Pałac Viti'ghrów

61
Utrudniały? — Agnes zaśmiała się, słysząc te słowa. — Nigdy. Kattok jest idealnym miejscem, aby wprowadzić w życie idee, które nie zmienią życia przyszłych osadników przyzwyczajonych do starych zasad w miejscu, gdzie do tej pory żyli. Pomogą im wykonywać prace, a przy okazji stworzą nowe miejsca i nowe kwalifikacje. Co zaś funduszy się tyczy, każdy miedziak i każdy srebrnik będą wykorzystane maksymalnie. Gdy tylko zbudujemy tam od nowa cywilizację, wyspa zwróci się szybciej, niż każda inna inwestycja.

Przemilczała celowo jego słowa o rozczarowaniu, będąc pewną tego, że tego nie zrobi. Wiedziała natomiast, że ludzie, pokroju tych, którzy próbowali zniszczyć jej życie, będą narzekać i tak, ale i na to miała sposób. — Generalnie łatwiej jest się przyzwyczaić do nowego miejsca i nowych zasad, dopiero się przeprowadzając. Kattok jest okazją do rewolucji, która przeniesie się na inne wyspy.

Zerknęła na elfa, unosząc brew, gdy ten wspominał o wysiłku, jaki będzie musiała włożyć w budowę portu i realizację własnych marzeń. Ciężko było cokolwiek wyczytać z tej twarzy, co czasami ją irytowało i nie wiedziała, jaki stosunek ma do tego, co mówi i na ile w nią wierzy. Zaś ona... wierzyła. Mocniej niż ktokolwiek inny, bo kto inny, niż ona? Droga do wielkości była wyboista i pełna niedowiarków i tylko wystarczająco duże zaparcie doprowadzało wybranych na szczyt. — Całe życie czekałam na taką okazję i przygotowywałam się do niej. Nie wątpię w swoje umiejętności, zarówno te techniczne, jak i organizacyjne. Ja żyję pracą, a wprowadzanie w życie zmian, jakie szykuję, tylko mnie napędza. Proszę się więc nie martwić o mnie, bo ja sobie poradzę, nawet bez pomocy. A czas można zorganizować tak, aby starczyło go na wszystko. Poza tym niektóre sprawy będą się pokrywać — co się tyczyło partnera czy pomocnika, liczyła właśnie na nikogo do pomocy, kto będzie forsował swoje pomysły i wtrącał się w jej plany. Agnes wolałaby pracować ciężej, ale mieć pewność, że nikt nie zakłóci jej perfekcyjnego planu. — Bardziej martwię się, czy środki, materiały i ludzie będą za mną nadążać. — Ostatnie zdanie rzuciła w bardziej humorystycznym celu, ale faktycznie miała nadzieję, że wszystko będzie działać... lepiej niż w jej zegarku.

Być może będzie. To zależy już od tego, czy nasi ludzie odkryją coś ciekawego. Na to niestety nie mam już dużego wpływu — skupiła spojrzenie na Sehleanie, słysząc jego prośbę o konsultacje z jego osobą w sprawie większych decyzji. Cóż, w głowie Agnes było to pojęcie względne i ewidentnie zamierzała później to wykorzystać. — Oczywiście. Takie konsultacje będą wręcz niezbędne... aby nasze partnerstwo było owocne.

Zapewne magnatowi chodziło o coś jeszcze – o decyzje, jakie może podjąć on, o nacisk, jaki on może wywołać na Syndykacie i korzyści, jakie z tego popłyną, niżeli zrobiłaby to ona. Reimann nie miała zbytnio wyboru w tej kwestii, ale wiedziała, że są sposoby, aby przekonać kogoś do swoich racji. Sama wszakże może zrobić nacisk na odpowiednich ludzi.

Wychwyciła krótki uśmiech, gdy wspomniała o tym, dla kogo mają pracować jego ludzie. Zrozumiał i to jej wystarczyło. Własne korzyści zawsze będą ważniejsze od tych organizacji i na taką odpowiedź Agnes liczyła. Ona będzie miała immunitet i wolną rękę, zaś Sehlean świadomość, że wyspa będzie należeć do niego... przynajmniej w teorii.

