Dom Śnienia Kamelii

226
POST BARDA
Kamelio nie odpowiedział, a jedynie w zaprzeczeniu pokręcił głową.
Nikt nie rozumiał. Nikt nie wiedział. Wielu natomiast, i tych tylko rosło w liczbę, snuło przypuszczenia bardziej, bądź mniej kolorowe. Społeczeństwo często znajdowało najwięcej powodów do zmartwienia daną sprawą, gdy zaczynali przyglądać się jej uczeni, magowie bądź astrologowie. Jak się można domyślić, przyglądali jej się oni wszyscy więcej, niż tylko uważnie, uczuleni przez wcześniejsze Zaćmienie. Żaden jednak nie stworzył dostatecznie wiarygodnej ani sensownej tezy, że nie mówiąc już o jej udowodnieniu. To z kolei dawało pole do popisu najróżniejszym miłośnikom siania zamętu oraz chaosu.
Ludzie, którzy stanowili najliczniejszą część Archipelagu, przede wszystkim niestety skorzy byli do ulegania strachowi przed nieznanym, co na ten moment nie wpływało najlepiej na ogólny nastrój w Królestwie. Niektórzy, a przede wszystkim co ekscentryczniejsi magowie i demonolodzy, za ataki na wieszczy i wróżbitów obwiniali mściwego demona lub demony, które rzekomo miałyby wkradać się do wizji, zniekształcać je i doprowadzać przy ich pomocy do obłędu. Inni, bardziej podejrzliwi i kochający teorie spiskowe, tworzyli wizje tajnych organizacji, stojących za całą aferą. Najbardziej jak na razie popularna, zrzeszać miała cichych agentów Sakirowców z kontynentu, którzy czystkę na Wyspach zacząć chcieli po cichu i od najmniej groźnej oraz rzucającej się w oczy grupy umagicznionych... Ci, co bardziej wierzący z kolei, twierdzili, że za sprawą stoi sam Sulon - rozgniewany z niejasnej przyczyny na swoich wiernych. Zapraszali oni zatem gorliwie do składania bogu darów oraz datków w każdej świątyni, czy kapliczce.
- Mam zrezygnować z części mięsa, niektórych warzyw i pszenicy w posiłkach... - odezwała się Mija, gdy tylko wyszli na zewnątrz, a Kamelio wyswobodził dłonie obu kobiet. Jej głos był dużo cichszy niż zazwyczaj, a sylwetka przygarbiona.
Przekręcający w jej stronę głowę elf, uśmiechnął się z lekkim zakłopotaniem.
- Nic, na co możemy cokolwiek poradzić - odparł łagodnie. - Wciąż nie wiemy, jak potoczy się sytuacja ani kiedy skończą się napady wizji. Teraz gdy prawie połowa z naszych boi się i odmawia przeprowadzania seansów, cięcia kosztów były właściwie pewne.
Jak na razie, byli jeszcze daleko od biedy, a ci, spośród Śniących, którzy prowadzili również własne biznesy, skorzy byli wspomóc Dom, jeśli stałoby się to naglące. Nie to jednak martwiło orczycę najbardziej, jak się okazało.
- A jeśli się nie skończą? - spytała nagląco, splatając palce obu dłoni na wysokości brzucha i zaczynając wyłamywać je nerwowo, zupełnie niczym pewien uczeń alchemika. - Jeśli nie będzie dość koron i dość jedzenia dla wszystkich... Czy zostanę wyrzucona? Nie jestem Śniącą.
Pełen żalu wyraz twarzy, który właśnie im pokazała, nie był czymś, do czego dało się przywyknąć. Zielonoskóra kobieta była żywiołem pozytywnej energii, której wcześniej dorównać w tym potrafiła jedynie Efema. Jeśli i jej optymistycznego nastawienia zabraknie, świat mógł zacząć realnie się walić!
- NIKT nie zostanie wyrzucony! - zaprotestował Kamelio dostatecznie ostrym tonem, aby orczyca wyprostowała się gwałtownie, robiąc na niego wielkie oczy. Zupełnie, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu.
