Dżungla Tuk'kok

331
Zignorowałem ptaka i jego wymyślone imię. Znaczy, nie tyle zignorowałem, co stwierdziłem, że będę wołać do niego Auth. Wyciągnąłem to gdzieś ze środka tych losowych sylab, które sobie stworzył. Jakby nie patrzeć sam sobie wymyślił to miano. I mam gdzieś, że mu się nie podoba. Taki jest cwany, to niech dalej będzie i zobaczymy, kto tu jest królem cwaniaków. Bo kurdupel do kolan mi nawet nie sięga.

No, ale pani kapitan! Znaczy Nellrien, zdradziła w końcu cel naszej wędrówki.
- Cudownie. Nie ma to jak przygoda życia - powiedziałem z lekkim uśmieszkiem na twarzy. - Może tego śpiewaka od siedmiu boleści przypniemy gdzieś do ściany kopali? Nie że chcę zostawiać swoich - wytłumaczyłem - ale może urzeknie wyspę tym swoim wspaniałym głosem, którym dręczy nas od momentu zejścia do szalupy. - To naprawdę potrafiło być irytujące, chociaż talentu nie można było mu niestety odmówić. Nie żeby nie było na co marudzić... Wyspa, coraz więcej zieleni, machanie maczetą... A potem narastające poczucie niepokoju.

Nie wiedziałem co się dzieje. Czułem jakby ogień trawił mnie od środka. Koszula zaczęła mnie parzyć, a ja szaleńczo myślałem tylko by wskoczyć do wody. Zrzuciłem z siebie plecak, ciężko dysząc. Co się działo do cholery!?

Nie byłem w stanie myśleć do końca racjonalnie. Chciałem się tylko pozbyć koszuli. Szarpałem się z nią, jakby mnie oplotła. Nawet chyba krzyczałem, ale wciąż nie jestem do końca pewny. I do tego jeszcze ten kruk.
- MORDA TAM KONIU POWIETRZNY! - Resztkami silnej woli krzyknąłem do kruka, słysząc nieznośny wtedy jego głos - SAM ZARAZ BĘDZIESZ PŁONĄĆ! - wydarłem się, rzucając koszulę na ziemię. Rozejrzałem się dookoła, błędnym wzrokiem szukając jakiegoś źródła wody, albo możliwości schłodzenia się.

- UGAŚCIE MNIEEEEE! - zawyłem rozpaczliwie, obejmując swój nagi tors i padając na kolana. - WOOOODY!

