[Wschodnie Wody] Pokład "Starej Suki"

1
„Wielka ekspedycja na Kattok”, „krucjata Archipelagau”, „okazja życia”… różnie nazywano operacje Syndykatu mającą rzekomo uratować Kattok. W celu zrealizowania owego planu ściągnięto na wyspy najemników z całego kontynentu. Różne religie, różne rasy, różne cele i różne uprzedzenia. Ostatecznie jednak każdemu płacono i każdy kto kończył w szeregach Tygrysa mógł pochwalić się zadziwiająco podobną historią jak wplątał się w tą całą operacje. Szczegóły się różniły, motywacje też… ale i tak na końcu każda historia zbiegała się do tego samego punktu. Spędziwszy noc w pewnej portowej mieścinie spotykało się w pewnym momencie niezwykle elokwentnego i przyjacielskiego przedstawiciela Sykdykatu. Potem zaś była jedna rozmowa, jeden kufel, jeden uśmiech i jedna oferta… i nim się człek obejrzał podpisywał kontrakt zobowiązujący go do udziału w ambitnym projekcie odzyskania utraconej wyspy. Czasami ochotnik robił to dla mamony, czasami dla przygody, czasami bo miał na karku pogoń, żonę, bękarta lub dług którego nie chciał spłacić. Następnie trafiał zaś do ośrodka szkoleniowego gdzie przez tydzień czy dwa wyciskano z niego siódme poty by lepiej spełniał wymagania stawiane przez zarząd organizacji. Kilka lekcji o posłuszeństwie, hierarchii i kopów w tyłek później lądowało się z kolei na jednym z wielu okrętów. Niektóre miały wypłynąć do Stolicy i stamtąd wielką flotą popłynąć na Kattok. Inne opływały regularnie mniej zaludnione wyspy wywożąc z nich najemników do bardziej kluczowych placówek i punktów zbiorczych. W tym jednak konkretnym przypadku niewielka flota ruszyła prosto ku niebezpiecznym lądom dokładnie w tym momencie gdy jej przywódcy udało się zebrać zadowalającą liczbę dodatkowych rąk do pracy. Przedwczesne rozpoczęcie operacji budziło co prawda obawy części najemników ale z powodu tajemnicy jaka owiewała całokształt planu odzyskania wysp trudno było stwierdzić czy była to pochopna decyzja ich przywódców czy też element jakiejś z góry zaplanowanej akcji wywiadowczej. Tak czy inaczej nic nie dało się już z tym zrobić i zaokrętowani poszukiwacze złota i szczęścia mogli tylko odliczać dni do dobicia do brzegu.

*** Obrazek Trzy szeregi masztów przecinały w środku nocy fale na wschodnich kresach Wschodnich Wód. Ich niesiona wiatrem wędrówka trwała już dobrych kilka dni i lada dzień załoga spodziewała się ujrzeć ląd. Dokładna data była na chwilę obecną źródłem sporu gdyż podstępne wichry i niewielka burza namieszały w obliczeniach kapitanów. Historia i samo Kattok miało jednak zamiar wcześniej czy później upomnieć się o śmiałych podróżników. Na razie jednak życie toczyło się leniwie, zwłaszcza na pokładzie najmniejszego z okrętów – „Starej Suki”. Na pozostałych dwóch okrętach regularnie w środku nocy na pokładzie grały skrzypce, rzucano kości lub pito za powodzenie wyprawy to. Tu jedyną nocną aktywnością od początku żeglugi była wachta. Miast radosnego hałasu na okręcie panowała jedynie pusta i ponura cisza. Co prawda wielogodzinny widok rozgwieżdżonego nieba i szumu mórz dla każdego niezaznajomionego z morzem podróżnika byłby snem na jawie… jednak po kilkudniowym rejsie montownia widoków poczynała być katorgą dla każdego członka wyprawy.

Obecna załoga „Suki” składała się w większości z bandy starych wilków morskich podążającym od lat za obecnym kapitanem owej jednostki. Widać nie w smak było im balowanie w trakcie rejsu ku potencjalnie niebezpiecznym wodom na modłę pozostałych dwóch zdecydowanie bardziej „urozmaiconych” kulturowo jednostek... a może po prostu mieli kołek w tyłku. Z kolei nowi najemnicy częściej spotykali się ze chłodnym spojrzeniem lub kąśliwą uwagą niż poklepaniem po plecach od weteranów zaś sama atmosfera była momentami dość parszywa. Załoga wykonywała polecenia swoich przełożony z precyzją i dokładnością ekspertów jednak nie sposób było zignorować braku choćby odrobiny radości płynącej z ich wysiłku. Jeśli kiedykolwiek mieli czas na relaks i śmiech to zdecydowanie ukrywali to przed ich młodszymi kolegami po fachu. Rozmowy między nowymi i starymi żołdakami się więc nie kleiły i w efekcie i tak mało znane zamysły Syndykatu były dla części członków załogi całkowicie obce. Jedynie wyżej postawieni załoganci cechowali się choć krztyną profesjonalizmu i traktowali uczciwie nowych towarzyszy. Co niekoniecznie znaczyło, że odpowiadali na ich pytania. Z kolei sam kapitan… a raczej Pani Kapitan jeśli wierzyć podsłuchanym rozmową starych wygów od początku tej wyprawy niemal nigdy nie opuściła swojej kajuty. To z kolei sprawiło, że wśród świeżej części załogi poczęły siłą rzeczy krążyć plotki na temat jej rzekomej choroby, wampiryzmu lub innych nietypowych przypadłości. Nie trzeba było być geniuszem by domyślić się, że nie poprawiało to środowiska pracy ani antagonizmów między starymi i nowymi najemnikami. Życie na pokładzie "Suki" nie należało więc ani do łatwego... ani tym bardziej przyjemnego.

Dlatego też gdy w środku odprawy na wachtę Dandre, Shiran, Regis i Aremani pojęli, że będą mieli praktycznie całą część pokładu tylko dla siebie samopoczucie każdego z nich uległo nieznacznej poprawie. Żaden z nich nie był starym członkiem załogi więc mogli liczyć na spędzenie nocnego czuwania na czymś innym niż zerkaniu na siebie spode łba. Kilka żartów, anegdot, plotek… może nawet cała rozmowa się sklei! Możliwość spędzenia nocy w bardziej swobodnym towarzystwie stała się nagle nagrodą pokroju nocnych tańców jakie miały miejsce dwa dni temu na „Błękitnej Syrenie”. No i mogła to być ich ostatnia okazja do zapoznania się ze sobą przed dobiciem do brzegu. Tam zaś… kto wie co się zdarzy. Z tych jednak myśli wyrwał ich podwyższony głos odprawiającego ich oficera – rosłej pół-orczycy z opaską na lewym oku i bliznach dość licznych by prócz szacunku rodzić w umyśle pytanie. Jakim cudem ona jeszcze żyje?

