Dom Śnienia Kamelii

106
POST BARDA
Jeśli Kamelio wyczuł zmianę w tonie Libeth, nie dał tego po sobie nijako poznać. Przez chwilę przyglądał się jej twarzy, zaplatając ramiona na klatce piersiowej i uśmiechając się, gdy i ta skierowała na niego wzrok. Być może miał zwyczajnie dość taktu i wyczucia, aby szybko zrozumieć, że na ten moment potrzebowała po prostu prywatności ze swoją korespondencją. Ursa całe szczęście również zajął Miję rozmową na tyle, aby ta nadmiernie nie musiała utyskiwać nad niedokończoną rozgrywką. Obydwoje trzymali już w rękach po pełnym kuflu piwa.
Tylko Tulio przez chwilę wyglądał, jakby chciał jeszcze coś dodać, widząc podnoszącą się Parię, lecz gdy ta ponownie się do niego zwróciła, wyraźnie szybko stchórzył i spuszczając oczy, przytaknął jeno głową.
- Ja-... Dobrze. Przepraszam za zmartwienia i... Dobrej nocy - odpowiedział cicho, wyłamując nerwowo palce. Tak, cóż, byłoby zbyt łatwo, gdyby Gildia Śnienia nie posiadała w swoim gronie co najmniej paru dziwaków, czyż nie?
- Do zobaczenia później - pożegnał ją Kamelio, krótko machając jej dłonią na pożegnanie. - Postaraj się za mną za bardzo nie stęsknić.

Ponownie w ciszy swojej komnaty, Libeth w końcu mogła przejść do listów w spokoju.
Przesłana jej przez ojca wiadomość nie była długo, ale z pewnością przynosiła ukojenie sercu:

"Droga Córko,

Choć rzeczywiście nie spieszyłaś się zanadto, żeby uspokoić swojego starego ojca, za co też chętnie wypisałbym ci tutaj pełne kazanie, powiedzmy, że na razie wystarczy mi wiedzieć, że jesteś cała i zdrowa. Mimo wszelkiej pokusy postanowiłem nie zadawać w tym liście żadnych pytań. Ufam, że gdy znowu się zobaczymy, będziesz w stanie sama podzielić się ze mną swoją częścią opowieści. Zwłaszcza tę jakże intrygującą, o Twoim "niebędącym rycerzem rycerzu". Proszę, przekaż mu moje najszczersze podziękowania, jeśli wciąż masz ku temu możliwość.

Źródło, któremu być może nie ufam w pełni, ale które również nie ma zbyt wielu powodów, by kłamać, przekazało mi pewne informacje o twoim położeniu w całej sprawie. Proszę cię jedynie, abyś uważała i nie wychylała się niepotrzebnie. Ze swojej strony rozumiem, że nie mogę zrobić wiele, jednak gdybyś czegokolwiek potrzebowała, pisz bezzwłocznie. Wiedz, że zawsze możesz na mnie liczyć.

Mną się nie przejmuj. Wszyscy jesteśmy cali i zdrowi, a odkąd wiem, że i u ciebie wszystko w porządku, czeka mnie w końcu więcej przespanych nocy.

Dbaj o siebie i bądź ostrożna.

T. D. "


Z formy i treści listu jasno wynikało, że Tobias w pełni zrozumiał, iż wymieniana przez nich korespondencja może nie być poufna. Metodą córki, unikał wdrążania się w mogące zbyt wiele zdradzić szczegóły. Nie używał żadnych imion, nazwisk ani nawet tytułów.
Inaczej było z listem od Lady Cendan, który, ku przerażeniu Libeth, nie był długi na stronę bądź dwie, ale trzy, pełne strony! Kobieta, z użyciem najbardziej kwiecistego języka, przez ponad pół pierwszej strony piała z zachwytu na wieść o tym, jak to Paria w końcu poszła po rozum do głowy - co oczywiście ubrała w dużo bardziej wymuskane słowa. Przez kolejne pół tłumaczyła, że jej własne zachowanie mogło być rzeczywiście odrobinę nie na miejscu, za co z całego serca przeprasza. Druga strona, jak i prawie 3/4 kolejnej traktowała o obietnicach wygodnego życia na dworze Cendan. Doprawdy, aż oczy zaczynały boleć.
Dopiero końcowych kilka zdań wreszcie zahaczało o rzeczywiście mogący zainteresować fragment:

"(...)
Nie zamierzam chować urazy i mam nadzieję, że i Ty również, Moja Droga, nie będziesz miała do mnie żalu. W dowód moich najlepszych intencji pojawię się na Placu Swobody tak, jak sobie tego życzysz.

Do zobaczenia.

Z wyrazami szacunku,
Lady Lora Cendan"


Jakkolwiek gorsząca by nie była ta cała szopka, Libeth mogła jednocześnie poczuć pewien rodzaj ciężkiej do opisania satysfakcji. Jej praca bądź co bądź przyniosła upragnione owoce i nic nie wskazywało na to, żeby Cendan ją o cokolwiek podejrzewała.
Mieli zatem trzy dni, zanim dojdzie do konfrontacji z parszywą arystokratką. Teoretycznie w każdym razie... Kiedy jednak list dokładnie dostarczono? Dzień temu? Dwa dni temu? Tego nie wiedziała i mogła mieć tylko nadzieję, że nie okaże się, że do wszystkiego dojdzie kolejnego dnia z marszu.
Niezależnie od tego, co postanowiła zrobić ze sobą dalej - czy to pogrążyć się w myślach, czy to zacząć przygotowywać do snu, Paria pozostała sama przez dobrą godzinę, zanim Kamelio wreszcie wrócił do pokoju. Kulturalnie zapukał do drzwi, mając dość ogłady, by nie wparowywać do środka ot tak, nawet jeśli miał do tego pełne prawo.
- Można? - zapytał, uchylając nieco drzwi.

Dom Śnienia Kamelii

107
POST POSTACI
Paria
Nawet nie miała głowy do tego, by odpowiedzieć coś na słowa Kamelio, którymi postanowił ją pożegnać. Dość nietypowe jak na nią, ale naprawdę zależało jej na tym, by jak najszybciej odczytać wiadomości, przede wszystkim tę od ojca. Nie to, że czuła się szczególnie zobowiązana do stałego utrzymywania z nim kontaktu; przez ostatnie miesiące sporadycznie wymieniali listy, bo Paria zajęta była swoimi sprawami, a on własnym biznesem. Liczyła jednak na to, że uda im się nadrobić stracony czas teraz, po wydarzeniu baronowej Bourbon, a czas ten został im brutalnie odebrany i żadne z nich nie wiedziało, czy z drugim jest wszystko w porządku. Głównie dlatego po przeczytaniu listu Libeth odetchnęła z ulgą. Poczuła, jak rozluźniają się jej spięte plecy i spada z niej przynajmniej połowa obaw. Jej rodzina była bezpieczna, a to, w co została wciągnięta bardka, nie odbiło się na żadnym z nich.
Potem przyszedł czas na zapoznanie się z tym, co przelała na papier szanowna Lady Cendan. Paria niechętnie musiała przyznać, że kobieta miała całkiem ładny charakter pisma, zupełnie niepasujący do charakteru. Najpierw niedbale przeleciała spojrzeniem po drobno zapisanych stronach, szukając informacji czy ta zgadza się na spotkanie, czy też nie. Dopiero gdy je znalazła, wróciła do początku i zmusiła się do przebrnięcia przez tę katorgę, jaką okazało się strawienie trzech stron. Lady Cendan musiała czerpać z pisania tego tak samo wielką przyjemność, jak z położenia przed nią kontraktu jeszcze kilka dni temu, nocą, w komnacie rezydencji Bourbon. I choć faktycznie niektóre opisy obiecywanych wygód były całkiem kuszące, to Libeth nie czuła ani krzty zainteresowania skorzystaniem z tych propozycji.
Nie dało się nie czuć satysfakcji. Wiadomość od Parii trafiła w dokładnie te struny, w które miała trafić, a kobieta dała się namówić jak dziecko na cukierka. Pozostało mieć nadzieję, że ta naiwność zostanie w niej do samego końca. Część niepokoju wywołanego bezczynnym oczekiwaniem zniknęła, zastąpiona teraz stresem. Nie tremą, tą motywującą, którą Libeth czuła wchodząc na scenę, ale czymś zupełnie nowym... a może starym, tylko zupełnie już zapomnianym? Po przeczytaniu obu listów po jakieś dziesięć razy, jej myśli zaczęły galopować w tempie nie do opanowania, a sama kobieta podniosła się z krzesła i zaczęła krążyć po pokoju, usiłując znaleźć w nim coś, co pomogłoby się jej uspokoić. Bezskutecznie. Wizje wszystkiego, co mogło pójść nie tak, zalewały ją kaskadami, sprawiając, że jakkolwiek marne szanse spokojnego zaśnięcia teraz stawały się praktycznie zerowe.