Dżungla Tuk'kok

332
Gdy wędrówka dżunglą koiła jej skołatane nerwy Aremani wracała do swoich standardowych, analitycznych myśli, co było raczej oznaką tego, że ma się już lepiej. Poczuła lekkie zwątpienie i żal, że w całym tym gniewie nie przygotowała się lepiej do wyruszenia w głąb wyspy. "Mogłam zabrać z obozu jakieś przydatne rzeczy... Ych, ciekawe czy mieli coś na insekty." Choć dziewczyna była rdzenną mieszkanką Archipelagu i przywykła w miarę do wysokich temperatur, wilgoci i latających komaropodobnych stworzeń to nie mogła ignorować faktu, że te ostatnie mogły przenosić choroby. No i oczywiście, były nad wymiar irytujące.
Taki drobny gest jakim było rozweselenie kapitan już zdecydowanie poprawił jej humor. Dzięki temu nawiązywały jakąś nić porozumienia, a Aremani ceniła sobie zdanie Nellrien o niej samej i wolała pokazać się z jak najlepszej strony. Toteż gdy ta wspomniała o "odbijaniu" kopalni dziewczyna kiwnęła w porozumieniu głową i w momencie w którym akurat nie trzymała mapy sprawdziła, czy jej topór i sztylet są na swoich miejscach.
Użycie zaklęcia na ziemi przywołało najmilsze wspomnienia z Apozo. Aremani mogła poczuć ląd, roślinność i wszystko inne w okolicy, jednając się z naturą najbliżej jak umiała. Jej dusza wyczuła także pożądany nurt wodny, co wywołało uśmieszek na jej twarzy. To ona w tym momencie czuła się najsilniejsza z nich wszystkich, ba! jedyna kompetentna do tego zadania. Dżungla to jej żywioł, więc korzystała z tego jak tylko mogła. Czując w sobie przypływ pewności siebie dziewczyna chwyciła za mapę i poprowadziła kompanię w kierunku rzeki, tworząc już na mapie pobieżne szkice wszystkiego, co udało jej się wyczuć, włączając w to dziwną polanę. Droga, którą obrała, wydawała się nad wymiar banalna w pokonaniu, co tylko dodawało dziewczynie skrzydeł. Praktycznie czuła się, jakby mogła odlecieć. Ale nie sądziła, że ziści się to naprawdę...
Uczucie było znajome, ale nigdy nie towarzyszyły mu aż takie przeskoki. No i nigdy nie czuła przy tym, że świat zalewa się krwią. Nie wiedziała, czy to efekt jej stanu czy rzeczywiście coś się zmieniało w przyrodzie. Jej zmysły teraz nie działały poprawnie, na co Aremani poczuła przerażenie. "Ach, moja głowa! Co się dzieje?" Nagłe zmiany obrazów jaźni przyprawiły by już każdego epileptyka o atak. W końcu z lotu ptaka mogła dostrzec wszystko. Oszalałe w czerwoności niebo było koszmarnym widokiem, ale tak samo strasznie było patrzeć na nich wszystkich z góry. Spomiędzy zielonych liści dostrzegła krzyczącego w bólu Shirana, przerażoną Neelę, skonfundowaną Nellrien, sapiącego Dandre i siebie... Nieruchomą, w znanej jej fazie. Coś wymusiło na niej jej Ptasie Widzenie, ale kompletnie tego nie kontrolowała, co było ogromnie zatrważające. "Muszę... spróbować... wrócić..." Wołały jej myśli odbijające się niby echem znad koron drzew. Skupiła się na swojej sylwetce, próbując wrócić do swego ciała, jak już wiele raz przecież to robiła. Czuła wpierw opór, jakby powietrze zgęstniało pięciokrotnie, ale w końcu udało jej się przedrzeć i cała jej wizja przyspieszyła w stronę jej samej.
Powrót nie był jednak przyjemny. Zazwyczaj towarzyszyła jej przy tym chwila światłowstrętu, może lekkie zakręcenie w głowie. Nie tym razem. Poczuła się, jakby samym mózgiem uderzyła o kamienną ścianę a ból głowy chciał dokonać eksplozywnej trepanacji czaszki. Jak to naturalnym odruchem bywa Aremani złapała się za głowę krzycząc w cierpieniu, a z tego wszystkiego słaniała się na ziemię, wołając do niebios o litość.
- Niech się to już skończy!!!