- … i pamiętaj dziewczyno, że jak ta trójka zacznie się nagle głupkowato uśmiechać i próbować wyskoczyć za burtę to masz się zacząć drzeć ile sił w płucach, że mamy syreny koło okrętu. Tak… to by było na tyle. Powodzenia i lepiej mi nie zaśnijcie. Do tej pory nie musieliśmy nikogo przywiązywać do masztu i niech tak lepiej zostanie. Mamy i tak dość problemów na ten moment.

Następnie odwróciła się na pięcie tak prężnie, że nieomal uderzyła swoim warkoczem w twarz Regisa. Kilka uderzeń obcasami skórzanych butów o pokład, jeden krzyk na przysypiającego sternika… i na pokładzie zapadła błoga cisza. Czwórka kontrahentów pozostała sama. Wolna od reszty załogi... przynajmniej na razie.
Spoiler:

[Wschodnie Wody] Pokład "Starej Suki"

2
Pierdolenie...
"Ja wiem, że syreny są groźne, ale nie przesadzajmy", powiedziały resztki trupa unoszące się bez głowy na wodzie. No ale chociaż ten komentarz na temat głupkowatego uśmiechu mogłaby sobie odpuścić... Hy, no w sumie czego oczekiwać od zakompleksione i przerośniętej pół-orczycy. Chociaż pewnie wśród zielonych uchodziła za prawdziwą seks bombę. Nie mnie oceniać, nie mój typ: za bardzo zielona, za bardzo napompowana, za długie kły, za małe cycki. Łeh...

I nawet nie zdążyłem się zorientować, jak to zostałem na pokładzie sam wraz z pozostałą trójką nowicjuszy. No dobra, jedna to była wyrośnięta laska, która onieśmielała mnie samym wzrostem, ale to szczegóły. Nic głośno nie mówiłem! W każdym razie był jeszcze jakiś Przepiórek, który pewnie dziewczęta co noc wymienia, zakapturzony przygnębiony jegomość i... Gdzie to cholerne ptaszysko się podziało? No nieważne, chociaż chwila wytchnienia i zdążę się za nim stęsknić.

- Noooo, tooo... - mrunąłem nieśmiało - Shiran jestem. I wychodzi na to, że spędzimy ten czas niedoli razem - zaśmiałem się lekko.
- Ktoś doświadczenie z syrenami ma? Może panienka, wszak syreny podobnej urody - zwróciłem się tutaj w kierunku przerośniętej... Nastolatki? Kij wie ile miała lat. Młoda była, a syndykat dzieciaków by nie brał na takie wycieczki. Prawda?
Wyszczerzyłem zęby w durnowatym uśmiechu, sam już nawet nie wiem do kogo. Póki co panowała cisza i nikt niespecjalnie garnął się do gadaniny.

Może i sam powinienem nieco odpuścić?

Rozejrzałem się po pokładzie, a tam prócz nas ni żywej duszy. Kij wie co robić. Wychyliłem się nieco poza burtę, czując na poliku morską bryzę. Ciemno już było, więc wgapiałem się w nicość mrocznego świata. No i za niedługo mieliśmy dopłynąć do celu. Zerknąłem jeszcze bez nadziei w stronę kajut kapitańskich. Gdyby świeciło się tam światło, może i bym zaryzykował odwiedziny? Chociaż czy warto jaja poświęcać dla rozwiązania wielkiej zagadki, która krążyła po statku? Któż to wiedział...

[Wschodnie Wody] Pokład "Starej Suki"

3
Opuszczając wyspę wiedziała, że życie poza jej osadą może toczyć się inaczej niż do tego przywykła... Ale nie sądziła, że sprawy mogą tak pędzić.

W jej rodzinnym domu sprawy szły swoim ślamazarnym, leniwym tempem. Co najwyżej można było liczyć na jakiekolwiek większe poruszenie gdy warsztaty i handlarzy goniły terminy, bo musieli wyrobić coś dla jakichś Magnatów. A wystarczyły niecałe dwa tygodnie szwendania się po okolicznym porcie, by z tłumu ludzi wyłuskał ją jakiś czarujący jegomość, który okazał się potem członkiem Syndykatu. Gdy teraz tak to wspomina to rozmowa z nim wydawała się trwać zaledwie mrugnięcie okiem, a ten zdołał podać prawdziwy powód kierujący jego chęcią rozmowy. I nagle została rzucona w wir szkoleń i treningów, co w sumie ze zdziwieniem dla niej samej spodobało jej się. "Darmowa nauka? Czemu nie?" Choć raz miło było nie rozkminiać czegoś samemu. Co prawda wykłady o "posłuszeństwie" i "hierarchii" niebotycznie były jej nie w smak, ale sumaryczną naukę z nich wyniosła - nie przeginać.

Podróż tak potężnym dla niej statkiem, które do tej pory widywała tylko w portach i u brzegów Apozo, była dla niej miłym przeżyciem. Zdecydowanie lepszym niż wymykanie się późną porą czółnem samemu na otwarte morze. "Nie będę mieć do siebie wyrzutów, postąpiłam słusznie. Jednak strasznie dużo było tu rumoru, surowości. Jakby odrobina uśmiechu wobec nowych członków załogi miała kogoś nabawić szkorbutu. A może nikt się właśnie nie uśmiechał przez to, że zżera ich szkorbut? Jakby cytrusów u nas było za mało.

Niespodziewanie miło też jej się zrobiło, gdy dotarło do niej, że ma jakąś swobodniejszą wachtę. Trochę gorzej, że była ona z trzema nieznajomymi facetami, ale chociaż tyle, że też wydawali się nowi. To znaczy poza tym mężczyzną w czarnym płaszczu, o przyjemniej dla oka twarzy. Na początku Aremani w sumie uśmiechnęła się do niego, ale była to reakcja na przyjemną estetykę jegomościa, tak samo można było zareagować na świeże bazgroły swojego jedynego dziecka - niby ładne, ale do poświęcenia głębszej myśli raczej nie zachęcało. "Poza tym przypomina mi kogoś, o kim wolałabym zapomnieć". Skryty pod pałami swojego płaszcza karzeł w tłustych włosach raczej też nie prosił się o nawiązanie rozmowy. Z kolei lekko niższy od niej ostrouch dziwnie się gapił.

