[Wschodnie Wody] Pokład "Starej Suki"

16
Odchodząc, słyszałem jeszcze jakieś pojękiwania za plecami, ale mało mnie to obchodziło. Teraz liczyła się tylko jedna rzecz: zaspokojenie własnej ciekawości. Kim była nasza cudowna pani kapitan? Czy opowieść o seksownej wampirzycy, którą opowiadał mi ten moczymajtek podczas strawy, była prawdziwa? Czy może prawdziwsza opcja to paskudna jak orczyca - potworzyca, która wstydzi się wychodzić poza własne cztery ściany? Uch, jakże mnie to ciekawiło... Na tyle, że wpadłem w pułapkę swoich myśli, a otaczający mnie świat przestał na chwilę istnieć. Umiałem tylko zarejestować fakt, że przy naszej pięknej tajemniczej istocie nie było straży, co już całkowicie wybił mnie z rytmu. No i w ten sposób zwyczajnie nie zauważyłem nierówności.

Nikomu nie można ufać... Nikomu. Nawet kurwa sobie, bo jak sobie zaufasz, to zawsze możesz się potknąć i ten głupi ryj rozwalić, ku uciesze gawiedzi. Jakimś cudem, na szczęście, udało się ugiąć kolana i wylądować w miarę dostojnie, jak na elfa przystało. Tfu - pół-elfa. Nie ośmieszajmy się. Nie będę kolejnym dziwadłem w cyrku, który podskakuje na zawołanie, bo ma elfie uszy. Jeszcze raz ha tfu!

No, ale - czekała mnie ważniejsza sprawa. Sprawa zwłoki niecierpiąca, jak mógłby to wspaniały mąż-bardziątko określić. Drzwi będące przede mną były bowiem lekko uchylone. Przez szparę widziałem burdel jakich mało, ale co poradzę - są kobiety i baby. Póki co więc zapowiadało się, że opcja z potworzycą będzie bardziej prawdopodobna. Bogato wystrojone wnętrze i dziwne dźwięki dochodzące ze środka były wystarczające, by rozpalić moją ciekawość do prawdziwej białości. Moją uwagę jednak zwróciło coś jeszcze - plamy, których barwy określić nie umiałem. Wymiociny, resztki zaschniętego wina, czy też może posoka? Skupiłem się mocniej, próbując sobie przypomnieć wygląd krwi w półmroku. Było to jednak trudne zadanie... Szczególnie, że sprawy nie ułatwiało łkanie, śmiech, czy cokolwiek to było... A do tego to bełkotliwe zdanie z którego nic nie zrozumiałem mimo szczerych chęci - albo ktoś się nagrzmocił mocniej niż fala uderzająca w katamaran, albo ten ktoś (czytaj: piękna pani kapitan) ma kłopoty. Fakt, że mogłem teraz zostać wrobiony, ale w takich chwilach po prostu się o takich rzeczach nie myśli. Nie mogłem po prostu dłużej czekać...

Zapukałem więc i pchnąłem drzwi, lekko drżąc z podekscytowania. Ta adrenalina, te emocje... Dawno tego nie czułem. Cudowne uczucie, które przeszywa Cię wskroś i wszerz, które motywuje do działania, oszukiwania i innych heroicznych czynów, które potem przekręcane są na korzyść bohatera, jakim zostajesz... O ile przeżyjesz i komuś to opowiesz. Albo inny bard będzie przy Tobie, by spisać to wszystko.

No, ale - skup się Shiran. Teraz wystarczyło udawać głupa i być przygotowanym na wszystko.
- Pani kapitan - powiedziałem stając na baczność, próbując namierzyć wzrokiem bełkot. - Melduję na polecenie pani oficer, że na horyzoncie widać ląd. - Próbowałem rozejrzeć się po pokoju, nieco spięty i przygotowany na ewentualny unik. Plan był prosty: zobaczyć pani kapitan, dowiedzieć się co bełkocze i dlaczego, a następnie...

Udzielić jej pomocy?