Dżungla Tuk'kok

333
Ze wszystkich tu zebranych, chyba tylko Dandre zachował na tyle zimną krew, by być w stanie na szybko podjąć jakiekolwiek decyzje. I, o dziwo, dwie pozostałe kobiety, których nie dotknęło żadne niewyjaśnione przekleństwo, natychmiast go posłuchały, nawet Nellrien, nie zamierzając kłócić się o dowodzenie w chwili takiej jak ta.
Kapitan przestała wpatrywać się w niebo i przeniosła przerażone spojrzenie na Shirana, który wydzierał się w niebogłosy. Przedzierali się przez dżunglę, bez wiedzy dotyczącej tego, czego mogli się tu spodziewać. Wyspa była wrogo nastawiona wobec wszystkich, którzy byli tu przed nimi i zapewne wobec ich samych także. Zwracanie uwagi na siebie w ten sposób nie mogło skończyć się dobrze - nie mieli pojęcia, jakie stworzenia zamieszkują las, poza owadami i ewentualnymi typowymi przedstawicielami dzikiej fauny. Miejsce tak odcięte od cywilizacji musiało być niebezpieczne i Nellrien nie chciała być w grupie, która doświadczy tego na własnej skórze.
Dopadła do półelfa i złapała go za ramiona, by nim potrząsnąć.
- Zamknij się, Shiran - warknęła. - Chcesz na nas ściągnąć wszystko, co tu żyje?
Wbrew agresywnym słowom, w jej spojrzeniu widać było troskę i strach przed tym, co nieznane. Nie miała pojęcia, co działo się właśnie z już całkiem nieźle jej znajomym mężczyzną, nie wiedziała jak może mu pomóc. Przyłożyła dłoń do jego rozpalonego nagle czoła, zdając sobie sprawę z tego, że jego wrzaski o ugaszeniu nie są pozbawione podstaw. Jego skóra nie paliła się dosłownie, nie objęły go płomienie, ale wzrost temperatury jego ciała był wyczuwalny bez szczególnej wiedzy medycznej. Gdy poprosił o wodę, uciszyła go ponownie i wyciągnęła bukłak z torby, by podać go półelfowi.
Dopiero wypicie połowy jego zawartości przyniosło jakiekolwiek rezultaty. Shiran wciąż czuł, jak w jego wnętrzu coś buzuje, a oddychanie przypominało wciąganie powietrza w płonącym domu, ale przynajmniej ból zelżał nieco - na tyle, by dotarło do niego, że woda faktycznie daje mu odrobinę ukojenia. I że Nellrien klęczy przed nim, z przerażeniem odmalowanym na twarzy. Kruk za to krążył nad nimi, obserwując ich, z niepokojem łopocząc skrzydłami, zbyt przestraszony, by usiąść na jakiejś gałęzi.
Wstań, elfie. Idźmy dalej. Rzeka ci pomoże.
Jego słowa znów odezwały się w głowach wszystkich tu zebranych.

Neela z kolei posłusznie doskoczyła do Aremani i odgarnęła burzę loków z jej twarzy, by przyjrzeć się temu, co się z nią dzieje. O ile Nellrien miała strach w oczach, to u dziewczyny była to absolutna, czysta panika. Odebrana przez nią rozległa edukacja z pewnością nie wspominała o tym, co robić, gdy ktoś wygląda tak, jak teraz wyglądała zielarka.
- Co ja mam jej... Co ja mam z nią... - wydukała. - Aremani?
Drgnęła z przestrachem, gdy ta skuliła się w sobie i zaczęła krzyczeć z bólu. Żadne z ich trójki nie rozumiało, co tamci przechodzą, co wywołuje ich cierpienie i jak mu zapobiec. Neela wiedziała tylko, że nie może pozwolić na siadanie na ziemi i podtrzymała kobietę w pozycji pionowej. A jedynym, co zielarce przychodziło w tej chwili do głowy, był powrót do Ptasiego Widzenia, które pozwalało jej odetchnąć od tortury. Jeśli to zrobiła, ból głowy faktycznie znikał, zastępowany przez poczucie oderwania od własnego ciała, wbrew pozorom znacznie przyjemniejsze.
- Aremani, co ci jest - jęknęła dziewczyna.
Gdyby kobieta nie mogła się ruszać, byłoby to dość problematyczne - bo zazwyczaj podczas rzucania tego zaklęcia musiała pozostać nieruchomo. Teraz jednak to działo się samo, niezależnie od niej, a gdy spróbowała się podnieść, mogła to zrobić bez problemu. No, może bez problemu to dużo powiedziane - kontrolowanie własnego ciała, podczas gdy świadomość znajdowała się zupełnie gdzie indziej, było całkiem karkołomnym wyzwaniem.

Musimy iść do rzeki. Musisz iść do rzeki, elfie.
Uporczywe słowa, dobiegające zewsząd i znikąd jednocześnie, nie rozproszyły Biriana, wpatrzonego w ruszające się zarośla. A kilka długich uderzeń serca po tym, gdy po raz pierwszy usłyszał szelest, spomiędzy liści wyłoniły się kocie oczy, osadzone w szerokiej czaszce drapieżnika. Tygrys, lub coś, co go przypominało, w milczeniu ruszył prawą stroną, okrążając ich i badawczym spojrzeniem przeskakując z jednego na drugiego członka ekspedycji. Jego ciężkie łapy prawie bezszelestnie stawały pomiędzy liśćmi, z gracją, której trudno się było spodziewać po niemal trzymetrowym stworzeniu. Dandre nie mógł oderwać wzroku od dwóch długich kłów, wystających poza pysk zwierzęcia. Jeszcze nie atakowało, ale najwyraźniej wpakowali się na jego terytorium i wcale nie podobała mu się ich obecność.
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