Słowa orczycy rozbawiły ją, a zaśmiała się ona ładnie, tak perliście. Nie był to odgłos który wydawała często, choć lubiła go słyszeć. Po prostu nie bywało do tego sposobności. Odprowadziła muskularną kobietę wzrokiem, trochę z sympatii a trochę z zaintrygowania. Jeszcze nigdy nie widziała pół-orka.
- Aj aj, proszę Pani! Będę ich pilnować. - odkrzyknęła na pożegnanie robiąc salut dłonią od czoła.

Noc wydawała się całkiem przyzwoita, a Aremani spojrzała na chwilę w dal. Jej kreatywny umysł już zaczął wymyślać obraz takiej prawdziwej syreny zastanawiając się, czy rzeczywiście takowe mogliby spotkać. Nie znała się na faunie dalekomorskiej zbyt dobrze, a szkoda. "Ciekawe, czy jest sposób, by nurkować bezpiecznie w przestworach oceanu i móc wszystko co widoczne badać i analizować? Jak robić notatki pod wodą?"
Jej analityczny umysł przewidział, że ktoś będzie chciał przerwać tę piękną ciszę, jednak podejrzewała o to Pana Ładnego. A tu taka niespodzianka.

- Łał. - wyrzekła przeciągając i zabarwiając ton preludium do ironii - Jesteś mistrzem łamania pierwszych lodów, co?
Nie wiedziała, co było gorsze. To, jak faceci patrzyli na nią na tym statku z politowaniem wobec świeżaka, z wyższością jak do kobiety czy jak ślina z języka potrafiła kapać na niedawno pucowane deski pokładu.
- Nie obrażaj się, żartuję. - rzuciła dla bezpieczeństwa. - W sumie fajnie byłoby być taką syreną. Pływać całymi dniami, nie martwić się czy włosy tłuste, czesać się muszlą, żreć glony... A raz na jakiś czas pośpiewać i pośmiać się z tonących, jurnych facetów.
Zwróciła się następnie do tego Pana co mimowolnie jej oko się na nim zaczepiało.
- Słyszałam, że Pan pośpiewuje, Panie Ładny. Spotkał Pan jakie syreny?

[Wschodnie Wody] Pokład "Starej Suki"

4
Po spędzeniu takiej ilości czasu w okupowanym mieście, tarzaniu się w błocie, przelewaniu krwi, obserwowaniu śmierci i przemocy niemal na każdym kroku, po opijaniu śmierci towarzyszy broni i robienia wszystkiego, podczas tych nielicznych wolnych chwil, by choć na moment o tym zapomnieć, znów poczuć czyjeś ciepło i pomyśleć, że może następny dzień przyniesie zmianę... Można by pomyśleć, że Dandre Birian już do końca swego życia nie wyściubi nosa poza bezpieczne ściany jakiegoś dworu, czy nawet zwykłej karczmy. Sam bard nie byłby w stanie zaprzeczyć, że opcję taką rozważał niejednokrotnie. Odstawić miecz, nosić go już tylko jako ozdobę, a miast przemocy parać się tym, co piękne - poezją i muzyką, tak jak to robił wcześniej.
Może jednak zło odciska na ludziach swe piętno o wiele trwalej, niż chcieliby to przyznać. Może sam bard mimo swojego przymilnego uśmiechu, gładkiej aparycji, pięknego głosu i niesamowitego talentu do poruszania ludzkich i nieludzkich dusz śpiewem i muzyką, tak naprawdę potrzebował czegoś co bynajmniej poezją nie jest. A przynajmniej nie jest nią w oczach osób postronnych.
Historia tego świata nie tworzy się w alkowach, z pięknymi kobietami, ani nawet na dworach ludzi wpływowych, na ich wystawnych balach i bankietach, choć ci zapewne twierdzą inaczej. Ona wypełza z ziemi, z błota i z krwi. A jedyną muzyką jaką naprawdę sobie ceni jest szczęk stali i chóralne okrzyki bólu.
Jeśli jest coś, czego Birian naprawdę pragnął, to było to doświadczenie absolutne. Za tym chyba pędził całe życie. Tego szukał w ekstazie zbliżenia z kobietą, tego szukał w oklaskach publiki i ich rozszerzonych, błyszczących oczach, tego szukał w tańcu z mieczem, wyjątkowym pejzażu, a nawet w bólu rozcinanych tkanek.
Oczywistym więc było, że po przeżyciu Ujścia, trudno było mu odnaleźć się w świecie bardziej cywilizowanym. Nawet delikatność, miękkość i sprężystość arystokratycznych kobiecych ciał zdawała się być przez moment mniej pociągająca niż zwykle. Kąpiele, pachnące wody, wino na wyciągnięcie ręki. Nic nie było takie samo.


Nie znaczy to, że bard bardzo się zmienił jako osoba. Nadal był to ten sam Dandre, niepokorny zawadiaka o złotych ustach, który mimo zainteresowania tym wszystkim co brudne i zimne (a więc teoretycznie najprawdziwsze), lubił wciąż luksus i ciepło. Człowiek dysonans, znany w niemal całym Keronie ze względu na szereg przygód i wybryków...
Znów nie mógł wysiedzieć w królestwie dłużej niż rok. Z początku Ujście zostawił za sobą, wieczorami jedynie uporządkowując notatki, które prowadził w okupowanym mieście i dopisując coś do nich od czasu do czasu. Żył tak jak kiedyś, bawił się wspaniale, tworzył, grał i kochał się. A w jego pięknym, niebieskim oku błyszczała tak niezłamana pewność siebie, że nawet do miecza nie sięgał zbyt często. Myślał nawet o odwiedzinach u swej dawnej miłości, jednak nim do tego doszło... Pojawił się temat Kattok i wyprawy w nieznane.
Och, jakże ożywiła się jego dusza, jak zabiło młode wciąż serce! Gdzież szukać wrażeń, natchnienia, życia , jak nie w nieznanym? I znów, spisać to wszystko, spamiętać, by móc później wyśpiewać historie nowego świata.
Nie zastanawiał się długo. Prędko odszukał kogoś z Syndykatu i zaoferował swój miecz. Bo ze śpiewu i pióra raczej zbyt wiele im nie przyjdzie.