Kamelio odchrząknął, zmieniając swoje nastawienie o błyskawiczne 180 stopni. Nie był to pierwszy raz, kiedy tracił swoje opanowanie w ostatnim czasie, ale wciąż potrafił wybrnąć z takiej wpadki z twarzą. Zmęczenie i nerwowość wpływały na wszystkich.
- Jeśli cię tutaj zabraknie, wszyscy jeszcze gotowi podnieść rewoltę - zaczął z nową pogodą ducha, nad którą naprawdę musiał się chyba starać. - Sama ilość jedzenia nie poprawi morali. Dopóki każdy z nas będzie w stanie dostać choćby jedno danie dzienne spod twoich rąk, nikt nie będzie w stanie zbytnio narzekać. Racja~? - tu szturchnął Parię w ramię, szukając jej poparcia.
Wszyscy byli zmęczeni i zmartwieni. Wszyscy odczuwali napięcie i niepewność nadchodzących dni. Nawet jeśli akurat Dom Kamelii wciąż nie ucierpiał aż tak bardzo, niektóre z większych filii ich gildii, świadomość, że mogą być kolejni, dostatecznie podnosiła poziom stresu.
- Ah - wydał z siebie Steczko, zaskoczony co prawda wieścią o bankiecie, ale i pozytywnie nastawiony, gdy tylko usłyszał, z jakiej odbywał się on okazji. - Zaręczyny? Czyżby siostry? - uśmiechając się tym razem bardziej naturalnie, pokręcił tym razem głową ze zgoła innego powodu. - Sadzę, że powinnaś iść. Jakby nie było, to chyba dość ważna, rodzinna okazja, nie mam racji? Poza tym... Nie oszukujmy się, przyda ci się teraz nieco odsapnąć. Zmienić otoczenie. Być może nawet wypić kilka głębszych.
Bankiet miał zacząć się późnym południem i wciąż miała do niego trochę czasu, ale być może dobrze byłoby pokazać się na miejscu, zanim zbiorą się wszyscy pozostali?

Dom Śnienia Kamelii

227
POST POSTACI
Paria
Nie wtrącała się w rozmowy dotyczące kwestii organizacyjnych, bo nie dotyczyły one jej. Paria nauczyła się już, że nie jest do końca takim samym pracownikiem domu, jak większość tutaj i dlatego też w wielu tematach zwyczajnie się nie udzielała, chyba że ktoś zadał jej bezpośrednie pytanie. Miało to swoje plusy - bardka nie chciała więcej zobowiązań, a angażowanie się w nowe problemy zwykle do nich prowadziło. Z całą pewnością nie miała nic do powiedzenia na temat budżetu i odpowiedzialnego gospodarowania nim. Była absolutnie ostatnią osobą, jaka powinna się wypowiadać na ten temat.
Dopiero gdy Kamelio stracił opanowanie, uniosła na niego zaskoczone spojrzenie. Zdarzało mu się to coraz częściej, ale to nie znaczyło, że Libeth była do tego przyzwyczajona.
- No raczej - zgodziła się z elfem, gdy szturchnięciem zachęcił ją do wypowiedzi. - Wiesz przecież, że jesteś jednym z dwóch głównych powodów, dla których ciągle tu przychodzę, Mija - uśmiechnęła się do orczycy. - Drugim jest, oczywiście, wasz ogród.
Starała się żartem rozładować atmosferę, choć był to chyba próżny wysiłek, biorąc pod uwagę, że jedna ze śniących walczyła właśnie w środku o życie. Do tego żart był słaby. Paria zastanawiała się czasem nad możliwymi sposobami na powstrzymanie ataków, albo przynajmniej złagodzenie ich skutków, ale nie dzieliła się swoimi pomysłami, zdając sobie sprawę z tego, że mądrzejsze głowy od niej zajmowały się tym tematem, a to, co jej przychodziło na myśl, pewnie dawno już zostało wypróbowane i odrzucone jako bezskuteczne. Pozostało jej oferować pomoc tam, gdzie faktycznie miała ona jakiś sens.