Razem z Viti'ghrinem oglądała pojedyncze winogrono, słuchając tego, co miał do powiedzenia o kawałku własnej ziemi. Dla inżynier był to przejaw zachłanności – własny kawałek ziemi oznaczał pewną niezależność od jej pomysłów i planów. Jednak na wieść o zarządcy uniosła z powrotem spojrzenie na elfa z pewną dozą uspokojenia. — W takim razie chętnie go poznam. I moje obiekcje wynikają bardziej z obawy o dobre zarządzanie właśnie tym kawałkiem ziemi. Tutaj ma pan jednak rację – włości zdobyte ciężką pracą i ryzykowaniem własnym życiem będą bardziej doceniane. Ja zaś po prostu chcę jak najlepiej dla wyspy.

W głowie natomiast właśnie kiełkował jej plan, jak zakręcić się koło zarządcy na tyle, aby zasiedlenie przez najemników Kattok było... pozorne. Aby to ona kontrolowała, jaki kawałek ziemi komu odda. Dobra sugestia zawsze zrobi swoje.

Agnes zabrała kolejne winogrono, kompensując sobie nimi brak napoju, który nie był alkoholem i nie pachniał tak... mdląco. Po zjedzeniu soczystego owocu wyprostowała się i uśmiechnęła w stronę magnata. Ciągle miała dziwne wrażenie, że zawiera pakt z demonem, że sprzedaje mu własną duszę i jednocześnie próbuje igrać z ogniem, już teraz myśląc, jak wykorzystać sytuację na swoją korzyść bez szargania współpracy, póki będzie od niego zależna. Była jednak na tyle ostrożna, że nawet te myśli nie tkwiły w jej głowie dłużej niż sekundę – aby się nie objawiały dziwnym grymasem twarzy. Zamiast tego skupiła się na ludziach, na pieniądzu i na wszystkich przyjemnych rzeczach, z którymi popłynie do dżungli. — Myślę więc, że nasze obiekcje zostały wystarczająco rozwiane, aby stwierdzić, że taka współpraca przyniesie zysk nam obojgu, szczególnie w przeciągu najbliższych lat, prawda?

Dziwne uczucie przemknęło po jej kręgosłupie prosto do umysłu. Uczucie satysfakcji i chorego, masochistycznego zadowolenia z przebiegu ostatnich dni. Gdyby nie kombinacje Vasati, miałaby ręce związane bardziej, niż chciałaby. Tymczasem... niewygodna dla niej osoba zginęła, a ona sama właśnie brała na siebie chlubny obowiązek stworzenia utopii, o której zawsze myślała. Bez dziwnych urządzeń napędzanych magią. Bez elfek stojących jej nad uchem.

Agnes pomyślała, że bardzo dobrze, że Vasati zginęła.

A zginęła, aby Agnes mogła zatriumfować.

Pałac Viti'ghrów

62
- Starałbym się unikać słowa rewolucja - zaśmiał się Sehlean. - Nie bez powodu mówią, że zjada ona własne dzieci. Już wystarczająco nastąpiła pani na odcisk tradycjonalistom.
Raczej nie wyglądał, jakby mówił to na poważnie; rozumiał przecież o czym mówi Agnes. Pełen optymizmu nastrój, który mimo ostatnich wydarzeń okazywała kobieta, udzielił się i jemu. Nawet nie próbował ukrywać go pod maską wyniosłej obojętności. Może spodobało mu się to, co mówiła, a może po prostu w ciągu tych kilku spotkań zdążył już obdarzyć ją odrobiną sympatii? W końcu mimo nieco odmiennych wizji, oboje dążyli do tego samego celu: wyciśnięcia z wyspy Kattok wszystkiego, co się dało.
- Również mam taką nadzieję. Nie wiem, kogo zabiera pani ze sobą i jakich ludzi ma pod sobą pan LeGuiness, ale na profesjonalizm pracowników zapewnionych przeze mnie może pani liczyć.
Jak widać, odrobił swoją pracę domową i zdobył informacje na temat Victora. Trudno się było mu dziwić, najemnik był gościem jego pałacu i świadkiem wczorajszej egzekucji, która z pewnością nie stała w zgodzie z prawem. Musiał się zabezpieczyć i mieć przynajmniej pojęcie kim ten człowiek był, poza byciem partnerem Agnes.
- Chodzi o krasnoluda, Barbano. Ma być rządcą północnego skrawka wyspy. Niewiele o nim wiem, ale myślę, że jeśli by to panią interesowało, Syndykat zapewni pani jakieś informacje na jego temat. Mimo to, nie sądzę, by stanowił problem, niezależnie od tego jaki jest. Pani pod niego nie podlega - zapewnił i pozostało jej mieć nadzieję, że faktycznie miało być tak, jak mówił.