Zapał barda znacznie zmalał, gdy tylko dotarł na pokład "Starej Suki". Wcześniejsze treningi Syndykatu nie sprawiły mu trudności jeśli chodzi o kwestie fizyczne, wszak człowiekiem był o kondycji wspaniałej, jednak bynajmniej nie podobało mu się uznawanie jakiejś tam hierarchii dowodzenia. Winno być jak zwykle, świat swoje, a on swoje. Nie lubił, gdy ktoś nad nim stał i mówił mu, co ma robić. Posłuszeństwo nie było cechą, którą w sobie rozwinął. Nawet w Ujściu jakoś chcąc nie chcąc wkręcił się w dowództwo. Teraz zaś musiał uznać zwierzchność Syndykatu... I załogi tej okropnej łajby.
Zdarzało mu się pływać nie raz, wszak sporo podróżował, jednak nigdy nie był na statku jako załogant. Wcześniej, szczerze mówiąc, nie zwracał zbytniej uwagi na to, jak ciężko pracują. Po prostu chodził po pokładzie, obserwował morze, pił i śpiewał.
Teraz sprawy miały się inaczej. Wegetował wśród tych mord smutnych i cichych, teoretycznie ciężko pracował, a w praktyce nudził się jak mops. Bo co to za życie, gdy do nikogo gęby nie można otworzyć, by jeno kiego burczenia nie usłyszeć w odpowiedzi? Fascynacja pięknem morza, kojącą zmysły muzyką fal i wiatru, ogromem błękitu oraz prawdziwą magią płynącą z rozgwieżdżonego nieba, również powoli zanikała.
- Bo ileż można pisać o ślicznych gwiazdach i morzu? Tak nikt wielkości nie sięgnął... Nie na wilgotnego przestwór oceanu wpływa wielka poezja. Kogo porwie marinizm? Może pirata, może zaś jego brata? - myślał wieczorem w kajucie - Jak szukać życia na wielkim, niebieskim stole? A żeby chociaż coś ciekawego się zadziało... Sztorm! Tak, potęga natury, bóstw od nas niezależnych... człowiek - mały jak laleczka, statek - łupina, wiatr zawodzi swe żałobne pieśni, pochylając się nad tonącymi, gdy ściana deszczu plwa im w twarz... - myślał i zasypiał, ululany do snu przez spokojne fale i echo wcześniejszych godzin pracy, wciąż pulsujących w mięśniach i kościach.


Dopiero po paru dniach rejsu stało się coś godnego odnotowania. Nocna wachta w towarzystwie innych świeżynek. Nie trzeba mówić, że bard od razu zapalił się na myśl o odbyciu jakiejkolwiek konwersacji. Cisza powoli go zabijała. Aparycja pół-orczycy, która w swym pół-orczym stylu przedstawiała im odprawę, aż prosiła się o setkę pytań o jej życie i dokonania. Birian czuł jednak, że może nie był to w tej chwili najlepszy pomysł. Aczkolwiek nie wykluczał możliwości konwersacji z nią w nieodległej przyszłości.
Intrygowała go również zagadkowa pani kapitan, ale to wszystko później, później. Powiódł wzrokiem po swych towarzyszach. Dwie persony z gatunku tych niższych, jeden ponury i tajemniczy, drugi z jakimś dziwnym ognikiem w oku, a poza tym panienka. Dziewczę całkiem urodziwe, młode, acz wysokie. Tak, bardzo młoda była z niej osóbka, aż dziw, że ją zabrali. Miała w sobie jakąś delikatność, która przywodziła mu na myśl Rennel i trudno było mu się do niej choć trochę nie uśmiechnąć.
Swoją drogą; syreny. Fascynujące! Od razu pomyślał o swym wydaniu "Mitów i legend krain Herbii", które zazwyczaj woził ze sobą w torbie.


Mężczyzna parsknął cicho, słysząc koślawy komplement.
- Dandre Birian, mój złotousty kolego. Muszę przyznać, że miło będzie spędzić trochę czasu z kimś, kto nie boi się gęby otworzyć! - przedstawiając się, skłonił się lekko, acz z niemałą gracją i iście dworskim polotem. Zaprawdę, tylko ludzie potrafią tak przejmować się wszelakimi formułkami... Choć, po chwili namysłu, najpewniej Wysokie Elfy jeszcze ich przebijają. Głos barda nawet teraz, gdy najzwyczajniej w świecie mówił, rezonował w jakiś podejrzanie przyjemny dla ucha sposób. Był wręcz jak miód.
Dandre oparł się plecami o maszt i założył ramię na ramię, mierząc dziewczynę wzrokiem.
- Powiedziałbym, że mimo wszystko osiągnął sukces. Panienka to swoje 'łał', niemal wyśpiewała, zaś pokłady ironii wcale wagi tego wydarzenia nie umniejszają. - podrapał się po bródce, zastanawiając się nad istotą syreniego życia.
"...tonących, jurnych facetów..."- ... jeśli wierzyć podaniom ludowym, to na śmiechu by się nie skończyło. Wszak syreny uwielbiają ludzkie mięso. Mam nadzieję, że jeśli coś takiego rzeczywiście się wydarzy, to nie pozwolisz nam zostać rozszarpanym na strzępy... Nieważne jak bardzo byśmy się do tego nie garnęli. - wyszczerzył zęby w ślicznym uśmiechu.

- Panie Ładny? - zaśmiał się w głos, odchylając głowę do tyłu. - Z jednej strony to komplement, a z drugiej czuję się jakiś taki uprzedmiotowiony. Ambiwalentne odczucia we mnie panienka wzbudza. Chętnie poznam twe imię, by samemu nie postąpić podobnie.
Co do pytania... Nie, nie miałem okazji natrafić na żadną z tych istot, choć muszę też przyznać, że nigdy nie wypływałem zbyt daleko w morze. Najczęściej żeglowałem w okolicach wybrzeży Keronu.
- wzruszył ramionami. - Choć słyszałem kobiety o głosach tak pięknych, że zaprawdę w głowie rodziła się człowiekowi myśl; czy to dziewczę nie jest aby jedną z tych morskich bestyj, która za sprawą magyi jakowej nogi sobie wyhodowała i ruszyła na ląd, by biednych ludzi na pokuszenie wodzić? Możliwe, że były to jednak podszepty paskudnej zawiści, co to na wszystko co piękne patrzy podejrzliwie, gdy nie wychodzi, niestety, ode mnie. - znów zaśmiał się cicho.
- Spotkałem za to, jestem pewien, nymfę niejedną... - pokręcił powoli głową.
Ostatnio zmieniony 05 wrz 2020, 17:17 przez Dandre, łącznie zmieniany 1 raz.
Dandre
Spoiler:
Muł nie człowiek; nie zapierdala

