[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

91
Wpatrując się w Parię, Kamelio zamrugał raz, drugi, trzeci... Z każdym kolejnym, jego spojrzenie zdawało się nabierać więcej rozbawionych iskierek i tylko ogromna siła woli powstrzymała go od otwartego roześmiania się. W gruncie rzeczy udało mu się nawet przybrać coś na kształt poważnego wyrazu, gdy w kolejnej chwili ze zrozumieniem przytakiwał jej głową.
- Fascynujące. - przyznał w towarzystwie głębokiego pomruku, kciukiem oraz palcem wskazującym pocierając podbródek. - Kto by pomyślał, że wystarczyło po prostu przelecieć się z porządnym rondlem po rezydencji, zamiast marnować czas i energię na skomplikowane zaklęcia. - wzdychając teatralnie, pospiesznie obtarł twarz tu i ówdzie wręczoną chusteczką, w znacznej większości pozbywając się krwawych rozmazów na skórze.
Gdzieś z holu świeżo pozostawionego za nimi, dobiegły nowe szurania oraz ciche jęki, zapewne należące do osób, które, podobnie jak świeżo położony patelnią napastnik, wreszcie zaczęły dochodzić do siebie.
- O ile nie chcemy powtórki z rozrywki. - zauważył cicho, rzucając naprędkim spojrzeniem w stronę głównych drzwi.
Pomimo iż dłoń Libeth przyjął z pełnym wdzięczności uśmiechem, podnosząc się, nie próbował nadmiernie polegać na sile jej ramienia, unikając obciążania jej ciężarem własnego ciała. Nie puścił również raz zaoferowanej dłoni, gdy już stał prosto. Jego ruchy były nieco ociężałe, lecz wciąż dostatecznie pewne, gdy pociągnął ją lekko za sobą. Jak się wkrótce okazało, jego celem była kuchenna spiżarnia, do której prowadziły nieco niższe drzwi i kolejne, tym razem bardzo wąskie schody, na których zmieścić się mogli jedynie z osobna. Polecając Parii zamknąć za nimi drzwi, znaleźli się w niemal kompletnym mroku. W dole spiżarni wciąż musiało znajdować się źródło światła, jednak było ono zbyt słabe, aby dobrze oświetlić im drogę w dół.
- Teraz powoli. - polecił, stawiając kroki ostrożnie i bez pośpiechu, uważając, aby nie pociągnąć swojej towarzyszki.
Droga w dół nie była całe szczęście długa ani kręta i nim się obydwoje obejrzeli, obydwoje stali pośrodku niewielkiej, wolnej od skrzyń, pudeł, beczek oraz zastawionych słojami półek przestrzeni. Na jednej z beczek stała lampka oliwna, oświetlając leżące zaraz obok zawiniątko, na które znacząco skinął głową Kamelio, wreszcie puszczając rękę Parii.
- Będziemy przemieszczać się szlakiem pod miastem. Temperatura może być niższa, niż kiedykolwiek byłaś w stanie doświadczyć na Archipelagu. Lepiej, żebyś to założyła.
Tak, Kamelio na pewno był dobrze przygotowany.
Dając swojej towarzyszce czas na zarzucenie na siebie nieco grubszej, lnianej, pikowanej peleryny w brudno-szarym kolorze, nogą odwinął okrywającą część posadzki derkę. Na pierwszy, drugi czy nawet trzeci rzut oka (jak i zresztą każdy kolejny) nie było widać w niej nic nadzwyczajnego, jednak gdy mężczyzna wyciągnął zza cholewy buta niewielki sztylet i wcisnął jego ostrze pomiędzy jedną ze szczelin, coś najpierw zgrzytnęło, później zachrobotało, a na koniec przypadkowa, zdawać by się mogło, kamienna płyta nieco odskoczyła ku górze, umożliwiając podniesienie jej i odsłonięcie ciemnego wejścia oraz drabiny prowadzącej w dół. Gdy lepiej się przyjrzeć, na samym dnie widniało kolejne, blade światło. Zejście miało trzy, może cztery metry wysokości.
- Zejdę pierwszy, abyś mogła zrzucić mi nasze instrumenty. - poinformował ją, spuszczając na próbę nogi i zahaczając je na niższych szczeblach. Drabina była częściowo ruchoma, choć przytwierdzona do ścianki powbijanymi tam haczykami, zrobiona z grubej, mocno skręconej i posplatanej ze sobą wikliny. Otwór nie był na tyle szeroki, aby zmieściła się w nim osoba przy tuszy, lecz w przypadku Parii i Kamelio, nie była to żadna przeszkoda. Elf szybko zniknął w jego czeluściach. Po kilku dłuższych sekundach, uszy bardki dotarło odległe łupnięcie i krótkie, soczyste przekleństwo.

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

92
Wyglądało na to, że nic poważnego mu się nie stało. Choć wciąż nie wiedziała jak powinna postrzegać tę znajomość, ani na ile zaufania, tudzież troski o Kamelio może sobie pozwolić, tak poczuła ulgę, kiedy zobaczyła, jak się uśmiecha. Nie wyobrażała sobie, że musiałaby go teraz nieść nie wiadomo dokąd. Pomijając fakt, że byłaby go w stanie uciągnąć przez może jakieś dziesięć metrów, zanim stwierdziłaby, że chyba gra nie jest warta świeczki.
Ruszyła za nim, ciągnięta za rękę w kierunku spiżarni, a później po schodach na dół. Czuła, jak elf nieporadnie stawia kroki na wąskich schodach. Ona nie miała tego problemu. Chyba musiałby jej kazać przejść po linie, żeby zaczęła się poważnie obawiać upadku. Nie znaczyło to jednak, że by się jej nie udało. Po prostu nigdy nie próbowała. Przeszło jej przez myśl, że cała ta sytuacja wygląda jak dużo bardziej rozbudowana wersja klasycznych kotków w piwnicy, ale nic nie powiedziała, nie chcąc rozpraszać Kamelio. Wszystkie drzwi, przez które przechodzili, zamykała za sobą bardzo starannie.
Płaszcz, który otrzymała, nie był najnowszym krzykiem mody, ale i tak stał znacznie wyżej, niż błazeński kołnierz, który dostała od niego przedtem.
- Dziękuję - rzuciła, zaskoczona, że w ogóle o czymś takim pomyślał.
Słysząc burzę na zewnątrz, spodziewała się, że za chwilę wyjdą na ulewę, przemokną do suchej nitki, przemarzną i zniszczą instrumenty. Tymczasem czekał ich korytarz prowadzący pod miastem. Gdyby nie spisek, w który została wplątana wbrew swojej woli, być może byłaby nawet podekscytowana tym doświadczeniem. Teraz jednak frustracja była znacznie silniejszą emocją, którą póki co starała się trzymać na wodzy. Nie zadawać pytań, nie protestować. Przynajmniej dopóki nie znajdą się w bezpieczniejszym miejscu.
- Nigdy dotąd nie spotkałam mężczyzny, który tak zawzięcie by mnie ubierał - mruknęła.
Zarzucając sobie pelerynę na plecy i zapinając ją z przodu, obserwowała, jak elf otwiera zejście w dół. Gdy klapa się podniosła, Paria zajrzała do środka, nie widząc tam oczywiście nic poza słabym światełkiem na dnie. Skinęła twierdząco głową, zgadzając się na jego plan i poczekała, aż zniknie na dole, czekając na potwierdzenie, że może zrzucać lutnie w dół.
Zamiast potwierdzenia, usłyszała jednak nieprzyjemny dźwięk i rzucone w eter przekleństwo.
- Kamelio? - spytała cicho i dochodząc szybko do wniosku, że rzucanie instrumentami nie było zbyt mądre, a czekanie tu nie miało sensu, postanowiła poradzić sobie sama. - Dobra, schodzę.
Przywiązała lutnię elfa za główkę do swojej, tak, by wisiały jedna pod drugą - pierwsza na wysokości jej pleców, druga w okolicy bioder. Tak przygotowana, przecisnęła się przez otwór i pociągnęła za sobą klapę, by zamknąć przejście.
Choć doskonale kontrolowała swoje ciało, a schodzenie po drabinie nie należało do najtrudniejszych zadań, to starała się jednak pozostać ostrożna i nie spaść, tak, jak wydawało się jej, że mógł spaść jej przewodnik. Byle dotrzeć na dół, a potem... gdziekolwiek prowadził tajemniczy korytarz.
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

93
- Powinienem zmienić taktykę? - zapytał niewinnym tonem, zasłyszawszy jej mamrotanie.
Cóż, istniało całkiem spore prawdopodobieństwo, że znaleźliby nić porozumienia także i w tej kwestii, gdyby rzeczywiście spróbowali się dogadać, a sytuacja nie zmuszała do pospiesznego ratowania się ucieczką z rezydencji.