Z tego raczej nieprzyjemnego stanu wyrwało ją pukanie do drzwi, w których zaraz po tym ujrzała Kamelio.
- To pierwszy raz, kiedy słyszę pukanie do tych drzwi - przyznała. - I to od tego, który pukać wcale nie musi. To tak samo twój pokój, jak mój... - przesunęła spojrzeniem po rzeczach, które zdążyła wszędzie porozkładać. - Właściwie nawet bardziej, chociaż może tak nie wygląda.
Zebrała kilka ubrań i woalki przerzucone przez dwoje krzeseł, by wrzucić je do swojej otwartej skrzyni, a potem zabrała się za sprzątanie papierów ze stołu. Wszystkie pergaminy poza listem od Lady Cendan złożyła na jedną stertę i zsunęła na brzeg blatu, a książki ustawiła w równym stosie.
- Same dobre wieści. Stara raszpla zgodziła się spotkać, chociaż nie wiem kiedy konkretnie dostała list ode mnie. Wczoraj? Trzy dni w każdym razie. Od wtedy. Tak czy inaczej, wystarczająco dużo czasu, żeby spirala paniki zdążyła doprowadzić mnie jeszcze na skraj obłędu - parsknęła nerwowym śmiechem. - Sporo tracę, nie godząc się na jej propozycję, sam zobacz. Nie wiem, czy pozycja na jej dworze nie jest dla mnie bardziej intratna, niż ta, którą proponujesz mi tutaj.
Skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, gestem głowy wskazując mu leżący na stole, otwarty list i sugerując tym samym, żeby sobie go przeczytał. Zamilkła na moment.
- Cieszę się, że udało się dostarczyć list do mojego ojca i z powrotem - dodała i uśmiechnęła się lekko. - Masz pozdrowienia.
Ruszyła się z miejsca, by poprzestawiać świeczniki ze stołu, przy którym pracowała, w te same miejsca, z jakich je zabrała. Na szafkę nocną elfa, chociażby. Zrobiła tu trochę swojego porządku i chyba wypadało wrócić do tego poprzedniego, skoro Kamelio też już tu był.
- Wszystko w porządku? Jak twoje dłonie? Martwiłam się - przyznała, reflektując się dopiero chwilę później, że takie komentarze nie wywoływały u niego zbyt dobrych reakcji. - ...bo długo cię nie było. Nie spodziewałam się, że zostawisz mnie na pastwę Efemy i Miry na tyle czasu.
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

108
POST BARDA
Cicho chichocząc od wejścia, elf zgrabnie wsunął się do pokoju, zamykając za sobą drzwi.
- Cóż. Cieszę się, że się zadomowiłaś - żartobliwie skomentował rozgardiasz, z wolna rozglądając się po zmianach, jakie zaszły pod jego nieobecność.
Podchodząc z wolna do stołu, znacznie bliżej światła, dopiero teraz dało się dostrzec wyraźne cienie pod oczami elfa. Sala kominkowa nie była już o tej porze dostatecznie dobrze oświetlona, a że sam Kamelio nie zasiadł wcześniej do stołu razem z Parią i Tuliem, nie było szansy dostrzec niczego odbiegającego od normy.
- Oh? Powinienem czuć się zagrożony? - spytał zaintrygowany, a skoro dostał przyzwolenie, bez wahania sięgnął po listy, by samemu zacząć je przeglądać. - Zdolności Miji aż tak bardzo nie ustępują prywatnym kucharzom... Choć faktycznie, ilość jedwabiu, jaką możemy zaoferować, nie będzie wypełniać ci całych szaf i raczej nie ma możliwości na ten moment dobudować ci prywatnej łaźni... - wzdychając dramatycznie, Kamelio spojrzał w stronę Parii z iście zbolałą miną, zanim ponownie wrócił do literatury.
Przysiadając na kraju jednego z krzeseł i podsuwając sobie bliżej wysoki świecznik, w znacznie większym skupieniu wertował tekst. Ruchy jego dłoni były płynniejsze i wyraźnie pewniejsze, jednak palce, którymi operował, jakkolwiek widocznie sprawniejsze, pozostawały nienaturalnie sztywne.
- Jesteś dziwną kobietą, mówiono ci to kiedyś? - zapytał nagle, znacząco uderzając dwoma palcami o trzymane przed sobą stronice. - Niezależnie od tego, jak to wszystko się zaczęło, niewiele osób odmówiłoby ostatecznie podobnym warunkom. Szlag, gdyby to mnie zaproponowano coś podobnego parę lat wstecz, sam bym pewnie nie odmówił!
Wsuwając się głębiej w krzesło, elf znanym już nawykiem zaczął z wolna bujać się lekko wraz z meblem w przód i w tył. Odchylony zatrzymał się, dopiero gdy Paria wspomniała o swoim ojcu.
- Pozdrowienia? - powtórzył, spoglądając w stronę Parii z miną... Wyjątkowo ciężką do odszyfrowania. - Napisałaś mu o mnie? Nic złego, mam nadzieję? Nie są to pozdrowienia typy: "Rozszarpię cię, gnojku, jeśli tkniesz moją córkę", racja?
Przynajmniej wychodziło na to, że ktokolwiek sprawdzał jej listy przed wysłaniem, nie był to Kamelio. Nawet jeśli zawsze istniała szansa, że mógłby tylko odgrywać swoją niewiedzę, specyficzne zadowolenie, jakie wymalowało się chwilę później na jego twarzy, zdecydowanie nie było przekłamane.
Zapytany o dłonie, spojrzał na nie przelotnie, mrużąc przy tym nieco oczy, zanim wrócił do ponownego bujania się w siedzisku.
- Dziewczynki cię napastowały? - zainteresował się, ale żeby ukryć początkowe zmieszanie. - Przepraszam. Nie miałem czasu, żeby cię poinformować. Sprawy przybrały dziwny obrót. Nie mieliśmy pojęcia, ile szkód wyrządziło Zaćmienie ani jak trudno będzie nagle skontaktować się z osobami, z którymi potrzebowaliśmy się skontaktować. Koniec końców, udało się jednak wszystko dobrze zorganizować. Mamy miejsce, mamy plan, mamy ludzi, którzy będą pilnować naszych pleców i kilka dodatkowych środków zaradczych w razie nagłej potrzeby. Co do moich dłoni... Nie ma tragedii. Rany praktycznie się już wygoiły, a jeśli dobrze pójdzie, znajomy mag zupełnie pozbędzie się blizn.