334
Jakimś skrawkiem świadomości rejestrował co działo się za jego plecami, jednak ze wszystkich sił starał się skupić na krzakach i tłumieniu może wcale nie tak abstrakcyjnego pragnienia do wzięcia nóg za pas. Dziwaczny głos rezonujący w głowie barda bynajmniej nie pomagał. Wystarczył mu swój własny; już on był wystarczająco rozpraszający, kiedy myśli artysty nagle rozgałęziały się i wędrowały jednocześnie w dziesięciu różnych kierunkach, od poezji, do najzwyklejszego, najbardziej prymitywnego przerażenia. Zagryzł tylko usta, próbując skupić się na tym, co w tej chwili najważniejsze.
Znajomy ciężar stali w dłoni, czasem bliższy mu nawet od pióra, pomagał w kurczowym trzymaniu się rzeczywistości. Czuł jak serce bije mu w piersi, a krew pulsuje mu w skroni. Spomiędzy liści wyłonił się łeb drapieżnika. Birian drgnął, przekręcając lekko nadgarstek, by czubek ostrza mierzył mniej więcej w łeb bestii, jednak nie zaatakował. Wpatrywał się w oczy wielkiego kota, postępując krok w tył, w stronę kobiet, próbujących jakoś opanować sytuację z Shiranem i Aremani.
Wiedział, że jeśli zaatakuje i nie zabije tygrysa jednym ciosem, to najpewniej sam zginie. Nie miał zaś bladego pojęcia, jak zachowywały się te zwierzęta, czy udałoby mu się wyprowadzić wystarczająco mocne i szybkie pchnięcie, by przebić tygrysią czaszkę. Podziwiał nonszalancką grację stworzenia, które mimo swoich rozmiarów poruszało się jak najlepszy szermierz.


- Zatkajcie im usta, na Bogów, zamknąć się. W tył, w tył. - syknął, na moment nawet nie spuszczając wzroku ze swojego... oponenta. Kompletnie nie znał się na zwierzętach; był tylko bardem, który umiał wywijać mieczem. Traktował to niefortunne spotkanie jak kolejny pojedynek. Co prawda jego oponent nie miał miecza, ale jego najgroźniejszą bronią zdawały się być dwa, długie kły, wychodzące mu poza pysk.
Trzymał miecz w gotowości, sztychem mierząc prosto w czoło bestii. Dandre wpatrywał się w oczy zwierzęcia, poruszając się tak, by zawsze stać między kotem, a resztą grupy. Nie zmniejszał dystansu, jego ruchy były bardzo ostrożne i wyważone, a każdy mięsień spięty i gotowy na natychmiastową reakcję, gdyby tygrys jednak zdecydował się na atak. Birian spróbowałby wtedy pchnąć na wysokości łba zwierzęcia, wykorzystując do ciosu sam ciężar napierającej bestii.
W duchu zaś błagał, by tak się nie stało. Może uda im się odejść bez szwanku, może kotek odpuści...
Dandre
Spoiler:
Muł nie człowiek; nie zapierdala

Dżungla Tuk'kok

335
Gdy jaźń Aremani znajdowała się w jej głowie czuła się jak w klatce. Tylko takiej zaciskającej swoje ściany. I w dodatku z kolcami do wewnątrz. Miała poczucie, jakby niebo wysysało jej mózg przez słomkę, nie oszczędzając przy tym siły. W tym epizodzie pozostawania przy własnym ciele poczuła, jak coś ją łapie. Dygnęła w przestrachu, aczkolwiek ból nie pozawalał jej zareagować jakkolwiek inaczej. Ku pewnego rodzaju ukojeniu usłyszała młody głos Neeli, pytający w trwodze. Przez stęknięcia Aremani udało się jedynie wypluć kilka słów.
- Niebo... widziała-am zać... zaćmienie. Muszę wyj... Ja- AGH. PILNUJ MNIE. -wykrzyczała na koniec po czym ponownie uwolniła się ze swojego ciała, przenosząc się świadomością wysoko w górę, ponad liście drzew.