Decydując się podążyć w ślad za Kamelio, Paria nie miała większego problemu mimo ciemności, jaka otoczyła ją po zamknięciu klapy - gładko wskakującej na swoje miejsce z kolejnym, mechanicznym kliknięciem. Drabina co prawda chwiała się lekko na boki przy każdym kroku, lecz mimo wyczuwalnej w powietrzu wilgoci, nie ślizgała się nadmiernie pod nogami ni palcami.
- Ja... Tak. W porządku. - usłyszała wreszcie gdzieś w połowie drogi. - Wybacz, powinęła mi się noga.
Obrazek
I faktycznie, gdy wreszcie jej własne stopy dotknęły ziemi i mogła się na spokojnie rozejrzeć, elf siedział z intrygującą spoconą twarzą na posadzce nieopodal, rozcierając kostkę prawej nogi w towarzystwie zmarszczonych brwi.
Ściana, do której przytwierdzono drabinę, była ślepym zaułkiem, od którego rozciągał się już tylko wyjątkowo wysoki, ponury korytarz, skromnie oświetlony pochodniami. Jak daleko sięgnąć wzrokiem, nie dało się nijako dopatrzyć jego końca. Diabelne przeciągu nie pomagały przywyknąć do ogólnie panującego chłodu, tak często obcego ciepłym dniom i nocom Archipelagu.
Spoiler:
- Czeka nas mniej więcej godzina marszu, zanim dotrzemy do miejsca, gdzie będziemy mogli wreszcie odpocząć i być może nawet nieco się przespać. - poinformował Kamelio, zmuszając się do ponownego podniesienia do pionu. - Nikt poza Baronową i jej najbardziej zaufanymi ludźmi nie wie o istnieniu tych przejść. Nie musimy martwić się dalszym pościgiem. - uśmiechnął się pocieszająco, choć widać było, że tym razem do uśmiechu się nieco zmusza. - Jeśli jest coś, o co chciałabyś mnie zapytać, a zgaduję, że jest tego całkiem sporo, możemy to śmiało przedyskutować po drodze.

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

94
W jednej rzeczy Paria była świetna, a konkretnie w zasłanianiu własnych obaw humorem. I działało to całkiem nieźle, dopóki nie znalazła się na samym dole drabiny, w długim, ciemnym, zimnym korytarzu, z elfem wyglądającym z chwili na chwilę coraz gorzej. Przez chwilę stała w miejscu, przyglądając się mu w milczeniu, nie za bardzo wierząc w jego zapewnienia. W końcu westchnęła i postanowiła skorzystać z tej krótkiej chwili odpoczynku, jaką zapewniła im kontuzja Kamelio.
Ściągnęła lutnie z pleców i odwiązała jedną od drugiej, podając mężczyźnie tę należącą do niego. Potem zwinęła przedarty na pół kontrakt, wewnątrz papieru chowając klucz do garderoby i wcisnęła zawiniątko nieruchomo pomiędzy struny a gryf swojego instrumentu. Stamtąd nie powinno się wysunąć, o ile nie będą musieli biec. To dawało Parii obie wolne ręce, co od razu wykorzystała do wyciągnięcia szpilek z włosów i wyplątania z warkocza pojedynczego dzwoneczka, należącego do elfa. Potrząsnęła nim lekko, sprawdzając, czy nadal wydaje dźwięk. Jej jasne włosy rozsypały się po ramionach obleczonych w szary płaszcz.
- Nie wiem, czy to ci się do czegoś teraz przyda - oddała mu miedzianą kulkę, rezerwuar z katalizatorem. - Może... może poczujesz się od tego lepiej, nie mam pojęcia.
Opuściła wzrok na jego nogę, potem przesunęła zmartwionym spojrzeniem po jego twarzy. Nie wiedziała jak mu pomóc. Ból, który czuł w kostce, podczas godzinnego marszu będzie się przecież tylko potęgował.
- Czy... - zaczęła, przerywając od razu, bo poczuła się jak ostatni głupiec, gdy ten pomysł przyszedł jej do głowy. Ale nie znała się na tym, skąd się miała znać? - Czy nie możesz sobie zaczerpnąć z mojej magii i się jakoś... uleczyć?
Nerwowo przestąpiła z nogi na nogę. Jej wiedza w tym zakresie ograniczała się do świadomości, że tę energię da się gdzieś zebrać i zmagazynować. I to tylko dlatego, że dowiedziała się tego kwadrans wcześniej. Niezależnie od odpowiedzi, znów pomogła Kamelio wstać i zamiast się od niego odsunąć, przeciągnęła jego rękę na swoje ramię, by mógł się na niej wesprzeć, jeśli poczuje się jeszcze gorzej. Dlaczego mu pomagała? Nie wiedziała. Mógł się męczyć sam, w końcu od początku był w to wszystko wplątany. Ruszyła wzdłuż korytarza, milcząc, bo mimo zachęcenia do zadawania pytań nie wiedziała od czego powinna zacząć. Przez dobre kilka minut tylko ich kroki odbijały się echem od zimnych, kamiennych ścian.
- Rozumiem, że brałeś udział w tym konkursie tylko dlatego, żeby cały czas mieć mnie na oku? - spytała w końcu. - Dlatego wlazłeś na mnie pod sceną, dlatego siedziałeś obok mnie i dlatego rozmawiałeś ze mną po występach? Czy to, co wtedy mi mówiłeś, było prawdą? Baronowa cię namówiła, to znaczy, że baronowa cię zatrudniła?
To było trochę przykre wyjaśnienie jego chęci spędzenia z nią czasu między koncertem, a ogłoszeniem wyników, do którego nie doszło, ale Paria zaczynała się już powoli godzić ze świadomością, że nic nie było takie, jak się jej wydawało.
- A Damon, którego moja matka uznała za idealnego narzeczonego dla mojej siostry, dotrzymywał jej towarzystwa tylko dlatego, że miał zapewnić jej bezpieczeństwo?
Uśmiechnęła się krzywo i uniosła wzrok w górę, na elfa.
- Mógłbyś mi w końcu powiedzieć kim ty naprawdę jesteś, trefnisiu o bardzo interesujących umiejętnościach. I dokąd konkretnie idziemy. Godzina drogi to dużo, a ja właśnie weszłam za tobą do piwnicy, prowadzącej w nieznane.
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

