym? - Rzuciłem niezobowiązująco w przestrzeń, by poruszyć jakoś ekipę.

Dżungla Tuk'kok

372
POST BARDA
Czy kogokolwiek mógł zaskoczyć rumieniec Neeli, wypływający na jej twarz w reakcji na krótki opis literatury przytoczonej przez Biriana? Raczej nie. Mimo to, kobieta robiła co w jej mocy, by ukryć go pod włosami, uporczywie wpatrując się pod nogi.
- Brzmi... ciekawie - podsumowała tylko, a w jej głosie zabrzmiało rozbawienie. Znacznie łatwiej było jej się śmiać, gdy nad ich głowami nie szalała ognista burza i nie próbował ich zjeść tygrys, a niepokojące i całujące wszystkich bez powodu driady wkrótce miały pójść sobie w swoją stronę.
Dopiero wzmianka o obdzieraniu z kiecki sprawiła, że Neela spoważniała i mimo szybkiej klaryfikacji chwilę później, jej uśmiech zniknął, jakby go nigdy nie było. Pokiwała tylko głową, z niechęcią przyznając bardowi rację. W końcu gdyby nie jego przypadkowe przypałętanie się do ładowni tej pamiętnej nocy, byłaby już martwa. Uduszona przez marynarza, słusznie broniącego swojego statku i swojej załogi. Poprawiła torbę na ramieniu.
- Jeśli tego skopania dla odmiany nie masz na myśli dosłownie, to czemu nie? Jak nie będę się stresować, to pójdzie mi dużo lepiej. I jak będziesz się stosować do zasad. Kopnięcia nie są prawidłowym zagraniem.
Nazwanie jej kąśliwą smarkulą sprawiło, że w końcu uśmiechnęła się z powrotem, a w jej oczach błysnęły złośliwe iskierki. Jak widać, przekomarzanie się ze starszym od niej bardem było dla niej całkiem satysfakcjonującym zajęciem.

Shirana zmierzyła tylko rozczarowanym spojrzeniem, gdy znów zaczął czepiać się barda, ale nic nie powiedziała, zdając sobie sprawę, że nie będzie mieć posłuchu u żadnego z nich. U nikogo, tak naprawdę, bo kto i dlaczego miałby posłusznie robić to, co każe mu robić młoda kobieta, w żaden sposób niezwiązana z ekspedycją i pasująca tu jak pięść do nosa?
Historia o spotkaniu Shirana z krukiem szybko ją jednak udobruchała.
- Ciekawe, czemu nie odezwał się wcześniej - zastanowiła się, spoglądając w niebo w poszukiwaniu ptaka. - Może nie sądził, że go zrozumiesz. Tak jak zdziwił się, że my go słyszymy i rozumiemy, zanim... przyszły one. Ucieszył się nawet. To musi być przykre, mieć tylko jedną osobę, z którą jesteś w stanie się porozumieć.
Pocałunek, jaki otrzymała od driady, wywołał u Neeli znacznie dłuższy rumieniec, niż opis Pięćdziesięciu Lyc Sakirowca, a komentarz półelfa wcale w tym nie pomógł.
- Nie! To po prostu... one nie powinny... - przetarła usta i potrząsnęła głową, zerkając na Nellrien, która poświęciła temu niespodziewanemu wydarzeniu znacznie mniej swojej uwagi. Na całe szczęście wkrótce pojawił się obgadywany przedtem kruk, więc mogła skupić się na nim i trochę skuteczniej udawać, że nic się nie wydarzyło.
Cały czas nad wami. Nie lubię driad. One nie lubią mnie.
Wciąż każdy z nich był w stanie usłyszeć Autha w swojej głowie, choć gdy nie krzyczał z ekscytacją, był to głos znacznie cichszy, jak ktoś mówiący w oddali. Neela przyjrzała się mu uważnie, niepewnie podchodząc nieco bliżej.
- Spotkałeś już kiedyś jakieś? - spytała.
Gdy kruk zorientował się, że kobieta mówi do niego, przekręcił głowę i załopotał skrzydłami, uderzając jednym Shirana w bok głowy.
Tak. I nie tylko driady. Są jak burza. Nieprzewidywalne.
- Podobno burze da się przewidzieć.
Ja nie potrafię, głupia dziewczyno.
Neela wydęła usta z niezadowoleniem i przeniosła oskarżycielski wzrok na Shirana, jakby nieuprzejme zachowanie kruka było jego winą. Z jej punktu widzenia zapewne ptak był jedynie nietypowym zwierzakiem, jakiego przysposobił sobie półelf, nie towarzyszem, na którego zachowanie za bardzo nie miał wpływu.