[Wschodnie Wody] Pokład "Starej Suki"

5
Nic wielkiego. Kolejna kampania. Po co? Kto to wie. Może dla pieniądza, a może, by mieć co ze sobą zrobić. W kompanii to jeść dostanie i spać jest gdzie. Ma to swoje plusy. A Regisowi było już wszystko jedno dla kogo walczy. Syndykat, Sakirowcy, czy nawet demony. Co za różnica. Gdyby Keron płacił, pewnie też wziął by to pod rozwagę. Tylko że jedyną zapłatą od Keronu na jaką mógł liczyć, to szybki proces. Rzecz jasna, gdyby tylko go poznali. Zmienił się trochę od tamtego czasu. I zmienia się nieustannie, bo tego wymaga przetrwanie. Podczas, gdy życie innych z wiekiem traci kolory, jego jedynie zmienia spektrum. Czasem zdawało mu się, że nawet dosłownie. Świat ma tyle barw, lecz nie ma miejsca, które posiadło by je wszystkie.
Na całe szczęście czerń jest uniwersalna...

Syndykat w pewnym sensie spadł mu z nieba, choć nie przyzna tego na głos. Eksterminacja potworów może nigdy nie leżała w jego zakresie kompetencji, ale nie widział w tym problemu. Jeśli płacą, to będzie zabijał potwory. Grunt że ma zapewniony byt na jakiś czas, lub do rychłej śmierci. Szkolenie jakie mu zapewnili też z pewnością było dobrym treningiem. Aż przypomniały mu się dawne czasy. Mógł tedy zweryfikować, co zapamiętał i co wciąż potrafił. Doprowadziło go to do konkuzji, że stracił trochę na swej wszechstronności. Za bardzo ukształtował swój wachlarz w jednym kierunku. Można by powiedziać, że wykształcił swój oryginalny styl. Ale on nie miał przecież swojego stylu. Ideałem była uniwersalność i zdolność adaptacji. Tylko dzięki temu nie dasz się zaskoczyć.

Kolejną sprawą był rejs na okręcie, na którym wszyscy mieli go w dupie. Idealnie! Żadnych zbędnych pytań, pogaduszek i emocjonalizowania się. Można się tu skryć w cieniu i nie zwracać na siebie uwagi. Póki co, całkiem tu bezpiecznie. Nawet teraz, gdy dostał wachtę z trójką innych "poszukiwaczy przygód" (na same te słowa w swojej głowie wywrócił oczami), zajęli się oni sobą, nie zwracając uwagi na łachmytę w czarnym płaszczu. Pewnie nie potrwa to zbyt długo, ale może uda mu się czmychnąć na bocianie gniazdo. Nieczęsto widywał morze. A już tym bardziej nigdy po nim nie żeglował. Chyba najbardziej przeszkadzało mu to, że ciągle widać było gwiazdy...

Oparł się więc o beczkę i słuchał. To akurat lubił robić. Niemy słuchacz. Może to też zboczenie zawodowe... Coś jednak go podkusiło, by otworzyć gębę.
- To może nie syrenę a sukkuba żeś widział - mruknął półgębkiem, chrapliwie, ale na tyle głośno, by usłyszał. Zaschło mu w gardle, stąd ten pogłos. Odchrząknął po chwili, by pozbyć się flegmy i splunął za burtę. Wzbudził tym zapewne trochę więcej zamieszania niż chciał. Ale cóż. Trudno...

[Wschodnie Wody] Pokład "Starej Suki"

6
- Oczywiście, że tak. To nie taki problem w końcu pyska otworzyć i rzucić słabym komplementem. W najlepszym wypadku masz względy, w najgorszym unikasz plaskacza. I w jednym i drugim przypadku wygrana jest Twoja, bo dyskusja się kręci, nawet jeśli z fochem - wzruszyłem ramionami na słowa Rudej. - A obrażać nie ma o co... Na kogo Ci ja wyglądam? Pizduś jakiś jestem? - Z uśmiechem odbiłem się od relingu, wracając myślami do towarzystwa i zostawiając panią kapitan w chwilowym spokoju.

Głos miała ładny, śmiech perlisty, wygląd nienaganny, choć zwyczajny. Ot, młoda panienka z pazurem, jak wywnioskowałem po krótkiej konwersacji. Ale nie taka panienka, panienka... Oj nie, to nie ten typ. To raczej panienka z jajami, czy jak by takie połączenie inaczej nazwać. Wkurzająca, pyskata, taka co to się robotą nie brzydzi kobitka, która jeszcze wiele ma przed sobą. Ciekawe, czy naiwna tak samo jak wyszczekana?

- No, a co do jurnych facetów, to przyznam że widok musiałby być dość ciekawy... - Orzekłem na głos, wyobrażając sobie takiego pierwszego lepszego pijanego przychlasta, który to pędzi za burtę do swojej ukochanej syrenki. Szkoda, że nawet w rzyć jej nie wsadzi, bo jak to tak? Rybie? Khem... W złą stronę idziesz Shiran, w złą... No, ale odezwał się też i w końcu nasz Piękniś. Jak wywnioskowałem ze stylu odpowiedzi, poeta wielki, w dupę zapinany. Ha tfu na takich. Wszak zawsze to rozpieszczone było i bez większego polotu. Tylko sztuka i szabelka od bogatego ojca. Krytykować tylko takie umiało, a do tego jak tylko coś więcej się powiedziało, to już wielce obrażona kozia trąba.

- Złotousty... Jakoś nie leży mi to miano, panie... Dandre - mruknąłem z lekkim niesmakiem. Kwiecisty język już od samego początku mnie denerwował, ale co poradzę. Dziwne jednak, bo kompletnie nie korelowało to z jego szramą na brodzie. Ale może po prostu ryjem szorował za dzieciaka po kamulcach, to nie ma co się dziwować.

- Toć to prawie tak jak krowę potworem nazywać, bo muczy żałośnie podczas dojenia. Ech, Ci miastowi, zapatrzeni w siebie, swoje osiągnięcia i samozachwyt ciętym językiem. A sam to się pierwszy nie odezwie - westchnąłem, kręcąc głową. - No, ale nie po to tu jesteśmy by się przerzucać gnojem... - Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, a w głowie cały czas obijała mi się nowa ksywka na naszego Ładnego kolegę. No tak zhańbiony facet, a ten nawet niczego nie zauważył. Dziewczyna wprost uznaje go za wypindrzoną babę, określając go jako Ładnego, a nie Przystojnego, a ten to za komplement uznaje. HA! Gertruda, patrz na niego! Tylko flirty w głowie...