Ulga była natychmiastowa, jednak niepewność i konfuzja pozostały. Nie była w stanie kontrolować tego, co się dzieje, a to wywoływało dodatkową frustrację. "Co się dzieje?! To wyspa tak na nas działa? Czemu niebo się tak zmieniło?" Nasłuchała się o tym, że wyspa nie jest przychylna obcym, ale to... wydawało się działać ponad wszystkim, co było jej znane. Żadna nauka czy historia jej dawnej mentorki nie była choćby w najmniejszym stopniu bliska temu, co się teraz działo. Czy to jaka klątwa, iluzja, magia złego czarnoksiężnika, czy może inna z grup ekspedycyjnych wywołała coś na wyspie... Aremani nie posiadała tej wiedzy. Nie umiała określić tego, co się dzieje, ale nie zamierzała przez to nie próbować czegokolwiek. Poczucie bezradności byłoby dla niej dużo bardziej paraliżujące niż jakakolwiek magiczna klątwa.[/i]
Po obserwacji nieba i wyszukania swojej sylwetki nad którą się unosiła duchowo zaobserwowała, jak Neela próbuje ją z trudem przytrzymać, Nellrien tarmosi Shiranem a Dandre walczy z... "O nie." Musieli wiać. Nie wiedziała jak, nie wiedziała dlaczego, ale czuła, że muszą uciekać do rzeki. Aremani skupiła się na swoim ciele. Uświadomiła sobie, że pomimo przebywania w Ptasim Widzeniu jest w stanie w minimalnym stopniu poruszać swoim ciałem. To było dość nowe, aczkolwiek bardzo nieprzyjemne i mozolne w swoich efektach. Zastanawiała się, czy... jest w stanie cokolwiek powiedzieć. Wyobraziła sobie słowa, jakie chciałaby powiedzieć, zobrazowała sobie ruch warg po czym na odległość próbowała to przekazać do swojego ciała. Nie miała pojęcia, jaki będzie to miało efekt, jeśli jakikolwiek, ale spróbować musiała. Postarała się wyartykułować na głos: "Szybko. Rzeka. Idźmy. Tam." po czym podniosłaby rękę w stronę, gdzie wyczuła ciek wodny po zaklęciu Widma Ziemi. "Jeśli całe to gadanie na odległość nie zadziała, to postaram się wrócić do ciała, powiedzieć to samo, pokazać po czym jak najprędzej wrócić do Ptasiego Widzenia. Będzie to bolało, ale muszę ich jakoś ostrzec. Cholera jasna, to jest dżungla, ja znam się na dżunglach! Nie pozwolę sobie umrzeć w dżungli, prędzej sama się zabije."

Dżungla Tuk'kok

336
Woda!

Dorwałem się do bukłaka podanego przez Nellrien, pijąc łapczywie, jak gdybym był na milenijnym kacu. Ból nieco zelżał. Na tyle, bym mógł jakkolwiek myśleć. Kurwa, co się działo!? Spojrzałem się tępym spojrzeniem na panią kapitan, dopiero wtedy rejestrując, że patrzy się na mnie z przerażeniem. Nie do końca byłem pewny tego co się stało. Dałem chyba tylko dość mocno dupy, bo jeśli to kobieta klęczy przed facetem, to coś jest srogo nie tak.

Byłem w stanie oddychać, chociaż nieprzyjemne uczucie żaru wciąż rozlewało się po moim ciele. Powietrze wydawało się suche i gorące, jak gdybym wdychał je prosto znad pieca kowalskiego. I to buzujące uczcie, które pragnąłem z siebie wypuścić. Jakby ogień chciał się wyrwać na zewnątrz.
- Jaa... - wyrzęziłem z trudem, dysząc lekko rozpalony. - Ogarnę to... - Wiem, wiem, wcale nie brzmiało to dobrze, ale to było chwilowe maksimum, na jaki było mnie stać. Chciałem się podnieść i pokazać moją użyteczność, mimo fatalnego stanu.
- Płomyczku... - stęknąłem. - Lubię Cię... Nie... Nie... Zjeb mi... tego. - Wyrzuciłem z siebie, walcząc z wciąganym powietrzem. Podparłem się dłońmi o ziemię i spróbowałem się chwiejnie i powoli podnieść.