- Tak. Ruszamy, nie ma sensu tu sterczeć - zarządziła Nellrien, rzucając dwójce dyskutującej z krukiem spojrzenie, zawierające bliżej nieokreśloną, choć na pewno negatywną emocję. - Im szybciej dotrzemy do obozu, tym szybciej Hanel dostanie pomoc.
Ruszyła przed siebie, prowadząc wszystkich w kierunku plaży, u boku jednego ze swoich ludzi. Rozmawiała z nim o czymś cicho, a jej spięte plecy wyraźnie rozluźniały się, gdy nie musiała użerać się z niewiadomymi. Może to posłuszeństwo, z jakim odnosili się do niej jej załoganci, a do którego była przyzwyczajona, pozwalało jej czuć się swobodniej? A może jeszcze coś innego leżało jej na sercu? Trudno powiedzieć. Jedno było pewne - gdy dostała od jednego z nich manierkę z czymś mocniejszym, od razu wyraźnie zrobiło się jej lepiej.
Kerwin, mimo najszczerszych chęci, nie mógł teraz skupić się na przemoczonej i przyciągającej jego uwagę zielarce, bo prowadził rannego. Pozostał więc tylko przy mało subtelnym spoglądaniu na Aremani. Przynajmniej ten widok odrobinę poprawiał mu samopoczucie, na które znaczący wpływ musiała mieć utrata towarzyszki i ranni w załodze. To samopoczucie nie miało jednak długo pozostać dobre - im bliżej docierali do plaży, tym głośniejsze stawały się odgłosy walki. A to znaczyło, że nie będzie im dane odpocząć w ich domach z materiału. Nie od razu. Nellrien dobyła broni i przyspieszyła, wkrótce przekraczając ostatnią linię drzew. A to, co ukazało się ich oczom na plaży, dla biednej Neeli musiało być widokiem rodem z najgorszych koszmarów.

Na plaży toczyła się walka, choć ciężko było ją nazwać wyrównaną. Najbliższe wodzie namioty zrównane były z ziemią, a piach ubarwiony był krwią. Z wezbranych fal wynurzyły się stworzenia, które teoretycznie nie powinny opuszczać wody - coś jednak sprawiało, że atakowały także nabrzeże. Wężowate cielska, zakończone zębatymi paszczami, niektóre ozdobione kolorowymi kołnierzami, wyskakiwały z morza, by łapać ofiary na brzegu i wciągać je do wody, lub posuwistymi ruchami właziły pomiędzy namioty i tam szukały ofiar. Zaledwie kilka grup wróciło już z dżungli i teraz usiłowało odeprzeć ten atak oszalałych węży morskich. Niektóre cielska leżały już nieruchome, ale ile ich zostało? Czy jedno stado składało się z dwunastu osobników, czy z sześćdziesięciu? Nikt z nich tego nie wiedział.
Kapitan zaklęła i ruszyła biegiem w stronę tej części plaży, na której stały namioty załogi Starej Suki. Ten należący do nich jeszcze stał, ale nietrudno było zauważyć lśniące, granatowe stworzenie przebijające się przez obóz w jego generalnym kierunku. Jedno, dwa, potem jeszcze trzecie. Musieli znaleźć na to jakiś sposób; nie mieli możliwości odgrodzenia się od morza, więc pozostało im chyba jedynie wybicie stworów co do jednego, by mogli dziś spokojnie spać - o ile w ogóle będzie im to dane. Bełt wystrzelony z kuszy Nellrien wbił się centralnie w oko jednego z węży, sprawiając, że poderwał się on z piachu i zasyczał wściekle. Kilku marynarzy doskoczyło do niego i porąbało go na kawałki, ale to wciąż był tylko jeden. Jeden z kilkunastu atakujących plażę.
- Zabić to! - poleciła kapitan, zerkając na nich przez ramię podczas ładowania kuszy. - Na prawo, bierzcie tamte!
Dwa kilkumetrowe węże, jeden już na piachu między namiotami, a drugi skrzący się na powierzchni fal, czekały na nich.