95
Po podziękowaniu za przypilnowanie i dostarczenie instrumentu, elf przerzucił go sobie z pomocą przymocowanego doń pasa przez plecy i zabezpieczył, mocno zaciągając klamrę na wysokości klatki piersiowej. Korzystając z też okazji, że i on i Paria postanowili poświęcić chwilę na lepsze zorganizowanie posiadanego dobytku, dyskretnie stawiał i podnosił kontuzjowaną nogę, sprawdzając, na ile jest w stanie przełożyć na nią ciężar ciała, a na ile nie. Ponieważ jednak poza sporadycznym marszczeniem brwi nie dawał po sobie wiele poznać, ciężko było określić skalę jego dyskomfortu na podstawie samej obserwacji.
Dzwoneczek, który wciąż znajdował się w posiadaniu młodej kobiety, zadzwonił raźnie, informując, że wciąż drzemie w nim niewykorzystana energia.
- Hahaha~ - Kamelio zaśmiał się niespodziewanie wesoło i mimo iż wciąż nie wyglądał najlepiej, słowa Parii wydawały się znacznie poprawić mu nastrój. Przyjmując z powrotem dzwoneczek i chowając go w niewielkiej, wewnętrznej kieszonce czerwonej koszuli, pokręcił głową. - Doceniam chęci, naprawdę. - zapewnił ją. - Niestety, obawiam się, że nie tak to działa. Nieważne, jak dobrym jesteś magiem, jeśli wykorzystasz zbyt wiele posiadanej energii na raz, osłabniesz tak samo, jak osłabnie normalny człowiek po przebiegnięciu zbyt dużego dystansu na głodniaka. W innym wypadku nigdy nie ześlizgnąłbym się z drabiny jak ostatni głupiec. Przysięgam, że normalnie nie jestem aż tak niedołężny. Tak czy inaczej, nie ma się czym nadmiernie przejmować. W przeciwieństwie do energii witalnej, magiczne zasoby odnawiają się samoistnie. Co prawda nie uleczy to mojej nogi, ale bywałem już w gorszym stanie niż to. Dam sobie radę.
Mrugając szybko kilka razy, gdy Libeth bez zapowiedzi czy ostrzeżenia postanowiła zaoferować mu wsparcie, westchnął ostatecznie, lecz nie próbował się odsuwać.
- Minęło sporo czasu, odkąd po raz ostatni znalazłem się w równie godnej pożałowania pozycji, doprawdy. ... Dziękuję.
Cisza, jaka towarzyszyła im w trakcie przemarszu, nie należała do jednej z tych dziwnych i niekomfortowych. Powietrze mogło być trochę zbyt zatęchłe i gęste, jak na upodobania co niektórych, ale nawet do wszechobecnego chłodu dało się ostatecznie przyzwyczaić, zwłaszcza gdy miało się na sobie grubszą i szczelniejszą warstwę odzienia, niż zaledwie krotka podomka.
- Mój udział w konkursie nie byłby wcale konieczny, gdybym planował jedynie obserwować. Wspólnie z Diane mamy swoistą słabość do zakładów wszelkiego typu. Czysto rozrywkowo. Przegrywając ostatni, dość bzdurny zresztą, zmusiła mnie do wzięcia udziału ku własnej uciesze. - tłumaczył.- To prawda, że znamy się dość dobrze, ale nawet mimo pewnej dozy zaufania, jaką się wzajemnie obdarowujemy, nie darzę jej dostateczną zażyłością ani sentymentem, żeby ryzykować życiem tylko dla jej własnego widzi-mi-się bądź humorków. Obiecałem jedynie, że pomogę na tyle, na ile uznam za stosowne i we własnym interesie. Gdyby na twoim miejscu stał Celestio, nie mógłbym obiecać, że wysiliłbym się choćby i na połowę z tego. Powiedzmy, że przekonały mnie ciekawa osobowość i obiecywany przez baronową talent. Ah, lewy zakręt. Idziemy w lewy.
Docierając do pierwszego rozwidlenia, elf szybko wskazał palcem właściwy kierunek. Od tego momentu rozwidlenia miały się trafiać częściej i gęściej, jak przestrzegł pomiędzy kontynuowaną konwersacją. Wybranie złej drogi mogło skończyć się nie tylko pobłądzeniem, ale także natrafieniem na jedną z zapadni i utknięcie tu na dobre.
Napomknięcie o partnerze Sary, tym razem zaskutkowało dużo głębszą zmarszczką między oczami elfa, jeśli Paria miała szczęście akurat zerknąć w jego kierunku.
- Damon La’Rosh, to niebezpieczny mężczyzna. Nie wiem, jak bardzo, i czy w ogóle Diane rzeczywiście maczała ręce w pchnięciu go w stronę twojej siostry. Nie wydaje mi się, żeby musiała, ale jeśli tak, byłoby to jej w obecnej sytuacji jak najbardziej na rękę. Żołnierze jego pokroju mają wyczulone zmysły. Jeśli twoi najbliżsi znajdywaliby się w jego pobliżu, wątpię, aby pojedynczy włos mógł spaść im z głowy. Zostanie jednak narzeczoną tego typu człowieka… Nie jestem pewien, czy polecałbym podobnego zięcia.
Słowa Kamelia dobierane były tym razem ostrożnie, z dużo większą precyzją i znacznie mniejszą swobodą. Temat wydawał się nie tyle drażniący, co raczej niechętny lub niewygodny. Być może przywołujący na myśl nieprzyjemne wspomnienia, co miało szansę zaniepokoić jego towarzyszkę. Z dwojga złego, dużo chętniej podjął się rozwinięcia kwestii własnej osoby. Nie mógł zresztą trzymać Parii w nieskończoność w niepewności.
- Spodziewam się, że nie w takie miejsca zaciągają cię standardowi adoratorzy? – zagadnął zaczepnie. – Kim jednak jestem, huh? Nigdy nie ukończyłem żadnej szkoły magii, ale miałem świetnego nauczyciela, a mój poziom zrozumienia i doświadczenie stoją chyba na tyle wysoko, żebym mógł nazywać się już magiem. Wcześniej i pomiędzy w zależności od konieczności, przyjmowałem wiele innych twarzy i profesji. Także i błazna! Zaskoczona? Nie, nie żartuję. Choć wydaje mi się, że określenie „kuglarz” byłoby w tym wypadku poprawniejsze. Gry na lutni, flecie i harmonii nauczyłem się w przypływie fascynacji i dla zarobienia grosza. Obecnie… Zajmuje się wieloma rzeczami. Przede wszystkim pod patronatem Gildii Śniących, dla której pracuję. Jestem pewien, że musiałaś o niej wcześniej słyszałaś? Domy Śniących, w pewnym stopniu funkcjonują podobnie do świątyń. Obejmując cię patronatem, skryją choćby i przed wzrokiem samego króla.
[/b]

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

96
Gdy Kamelio wybuchnął śmiechem, Libeth skrzyżowała ręce na klatce piersiowej i wydęła usta w niezadowoleniu.
- Nie wyśmiewaj mnie, kiedy zastanawiam się jak ci pomóc, bo ja zacznę wyśmiewać twoje umiejętności chodzenia po drabinie - ostrzegła. - Skąd mam wiedzieć takie rzeczy. Myślałam, że to wykonalne.
Mogła przynajmniej być dla niego podporą, dopóki nie poczuje się lepiej. Ile trwała samoistna regeneracja magii? Może musiał się przespać, żeby dojść do siebie? Tak czy inaczej, Paria po prostu szła obok niego, starając się nie zwracać uwagi na chłód bijący od kamiennej podłogi i lodowaty przeciąg, mimo, że czuła, jak jej skórę pokrywają ciarki. Trefniś miał rację, nie była przyzwyczajona do takiej temperatury i choć jej rodzina wcale nie pochodziła z tropikalnych rejonów, to ona jednak urodziła się już tutaj, na wyspach.
- Zakłady mi się będą teraz źle kojarzyć - westchnęła. - Przez mój ostatni, nierozstrzygnięty. Ale może to i lepiej. Nie będę się dawała prowokować durnym propozycjom.
Doskonale wiedziała, że to nie była prawda. Miała słabość do hazardu w dowolnej formie, czego nie pochwalał nikt, łącznie z nią samą. Ale mały zakład raz na jakiś czas nikomu jeszcze krzywdy nie zrobił. W przeciwieństwie do dużych, jak widać było na załączonym obrazku.
- Ciekawa osobowość - powtórzyła i parsknęła śmiechem. - Potraktuję to jako komplement.
Informacje o LaRoshu wcale nie napawały Parii optymizmem, ale postanowiła tego nie komentować. Słowa elfa potwierdzały obawy jej ojca. Teraz jednak fakt potencjalnych zaręczyn jej siostry był ostatnim, czym się martwiła. Oczywiście, troszczyła się o nią i martwiła, bo z jej naiwnością Sara nie była w stanie o siebie zadbać. Jeśli Damon pojawił się tam tylko po to, by pilnować bezpieczeństwa rodziny von Darherów, nie było się czym przejmować. Jeśli jednak było inaczej, cóż... Libeth będzie się nad tym zastanawiać jak rozwiąże swoje własne problemy.
Szybko wypchnęła te myśli ze swojej głowy, skupiając się na tym, że w końcu Kamelio postanowił powiedzieć coś więcej na swój temat. Uniosła na niego uważne spojrzenie, chcąc czerpać co się dało z tej niezwykłej chwili.
- Oczywiście, że słyszałam o Domach Śnienia! Zawsze wydawały mi się niezwykłe. Nie przyrównywałabym ich do świątyń - odparła. Od razu zapomniała, że jest jej zimno. - To niezwykłe. Jesteś śniącym, czy tylko dla nich... pracujesz? Potrafisz zajrzeć w przyszłość? Porozumiewać się z innymi we śnie?
Temat Gildii Śniących był dla niej niezwykle interesujący od dłuższego czasu. Kiedyś nawet napisała balladę tym inspirowaną. Specyficzna aura otaczająca tę grupę sprawiała, że Paria z przyjemnością zagłębiała się w ten temat, nawet jeśli sama nie miała z nimi nigdy do czynienia.
- Czy potrzebowałeś, żeby skrywali cię przed wzrokiem króla? - spytała. - Chociaż nie wiem po co pytam. I tak mi nie powiesz.
Poprawiła się pod ramieniem Kamelio, uśmiechając się niemrawo pod nosem.
- Nie. Zazwyczaj adoratorzy nie zabierają mnie do podziemnych tuneli. Ale ty nie musisz się tym martwić, skoro nie jesteś jednym z nich. Jak widać, możesz mnie zabierać dokąd chcesz. Choć byłoby jednak miło, gdybyś mi powiedział gdzie konkretnie idziemy.
Wciąż nie miała pewności, czy dobrze robi, choć elf nie zachowywał się jak ktoś, kto chciałby jej krzywdy. Zresztą poświęcił dość sporo, by wydostać ją z garderoby, co mocno odbiło się na jego samopoczuciu i umiejętnościach korzystania z drabiny, a potem jeszcze został pobity w kuchni przez nadgorliwego strażnika.
- Jak myślisz, ile czasu im zajmie znalezienie zapasowego klucza do garderoby, w której mnie trzymali? - rzuciła w zamyśleniu. - Zamknęłam tam Lady Cendan. Trochę żałuję, że zostały tam moje rzeczy. Suknia była całkiem nowa. To, co mam na sobie... nie jest moje - zerknęła na niego znów, tym razem nieco przepraszająco. - Ale na usprawiedliwienie powiem, że miałam w tym tylko spać, nie biegać po rezydencji i kanałach.
Jej myśli podążyły do wspomnień sprzed przybycia starej arystokratki, a potem do poprzedniej zajmowanej przez nią garderoby. A później w jej głowie pojawiła się sylwetka młodego grajka, którego oskarżyła o podłożenie listów z groźbami do rzeczy Celestio. Nagłe wyrzuty sumienia uderzyły zupełnie niespodziewanie.
- Co z Tulio? Czy on też miał z tym coś wspólnego? - spytała. - Widziałam, jak rozmawialiście, kiedy przyszli strażnicy z listem.
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