Sehlean z namysłem skinął głową, znów wbijając w nią intensywne spojrzenie, które z taką łatwością wywoływało ciarki na jej plecach. Wyglądało na to, że współpraca miała funkcjonować dość dobrze, zwłaszcza, że nie mieli pracować blisko siebie. W końcu on zostawał tutaj. Jeśli coś mu nie będzie odpowiadać, w każdej chwili mógł wycofać swoich pracowników z wyspy. Musiał też zdawać sobie sprawę z faktu, że Agnes niektóre istotne kwestie tak czy inaczej zamierzała zachowywać dla siebie, w przeciwieństwie do Vasati, która z pewnością relacjonowałaby mu absolutnie wszystko. Był jednak w stanie zaryzykować mimo wszystko. Inna sprawa, że mógł mieć w rękawie asa, o którego obecności Reimann nie miała pojęcia. Osoby takie jak on posiadały możliwości, o jakich większość z nich mogła jedynie zamarzyć - jak chociażby pozbycie się niewygodnych osób w najbardziej ostateczny sposób i nie poniesienie z tego powodu żadnych konsekwencji.
- Jaki w takim razie ma pani plan na pierwsze tygodnie? - spytał, przechodząc do konkretów. - Kiedy mogę się spodziewać pierwszych raportów? Pół miesiąca na wyspie powinno wystarczyć, żeby dowiedzieć się podstawowych rzeczy i rozplanować budowę. Wystarczająco też, żeby wyciąć las pod budowę pierwszej osady, zakładając, że pierwsza ekspedycja pozbędzie się problemu agresywnej fauny i flory. Jak pani to widzi?
Obrazek

Pałac Viti'ghrów

63
Ewolucją to nie jest — odparła Agnes, również się uśmiechając. Elf zdawał się być bardziej odprężony i może nawet udzielił mu się jej humor, kto wie? Równie dobrze mógł po prostu zaczynać ją lubić. Mimo wszystko kobieta podchodziła do tego z dozą nieufności, bardzo paranoicznie podchodząc do jego min i fasady, jaką czasami nakładał.

Nie zdołała ukryć delikatnego zaskoczenia, gdy Sehlean wspomniał Victora po nazwisku, którego ani razu nie powiedziała przy nim. Oczywiście miał swoje sposoby, by dowiedzieć się wszystkiego, a już tym bardziej wolał to zrobić, aby zabezpieczyć się na przyszłość... bo i najemnik był świadkiem egzekucji, która ewidentnie nie była zgodna z prawem. Tak czy siak w pierwszych sekundach naturalnym było zdziwienie, które zaraz jednak zniknęło, gdy zrozumiała motywy i to, jak szeroki ma wachlarz możliwości.

Ach. Dobrze jest po prostu zapoznać się z osobami, z którymi prędzej czy później przyjdzie mi współpracować. Dziękuję tak czy siak za nazwisko. Na pewno dodatkowe informacje o jego kompetencjach nie zaszkodzą, a jego samego na pewno poznam prędko po przypłynięciu na wyspę.

Bardzo, ale to bardzo nie lubiła jego spojrzenia, które mówiło wszystko i nic, jednak wytrzymywała jego napór, chcąc pokazać, że jest godnym rozmówcą. Poza tym przeczuwała, że współpraca jest ryzykowna i magnat, jako elf o wielkiej władzy, będzie w stanie mieć na nią haczyki. Dlatego też kobieta w duchu przyrzekła sobie, że sama zrobi wywiad na jego temat, próbując dowiedzieć się nieco więcej o jego osobie, niż do tej pory miała styczność.

Zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad pytaniem mężczyzny. Wstępne plany już porobiła, ale ku jej zgrozie, nieprzyjemne wydarzenia w związku z porwaniem jej dokumentów nieco odwlekły sfinalizowanie niektórych kwestii z nimi związanych. Polubiła natomiast konkretne pytania, jakimi zarzucił nią szlachcic. Wstała i leniwie krążąc naprzeciwko Sehleana, zaczęła mówić. — Dwa tygodnie zdecydowanie powinny wystarczyć na rozeznanie się w terenie i przygotowanie fundamentów pod pierwsze plany. Ba, podejrzewam, że w przeciągu pierwszych dni powinnam dostać już wszystkie potrzebne informacje i zacząć planować dalej, ku kolejnym wycinkom. Mam nadzieję, że poza tym najemnicy z pierwszej tury wyprawy zdążą do mojego przypłynięcia uporać się chociaż ze skrajną częścią dżungli, abym mogła na wstępie zacząć rozlokowywać pracowników.