Nie mogłem się więc też nie zaśmiać na komentarz tego tam zakapturzonego. Widocznie omijał największy tłum, co więc mnie dość mocno zmyliło gdy sam się odezwał. Nieproszony, wchodząc do rozmowy prawie że szydząc. Szanujemy tego pana, jakąkolwiek wykwijmordą by nie był.

- No to panie Ładny, Rudasku i eeee... - Zastanawiałem się chwilę jak ochrzcić naszego zakapturzonego kolegę. Nie było go za dobrze widać, ale co zwróciło moją uwagę to charkana flegma za burtę. - Panie Smarek. - Tak, tego właśnie określenia szukałem.
- Wypada się więc zapoznać, bo płyniemy na tej samej łódce. Ja tu jestem, bo w sumie to mi się nudziło - lekko minąłem się tylko z prawdą. Fakt, Syndykat dobrze płacił. Fakt, ochrona Syndykatu jest fajna, a ostatnio coś wielu jegomościów chciało skrócić mnie o glowę, więc darowałem im to samo w ramach gratisowej usługi. No raz wyratowało mnie to ptaszysko... No, ale i tak szlajałem się po wyspach, więc nie ma co - prawda jak się patrzy.

- A Wy co tu porabiacie? Bo... Hmm... Dość ciekawa z nas paczka

[Wschodnie Wody] Pokład "Starej Suki"

7
Aremani mimowolnie uśmiechnęła się na słowa barda. Spodziewała się tego rodzaju gładkiej gadki z jego strony lecz to nie barwne zdania które układał robiły na niej wrażenie, gdyż do podobnej retoryki przywykła przy kontaktach z kupieckimi podlizuchami. Nie, to był jego zaskakująco ciepły i przyjemny tembr głosu, z pewnością dobrze wyszkolony i ustawiony, niemniej jeśli była w nim choć krztyna naturalności to dobrze się go słuchało.
- Dobrze, szanowni panowie - mówiła najpierw patrząc w stronę Dandre a potem zwracając się do reszty. - To może żeby było tak ładnie i oficjalnie to przedstawię się wszystkim.
- Aremani z Apozo, kłaniam się. -
przedstawiła się, kłaniając się. Była przy tym tak do bólu pompatyczna, uginając się wdzięcznie w kolanach i łapiąc za kraniec swej koszuli. Oczywiście, że robiła to wszystko świadomie. - Jeśli was polubię to pozwolę zwracać się do siebie zdrobnieniem, ale prędko na to nie liczcie.

Dziewczyna oparła się ramieniem o jakąś stojącą nieopodal skrzynię i wsłuchała się w konwersację. "O jak cudownie. Konus burczy coś pod noskiem i ledwo go rozumiem. Co on tam powiedział? Skupupa? Czy to jakieś durne określenie na tyłek?". Aremani strasznie irytowało to uczucie, gdy czegoś nie wiedziała. A po opuszczeniu swej małej wyspy towarzyszyło jej to coraz częściej. Ludzie rozmawiali o jakiś dalekich krainach, antycznych czasach, dziwnych potrawach i stworach których na oczy nie widziała. Czuła się przez to strasznie nieporadna czasem w towarzystwie, co nadrabiała zazwyczaj ciętym językiem. Albo temperamentem.

Shiran zwrócił się do niej per "Rudasku" co nie za bardzo jej się spodobało, gdyż brzmiało zbyt podobnie do "Brudasku". a tak zwracał się do niej często ojczym wytykając jej często brudne ręce po swoich eskapadach do lasu.
- Tylko nie Rudasku - odburknęla - bo jeśli Ci się aż tak nudzi to zaraz skończysz budząc się z zieloną pianą w gębie i trudnością oddychania.
Co to w ogóle za postawa, hm? "Nudzi mi się, więc postanowiłem wybrać się w najniebezpieczniejsze rejony dzikiego Archipelagu". Stary, są lepsze sposoby na samobójstwo, naprawdę. Poproś ładnie, a znajdę Ci jakieś przyjemne zioła, zrobisz sobie z nich herbatkę i popłyniesz inną łodzią w bardzo długą, przyjemną drzemkę.

- Ale skoro pytacie... Ja w sumie płynę z ciekawości, to raz. Skończyły mi się gatunki do opisywania na moim małym jak pchli wrzód Apozo. - wyjęła z swojej sakwy swój duży dziennik badawczy i pomachała przed oczami. - Lubię pisać, lubię rysować, oglądać, takie tam. No i chcę się upewnić, że kompania "obcych" nie postanowi zniszczyć czegoś z zasobów naturalnych tych ziem. Bo kilka okazów jest to rzadkich, a nie wszystkie też odkryte.
Kto wie, może będę mogła nazwać parę nowych roślinek. -
rozmarzyła się. - Ech no... A was co wywiało na te zapomniane przez Bogi wody?

[Wschodnie Wody] Pokład "Starej Suki"

8
Bard dostrzegał lekką irytację, w jaką wprawił jednego z dwójki szemranych typów, z którymi przyszło mu stać na warcie, ale kompletnie niczym nie dawał po sobie znać, że w jakimkolwiek stopniu go to obeszło. Przez moment świdrował mężczyznę wzrokiem, by w końcu przekrzywić głowę, uśmiechnąć się nieznacznie i rozłożyć ramiona w geście bezsilności.
- Zawsze może waćpan zapracować sobie na jego zmianę. Przydomki mają to do siebie, że równie prędko mogą przyjść i odejść. Przyznać muszę, że teraz, po wysłuchaniu więcej niż trzech słów z pana ust, rzeczywiście mogę wprowadzić doń pewną zmianę. Brzmisz i wyglądasz, w swych butnych spojrzeniach i dwuznacznych uśmiechach, jako najpierwszy z pierwszych wojujących językiem na wiecznie płodnych polach sarkazmu, więc z nieskrywaną przyjemnością mogę zaproponować ci tytuł Ironisty. Z krową rzeczywiście wiele wspólnego nie masz, chyba że i ty żałośnie muczysz podczas dojenia, aczkolwiek daruję sobie spekulacje na ten temat, a empirycznie sprawdzać nie zamierzam. - uśmiechnął się raz jeszcze, widząc w niższym mężczyźnie potencjalnie ciekawego rozmówcę. Persony kąśliwe skrywały w sobie zazwyczaj niemałe pokłady inteligencji, wszak zwykły wiejski cep nie ułoży nigdy riposty wykraczającej poza domniemane ruchanie czyjejś matki.
- Zaraz tam zapatrzeni, wypraszam sobie! Patrzę przed siebie, patrzę szeroko, a że czasem kawałek swego nosa dostrzegę, to już inna sprawa. - zaśmiał się cicho. Artyści miewają zdecydowanie zbyt wysokie mniemanie o sobie i Dandre chyba nie miałby w sobie dość tupetu, by próbować zaklinać rzeczywistość i udawać, że jest inny. Gdyby sam nie był swoim fanem, to o wiele trudniej wychodziłoby mu się na sceny.
- Przepraszam po tysiąckroć, jeśli swym milczeniem waćpana zraniłem. Nie wiedziałem, że tak bardzo ci na tym zależało. - przyłożył dłoń do serca, przybierając na twarzy wyraz najgłębszej boleści.