Spoiler:
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

373
POST POSTACI
Shiran
Może gdybym był bardziej wrażliwy, rozczarowane spojrzenie Kwiatuszka bardziej weszłoby mi w pięty. Skończyło się jednak tylko na jakimś dziwnym, bliżej nieokreślonym uczuciu, które zignorowałem, nie poświęcając tej sytuacji więcej uwagi. No bo co!? Dupek będzie sobie perorować i bajdurzyć, próbując pokazać że to ja jestem tym gorszym, podczas gdy sam dupy nadstawia lepiej od niejednej panienki co to za złote monety puszczała się z brodaczami. Godne pożałowania... naprawdę. Dawno nikim tak nie gardziłem, jak tym zachlanym grajkiem i niedorobionym bawidamkiem.

Ech, na szczęście samo opowiedzenie opowieści o Authu złagodziło nieco sytuację, z czego w sumie byłem naprawdę rad. Nela wydawała się być naprawdę miłą osóbką, a jakoś nie miałem serca i na nią przenosić ciężar niedojebania Pajaca. Uśmiechnąłem się więc lekko, słysząc, że ciągnęła dalej temat ptaka.
- Z tego co zrozumiałem to... Niekoniecznie umiał jeszcze wtedy mówić? - Zapytałem jakby sam siebie, nie wiedząc dokładniej jak wytłumaczyć sprawę z Authem. Nie powiem przecież, że jest demonem uwięzionym w ciele kruka, który dopiero co uczył się swojego nowego ciała i nawiązał ze mną więź, dlatego że niechcący uratowałem jego życie, przeganiając jakiegoś tam drapieżnika poprzez rzucanie przekleństwami pod nosem. Tak przynajmniej twierdzi sam kruk.
- Albo po prostu coś się dziwnego stało przy tej rzece? - Zasugerowałem, jako że stwierdziłem że nie ma większego sensu tłumaczenie tego wszystkiego. Jeszcze się dziewczyna przerazi, czy coś... - W każdym razie nie dziwię się, że się ucieszył. Zawsze to kolejne osoby, którym może uprzykrzać życie! - Auth był wredny, ale o tym musieli sami się przekonać, co zaraz miało nastąpić.

Przysłuchiwałem się w spokoju konwersacji Kwiatuszka i tego zgryźliwego ptaszora. Oczywiście musiał jej dopiec, a wina spadła na mnie, bo jakżeby inaczej. To przynajmniej mówiło jej spojrzenie.
- Mówiłem, że jest wredny! Mnie się nie słucha - Uniosłem ręce w geście obronnym. No taki to skurkowaniec.
- No, ale przyznam, że mógłbyś być trochę grzeczniejszy w stosunku do damy. Jak chcesz się wyżyć to tam z przodu idzie jedna... - burknąłem, nieco posępniejąc.

Potem były pogawędki, zapoznania, powitania i przekomarzania... A kiedy Nellrien, oj przepraszam. A kiedy PANI KAPITAN w końcu zarządziła byśmy ruszyli dalej, cała sielanka prysnęła niczym roztrzaskująca się szklanka pełna piwa. Adrenalina uderzyła. Ręka powędrowała do pasa, sięgając do przypięty miecz. Nogi lekko ugięły się, a ciało spięło w całkowitej gotowości. Jakieś długie węgorze i inne dzikie węże atakowały bezbronnych członków załogi. Tych z bronią również. Trupów jak na wojnie. Nellrien ruszyła z okrzykiem na ustach w stronę swojej załogi. Niewiele myśląc ruszyłem za nią. Mój wciąż nagi tors nie był najlepszym odzieniem do walki, ale nic lepszego nie miałem. Pani kapitan rzuciła rozkaz. Ten po prawej. Nie żebym śpieszył się jakoś specjalnie na ten drugi świat, ale ostrożnie ruszyłem w stronę wskazanej bestii, trzymając się z dala od pierwszej linii. Ostrożnie, nie w natarciu, acz gotowy do uskoku i odrąbania łba tego sukinkota.