Oparła lewy łokieć o prawą dłoń, drugą zaś pocierając podbródek. Kontynuowała, co jakiś czas zerkając w oczy Sehleanowi. — Tak czy siak natychmiast zacznę prowadzić karczowanie lasu, aby na stałym gruncie zacząć budować pierwszą osadę. Później, bo uporaniu się z na tyle sporą częścią fauny i flory, aby móc dalej określać, będę tworzyć sieć osad. Bazowo port przeładunkowy wraz z nowo odbudowanym... da'Kattok, jak roboczo można będzie ująć nazwę miasta, powinien znajdować się po zachodniej części wyspy, gdzie będzie najłatwiejszy dostęp statków.

Wracając, w pierwszych tygodniach zamierzam rozpocząć budowę tartaku, który z czasem byłby rozbudowywany, aby podołać zadaniu przerabiania drzew w tarcicę. Nie oczekuję z samego początku znaleźć złoża kamienia, który dawałby solidniejszą podstawę pod budowę koloni, więc na początku dobrze będzie mieć zakład, który zajmie się obróbką drewna. Zależnie też od tego, jakie gatunki drzew tam napotkam, część być może będzie nadawała się pod eksport bądź do stoczni.

Raport powinnam wysłać... właśnie po około dwóch tygodniach. Nawet jeśli grupy ekspedycyjne nie podołają tego zadaniu, wszystko będzie odpowiednio spisane. Co zaś do późniejszych planów, na pewno będzie trzeba wyrównać teren pod budowę dróg, być może wykorzystałabym też moje projekty kanałów wodnych mających doprowadzać do oddalonych osad wodę pitną... na pewno muszę też sprawdzić zdatność gleby i obecność podziemnych źródeł. Tak czy siak warto będzie stać się chociaż odrobinę niezależnym, aby odciążyć finanse Syndykatu. O ile o mięso nie będzie trudno, to budowa wszystkiego nie zajmie kwartału i nawet prowizorycznie przygotowane pola uprawne będą pewnym... odsapnięciem od oczekiwanych dostaw z reszty wysp. Tym jednak zajmę się w kolejnych miesiącach, najpierw należy zbudować podstawy pod dalszą budowę.

Stanęła naprzeciwko miski z owocami, zabierając kilka winogron i zajadając je, spoglądając na Sehleana i oczekując reakcji na jej potok słów.

Pałac Viti'ghrów

64
To nie był pierwszy raz, gdy Sehlean widział, jak Agnes wstaje i zaczyna krążyć w tę i z powrotem podczas opowiadania o swoich planach. Podążał za nią spojrzeniem, nie przerywając snutych przez nią rozważań, ale wsłuchując się w nie ze szczerym zainteresowaniem - w końcu chciał wiedzieć, czego ma się spodziewać po pierwszych tygodniach funkcjonowania kolonii. Raz na jakiś czas kiwał głową z zadowoleniem, czasem widziała, jak jego wzrok na moment odpływa, gdy nad czymś się zastanawiał. Ostatecznie uśmiechnął się do niej, wyjątkowo szczerze i naturalnie, bez sztucznej uprzejmości, kiedy stanęła przed misą owoców, w końcu zatrzymując się w miejscu. Przez moment wyglądał, jakby był o pięć lat młodszy - ludzkich lat, naturalnie, bo nie miała pojęcia ile Viti'ghrin w rzeczywistości już przeżył.
- Zaiste, ma pani pojęcie o tym, co robi, a pani plany są w założeniu równie efektowne, co efektywne. Oby takie same okazały się w praktyce. Cieszę się, że nasza współpraca dojdzie do skutku. Syndykat nie mógł chyba wybrać na to miejsce nikogo lepszego - stwierdził i Agnes mogła być pewna, że nie są to czcze komplementy, a w tej chwili elf naprawdę tak uważał.
Myśl o Vasati musiała być cierniem w jego boku, tak samo bolesna, jak satysfakcjonująca była dla rudowłosej. Do tej pory Sehlean tkwił w przeświadczeniu, że Jomoira będzie jego oczami i uszami na wyspie, jednocześnie tak dobrze dopasowana do Agnes, a z drugiej strony tak blisko z nim związana. Teraz ten pośrednik zniknął z równania, co nie znaczyło, że jego współpraca z panią inżynier miała zakończyć się niepowodzeniem. Wyglądało na to, że wręcz przeciwnie.
- Będę czekał w takim razie na pierwszy raport w czternastym dniu od waszego opuszczenia Taj'cah - zdecydował. - Tak jak pani mówiła, ciężko podejmować bardziej długofalowe decyzje, kiedy nie wiemy, co znajdziemy na miejscu. Liczę na to, że kiedy będzie mi tam dane przypłynąć osobiście, zobaczę piękne miejsce i ożywioną tę rewolucyjną myśl, którą pani reprezentuje.

