Dżungla Tuk'kok

346
POST POSTACI
Dandre
Bard parsknął tylko, gdy półelf wyzwał go od pozera. Rozrzucił szeroko ramiona i już otwierał usta, by coś powiedzieć, gdy przerwała mu jaśnie pani kapitan. Wiadomo zaś wszem i wobec, że człowiek kulturalny kobiecie przerywać nie winien, tak też Dandre założył ramię na ramię i patrzył w oczy złośnicy, zupełnie niewzruszony ognistą żądzą mordu, która z nich biła.
- Droga pani kapitan, słowa złego jeszcze o tobie nie wyrzekłem. Pozwól, że w kwestie wiary wnikał nie będę, stwierdzę jeno, że do tej pory nigdy jeszczem nie ugiął się pod groźbą i raczej nie zapowiada się na zmiany w tej materii. - nie dało się jednoznacznie stwierdzić, czy przez Biriana przemawiało teraz znużenie, czy nadmierna pewność siebie. Dość rzec, że głos jego wyzbyty był od nadmiaru emocji, a wejrzenie miał raczej chłodne. Wykrzyczenie paru słów Shiranowi w twarz zdecydowanie pomogło mu wrócić do siebie. Resztki irytacji powodowały tylko nerwowe, jakby mimowolne ruchy palców prawej dłoni, którymi stukał o swoją rękę, kiedy tak stał przed Nellrien z zaplecionymi ramionami.
- Nie wątpię zaś, żeś świadoma wpływu, jaki możesz mieć na mężczyzn. - zmarszczył brwi, na moment odrywając wzrok od jej oczu, by spojrzeć szerzej na twarz kobiety. Wzruszył ramionami. - Jestem niesamowicie zdziwiony, że taka osoba może być tak przewra... - słowo zawisło w przestrzeni, którą Dandre jeszcze przed chwilą wypełniał swoją osobą. Może to nagłe zniknięcie uratowało mu ostatecznie skórę?


W parę chwil po próbie rozmowy z Nellrien, bard stał w rzece, przemoczony do suchej nitki i zdany na łaskę bądź niełaskę leśnych duszków. Z drogim panem Shiranem u boku, teraz zadziwiająco milczącym, co zupełnie doń niepodobne.
Nie mógł powiedzieć, że nie spodziewał się tego, co w końcu nadeszło... A właściwie nadleciało. Mimo całej swojej lekkomyślności i dość beztroskiego sposobu bycia, Birian nie był idiotą. Orzech trzasnął go w czoło z impetem pocisku wystrzelonego z procy. Ta siła już jak najbardziej go zaskoczyła. Wybity z rytmu przerwał swoją wypowiedź, by pomasować obolałe czoło. W myślach tworzył kwieciste wiązanki, którymi oplatał cały świat i wszelkie boskie stworzenie.
Ta mała dystrakcja nie uciszyła go na długo; prędko zebrał się w sobie i dokończył swój kwiecisty wywód. Z uniesioną brwią, spojrzał na panią kapitan, która usiadła na brzegu rzeki, nieopodal magicznych stworzeń.
Driady przedstawiły się po kolei, a Birian każdą witał uprzejmym skinieniem głowy i uśmiechem, zadziwiająco szczerym, mimo pulsującego bólu głowy, do którego tak bezpośrednio się przyczyniły. Może na nagie kobiety trudniej się gniewać?
Zapewne zależy to od okoliczności.
- Piękna Tilio, twa celność i siła rzutu winny być opiewane w szerokim świecie, ale, na Bogów, zlituj się nad strudzonym wędrowcem i jego biedną głową. Krzywdy wam nie życzymy! - musiał trochę pomarudzić, bo chyba nie byłby sobą. Bogowie mu świadkami, że sam wystawił się na ten strzał, ale niesmak pozostał.
Odruchowo postąpił pół kroku w tył, gdy liściastowłosa driada wskoczyła do wody tuż obok niego. Stworzenie wynurzyło się zaraz obok pani kapitan i wciągnęło ją do rzeki, czym wywołało cichy, acz pięknie dźwięczny śmiech Biriana. Zachował na tyle instynktu zachowawczego, by nie zaszczycić mokrej Nellrien nawet krótkim spojrzeniem, miast tego skupiając się w pełni na draidach.
- Jak miło, że pani kapitan do nas wpadła, od razu raźniej. - usta Biriana najwyraźniej nie interesowały się postanowieniami jego umysłu. Może czerpały jakąś masochistyczną przyjemność z igrania z ogniem? A może pan bard faktycznie chciał obudzić się kiedyś z nożem w plecach? To ułatwiłoby parę spraw.


"Wy też jesteście chorzy... No, ten półgłówek na pewno." Dandre ledwo wstrzymał się od parsknięcia. Jakaś część jego jestestwa twierdziła, że mógł być nieco zbyt ostry dla Shirana, który faktcznie w pewnym momencie wyglądał jak żywy trup... Birian zdusił ją w zarodku; nadal mieli sobie z półelfem jeszcze trochę do wyjaśnienia.
- Jak ta... czerwień wpłynęła na wasz piękny las, dobre istoty? - zapytał, szczerze zaintrygowany ich słowami. Tajemnicze słowa o rzece puścił mimo uszu; kto jak kto, ale on bynajmniej chory nie był. Ba, momentami zdawało mu się, że jako jedyny zachowywał tu trzeźwość umysłu... No i Neela. Dziewczyna po raz kolejny mu imponowała; widział w niej strach, panikę nawet, ale robiła swoje, pomagała jak mogła. To się ceni.
Elfy będą złe?
- Żyją tu elfy? -idiotyczne pytanie wyrwało mu się z ust. Najwyraźniej wyspa nie była tak opuszczona jak sądzili. - Ależ czemu chcieliby naszych głów? Dobre panie, same zauważyliście, że mój... kompan... jest chory, nie panuje nad sobą. Ani on, ani żadne z nas nie chciało palić tego pięknego lasu. Tak jak mówiłem wcześniej, nie życzymy nikomu krzywdy, a nasze intencje są czyste jak dziewicze łzy. To po prostu wypadek, smutne nieporozumienie, które z pewnością możnaby sobie wyjaśnić. - preorował, kiedy Oakia podpłynęła do Shirana i zaoferowała mu tajemnicze jagody.
Bard spojrzał na niego z ciekawością. Łyknie, czy nie łyknie? Padnie, czy nie padnie? Driady, poza tymi 'wygłupami', nie zdawały się być w stosunku do nich wrogo nastawione. Miał nadzieję, że nie mylił się ze swoim osądem.
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

347
POST POSTACI
Shiran
Cała ta sytuacja była dla mnie tak abstrakcyjna, że ciężko było mi uwierzyć, że to działo się naprawdę. Także to, że Nellrien chwilę później znalazła się zaraz przy mnie, wciągnięta przez Driadę.
- Chory na głowę, może i trochę... - powiedziałem spokojnie po wskazaniu przez Oakię, czy jak tam ona się zwała. Przetarłem twarz mokrą dłonią, by nieco się obudzić. Do pełni sił nieco mi brakowało, ale z sekundy na sekundę było mi coraz lepiej. Humorek też mi się nieco poprawił, szczególnie po tym jak Pajac oberwał orzechem. Pani kapitan też miała swój wkład w mój coraz lepszy humor. Wszak nie zapowiadało się, że groziło nam jakiekolwiek niebezpieczeństwo. No, może nie licząc Nellrien, która ze zdziwienia powoli wchodziła we wściekłość.
- Ja bym tam temu debilowi przyłożył jeszcze raz orzechem, Tilio. Nie wkurza was to w jaki sposób mówi? - zapytałem, przekrzywiając głowę. - Fałszywe to takie i zakłamane... - Nie zamierzałem szczędzić inwektyw na tego Złamasa, który myśli jedynie o swojej dupie.
- Ja to się dla przykładu dziwię, że jeszcze nikt mu jęzora nie uciął... Ale z tego co widzę, to nastąpi szybciej niż później! - Odwróciłem i uśmiechnąłem się do Nellrien, prosząc w duchu, by jej ostrze nie smagnęło i mnie przy okazji. No, ale... Pogadanka zeszła na elfie tematy. Zdziwią się trochę, jeśli zobaczą moje spiczaste uszy. Albo zaplują, bom mieszaniec. A jebać ich wszystkich. Pożar nie był spowodowany umyślnie, czy coś. Rzeka pomaga... Niezaprzeczalnie, bo czułem to każdym swoim kawałkiem ciała, które relaksowało się, obmywane przez wartką wodę. A płomień w klatce? NIE MA! Wyparował... Tak samo jak to skrzeczące ptaszysko. Chyba biedaczek wystraszył się Kruszynek. No, ale tak czy inaczej muszę mu podziękować przy najbliższej okazji, bo chyba o tej rzece mówił od samego początku.
Z zamyślenia wyrwała mnie jednak ta elfia istota. Wyłoniła się nagle przy mnie, trzymając w dłoni jakieś jagódki. Nieco dziwna sytaucja: ja nagi od pasa w górę, ona naga całkowicie... Nie powiem, przyjemnie było mieć przy sobie nagą kobietę, szczególnie obdarowującą Cię darami, ale... No to już wchodziło w zakres dziwnych fantazji seksualnych. Nie myśląc więc dłużej, zgarnąłem ostrożnie z jej dłoni podatek i spojrzałem się na jagody podejrzliwie. Auth chyba by zareagował, gdyby miały mnie otruć, a i złych intencji nie wyczuwałem...
- Więc... - Zacząłem. - Nie będzie więcej palenia lasów. Przynajmniej postaram się. - Uśmiechnąłem się lekko i wziąłem do ust parę jagód. - Na mały paluszek, że będę się starać. - Wyciągnąłem mały palec, oczekując że leśna istotna chwyci go swoim małym palcem. A Barda? Tego to zwyczajnie olałem, bo przeginał...