Dżungla Tuk'kok

374
POST POSTACI
Dandre
Birian postanowił docenić wysiłki Neeli, która bardzo starała się skryć swój rumieniec, i nijak jej tego, nawet żartobliwie, nie wytknął. Młodą wszak była dziewotką, a przy tym nieoczekiwanie niewinną, w niemal rozczulający sposób. Szczerze intrygowało go, jakim cudem uchowała się pośród wyspiarskich wyższych sfer, które w jego oczach słynęły z rozpusty i ekstrawagancji... Muzyk musiał jednak przyznać przed samym sobą, że jego wiedza o faktycznym stanie rzeczy na wyspach mogła być nieco dziurawa.
- Czyżby? Z pewnością ciekawym jest jej wpływ na postrzeganie przeróżnych wstążek i sznurków przez takie panienki jak ty. Z żalem muszę jednak poinformować, że lektury tej ze sobą nie targam, więc jeśli w istocie zaintrygowały cię losy naszej pięknej pary, to będziesz musiała je zgłębić w przyszłości na własną rękę. - błysnął zębami w krótkim uśmiechu.
Nadeszła chwila powagi, sprowokowana jego nieopatrznym komentarzem. Z żalem musiał pożegnać się na moment z jej urokliwym uśmiechem.
Zaraz też pokręcił głową, gdy wypomniała mu jakieś abstrakcyjne nieprawidłowe zagranie.
- Wierzę, ale... Na bogów! Zasady? Pozwól, że już teraz postaram się waćpanienkę wyciągnąć spod jej klosza; poza murami pięknych rezydencji, szermierka ogranicza się tylko do jednego... Zabij, bądź zostań zabity. Zadziwiająco łatwo o tym zapomnieć pod okiem miłego, choć wymagającego instruktora, bądź podczas lektury jakiegoś natchnionego podręcznika. Gdy tylko pojawia się okazja, należy ją wykorzystać, kopać, bić, gryźć nawet! Nie zawsze walczy się do pierwszej krwi na posadzce, której żal splamić. - patrzył na nią zadziwiająco poważnie, zatracając gdzieś na moment fasadę wiecznie uśmiechniętego, roześmianego bawidamka. Jego wzrok stężał, a twarz napięła się, niemal jak wtedy, gdy staneli na przeciw siebie na pokładzie.
- Nie chciałbym, byś znalazła się kiedykolwiek w takiej sytuacji, z całego serca życzę ci uniknięcia takiego losu... - przypomniał sobie, że przecież raz już była zmuszona desperacko walczyć o przetrwanie i... udało jej się. Choć zapłaciła za to wielką cenę. Westchnął cicho.
- Książkową szermierkę już znasz, wszak widziałem - uśmiechnął się lekko. - Mogę wszak spróbować cię nauczyć jak walczyć, by przeżyć. Chociaż grzecznego sparingu też nie odmówię! Kto wie, może technicznie jesteś w stanie położyć mnie na łopatki? - wzruszyl ramionami, ale nie naciskał już dalej. Jeśli dziewka zdecyduje się na podręcznikowy pojedyneczek, to będzie walczył podręcznikowo.


Uniesieniem brwi skwitował kolejny wybuch Shirana. Był niesłychanie kąśliwy, ale tym razem nie ubódł biednego Biriana. Muzykowi było teraz żal mężczyzny, który, w jego oczach, gniewem odreagowywał nie tylko przedziwny dzień, ale i cios, który musiała wymierzyć mu pani kapitan. Bard przechodził przez to samo przed paroma chwilami, gdy na polance pośrodku lasu miał wielką ochotę rozkwasić otępiałą mordę ich towarzysza, który niemal puścił ich wszystkich z dymem.
- Musisz się później napić i odpocząć. - stwierdził, kręcąc powoli głową.
Musiał przyznać, że historia Shirana była całkiem interesująca, a nawet wywołała lekki uśmiech na ustach barda, który wyobrażał sobie półelfa ganianego po krzakach przez jakową bitną rodzinkę. Najbardziej zaciekawiło go wspomnienie o diabelstwie. Birian nie miał w życiu zbyt wiele okazji na kontakty z istotami nie z tego świata. Zdarzyło mu się widzieć wędrujące po trakcie rozpadające się zwłoki, które nie dość że nie chciały umrzeć, to jeszcze bardzo zależało im na wciągnięciu innych do swoich smętnych szeregów. Teraz na własne oczy zobaczył leśne duchy, istoty z legend... O demonach i diabelstwach jednak ani za wiele nie czytał, ani nie słyszał.
Spojrzał z zainteresowaniem na kruka i może nawet by o coś zapytał, gdyby ich przewodniczki nie zaczęły swojego rytuału pożegnalnego.