[Wschodnie Wody] Pokład "Starej Suki"

17
Nawet perspektywa konieczności spotkania z ich zrzędliwą oficerką nie mogła stłumić ekscytacji, która rozpalała wnętrze barda. Nowy, niezbadany ląd był już niemal na wyciągnięcie ręki, a jego cudy, bo cóż innego mógł on skrywać, tylko czekały, aż ktoś je skrzętnie opisze. Ballady i poezje, melodie i dramaty, ach, muzy, spójrzcie na swego pokornego sługę i pozwólcie mu znaleźć odpowiednie słowa. Wiedział, a raczej wierzył, że nic tu po prozie Ujścia, że będzie musiał przestawić się na kompletny inny tor myślenia i wyczekiwał tego jak niczego innego na świecie; nawet tej wspaniałej chwili, gdy po raz pierwszy dane jest mężczyźnie dotknąć miękkiego ciała kobiety przychylnie uśmiechającej się doń z miękkiego łoża.
Aczkolwiek na poezje pora przyjdzie później. Teraz musiał znaleźć orczycę.


Dandre prędkim krokiem zszedł pod pokład i rozglądał się uważnie po ciasnych korytarzach, szukając znajomej sylwetki. Niestety; bezskutecznie. Jego uwagę jednak prędko przykuł ruch na końcu jednego z korytarzy, prowadzących, z tego co pamiętał, do magazynów. Zdawało mu się, że ktoś machał ręką. Ba, czasem nawet zza rogu wystawała... noga?
Co się tam, do jasnej cholery, działo? Nie wyglądało to na robotę oficera, chyba, że potężnie podchmielonego i robiącego sobie z niego żarty nie najwyższych lotów. Czymkolwiek by to nie było, bard był zaintrygowany, a jego ciekawość nie pozwoliłaby mu przejść obok tego bezczynnie. Prędko skierował swe kroki w stronę magazynów.


Im bliżej celu się znajdował, tym bardziej unosił brew. Słyszał gwałtowne skrzypienie drewna, coś, co brzmiało jak uderzanie ciałem o deski i ciężkie dyszenie.
Oczywiście jego myśli od razu podążyły w znajomym kierunku; jakaś para zabawiała się nocą z dala od kajut, coby nie pobudzić reszty załogi. Bardzo altruistyczne zachowanie, z pewnością godne pochwały.
Był już gotów odwrócić się na pięcie i zostawić tajemniczą parę ogniu ich namiętności, ale wtem dostrzegł coś jeszcze. Nóż, wbity w ścianę korytarza aż po samą rękojeść. Ktokolwiek to zrobił, musiał włożyć w cios niemałą siłę, chyba że ostrze było wcześniej złamane, ale nie miał tego jak określić. Ciemna ciecz, spływająca powoli po deskach sprawiła, że przeszedł go lekki dreszcz. Był praktycznie pewien, że to krew.
Położył dłoń na rękojeści miecza i cicho, mając się na baczności, wychylił się zza rogu, zerkając na rozgrywającą się przed nim scenę. Nie dobywał broni z prostego powodu; pod pokładem, szczególnie w korytarzu, było po prostu ciasno, i najpewniej nie byłby w stanie wyprowadzić nawet jednego dobrego ciosu.
Dandre
Spoiler:
Muł nie człowiek; nie zapierdala

[Wschodnie Wody] Pokład "Starej Suki"

18
Jak ręką odjął! Zrobiło się w końcu ciszej. Był to stan, w którym Regis czuł się zdecydowanie naturalniej. To samo mógł powiedzieć o przytulnych mrokach pod pokładem. W pewnym sensie to w głuchej ciemności czuł się bezpieczniej. Jakby ufał jej bardziej niż ludziom naokoło. Zszedł na dół i ruszył w znanym kierunku. Szkoda tylko, że nie znał imienia swej przełożonej. Coś kiepsko zorganizowana ta ekspedycja pod kątem administracyjnym. Wielcy panowie (no i panie jak widać) rozdający polecenia bez pomyślunku i szkodzący sami sobie. "Meldować do mnie", ale "gdzie mnie znaleźć" to już nie łaska. Sami sobie krzywdę robią. Sami sobie kłody pod nogi rzucają. Zamiast usprawniać dowodzenie to je utrudniają. Żenada. Ale cóż, on tu jest tylko pachołkiem. Dopóki płacą, będzie ganiał za dowódcą, zamiast za wrogiem. Może to nie taki zły układ. Żołd jak za ryzykowanie śmiercią, a robota jako goniec.