Dżungla Tuk'kok

348
POST POSTACI
Aremani
Aremani przez pewnien czas zastanawiała się, co tak właściwie może odpowiedzieć Neeli. Z jednej strony czuła się niepewnie starając się polegać na swojej wiedzy naukowej podczas gdy cały świat zdawał się wariować. A z drugiej... nie miała pojęcia, jak obchodzić się z driadami. Jedyne co wiedziała na ich temat pochodziło z ludowych legend, przypowieści czy historyjek dla dzieci. Północne wyspy Archipelagu, z których pochodziła, były mniej dzikie, a jej własna wyspa była za mała, by pomieścić całą gamę rozmaitych stworzeń tego regionu, czy to magicznych czy nie. Nigdy nie spotkała driady, niemniej słyszała o nich historie zarówno miłe jak i straszne. Przedstawiano je Aremani jako dobre duchy dbające o naturę albo złośniki wabiące śmiertelnych i topiące ich w wodzie.
- Ja tam bym się do tej wody na wszelki nie zbliżała... - odpowiedziała równie cicho swojej towarzyszce.

Wtem jakby na potwierdzenie jej negatywnych przeczuć jedna z driad rzuciła mocno orzechem w Biriana. W normalnych okolicznościach Aremani z pewnością zaśmiałaby się na taki widok, jednak teraz... Nie, jednak nie udało się jej powstrzymać. Aremani parsknęła szczerym śmiechem nie dbając o to, czy wydobywa się on faktycznie z jej paszczęki czy tylko pojawia się jako udźwięczniona myśl w jej formie astralnej. Panią kapitan również zdawało się to rozbawić, jednak Aremani z niepokojem obserwowała jak ta podchodzi do wody. "Czy wy wszyscy chcecie utonąć? Z deszczu pod rynnę, czy też raczej... Z pożaru pod wodę. Ten popiół to wam mózgi chyba zaczadził." I w sumie znowu Aremani nie miała pojęcia, czy udało jej się to faktycznie powiedzieć czy tylko pomyślała. Przebywanie poza swoim ciałem było dla niej mocno uciążliwe. W dodatku potwierdziły się jej obawy i wnet kapitan również znalazła się w wodzie.
Zielarka jednak nie miała zamiaru się dawać. Driady swoim frywolnym zachowaniem nie dawały jej raczej podstaw, by im ufać, a Aremani to w końcu naukowiec! Podstawy to wykonania danej czynności to... podstawa! Czy jakoś tak. Poczuła uścisk Neeli na swojej ręce. To znaczy, chyba poczuła. "Yh, wnerwić się idzie!" Poczuła się trochę dziwnie, aczkolwiek było w tym coś przyjemnego. Jakby robiła teraz za czyjąś starszą siostrę. Aremani nie miała rodzeństwa, a być dla kogoś autorytetem czy żeby ktoś właśnie u niej odnajdywał poczucie bezpieczeństwa - tak, to była dla niej miła odmiana.
Gadanie o elfach, głowach... nie uspokoiło jej. "Jakie elfy? Takie jak babcia? Czy jakieś... inne?" Poza elfami ze swojej rodziny Aremani nie znała żadnych elfów, a o rodzinie mamy i tak słyszała tylko z jej opowieści. Wtedy jedna z driad, Tilia bodajże, zwróciła się bezpośrednio do niej. I zaraz... Nie, nie do niej jako ciała. To było niesamowite, driada zdawała się postrzegać ją jako lewitującą świadomość. Aremani nie mogła się nadziwić. Gdy driada się zbliżyła, dziewczyna w odruchu obronnym stanęła przed Neelą, jakby obawiając się że ta może jej coś zrobić. Wtedy dostała do ręki jakieś jagody. Ufność jej jednak o tego nie wzrosła. "Co jeśli są zatrute? A co jeśli bawią się z nami tak dla zabawy, jak kot bawi się z upolowaną myszą, by potem nas wykończyć. Mogą równie dobrze być jednak wkurzone za ten pożar i zwodzą nas tylko." Aremani trzymała jagody w pięści, jednak zanim będzie zmuszona podjąć jakąś decyzję spróbuje czegoś innego. Jak zwykle, po swojemu. Dziewczyna skoncentrowała się i spróbowała przenieść swoją świadomość bliżej wody, by się jej przyjrzeć, a następnie chciała "zanurzyć się" w niej. Może tyle jej wystarczy, jeśli woda ma faktycznie jakieś magiczne właściwości, nie ryzykując przy tym, że być może straci swoje ciało i pozostanie lewitującym wspomnieniem samej siebie na zawsze.

Dżungla Tuk'kok

349
POST BARDA
Bealei, jako jedyna, która nie pobiegła dzielić się jagodami ze strudzonymi podróżnikami, siedząc na brzegu przyglądała się Birianowi z lekko przechyloną głową. Wiatr poruszał jej przypominającymi długie liście włosami, a czerwony blask nieba odbijał się od nich nienaturalnie. To nie było piękne, ciepłe światło zachodzącego słońca, tylko nienaturalny, niepokojący ewenement pogodowy. Gdy driada milczała, ze swoimi pozbawionymi źrenic i tęczówek oczami mogła wyglądać wręcz groźnie. Do momentu, w którym z w powietrzu rozbrzmiał jej jasny głosik, naturalnie.
- Niedobrze wpływa na las. Wszystko jest wściekłe. Zwierzęta wychodzą ze swoich leży. Złe duchy się budzą. Tylko rzeka jest czysta, bo wypływa z serca, które jest silniejsze. Przychodzą obcy i palą drzewa - zmarszczyła brwi, a potem zaśmiała się perliście. - Wiemy, że to wypadek.
Stojąca przed Shiranem Oakia z zadowoleniem obserwowała z bliska, jak półelf zjada jagody, które mu podarowała. Gdy przełknął owoce, zmarszczyła brwi, przyglądając się wyciągniętej w jej stronę dłoni.
- Nie chcę twoich palców - odwróciła się i wróciła na swoje poprzednie miejsce, tuż obok swojej liściastej przyjaciółki. Oparła się o nią, kładąc głowę na jej ramieniu. Były naprawdę drobne, filigranowe wręcz. Ani ludzkie, ani elfie kobiety nie zdarzały się tak małe, a te rasy, które wzrostem można było do nich przyrównać, nie były tak smukłe i wątłe. Wydawałoby się, że mocniejsze chwycenie jednej z nich połamałoby ją jak suchą gałązkę, a jednak skądś miały w sobie zaskakującą siłę.
- My też nie mogłyśmy używać naszej magii. Wszystko było nie tak, tak jak u was - podkreśliła Oakia.
- Tilia zabiła zająca - zauważyła Baelai ze smutkiem, który momentalnie odbił się też w oczach jasnowłosej, wciąż stojącej wyczekująco przed Aremani. - Nie chciała.
- Dlatego też zebrałyśmy jagody. Nie są dobre normalnie, ale dzisiaj są najlepsze. My już swoje zjadłyśmy. Wy też zjedzcie. Zjedz, dziewczyno, pomoże ci. Pływanie nic nie da, jak nie wrócisz do ciała.

Podczas gdy zielarka zanurzała swoją świadomość w wodzie, Tilia złapała ją za nogę i szybciej, niż Neela zdołała zareagować, pociągnęła młodą kobietę w stronę rzeki. Tak samo, jak przeciąganie przez las dwóch mężczyzn, tutaj też nie stanowiło to dla niej żadnej trudności i Aremani mogła tylko przez te kilka sekund zastanawiać się, jak bardzo będzie za moment cierpiała, gdy poczuje jak jej głowa poobijała się o korzenie i kamienie na brzegu. Pozostałe dwie driady pomogły wrzucić ciało do wody. I w chwili, w której z pluskiem wpadła w chłodne odmęty, jej świadomość została ponownie wessana do znajomego ciała, znajdując w nim wygodne, bezbolesne miejsce. Powrót nie wiązał się z cierpieniem, nie tym razem. Chwilę zajęło jej podniesienie się do pionu, ale po raz pierwszy odkąd księżyce zasłoniły słońce, zielarka poczuła się dobrze. Rzeka naprawdę pomagała. Prawdopodobnie tylko doraźnie, bo jeszcze nie próbowali z niej wyjść, ale przynajmniej znów mogła patrzeć na świat własnymi oczami.
- Elfy żyją niedaleko - kontynuowała Bealei. - Na Wyspie Drzewa, bo przecież nie tutaj. Tutaj nie ma miejsca dla nich. Ani dla was. Dżungla was nie chce, wiecie o tym, prawda? Dżungla ma swoją wyspę i jej nie odda, dopóki serce bije. Ale elfy na pewno zobaczyły dym. Przyjdą sprawdzić, a potem będą chciały zemsty.
Nellrien, dotąd milcząca, parsknęła śmiechem, potem jeszcze raz, aż w końcu roześmiała się szczerze. Żadne z nich, poza Shiranem, nie słyszało jeszcze tego dźwięku, więc nawet dla Neeli było to dość szokujące. Kapitan położyła się na plecach, na powierzchni wody, stopniowo spływając w dół z jej leniwym nurtem. Najpierw ominęła barda, potem zaczęła zbliżać się do półelfa. Jak daleko zamierzała w ten sposób sobie odpłynąć, nie wiadomo.
- Przykra sprawa - stwierdziła, wpatrując się w niebo. - Że magia nie działa tak, jak powinna. Że elfy przyjdą zrobić burdę. To wszystko bardzo niefortunnie składa się dla głównodowodzącego tym przedsięwzięciem. Bo to nie miecz karze się za popełnione zbrodnie, prawda? Tylko rękę, która nim włada. A Shirana wysłał tutaj Orghost Barbano. Gdyby elfy szukały przyczyny zamieszania, wypadałoby wysłać je do krasnoluda. Nie mogę się doczekać, jak mu się zacznie dupa palić.

Spoiler:
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

350
POST POSTACI
Aremani
Jedną z poważniejszych obaw jaką nosiła w sobie Aremani było to, że jej ogólna dociekliwość (czy wścibstwo, jak niektórzy chcieli mawiać) w końcu stanie się przyczyną jej zgonu. Myśl o tym aktywowała się, gdy swoją astralną postacią spojrzała blisko na taflę wody. Oczywiście, nie mogła dostrzec swojego odbicia. Świadomości pozacielesne nie dawały takowych, ale patrzenie w lustro i niedostrzeganie go wywoływało przedziwne uczucie. Z pewnością tak czuły się wampiry.
Niemniej jednak Aremani była zdolna do podejmowania ryzyk, czy to z powodu złudnej pewności siebie czy też braku doświadczenia życiowego. Wysunęła się dalej i zanurzyła się w rzece. Przynajmniej tak się jej wydawało, bo w końcu wody nie mogła poczuć. Ale brak jakichkolwiek odczuć, również tych w naturze magicznych, trochę ją przygnębił. Nie trwał ten stan długo, gdy tylko "wyczuła" jak coś targa się za jej ciało.