Dom Śnienia Kamelii

109
POST POSTACI
Paria
Uniosła lekko brwi, opierając się tyłem o stół obok Kamelio i przyglądając mu się, gdy czytał list.
- Właściwie to... nie - odparła szczerze. - Tego akurat o sobie nie słyszałam.
Dziwna? Gdyby chciał, Paria mogłaby mu wyrecytować listę powodów, dla których nie chciała związać się z jednym miejscem na stałe i występować tylko tam. Pierwszym z powodów byłaby zapewne potrzeba niezależności. Ostatnim - zwyczajna niechęć do tej konkretnej, spróchniałej szlachcianki. Ale gdyby priorytetem w jej życiu były jedwabie i prywatna łaźnia, zostałaby w domu i już dawno poszła w którymś z kierunków, w jakie popychała ją matka - czyli głównie zamążpójścia. Ale kto wie? Może wcześniej czy później na własną rękę osiągnie stan, w którym kupi sobie rezydencję nad brzegiem morza, z łaźnią, jedwabiami i prywatnym kucharzem. I nikt nie będzie jej mówił, jak powinna żyć. Nie podzieliła się tym jednak z elfem, zamiast tego przez dłuższą chwilę patrząc na niego w milczeniu, a ostatecznie opuszczając nieobecny wzrok gdzieś na wylot przez deski podłogi.
Dopiero gdy wyraził obawę przed nieokiełznanym gniewem jej ojca, Libeth zaśmiała się cicho.
- Po pierwsze, nie mam już piętnastu lat, żeby miał takie nastawienie. Po drugie, napisałam o tobie same dobre rzeczy. Jaki jesteś wszechstronnie utalentowany i szarmancki. I że masz dostęp do wina prawie z poprzedniego wieku, i że nie chrapiesz w nocy. Plus imię, nazwisko i miejsce zamieszkania.
Parsknęła śmiechem i opadła na krzesło obok, kręcąc głową.
- Spokojnie. Poinformowałam go tylko, że ktoś pomógł mi się wydostać z rezydencji, zanim zostałam skazana za coś, czego nie zrobiłam. Kazał podziękować temu komuś.
Gdy elf spytał o dziewczynki, Paria wzruszyła lekko ramionami.
- Nie. Nic takiego. Były bardzo grzeczne... chyba. Nie wiem. Nie mam za bardzo doświadczeń z dziećmi. Mój brat ma dwójkę, ale nie widziałam ich od bardzo dawna i nigdy szczególnie nie spędzałam z nimi czasu. Ale teraz nie musiałam za dziewczynkami biegać po domu, rozpaczliwie usiłując zmusić je do współpracy, więc chyba... nie było najgorzej? Efema wydawała się szczęśliwa. Mira... nie wiem. Nie chowała się przede mną w krzakach, zakładam, że to pewien sukces. Nikt też na nas nie narzekał, a przynajmniej nie do mnie.
Wyciągnęła rękę po list od Lady Cendan i przesunęła spojrzeniem po tekście, po raz kolejny tego wieczoru.
- Więc... kiedy mijają te trzy dni? Wiesz, kiedy dokładnie Lora otrzymała list ode mnie? Kiedy mam się stawić na Placu Swobody i cała machina idzie w ruch? - uniosła wzrok na Kamelio. Dopiero wtedy dotarło do niej, na jak zmęczonego wygląda. Żałowała, że nie była w stanie pomóc w tym wszystkim, co musiał zrobić przez ostatnie dwa dni. Gdyby mogła opuszczać Dom Śnienia, wszystko byłoby prostsze. Z drugiej strony, wtedy też nie byłoby całego tego problemu.
- Jesteś zmęczony - zauważyła cicho. - Powinnam dać ci już dzisiaj spokój. Może idź już spać. Zasypię cię pytaniami jutro - uśmiechnęła się lekko. - Wiem, jak ci tego brakowało.
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

110
POST BARDA
Elf nie kwapił się, aby rozwinąć temat. Uśmiechając się niczym osoba, której właśnie zdradzono największą tajemnicę wszechświata, wyraźnie wolał pozostawić Parię z tą zagadką. Już wcześniej zdarzyło mu się zwrócić jej podobną uwagę. Niedługo po tym, jak dowiedział się, że ryzykowała głową, aby wyratować go przed pożarciem przez wielką, oślizgłą pijawkę kanałową. Być może była to kwestia dorastania, rozwijania się i obcowania w zupełnie różnych środowiskach, a być może Libeth rzeczywiście postrzegana była, jako dziwaczka, nie zdając sobie z tego nawet sprawy?
- A już myślałem, że właśnie doczekałem się najszybciej i najbardziej przekonującej rekomendacji na przyszłego zięcia w całej swojej dotychczasowej karierze - przytknął dłoń do klatki piersiowej, nie starając się powstrzymać od odpowiedzenia z podobnym jej uśmiechem. - Nie umówiliśmy się, że najpierw zachodzę ci za skórę, a dopiero później łamiesz moje dziewicze serce?
Wielka Zła Libeth von Darher, Niszczycielka Męskiego Ego i Łamaczka Niewinnych Serc! Oto kim się stała!
- Mira bywa twardym orzechem do zgryzienia. Z reguły unika towarzystwa dorosłych, jako takiego, więc tak, nazwałbym to całkiem sporym sukcesem, jak na osobę nieznającą się na dzieciach. Swoją drogą, nie wiedziałem, że masz brata. Na bankiecie byli obecni wyłącznie twoi rodzice i siostra, mam rację?
Zdaje się, że był to pierwszy raz, gdy Kamelio pytał ją o równie osobiste sprawy. Dotąd częściej odpowiadał na pytania, niż je zadawał, co Paria już zdążyła zresztą kilkakrotnie zauważyć i co nieznacznie ją na pewnym etapie nawet nurtowało. Niezależnie od tego, czy robił to obecnie wyłącznie z grzeczności czy też nie, chyba miło było, że w końcu się zainteresował.
Zarzucony nowymi pytaniami elf parsknął cicho pod wpływem znajomego uczucia bycia nimi napastowanym.
- Nie przejmuj się - zatrzymując krzesło i wracając z nim do pozycji wyjściowej, mężczyzna przeciągnął się i powoli zaczął wstawać na równe nogi. - W szczegóły wolałabym się wdrążyć na świeżo, może być i z samego rana. Żeby jednak nie zostawiać cię w zupełnej niewiedzy, termin spotkania wypada pojutrze. W południe, tak jak zaznaczyłaś to w liście. Właściciel Czerwonego Stawu, który jest ci już zapewne całkiem dobrze znany, zgodził się podać nam pomocną dłoń praktycznie od razu, gdy tylko usłyszał, że masz kłopoty. Ursa zna człowieka i poręczył za niego. Sam bywa tam nierzadko goszczonym bywalcem.
Jak mawiają, "najciemniej zawsze pod latarnią" i tego najwyraźniej zamierzano się trzymać, podejmując ryzyko zorganizowania wszystkiego w miejscu, które nie tylko było Parii dobrze znane, ale również które bardzo dobrze znało samą Parię.
- Racja! Prawie bym zapomniał - odezwał się nagle Kamelio, będący w trakcie zbierania swoich rzeczy na przebranie.
Jedną ręką przytrzymując ubrania, drugą sięgnął do pasa, przy którym przymocowana była szeroka saszetka. Z saszetki z kolei wygrzebał niewielki woreczek, który z pewnym wahaniem ważył chwilę w dłoni, zanim położył go ostrożnie na stole.
- Ursa poświęcił chwilę na przeczesanie jeszcze raz miejsca, w którym znaleźli nas z Miją. W kanałach. Pamiątka, którą zapomniałem ci przekazać po upadku Celestio ze sceny i... Coś, co być może chciałabyś zachować.
Elf odchrząknął, poklepał zawiniątko i się obrócił na pięcie, kierując w stronę drzwi.
- Potrzebuję porządnej kąpieli. Możesz spać dzisiaj spokojnie, nigdzie się tym razem nie wybieram - poinformował jeszcze, zostawiając Libeth samą z tajemniczym poradkiem.
Spoiler:

Dom Śnienia Kamelii

111
POST POSTACI
Paria
Libeth parsknęła śmiechem, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Zachodzisz za skórę? To jest twój plan? Będziesz mnie ciągnął za warkocze? - pokręciła głową z niedowierzaniem. - I przepraszam, jakie serce?
Zgarnęła stertę pergaminów ze stołu i zwinęła je, związując wstążką, którą wyciągnęła przedtem z jakiegoś rękawa. Nie miała tuby na swoje papiery i raczej długo się to nie miało zmienić, więc wolała, by były zwinięte i wetknięte pionowo do kufra, gdzie nie pomną się, nie zniszczą, a Kamelio ich nie przeczyta. Nie to, że było w nich coś, czego mogłaby się wstydzić, ale nie lubiła dzielić się niedokończonymi pracami, zwłaszcza takimi, w których sporo było niedoróbek, skreśleń i poprawek.
- Zgadza się - skinęła głową. - Poza młodszą ode mnie Sarą, mam też dwóch starszych braci. Tylko Sara mieszka wciąż z rodzicami i rozpaczliwie szuka kandydata na męża, więc ją zabrali ze sobą - uśmiechnęła się do elfa szeroko. - Widzisz, jak się dobrze składa? Jeśli chcesz, jeszcze mogę cię zarekomendować na zięcia.
Nie była przyzwyczajona do odpowiadania na takie pytania, więc na tym też skończyła tę wypowiedź. Z jednej strony chętnie opowiedziałaby mu wszystko, co mógłby chcieć o niej wiedzieć, ale z drugiej... mógł pytać z grzeczności. Zresztą niektóre rzeczy i tak musiały pozostać ukryte. O drobnym fakcie bycia dzieckiem z nieprawego łoża nie wiedział nikt, poza rodziną i dobrze opłaconą służbą rodziców, jaka też od lat nie puściła pary z ust.
- Czerwony Staw! - powtórzyła z zaskoczeniem, milknąc na moment i zastanawiając się, czy to aby na pewno dobry pomysł. Jeśli jednak zostało to już ustalone, nie zamierzała niczego zmieniać. - Hm. Dobrze. Dobrze, że nie jutro.
Słysząc, że Kamelio przyniósł coś dla niej, uniosła tylko pytająco brwi, by z zaciekawieniem sięgnąć po woreczek, gdy mężczyzna zebrał się i zostawił ją samą. Złoty ząb jednocześnie ją rozbawił i obrzydził, choć gdy zastanawiała się ile jest wart, to dochodziła do wniosku, że być może wynagrodzi jej on straty wywołane zamknięciem się w Domu Śnienia na tydzień i brakiem koncertów. Wolała jednak nie zastanawiać się, z czyjej szczęki został on wybity. I prawdopodobnie poświęciłaby mu więcej uwagi, gdyby nie drugi przedmiot w sakiewce.
Wyciągnęła ułamaną główkę lutni, a nagłe uderzenie tęsknoty i poczucia straty zaatakowało zupełnie niespodziewanie. Obróciła kawałek drewna w dłoni, próbując nie zastanawiać się, w jakim stanie skończyła cała reszta instrumentu. Może to i dobrze, że poczekała, aż Kamelio wyjdzie do łaźni, bo bardzo się starała ukryć negatywne emocje głęboko w sobie, a ten widok sprawił, że w jej oczach stanęły łzy. Usiadła na jednym z krzeseł, przesuwając kciukiem po symetrycznych, rozwidlonych rogach koziołka. Nie zamierzała zostawić go sobie wyłącznie na pamiątkę. Była zdecydowana zlecić wbudowanie go w nową lutnię, skoro odzyskała chociaż jeden element starej.
W końcu zawinęła go ostrożnie z powrotem w woreczek i odłożyła do pozostałych swoich rzeczy, postanawiając wykorzystać pozostałe chwile samotności by zmyć makijaż z oczu, rozpuścić ciasno zaplecione włosy, przebrać się w koszulę nocną i pogasić większość świec. Wiedziała, że jutro dowie się więcej, a im szybciej pójdzie spać, tym szybciej jutro nadejdzie - wsunęła się więc do łóżka, a jedynym, co powiedziała elfowi, gdy wrócił, było podziękowanie za odzyskaną główkę lutni... i dobranoc.
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

112
POST BARDA
Cmokając z dezaprobatą, Kamelio zamruczał coś o, jakże okrutnym i niesprawiedliwym traktowaniu jego osoby, nie wyglądając natomiast w żadnej mierze na faktycznie dotkniętego. Grzecznie też podziękował Libeth za jej chłodną troskę, stwierdzając, że z kim jak z kim, ale z osobami pokroju Damona La'Rosh nie ma ochoty zadzierać, ponieważ, cytując: "Nie zadziera z szaleńcami częściej, niż to konieczne", cokolwiek miał przez to na myśli.
Być może obawy Tobiasa i przykre plotki rzeczywiście nie były aż tak przekłamane, jak chciałoby się niektórym wierzyć i gdzieś w przyszłości warto byłoby się przyjrzeć całej sprawie z La'Roshem? Nie na ten moment, naturalnie. Najpierw Paria musiała zdecydowanie wybrnąć z dużo bardziej osobistej opresji. Na martwienie się o innych będzie jeszcze mieć czas. Prawdopodobnie.

Pozostawiona sama sobie, Paria miała okazję na spokojnie pomyśleć i gdy elf w końcu wrócił do komnaty, zdołała jeszcze poczuć poruszenie w powietrzu oraz orzeźwiający podmuch wiatru, który zgasił wszystkie świece w pomieszczeniu za jednym zamachem. W odpowiedzi zaś otrzymała miękki pomruk, ciche skrzypienie ze strony sąsiedniego łóżka, gdy jego właściciel się na nim układał oraz zwrócone także w jej stronę życzenie dobrej nocy.

***
Noc nie była dla niej jednak dobra i oczekiwane poniekąd od jakiegoś już czasu koszmary wreszcie nawiedziły ją w pełni swej okazałości.
Przepełniona strachem, z sercem dudniącym echem w uszach, biegła wąskim, oślizgłym korytarzem ku odległemu promyczkowi światła, który niezależnie od tego, jak długo i szybko przebierała nogami, nigdy nie wydawał się przybliżyć. Ponaglana upiornymi piskami lawiny szczurów depczącej jej po piętach, wiedziała, że nie może się zatrzymać. Że nie ma czasu na złapanie oddechu ni odpoczynek. Wśród ich chmary górował jeden, wyjątkowo wielki i pędzący na samym przodzie gromady.
Mimo panującej w otoczeniu ciemności, Paria mogła aż nadto wyraźnie dojrzeć zniekształcony pysk przypominający raczej nienaturalnie wydłużoną twarz z połamanymi wąsami, wściekle czerwonymi oczkami i długimi, wystającymi siekaczami. Pysk ten rysował się w obrzydliwie groteskowy sposób na podobieństwo Lary Cendan, nawołującej ją od czasu do czasu bądź śmiejącej się w głos.
Wtem, bez żadnego uprzedzenia, jej nogi zaczęły robić się dziwnie ciężkie, spowalniając ją. Nieważne jak mocno próbowała, nie mogła ich zmusić do przyspieszenia tempa. Gryzonie, z czego każdy świecił czerwienią oczu, wraz z wielką Lady Cendan na przedzie zbliżały się nieubłaganie...

***
Libeth wybudziła się gwałtownie, cała mokra od potu i zdezorientowana, z widmem koszmaru wciąż wiszącym jej nad głową. Siedzący dotąd przy stole i skrobiący coś w leżących przed nim papierach Kamelio, przekręcił głowę w jej stronę, momentalnie marszcząc brwi i podnosząc się.
- Wszystko w porządku?
Burza najwyraźniej się skończyła. Przez szerokie okna, których kurtyny zostały odsłonięte, do komnaty wpływało jasne, łagodne światło poranka.