Napił się znów, opróżniając swój kielich jakieś dziesięć razy wolniej, niż Agnes z Victorem robili to wczoraj. Potem odstawił naczynie i podniósł się z ławy, by podać kobiecie swoje ramię i gestem zaproponować wyjście z altany. Jeśli się zgodziła, poprowadził ją po prostu pomiędzy drzewa, uznając spacer za przyjemniejsze okoliczności do dyskusji, niż tkwienie w altanie. Ciepłe promienie wieczornego słońca rozbijały się wśród liści i wąskimi strumieniami światła padały na wysypaną drobnymi kamyczkami ścieżkę. Wciąż było ciepło, ale nie gorąco; przynajmniej pogoda zlitowała się dziś nad Agnes i postanowiła wyjątkowo jej nie dręczyć.
- Słyszałem, że za trzy dni ma nastąpić wodowanie statków pani projektu - rzucił, zmieniając temat. - Tych, którymi popłyniecie na Kattok. To dobra okazja na ostatnie spotkanie przed waszym wypłynięciem. Chciałbym panią zaprosić na obiad, połączony z niewielką celebracją wydarzeń, tych, które będą się działy tego dnia, i tych, które mają nastąpić jeszcze kilka dni później. Tym razem osobiście zobowiązuję się do zapewnienia bezpieczeństwa pani i pani bliskim. Nie przyjmuję odmowy - dodał, spoglądając na nią, zanim zdążyła zaprotestować i znaleźć jakąś wymówkę. - Zwłaszcza, że czeka na panią niemała niespodzianka, o ile wszystko pójdzie zgodnie z planem. Obiecuję nie trzymać pani długo, a może będę w stanie w jakiś sposób zatrzeć negatywne wspomnienie ostatniej wizyty towarzyskiej w moich ogrodach.
Obrazek

Pałac Viti'ghrów

65
POST POSTACI: Agnes Reimann
Oczywiście, że Syndykat nie mógł wybrać osoby lepszej na to stanowisko. Jej chęć parcia do przodu nieważne na koszty mogła być co prawda kłopotliwa ze względu na głosy niezadowolenia, które pojawiały się już teraz, ale kogoś trzeba było poświęcić, żeby inni triumfowali. Natomiast myśl o tym, że jej miejsce mogła zająć Jomoira, gdyby nie jej matactwa, był dla Agnes cierniem w boku, tak jak myśl Sehleana o tym, że nie będzie miał szpiega w swoich szeregach, który relacjonowałby mu wszystko, co robiłaby inżynier.

Nie o to też chodziło kobiecie, gdy mówiła o raporcie. Chciała wysłać go czternastego dnia, nie że miałby być dostarczony wtedy. Co prawda korespondencja nie była tak kłopotliwa, bowiem dzień, maksymalnie dwa zajmie dotarcie jej do stolicy, ale obawiała się, że przez zaćmienie, co wspominał zresztą Victor, prace mogą być opóźnione. Nie odzywała się jednak, tylko skinęła głową na potwierdzenie, wiedząc, że właściwie to niewiele zmieni.

Za kilka miesięcy na pewno będziemy mogli gościć już pana i resztę głów Syndykatu w przyjemnych warunkach — odpowiedziała tylko, przyjmując ramię elfa i dając się prowadzić do ogrodów, poza altanę.

Przypomniał jej natomiast o czymś, co kompletnie wypadło jej z głowy przez ostatnie dni. Statki jej projektów, w końcu po trzech latach miały być zwodowane. Powróciła ekscytacja na tę myśl – mogła w końcu zobaczyć w praktyce coś, co faktycznie mogło zmienić świat. Jeszcze większym optymizmem napełniła ją myśl, że będzie pasażerem takiego okrętu i będzie mogła zobaczyć, jak radzi sobie załoga z pewnymi usprawnieniami, jakie wprowadziła.