97
- Przepraszam, przepraszam. - rzucił szybko, starając się brzmieć na skruszonego. Ze słabym rezultatem, jak można się domyślić. - To było po prostu tak szczerze niewinne i życzliwe z twojej strony. - wbrew wszelkim chęciom, nie był w stanie zupełnie zdławić chichotu. - Widzisz, dzielenie się mocą nie jest zupełnie niewykonalne, jeśli posiada się odpowiednie predyspozycje i warunki. Leczenie za jej pomocą, to już zupełnie inna para butów. Moja kondycja poprawi się, a siły wrócą, gdy energia magiczna się zregeneruje. Noga? Do tego potrzebny byłby magi-uzdrowiciel.
Nieobdarzeni talentem magicznym mieszkańcy Herbii bardzo często zakładali, że tylko przez posiadanie go, było się zdolnym do wykonania każdego triku i zaklęcia. Bardzo niewielu natomiast zdawało sobie sprawę, że u każdego talent ten przejawiał się absolutnie indywidualnie. Osoba posiadająca naturalny dryg do użyźniania gleby pod swoimi stopami bądź przyzywania dzikich zwierząt, niekoniecznie zdolna była kontrolować pogodę lub tworzyć kule ognia. Mag czytający w cudzych umysłach mógł być absolutnie bezradny, gdy w grę wchodziło ożywianie trupów, a specjalista od rzucania klątw totalnie bezradny, gdy potrzeba by było podobną złamać. Przeciętny śmiertelnik rzadko pojmował, jak bardzo magia magii potrafiła być nierówna. Paria również wiedzy tej liznęła niewiele i doprawdy nie można było się jej dziwić. Kamelio za to był cierpliwy i chętnie wyjaśniał drobne nieścisłości.
Wydając z siebie pomruk zrozumienia, mężczyzna lekko poklepał ją po ramieniu, o które i tak przyszło mu się nieznacznie wspierać.
- Musisz wiedzieć w takim razie, że choć nieoficjalnie, Domy Śnienia posiadają ogromny autorytet i przychylność mieszkańców wszelkich klas. Mogą nie przypominać świątyń, ale oddawany im szacunek nie jest wcale mniejszy, a postrzeganie przez niektórych bywa całkiem podobne. - entuzjazm Libeth sprawił, że i on, nawet jeśli ze skrupulatnym pominięciem bardziej prywatnych aspektów, wkręcił się w dalszą rozmowę. - Zaczynałem, jako jeden ze śniących. Moje zdolności w tym zakresie nie były jednak aż tak wielkie i zakrawały raczej o komunikacje ze światem astralnym, co było... Bardzo nieprzyjemnym doznaniem w większości przypadków. Moja siostra posiada w tej dziedzinie dużo większy dar. Co do mnie, wolę prowadzić własne eksperymenty na rzecz Domu. Pomagam głowie naszej filii w sprawach organizacyjnych, utrzymuję kontakty z klientami i pracuję nad poprawieniem kontroli snów.
Lekki ton nie był w stanie zupełnie zamaskować dumy skrywanej w głosie elfa. Samozadowolenia oraz satysfakcji z wykonywanej przez siebie pracy. Wbrew oszpeceniu, zaszedł najwyraźniej wysoko w hierarchii Domu Śnienia i być może właśnie to mogło zastanawiać, dlaczego ktoś jego pokroju ryzykował, mieszając się w wewnętrzne konflikty szlachty.
- ... - kolejny, mniej entuzjastyczny pomruk wydobył się z gardła Kamelio. - Nie jest to coś, co wypada opowiadać damie z wyższych sfer. - stwierdził wreszcie. - Ale tak. Dom Śnienia ukrywał mnie swego czasu przed bardzo nienawistną parą oczu, gdy rzeczywiście tego potrzebowałem.
Kolejne rozwidlenie - w prawo. Następne - prawo. Zaczęło się robić chłodniej, a przeciąg stał się wyraźniejszy i nieprzyjemnie ciął na wysokości łydek, gdy wreszcie dotarli do niewielkiej, owalnej sali, skąd odchodziły aż cztery tunele. Kamelio wybrał drugi od lewej. Od tego momentu, pochodnie pojawiały się dużo rzadziej i dwójka podróżników musiała nieco zwolnić tempa, aby stąpać ostrożniej. Nie tylko z uwagi na słabsze oświetlenie, ale coraz mniej równe podłoże i węższe przesmyki w kilku miejscach. Podziemne przejście wreszcie zaczęło przypominać prawdziwy labirynt.
- Doprawdy? Musiałaś mieć okropnie nudnych adoratorów! - podchwycił z udawanym przerażeniem. - I kto powiedział, że nie mogę być jednym z nich? - dodał znowu niewinnie. Ciężko było natomiast stwierdzić, czy mówił poważnie, czy znowu w żartach. Paria była w stanie zauważyć, że często ciężko było się domyślić. Elf skakał między poważnymi a luźnymi kwestiami z podobną manierą. - Swoją drogą, naprawdę nadal się nie domyśliłaś, dokąd mogę cię zabierać? Sądziłem, że dotąd dałem ci dostatecznie dużo podpowiedzi? Ah, moment.
Kamelio wstrzymał na moment kroku, gdy kolejna ścieżka rozchodziła się na trzy. Zdawał się przez chwilę coś liczyć pod nosem, zanim znowu zarządził lewy korytarz.
- Pfff...! - prawie popluł się, usiłując powstrzymać parsknięcie. - Nie mam pojęcia, ale jestem rad, że stara raszpla sama posiedzi nieco pod kluczem. - przekręcił głowę, by posłać jej pełny uśmiech, słabo widoczny w obecnych warunkach. - Na miejscu postaramy się zapewnić ci coś bardziej komfortowego. Nie obiecuję jednak, że będzie to w połowie tak wysokiej jakości, do jakiej być może przywykłaś. Mogłem przyciąć ostatnio budżet.
Kamelio prawdopodobnie nie spodziewał się, że Libeth przypomni sobie o Tuliu. Wyraźnie natomiast ruszyło go to, jeśli potknięcie się o własne nogi i potrzeba przystania na złapanie równowagi mogło o czymś świadczyć. Po wzięciu głębszego wdechu poprowadził ich znowu dalej.
- Tulio... To dobry dzieciak. Ma talent muzyczny, pobiera nauki i kształci się pomiędzy tym na alchemika, możesz uwierzyć? Jest nieśmiały i ma problemy z pewnością siebie, ale jego pomysły i zmysł do komponowania potrafią zwalać z nóg. Baranowa wydaje się go lubić, więc nawet mimo chwilowego aresztu, jestem pewien, że nie pozwoli mu nic zrobić.
Wbrew zapewnieniom, elf wciąż brzmiał na strapionego.