Kajuty owszem, był na miejscu. Nie wyglądały jednak obiecująco. Jedna opustoszała, w drugiej najwyraźniej siedział rambo, a za trzecimi chyba ktoś ceniący sobie prywatność. Regis miał nadzieję, że nie przerywa niczego zdrożnego. Chociaż w sumie... Co za różnica. Innego punktu zaczepienia nie miał, a po pustej kajucie nie będzie myszkował. Jeszcze. To nieprofesjonalne, no i po co szczać na rękę, która karmi. Po prostu stanął na baczność i zastukał w drzwi, zza których wyzierało światło. W takich okolicznościach, w pierwszej kolejności trzeba stawiać na profesjonalizm. Dopiero w drugiej na bez wątpienia skuteczniejszą samowolkę. Nie odzywał się jeszcze. Czekał, by zobaczyć kto mu otworzy. CZY mu otworzy...

[Wschodnie Wody] Pokład "Starej Suki"

19
Aremani zamknęła oczy. Jak bardzo nie przeszkadzała jej rozmowa z "kompanami" to tak jednak nic nie wzbudzało w niej takiej radości jak brzmienie dźwięków samotności. Szum fal, łopotanie wiatru, drobny szelest odległych liści... Nostalgia za domem nie uderzyła w nią tak mocno odkąd uciekła. Przypomniała sobie błogość, którą czuła za każdym razem, gdy wychodziła poza wioskę, by być samą i oddawać się naturze w całej jej okazałości. Różnica była taka, że teraz już nie miała w głowie, że musi wrócić na kolację, bo inaczej dostanie reprymendę od ojczyma. "Już nigdzie nie muszę wracać. Ale też... nie mam dokąd wracać."
Gdy odgoniła nieprzyjemne myśli otworzyła oczy by dostrzec to co przed nią. Piękno natury ujmowało jej duszę, ale potrafiła też spojrzeć na nią pragmatycznie. Ucieszyło ją, że nie jest tak gęsto, jak by tego oczekiwała po dzikiej wyspie. Niemniej im dalej w las... Głębia dziczy napawała ją lekkim niepokojem. Zaczęła się zastanawiać, czy aby na pewno dobrze się przygotowała na tę wyprawę. "Nie mam ze sobą tłuczka czy moździerza, a to co mam może nie starczyć na tak długą wyprawę. Mogę liczyć na dary natury, o ile znajdzie się coś co już znam z Apozo."

Niepewność nie była jednak często doświadczanym przez Aremani uczuciem, toteż prędko zastąpiło ją bardziej znane - irytacja. Cholerne mewy ryczały swoim do bólu przypominającym głupi śmiech skrzekiem, niczym małe, wnerwiające dzieci. Dziewczyna spojrzała na nie z wyraźnym rozdrażnieniem.
Najwyraźniej zwierzęta musiały dobrze odczytaj jej uczucia, bo zaraz Aremani straciła równowagę i poczuła świdrujący ból w ramieniu. Gdyby nie masz na pewno padłaby na deski, ale i tak zakręciło jej się w głowie z dezorientacji. Złapanie pionu chwilę jej zajęło na chwiejącym się statku i dopiero wtedy zaczęła uświadamiać sobie to, co się stało. Nie zdążyła jednak ubrać w słowa swojego zaskoczenia, bo już dostrzegła, jak dwie kolejne mewy postanawiają zrobić z niej dziurawy ser.
Reagować należało szybko, pomimo tryskającej ręki. Zielarka poszła za instynktem i sięgnęła za plecy po swój topór. Nie liczyła na to, że trafi pędzące mewy, ale może chociaż je odstraszy lub draśnie, by nie być bezbronną. "Nie będę krzyczeć przecież o pomoc z mewami, bo mnie... wyśmieją." przemknęło jej przez myśl. Postanowiła więc, że weźmie nogi za pas i zacznie uciekać do najbliższych drzwi na pokładzie. Gdy już znajdzie się w środku będzie w stanie zająć się swoją raną.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Kattok”

cron