W pierwszym instynkcie - strach. Driady z pewnością zaskoczyły Neelę, a nawet jeśli byłaby na to przygotowana to Aremani mogła się spodziewać, że nie miałaby szans w siłowaniu się z takimi stworzeniami. Druga myśl z kolei? "PLECAK!". Dziewczyna w panice z całych sił próbowała wykorzystać "zdalne manipulacje własnym ciałem" by zrzucić z siebie swój bagaż i nie ryzykować jego zalaniem. Cały jej ekwipaż, jej dorobek badawczy, zostałby zniszczony.
Niezależnie od efektów swoich starań w końcu ciało zielarki znalazło się w wodzie, czego tak bardzo starała się uniknąć. Jednak zanim przyszła złość na samą siebie zdarzyło się coś cudownego. Poczuła, jak ciało wsysa jej własną świadomość, niczym puste naczynie stęsknione za cieczą. Było to podobne uczucie gdy wtedy, gdy ogień Shirana przestraszył ją i boleśnie wróciła do własnej głowy. Jednak tutaj ból się nie pojawił. Umysł nie wydawał się już być kolczastą klatką. Było wspaniale, Aremani aż westchnęła z ulgi. Jednak ciężko wzdychać gdy twoje płuca zamiast powietrzem wypełniają się wodą. Zielarka zerwała się na równe nogi i czym prędzej wyłoniła się z toni, by jak najszybciej odkasłać to, co zdołała już nabrać. Chwilę to trwało, więc z pewnością musiała wyglądać dla innych przekomicznie, zanim była z powrotem normalnie oddychać.

I oto stała, cała mokra, z włosami przylepionymi do jakiejkolwiek powierzchni ciała mogły. Dziewczyna poświęciła chwilę by zebrać je i wycisnąć z nich tyle wody ile się dało. Nie miała wątpliwości, co stanie się z jej głową gdy to wszystko w końcu wyschnie. W tym czasie zwróciła się w stronę Neeli i uspokoiła ją gestem ręki.
- Spokojnie, nic mi nie jest. To znaczy, tak jakby. Przynajmniej siedzę u siebie, heh.
Posłuchała driad i ich opowieści o elfach. "Wyspa Drzewa? O kij chodzi? Jak na razie starczy nam jednej wyspy". Wtedy wypowiedziała się sama kapitan, poprzedzając swoje obserwacje niespodziewanym śmiechem. Gdy skończyła Aremani nie omieszkała się odezwać, nie podzielając optymizmu Nellrien.
- Chyba elfy będą miały w dupie kto nas wysłał. A nawet jeśli nie to zabiją nas dla zasady. Przynajmniej tak mi się wydaje. - Po odciśnięciu części włosów Aremani zaczęła czuć efekty ciągnięcia jej po ziemi. Ta, głowa z pewnością poobijana, plecy tak samo. Jednak taki powierzchowny ból fizyczny był z pewnością dużo lepszy niż niemożność wytrzymania we własnej łepetynie.
- Zróbmy to co mamy zrobić i wracajmy. Jeśli faktycznie mają przybyć jakieś elfy to lepiej poinformować nawet naszego krasnogbura. Lepiej się przed nimi bronić w całej kompanii niż jako niedołężna piątka.

Dżungla Tuk'kok

351
POST POSTACI
Dandre
Skinieniem głowy bard uprzejmie zgodził się z pierwszymi wypowiedzianymi przez Shirana słowami. Z pewnością musiał wszak na głowę chorować, by podejmować decyzje, którymi przed paroma minutami mógł doprowadzić do rychłego zgonu ich uroczej zbieraniny. Na całe szczęście jednak nie utonęli pod deszczem płomieni, a dżungla wcale nie zamieniła się w smętne skwarki. Były to niejakie pozytywy, oczywiście, ale Birian wolałby żyć w świecie, w którym w ogóle nie doszło do tej serii niefortunnych zdarzeń.
Kolejne otwarcie gęby Shirana sprawiło, że bard prychnął cicho i spojrzał nań z uniesioną w rozbawieniu brwią.
- Mój drogi kompanie, to, że niektórzy są w stanie użyć języka do stworzenia wartościowej wypowiedzi, miast lizania rynsztoków i plwania wkoło mową godną parszywych spelun, nie znaczy od razu, że są fałszywi i zakłamani. Radzę czasem spróbować, a nuż będzie ci się przyjemniej żyło! Mądre panie lasu z pewnością wiedzą, że z moich ust wypływa jeno prawda i nic poza nią. - uśmiechnął się ślicznie do driad, mając cichą nadzieję, że jego czołu nie zdarzy się przyciągnąć do siebie jeszcze jednego twardego orzecha. Shiran dalej kąsał, a Dandre z tego wszystkiego aż machnął ręką... I roześmiał się cicho.
- Język ten zbyt sprawny, by odebrać go światu. - puścił kompanowi oczko, zaśmiewając się dalej - Keron zaraz utonąłby we łzach!


Przepychanki słowne nie mogły trwać wiecznie. Dandre przywołał się zaraz do porządku, a jego wzrok naturalnie podążył ku oczom, które go szukały. Patrzył więc na Bealei, starając się zawalczyć z odruchem nakazującym odbicie jej ruchu i przekrzywienie głowy, tak jak ona to zrobiła. Było coś zadziwiająco groźnego w jej onirycznej osobie, oświetlonej teraz krwawym światłem zachodzącego słońca; piękno driady, lekkie jak liście na wietrze i kruche niczym krople rosy, kończyło się w jej czarnych jak noc oczach, niepokojąco pustych dla zwykłego człowieka. Groźna aura uleciała jednak, gdy tylko leśny duszek znów się odezwał.
Na wspomnienie o paleniu drzew, Birian przyłożył dłoń do serca i ze skruchą opuścił wzrok.
- Szczęśliwie uniknęliśmy śmiercionośnych ognistych języków, które niefortunnie sami sprowadziliśmy na waszą dżunglę, jednak... Nic nie ochroni nas przed spalającym nasze wnętrza wstydem. Raz jeszcze; szczerze przepraszam, z głębi serca. - jej perlisty śmiech uspokoił go nieco, jednak niesmak pozostał. Był artystą, ruszył w świat, by poznać ból Ujścia i opisać go najlepiej, jak tylko potrafił, ale sam nigdy nie chciał nieść destrukcji. Na wyprawę zgłosił się, by poznać świat od dawna nietknięty ludzką ręką, pozostawiony sam sobie i snuć opowieści o jego kolorycie... Zaś w praktyce, niejako przyczynił się do przemiany części dżungli w skwierczące skwarki.
- Bealei, czy winniśmy obawiać się tych złych duchów, podczas naszej dalszej wędrówki? Czy może jeno sprawdzać co pięć kroków, czy z gardeł nie sterczą nam elfie strzały? - uśmiechnął się lekko, choć w jego melodyjnym głosie pobrzmiewała jakaś nuta niepokoju.
W międzyczasie Shiran spróbował jagód i... Nadal stał na nogach. Najwyraźniej więc driady skończyły się z nimi bawić i faktycznie oferowały swoją pomoc. Przemiłe z ich strony, szczególnie po tym, jak spalili im część dżungli. Leśne duszki okazywały wyrozumiałość, jakiej próżno byłoby szukać wśród "cywilizowanych" mieszkańców kontynentu. Własność to własność, a za przewiny kara musi być.


Na wspomnienie o zającu, przed oczami Barda stanęło wspomnienie damy, z którą niegdyś podróżował. Miejska dziewuszka dołączyła do drużyny, z którą Birian wędrował ze stolicy do Oros. Pamiętał jej szczery zachwyt, gdy dostrzegła uroczego szaraka na polanie... I przeszywający uszy pisk, który z siebie wydała, gdy jeden z wojów dla wprawy puścił w stronę zwierzęcia strzałę.
Stłumił narastający w nim śmiech. Za chwilę usłyszał też kolejny plusk; Aremani zdecydowała się dołączyć do ich rzecznego towarzystwa. No, driady zdecydowały za nią. Naczelna złośnica ich małej kompanii tym razem jednak nie miotała piorunami z oczu i nie raczyła swego otoczenia pięknymi wiązankami godnymi zaprawionych w bojach żeglarzy. Birian powitał ją żartobliwie grzecznym ukłonem, połączonym z dziwnym wywijaniem dłonią. Mogła się domyślić, że to jakiś dworski wymysł z kontynentu.
- Dotychczas dżungla raczej z nami nie rozmawiała, choć spotkanie z jednym przerośniętym kotem do najprzyjemniejszych z pewnością nie należało. Gdzie jest ta Wyspa Drzewa? A nuż ktoś z naszej załogi zechce spróbować pertraktacji? Dobrze byłoby móc go wtedy pokierować. - prościutko w paszczę lwa. Te elfy w narracji driad brzmiały na bandę bardzo nieprzyjemnych istot. Ciekawe ile wspólnego miały ze swoimi krewniakami z kontynentu? Z doświadczenia wiedział, że nawet wysokie potrafiły być przyjemne w obyciu, jeśli tylko odpowiednio się do nich podeszło...