Dom Śnienia Kamelii

113
POST POSTACI
Paria
Mogła się spodziewać, że sny wcześniej czy później się o nią upomną. Gdy po raz kolejny w panice uciekała przed szczurami, nie widząc nic zaskakującego w fakcie, że jeden z nich wygląda jak Lady Cendan, rozpaczliwie szukała lutni na plecach. Z jakiego powodu? Ciężko stwierdzić, po co był jej teraz potrzebny instrument, ale najwyraźniej powrót drewnianej głowy koziołka w jej ręce nie pozostał bez wpływu na jej podświadomość. Ze snami był jednak ten problem, że nigdy nie chciały iść tak, jak Libeth sobie zaplanowała. Gdy próbowała kogoś uderzyć, jej ciosy nie miały żadnej siły. Gdy próbowała krzyknąć, jej głos nie przebijał się przez hałas. A teraz, gdy usiłowała uciec, ciężkie nogi przytrzymywały ją w miejscu. Biegła, ale nie przesuwała się do przodu. Spoglądała przez ramię, czując narastające przerażenie i nadciągającą śmierć. Doskonale pamiętała przecież człowieka zżeranego przez gryzonie żywcem, akurat to się jej niestety nie przyśniło. Nie chciała teraz wylądować na jego miejscu. Jej życie nie mogło się skończyć w ten sposób.
- Zostaw! - krzyknęła, gdy jeden ze szczurów do niej doskoczył. Szarpnęła nogą, a szarpnięcie we śnie poderwało ją w rzeczywistości w łóżku do pozycji siedzącej. Przez chwilę dyszała ciężko, usiłując się uspokoić. To sen. Tylko sen. To nie miało się powtórzyć już nigdy więcej.
Chwilę jej zajęło przypomnienie sobie, gdzie się znajduje, a gdy usłyszała głos Kamelio, dotarła do niej też świadomość tego, że nie była tu sama. Uniosła na niego przestraszone spojrzenie, dopiero po kilku sekundach przypominając sobie o nabraniu kolejnego oddechu w płuca i fakcie, że przecież nic jej tu nie grozi. Przetarła twarz dłońmi.
- Tak - wymamrotała. - To tylko sny.
Nawet łagodne światło poranka nie potrafiło odpędzić ciężkiej chmury, która zawisła nad głową Parii. Jej mina nie przypominała jednak tej, z którą podniosła się ze snu w podziemnej kryjówce. Nie była zmęczona i niezadowolona. Teraz była zestresowana, tak, jak dawno już nie była. Jutrzejszy dzień zbliżał się wielkimi krokami i do bardki zaczynało docierać, jak bardzo czuje się zdezorientowana, kiedy przecież powinna czuć się pewna. Powinna być choć trochę przekonana o szansie powodzenia całego tego planu, tymczasem im bliżej spotkania z Lady Cendan, tym gorzej. I choć stara arystokratka we śnie wyglądała idiotycznie, wręcz komicznie ze swoim szczurzym ciałem, teraz Parii nie było do śmiechu. Bała się, że kobieta w jakiś sposób przechytrzy ich wszystkich.
- Późno jest? Mogłeś mnie obudzić. Nie spałam za dobrze - przyznała i westchnęła. - Muszę się doprowadzić do porządku. Umyć, uczesać i pomalować, zanim przyjdą klienci.
Obróciła się, by zsunąć nogi na podłogę i otworzyć swój kufer. Kiedy w nim nurkowała, z twarzą ukrytą za zasłoną poplątanych po nocy włosów, znacznie łatwiej było ukryć niepokój. W końcu wygrzebała z niego świeżą bieliznę i prostą, seledynową sukienkę wiązaną na szyi. Nawet Sara jej wytknęła podczas bankietu, że zbyt rzadko nosi suknie, więc zawsze był to jakiś sposób na przypominanie kogoś innego, nie siebie. No i po tych traumatycznych snach zdecydowanie potrzebowała się wykąpać.
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

114
POST BARDA
- Dopiero dochodzi pora śniadaniowa - poinformował ją elf. - Nie ma powodów do pośpiechu.
Zajęta gmeraniem w kufrze i uspokajaniem wciąż przyspieszonego oddechu, Paria nawet nie zauważyła, kiedy Kamelio wyrósł za nią, niczym cień. Co nie pomogło jej obecnemu rozbiciu emocjonalnemu, a jedynie sprawiło, że praktycznie podskoczyła w miejscu, gdy tylko się obróciła. Mężczyzna szybko złapał ją pod ramię, aby przypadkiem nie potknęła się o kufer za sobą, gdy nogi spróbowały automatycznie postąpić o krok w tył.
- Wybacz - rzucił szybko i gdy był już pewny, że nie straci równowagi, puścił jej rękę, samemu cofając się, by stworzyć między nimi relatywnie komfortową odległość. - Jesteś blada - poinformował ją, uważnie lustrując z góry na dół. - To może zabrzmieć niedelikatnie, ale... Od dawna je miewasz? Koszmary? Gabin może przygotować dla ciebie coś na spokojniejszy sen.
Libeth miała sporo szczęścia, że wspomnienia ostatnich wydarzeń nie wpłynęły na jej sny aż do tej pory. Inna kwestia była taka, że przez pierwsze noce spędzone w Domu Śnienia nie śniła kompletnie o niczym mimo gorączki, najpierw dzięki ziółkom Zairy, później przez zwykłe, psychiczne zmęczenie. Nic nie trwa jednak wiecznie. Strach oraz podświadomie nabyte traumy koniec końców musiały dać o sobie znać w najmniej stosownej do tego chwili, bo jakżeby inaczej.
- Mamy czas - przypomniał jej łagodnie, a zarazem dobitnie. - Jeśli chcesz o tym porozmawiać, jestem do dyspozycji. Jeśli nie, przyniosę nam zaraz coś z kuchni. Powinnaś coś zjeść, nawet jeśli nie masz na ten moment apetytu. Chyba że... Powinienem dać ci trochę więcej czasu dla siebie? Gdy wszyscy będą gotowi, mamy spotkać się i przedyskutować plan działania na jutrzejszy dzień.
Choć widać było, że elfowi zależy na jej dobrym samopoczuciu, nie zamierzał obchodzić się z nią, jak z jajkiem. Nie zamierzał niczego przekładać. Dawał jej sporo taryfy ulgowej, ale wciąż zamierzał przeprowadzić wszystko tak sprawnie, jak to tylko możliwe. Zapewne wiedział lepiej niż ktokolwiek, że im szybciej pozbędą się problemu w postaci Cendan, tym szybciej będą mogli znowu odetchnąć.

Dom Śnienia Kamelii

115
POST POSTACI
Paria
Nagłe pojawienie się elfa tak blisko sprawiło, że Paria faktycznie drgnęła, zaskoczona, choć nie była pewna, czy naprawdę musiał ją łapać i ratować przed upadkiem. W tej chwili nie była zbyt otwarta na dotyk, czując się brudna, jakby sen, w jakim ponownie przedzierała się przez kanały, znów pokrył ją tym smrodem, który zmywali z niej z trudem, gdy była nieprzytomna. Potrzebowała się umyć.
Potrząsnęła głową.
- Nie. Dopiero... dopiero dzisiaj. To nic takiego, naprawdę. Nie trzeba zawracać głowy Gabinowi.
Zrobiła już wystarczająco dużo zamieszania wokół swojej osoby. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby zaczęła robić sceny, bo zdarzył się jej jeden zły sen. Przesadzona jej zdaniem troska Kamelio wprawiła ją w lekkie zakłopotanie, a wyjątkowo nie miała nastroju na ich standardowe już gierki słowne, więc odchrząknęła i wysunęła się spomiędzy własnego kufra a elfa, unikając jego spojrzenia.
- Nie jestem blada, ja tak wyglądam. A to był tylko sen, Kamelio - podkreśliła, choć doskonale wiedziała, że dobrze by jej zrobiło otwarcie się i wyrzucenie z siebie wszystkich negatywnych emocji, jakie skumulowały się w niej przez ostatni tydzień. To jednak zdecydowanie nie był ku temu odpowiedni moment i nie była pewna, czy mężczyzna faktycznie chciałby tego wszystkiego słuchać, będąc po części osobą odpowiedzialną za okoliczności, w jakich tkwiła. Westchnęła. Nie potrzebowała taryfy ulgowej. Nie chciała jej. - Możesz coś przynieść, możesz też poczekać na mnie, to ci pomogę. Potrzebuję dziesięciu minut, skoro nie muszę jeszcze szukać Arilli i Enid. Zaraz wracam.