Ostatnie dni to było szaleństwo. Zdążyłam zapomnieć, że moje statki są już praktycznie gotowe — powiedziała, śmiejąc się cichutko. Gdy usłyszała zaś propozycję kolacji, otworzyła usta, aby powiedzieć coś w stylu, że się zastanowi – wszakże nie miała praktycznie czasu na kolejne bankiety. Sehlean uciął jednak wszelkie wymówki, stawiając ją pod tym względem pod ścianą i kobiecie zostało jedynie ciche westchnięcie. Wzruszyła ramionami. — W takim razie przyjmuję zaproszenie. I sama wizyta w pańskich ogrodach nie była pod żadnym względem negatywna. Przyjęcie było wspaniałe, po prostu wydarzenia po nim były wątpliwej przyjemności.

Niespodzianka pan mówi... przyznam szczerze, że nie jestem ich największą fanką, lubię być doinformowana, aczkolwiek jeśli obiecuje pan, że to coś miłego, może wytrzymam do tego czasu — rzuciła zaczepnie, spoglądając na tropikalne drzewa wokół niej i delektując się chłodniejszą temperaturą. Nawet pomimo tego na jej skroniach występowały krople potu, spowodowane bardziej rozpuszczonymi włosami i kapeluszem, który na siebie z powrotem nałożyła. — Jak rozumiem, skoro przyjęcie jest na moją cześć, osoba towarzysząca będzie mile widziana?

Pałac Viti'ghrów

66
POST BARDA
- Szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy uzna pani to za coś miłego, ale sądzę, że tak - Sehlean też się uśmiechnął. Jej dobry nastrój widocznie się mu udzielał. Jakakolwiek jednak miała być ta niespodzianka, elf nie wyglądał, jakby chciał uchylić choćby rąbka tajemnicy.
W chwilach takich jak ta łatwo było zapomnieć, jak wiele ich dzieli. Może nawet momentami nie patrzyli na siebie przez pryzmat rasy? Viti'ghrin czasem wydawał się czerpać szczerą przyjemność z jej towarzystwa, nawet jeśli przez krótką chwilę nie rozmawiali o interesach i planach na wyspę. Może mężczyzna lubił otaczać się wizjonerskimi umysłami, dlatego też trzymał przy sobie Vasati, nie zdając sobie sprawy z tego, co ta planuje za jego plecami. A może podłoże jego uśmiechu było jeszcze inne i Agnes faktycznie wchodziła w pakt z diabłem?
Pokiwał głową.
- Oczywiście. Chciałem osobiście zaprosić pana LeGuinessa, ale uznałem, że nie jest to moja decyzja - odparł. - Jednak chętnie się z nim spotkam ponownie. Nie było nam dane porozmawiać zbyt długo, a dziś nie znalazłem czasu na spotkanie w cztery oczy. A chyba powinienem, biorąc pod uwagę jego zaangażowanie w wyprawę.
Odstawił kielich, który zdążył podczas tej dyskusji opróżnić, ale w przeciwieństwie do Agnes i Victora wczoraj, nie uzupełnił go sobie natychmiast, by zaraz zabrać się za dalsze picie. Zamiast tego splótł dłonie na kolanach, skupiając wzrok już tylko na rudowłosej kobiecie.
- Zaprosiłem również kilka osób bezpośrednio z Syndykatu. Może będzie miała pani okazję podpytać ich o sprawy dotyczące zarządzania wyspą, czy kwestii darowania terenów na niej członkom pierwszej ekspedycji. Na pewno udzielą pani bardziej konkretnych odpowiedzi, niż ja. Ma pojawić się Travan Tollett, człowiek osobiście odpowiedzialny za pani zatrudnienie i Ondar Lutrari, jakkolwiek towarzystwo krasnoludów nie jest mi szczególnie miłe, zwłaszcza takich, jak on - skrzywił się.
Zaskakujące, Sehlean pozwolił sobie na wyrażenie emocji? Nie zdarzało się to mu zbyt często.
- W każdym razie Ondar może wiedzieć więcej zarówno na temat administracyjnych kwestii, jak i samego Barbano.
Podniósł się z ławy i zrobił kilka kroków w kierunku łukowatego wyjścia z altany, by tam się zatrzymać i spleść ręce za plecami, w zamyśleniu patrząc w czerwone niebo.
- Czekają panią duże zmiany, pani Reimann - zauważył. - Przychodzi taki czas w życiu, kiedy trzeba zmierzyć się z czymś zupełnie nowym, po czym czuje się, że nigdy nie będzie się takim samym. Ja już miałem kilka takich przełomowych chwili w życiu. Nie wiem, jak jest u pani, ale na pewno jedna czeka tuż za progiem - zerknął na nią przez ramię i uśmiechnął się lekko. - Prawie pani zazdroszczę.
Obrazek