Zdziwienie jakie po tym nastąpiło na moment wyparło większość myśli z głowy Biriana. Ruszył więc za panią kapitan i szedł w milczeniu, dumając nad tym co przed chwilą zaszło. Po krótkiej chwili wpadli na grupę marynarzy ze Starej Suki i razem ruszyli w stronę plaży. Dandre cieszył się na myśl o chwili odpoczynku we względnie spokojnym miejscu. Z miłą chęcią też przypatrzyłby się przedziwnemu niebu, które na razie wciąż skrywało się za bujnymi koronami drzew. Już czuł na języku gorycz gorzałki, już zastanawiał się nad tym, czy pierw zasiąść do lutni, czy może spróbować skreślić kilka słów, gdy wtem do jego uszu dobiegły odgłosy walki. Domy z materiału najwyraźniej nie były teraz bezpiecznym miejscem.
Zaklął cicho pod nosem, bez chwili ociągania dobywając miecza. Z jakim zagrożeniem przyjdzie im się teraz zmierzyć? Małe syrenki wypełzły z wody, czy może leśne koty postanowiły ścigać swoją zdobycz do samego końca?
To, coz zobaczył po przekroczeniu linii drzew, sprawiło, że na moment skamieniał.


Plaża zamieniła się w najprawdziwsze pobojowisko. Przez głowę przewinęły mu się obrazy z zasadzek na orcze karawany, kierujące się do Ujścia. Widział rozciętych w pół towarzyszy broni, krew wsiąkającą w piach i chłód wypełniający młode oczy, które powinny móc zobaczyć w życiu jeszcze wiele pięknych rzeczy.
Zaciskał i rozluźniał uchwyt na rękojeści miecza. Ta jedna rzecz pozostawała niezmienna; znajomy ciężar ostrza uspokajał. Nie miał pojęcia, czym były stwory, które wypełzły na plażę i krwawo rozprawiały się z członkami ekspedycji, ale wiedział jedno... Sukinsyny nie powinny wyłazić z wody.
- Uważajcie na siebie, dziewczyny. Nie dajcie się zabić, bo znajdę was i zabiję jeszcze raz - mruknął, pochylając się, by nabrać garść piasku. - Nie wychylajcie się, proszę. - swoją śmierć jeszcze jakoś zniesie, ale one zasługiwały na to, by przeżyć swoje życie najlepiej, jak tylko mogły.
Przynajmniej z takiego założenia wychodził, gdy pozostawił je za sobą i biegiem ruszył za panią kapitan. Wiatr świszczał mu w uszach, nozdrza wypełnił znajomy i znienawidzony zapach krwi. Krzyki rannych i umierających próbowały go rozproszyć, ale Birian starał się od nich odciąć. Liczyło się tylko zagrożenie. I przetrwanie. Jak zawsze.


Jeden z węży dostał bełtem w oko i zdaje się, że tylko go to wkurwiło. Na całe szczęście kilkoro marynarzy zaraz pochlastało go na kawałki; brutalna siła więc zdawała się działac. Niestety, tej akurat Dandre nie miał w nadmiarze.
Na tą chwilę priorytetem zdawało się być zabicie istoty, która wpełzła już mięczy namioty. Bogowie! Tam gdzieś była jego lutnia, jego pióro! Niech no jakiś zasrany wąż ośmieli się choćby zadrapać jego najmilszą... Nie ma w świecie furii ponad gniew muzyka, którego ukochany instrument został skalany czyimiś paskudnymi łapskami.... Bądź ogonem, czy inną paszczą.
Shiran powoli zmierzał w tym samym kierunku, widocznie chąc trzymać się z boku. Birian z trudem powstrzymał się przed prychnięciem. Podbiegł do półelfa, jednocześnie nie spuszczając wzroku z węża.
- Sypnę temu skręconemu chujkowi w oczy, doskakujemy i użynamy mu łeb. - rzucił, nim podbiegł do bestii, by zrobić dokładnie to, co powiedział.
Miał nadzieję, że mężczyzna nie okaże się dupkiem i nie zostawi go ze stworem, gdyby okazało się, że jeden cios nie wystarczy. Birian szedł na ugiętych nogach, mocno ściskając dłoń na rękojeści miecza. Chciał bestię zamroczyć, złapać miecz oburącz i chlasnąć z całej siły w jej paskudną facjatę, jednocześnie będąc gotowym do szybkiego odskoku i zmiany planów, gdyby coś poszło nie tak.
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

