[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

1
Słońce powoli zbliżało się ku zachodowi, gdy kolejne pary oraz grupy możnych przekraczały bramę posiadłości Bourbon. Jedni konno, inny karocami lub dorożkami, jeszcze kolejni i co bardziej "ekstrawaganccy" pieszo, choć i oni rzadko kiedy bez eskorty.
Późne popołudnia były przyzwoitym czasem dla organizacji wszelkich wydarzeń kulturalno-biesiadnych wśród szlachty Archipelagu. Wśród szlachty większości zresztą Królestw Herbii, ale nie oni przecież stanowić mieli śmietankę tego znamienitego wieczoru. Dzisiaj to bowiem Baronowa Diane Bourbon, wciąż młoda i żwawa, 30-letnia wdowa po Baronie Ranhordzie Bourbon oraz bezdzietna spadkobierczyni jego majątku, zachwycić miała swoich gości kolejnym, pysznym bankietem. Miało być to niemniej spotkanie o wiele skromniejsze od tych, które zazwyczaj oferowała w swoich włościach. Zrzeszające jedynie najbliższych przyjaciół oraz partnerów biznesowych; osoby o wyrafinowanym, często kontrowersyjnym guście, znawców sztuki i grona nie tylko szlacheckiego, co bardziej artystycznego. Główną atrakcję stanowić miał konkurs ballad pomiędzy najznamienitszymi (a więc wpadającymi w gusta Hrabiny) z bardów, których akurat zdołała w porę sprosić Diane. Nie mogło wśród nich zabraknąć również zdobywającej ostatnimi czasy sławę Libeth von Darher, noszącej dumnie swój artystyczny pseudonim „Paria".