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

98
Kompletnie się tego nie spodziewała. Sądziła, że Kamelio będzie jakimś... najemnym ochroniarzem, ze specyficznym zestawem umiejętności. Tymczasem elf okazywał się znacznie bardziej interesującą personą. Przysłuchiwała mu się ze szczerym zaangażowaniem, nie zwracając nawet uwagi na to, w które korytarze skręca i jak ich prowadzi. Gdyby przyszło jej wrócić do rezydencji na własną rękę, pewnie za miesiąc znaleźliby jej wyschnięte zwłoki w jednym z podziemnych przejść.
- Och. Wybacz, jeśli oddawałam ci za mały szacunek - rzuciła, choć z jej tonu nie dało się wyczuć, czy żartuje, czy mówi poważnie.
Bardzo chciała posłuchać więcej na ten temat. Nigdy nie trafiła do żadnego z domów śnienia, choć niezmiernie ją one intrygowały. Wciąż jednak pozostawały jakąś mistyczną częścią świata, do której Paria sądziła, że nie ma dostępu. Szczerze mówiąc, Kamelio nie reprezentował swoją osobą stereotypu, jaki sobie do tej gildii dopasowała.
- Zawsze chciałam zobaczyć działanie tego wszystkiego w praktyce - przyznała. - Ale nikt w moim otoczeniu nie korzystał nigdy z waszych usług.
Parsknęła śmiechem, gdy wspomniał o damie z wyższych sfer.
- Wyszliśmy już z tego arystokratycznego światka, możesz przestać. Mam z nim tyle wspólnego, że urodziłam się wśród nich, ale moje życie tak nie wygląda, co spotyka się z ogromnym oburzeniem zarówno ze strony mojej matki, jak i, najwyraźniej, także Lady Cendan. Czasem wracam na salony, żeby coś zagrać, ale to nie jest moja publiczność pierwszego wyboru, tak samo jak romantyczne ballady nie są moim podstawowym repertuarem. Wybacz, jeśli rozczarowuję.
Uśmiechnęła się tylko, nie odpowiadając, gdy uznał, że bez problemu mógłby zostać jej adoratorem. Samo to określenie nieźle wpasowywało się w ten obraz Lady Parii, który elf zapewne miał w głowie. Libeth trochę inaczej układała sobie życie, a z typowymi adoratorami miała do czynienia tylko wtedy, gdy pojawiała się na dłużej w domu i matka brała sobie za punkt honoru wydanie jej w tym czasie za mąż. Zazwyczaj Paria po prostu spędzała czas z tymi, których lubiła, dając się porywać namiętnościom wtedy, gdy akurat chciała. Nie czuła się jednak zobowiązana, żeby tłumaczyć trefnisiowi zawiłości swojego życia uczuciowego, choć na dobrą sprawę wcale takie zawiłe ono nie było.
- Jej pobudka raczej nie była przyjemna - mruknęła, gdy temat zszedł na Lady Cendan. - Zniszczyłam jej suknię, gdy zasnęła. Wylałam na nią cały słoiczek czernidła do rzęs - zamilkła na moment, by potem dodać, jeszcze ciszej: - Całkiem możliwe, że... niechcący... napisałam jej też coś na czole. Ale niestety została tam z przekupionym przez siebie strażnikiem, więc pewnie powie jej o tym i Cendan to zmyje, zanim ktokolwiek na zewnątrz to zobaczy.
Wyrzuty sumienia zaatakowały podwójnie, kiedy Libeth usłyszała o areszcie młodego muzyka. Poczucie winy ciężkim kamieniem zawisło na jej sercu. Nie wiedziała, co powiedzieć, choć jej słowa i tak nie miały niczego zmienić.
- Podejrzewałam... Sądziłam, że to on mógł być odpowiedzialny za te listy, bo został sam w naszej garderobie i... strażnicy mówili... - westchnęła, nie dokańczając. - A potem widziałam jak rozmawiacie i spojrzałeś na mnie tak, z tą swoją maską upiorną... przepraszam. Nie wiedziałam z której strony mam szukać winnych, a baronowa kazała mi powiedzieć kto mógł zachowywać się podejrzanie, kto moim zdaniem może za tym stać. A kiedy powiedziałam, że nie mam podstaw osądzać kogokolwiek, wydawała się... rozczarowana. Chciałam jakoś pomóc. Mam nadzieję, że nic mu nie będzie. Będę musiała mu to zrekompensować jakoś, jeśli uda się to wszystko rozwiązać. Bezradność to chyba najgorsza z emocji. Człowiek w desperacji robi i mówi głupie rzeczy.
Zerknęła na Kamelio, który wydawał się czuć trochę lepiej. A może rozmowa po prostu odwracała jego uwagę od bólu, z jakim przecież musiał się zmagać przez zwichnięcie kostki, czy cokolwiek mu się tam stało.
- Jak się czujesz? - spytała.
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

99
Elf zrobił na Parię wielkie oczy, nie usiłując nawet kryć zdziwienia zmieszanego z rozbawieniem.
- Mam nadzieję, że żartujesz, bo naprawdę nie przywykłem do szanowania mojej osoby i jakoś nie za bardzo potrafię to sobie wyobrazić... Poza tym sądzę, że jesteś w sporym błędzie. Co drugi szlachcic i średnio co czwarty mieszkaniec klasy średniej korzysta lub skorzystał z naszych usług przynajmniej raz. Ci pierwsi po prostu rzadziej się do tego przyznają. Mogłaś o tym nie wiedzieć, ale jestem pewien, że nawet wśród twojej rodziny są osoby, którym zdarzało się odwiedzić którąś z filii. Być może nawet twój własny ojciec swego czasu? Kupcy, rzemieślnicy, żeglarze, poszukiwacze przygód, magowie nieobdarzeni talentem wróżbiarskim, młode narzeczone, starzy kawalerowie... Ludzie wszelkiej maści i najróżniejszego typu przychodzą ze swoimi zmartwieniami o najbliższą przyszłość, tudzież szukają cennych informacji z zapomnianej już przeszłości. Przyznaję jednak, że artyści pojawiają się raczej rzadko. Być może dlatego, że ich wolne dusze wolą być zaskakiwane przez życie, niż na odwrót.
Przyjmując wyjaśnienia dotyczące jej powiązań ze szlachtą z wysoko uniesioną brwią, Kamelio postanowił nie drążyć i po prostu przyjąć informację do wiadomości. Miał zresztą dotąd kilka dobrych okazji, aby zobaczyć całkiem sporo mało-dwornych stron Libeth, czyż nie? Relacje z tego, co zrobiła nieprzytomnej Lady Cendan przed umknięciem z komnaty, w której tamta złożyła jej niezapowiedzianą wizytę, tylko to potwierdzały.
- Nie brzmisz na zbyt dumną z tej małej zemsty. - zauważył celnie, obserwując ją uważnie kątem oka. - Dobrze jej zrobi najeść się trochę wstydu, nawet jeśli ostatecznie wciąż zdoła znaleźć na wszystko wyjaśnienie. Sprawy z tą kobietą są śliskie już od dłuższego czasu. Słucham o tym częściej, niżbym sobie życzył. Co do Tulia... Nie ma sensu płakać nad rozlanym mlekiem. Miałaś prawo podejrzewać naszą dwójkę. Prawdę powiedziawszy, byłbym zaskoczony, gdyby oskarżenia nie padły na przynajmniej jednego z nas. Dzieciak doskonale wiedział, że sprawy mogą przybrać nieoczekiwany obrót, gdy zgadzał się pomóc. Na jego usprawiedliwienie powiem, że miał się upewnić, że służący kręcący się wokół garderoby będą należeli do tych spośród grona zaufanych. Chcieliśmy mieć pewność, że nikt niepowołany nie wejdzie tam niezauważony.
Oczywiście sprawy faktycznie musiały się skomplikować. Napastnicy nie silili się na subtelność, a dobre intencje Tulia obróciły się przeciwko niemu w dwójnasób. Skoro jednak byli przygotowani na pewne komplikacje, być może mieli w zanadrzu kilka awaryjnych wyjść? Jakby nie było, Paria oraz Kamelio będą jedynymi, brakującymi w rezydencji osobami, gdy już zaczną się przeszukiwania. Przetrzymywanie przestraszonego chłopaka nie powinno mieć większego sensu, choć i z tym nigdy nic nie wiadomo. Tak czy inaczej, na chwilę obecną żadne z dwojga zmartwionych losami młodego grajka nie mogło nic poradzić w tej sprawie.
- Hm...? Oh, w porządku. Będę żył, a nogi raczej mi nie amputują. - odparł pogodnie, zanim raz kolejny wstrzymał marszu i puszczając się Libeth, bardziej pokuśtykał niż podszedł do ściany pomiędzy dwoma pochodniami, z których jedna zupełnie zgasła jakiś czas temu. Łapiąc za metalowy trzonek uchwytu na pochodnie po swojej prawej, naparł na nią od dołu i sprawił, że ta ze zgrzytem podjechała nieco w górę. Zaraz po tym przesunął się i podobnie chwycił za ten po lewej, lecz w przeciwieństwie do poprzedniego, pociągnąć go do dołu. Kolejne zgrzytnięcie. Zgrzytnięcia...? Cała salwa mechanicznych zgrzytów dochodzących zza ściany przed nimi! Zgrzytów, którym w następnym momencie towarzyszyło głuche chrobotanie odsuwającej się, kamiennej ściany, odsłaniającej nowe, ziejące ciemnością przejście.
- Tutaj będziemy mogli spokojnie odpocząć do rana. Z całą pewnością przyda się nam obydwojga. - zawiadomił Parię, wyciągając ostatnią, ostałą pochodnię, aby oświetlić wnętrze tajemniczego przejścia, czy raczej, jak się zaraz okazało, niewielkiej komnatki ze stosem derek pod jedną ze ścian, stojakiem na wina (wciąż do połowy zapełnionym pełnymi butelkami!) pod drugą, oraz beczkami i pudłami postawionymi pod ostatnią. O dziwo nie pachniało w niej nadmierną stęchlizną, a to głownie z winy niewielkiej kratki przypominającej ściekową, którą musiało dostawać się tu powietrze.
Kamelio chwilę męczył się z przeniesieniem ognia z pochodni na większą lampkę oliwną, która znajdowała się w pomieszczeniu, dając Parii szansę na... Rozgoszczenie się?