375
POST POSTACI
Aremani
Ponowne ujrzenie Kerwina wiązało się z mieszanką różnych uczuć, choć głównie był to pewien rodzaj zawstydzenia, że widzi on ją przemoczoną do suchej nitki. Aremani postarała się jakkolwiek zasłonić czy próbować oderwać mokrą tkaninę od skóry, jednak na próżno były jej wysiłki. Próbowała coś powiedzieć, ale miała poczucie, że wyczuwalne rumieńce na twarzy paraliżują jej mięśnie twarzy. Wydobyła z siebie tylko trudne do określenia bełkotanie, jakby ktoś robiący pełne zastanowienia "Yyyyy" starał się jednocześnie przełknąć galon wody. Widziała, jak marynarz, choć zdecydowanie zaabsorbowany rzeczą ważniejszą jaką był ranny towarzysz, pomimo wszystko spogląda na nią. Z jednej strony uznawała to za intrygujące, pochlebiające w jakiś pokrętny sposób a z drugiej... było to dziwne? Aremani miała zazwyczaj tendencje to kopania swoich niedoszłych adoratorów po piszczelach, ale w obliczu takiego mięśniaka...? "Prędzej sama złamałabym nogę. YHHHH NIECH SIĘ NIE GAPI!"

Na szczęście dla jej komfortu psychicznego Kerwin i kompania Kapitan oddalili się w różne strony, co oszczędziło jej dalszego poczucia zażenowania. Idąc do obozu dziewczyna zaczęła już myśleć tylko o tym, by jak najszybciej się przebrać, wysuszyć i czym prędzej wracać na skraj lasu ze swoim notesem, po to by uwiecznić w nim najcudowniejszy dodatek do swojego dorobku naukowego - portret prawdziwej driady.
Jakiż los wydawał się złośliwy. Można by nawet stwierdzić, że bardzo pragnął ich wszystkich dziś zabić. Przerażona Aremani nie spodziewała się zastania takiej rzezi w obozie. Była zmęczona, przemoczona i pozbawiona magii, a mimo to musiała walczyć o przetrwanie z całą resztą. Dziewczyna była w ogromnym szoku - nigdy w życiu nie doświadczyła jeszcze takiej sytuacji. Multum zwłok rozproszonych po plaży, czy to ludzkich ciał czy wężowych cielsk, piach który w świetle dnia z pewnością przybrałby karmazynowy odcień, krzyki, brzdęk stali, potworne odgłosy...


Prosta zielarka i entuzjastka natury nie wiedziała, jak ma się zachować. A nawet, gdyby wiedziała... To czy byłaby w stanie cokolwiek zrobić? Być jakkolwiek przydatną? "Mam rzucać się na przerośnięte zaskrońce z toporem? Czego oni ode mnie oczekują?!"
Na szczęście z nihilistycznych odmętów jej własnych myśli wyrwał ją jedyny dźwięk na tyle znajomy jak i irytujący, by mógł tak głęboko dotrzeć. Mowa oczywiście o skowronkowym świergotaniu Dandre. Choć, trzeba było przyznać, wydając poważne polecenia zdawał się trochę lepszy do zniesienia.
Aremani zrobiła poważna twarz - widać było, że pierwszy szok już jej przeminął i teraz włączyła swój największy atut - wolę przetrwania. Odkrzyknęła bardowi coś na znak tego, że rozumie, po czym przybrała bojową postawę, porzucając swoją torbę na piach i chwytając do ręki swój rębajłowy topór. Wrokiem odnalazła Neelę i stanęła doń plecami w ochronnym geście. Zaczęła obserwować pole walki i manewry chłopaków, wyszukując zagrożeń i oceniając szanse na okazanie się w jakikolwiek sposób przydatną.
- Bądź w gotowości, koleżanko! Te przerośnięte kuśki nie mają prawa nas zaskoczyć.

Wróć do „Kattok”

cron