Dotarło do mnie, że jestem nagi od pasa w górę, co wcale mnie nie chłodziło. Co więcej miałem wrażenie, że ogień w środku szalał przez to jeszcze mocniej. Spojrzałem się na kruka, który co wydzierał się co chwila o rzece. No i Gryzipiórek. Darł się coś, żeby zamknąć ryje. Rudasek dla odmiany wydawał się nieobecny, a ta nowa wyglądała na przerażoną jeszcze bardziej niż pani kapitan.
- Rzeka... - Dlaczego mówienie było aż takim problemem? Przeniosłem spojrzenie z powrotem na barda. Jego postura zdradzała gotowość do walki. Ale dlaczego...? Chwilę mi zajęło, nim dostrzegłem łeb drapieżnika. Jebany, wystawił łeb z krzaków, grożąc nam kłami. Co za jebana wyspa.
- ...Nie dojdziemy - Zakończyłem wcześniej rozpoczęte zdanie, które było jednym z najbardziej niedorozwiniętych. Bardziej bublałem chyba tylko po narkotykach. I naprawdę żałowałem, że akurat po nich nie jestem. Teraz bowiem czułem się zmęczony, a do tego to coś w środku, aż prosiło się o wypuszczenie.

Niby nie powinienem, ale jebać. Nie mam miałem zamiaru tam oszaleć, a czułem że do tego dojdzie, jeśli nie pozbędę się płomienia z wnętrza i nie zanurzę się w rzece. Byłem w stanie zaryzykować, nawet jeśli oznaczało to spalenie całej tej pieprzonej dżungli.
- Odsuń się - wysapałem do Nellrien, tonem nie znoszącym sprzeciwu. Gdy to zrobiła, upewniłem się, że nikogo wokół mnie nie ma i rozejrzałem się w górę, za fragmentem z najmniejszą ilością roślinności. Z trudem wystawiłem w tamtym kierunku ręce. Pragnąc pozbyć się żaru z wnętrza, skupiłem się na buzującym uczuciu, próbując je uwolnić. Prosto w niebo. Sam nie wiedziałem czego się spodziewałem...

Dżungla Tuk'kok

337

Drapieżnik póki co nie atakował, ale odwzajemniał intensywne spojrzenie Biriana, chyba tylko czekając na dogodny moment, by rzucić się na mężczyznę i pozbyć się intruza - jednego, lub wszystkich. Uważne spojrzenie bestii wydawało się wręcz inteligentne, jakby zwierzę chciało coś mu powiedzieć, ale poza tym kontaktem wzrokowym nie mieli jak się porozumieć. Dzieliło ich jedynie kilka metrów i ostrze miecza barda, teraz wydające się wyjątkowo mało skuteczną bronią. Mężczyzna nie miał przecież doświadczenia w walce z takim przeciwnikiem.
Pytanie, czy to doświadczenie, które miał, było w stanie mu jakkolwiek pomóc, gdy bestia rzuci się na niego całym swoim ciężarem.

Aremani w międzyczasie testowała nowe, nieproszone umiejętności poruszania własnym ciałem, podczas przeniesienia świadomości w zupełnie inne miejsce. Początkowo było to bardzo dziwne uczucie, jakby prowadziła marionetkę, nienaturalnie poruszając jej kończynami i z trudem zachowując ją w pionie. To trwało jednak jedynie kilka pierwszych sekund, wkrótce nabrała w tym wprawy i mogła powoli przesuwać się w kierunku rzeki, choć wciąż wyglądało to dość upiornie. Neela pokiwała tylko głową, niezbyt przekonana przez wydukane pojedyncze słowa - ale hej, przynajmniej Aremani wciąż mogła mówić - i zarzuciła sobie rękę zielarki na ramię, by pomóc jej w przemieszczaniu się przez gęstwinę.