Wtem!
Dziwny dźwięk. Pani kapitan się śmiała. Nie był to śmiech uroczy, ni przesadnie ujmujący, jednak samo zjawisko było tak nowe i tak niespodziewane, że bard odruchowo się uśmiechnął. Gdy przepływała obok Biriana, ten odsunął się o pół kroku, marszcząc nieznacznie czoło.
- Z całym szacunkiem, pani kapitan, ale wydaje mi się, że młoda ma rację. - spojrzał na Aremani. Z jego głosu zniknęły już wszelkie ślady kpiny, wrócił poważny Dandre. - Jeśli te dobre istoty nie hiperbolizują, to elfy wydają się być niezbyt przyjemną gromadą, która najpewniej pierw naszpikuje nas strzałami, czy Bogowie wiedzą czym, a dopiero później pomyśli nad zadawaniem pytań. - odruchowo pogładził się po bródce, z której wciąż co jakiś czas kapała woda.
- Chyba, że spróbowalibyśmy się z nimi rozmówić... Gdyby tylko Bealei, Oakia i Tilia spróbowały się za nas wstawić, to może mielibyśmy szansę na chwilę rozmowy. I wspomnienie o naszym drogim krasnoludzie. - spojrzał na driady. Przyjrzał się każdej po kolei, nim wreszcie pokręcił głową i wzruszył ramionami.
- Możemy też iść, odbębnić naszą robotę i spróbować nie umrzeć, czemu nie? - sięgnął do pasa po manierkę z winem, by spotkać się z pustką i głębokim rozczarowaniem. Szczery smutek mignął w jego pięknych, błekitnych oczach.
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

352
POST POSTACI
Shiran
A więc krwawa poświata nie tylko wyglądała groźnie, ale jak się okazuje, również doprowadziła do mojego wybuchu. Magia, która od zawsze we mnie krążyła, odmówiła współpracy tylko i wyłącznie dlatego, że coś zasłoniło słońce. Mój prosty umysł nie pojmował tego fenomenu, ale co się dziwić - specem od magii nie byłem.
W każdym razie - od jagód nie umarłem, co najwyżej zawirowało mi coś w trzewiach. Znaczy gazy jakieś. No nieważne.
Istotniejszym było to, że ten skończony debil dalej mielił jęzorem.
- To musi być fascynujące... - Odpowiedziałem. - Taka pamięć złotej rybki, bo sam podobnych epitetów używałeś chwilę wcześniej. - Jeśli nie o wiele gorszych, jak wspominałem besztanie na kamieniu. Na resztę zaczepek jednak nie zamierzałem odpowiadać. Szkoda słów na gnoja, czy też śliny na języku. Co jak co, ale gróźb nie puszczam płazem. Mieszanie innych, na których mi zależy, w osobiste utarczki też nie należały do czystych zagrań - takich zachowań nie przepuszczę. I miałem głęboko w dupie misję, pokojowe nastawienie, czy dobre samopoczucie głównodowodzącej. Pewnych rzeczy po prostu się nie odpuszcza.

Chwilę później do wody wciągnięto Aremani. Widać woda także i jej pomogła, bo dziewczyna nagle ożyła, nie przypominając więcej lalki. Ciekawe co jej dolegało? Tamta driada wydawała się wcześniej... Mówić do powietrza? Tak jakby ruda umiała wychodzić z ciała? Niepokojąca umiejętność, bardzo przydatna przy przeszpiegach. Chyba mocno nie doceniałem naszego Rudaska.
Obserwowałem jak radziła sobie z chłodnym żywiołem. Trochę pomachała rękoma, trochę się pokrztusiła, ale koniec końców udało jej się wstać. Upewniłem się jeszcze szybkim spojrzeniem, czy nie potrzebuje pomocy, ale jak widziałem, radziła sobie doskonale sama. Nie pozostało mi więc nic innego jak posłuchać opowieści o elfach...

...A potem wywodu Nellrien. Sprytnie to sobie uknuła, ale zarówno Aremani, jak i ten zjeb-pozer mieli rację - elfy tu po prostu przyjdą i będą chciały krwi. Wiem co mówiłem, a świadczyć mogły o tym moje elfie uszy. Cóż... Trudna sytuacja...
Obserwowałem panią kapitan, która powoli zbliżała się do mnie. Poczekałem na odpowiedni moment i lekko, acz stanowczo chwytając za bark, powstrzymałem ją przed dalszym odpłynięciem.
- Albo wezmę to na siebie... - powiedziałem nieco posępnie, cicho pod nosem, tak że usłyszeć mnie mogła tylko Nellrien. Sam nie wiem, czy mój ton głosu brzmiał tak przez poczucie zdrady, czy też raczej samej czynności, która za bardzo do mnie podobna nie była.
- Pogadam z nimi. Z elfami się znaczy. Do swojego strzelać od razu nie powinni, a potem... Potem zależy czy jeszcze będę oddychać - Nie chciałem zgrywać jakiegoś białego rycerza, czy coś, ale... Ale coś w środku kazało mi mimo wszystko nie doprowadzić do krzywdy Nellrien, która mogłaby dostać rykoszetem za moje wybryki. Aremani, Gryzipiórek i ta nowa prawdę mówiąc mi zwisali, ale pani Kapitan. Dziwne uczucie...
- Widzę, że ten kurdupel nieźle wam zalazł za skórę, skoro chcecie nasyłać na niego elfie komando - powiedziałem, by zmienić tor swoich myśli. Dedukcja trudna nie była. Wściekła Nellrien i urażony Rudasek po spotkaniu z krasnoludem. Ciekawe co tam się wydarzyło...

Dżungla Tuk'kok

353
POST BARDA
Choć driada ciągnęła Aremani po trawie nieprzyjemnie szybko, to dziewczyna sprawnie pozbyła się plecaka. Faktycznie, w przeciwieństwie do zawartości pozostałych toreb, jej była dużo bardziej podatna na uszkodzenia przez wodę. Do rzeki Ara wpadła już bez niego, choć nadal we wszystkich ubraniach, tak, jak pozostali. Jedyną osobą, wciąż stojącą na suchym lądzie i w swojej suchej, obszytej drogą, żakardową taśmą bluzce z bufiastymi rękawami, pozostawała Neela, teraz z oddali, niepewnie obserwująca driady, które póki co nie były zainteresowane jej osobą. Nie były, albo bardzo dobrze to udawały.
- Wyspa jest po tej stronie, z której przychodzi słońce - odparła Bealei. - A duchów? Zawsze powinniście się ich bać. Teraz w szczególności. A jeszcze bardziej w nocy. Przyjdą po was, jak tu zostaniecie - przeciągnęła się, zerkając w niebo. - Może w swoich materiałowych domach będziecie bezpieczni. Jak nie będziecie zostawać sami. Nigdy nie zostawajcie sami.
Ponure ostrzeżenie, wypowiedziane jej jasnym głosikiem, wcale nie brzmiało bardziej optymistycznie.

Złapana za ramię Nellrien odwzajemniła chwyt, oplatając palcami przedramię półelfa. Widać wcale nie zamierzała odpływać daleko i liczyła na to, że zatrzyma się na czymś po drodze. Nie podnosiła się jednak na nogi; wciąż wpatrywała się w niebo, a jej wzrok przeniósł się na twarz Shirana dopiero wtedy, gdy ten się odezwał.
- Zanim dopłyną tutaj, minie trochę czasu - zauważyła, marszcząc brwi z niezadowoleniem. Czy wynikało z faktu, że nikt się z nią nie zgodził, czy z tego, że półelf chciał wziąć na siebie winę za spalenie dżungli, tego nie wiedział. - Syndykat zamierza zrobić z tym miejscem dużo więcej, niż tylko spalić kilka drzew - dodała cicho, tak, by nie słyszały jej driady, przez co właściwie usłyszał ją tylko on. - To był wypadek. Wycinka połowy dżungli nim nie będzie. Tego na siebie nie weźmiesz.
Tilia zsunęła się znów do wody, ponownie wyciągając dłoń z jagodami w kierunku Aremani. Była dość zdeterminowana, by nakarmić zielarkę owocami, choć przecież po znalezieniu się w rzece kobieta doszła do siebie. Chcąc ją przekonać, sama zjadła jedną. Nie wyglądała, jakby cokolwiek się jej stało, tak samo zresztą jak Shiran.
- Jeśli chcą nas naszpikować strzałami, nie mam nic przeciwko. Co za różnica gdzie zdechnę. Grunt, żeby Barbano poszedł na dno ze mną - stwierdziła kapitan, stając wreszcie na nogi. Puściła rękę półelfa, by odgarnąć włosy z twarzy i ruszyła przez wodę w stronę brzegu, odklejając po drodze od siebie nieszczególnie skromnie wyglądającą teraz koszulę. Gdy wyszła, usiadła na brzegu i zaczęła rozsznurowywać buty, żeby i z nich wylać wodę.
- A co wy tu macie zrobić? - spytała Oakia.
- Znaleźć starą kopalnię. A na dłuższą metę dowiedzieć się, czemu dżungla tak szaleje - Nellrien uniosła wzrok na długowłosą driadę. - Może wy wiecie gdzie jest ta nieszczęsna kopalnia?
Istota roześmiała się w odpowiedzi.
- Zaprowadzić do rzeki, nakarmić jagodami, wstawić się za wami u elfów, znaleźć kopalnię - wymieniła. - A co wy dla nas zrobicie? Nie jesteśmy od spełniania życzeń.
- Czasem jesteśmy - zauważyła Bealei.
- Czasem tak. Ale tylko jak chcemy. Musicie zrobić coś, żebyśmy chciały, bo teraz nie chcemy.

Nellrien westchnęła i wciągnęła buty z powrotem na nogi, z niezadowoleniem przyglądając się temu, jak wyglądał cały jej strój. Jako kapitan statku musiała być przyzwyczajona do tego, że bywała przemoczona do suchej nitki, ale z pewnością wolałaby nie doświadczać tego teraz, gdy miała kawał dżungli do przejścia.
- Barbano jest... moim bezpośrednim przełożonym. Łączy nas długa historia... - zamilkła na moment, nad czymś się zastanawiając. W końcu pokręciła głową. - Której nie chcę opowiadać. Muszę stosować się do jego rozkazów ze względu na kontrakt, jaki mamy podpisany. Jest skurwysynem i dwulicowym chujem. Nie mogę zrezygnować ani zerwać kontraktu, bo moje życie się skończy. Wszystko, co wypracowałam do tej pory...
Znów nie dokończyła, opuściła tylko wzrok na wysoką trawę. Rozplątała mokre włosy, pozwalając im opaść na ramiona. Przez tę krótką chwilę dla odmiany nie wyglądała, jakby była wściekła na cały świat, ale jakby ten świat zwalił się jej całym ciężarem na ramiona i nie miała już sił, by dłużej utrzymywać je dumnie wyprostowane.
- Nie możemy iść dalej. Nie podczas zaćmienia. Powinniśmy wrócić do obozu i przeczekać anomalię - stwierdziła w końcu. - Z pewnością pozostałe grupy, o ile dowodziły nimi osoby niepozbawione pomyślunku, też wracają. Nie możemy stracić połowy ludzi pierwszego dnia, tylko przez to, że kręgi na niebie ustawiły się w rządek - machnęła niedbale dłonią w górę. - Powrót do obozu i tak będzie wystarczająco trudnym zadaniem.
- Z tym możemy wam pomóc - zaproponowała Oakia. - Możemy dopilnować, żebyście mieli czystą drogę z powrotem na plażę. Jeśli pójdziecie prosto tam. Ale ona nie może wyjść z rzeki, zanim nie zje jagód - wyciągnęła wyprostowaną rękę w kierunku Aremani.