- Mogę... - zaczęła, ale zrezygnowała, zanim wypowiedziała resztę zdania. Zagranie koncertu na rzecz Domu Śnienia miałoby sens, gdyby to, co zarabiała na biletach stanowiło jakąkolwiek różnicę dla funduszy tej instytucji. W praktyce jednak za jeden koncert mogłaby może nakarmić wszystkich przez dwa dni. To nie rozwiązywało długoterminowych problemów. Bo co, jeśli napady wizji naprawdę nigdy nie ustaną? Zacisnęła usta i potrząsnęła głową, zirytowana własną bezradnością.
- Mhm - potwierdziła przypuszczenia elfa. - Z Damonem La'Rosh, więc nie wiem, czy jest co świętować. Swoje o nim słyszałam, ty też nie wypowiadałeś się o nim zbyt pochlebnie. Bez tych kilku głębszych to się chyba nie obejdzie, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że i ja się nasłucham przy okazji. Jesteś pewien, że nie jestem dzisiaj niezbędna? Może potrzebujesz pomocy z tymi swoimi tabelkami i zamówieniami? Wszystko będzie lepsze od dygania ze sztucznym uśmiechem przez cały wieczór.
Choć szukała wymówki, to rozumiała, że musi się tam pojawić. Rodzina wiedziała, że Libeth jest w Taj'cah, nie dało się więc chyba uniknąć tego nieszczęsnego bankietu, jeśli nie chciała obrazić Sary, jej narzeczonego i wszystkich, którzy oczekiwali tam jej obecności.
- Ech... Wiem. Muszę tam iść. Powinnam się zbierać - westchnęła. - Muszę się jeszcze zresztą przebrać.
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

228
POST BARDA
Odrobinę blady, ale przynajmniej szczery uśmiech, powoli rozjaśnił twarz Miji, podczas gdy Kamelio wydał z siebie teatralnie oburzone sapnięcie. Ponury nastrój nie pasował nie tylko do niej, ale i Domu Kamelii jako całości. Nawet z perspektywy klienta, czy też gościa, dziwnie i niekomfortowo było patrzeć na rosnącą wśród jego pracowników nerwowość. Zamiast wcześniejszej otoczki tajemnicy, cały budynek zdawał się raczej z dnia na dzień coraz wyraźniej emanować czymś mroczniejszym.
- Ja... - orczyca zawahała się tylko przez chwilę, zanim z nową porcją determinacji ściągnęła łopatki i mocno klepnęła się oburącz po policzkach. Głośne plaśnięcie sprawiło, że i elf lekko się wzdrygnął. Gdyby z podobną werwą uderzyła otwartą dłonią kogoś innego, groziłoby to realnie przetrąceniem karku. - Pójdę coś upolować! - zadeklarowała głośno.
- Proszę? - wypalił Kamelio, przyglądając się kiwającej zawzięcie głową dla własnego pomysłu Miji.
- Upolować! - zagrzmiała, tym razem już prawdziwie ochoczo. - Nikt nie będzie głodował! Nie, gdy Mija'Zga ma coś do powiedzenia! Głodni Śniący, to marudni śniący! Potrzebujemy mięsa! Nie z targu? To z dżungli! Dlatego musisz nadal nas odwiedzać, Libi, tak? U nas też nie zabraknie dobrych bankietów! - uśmiechając się do Parii i Stjepana z nowo odnalezionym entuzjazmem, poklepała każde z osobna lekko po ramieniu, życzyła powodzenia dla siostry i po pożegnaniu się, ruszyła poszukać Efemy, którą postanowiła zabrać ze sobą. Psina zbyt wiele czasu spędzała na węszeniu smętnie po okolicy.
Kamelio chwilę odprowadzał ją z zamyślonym spojrzeniem, zanim odzyskawszy nieco grunt pod nogami, lub przynajmniej na takiego pozując, postanowił podłapać wcześniejszy żart i wykorzystać go na swój własny sposób.
- A więc ogród, huh? - zagadnął, splatając dłonie za plecami. - Mam nadzieję, że jestem w nim jedynym drzewem, na które tak ochoczo się wspinasz?