- Oto głafik, któły nasza Pani przygotowała na dzisiejszy wieczół. – z manierą godną najprawdziwszej hrabianki, pulchna, przyodziana w śliwkowego koloru suknię ochmistrzyni, wręczyła Parii drobny zwój opleciony szafirową wstążką. – Płoszę. Zapoznaj się i zapamiętaj, żeby ogłaniczyć spożywanie alkoholu przed swoją częścią. Nasza Pani była wielce łozczałowana ostatnią biesiadą w posiadłości Bałona Lambe, w tłakcie któłej-… - przeprowadzając śpiewaczkę długim korytarzem, którego ściany wydawały się aż nadto obciążone ilością zajmujących je obrazów olejnych, z której zdecydowana większość wyraźnie traktowała o tematyce miłosnej, kończąca najlepsze lata swojego życia gospodyni na dobre rozkręciła się w obrzydliwie nudnej i rozwlekłej opowieści ze wspomnianej uroczystości. A wszystko przecież można byłoby ubrać słowami: ”Poeta-idiota, niebędący nawet dobrym poetą ani też wybitnym idiotą, w pijackim uniesieniu własną twórczością zaczął rozbierać się na scenie, inscenizując w jednoosobowej obsadzie bardzo wyuzdany fragment recytowanego wiersza”.
Starej posiadłości Paria nie oglądała po raz pierwszy. Madame Bourbon znana była od Taj’cah, aż po najdalej wysuniętą na północ część Dekha Chandi ze swojego umiłowania dla sztuki, czemu też dawała ujście poprzez liczne spotkania oraz uroczystości towarzyskie. Przejawiała przy tym wielką – nawet jak na standardy Archipelagu – otwartość na nowe doznania, style oraz smaczki kulturowe prezentowane na wszelkie metody, oraz sposoby.
Tak jak to miało miejsce w poprzednich przypadkach, także i ten wieczór odbyć się miał w Sali Balowej, znajdującej się na pierwszym piętrze dwupoziomowej posiadłości. Prowadziły do niej dwa wejścia - jedno, główne przez Salę Kominkową, do której z korytarza właśnie wprowadziła Parię ochmistrzyni, oraz drugie, wychodzące na szeroki taras z widokiem na zalesioną dolinę, rozciągającą się ponad przepięknymi ogrodami Baronowej.
- …w łazie jakichkolwiek wątpliwości, służba została odpowiednio poinfołmowana i jest do Panienki dyspozycji. Do czasu występu, wszystkie potrzebne rzeczy, właz z Panienki sprzętem przechowywane będą w gałdełobach na długim piętrze. Płoszę tylko powiadomić kogoś ze służby, zanim się tam Panienka uda! I niech błoń boże nie zapomina o masce, zanim wejdzie na scenę! – poinformowała Parię po raz enty pulchna kobieta, której jadaczka nie zamykała się od dobrych dziesięciu minut. Jakież to szczęście, że były już niemalże na miejscu!
- Tutaj Panienkę zostawię. Wciąż oczekujemy kilku spóźnionych maestłów. - zakończyła wreszcie, wydając z siebie niebywale udane, cierpiętnicze westchnięcie, krótkim ruchem głowy wskazując jeszcze otwarte na oścież, ponad dwumetrowe, dwuskrzydłowe drzwi, zza których już dobiegały dźwięki skocznej muzyki oraz liczne, acz przytłumione śmiechy. Zaraz potem, zaskakująco zwinnie jak na swoje gabaryty, obkręciła się w miejscu i ruszyła w drogę powrotną, pozostawiając Parię samą sobie. Żaden był to jednak problem! Dobre towarzystwo znaleźć można było czasem także i wśród - nie tak zawsze i do końca zresztą nadętej - szlachty! Zwłaszcza, iż już kilka dni wcześniej otrzymała list od ojca, w którym ten gorąco liczył na spotkanie, jako jeden z gości Baronowej. Paria mogła więc od razu wejść do Sali Balowej i spróbować go odnaleźć, jak i spróbować swojego szczęścia wśród wciąż rozglądających się dookoła Sali Kominkowej gości. Jej ściany zdobiły głównie uwielbiane przez Bourbonową maski. Dziesiątki masek wszelkiego rodzaju i kształtu, począwszy od tych najbardziej prymitywnych, a kończąc na najcudaczniej zdobionych. Aż brał dziw, że pokoju wciąż nie przemianowano na "Salę Masek"!
Jeśli Paria poświęciła chwilę na rozejrzenie się dookoła, tuż przed ogromnym, mogącym prawdopodobnie pomieścić kilku rosłych chłopa kominkiem, z którego oryginalnie słynęła komnata, stał otoczony drobnym wianuszkiem kobiet dobrze znany jej kolega-po-fachu - Celestio. Przynajmniej połowa z nich sprawiała wrażenie, jakby miała zemdleć za każdym razem, gdy tylko obnażał zęby w uśmiechu. Obrzydliwe.