Spoiler:
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

354
POST POSTACI
Dandre
Żywa rozmowa z Shiranem powoli dobiegała końca, pozostawiając po sobie paskudny niedosyt. Zupełnie jakby dama do rogu zapędziła, wyszeptała do ucha parę zachęcających słów, ścisnęła tu i ówdzie, może nawet usta odcisnęła na szyi, tylko po to by zaraz umknąć gdzieś i nie wrócić do końca wieczora. Nie był to czas ni miejsce na słowne potyczki, choć bard cały się do tego rwał, darząc podobne ekscesy zamiłowaniem niemal tak wielkim jak faktyczną szermierkę... A może nawet większym? Zależało od dnia.
- Nie zaprzeczę! Człowiek obyty nie winien wyzbywać się zupełnie wulgarności. Trudno w leksyce o inne słowa, które z taką łatwością wyrażałyby emocje mówiącego, tak szybko kwitowały rzeczywistość... Na wszystko jednak jest czas i miejsce! Co innego radośnie sobie kląć przed kamieniem w środku dżungli, a co innego kalać uszy tych pięknych istot, które... Niejako udzieliły nam gościny. - widać było w jego oczach, że gdyby tylko mógł, najpewniej pociągnąłby ten wywód dalej, zanudzając na śmierć wszystkich tu obecnych. Popatrzył jednak po driadach, zahaczył wzrokiem o ich zagubioną, śliczną gapowiczkę i... Ugryzł się w język. Trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny, a teraz już zdecydowanie przesadzał. Mieli na głowie ważniejsze sprawy od głupich przepychanek. Złapał się na tym, że faktycznie zależało mu na ugruntowaniu swojej wyższości nad ich kipiącym kpiącym towarzyszem i ni w ząb mu się to nie podobało. Za stary już był na odgrywanie kogucika.


Z jakiegoś powodu temat duchów i innych nadprzyrodzonych zjawisk zawsze wzbudzał w nim fale sceptycyzmu. Teraz jednak nie wysłuchiwał ględzenia starej baby na targu, która chciała mu wróżyć z dłoni za parę gryfów, a obcował z prawdziwymi driadami, o których dotychczas czytywał jedynie w podaniach ludowych. Jak można pozostawać sceptycznym, gdy Bogowie schodzą do swoich najgorliwszych wyznawców i obdarowują ich podarkami, a nieopisywalne zło kłębi się na północy kontynentu, na którym jego ojczyzna boryka się z problemem nieumarłych? Jeśli martwi mogą wstać i mordować swoich dawnych przyjaciół, to czemu w lesie nie miałyby kryć się złe duchy?
Skłonił się lekko przed driadami.
- Dziękuję wam za ostrzeżenie, weźmiemy je sobie do serca. Bardzoście dla nas dobre, panie lasu. - odrzekł, powoli ruszając w stronę brzegu rzeki. Pojęcia nie miał dlaczego i jego wrzuciły do jej chłodnego nurtu, wszak z czarami w życiu nic wspólnego nie miał. Może i im nadepnął wcześniej jakoś na odcisk?
Usiadł na jednym z kamieni i począł wylewać wodę z butów. Koszula lepiła mu się do ciała, ciemne włosy opadały falami na twarz, a przemoczone spodnie doprowadzały go do szaleństwa. Poświęcił chwilę na wykręcanie czego się da, zdejmując przy tym na moment koszulę, coby odpowiednio się nią zająć. I choć daleko mu było do świętoszka, a pojęcie wstydliwości było mu obce, to wstrzymał się przed zrobieniem tego samego ze spodniami. Jeszcze się młoda speszy.


Bard pokiwał powoli głową, gdy pani kapitan w końcu się odezwała. Oj, ależ jej tam ktoś zalazł za skórę, aż strach pomyśleć!
Przez chwilę sam rozważał ideę śmierci tutaj, magicznej metamorfozy w jeża, dzięki pomocy tutejszych elfów. Patrząc na swoje życie, dotychczasowe wyczyny i przeróżne decyzje, które podejmował, odnosił czasem wrażenie, że w tak naprawdę to tego właśnie szuka. Nie natchnienia, nie żadnego przeżycia absolutnego, a kojącego uścisku śmierci. W ciągłym samobójczym pędzie od jednego szaleństwa do drugiego, ścigając niebezpieczeństwa, by zagłuszyć w sobie wszystko to, czego nie znosił. Czy tym był?
Nie, chyba nie.
Do rzeczywistości przywołał go dźwięczny śmiech Oakii. Bard na moment jakby zamarł, by zaraz samemu się roześmiać, lekko i melodyjnie, zupełnie beztrosko, jakby siedział nad kuflem w karczmie.
- W istocie, bardzośmy łasi na waszą pomoc, a sami niewiele możemy dać w zamian. Wybaczcie, taka chyba już ludzka natura! Czasem trudno z nią wygrać. - wstał, narzucił sobie koszulę na ramiona i z niebywałą wręcz wprawą rozgromił guziki w krótkiej potyczce. Zawinął rękawy za łokcie, jednym uchem przysłuchując się słowom pani kapitan.
- Takie persony nigdy nie kończą dobrze. A nuż to pośród tych drzew i tych piasków pan Barbano uda się na... spoczynek? My zaś, jako twoja załoga, jesteśmy tu po to, by upewnić się, że twoje życie bynajmniej się przedwcześnie nie skończy... Choć z kontraktem akurat nie pomożemy. - wzruszył ramionami, rozglądając się wkoło za maczetą. Chyba upuścił ją gdzieś, gdy driady targały nim po ziemi. Cóż...


A więc powrót do obozu. Pani kapitan miała jednak z nich wszystkich najwięcej oleju w głowie. Sam pewnie uległby żądzy przygód i uparł się na dalszy marsz w głąb dżungli. Ba! Może nawet próbowałby doprowadzić do spotkania z elfami i podjął próby mediacji?
Na całe szczęście, tym razem to nie Birian odpowiadał za grupę. W Ujściu i tak nigdy nie czuł się z tym zbyt dobrze.
- Zaprawdę, Oakio, wiele wam dziś zawdzięczamy. Nie wiem nawet jak moglibyśmy podziękować wam za wasze dobro i troskę. Mam nadzieję, że dane będzie nam jakoś się odwdzięczyć, wyrzeknijcie jeno słowo. - uśmiechnął się do duszków lasu, kłaniając się lekko na pożegnanie.
- Aremani, nie każ naszym paniom czekać. Widzisz przecież, że chcą dla nas dobrze, a gościnności odmawiać nie wypada. Nawet jeśli czasem może boleć od niej czoło. - rozbawiony puścił do niej oczko - Im szybciej zaczniemy drogę powrotną, tym lepiej.


Dandre nie sterczał nad rzeką dłużej niż było trzeba, obrócił się w końcu w strolę Neelii i podszedł do niej, uśmiechając się ciepło.
- Panienka na tym wszystkim wyszła chyba najlepiej! Sucha, zdrowa, śliczna jak poranek. Nie mógłbym jednak nie zapytać; wszystko w porządku? Wszak mamy za sobą paskudną przeprawę...
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

355
POST POSTACI
Shiran
Bać się duchów... Nigdy nie byłem przesądny, ale ostrzeżenie wypowiedziane przez Bealei wydawało się zbyt poważne, by zwątpić w prawdziwość słów leśnego stworzenia. Sugerowały też powrót do namiotów, jeśli dobrze zrozumiałem idee materiałowego domu. Nie chciały byśmy zostawali na noc w dżungli. Podejrzane... Ale może po prostu o nas się troszczyły w ten swój jakże pokręcony sposób.

Spojrzałem na Nellrien, gdy ta odwzajemniła mój chwyt. Przyznam, że przeszedł mnie lekki dreszcz, który niestety rozszedł się równie szybko jak się zaczął. Patrzyła się cały czas w niebo, zaś jej oczy wydawały się zamyślone. Prawdziwa pani kapitan, która chyba chwilowo pokazywała swoją delikatniejszą stronę. Czyżby jednak martwiła się o mnie?
- Więc zrobimy to tak, że wina spadnie na tego tłustego kurdupla - powiedziałem ponownie cicho. - ... ale jeśli teraz wrócimy do obozu... - Nie dokończyłem zdania, robiąc efektowną pauzę. Dałem jej wstać i wysłuchałem monologu.
- A różnica jest. Liczy się z kim zdechniesz i za co zdechniesz. Na szczęście masz mnie przy sobie - uśmiechnąłem się lekko, zastanawiając się jak to odbierze.

Nie komentowałem jednak więcej, rozglądając się raczej za czymś co mógłbym narzucić na siebie. Stałem w końcu dalej nagi od pasa w górę, bez plecaka, bez maczety. Jedynie ze swoim mieczem. No cóż... Wyszedłem z rzeki, sam w sumie nie wiem na co licząc. Dodreptałem do pani kapitan, ignorując całkowicie pozera bez koszuli i podobnie jak reszta ściągnąłem przemoczone buty, z których wylałem wodę. Spodnie... A nie będę gorszyć tej nowej, która w sumie jako jedyna nie skończyła w wodzie. Pewnie dlatego, że nie była magiczna, ale tylko ja i Rudasek dostaliśmy jagody... Gubiłem się powoli w tym wszystkim. No, ale jedno mogłem powiedzieć - nie czułem więcej przerażającego żaru. Znaczy jagody chyba działały.