Pałac Viti'ghrów

67
POST POSTACI: Agnes Reimann
Rzeczywiście Agnes czasami zapominała, że był elfem – ale było to głównie dlatego, że mógł finansować jej projekty i dlatego, że Archipelag był raczej równościowym królestwem z brakiem podziału rasowego. Jedyną różnicą było to, że prawdopodobnie mógłby być jej dziadkiem, ale przez ich przeklętą wieczną młodość ciężko było to stwierdzić.

Czasami brakowało jej tego w ludziach – długiego życia pozbawionego trosk o zdrowie, mogącego jej pozwolić realizować swoje cele. Jednocześnie zdawała sobie sprawę, że mając setki lat przed sobą, nie goniłaby tak za marzeniami, bo to właśnie było pięknem człowieczeństwa – ulotność życia i chęć zostawienia czegoś po sobie. Dlatego ludzie tak szybko rozpełzli się na wszystkie kontynenty i dlatego większość długowiecznych ras powoli wymiera.

Agnes zaśmiała się, zdając sobie sprawę z czegoś, co zauważył Sehlean. — Czasami tak odbiegam myślami, że zapominam, że Victor też ma swoją całkiem odpowiedzialną rolę w tym przedsięwzięciu. A nawet bardziej ryzykowną. Będzie przecierał dla mnie szlaki — przynajmniej jako dowódca będzie siedział z resztą w namiocie i planował kolejne wypady, a nie sam narażał się w środku dżungli. — Tak czy siak kolacje będzie dla panów doskonałą okazją do pogawędki.

Z zainteresowaniem słuchała dalszej części, notując w pamięci imiona. Travana pamiętała doskonale – był człowiekiem, który osobiście złożył jej propozycję współpracy przypływając do Keronu i to dzięki jego pomocy odnalazła się w samej stolicy na samym początku. Ba, to dzięki niemu poznała Victora, z którym spotkała się u Tolletta po raz pierwszy. Wiele mu zawdzięczała i darzyła sympatią, chociaż w jej stylu niespecjalnie to okazywała. Ondara nie kojarzyła, ale przeciwko krasnoludom nie miała zbyt wiele złego do powiedzenia – może byli grubiańscy i często kryli się po swoich górach, zajmując się głównie górnictwem. Było ono ważne, fakt, ale sporo swoich wynalazków z tej materii zostawało między klanami, a nie szło dalej w świat. Tak czy siak, Sehlean chyba nie podzielał zdania Reimann, na co tylko podniosła brew i kącik ust. Stare bajki o nienawiści elfio-krasnoludzkiej były jak żywe.

Nie omieszkam z nim i resztą gości porozmawiać. Im więcej informacji zbiorę przed wypłynięciem, tym szybciej zorganizuję wszystko na wyspie — przemilczała ten jaskrawy wybuch elfich emocji, nie drążąc tematu pomimo zżerającej jej ciekawości. — Pana Tolletta natomiast jak najbardziej pamiętam. Grzechem byłoby zapomnieć o człowieku, który pozwolił mi rozwinąć skrzydła i uciec z walącego się Keronu.

Niektórzy nazwaliby Agnes ojkofobem, ale ona po prostu widziała, w jakim stanie jest królestwo, targane nieustannymi wojnami i waśniami. W dodatku szlachta, z której młodzieżą przyszło jej przelotnie studiować – rozpuszczona, traktująca pieniądz jako coś oczywistego, przyzwyczajona do luksusów i statusu społecznego wynikającego z urodzenia. I może było chłodniej na północy, a chociaż Syndykat miał swoje własne wymagania, lepsze było to, niżeli pogardliwe spojrzenia kolegów inżynierów w królewskiej armii. I jeszcze to ostentacyjne traktowanie jej, jakby była kimś gorszego sortu przez brak tytułu szlacheckiego... a przecież była lepsza niż oni wszyscy razem wzięci.