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

100
- Być może - wzruszyła ramionami, choć niezbyt skutecznie, bo na jednym z nich wspierał się Kamelio. - Nigdy nie pytałam. Ale możesz mieć rację, nie chciałabym wiedzieć, co mnie czeka w przyszłości. Nawet teraz. Zdecydowanie wolę, kiedy życie mnie zaskakuje. Negatywnie zazwyczaj też... choć w tej chwili akurat nie jestem tego aż tak pewna.
Myśli o Tulio ciążyły jej strasznie, całkowicie niszcząc nastrój lekkiego rozbawienia, jakie mimo stresu towarzyszyło jej odkąd weszli w podziemia. Teraz jednak nie mogła przestać zastanawiać się nad tym, jak teraz czuje się chłopak, który został niesprawiedliwie oskarżony. A potem przypomniało się jej, że powiedziała baronowej o Durchville'u i prawie przestała wtedy oddychać, po raz pierwszy się też potykając. Zbladła, z powrotem łapiąc pion, a na ewentualną troskę elfa odpowiedziała tylko krótkim "nic, nic", nie chcąc wdawać się w ten wątek. W chwilach takich, jak ta, w Parii budziła się dawno zapomniana pobożność i błagała wszystkich bogów o to, by Diane nie zdążyła jeszcze nic z tą informacją zrobić. Ostatnim, czego chciała, było ponowne zwrócenie na siebie uwagi Olivera, który powinien już o tej nieszczęsnej nocy już dawno zapomnieć.

W milczeniu czekała potem, aż otworzy się kolejne przejście, nie spodziewając się aż tak skomplikowanego mechanizmu tutaj, w podziemiach miasta. Podczas gdy kamienna płyta się przesuwała, Paria uniosła wzrok w górę, na łukowate sklepienie, zastanawiając się w którym miejscu Taj'cah się teraz znajdują. W godzinę mogli dojść bardzo daleko, ale nie miała pojęcia w którą stronę szli, zwłaszcza, że nie skupiała się podczas zakrętów.
- Tutaj? - uniosła brwi, zaskoczona. Sądziła, że będzie to tylko kolejne przejście, tym razem bardziej tajne niż wszystkie poprzednie, a nie, że dotarli do kresu swojej wędrówki. Przecież nie wyszli nawet na powierzchnię.
Weszła do środka, rozglądając się niepewnie. No dobrze, nie żyła na co dzień na szlacheckim poziomie, ale przynajmniej codziennie miała łóżko. Mniejsze lub większe, z różnej jakości materacami, no ale... łóżko. Nie stertę derek, którymi przecież musieli się jeszcze podzielić. Zerknęła na rozpalającego lampę elfa, a potem uniosła wzrok w stronę kratki, przez którą nie było widać niczego poza mrokiem. Było tu ciemno i zimno. Libeth westchnęła i podeszła do półki z butelkami wina, w słabym świetle usiłując przyjrzeć się etykietom.
- Grunt, że przycinając budżet nie oszczędzałeś na alkoholu - zauważyła. - Ale miałeś rację, końska derka będzie świetną alternatywą dla podomki, którą dostałam od baronowej. Doceniam.
Ściągnęła lutnię z pleców i odłożyła ją na jedną ze skrzyń, by usiąść na stercie pledów. Dopiero teraz poczuła, jak bardzo jest wykończona. Została obudzona w środku nocy, a potem przez ponad godzinę nie miała ani chwili wytchnienia - kłótnia, ucieczka, walka, podróż podziemnymi korytarzami. A teraz wylądowała tutaj. Może by narzekała, gdyby miała na to siłę. Teraz tylko westchnęła ciężko, przenosząc zmęczone spojrzenie na Kamelio i owijając się ciaśniej szarym płaszczem.
Domyślała się, że elf nie żyje w tym miejscu na co dzień, więc i dla niego nie mogła to być przyjemna sytuacja. Potrzebował porządnego odpoczynku, nie krótkiego snu na niewygodnym, twardym posłaniu z derek. Może kiedyś Paria będzie wspominać tę noc jako pełną przygód i ciekawych nieporozumień i nie mogła się tego doczekać, bo póki co tworzące się wspomnienia nie były zbyt przyjemne.
- Mówiłeś, że postanowiłeś pomóc we własnym interesie - zauważyła. - Jaki to interes? Póki co nie wygląda, jakbyś dobrze na tym wychodził.
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

101
Przekręcając głowę, by móc spojrzeć w jej kierunku, Kamelio uśmiechnął się przepraszająco.
- Wiem, że to żadne luksusy. Na bogów, gdyby nie zapasy, to miejsce nie różniłoby się niczym od żebraczej nory! To dlatego, że służy głównie za kryjówkę, zdolną zapewnić przeżycie przy racjonowaniu zapasów nawet przez kilka tygodni. Podobno wiele rodzin arystokratycznych kochało się swego czasu w tworzeniu tego typu tajemnych, podziemnych przejść rodem na królewską modłę. Dużo mniej w ogóle pamięta, że jeszcze istnieją.
Uporawszy się wreszcie z lampką (po drodze sparzywszy się co najmniej kilkakrotnie), elf odstawił ją na jedną z dwóch beczek, zanim zaczął znowu gmerać przy ścianie z przejściem. Kolejnych kilka zgrzytów później, kamienna płyta zamknęła się za nimi zupełnie. Libeth musiała przed samą sobą przyznać, że nawet jeśli nie miała problemów z klaustrofobią, dyskomfort znajdywania się w równie ciasnym pomieszczeniu bez drzwi i okien był odrobinę przytłaczający.
Paria w gruncie rzeczy wcale nie musiała się znać na winach, żeby już po samych, zakurzonych i wyblakłych etykietach zorientować się, jak wiele lat niektóre z butelek mogły tutaj przeleżeć. Istniało całkiem spore prawdopodobieństwo, że ich cena na rynku osiągnęłaby wręcz zastraszające kwoty, gdyby spróbować je przedstawić światu powierzchni. Jedna z nich na pewno datowana była na rok 30, co oznaczało, że musiała pochodzić z okresu, na który przypadały sławne, krwawe wojny orków w Urk-Hun. I czy numery na kolejnej, niemalże niemożliwej do odczytania, nie przypominały mimo wszystko łudząco 17, jeśli mocniej przymrużyć oczy?
- Słucham? - wyrwało się Kamelio, który z kolei dużo większym zainteresowaniem obdarzył dla odmiany zawartością jednej ze starych, zbutwiałych skrzyń. Zdaje się, że wyciągnął z niej kilka pochodni i jakieś mocno pozwiązywane ze sobą, niewielkie i dość płaskie zawiniątka. - Oh! Haha, nie, nie! Nic z tych rzeczy. Większość z tego była tutaj jeszcze zanim po raz pierwszy pokazano mi tę kryjówkę. Jest jedyną, o jakiej wiem, a jeśli pamięć mnie nie myli, baronowa wspomniała kiedyś, że jest ich co najmniej kilka. Mogę się założyć, że niektóre z nich skrywają również część rodzinnego majątku.
Obszukiwanie tego typu tuneli byłoby dla nielicznych na Archipelagu złodziei oraz poszukiwaczy skarbów prawdziwą gratką, gdyby o tym wszystkim wiedzieli. Kto wie, może niektórym udało się i tu jakimś sposobem zawędrować? Skoro podobnych było więcej, mogły równie dobrze przypadkiem łączyć się i krzyżować, tworząc jeden wielki labirynt, rozciągający się na kilometry pod stolicą! Jeśli tak, byłoby raczej dziwne, gdyby nikt ich wcześniej nie odkrył.
Ściągając własną lutnię i odstawiając ją nieopodal koleżanki po fachu, elf stanął przed Parią z żywą konsternacją wymalowaną na twarzy.
- Wiem, że jesteś zmęczona, ale... Nie będzie ci w ten sposób wygodnie. Prawdopodobnie nie będzie wcale, ale jeśli mogę coś zaproponować, to zrobienie sobie czegoś na kształt gniazda z tego, co tutaj mamy i zwinięcie się w nim, będzie najlepszym rozwiązaniem. A przynajmniej istnieje jakaś szansa, że szyja nie będzie cię jutro zabijać.
Samemu, podpierając się ściany, zsunął się do siadu na gołej posadzce nieopodal. Ciche westchnienie ulgi wydobyło się spomiędzy jego ust, gdy wreszcie mógł dać nogom odpocząć. Zwłaszcza jednej.
- Diane Bourbon to cenna, wieloletnia klientka i patronka. Wyjątkowo dochodowa. Tylko dzięki niej, nasza filia rozrosła się prawie trzykrotnie. Ostatnim czego chcę, to to, aby jej problemy stały się problemami Domu. No i pozostaje oczywiście kwestia talentu, który szkoda byłoby zmarnować. - wypowiadając ostatnie słowa, spojrzał w stronę Parii znacząco. - Sama w końcu wyraziłaś chęć, żeby przedstawić cię odpowiednie osobie, nie mam racji