Słuchałem uważnie tego co każdy mówił. Były propozycje dotyczące pomocy, czy też raczej jakaś oferta handlowa. Spojrzałem się na Nellrien, która zawiesiła głos. Smutek w jej oczach był aż nadto wyraźny. Nic nie mówiłem. Położyłem za to rękę na jej ramieniu.
- No to skurwiela trzeba będzie skrócić jeszcze mocniej - mruknąłem pod nosem, ale nic więcej nie dodawałem. Jakaś wewnętrzna potrzeba bycia oparciem dla tej skrzywdzonej istoty, przez chwilę przebiła się przez mój pancerz obojętności. naprawdę nie chciałem o tym myśleć. Chciałem za to myśleć o możliwościach wykorzystania driad. Im szybciej ogarniemy wyspę, tym szybciej będę miał wolną rękę do zapolowania na pewnego kurdupla. Powiedzmy, przyjacielska przysługa. Nachyliłem się więc do Nellrien, mając nadzieję, że doceni to że nie wyrwałem się tym razem z pyskiem i że wolę najpierw skonsultować z nią pewne akcje:
- A gdyby tak powiedzieć im o planach Barbano? Powiedzieć, że chcemy temu zapobiec. To byłoby nasze coś, dzięki czemu pomogłyby nam z dotarciem do kopalni... - wyszeptałem wprost do jej ucha, mając nadzieję, że za chwilę nie wygarnę flinty w nos.

Dżungla Tuk'kok

356
POST POSTACI
Aremani
Choć plecak Aremani leżał bezpiecznie na ziemi i był cały suchy to dziewczyna czuła, że z chęcią zamieniałaby się z nim miejscami. Stanie w wodzie w pełnym ubraniu nie należało do najprzyjemniejszych, a w dodatku wilgoci akurat im tu nie brakowało. Młódka już sobie wyobrażała, jak komary muszą się ślinić na ich widok. "Czy komary się w sumie ślinią?" Ciężko było jej wycisnąć wodę z włosów i już planowała wychodzić z wody by zająć się całym odzieniem, gdy przytrzymały ją słowa driady o duchach i elfach. Aremani uważała się za naukowca, toteż do wszelkich opowieści o bytach nadnaturalnych podchodziła z dystansem, jednak była też dzieckiem Archipelagu. Rozumiała silne podstawy ludowych podań i większy, tajemniczy mistycyzm tworzący aurę wysp, szczególnie tych niepoznanych. Zamierzała respektować ostrzeżenie driad. Uznawała też, że w tym punkcie ich "przygody" powrót do obozowiska wydawał się najsensowniejszy. "Wyspa Drzewa jest na wschodzie. Zapamiętać."
Jakieś dziwne oznaki bliskości pomiędzy Shiranem a Nellrien wydawały jej się... no, dziwne. Jakby poczucie nieprofesjonalizmu mieszało się z pewną ostentacyjnością a to wszystko było przybarwione... kapką zazdrości? "A ten gbur i zrzęda czym sobie zasłużył, by tak ten teges być z panią kapitan, co? Pfff, dupoliz jak ich wiele, ślisko się wciska jak węgorz w wazelinie". Oczywiście, że Aremani nie przyznałaby, że sama chciałaby zaprzyjaźnić się z tak imponującą osobowością jak Pani Kapitan. Ale jej słowa... zaniepokoiły ją. "Wyciąć? Co to znaczy wyciąć? To miała być ekspedycja, nie rozeznanie pod budowę jebanego tartaku! O bogi, w co ja się wjebałam?". Zaskoczenie było bardzo widoczne na jej twarzy. Takiej wiadomości nie mogła przyswoić nie odczuwając wstrętu. Nie wiedziała jednak teraz, czy go odczuwa względem mizoginistycznego krasnala czy samej siebie...
Dziewczyna zastanawiała się, czy jakkolwiek skomentować to wszystko, gdy wyczuła, że driada ponownie wsuwa jej w rękę garść jagód. Tym razem jednak czuła je w ręce bardzo dokładnie, a nie będąc poza swoim ciałem i odczuwając wszelkie bodźce fizyczne jak przez warstwę okładziny. Z dużą dozą niepewności Ara wybrała jedną z jagódek i przez chwilę obracała ją między kciukiem i palcem wskazującym, jakby sprawdzając jej świeżość i czystość. Owoc był jędrny, wyglądał jak najbardziej soczysta rzecz, jaką zielarka kiedykolwiek widziała w życiu. Gdy wszystko wydawało się być we względnej normie Aremani zjadła jedną. Kwaśny posmak rozlał jej się po języku, a ta wciąż nie przestawała analizować, tym razem aktywując swój zmysł smaku najbardziej jak się da. Ciekawiło ją, czy magia może mieć jakiś smak.
Z jej wyimaginowanych elaboratów na temat komponentów smakowych energii magicznej wyrwał ją nie kto inny tylko Dandre, w tym momencie lider wśród światowych rozpraszaczy uwagi. Jednak tym razem nie poczynił tego za pomocą swej nieustannie rozchwianej jadaczki a poprzez zdjęcie koszuli. Znowu. Aremani niekontrolowanie zalała się rumieńcem i odwróciła wzrok, by nie patrzeć przez chwilę chociaż ani na wyrzeźbionego barda ani półnagiego półelfa A TYM BARDZIEJ na Kapitan Mokrego Podkoszulka. Schowała twarz za wolną dłonią, szukając uspokojenia głowy w czymś niewinnym i spokojnym. Jej wzrok na szczęście spoczął na Neeli, która zdawała się być wciąż bardzo przerażona tym wszystkim. Jej widoczna bezradność i czyste zagubienie w oczach dawały Aremani jakieś poczucie komfortu. Nie umiała w sumie powiedzieć, dlaczego.
Dandre tym razem zwrócił się bezpośrednio do niej, ponaglając w poleceniu driad, by zjeść jagody. Zielarka czuła się trochę nieswojo. Ewidentnie ktoś narzucał jej w tym momencie swoją wolę, co była dla niej jednym z gorszych bodźców zapalnych dla jej frustracji. W dodatku nie czuła się bezpiecznie niezależnie od tego, jaką decyzję podejmie. Co jeśli nie zje jagód i jej Ptasie Widzenie znów zwariuje po wyjściu z rzeki, nie pozwalając jej wrócić do ciała? A co jeśli jagody są jednak zatrute albo sprawią, że driady będą w stanie ich kontrolować? Żadna z opcji nie wydawała się dobra, to tylko rozsierdzało Aremani. Koniec końców zrobiła coś wbrew sobie - przestała myśleć. I po prostu zjadła całą garść jagód na raz. Ich słodko-kwaśny posmak wydawał się teraz dziewczynie największą goryczą, smakiem bycia pokonaną. "Zapomnij o tym, będziesz się lepiej czuła. Działaj dalej. Kurwa..." Chyba jej było niedobrze.
Bard wyprzedził pomysł Aremani o sprawdzenie, jak się ma Neela. Podsłuchała tylko tego, co dziewczyna by odpowiedziała. Po tym postanowiła w końcu wyjść z wody i chwycić za swój ekwipaż na ziemi.
- Dobra, zgrajo, nie ma co. Wracajmy, ogarnijmy się i przemyślmy. Chyba każda z grup zesrała się trochę po tym zaćmieniu, więc chociaż nie powinno być przypału. A nawet jeśli, to pamiętajcie - to wszystko wina karła!

Dżungla Tuk'kok

357
POST BARDA
- Tak, jesteśmy dobre - zgodziła się Tilia w odpowiedzi na zawoalowane komplementy barda. - Macie szczęście, że to my was znalazłyśmy. Może ty też chcesz jagody?
Uśmiechnęła się do niego, momentalnie przywołując wspomnienie bólu wywołanego orzechem uderzającym w głowę mężczyzny z siłą pocisku wystrzelonego z procy. Ale jagodami chyba nikt nie zamierzał w nikogo rzucać, prawda? Były zbyt cenne, zwłaszcza, że przynosiły ulgę zarówno Shiranowi, jak i Aremani. Oboje obawiali się, co wydarzy się, gdy wyjdą z rzeki i czysta, spływająca woda przestanie niwelować siłę buzującej w nich magii. Okazywało się jednak, że kwaśne jagody były dokładnie tym, czego na tę chwilę potrzebowali. Pytanie tylko jak długo potrwa ich działanie i na czym ono konkretnie polegało. Żadne z nich nie próbowało przyzywać swojej magii od momentu, w którym zostali wciągnięci do rzeki, ale może była to słuszna decyzja? Nikt nie wiedział, jak zareagowałaby w krwawej poświacie ukrytego za księżycami słońca.
- Wymyślimy coś. Jeszcze się odwdzięczycie. Ktoś będzie was obserwować - uśmiechnęła się Tilia, znów nurkując w wodzie, choć tym razem nie zabierając nikogo za sobą. Wynurzyła się z rzeki kilka metrów dalej.

Słysząc ich deklaracje wsparcia, kapitan parsknęła suchym śmiechem i przesunęła spojrzeniem po ich twarzach, przez moment wyglądając, jakby widziała ich po raz pierwszy. I może faktycznie tak było; może dopiero teraz poświęciła im więcej uwagi, niż przeciętnym najemnikom, jacy raz na jakiś czas pojawiali się na jej pokładzie i równie szybko z niego znikali.
- Podziwiam wasz optymizm - mruknęła. - Tak jakbym już tego nie próbowała. Ty, Shiran, też wiesz jak poprawić nastrój. Na szczęście zdechniemy razem? Nie mam komu ani czemu poświęcać swojego życia, a Barbano na pewno nie byłby tutaj ani moim pierwszym, ani nawet ostatnim wyborem.
Rozpuszczone włosy przeczesała palcami, zasłaniając nimi to, co podkreślała mokra koszula, a co doprowadzało do takiego rumieńca na twarzy Aremani. Westchnęła, zaglądając do swojej torby. Pólelf nie zdążył zorientować się, czego szukała, bo gdy cicho zaproponował jej swój pomysł na porozumienie z driadami, odwróciła się do niego nagle, zamierając z szeroko otwartymi oczami centymetry od niego.
- Nie możesz - odpowiedziała równie cicho. Z pewnością nie zastanawiała się w ogóle nad tym, jak ich szeptanie na uboczu mogło być postrzegane przez pozostałych, ale znając ją, tak czy inaczej miała to głęboko w poważaniu. - W ekspedycję poszło za dużo przygotowań. Wystarczy, że elfy będą nastawione przeciwko niej. Dżungla nienawidzi nas już wystarczająco, nie pogarszaj tego. Zresztą ja... ja nie mogę. Muszę robić to, co mówi Barbano. Muszę realizować jego plany. Jego rozkazy. Nie mogę się sprzeciwić i działać przeciwko niemu. Nie możesz, Shiran.