- Co ty pieprzysz, Shiran - Nellrien zmarszczyła brwi, pomagając mu podnieść się z ziemi. Pewnie zastanawiała się, czy półelf mówi do niej, czy rozmawia z tym ogniem, który tak go palił jeszcze kilkanaście sekund temu. Zerknęła w kierunku kotowatego, który czaił się na barda, ale nie była w stanie kontrolować w tej chwili wszystkiego i pomóc każdemu. Mimo to, gdy Shiran wstał, kapitan sięgnęła po swój miecz, dobywając go i posłusznie odsuwając się od mężczyzny tak, jak jej kazał. Kątem oka zerkała na tygrysa, który obnażył teraz kły i warknął, w końcu tracąc cierpliwość i przygotowując się do ataku.
Tylko że nie zdążył niczego zrobić.

Jakby nie wystarczyło, że świat wokół nich nabrał odcieni czerwieni, nagle poczuli, jak powietrze nad nimi wypełnia ogień. Płomienie wystrzeliły z dłoni Shirana, uderzając w górę z nieokiełznaną siłą, pędząc ku wiszącej w górze świadomości Aremani i zmuszając ją do mimowolnej ucieczki, do bolesnego powrotu do własnego ciała. Ogień rozbił się o liście w górze, w swojej mocy przekraczając najśmielsze oczekiwania półelfa. Gęsta fala potężnego, magicznego żywiołu objęła gałęzie i pnącza, te najniższe, ale też te wysokie, rozchodząc się w górę i w boki, spopielając suche fragmenty koron drzew i nadpalając te wilgotne. Wszyscy, łącznie z tygrysem, mimowolnie skulili się, usiłując znaleźć się jak najbliżej ziemi i jak najdalej od wszechobecnego ognia i gorąca, wypełniającego nagle ich płuca, tak, jak przedtem nie wiadomo z jakiego powodu wypełniało płuca Shirana.
On z kolei przez kilka sekund czuł się tak dobrze, jak nigdy w życiu. Płomień opuścił jego klatkę piersiową, a on znów mógł wziąć cudowny, głęboki oddech i dopóki wyrzucał z siebie tę nagromadzoną energię, dopóty wszystko było w porządku, choć nie miał pojęcia, jakim cudem skumulowało się w nim tyle mocy. Ale to, co dobre, musiało się w pewnym momencie skończyć, a koszt tego krótkiego katharsis okazał się zbyt wielki, by mężczyzna utrzymał się na nogach. Nellrien znów doskoczyła do niego i złapała go, zanim zwalił się na twarz na ziemię.
- Kurwa mać, leci na nas! - zawołała.
Przez chwilę nie wiedzieli o czym kobieta mówi, ale wkrótce to do nich dotarło - z góry, z płonących koron drzew, zaczynały spadać na nich rozpalone fragmenty liści i innych fragmentów roślinności. Dżungla, przypalona ogarniającym ją płomieniem, odpowiadała im pięknym za nadobne, obsypując ich deszczem ognia. Jedynym plusem był fakt, że tygrys zerwał się z miejsca i zniknął w gęstwinie, zostawiając ich samych z problemem, który sobie stworzyli, przerażony pożarem, jakiego zapewne nie doświadczył nigdy przedtem.
- W nogi! - kapitan schowała miecz i wolną ręką poklepała Shirana po twarzy, wybudzając go z otępienia i ciągnąc go jednocześnie w kierunku, w którym szli do tej pory. - Pierdolony płomyczek od siedmiu boleści, musimy stąd uciekać! Dandre, pomóż mi! Do rzeki!
Jedyne, co mógł robić pozbawiony sił półelf, to słabo powłóczyć nogami. Nie było mowy o biegu. Wydawało mu się, że nawet poczuł, jak jakiś płonący kawałek gałęzi odbił się mu od ramienia, zostawiając czerwony ślad. Nellrien też syknęła cicho, gdy coś na nią spadło, ale nie puściła mężczyzny, uparcie usiłując wyprowadzić go spod płonących drzew. Mimo to, ból i uczucie buzującego gorąca chwilowo opuściły jego klatkę piersiową, mimo osłabienia przywracając mu zdrowe myślenie i świadomość tego, co się działo wokół niego.
Nietrudno było odwrócić uwagę od przejmującego, pulsującego bólu głowy, gdy Aremani z powrotem poczuła władzę we własnym ciele i zorientowała się, w jakiej sytuacji się znajdują. Czuła gorąc płomieni i z bliska widziała spanikowaną twarz Neeli, która w ostatniej chwili zamachnęła się i odrzuciła jakiś rozżarzony liść, chcący wylądować zielarce na głowie.
- Wróciłaś! - jęknęła z ulgą, która nie zastąpiła jednak przerażenia w jej oczach. - Biegnij! Las płonie!
Obrazek