Birianowi spodobał się uśmiech Aremani, który oczywiście obrał za dobry omen.
- Bardzo miło poznać, panienko Aremani. - rozbawił go nieco jej przykładny ukłon i oczywiście zaczął zastanawiać się, czy zrobiła to idąc za jego przykładem, czy też był to gest ironii mimowolny. Nie ma to jak bawić się w dwór na starej, zawszonej łajbie, gdzieś na krańcu świata.
Oho! A cóż to za dźwięk przerwał chwilkę ciszy, cóż to za boskie symfonie? Charknięcie i splunięcie za burtę, tak, ale wcześniej, na początku...
Na początku był Głos! Trochę niewyraźny, komentarz rzucony ust jeno połową, jednak istotny, bo ukazywał, że ostatni z czwórki również mówić potrafił, nawet jeśli się do tego wcale nie garnął. Bard obrócił się momentalnie w jego stronę, unosząc w górę palec wskazujący, niczym natchniony prorok, mówiący o swym bóstwie.
- Och, panie kolego, zapewniam, że gdybym w rzeczy samej natrafił wtedy na sukkuba, to nie stałbym teraz w naszym zacnym towarzystwie, a leżał gdzieś martwy, pusty, z duszą i życiem wyssanymi z mojego biednego ciała przez siły nie z tego świata. Bezsprzecznie możemy stwierdzić, że żyję, a krew bez ustanku wciąż we mnie płynie... O duszy zaś mówić mi trudno, ale wierzę, że nadal gdzieś tam jest i po śmierci nie obudzę się w najgłębszych piekielnych czeluściach. - tak skwitowawszy temat demonów rozpusty, bard powrócił na swe miejsce, oparł się raz jeszcze o maszt i omiótł wzrokiem swych chwilowych towarzyszy.


Śmiał się pod nosem, widząc jak rudowłosa dziewczyna strofuje pana ironistę. Miała charakterek, miała go więcej niż z początku sądził. naprawdę jednak zainteresowała go dopiero, gdy wyciągnęła ze swej sakwy księgę niemałą i pomachała nią przed ich oczami.
- Oho, taka młoda, a taka uczona! Rysunkiem zajmujesz się szerzej, czy tylko w kwestiach klasyfikacyjno-botanicznych? - uniósł brew, nie kryjąc nawet przez moment swojego zaintrygowania tematem. Jego matka była malarką i choć sam niestety nigdy się tą dziedziną szerzej nie zajął, to za młodu bawił się w rysowanie portretów panien co powabniejszych...
- Mnie do tego rejsu popchnęła, naturalnie, czysta ciekawość i głód twórczy. Z największą ochotą spisałbym parę wersów o nowym świecie, o krainach nietkniętych ludzką stopą, o tamtejszych urokach i dziwach. Jest to temat zaprawdę fascynujący... Tak jak niegdyś Ujście i jego bolączki... Tylko, że od niego odwracano wzrok, bojąc się brzydoty i śmierci. - na jego twarz wpełzł na moment wyraz najgłębszej pogardy. Wstyd mu było za każdego wysoko urodzonego Kerończyka, który grzał się na salonach, gdy on sam pełzał w błocie i krwi oblężonego miasta... Ale to już przeszłość, Ujście praktycznie zniknęło, odkąd doprowadzono do wybuchu portu.
Pogarda powoli zeszła z jego twarzy, zastąpiona przez lekką melancholię. Stał więc cicho i nie odzywał się, zatopiony we wspomnieniach.
Dandre
Spoiler:
Muł nie człowiek; nie zapierdala

[Wschodnie Wody] Pokład "Starej Suki"

9
Dosyć charakterne towarzystwo. Gęby im się nie zamykają, co może jest i dobrym omenem. Zaczęli się przedstawiać, zaczepiać i najwyjaźniej przyjemność sprawiały im te słowne przepychanki. Puste i próżne. Oczywiście, że Regis umiał mówić, lecz z języka korzystał bardziej praktycznie. Bez dwuznaczności... Naturalnym więc było, że w całym tym śmiesznym układzie szukał korzyści. Łatwe to nie było, gdyż narazie otaczają go sami artyści. Choć ten najbardziej wygadany miał przy sobie szabelkę. Ciekawe czy to tylko na pokaz.

Regis skrzywił się pod nosem usłyszawszy nadaną mu ksywkę. Miał uczulenie na żenadę. Źle robiła mu na cerę. Może dlatego był tak blady. Przeleciał wzrokiem typa. Miał w urodzie coś z elfa. Shiran... Nic mu to imię nie mówiło. Może całe szczęście. Czasem niewiedza jest błogosławieństwem. W życiu Regisa jednak niesamowicie często.
- Nie jesteśmy żadną paczką. Znaczy, chcecie to sobie bądźcie, ale mnie w to nie mieszajcie - rzekł spokojnie - A jeśli już musicie mnie jakoś tytułować, mówcie mi Regis. Po prostu Regis. - dopełnił, co by konwenansów stało się za dość. Dalej jednak trzymał się swojego przytulnego cienia. Jakby czuł się w nim bezpieczniej. Może niepotrzebnie się odzywał, ale nie był to chyba największy błąd, który mógłby podczas tej wyprawy popełnić. Znów skupił się na obserwacji i słuchaniu. Może będzie mu to jeszcze potrzebne.