Zagadnięta przez Biriana, Neela wyrwała się z zamyślenia i zrobiła kilka kroków w jego stronę. Zarumieniła się mocno, tak samo jak Ara, rozglądając się po pozostałych w wyrazie dezorientacji. Niezmiennie wydawała się zarówno przerażona, jak i zachwycona, a teraz do tego zestawu emocji dołączało się poczucie zawstydzenia. Strach pomyśleć, co by było, gdyby sama znalazła się w rzece, co z jakiegoś powodu ją ominęło. Nawet zielarka, która chyba nie zdawała sobie do końca z tego sprawy, patrząc na wszystkich wokół siebie, oblepiona była teraz własnymi ubraniami. Wszystkim przydałoby się przebrać w coś suchego, ale zapasowych ubrań nie zabrali.
- Ja... w porządku, wszystko w porządku - potwierdziła. - Po prostu dużo się wydarzyło w ciągu ostatnich... ostatniej godziny? Jeśli ufacie driadom, że zaprowadzą nas bezpiecznie z powrotem do obozu, chętnie wrócę do obozu. Nie chcę widzieć duchów, już wystarczająco dużo istot z legend siedzi przede mną teraz. Przysięgam, nie wyjdę z namiotu dopóki zaćmienie się nie skończy.
Zawstydzona, patrzyła wciąż gdzieś w bok, unikając spoglądania na ociekającego wodą Biriana i generalnie wszystkich pozostałych.
- Tak... idźmy z powrotem - zgodziła się z ulgą, słysząc słowa Aremani i przez moment czekała, aż wszyscy wrócą do niej, ale driady podniosły się z brzegu i ruszyły w zupełnie inną stronę - wzdłuż rzeki. Nellrien też stęknęła i wstała, z pochmurną miną podążając za nimi.
- Nie możemy iść przez pożar - wyjaśniła Oakia. - On boli. Nawet jak jest już ugaszony, boli nas. Pójdziemy z nurtem, a potem w prawo. Ktoś jeszcze chce jagody? Musicie mieć zapas.
Tilia wróciła z wody na brzeg i dogoniła zielarkę, przez chwilę w milczeniu podskakując radośnie obok niej.
- Serce dżungli czuwa nad nami, ale nad wami nie - poinformowała ją. - A jak będziecie bardzo chcieli zobaczyć tę kopalnię, to jak wróci słońce, pokażemy ją wam. Pod warunkiem, że znajdziecie coś w zamian. Co masz w torbie? - spytała, szturchając palcem ekwipunek kobiety. - Masz tam coś ciekawego?
W czerwonym blasku zaćmienia nawet dość łatwa droga po nabrzeżu rzeki nie należała do najprzyjemniejszych doświadczeń. Prowadziła ich Bealei, klucząc w niskiej roślinności. Gdzieś w odleglejszej gęstwinie Dandre chyba zauważył obserwującą ich parę oczu i jakiś ruch, ale nic nie podchodziło atakować, gdy towarzyszyły im driady.

Spoiler:
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

358
POST POSTACI
Aremani
Gdy tak zaczęli iść wzdłuż rzeki Aremani ponownie zaczęła oglądać przedziwne jagody od driad, dzięki którym ona i Shiran poczuli się trochę lepiej. Nigdy nie widziała tego owocu, choć kilka krzaków jagód już poznała. Zdecydowanie chciała zapytać driadry o roślinę, która je daje, by mogła je opisać i naszkicować w swoim dzienniku, aczkolwiek... Dziewczyna miała poczucie, że już nadto nadwyrężyli ich gościnności, niegrzecznie byłoby być wścibskim. Poza tym wciąż im nie za bardzo ufała. Driady niestety zgodnie podążały za opisem z historii jej mamy czy starszych kobiet z wioski. Były nieprzewidywalne, kapryśne, dużo silniejsze niż można się tego po nich spodziewać i wystarczy chwila nieuwagi bądź bycia nietaktownym, by tę siłę obróciły przeciwko nim.
Pomimo swojego uporu, że nie będzie się rozbierać, Aremani odczuwała dyskomfort idąc w przemoczonym ubraniu. Jednak chęć uniknięcia niepotrzebnych docinek, z pewnością głównie ze strony półelfa, była dużo silniejsza. Stwierdziła więc, że może sobie co najwyżej pozwolić na zdjęcie butów, które chlustały jej wodą z każdym krokiem. Nie było też to dla niej nic wielkiego, bowiem niejednokrotnie przechadzała się bosą stopą po dżungli porastającej Apozo. Oczywiście, Apozo i Kattok były nieporównywalne, tak w swej wielkości, klimacie jak i gęstości zieleni, ale chodziło tu bardziej o nieskrępowany kontakt z naturą. Po dotknięciu bosą stopą podłoża Aremani przypomniały się czasy, gdy kerońska magiczka przygotowywała ją do opanowania Widma Ziemi. Dziewczyna, wtedy to zaledwie dziewczynka, chodziła po ziemi, skałach i konarach boso, a jej mentora kazała jej się skupić na tym, co wyczuwa - teksturę podłoża, jego temperaturę, ewentualne drgania. Czasy te zdawały się być dla niej odległą przeszłością, choć nie minęło od nich nawet dziesięć lat.
Dzierżąc obuwie w jednej dłoni i trzymając plecak za sznurek w lewej Aremani szła posłusznie za driadami, gdy nagle jedna z nich zaczęła się w nią wpatrywać, jakoś tak śmiesznie podrygując. "Czego ona chce jeszcze ode mnie? Mam coś we włosach?" Zielarka pół podświadomie zwolniła dłoń z paska od plecaka, pozwalając mu się oprzeć na barku i przeczesała kilka pasm włosów. Niczego nadspodziewanego nie znalazła, a gdy skończyła to Tilia odezwała się. Aremani parsknęła lekko śmiechem, gdy ta wspomniała o "sercu dżungli".
- Cóż, na mojej wyspie to ja jestem Sercem Dżungli, więc myślę, że się z tym waszym jakoś dogadam. - Zabawnym zrządzeniem losu kiedyś nazwał ją tak ojciec. Było to jednorazowe, aczkolwiek zapadło jej w pamięci. Wróciła kiedyś do domu cała umorusana w błocie i chyba innych brązowych maziach po trzech godzinach spóźnienia na obiad. Oczywiście, mama była wściekła, ale tatko zanosił się śmiechem czując odór już na pięć metrów od domu. "Dlaczego wizje dawnego życia tak teraz mnie nachodzą z większą częstością? Czy to... tęsknota?"

Zanim Aremani zdążyła się zapytać driady, czego mogą to oczekiwać od nich w zamian ta zainteresowała się jej torbą. Dziewczę odruchowo złapała za nią w obronnym geście, jakby matka próbująca osłonić dziecko przed krzywdą. "Nie Twój zasrany interes, co tam mam! Pewnie wrzucisz to do wody." Oczywiście nie ośmieliłaby się tak zwrócić do kogoś, kto mimo swej podejrzanej natury w sumie uratował im życia.
- Aa, ymm... Nic ciekawego, naprawdę. - powiedziała Aremani w sumie prawdę. Bowiem jaką wartością mogą się wykazać dla driady zapasy medyczne i narzędzia alchemiczne. Nie mniej miała jakieś przeczucie, że jeśli tak gwałtownie odmówi Tilii ukazania zawartości plecaka to ta, w swej wścibskości, po prostu wyrwie go bez problemy zielarce i sama zacznie przeszukiwać, co wydawało się dużo gorszym scenariuszem. Toteż, choć niepewnie, Aremani rozsupłała ogromną sakwę przy driadzie i, dalej idąc, wyjmowała kilka rzeczy, pokazując je magicznej istocie.
- No tu mam bandaże, trochę lekarstw... Wiesz, Ci chłopcy z którymi podróżuję bardzo łatwo się kaleczą, więc ktoś musi się nimi opiekować, heh. - Próbowała udawać rozluźnienie poprzez żarty, aczkolwiek ciężko było ukryć jej jakiś rodzaj niepewności i napięcia.
- Mam też, yyy, taką miseczkę. - powiedziała niepewnie. Nie była przekonana, czy pokazywanie driadzie tłuczka do miażdżenia roślinności czy krzesiw do wzniecania ognia to był dobry pomysł, więc poprzestała na naczyniu. Z kolei ostatni obiekt w jej plecaku był najcenniejszy. Bała się go wyciągać przez to, że mógłby się zniszczyć. Ale z drugiej strony driada mogłaby to wyczuć i sama go wyszarpać, a potem... zniszczyć, powyrywać strony. Okropna wizja.

- Mam też... mój notatnik. - zielarka wyciągnęła dziennik badawczy trzymając go mocno za brązową okładkę ze skóry. - Lubię w nim rysować rośliny, pejzaże i... pisać. Tak, pisać. Widzisz? - Spróbowała pokazać driadzie swój ostatni rysunek - szkic brzegu plaży, który zobaczyła po raz pierwszy na Kattok, po zejściu ze Starej Suki. - Przyjechałam tu, bo chciałam narysować jak najwięcej... U siebie w domu już wszystko narysowałam i zaczęłam się... nudzić? Zobacz sama. - Aremani nie była przekonana, jak zwracać się do driady. Czy jak do dorosłej kobiety czy może jak do dziecka, którego osobowość wszystkie trzy przedstawiały. Pokazała Tilii kilka swoich poprzednich szkiców. Na przykład Żółty Potok z Apozo, ogromne i stare Drzewo Wujaszka czy też Przełęcz Niezwykłego Huku. Oczywiście, wszystkie nazwy wymyśliła sama jako dziecko. Było tam też kilka zwierząt, ale zdecydowana większość miała już swoje nazwy. "Poza Guciem Nierobkiem. Najładniejszy owad jakiego w życiu spotkałam." Prezentacja książki skończyła się na dość kształtnym odwzorowaniu Gucia Nierobka wraz z jego kropkowanym pancerzykiem i dużymi rogami jak na żuki przystało. Po tym jednak Aremani zdała sobie sprawę, że za bardzo się chyba rozkręciła i bardzo prędko schowała księgę do plecaka, ponownie zalewając się rumieńcem. Jeszcze nikomu poza mamą nie pokazywała zawartości swojego życiowego dzieła. W konsternacji tej postanowiła skupić swój wzrok przed sobą i po prostu iść, nie zwracając uwagi na całą resztę.