Już teraz tak się czuję — odparła, mając bardziej na myśli wczorajsze wydarzenie, ale też inne rzeczy, dużo wcześniejsze. — Pogoń za niemożliwym, jak niektórzy lubili mi wytykać, pokazywała, jak bardzo potrafi w ciągu jednego dnia zmienić się czyjeś życie. Chociaż myślę, że przypłynięcie tutaj było takim pierwszym wydarzeniem. Wypłynięcie na Kattok będzie kolejną wielką zmianą. — Przejechała spojrzeniem po krwawym niebie, zastanawiając się, jak długo jeszcze będzie się to utrzymywało. — Prawie. Czyżby przypadło panu do gustu stateczne życie magnata, a nie awanturnika wspinającego się dopiero na szczyt?

Pałac Viti'ghrów

68
POST BARDA
Elf zaśmiał się cicho i po chwili namysłu pokiwał głową.
- Chyba tak. Awanturnikiem już kiedyś byłem, chociaż nie powiedziałbym, żeby obecnie brakowało mi ambicji, by wspinać się wyżej. A stateczne życie magnata? - zerknął na Agnes z rozbawieniem. - Myślę, że w tym wieku już na nie zasłużyłem.
Słońce powoli zniżało się już ku horyzontowi, razem z dwoma księżycami, które je zasłaniały. Długie cienie kładły się pod drzewami ogrodu Sehleana i nadawały jego twarzy łagodności, jakiej próżno było szukać jeszcze wczoraj. Wciąż było w niej coś nieodgadnionego, ale kobieta chyba już pogodziła się z faktem, że nie będzie jej dane czytać mu w myślach.
- Myślę, że w takim razie nasze dzisiejsze ustalenia dobiegły końca, panno Reimann - stwierdził elf cicho, z zainteresowaniem przekręcając głowę w kierunku, z którego dobiegał do nich głośny świergot ptaków. - Mam nadzieję, że są dla pani równie satysfakcjonujące, co dla mnie. Wierzę, że nasza współpraca otworzy dla nas nowe możliwości. Jeśli przyjdzie pani do głowy coś jeszcze, co chciałaby pani omówić, proszę posłać do mnie kogoś z listem, bądź po prostu zachować tę myśl do naszego następnego spotkania. Za trzy dni po południu, po wodowaniu pani statków, zapraszam zarówno panią, jak i pani partnera, Victora. Obiecuję potem już nie zawracać więcej pani głowy i pozwolić pani w spokoju przygotować się do wypłynięcia.

Sehlean podał kobiecie ramię, a potem poprowadził ją spacerem w kierunku wyjścia z ogrodów. Kręte alejki otoczone były kwiatami, które w czerwonym świetle wszystkie nabierały podobnego odcienia. Służba podążała za nimi spojrzeniem, ale nikt ich nie zatrzymywał. Elf podtrzymywał jeszcze uprzejmą pogawędkę o wszystkim i o niczym - porozmawiał z nią chwilę o nietypowo długim zaćmieniu, o pogodzie na Archipelagu, o wyższości białego wina nad czerwonym i o fontannach dla ptaków, ale ostatecznie dotarli do miejsca, w którym Agnes oddała stajennemu swojego konia.
Wierzchowiec już na nią czekał, leniwie grzebiąc kopytem w drobnych kamyczkach, którymi wysypane były ścieżki. Viti'ghrin pomógł rudowłosej wskoczyć na siodło i cofnął się dwa kroki, uśmiechając się do niej tym samym wyćwiczonym, uprzejmym uśmiechem, jakim raczył ją przy ich pierwszym spotkaniu na bankiecie.
- Do zobaczenia niebawem, panno Reimann - skinął głową. - Miejmy nadzieję, że następnym razem spotkamy się już pod błękitnym niebem.

Elf nie odprowadzał jej spojrzeniem, gdy odjeżdżała - od razu ruszył w kierunku pałacu, mając jakieś kolejne własne sprawy do załatwienia. Agnes zaś mogła wrócić do domu po raczej satysfakcjonujących negocjacjach i zająć się przygotowaniami. Dzień, a właściwie półtora, które ostatnie wydarzenia wyjęły z jej życiorysu, przejawiał się w zaległościach w dokumentacji. Nie było to jednak nic, czego kobieta nie byłaby w stanie nadgonić przy pomocy posłańca, a może nawet dwóch; w końcu bliźniacy byli teraz wyjątkowo skłonni do pomocy, można było to jakoś wykorzystać i dodatkowo przetestować w ten sposób ich umiejętności.
Jakkolwiek traumatyczne nie były dla niej ostatnie wydarzenia, wyszła z nich obronną ręką. Czas pokaże, co dalej miał jej przynieść przewrotny los.

Spoiler:
Obrazek
ODPOWIEDZ

Wróć do „Stolica”

cron