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

2
Od dłuższego czasu zastanawiała się, czy nie wypłynąć na zachód, opuszczając Archipelag. Coś jednak wciąż ją przed tą decyzją powstrzymywało - może liczba koncertów, które spiętrzyły się ostatnimi czasy, a może jednak obecność rodziny przynajmniej na tym samym kontynencie. List, który otrzymała od ojca, zaskakująco ją uradował, bo nie spodziewała się go tutaj. Liczyła na to, że przybył jednak bez matki - jej oceniające spojrzenie i permanentnie wykrzywiona w niezadowoleniu twarz nie były najlepszą motywacją, jaką Paria potrafiła sobie wyobrazić.
Wprowadzona do posiadłości baronowej rozglądała się, rzucając co jakiś czas uprzejme, twierdzące odpowiedzi, na tyle nieinwazyjne, by nie przerywać monologu kobiety. Nie było to dla Libeth nowe miejsce, ale okoliczności z pewnością już takie były. W jej konkursach nie brała dotąd udziału. Przesuwała spojrzeniem po romantycznych obrazach, szybko przeskakując myślami po tytułach swoich pieśni, które tematyką wpasowywałyby się w ewidentne preferencje baronowej. Miała co najmniej kilka, które mogłaby zaprezentować tu dzisiaj.
Powstrzymała się od śmiechu, gdy ochmistrzyni zaczęła wspominać głośne wydarzenie. Jakaż szkoda, że nie widziała tego na żywo. Jej podsumowanie wydarzeń z pewnością byłoby ciekawsze niż to, które właśnie prezentowała pulchna kobieta.
- Bez obaw, myślę że większość występujących tu dziś ma znacznie większy szacunek do sztuki, niż tamten... artysta - uspokoiła ją, przyjmując jednocześnie zwój z kolejnością występów. Nie pamiętała nawet co miało być nagrodą w dzisiejszym konkursie, ale pytanie o to wydawało się nie na miejscu. Przecież powinna wiedzieć, prawda? Jej roztrzepanie momentami przekraczało wszelkie granice. Na szczęście zdawała sobie z tego sprawę. Nie to, żeby to cokolwiek zmieniało.
- Bardzo dziękuję - ukłoniła się uprzejmie, gdy została odprowadzona do sali kominkowej i zostawiona sama sobie.
Odetchnęła z ulgą, poprawiając na sobie haftowany gorset i przeciągając wzrokiem po maskach zawieszonych na ścianie. Dziś wybrała błękitną suknię z bufiastymi rękawami, z modnym na zachodzie prostokątnym dekoltem i ściśniętą w pasie bogato zdobioną, wiązaną kamizelką. Skoro nie musiała dziś tańczyć, nie potrzebowała swobody ruchu, odsłoniętych nóg i podkutych butów. W końcu to był konkurs ballad, mogła pozwolić sobie na strój bardziej elegancki.
Naturalnie, pierwszym co zamierzała zrobić, było odnalezienie ojca w tłumie gości. Zbyt długo już się nie widzieli, zwyczajnie się stęskniła.
Naturalnie, ten nieszczęsny baryton dobiegający zza jej ramienia zburzył wszystkie te plany w ułamku sekundy.
- O nie - sapnęła z frustracją, obracając się gwałtownie. - Za jakie grzechy?
Wydęła usta z niezadowoleniem, przesuwając spojrzeniem po dobrze znajomej sylwetce muzyka. Jak zwykle, nadrabiał braki w umiejętnościach urokiem osobistym jeszcze przed występem. Szkoda, że tylko Paria wiedziała, że daleko go to nie zaprowadzi, bo póki co na wszystkich innych niestety działało dość skutecznie. Przypomniała sobie o zwoju, który ściskała w dłoni. Szybkim ruchem rozwiązała wstążkę, z trudem rozprostowując zgnieciony przez siebie kawałek papieru i szukając na nim informacji o kolejności. Miała nadzieję, że przynajmniej występował przed nią, nie po niej. Nie mogła grać wcześniej niż Celestio, przecież nie dałby jej wtedy żyć.
Niezależnie od tego, co znalazła w środku, przeszła wzdłuż obwieszonej maskami ściany, udając pełne zainteresowanie. Jednocześnie podkradła się cicho do mężczyzny od tyłu, by przysłuchać się jego rozmowie i słodkim słówkom, które wylewał na otaczające go kobiety. Ojca mogła znaleźć za moment, miała jeszcze przecież trochę czasu - jak nie przed występami, to po nich.
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

3
Libeth mogła dwoić się i troić, głowiąc nad przypomnieniem sobie jakiejkolwiek cennej informacji dotyczącej nagrody mającej czekać na zwycięzcę, a i tak czekał na nią jedynie ślepy zaułek. I to bynajmniej nie przez nieuwagę bądź własne roztargnienie. O nie. Diane Bourbon zadbała, aby informacja na ten temat nigdy nie wyciekła poza mury jej posiadłości. Zaskakiwać lubiła i robiła to tak często, jak tylko potrafiła, a że jej hojność i oryginalność nie raz budziły sensacje, z czego też była znana, jej bankiety nigdy nie traciły na popularności. Nic dziwnego, że spraszani artyści, nieważne jak napięte były ich grafiki, zawsze znajdywali dla nich czas, o ile tylko otrzymali zaproszenie.