Dżungla Tuk'kok

359
POST POSTACI
Dandre
Z nieschodzącym z twarzy uśmiechem, bard uniósł lekko brew, słysząc pytanie Tilii. Czoło zapulsowało bólem jeszcze nazbyt świeżym, by nazwać go fantomowym, a Dandre, choć matematyk z niego był raczej mierny, wykonał w głowie pewne kalkulacje. Odmówienie podarku byłoby jawnym nietaktem na kontynencie, tutaj zaś mógł jedynie gdybać, czy leśny duszyk od niechcenia wzruszy ramionami, czy obrazi się jak dziecko. Należało również mieć na uwadzę bardzo prostą nierówność; jagoda to nie orzech, a więc kolejny potencjalny rzut skończy się co najwyżej drobnymi zabrudzeniami, zaś jego koszula i tak była najpewniej poszarpana po tym jak przeciągnięto go na pecach przez kawał dżungli.
Z drugiej zaś strony, według driad jagody miały jakieś niecodzienne właściwości. Zresztą, zdawało mu się, że faktycznie pomogły tak Shiranowi, jak i młodej Aremani, którzy bynajmniej nie krzywili się teraz z bólu, a raczej powoli wracali do swych normalnych kolorów. On jednak magikiem bynajmniej nie był.
- Nie chciałbym nadużywać waszej gościnności, Tilio. Magiczne arkana od zawsze były poza moim zasięgiem, a krwawe słońce nie odcisnęło na mnie swojego piętna. Zachowajcie je lepiej dla tych, którzy znajdą się w potrzebie. - raz jeszcze uśmiechnął się i pochylił nieznacznie głowę.
- Będziemy więc oczekiwać na wasz znak. - odparł, nim driada zanurzyła swoje kruche ciałko w wodzie. Miał szczerą nadzieję, że nie mijał się z prawdą. Nie żeby kłamstwa szczególnie go bolały; po prostu uważał, że są siły, z którymi lepiej się układać, niż próbować je wykiwać. Na pierwszy rzut oka, legendarne istoty zamieszkujące tutejszą dżunglę zaliczały się do tychże sił.


Słowa pani kapitan sprawiły, że bard zerknął na moment w jej stronę, wzruszywszy z lekka ramionami.
- Życie jest zbyt krótkie i kruche, by marnować je na zamartwianie się. Wszelkie problemy da się w końcu rozwiązać, a z taką wyjątkową załogą z pewnością nic nie stanie pani kapitan na przeszkodzie. Szaleniec, idiota, dzieweczka i gapowiczka z dobrego domu! Toć jesteśmy niepowstrzymani! - jego śmiech, tak ciepły, lekki i melodyjny, że na moment można było zapomnieć o wszelkich otaczających ich nieprzyjemnościach, poniósł się w dół rzeki, a sam Dandre kręcił powoli głową z przymróżonymi oczami - O poświęcaniu żyć na razie nie mówmy, bo to patetyczne i głupie. Nawet w poezji już się nie sprzedaje. - machnął ręką, odpychając od siebie wspomnienia z Ujścia, które ostatnimi czasy coraz częściej przebijały się do jego świadomości. Może dlatego, że wciąż nie skończył spisywać dziejów oblężonego miasta, gdyż zdecydowanie zbyt często coś ściskało mu gardło, a jego oczy szkliły się jak tafla jeziora... A może to owiele prostsze i ciężar winy wraz z wyrzutami sumienia z czasem tylko narastały?
Niezależnie od odpowiedzi, demony przeszłości na razie mogły iść się jebać. Należało dotrzeć do obozu, a po drodze chłonąć ten nowy, wspaniay świat! Jego kolorytem wypchać z głowy ciemność, przelać inną krew, u boku żwych wciąż towarzyszy.
Brzydotę jeszcze raz zastąpić pięknem.


Brew Biriana wystrzeliła w górę, gdy biedna Neela oblała się rumieńcem. W przeciwieństwie do tych salonowych, pełnych pruderii gier, do których zdąZył na nowo przywyknąć po powrocie do cywilizacji nietkniętej gnijącym dotykiem wojny, jej reakcja zdawała się być szczera. Rozbawiło go to i rozczuliło zarazem, acz starał się nie dać niczego po sobie poznać... Wytrwał w tym postanowieniu niecałe pół sekundy.
- Do twarzy pannie w czerwieni! - zauważył, śmiejąc się cicho. Dziewczyna uciekła wzrokiem w bok, a on pokręcił z rozbawieniem głową, ale ugryzł się w język, powstrzymując się od dalszych komentarzy. - Dobrze to słyszeć! Mnie samemu już w głowie się kręci od nadmiaru wrażeń... Chyba, że ten orzech trzasnął mnie mocniej, niż przypuszczałem. - zmarszczył na moment czoło.
- Może faktycznie to najlepsze rozwiązanie... - mruknął po tym, jak dziewczyna wspomniała namiot. Rozsądek Biriana jej przyklaskiwał, jego dziki pęd do odkrywania nieznanego zaś głośno protestował.
- Cóż, nic to. Nadal mam do waćpanienki jakieś pół tysiąca pytań, ale myślę, że jeszcze będzie na nie czas. - rzekł, kiedy to zbierali się do wymarszu. Dandre nie myślał nawet o szukaniu maczety w tych gąszczach, oparł jeno dłoń na rękojeści miecza i w zamyśleniu ruszył za ich przedziwnymi przewodniczkami.


Jedna z driad zaczepiała Aremani, pytając ją o zawartość jej torby. Birian zdawał się nie zwracać na to większej uwagi, gdyż widział, że młoda stroży się już przy samej Tilii, ale traf chciał, że jakoś tak niechcący zbliżył się trochę i nadstawił ucha... Niektórzy mogliby nawet powiedzieć, że zdarzyło mu się co jakiś czas łypnąć na bok, ale to z pewnością kłamcy i oszczercy.
Bojowy rudzielec zaintrygował go swoją książką, o którą już wcześniej miał zaiar ją wypytać. Z jednej strony głupotą wydawało mu się targanie całego atlasu pod ręką, szczególnie biorąc pod uwagę wszelkie niebezpieczeństwa, któe czekały na nich w dżungli... On w życiu nie poszedłby na przygodę ze stosem świeżych wierszy w torbie.
Jeszcze by jakiś paskudny zbój dopuścił się kradzieży własności intelektualnej, Bogowie brońcie!
Zostawił Aremani driadom i wysunął się trochę na przód. Uważnie obserwował otoczenie. Na razie zarejestrował obserwującą ich parę oczu i, chąc nie chąc, zerkał tam co jakiś czas, by upewnić się, że żadne stworzenie nie zdecyduje się naskoczyć na ich małą drużynę mimo protekcji leśnych duszków.
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

360
POST POSTACI
Shiran
- Wyjaśnijmy sobie jedno... - powiedziałem poważnie, idąc blisko Nellrien, tak że reszta dalej nas nie słyszała. Miałem głęboko w poważaniu co sobie o tym pomyślą. Mam tu ważniejsze sprawy do przegadnia... Zresztą, Rudasek zajęta była pokazywaniem zawartości jej torby, którą tak usilnie chroniła przed wszystkim. Ja swoją zgubiłem... Ups! Na szczęście mój miecz dalej wisiał przy boku. No, a Pajac? Bajerował jak zawsze tamtą Gapowiczkę z dobrego domu. Przyznam ciekawa odmiana, jak na poprzedni stan, gdzie rzucaliśmy sobie porozumiewawcze spojrzenia dotyczące stylu bycia bucyfała. No, ale...

- To Ty musisz robić co mówi Barbano. Ty realizujesz jego plany. I to Ty nie możesz się jemu sprzeciwić... Umyślnie. Ja słucham tu tylko Ciebie.. - Szlak nie był przesadnie szeroki, ale dwie osoby mogły iść przy sobie. Czułem jak moja ręka trąca od czasu do czasu jej dłoń, muskając skórę, niczym letni promyczek ciepłego słońca.
- I głęboko w dupie mam tamtego nadętego krasnoluda. Ty też nie musisz widzieć wszystkiego. Wiedzieć wszystkiego. Słyszeć wszystkiego. Nie jesteś jebanym, magicznym golemem, który umie zrobić wszystko co mu rozkażą... Poza tym jestem Shiranem i widzę, że niektóre rzeczy po prostu trzeba zrobić. Dla niektórych trzeba to zrobić. - Jakkolwiek pompatycznie to nie brzmiało, była to dość istotna chwila pomiędzy mną, a panią kapitan. Jakby nie patrzeć, właśnie przyznałem wprost, że stała się dla mnie dość ważną osobą. naprawdę dziwne uczucie.

- Zatrzymaj mnie, albo udaj że nie wiesz co chcę właśnie zrobić... - powiedziałem z lekkim już uśmiechem na twarzy. Mogła pomyśleć, że dla mnie to zabawa i ciągła gra, ale ufałem, że poznała się na mnie trochę i że doskonale wie, że była to tylko kolejna maska. Spojrzałem się na nią, oczekując jej ruchu. Pachniała wilgocią i czymś... Kwiatowym? A może to tylko zapach dżungli? Starałem nie dać się omamić tym cudownym zapachem, jednocześnie omijając mokrą koszulę i krągłe kształty, które zdradzały dość dużo... Ciekawe, czy pani kapitan też tak spoglądała na mój nagi tors?

Wróć do „Kattok”