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

102
- Jestem zaskoczona, że mówisz o tym w czasie przeszłym. Skandale i małe wojenki mają miejsce tak samo, jak miały miejsce dawniej. Wydawałoby się, że takie kryjówki przydają i będą przydawać się niezmiennie.
Z chęcią spróbowałaby tak starego wina, ale była chyba zbyt zmęczona, a okoliczności zbyt nieprzyjazne, by potrafiła czerpać z tego odpowiednią przyjemność. Może jeśli wyjdą stąd rano, weźmie jedną butelkę ze sobą, dokądkolwiek Kamelio postanowi ich zabrać. Sądziła, że dziś dotrą do jednego z domów śnienia, nie do klaustrofobicznej klitki w podziemiu, ale rozumiała, że elf nie byłby w stanie dalej iść. Ona, choć zmęczona stresem i niewyspaniem, nie widziała ku temu przeszkód, ale nie mogła zmuszać go do dłuższego marszu, gdy bez jej pomocy ledwo kuśtykał.
Uniosła z niedowierzaniem brwi, gdy poinformował ją, że najlepiej byłoby zbudować gniazdo. Początkowo wpatrywała się w niego, czekając na jakąś puentę, ale ta nie nadchodziła. Parsknęła śmiechem, bo powoli docierało do niej, że za chwilę będzie musiała uwić sobie gniazdo z trefnisiem, na kamiennej posadzce malutkiego pomieszczenia w podziemiach. A ona myślała, że jego ubieranie jej w błazeński kołnierz było absurdalne.
- Często wijesz sobie gniazda, Kamelio? - spytała, po chwili namysłu wstając i zabierając się za przeciąganie pledów na podłogę obok.
Nie miała pojęcia jak powinno wyglądać to, co wyobraził sobie elf, ale usilnie starała się stworzyć coś, w czym sensownie by się spało. Zaprotestowała, jeśli chciał jej pomóc, bo nie powinien nadwyrężać nogi, choć z chęcią przyjęła wszystkie porady dotyczące... technicznej kwestii tej niesamowitej konstrukcji. Nie była wobec tego szczególnie optymistycznie nastawiona, chłód kamienia sprawiał, że drętwiały jej już stopy i dłonie, więc nie wyobrażała sobie snu w miejscu takim jak to, ale to nie znaczyło, że nie może spróbować zamknąć oczu choćby na godzinę.
- Argument o baronowej rozumiem - przyznała, zwijając jeden z koców w rulon. - Ale mój talent chyba nie jest na tyle niesamowity, żeby dla niego aż tak ryzykować. Kuglarskie sztuczki, które do tego działają tylko wtedy, kiedy same zechcą. Pogłos w pomieszczeniu wyłożonym dywanami. Cień, który tańczy ze mną, choć zupełnie coś innego. Nie wiem, jak wyglądałoby niezmarnowanie tych niesamowitych umiejętności.
Dwa pledy zostawiła, żeby mogli się nimi przykryć i wstała, by oceniającym spojrzeniem zmierzyć swoje dzieło. Zerknęła pytająco na Kamelio, bo nie wiedziała, czy o coś podobnego mu chodziło, czy znów zrobiła coś kompletnie bezsensownego.
- To najładniejsze gniazdo, jakie w życiu zrobiłam - oceniła i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, by uśmiechnąć się do elfa lekko. - Tak, wyraziłam chęć. Masz rację. Jak będziesz mnie przedstawiał, to nie zapomnij o innych niewątpliwych talentach.
Szturchnęła czubkiem buta brzeg pozwijanych derek. Po dłuższej chwili namysłu i ewentualnych poprawkach zleconych przez błazna, weszła do środka, gdzie owinęła się jedną z pozostawionych narzut i usiadła, jak granatowa beza z jasną głową. Wcale nie było jej dzięki temu cieplej. Cała zawartość tej komnaty była tak samo wychłodzona, jak jej ściany i podłoga. Kamelio miał rację, nie była przyzwyczajona do takich temperatur i miała wrażenie, że zaraz zacznie szczękać zębami.
- Baronowa niepotrzebnie mnie w ogóle zaprosiła - stwierdziła cicho. - Mogła tego wszystkiego uniknąć, skoro się spodziewała komplikacji już wcześniej. Nie wiem co jej przyszło do głowy, że uznała, że to jest tego warte. Przyniosło tylko problemy jej, tobie, Tulio, mi i mojej rodzinie. To nie było warte jednej durnej ballady.
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

103
Wydając z siebie pomruk zastanowienia, Kamelio ostatecznie jedynie wzruszył ramionami.
- Wiem jedynie tyle, ile mi zasłyszałem. Polityka oraz osobiste sprawunki arystokracji nie figurują na co dzień na mojej liście zajęć, jakkolwiek obecna sytuacja może temu zaprzeczać. Faktem jest jednak, że na żebraków i przemytników natkniesz się w tego typu tunelach częściej, niż ratującą życie szlachtę.
Podciągając zdrową nogę pod klatkę piersiową, mężczyzna z absolutnie neutralnym wyrazem twarzy wpatrywał się w Libeth, jakby nie do końca rozumiejąc, dlaczego jego słowa wydały się jej śmieszne. Dopiero zadane przez nią wprost pytanie sprawiło, że lekkie wypieki pojawiły się na jego policzkach oraz w okolicy uszu.
- Ah. - wydał z siebie mało inteligentnie, odwracając wzrok i odchrząkując w uniesioną do ust dłoń. - Uh... Niekoniecznie...? Nie ostatnimi czasy, w każdym razie... - wymamrotał, po raz pierwszy tego dnia autentycznie zawstydzony, jak widać. - To... Nieważne. - odchrząknął ponownie, tym razem głośniej niż poprzednio, a gdy jego szybka próba wyjścia z twarzą poprzez pomoc przy budowie spaliła na panewce, zaczął w miarę prosty i przejrzysty sposób wyjaśniać, w jaki sposób ułożyć kolejne kawałki materiału, aby stworzyć jako tako sensowny... Kojec? Tak, ostateczny rezultat przypominał raczej kojec dla psa, aniżeli gniazdo, ale hej! Może to elfia rzecz, której Paria po prostu nie rozumiała? Kamelio nieco mniej pewnie niż dotychczas i jakby bardziej uważając na słowa, dodał, że najlepszym sposobem na zachowanie ciepła jest zwinięcie się do pozycji embrionalnej.
- Mówisz tak, ponieważ wciąż nie zdajesz sobie sprawy, jak rzadkim i niesamowitym talentem zostałaś obdarzona. - sprzeciwił się jej opinii i tym razem jego głos brzmiał poważniej, niż kiedykolwiek wcześniej. Wciąż łagodnie, ale stanowczo. - Jako ludność Archipelagu, słyniemy w świecie z potencjału magicznego, ale tak naprawdę stanowi on wciąż liczbę porównywalną do muszli wyrzuconych na brzeg, ginących pośród ziaren piasku, na jaką składaliby się w tym wypadku niemagiczni członkowie naszej społeczności. Na dodatek talent, który objawia się poprzez muzykę? - pokręcił głową, ponownie się uśmiechając. - To coś, czego szukałem od bardzo dawna. Poza mną samym, nie słyszałem niestety o nikim innym, kto specjalizowałby się w tym zakresie.
Kamelio obnażył zęby w szerokim uśmiechu, który być może wydawał się nieco nierówny przez bliznę przechodzącą przez usta, ale wciąż diabelnie radosny. Zupełnie niczym u dziecka świeżo poinformowanego, że wreszcie dostanie uprawnioną zabawkę. Szczęściem lub nieszczęściem nie trwał on długo, ponieważ komentarz na temat ukończonego wreszcie gniazda sprawił, że twarz Kamelio poczerwieniała intensywniej, wprawiając go w wyraźne zakłopotanie.
- Mm. - przytaknął. - Zapamiętam...
Chwilę obserwował Libeth kątem oka, by wreszcie stwierdzić, że najlepszym pomysłem na zapewnienie jej, jeśli nie komfortu, to przynajmniej pewnej dawki ciepła, będzie przysunięcie się wzdłuż ściany i podzielenie ciepłem własnego... em, ciała. Nie było w tym nic niewłaściwego, okej?
- Wiem, że to może zabrzmieć niewłaściwie, ale... Jeśli nadal jest ci zbyt zimno, możesz po prostu... Położyć się bliżej. - zaproponował, zanim ponownie pokręcił głową na jej utyskiwania. - Mylisz się. Cendan od dłuższego czasu zapuszcza swoje korzenie w posiadłości baronowej. Na obecną chwilę, nieco tylko mniej niż połowa pracujących tam ludzi stanowi uszy i oczy tej obmierzłej kobiety. Diane przez zbyt długi czas ignorowała problem,. Dopiero plan przeprowadzenia podobnej afery pod jej nosem przekroczył najwyraźniej granice. Co do mnie... Nie chowam żalu. Wierzę, że Tulio również nie będzie. Jeśli jednak nadal będziesz czuła się z tym źle, zaproponuj, że w rekompensacie nauczysz go kilku chwytów albo nowych melodii. Będzie wniebowzięty, gwarantuję. Póki co... Powinniśmy się wreszcie przespać.