Zamknięcie się w łaźni, sam na sam ze swoimi wzburzonymi myślami, pomogło jej stopniowo dojść do siebie. Odbicie w lustrze faktycznie było nieco blade, ale nie było to nic niepokojącego. Zmyła z siebie pot i panikę wywołaną koszmarem, a gdy ubrała się w czyste rzeczy, poczuła się znacznie lepiej. Zepchnęła wspomnienie szczurów na dno umysłu, rozczesując włosy i zaplatając je w niedbały warkocz, żeby tylko nie leciały jej do oczu. W sukience czuła się dziwnie - nie była koncertowa, efektowna, jak te, które miała na sobie podczas bankietu baronowej, ale zwyczajna, z cienkiego, lejącego się materiału. Może to i dobrze. Ostatni dzień, kiedy musi się ukrywać. Jakoś to przetrwa. Zresztą teraz wszystko w końcu zaczynało się dziać. Niedługo dowie się dokładnie jaki jest plan i jaką rolę miała spełnić w nim ona, poza byciem dobrze współpracującą przynętą. Westchnęła ciężko i uśmiechnęła się do swojego odbicia w lustrze. Odpowiedziało całkiem przekonującym grymasem.

- Jestem - poinformowała elfa, wracając do pokoju. Rzuciła koszulę nocną na łóżko i ułożyła pościel w mniej chaotyczny, poplątany sposób. - I nie mogę się doczekać, jak powiesz mi wszystko, czego nie powiedziałeś mi wczoraj. Chyba że nie ma niczego, co powinnam wiedzieć, zanim spotkamy się z... ze wszystkimi, cokolwiek to znaczy.
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

116
POST BARDA
Nie komentując, nie sprzeczając się i nie drążąc wbrew ewidentnemu powątpiewaniu w jej zaprzeczenia, mężczyzna jedynie zgodnie przytaknął głową.
- Poczekam w takim razie - zdecydował, odprowadzając ją tym samym, oceniającym wzrokiem do samych drzwi.
Gdy Libeth wreszcie wróciła, świeższa i znacznie trzeźwiej myśląca, znalazła elfa stojącego przy stole i sortującego stos papierzysk w jeden plik, nad którym wcześniej przesiadywał, a który musiał tu najpewniej zataszczyć jeszcze, gdy spała.
Pora śniadaniowa zaczynała się w Domu Kamelii, jak poinformowała ją któregoś dnia Mija'Zga, godzinę po wschodzie słońca. Ponieważ jednak mieszkańcy Domu mieli różne przyzwyczajenia i często przy tym zupełnie odmienne spojrzenie na czas, który uznawali za stosowny do wygrzebania się z łóżka, przygotowane przez nią wcześniej jedzenie można było znaleźć w kuchni praktycznie do wczesnego popołudnia. Idąc tym tropem, Kamelio musiał zerwać się wraz ze świtem lub nawet wcześniej, jeśli zdążył do tej pory nie tylko przynieść ze sobą pracę, ale również przebrać się i zmienić bandaże.
Brwi elfa wystrzeliły wysoko w górę, gdy zgarniając pergaminy pod pachę, jego wzrok powędrował w stronę Parii.
- Rzeczywiście wzięłaś sobie do serca, kiedy powiedziałem, że możemy wrócić do tematu z samego rana - zaśmiał się lekko i choć przez chwilę jeszcze dało się dostrzec strapienie w jego spojrzeniu, szybko i sprawnie zepchnął je wkrótce na bok. - Tak naprawdę wcale nie ma do tłumaczenia aż tak wiele i przyznam, że nieco więcej sensu będzie ono miało, gdy już dołączą do nas Ursa i Gabin. Nie martw się, zapewniam, że nie dojdziemy nawet do połowy śniadania, kiedy to zrobią. Możemy jednak wcześniej zejść do pracowni. Jestem pewien, że nikt ci jeszcze nie pokazał podziemnej części Domu.
Kierując się w stronę drzwi, elf zachęcającym ruchem ręki ponaglił Libeth do podążenia za sobą. Faktycznie, mimo iż wspominano jej o istnieniu niższych kondygnacji, nigdy jej ich nie pokazano. Ba! Parnia nie miała bladego pojęcia, gdzie możne znajdywać się wejście. Choć obeszła już sporą część budynku, nie zauważyła nigdzie schodów ani też jakichś bardziej tajemniczo wyglądających drzwi mogących do nich prowadzić.
Kierując się do pokoju wspólnego, nie natrafili na zupełnie nikogo. Dom był po raz pierwszy zupełnie cichy, jeśli nie liczyć krzątaniny, jaka odbywała się w samej kuchni. Mija nie próżnowała. W towarzystwie jednego z młodszych Śniących, który, mimo opadających powiek wykonywał swoją część obowiązków zadziwiająco sprawnie, pracowali właśnie nad kociołkiem owsianki oraz łupaniem orzechów.
- Dzień dobry! - przywitała ich z pogodnym zaskoczeniem olbrzymka, a choć widać było, że chce zadać pytanie, być może dotyczące powodu tak wczesnego zerwania się przez nich na nogi, wystarczyła pojedyncza wymiana spojrzeń między nią, a towarzyszącym Libeth elfem, aby sprawnie ją od tego odwieźć. - Dajcie mi chwilę!
Nie czekali długo, zanim pierwsze miski ciepłego, słodkawego kleiku z owocami, talerz koziego sera z oliwkami i sałatą oraz dzbanek soku wraz z pustymi szklankami wylądowały na jednej tacce. Elf co prawda planował zabrać jedzenie do pracowni, o której wcześniej wspominał, ale dzięki zagadującej ich Miji i tak skończyli jedząc przy ciasnym stoliku w kuchni.

Gdy ponownie ruszyli, byli już syci i lekko przesiąknięci zapachami kuchni. Głównie słodkawymi zapachami.
- Czasami jestem pod wrażeniem, że wciąż jestem w stanie zachować linię - westchnął Kamelio, klepiąc się po pełnym brzuchu. - Lepiej uważaj. Byłoby szkoda, gdybyś po raz ostatni mogła wcisnąć się w tę sukienkę. Do twarzy ci.
Uśmiechając się szeroko, mężczyzna poprowadził ich przez pustą przestrzeń pomiędzy szynkwasem, a wypoczynkową częścią sali kominkowej - w stronę pomieszczenia ulokowanego naprzeciwko kuchni, po drugiej stronie. Z tego też wyszła im zaraz naprzeciw inna para elfów. Jeden, podobnie jak sam Kamelio, był elfem Wschodnim i nie wyróżniał się tak naprawdę niczym szczególnym. Ręce miał pełne tub ze zwojami i kompletnie bladł w cieniu swojego towarzysza - Wysokiego Elfa. Można chyba ironicznie powiedzieć, że bladł nie tylko w przenośni, ale i dosłownie, głównie dzięki rzucanemu z wysokości spokojnie dorównującej Mija'Zdze cieniowi.
Wysokie Elfy były widokiem rzadkim, nawet na Archipelagu zrzeszającym rasy z całego świata. Podobnie jak większość jemu podobnych, także i ten tutaj nosił się dumnie i wyniośle. Otaczała go chłodna aura, której wtórowało równie chłodne spojrzenie.
Dostrzegając Parię i Kamelio, mniejszy z dwójki uśmiechnął się nerwowo, witając ich raczej grzecznie. Co innego jego kolega, którego wzrok padł wyłącznie na nią, by też po pewnym czasie zastanowienia skinąć uprzejmie głową. Co jednak zaskakujące, w momencie, w którym się mijali, ten sam elf zaczepił łokciem o ramię Kamelio, wytrącając go z równowagi i powodując, że część z trzymanych przez niego dokumentów wymsknęła się z jego uścisku i rozleciała po podłodze. Wysoki Elf nie zatrzymał się, wydając z siebie jeno ledwie słyszalne parsknięcie.
- Tch - Kamelio kliknął językiem o podniebienie w nieoczekiwanym przejawie głębokiej irytacji, samemu niemniej nie kwapiąc się, by choćby spojrzeć przez ramię w stronę winowajcy. - Jak dojrzale.
Marszcząc brwi i nos, pochylił się, by pozbierać dokumenty.