Niewinny ton absolutnie nie pasował do treści zadanego pytania, ale przynajmniej dołożył nim cegiełkę do rozładowania napięcia.
- Z Damonem La'Rosh...? - powtórzył ostrożnie, spinając odrobinę ramiona. - Nie wspominałaś czasem, że twój ojciec był przeciwny? - spytał skonsternowany. Nuta zupełnie innego rodzaju niepokoju pojawiła się w jego głosie, zanim nie przysunął się do Libeth i opuściwszy głowę, oparł czoło o jej ramię. - Teraz niemal mam ochotę zaryzykować kolejnym podpaleniem diablo istotnych dokumentów, jeśli miałoby to pomóc odciągnąć cię od bankietu... Lub przynajmniej samemu wprosić się na niego, żeby dygać za ciebie - wymamrotał z niemal dziecięcym niezadowoleniem, które w rzadkich chwilach pokazywał wyłącznie jej. Wciąż nie był zbyt dobry w okazywaniu negatywnych emocji, czy otwartym i szczerym narzekaniu na cokolwiek.
- Hmm, zostajesz w domu na noc? Mogę zawsze spróbować wykraść cię z tej drobnej uroczystości, gdy już zrobi się dostatecznie ciemno~ - zaoferował.

Dom Śnienia Kamelii

229
POST POSTACI
Paria
Nowa determinacja Miji być może byłaby mniej przerażająca, gdyby orczyca nie postanowiła się w jej ramach spoliczkować, ale Libeth nie widziała powodu, by ją powstrzymywać przed polowaniem. Nie znała się na tym, nie wiedziała co wartego ugotowania żyje w okalającej Taj'cah dżungli i jak trudno było na to trafić, a tym bardziej jak trudno było to zabić. Jeśli jednak był ktoś, kto z pewnością sobie z tym poradzi, tym kimś była właśnie Mija. Libeth uśmiechnęła się do niej niepewnie.
- Wiesz, że ja potrzebuję tylko pieczonych ziemniaków do szczęścia, Mija.
Odprowadziła ją spojrzeniem, przez chwilę wpatrując się gdzieś pomiędzy drzewa.
- Może kilka grządek z warzywami i trochę drzew owocowych gdzieś z tyłu nie byłoby złym pomysłem - zauważyła. - O ile Ursa zechce po różach zajmować się czymś tak mało poetyckim, jak marchewki.
Odwróciła się do Kamelio, którego słowa sprawiły, że jej uśmiech znacząco się poszerzył, a w oczach na moment błysnęło szczere rozbawienie. Trudno było nie doszukiwać się w nich dwuznaczności, nawet jeśli elf udawał zupełnie niewinnego.
- Ochoczo wspinam? - powtórzyła powoli, krzyżując ręce na klatce piersiowej. - Nie martw się, nie znalazłam innych drzew, które robiłyby na mnie wystarczające wrażenie, żeby się na nie równie ochoczo wspinać. A przynajmniej... nie w tym ogrodzie.
Uniosła rękę i przeczesała palcami włosy z tyłu głowy mężczyzny, gdy ten oparł ją o jej ramię.
- Najwyraźniej matka ma dużą siłę przekonywania, albo chciał mieć już Sarę z głowy, nie wiem - westchnęła. - W każdym razie tak, był przeciwny, ale musiała skończyć mu się cierpliwość, albo La'Rosh jakoś inaczej go do siebie w końcu przekonał... Sama nie wiem.
Uśmiechnęła się pod nosem, słysząc deklaracje elfa. Widziany oczami wyobraźni Kamelio kłaniający się wszystkim za nią, kiedy ona chodzi i objada się ciastami i owocami, był wyjątkowo zabawną wizją.
- Hmm, to całkiem kusząca propozycja. Nie mam nic przeciwko byciu stamtąd wykradniętą. Moje dawne komnaty to te od wschodniej strony, na piętrze, pod spadzistym dachem, gdybyś z jakiegoś powodu potrzebował tej informacji.
Odsunęła się od niego, zanim jej mniej rozsądna strona dojdzie do wniosku, że jego bliskość to wystarczający argument do ominięcia tego ważnego, rodzinnego wydarzenia, jakim były zaręczyny siostry.