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

104
Znieruchomiała, przyglądając się przez chwilę Kamelio, gdy dotarło do niej jego zakłopotanie. Nie miała pojęcia z czego wynikało, w jej słowach nie było przecież niczego niestosownego, prawda? A na pewno nie miała takiego zamiaru.
- Przepraszam, jeśli powiedziałam coś niewłaściwego - zaśmiała się, widząc, jak biedny elf nie może się pozbierać. Dlaczego? Tylko on to wiedział. - Cokolwiek wydaje ci się, że miałam na myśli, to nie tak. Po prostu... to brzmi tak absurdalnie. Jeszcze kilka godzin temu stałam na scenie, uwielbiana przez tłum, a teraz zwijam koce w podziemnej kryjówce, ubrana w podomkę, błazeński kołnierz i płaszcz. Do tego mój rycerz w złotej zbroi każe mi sobie uwić gniazdo na noc - wzruszyła ramionami, rzucając elfowi przepraszające spojrzenie. - Nie chciałam cię urazić, ani nie miałam na myśli nic... zdrożnego.
Uśmiechnęła się do niego potem, zaskoczona faktem, że od dawna szukał tego rodzaju talentu magicznego, jakim dysponowała ona. Jeśli taka była prawda, to dobrze, może faktycznie po przedstawieniu jej odpowiednim osobom będzie w stanie go kontrolować i, kto wie, może nawet kiedyś rozwinąć? Owinięta w zimny koc, obserwowała, jak elf przysuwa się bliżej, by zapewnić jej trochę więcej ciepła. Nie sądziła, by to cokolwiek dało, nie kiedy dzieliły ich warstwy grubych tkanin. Mimo to postanowiła oprzeć się o niego ramieniem. Na wzmiankę o Tulio pokiwała głową, nie sądząc jednak, by proponowana przez trefnisia rekompensata była wystarczająca w zamian za stres, jaki na chłopaka ściągnęła.
- Coś wymyślę - mruknęła tylko.
Usilnie próbowała powstrzymać drżenie wychłodzonego ciała i nie narzekać, bo zdawała sobie sprawę, że sam elf był w znacznie gorszej sytuacji. Nie miał płaszcza, był wykończony trudnym zaklęciem, a jego noga musiała przecież boleć. Mimo to cały czas starał się, żeby to ona czuła się dobrze, na tyle, na ile się dało i Paria bardzo to doceniała. Bywała egoistką, ale nie była niewdzięcznicą.
Gdy zadecydował, że czas na sen, Libeth westchnęła i zmierzyła spojrzeniem swoje arcydzieło z koców. Po chwili namysłu skinęła tylko głową i położyła się, kuląc się w sobie, by zachować tę resztkę ciepła, jaka jeszcze jej została. Ostatecznie niewiele to dawało, bo całe ciepło wyparowało z niej w momencie, w którym owinęła się lodowatym kocem. Czuła jak kostnieją jej palce, a ciało ogarnia drżenie, którego nie była w stanie opanować. Zdecydowanie nie była przyzwyczajona do takich temperatur, a w szczególności nie przy rozpaczliwych, nieskutecznych próbach zapadnięcia w sen. Ale za dużo ją rozpraszało - poza chłodem, były jeszcze niespokojne myśli, obawy co do jutra i świadomość faktu, że elf zamierzał chyba spać na siedząco, albo na kamiennej podłodze.
Po kilku minutach zastanowienia otworzyła oczy i odwróciła się z powrotem do niego.
- Kamelio... - zaczepiła go cicho. - Zamarzam.
Przeniosła wzrok na płomień lampy, który nie dawał ciepła i westchnęła. Zazwyczaj wciąganie mężczyzn do łóżka było dla niej znacznie łatwiejsze, a uwodzenie - naturalną koleją rzeczy. Tym razem jednak zupełnie nie o to jej chodziło. Problem w tym, że Paria nie wiedziała jak to ubrać w słowa, żeby mężczyzna znów się nie zapowietrzył. W końcu przerwała te rozważania, zbyt zmęczona, żeby dojść do jakichkolwiek sensownych wniosków.
- Pewnie już dawno straciłeś do mnie resztki szacunku, więc po prostu to powiem. Zmieścimy się tu oboje. Jesteś w gorszym stanie niż ja, nie możesz spędzić nocy na siedząc albo leżąc na gołym kamieniu. A ja... ja nie czuję twojego ciepła, kiedy siedzisz tak daleko. Musisz mnie... - odchrząknęła. - Musisz tu przyjść. Mógłbyś tu przyjść?
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

105
Ciemniejsza karnacja Kamelio sprawiała, że nawet lekkie rumieńce wydawały się intensywniejsze. Co gorsza (dla niego w każdym razie), nie schodziły z twarzy zbyt szybko, dlatego nieważne jak dobrze zamaskował swoje zmieszanie powrotem do naturalnie uprzejmego wyrazu - tamte wciąż go zdradzały.
- Nie uraziłaś, zapewniam! - zaprzeczył od razu. -Sam nie zastanowiłem się zbytnio nad tym, co mówię, to wszystko. Stare przyzwyczajenia i żargon z dzieciństwa, że tak to ujmę. - wyjaśnił dość... mgliście? Wykrętnie? Nie wydawało się, żeby kłamał, ale z całą pewnością było w tym coś więcej, czego nie chciał rozwinąć. Paria mogła do tej pory odnieść wrażenie, jakoby elf miał naprawdę zły nawyk odbiegania od rzeczy dla siebie niewygodnych. I nie byłoby to aż takie dziwne, gdyby nie dotyczyło głównie jego własnej osoby. Z drugiej strony, dopiero co się poznali, więc jaki miałby mieć powód, aby od razu obnażać wszystkie swoje sekrety? Nie wspominając już o tym, że było wiele innych, ważniejszych rzeczy, o które Libeth zapewne wciąż musiała i powinna zapytać. Nie dziś jednak. Być może jutro? Gdy ciało i umysł odsapną nieco po niespodziewanej fali wydarzeń, które tak dały im w kość.
- To wciąż bardzo ładne gniazdo. - dodał w pewnym momencie weselej, ot dla rozładowania napięcia, zanim ponownie zamilkł, zapewne gotowy na ciszę nocną. Czy zamierzał rzeczywiście spać tak, jak siedział? Wbrew wcześniejszemu ostrzeżeniu, jakoby podobna pozycja przysparzała sporo dyskomfortu oraz efektów ubocznych dnia kolejnego - na to właśnie się zapowiadało. A przynajmniej do momentu, w którym Paria postanowiła wziąć sprawy wciąż marznącego ciała we własne ręce.
Zamknięte oczy elfa otworzyły się raptownie i jeśli pierwsze wyznanie nieco go strapiło, drugie zmusiło w zaskoczeniu do uniesienia brwi aż pod grzywkę. Kilka bardziej skomplikowanych emocji przebłyskiwało w spojrzeniu oświetlanym słabym płomieniem lampki, gdy na zmianę to otwierał, to znowu zamykał usta, ostatecznie wydając z siebie jedynie przeciągłe, głębokie westchnienie. Zrezygnowane? Nie do końca. Wbrew pewnej nieporadności, jaką wykazał od momentu wyzucia się z magicznej energii, Kamelio całkiem zwinnie i sprawnie przekręcił się i podciągnął, aby jednym, płynnym ruchem wsunąć do stworzonego rękami towarzyszki legowiska. Zanim tamta w ogóle się spostrzegła, zawisł nad nią z figlarnym uśmieszkiem.
- Czyżbym słyszał troskę? Nawet jeśli już wiesz, że jestem częściowo odpowiedzialny za twoje obecne położenie? - uśmiech lekko przygasł, ale mężczyzna i tak ostatecznie legł zaraz obok, bez większego oporu obejmując ją w talii i przyciągając bliżej. W tej pozycji, o ile nie spotkał się z oporem, bez problemu mógł oprzeć podbródek o czubek głowy Parii. Jego dłoń nie próbowała wędrować w żadne, nieodpowiednie regiony.
- Obawiam się, że jedyną osobą, do której ktokolwiek mógłby stracić szacunek, jestem tutaj ja. - dodał ni to z rozbawieniem, ni zawodem, niepewnie poklepując ją po plecach. - Śpij.

Wróć do „Stolica”

cron