Dom Śnienia Kamelii

117
POST POSTACI
Paria
Chciała zacząć tłumaczyć coś odnośnie tego, jak ciężko jej będzie się dziś skupić na czymkolwiek innym, niż przygotowania do jutrzejszego dnia, ale wtedy Kamelio wspomniał o podziemnej części Domu Śnienia, do której mieli się zaraz udać. Libeth zamarła z półotwartymi ustami, rezygnując z mówienia czegokolwiek na temat planów i swoich niepewności i zamiast tego uśmiechneła się lekko. Głównie dlatego, że zaskakująco słowa elfa okazały się czymś, co zadziałało bardzo skutecznie i momentalnie przeniosło jej uwagę z obaw na zaciekawienie, które czuła tego dnia, kidy Mija odprowadzała ją po Domu po raz pierwszy. Zdawała sobie sprawę z tego, że najpewniej nie poznała jeszcze nawet jednej trzeciej tutejszych pomieszczeń, a możliwość zejścia za moment do podziemi, które niedostępne były dla klientów, była sporym wydarzeniem. Cóż, wyglądało na to, że Paria była całkiem prosta w obsłudze, jakby się uprzeć. Zupełnie nie pamiętała też o lekcji, którą Kamelia proponowała jej na dzisiaj. Gdyby sobie o niej przypomniała, z pewnością też od razu zapomniałaby o stresie, podekscytowana nowościami w swoim życiu.
- Nikt mi nie pokazał, to prawda. Możemy zejść do pracowni.

Śniadanie jak zawsze było doskonałe, a Paria zjadła tyle, ile tylko była w stanie w siebie wcisnąć. Słysząc późniejszy komentarz elfa zaśmiała się cicho.
- Dopóki tańczę, chyba mi to nie grozi. Zazwyczaj ruszam się trochę więcej, niż tu, u was - oparła dłonie na talii. Nie wydawała się jej szersza, niż tydzień temu. - Ale dziękuję za troskę. I za komplement.
Z zaciekawieniem rozglądała się w poszukiwaniu tajnego przejścia, którego dotąd mogła nie zauważyć. Gdzieś ono się przecież musiało znajdować. W końcu z naprzeciwka wyszła dwójka, której Libeth nie widziała przedtem. Odpowiedziała uśmiechem i skinieniem głowy na powitanie wysokiego elfa, ale jej uśmiech zrzedł w chwili, w której ten w żenująco infantylny sposób postanowił wyrazić swoją niechęć względem Kamelio. Paria nie zadawała pytań, domyślając się, że był to jeden z tych, którzy byli przeciwni obecności Steczko w Domu Śnienia - a na pewno stanowisku, jakie tu piastował. W przeciwieństwie do potrąconego, odprowadziła wysokiego lodowatym spojrzeniem, całkowicie tracąc uprzejmość, którą dotąd miała w oczach.
- Odważnie jak na dziewięciolatka - mruknęła pod nosem, pochylając się, żeby pomóc elfowi pozbierać papiery. - Kto to był?
Charakterystycznej twarzy raczej nie zapomni, ale z wielką chęcią zapamiętałaby też jego imię i nazwisko. Nie to, żeby miała cokolwiek z tym zrobić, ale kto wie? Podobna wiedza przydawała się w zaskakujących momentach.
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

118
POST BARDA
Choć towarzyszący Wysokiemu elf spowolnił kroku i wyraźnie zawahała się, prawdopodobnie rozważając pomoc potrąconemu Kamelio, szybko zaniechał ewentualnych prób, gdy tylko usłyszał naglące syknięcie ze strony swego kompana.
- Julius Ferros - przedstawił cierpko, kiedy pozostała dwójka szybkim krokiem obeszła szynkwas i kierując się w dół sali, zniknęła za jakiś czas za drzwiami jednego z pokoi. - Mój osobisty ulubieniec. Nie miałaś jeszcze okazji poznać? Ma zerowe poczucie humoru, za to mniemanie o samym sobie, które zawstydziłoby co najmniej połowę znanej ci szlachty i magnaterii. Nieprzyjemny, ale stosunkowo niegroźny, dopóki nie wsadzić mu w rękę szpady. Niewart uwagi na dłuższą metę. Innymi słowy - kończąc zbierać porozrzucane papierzyska i czekając, aż Paria odda mu to, co sama w międzyczasie nazbierała, skierował na nią poważny wzrok. - Postaraj się nie wchodzić mu w drogę. Nawet jeśli w obecności kobiet z reguły zachowuje się niemal nieskazitelnie, ma paskudnie cięty język i aż za dobrze wie, jak nim operować.
Kiwając zachęcająco głową, ruszył ponownie przed siebie, by wolną ręką pchnąć drzwi do pomieszczenia, które musiało być ich celem. Mimo iż od wejścia pachniało w nim winem i kadzidłami, wbrew ustawionym pod jedną ścianą beczułek z zapasami trunków, przypominało raczej swego rodzaju gabinet. W centrum stał wysłużony fotel, otoczony z dwóch stron narożnym biurkiem oraz całą masą piętrzących się na nim przedmiotów - wszystko posegregowane i poukładane z pedantyczną wręcz starannością. Na samym przodzie dominowała pokaźna kolekcja kałamarzy, piór oraz rysików. Wyglądały znajomo.
Kamelio rozejrzał się dookoła wyjątkowo ostrożnie, zanim zrzucił ciążący mu stos plików na wolną przestrzeń blatu.
- Gniazdko Ramirilla - wyjaśnił z nieco kwaśną miną. Czyżby druga osoba, za którą Kamelio nie przepadał? Kto by pomyślał, że takie w ogóle istniały.
- Choć to pewnie już wiesz? Gęba, która praktycznie się nie zamyka? Zaleca się każdemu w polu widzenia? - przez chwilę przyglądał się jej niemalże wyczekująco, by wreszcie westchnąć z niekłamaną ulgą. - Racja... Wygląda na to, że raz w życiu jest zbyt zajęty, żeby zawracać innym głowy. Miła odmiana.
Gabinet wspomnianego Ramirilla, podobnie jak kuchnia, posiadał własne drzwi na ogród, którymi też elf wyprowadził ich na zewnątrz. Dalej skierowali się w prawo, wzdłuż ściany budynku aż do zakrętu, by kilka metrów za nim natrafić na kolejne drzwi. Do tych Kamelio miał już osobny klucz.
Wnętrze nowego pomieszczenia nie różniło się na pierwszy rzut oka niczym od typowego, dobrze uprzątniętego i zorganizowanego schowka. Dookoła piętrzyły się pudła i skrzynie, zaś stół zepchnięty pod północną ścianę uginał pod ciężarem mnogiej ilości tub i drewnianych skrzyneczek różnej wielkości i o nieznanej zawartości. Wbrew wrażeniu odizolowania pomieszczenia od reszty Domu, jasno paliły się tu świeżo wymienione świece.
Towarzysz Parii znacząco wskazał szeroką klapę w jednym z rogów komnaty, a następnie ciężki do dostrzeżenia w ścianie panel z nieregularnym otworem, w który wsunął główkę poprzednio użytego klucza. Klapa w podłodze zaczęła unosić się ciężko, ale bez ociągania, ukazując im jasno oświetlone od dołu schodu o szerokich stopniach.
- Panie przodem.
Libeth mogła nie mieć najlepszych wspomnień ze schodzenia do podziemi, ale do tych przynajmniej prowadziło względnie normalne i przyzwoite wejście. Były też dobrze oświetlone i nie aż tak zimne, jakby mogło się wydawać.
Spoiler:

Dom Śnienia Kamelii

119
POST POSTACI
Paria
- Nie miałam tej wątpliwej przyjemności - odparła, podnosząc się z podłogi. Na poradę elfa odpowiedziała jednak mało niewinnym uśmiechem. To, co mówił, brzmiało jak wyzwanie. Nawet jeśli wchodzenie Juliusowi w drogę teraz było niemądre, kusiło ją, żeby szanowny pan wysoki elf potknął się o nią w dalszej przyszłości. - Och? Nie doceniasz mnie. Nie sądzę, żebym ustępowała mu pola w zakresie tych umiejętności. Zawsze jestem otwarta na ciekawe dyskusje z nadętymi dupkami.
Oddała dokumenty i ruszyła dalej u boku Kamelio, lustrując spojrzeniem gabinet, w jakim się znaleźli chwilę później. Znajome przybory piśmiennicze przypomniały Parii niechęć elfa do rozwiązywania wstążek kilka dni temu. Czyżby wynikała ona ze zwykłej niechęci do właściciela tych przedmiotów? To było dla bardki coś zupełnie nowego. Miała wrażenie, że dziś mówią o kompletnie innym Domu Śnienia, niż ten, w którym spędziła ostatnie kilka dni. Wszyscy dotąd byli tacy uprzejmi i otwarci, a nawet jeśli nie, to nikt nie zachowywał się względem niej nieodpowiednio. Nie zauważyła też dotąd podobnych zachowań względem towarzyszącego jej elfa. Dziś natomiast w tak krótkim czasie dowiedziała się już o dwóch osobach, które Steczko darzył... no, powiedzmy... antypatią.
Uniosła tylko pytająco brwi, słysząc nieznane jej imię, a potem pokręciła tylko przecząco głową, nie mając pojęcia, o kim mowa.
- Jesteś pewien, że nie mówisz o Celestio? - parsknęła śmiechem, wychodząc przez gabinet wspomnianego Ramirilla do ogrodu.
Gdy chwilę później znaleźli się w schowku, wróciły wspomnienia z ucieczki z rezydencji Bourbon. Teoretycznie nie należały one jeszcze do tych nieprzyjemnych - poza faktem, że zmarzła podczas spaceru w podziemiach i zmęczyła się nieco, stanowiąc podporę dla kulejącego Kamelio, to dopóki nie weszli do kanałów, nie działo się nic strasznego. Rzuciła ostrożne spojrzenie w dół, ciesząc się w sumie, że do piwnic prowadzą schody, a nie pogrążona w mroku sznurkowa drabinka. W końcu nie uciekała już przed niczym, znajdowała się w bezpiecznym miejscu i na dole nic nie miało jej zaskoczyć, prawda? Mimo tej świadomości i tak z ociąganiem zrobiła pierwszy krok, nie potrafiąc wyjaśnić swoich własnych obaw. Były jakieś podświadome, nie miała na nie wpływu. Ale ruszyła w dół, przodem. W końcu nie szła z obcym trefnisiem w nieznane, tylko w konkretnym celu - na spotkanie, które miało rozjaśnić najbliższe kilka dni. I nawet jeśli - jak się okazywało - nie przepadała teraz za podziemiami, tu przynajmniej miała całkiem silną motywację.
Obrazek

Dom Śnienia Kamelii

120
POST BARDA
- Mówię to WŁAŚNIE DLATEGO, że już zdążyłem zauważyć, jak bardzo lubisz się gryźć z osobnikami jego pokroju - zaśmiał się, lecz tym razem z dozą nerwowości. - Nie chodzi o udowodnienie, kto komu bardziej potrafi dopiec. Ferros nie jest... - Kamelio wziął głęboki wdech i z miną człowieka, który właśnie zamierza powiedzieć coś, czego bardzo mówić nie chce, wysilił się do kontynuowania. - ...Nie jest złą osobą per se. Może być jadowitym wężem, ale tak, jak każdy inny wąż, zaatakuje dopiero wtedy, kiedy poczuje się zagrożony.
Elf mógł nie ujmować tego zupełnie wprost, ale i tak nie trzeba było geniusza, aby dostrzec, jak bardzo zależało mu, aby Paria trzymała się z dala od napotkanego przed momentem Wysokiego. Nawet jeśli ludzie w Domu Kamelii przypominali czasami, nie tylko dobrze funkcjonującą gildię, ale coś na kształt wielkiej, zgranej familii, szlachcianka bardziej niż ktokolwiek powinna wiedzieć, jak skomplikowane potrafiły być czasami korelacje rodzinne. Nieważne, jak dobrze naoliwioną wydawałyby się maszyną, zawsze zdarzały się w niej jakieś zgrzyty. Zawsze też trafić musiał się w niej co najmniej jeden, bardziej lub mniej wadliwy element - czarna owca. Ciekawe, kto w Domu Kamelii tak naprawdę odgrywał tę rolę.
- O ile szanowny Celestio nie zmienił koloru skóry i nie został niespodziewanie wnukiem Zairy, to nie. Nie sądzę.
Na twarz elfa powrócił zadziorny uśmiech, który nie zniknął przez resztę ich wycieczki.

- Wspólna sypialnia - odezwał się zza jej pleców Kamelio, a gdy tylko zrównali kroku u podnóża schodów, wskazał pierwsze, widoczne zaraz po wyjściu na szeroki korytarz drzwi. - Ci, którzy prowadzą własne badania, eksperymenty bądź z różnych przyczyn nie wracają do własnych domów na noc, zazwyczaj spędzają je tutaj.
Podziemny kompleks jako całość był bardzo dobrze oświetlony oraz utrzymany w przyzwoitej czystości. Nieliczne pajęczyny oraz ich właściciele w wysokich kątach pod sufitem wydawały się pozostawione tam bardziej intencjonalnie niż nie. Być może wyłącznie dla zachowania odpowiedniego klimatu, a może po to, aby żadne inne robactwo nie miało możliwości się rozpanoszyć.
Pozostawiając drzwi do sypialni w spokoju, przeszli kilka metrów dalej, aby wyjść na długi korytarz, wyściełany od jednego końca do drugiego fioletowym, wzorzystym dywanem. Dywan... W podziemnym korytarzu? Ktoś tutaj z pewnością nie szczypał się ze swoją ekstrawagancją.
Ich celem były ostatnie drzwi lewej części korytarza - wąskie, jednoskrzydłowe, ale grube i wyraźnie ciężkie, częściowo okute metalem. Tym razem Kamelio potrzebował aż dwóch kluczy, aby dostać się do środka.
- Jedno z najbezpieczniejszych i zarazem najniebezpieczniejszych miejsc w całym Domu - rzucił w stronę Libeth konspiracyjnym szeptem, mocno chwytając za okrągłą kołatkę drzwi i ciągnąć ją do siebie. Z cichym zgrzytem nienaoliwionych zawiasów, otworzyło się przed nimi przejście do najprawdziwszej pracowni alchemicznej. Pracowni, w której sporą część swego czasu spędzać musieli Gabin oraz Tulio pospołu.
Już od wejścia przywitał ich przede wszystkim ciężki zapach mieszaniny najrozmaitszych ziół oraz trudnych do określenia substancji. Nieprzyzwyczajona do tego typu aromatów, a przede wszystkim do ich intensywności Paria, potrzebowała chwilę spędzić w przejściu, aby na dzień dobry nie zakręciło jej się niebezpiecznie w głowie.
Było to przestronne pomieszczenie, posiadające w swoim wyposażeniu aż cztery stoły, z czego tylko jeden nie był zastawiony od rogu do rogu księgami, notatkami, kolbami oraz całą masą sprzętu alchemicznego, którego prawdopodobnie i w połowie nie potrafiliby obydwoje z elfem poprawnie nazwać. Niemalże każdy kawałek ściany zajmowały dziwaczne ryciny bądź regały zapełnione, jeśli nie mnogą ilością słoi z ingrediencjami oraz bardziej lub mniej obrzydliwie wyglądającymi zawartościami, to jeszcze większą ilością opasłych tomów. Były i dwa paleniska ze znikającymi pod sufitem kominami, z czego nad jednym wciąż wisiał pełen jakiejś podejrzanej substancji kociołek.
Pracownię jasno oświetlały błękitne płomienie licznych świec, które wydawały się wcale nie topić. Były prawdopodobnie czymś nowym także i dla Kamelio, sądząc po ciekawości wymalowanej na jego twarzy oraz sposobie, w jaki zaczął przejeżdżać dłonią nad płomieniem jednej z nich.
- Huh - wydał z siebie, jakże elokwentnie. - Nic dziwnego, że jest tu tak chłodno. W ogóle nie wytwarzają ciepła. Nic. Spróbujmy znaleźć rozpałkę. Libeth? Mogłabyś się rozejrzeć? Gabin nigdy nie odkłada niczego w to samo miejsce.

Wróć do „Stolica”

cron