Kobiety otaczające Celestio, z których prawie połowa wcale nie była już aż taka młoda, chętnie lgnęły do mężczyzny. Żadna jednak nie ważyła się przekraczać granic zdrowego rozsądku oraz dobrego smaku. Wszystkie, jak jeden mąż, nieważne ile wysiłku je to kosztowało, starały się nie okazywać nadmiernego natręctwa. Co nie zmieniało faktu, że zarówno te, które jeszcze pełni pełnoletności osiągnąć nie zdążyły, jak i bardziej dojrzałe, przerastające barda wiekiem, zdawały się również brać udział w jakimś niedopowiedzianym, tylko sobie znanym konkursie na perliste śmiechy i trzepotanie rzęsami.
Gdy Libeth z pewnym trudem doprowadziła pomięty zwój do stanu, który umożliwiał jej odczytanie zgrabnego, acz wyjątkowo drobnego pisma, z ciężkim sercem mogła stwierdzić, że szczęście nie było tym razem po jej stronie.
W konkursie brało udział trzynastu artystów, z czego każdy miał możliwość zaprezentować jeden utwór. Część z nich Paria dobrze znała, o innych gdzieś tam słyszała, jednak znalazło się również kilku, których imion bądź pseudonimów w ogóle nie kojarzyła. Najwyraźniej udział brali również nowi debiutanci, którzy tylko sobie znanym sposobem dostatecznie przyciągnęli uwagę Baronowej, aby się tutaj dzisiaj znaleźć. Nie tym natomiast w obecnej sytuacji najbardziej się przejęła. Najważniejsze było to, że podczas gdy jej przypadło 10 miejsce na liście uczestników, Celestio otrzymał 12. Jeśli nie chciała dać się przyćmić, musiała wybrać dostatecznie dobry utwór, aby nie mógł się przez niego przebić. Czym jednak był ten konkurs jak nie kolejnym etapem ich odwiecznej rywalizacji?
Zajęty prowadzeniem z paniami wyjątkowo żywej dyskusji, Celestio nie zauważył jeszcze swojej ulubionej nemezis. Otoczony gronem fanek, wyraźnie był w swoim żywiole.
- ...Nikt więc nie wie? Nawet wy, panie Celestio? - dało się usłyszeć zdziwiony głosik jednej z młodszych dziewczyn, na co mężczyzna z uśmiechem pokręcił głową.
- Nawet ja. - zgodził się z rozbawieniem, ale i dobrze znanym Libeth głodem w oczach. - Wątpię jednak, żebyśmy się rozczarowali. Mowa w końcu o Lady Bourbon.
Zgodny chór przytakujących pomruków rozszedł się wśród zebranych.
- Chodzą jednak plotki... - dodał nagle, mrużą oczy i konspiracyjnie ściszając ton. Zebrane towarzystwo z niebywałą wręcz synchronizacją zbliżyło się i pochyliło w jego kierunku, zacieśniając kółko. Wszystkie damy z ekscytacją nadstawiły uszu. Słowo "plotka" działało na kobiety ich pokroju niczym światło na ćmy. Libeth musiała się skupić i nieco jeszcze zbliżyć, żeby dosłyszeć resztę. - ...Jakoby Lady tylko swoimi sposobami zdobywała coraz większą popularność również i na królewskim dworze. Jeśli tak jest w istocie, znając jej hojność i pomysłowość, nagrodą może być zaproszenie zwycięzcy do zaprezentowania się na tych samych salach, które ostatnimi czasy odwiedza.
Czyż nie było to usłanie marzeń każdego artysty? Możliwość zaprezentowania swoich umiejętności i docenienie przez najbardziej wpływowych ludzi w Królestwie? Występ na królewskim dworze nie był czymś, co spotykało każdego barda. Większość z nich nigdy nie dostanie szansy postawić w pobliżu wyżej wymienionych włości choćby jednej stopy.