- Nie zrób nic głupiego, jak mnie nie będzie - uniosła głowę i pocałowała go krótko, na pożegnanie. - Powinnam iść. Będę na ciebie czekać z utęsknieniem. Już teraz wiem, że ratunek stamtąd będzie bardziej niż wskazany.
Przewróciła oczami i zrobiła kilka kroków w tył, w kierunku wyjścia. Musiała po drodze udać się jeszcze do Czerwonego Stawu i przygotować. Może nawet założy jakąś sukienkę, w ramach uprzejmości dla głównej bohaterki wieczoru. Przy ostatnim spotkaniu zostało Parii wytknięte, że nosi je zbyt rzadko.
- Do zobaczenia - uśmiechnęła się do Kamelio uśmiechem, jaki miała tylko dla niego i odwróciła się, by ruszyć ku temu nieszczęsnemu przeznaczeniu dzisiejszego popołudnia.
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

230
POST BARDA
Propozycja Parii spotkała się z pomrukiem zastanowienia, który brzmiał poważniej, niż można by tego oczekiwać. Mieli tu już co prawda sporo drzew pomarańczy, ale na samych cytrusach raczej ciężko byłoby im wyżyć. Mieli tu już co prawda sporo drzewek pomarańczy, ale na samych cytrusach raczej ciężko byłoby im wyżyć. Stanowiły one zresztą bardziej oznakę pewnego rodzaju dobrobytu, prestiżu i ekstrawagancji, aniżeli faktyczny produkt rolny, niezależnie od tego, do czego ich używali.
- Jeśli udałoby nam się to jakoś ukryć przed wzrokiem społeczeństwa, być może istniałaby taka możliwość - odpowiedział wreszcie i sądząc po tonie, zamierzał w najbliższej przyszłości sprawdzić, na ile rzeczywiście wykonalny był to pomysł.
Koniec końców, uprawa roli, a zwłaszcza warzyw, bo wymagających uginania nad nimi karków, uchodziła przede wszystkim za zajęcie brudne i niegodne tych, którzy znajdowali się na pewnym poziomie. Jeśli dana gildia nie chciała stracić twarzy, a mimo tego skłaniała się ku posiadaniu własnych surowców tego sortu, musiała nająć pracowników, którzy zajmowaliby się dla niej uprawami. Jedynie na świątynie nie patrzyło się pod tym kątem krzywo.
- Pamiętaj, że jestem pacyfistą i palenie cudzych ogrodów, to ostatnia rzecz, za jaką chciałbym się brać - zwrócił jej uwagę, wzdychając z udawanym uciemiężeniem.
Kamelio pozwolił sobie chwilę lgnąć do dotyku, mamrocząc pod nosem coś, co brzmiało podejrzanie, jak: "bezpieczniej byłoby ochajtać dziecko z orkowym najemnikiem".
- Wschodnia strona. Na piętrze i pod spadzistym dachem - powtórzył jednak elf i gdy się od siebie odsunęli, jego oczy zabłyszczały z niemalże niecnym zadowoleniem. - I nie martw się. Nie będę miał nic przeciwko, jeśli znowu będę cię wykradał w podomce - dodał pół-żartem, pół-serio, bardzo dobrze pamiętając, w jak wielkiej niełasce Libeth znajdowała się ta konkretnie część garderoby od ostatniej przygody z jej udziałem.
Uśmiechając się od jednego spiczastego ucha do drugiego, mężczyzna dumnie przyjął całusa i pokłonił się zamaszyście, wyświechtanym gestem i spojrzeniem odprowadzając ją aż do rogu, za którym mu zniknęła. Paria wciąż miała dobry zapas czasu, ale jak wiadomo, przy okazjach podobnych do tej, lubił on nieoczekiwanie przyspieszać. A trzeba przecież wciąż wybrać odpowiednią kreację, do której nikomu nie uda się przyczepić. Już i tak wystawiała się na dostatecznie duże ryzyko krytyki, będąc starszą, a mimo tego w dalszym ciągu niezamężną siostrą.

Wróć do „Stolica”