Pan bard odpowiedział kwieciście, jak to on, zaczynając powoli irytować Regisa. Nie odpowiedl mu, choć czuł płynące z jego ust bzdury. Syreny rozprawiły by się z nim nie lepiej. Ale co tam. Niech wierszokleta wierzy w bajki, od tego jest. Jeśli jednak jego znajomość bestiariusza jest tak mierna, to marne szanse na bezpieczny powrót. A Regis jednak zaykł dbać raczej o własny kark. Albo inaczej: za siebie może poręczyć w ciemno. Za innych... Jeśli taką kompanie dobrali włodarze, to raczej marny dobór ochroniarza dla trzech papug... Z resztą, co za różnica.

[Wschodnie Wody] Pokład "Starej Suki"

10
Powszechnie wiadomo, że na rozmowach czas szybciej upływa. Jednakże wiedzą mniej powszechnie znaną zdaje się fakt, że czas który upływa szybciej niekoniecznie da się potem precyzyjnie określić. No ale wachta skróciła się jednak o ten bliżej nieokreślny okres czasu dzięki rozmową, prezentacją i przekomarzaniu się grupki najemników. W miarę zaś jak gwiazdy powoli wędrowały po nieboskłonie, jak okręty sunęły i po falach i jak słowa leciały z ich ust mroki nosy zdawały się jakoś mniej nieprzebrane. Ocean mniej smolisty. Powietrze mniej chłodne. Słowem noc stawała się dniem. Powoli i nieśmiało... ale nieubłaganie.

Promienie gorejącego giganta wychodził jednak wyjątkowo leniwie zza horyzontu. Łunę ewidentnie coś blokowało. Ciemne, nierówne i odległe pasmo... czegoś. Z początku wyglądało niczym chmura. Przy pierwszych promieniach światła przywodziło na myśl zastygłe w połowie ruchu falę. Co zaś bardziej kreatywne umysły mogłyby poprzysiąc, że widzą cielsko wielkiego węża oplatającego fragment horyzontu. Wcześniej czy później jednak każdy z czterech najemników pojął iż rozpościerająca się na wschodzie ciemna masa jest wyspą. I to nie byle jakim kawałkiem skały sterczącym z ziemi. Kawał lądu nawet mimo odległości prezentował się masywnie i dumnie. Zaś wraz z napływem barw poranka kształt nie tyle nabierał kolorów co tonął w zieleni. Nie było wątpliwości. Było to Kattok w całej swej równie nęcącej co niebezpiecznej okazałości. Wraz z tą realizacją w umysłach zebranych odezwał się głos ich oficera. A raczej bardzo dokładny fragment odprawy jaką ich uraczyła pół-orczyca.

"- ... picia na służbie, prochów, mizdrzenia i tak dalej. A jak ląd zobaczycie czy wrogie okręty to meldować to do mnie i tylko do mnie od razu. Jak "przekażecie to dalej" lub pobudzicie pół okrętu przede mną to jak Ula kocham powybijam zęby wam i każdemu kto dołączy do tej "zabawy w posłańca". Wracając do zakazów..."

Mimo jednak tej obszernej tyrady mającej miejsce przed i po owym fragmencie każdy z członków wachty posiadał ten sam drobny problem dotyczący realizacji tegoż zalecenia. Gdzie do czorta mają ją znaleźć?
Spoiler:

[Wschodnie Wody] Pokład "Starej Suki"

11
Rudasek była bardzo charakterna. Oj i to jak. Wlepiłem w nią ślepia, uśmiechając się coraz mocniej, widząc że dziewczyna coraz bardziej się nakręca i wścieka. A może i już kobieta? W każdy razie, gdy tak się pieniła, wyglądała jak taki słodki mały kundelek, który warczy i skacze do kolan, podgryzając kostki. Doprawdy urocze.

- Spokojnie, spokojnie - Uniosłem w formie żartu ręce do góry.
- Ani zielonej piany, ani żadnego samobójstwa. Ot, trzeba zobaczyć to, czego jeszcze na ślepia się nie widziało. Przepłynąć łajbą, która się rozpada, a potem może i troszkę monet zarobić, bo na starość na złote zęby nie wystarczy - wytłumaczyłem swoją motywację, ale nawet wiejski głupek zorientowałby się, że nie do końca byłem ze wszystkimi szczery. A odrobina tajemnicy nie zaszkodzi oczywiście.

Za to komentarz Bardziątka!
- Normalnie do rany przyłóż... Ironista - posmakowałem nowego przydomku. - Pały nie gnie, dupy nie urywa, ale w praniu ujdzie - orzekłem.
- Sprawdzać tego muczenia też nie polecam, bo od mojego wycia uszy pękają. Mam nadzieję, że nie będziesz upewniać się, czy nie kłamię po nocach. - Uśmiechnąłem się lekko, pokazując zęby. - Może będziesz mieć kiedyś okazje usłyszeć zza ściany.

- No i cieszy mnie ta autorefleksja, a przeprosiny przyjmuję. Ot, mordy nie zamykać, bo smutno będzie i wyglądać będziesz jak ten tam, o! - Kiwnąłem głową w stronę Smarka. No i na tym bym poprzestał, ale się odezwał. Oooo, mroczny pan, indywidualista, ten który spuszcza wpierdol. Poważna persona się znaczy.

- Paczka, czy nie paczka, Kapturku, ląd już widać. - On serio myślał, że będę do niego po imieniu się zwracać? - Trza naszą orczycę zbudzić. Chyba jakoś tak mówiła... - Końcówkę zdania wymruczałem trochę pod nosem, bo no jakoś tak wyszło, no. W każdym razie kroki swoje skierowałem w kierunku zejścia pod pokład. Rozdzielać się, czy nie? Może po prostu szukać razem? Albo walić to, jako że to całkiem niezła okazja do przekonania się o pogłoskach o pani kapitan.

- Zgaduję, że nikt nie ma pojęcia, gdzie szukać naszej szalenie pięknej orczycy, co? - Rzuciłem za plecy.
- Szybciej więc będzie się rozdzielić, bo jak za późno przyjdziemy, to nam nogi z dup powyrywa. No może poza Kwiatuszkiem, bo wiadomo, babska solidarność. - Przewróciłem oczyma, ale tego widzieć nie mogli.
- Sprawdzę w okolicy kajut kapitańskich, ale mamy cały statek gdzie mogła się nasza Żabka ukryć... - A to, że mogłem przez przypadek, podczas poszukiwań, zapukać nie do tych drzwi, to inna sprawa. I nieee... Nie liczyłem na żadne stosunki, dzikie harce, czy inne figle. Ot, kierowała mną zwykła ciekawość, kim jest nasza cudowna pani kapitan...
ODPOWIEDZ

Wróć do „Kattok”

cron