Dżungla Tuk'kok

338
Manipulacja własnym ciałem podczas gdy umysł znajduje się gdzieś indziej wywoływała u Aremani przedziwną mieszankę uczucia przerażenia jak i ekscytacji. Z jednej strony niebezpieczna sytuacja, przedziwne zjawiska astrologiczne, chaos magiczny, atakujący drapieżnik, a z drugiej... "Całkiem nieźle mi idzie to sterowanie własnym ciałem na odległość! No ale co ja się dziwię, w końcu jestem świetną magiczką." Ciało zrobiło kilka porządnych kroków już po chwili prób. Opanowanie tej jakby się zdawało trudnej sztuki zmobilizowało Aremani - uczucie bezradności zmalało, a gdy już nie musiała przejmować się tak bardzo sobą jej uwaga przeniosła się na jej towarzyszy. Z góry obserwowała jak wszyscy wydają się zdezorientowani zupełnie tak samo jak ona, co może dodałoby jej otuchy i pewności, gdyby nie fakt, że zaraz grozi im pożarcie przez ogromnego kota.
Aremani w swej astralnej formie spróbowała skupić wzrok, by móc dokładniej dostrzec, co się dzieje. "Czy Shiran się... rozebrał? Heh, kto by pomyślał że taki dupek bez koszulki może być taki gorą~"
Myśl automatycznie jej uciekła gdy w jej lotną świadomość o mało co nie przywalił diabelski słup ognia. W panice Aremani straciła panowanie i kierując się instynktem powróciła do swojej cielesnej powłoki. Oczywiście znów powitała ją ostra klatka ze szpikulcami którą teraz musiała nazywać głową.

Zbyt długie przebywanie "w górze" nigdy nie kończyło się dla niej komfortowo, zazwyczaj wywołując drobne zawroty głowy czy sporadycznie nudności jako efekt nagłej zmiany perspektywy. Niemniej cokolwiek teraz czuła musiała to przetrzymać. Ból dawał się we znaki, ale nie na tyle by nie mogła otworzyć oczu i rozejrzeć się dookoła. Tygrys zdawał się zwiać, ale... "Ciężko mu się dziwić. Ten idiota... podpalił dżunglę!" Aremani oczywiście nie była głupia. Duża wilgotność w tym klimacie z pewnością spowolni rozprzestrzenianie się ognia, co działało tylko na ich korzyść, ale nie mogła ignorować zagrożenia. Musieli uciekać.
Zobaczenie odganiającej od niej żarzących odłamków Neeli wydawało jej się jak balsam z aloesem, którego ktoś zdecydowanie będzie zaraz potrzebował jeśli się nie pośpieszą.
- Nella, ja... Ach, pierdolony czerep! - złapała się za opisywaną część ciała Aremani. - Ych, wiem gdzie jest rzeka! Wołaj wszystkich uciekajmy stąd. - dziewczyna złapała szlachciankę za rękę po czym zakrzyknęła do wszystkich. - Do rzeki! Za mną! Birian, łap tego kutafona i spierdalamy stąd! - Aremani postarała się skupić, by przez chwilę chociaż zignorować ból przebywania w własnym ciele. Liczyła, że adrenalina załatwi sprawę, a tym czasem pociągnęła Neelę i zaczęła biec w kierunku, z którego wyczuła wcześniej rzekę.

Wróć do „Kattok”

cron