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

4
Skrzywiła się i zgniotła kartkę z powrotem, niezadowolona z kolejności, jaką im przydzielono. To nawet nie było alfabetycznie, więc na jakiej podstawie grał później niż ona? Czy już miał jakieś znajomości u lady Bourbon? A może ona jeszcze nie wie, że tak naprawdę Celestio wcale nie reprezentuje sobą zbyt wiele? Z drugiej strony, to mogło być całkowicie losowe. Tak, z pewnością było. Przecież nikt o zdrowych zmysłach tak by tego nie ustawił.
Stojąc później tyłem do grupki wzajemnej adoracji, wpatrując się w wiszącą na ścianie maskę, która w rzeczywistości wcale tak interesująca nie była, Paria przysłuchiwała się rozmowie. Wystarczyło, że z za ramienia słyszała ten teatralnie modulowany głos, by szlag ją trafiał na miejscu. Nie musiała widzieć rozciągniętych w uśmiechu ust mężczyzny, żeby znać podtekst tego grymasu. Czasem zastanawiała się, czy jej frustracja wywołana obecnością Celestio nie jest przesadzona. Może z bliżej nieokreślonego powodu wmawiała to sobie, ale to też było raczej wątpliwe.
Przedostatni. Westchnęła ciężko. Co za los.
Gdy w podsłuchiwanej przez nią grupie pojawił się temat królewskiego dworu, Paria szybko zapomniała o tym, kto właśnie przekazał tę informację. Gdyby mogła wystąpić tam, wszystkie dwory świata stałyby przed nią otworem. Musiała tylko zagrać dziś lepiej, niż Celestio. Nie tylko niż Celestio, lepiej niż cała pozostała dwunastka. Czy mężczyzna mówił prawdę, czy to były tylko jego domysły? Nawet jeśli to drugie, mógł domyślać się dobrze. Bogowie, powinna bardziej zainteresować się baronową, zanim tu przyjechała, może nie musiałaby wtedy opierać się na informacjach, jakimi ten człowiek dzielił się z grupą walczących o jego uwagę, rozchichotanych kobiet.
Musiała iść dalej, do Sali Balowej i znaleźć tam ojca. Pokazać się trochę, pobrylować w towarzystwie, przecież nie mogła spędzić pół wieczoru wpatrując się w ścianę. A potem przecież trzeba było dotrzeć do garderoby, nastroić instrument, rozegrać się, rozśpiewać. Miała dużo planów na ten wieczór i nie zamierzała pozwolić nadętemu grajkowi go zepsuć, tak jak zepsuł jej wiele innych. A na pewno nie mogła pozwolić na to, by sama jego obecność do czegokolwiek ją sprowokowała.

- Celestio, cóż za niesamowite spotkanie - usłyszała swój głos, zanim zdążyła zareagować na to, co usiłowała jej przekazać ta rozsądna część umysłu. Oparła dłoń na ramieniu mężczyzny, a gdy się do niej odwrócił, rozciągnęła pokryte czerwienią usta w najszczerszym ze swoich uśmiechów. - Powinno mnie już przestać zaskakiwać, że widzimy się praktycznie wszędzie. Zupełnie jakbyś nie mógł beze mnie żyć.
Okrążyła go powoli, kłaniając się lekko otaczającym go kobietom, a potem przesuwając spojrzeniem po jego sylwetce, choć tym razem już nie ukradkiem, z daleka, a całkowicie otwarcie.
- Cieszy mnie, że nie widać po tobie tej choroby, z którą borykasz się od jakiegoś czasu. Bałam się, że te twoje okropne ropne wykwity pojawią się też na twarzy, ale na szczęście ubrany tak elegancko, z tym wysokim kołnierzem, wyglądasz równie doskonale, co zawsze - skrzyżowała dłonie na klatce piersiowej, wbijając swój jasny wzrok w ciemne oczy mężczyzny. - Na pewno na scenie będziesz się prezentował wspaniale. A co u małżonki? Zobaczymy się dziś, czy jest już zbyt brzemienna, by podróżować?
W jej oczach błysnęło zabarwione złośliwością rozbawienie. Najwyraźniej nie mogła się powstrzymać i ta rozsądna część umysłu nie miała zbyt wiele do powiedzenia, gdy w grę wchodziło ego. Naturalnie, Celestio wyglądał na zdrowego jak ryba, a o żadnej małżonce Paria nie słyszała, bo przecież która by z nim wytrzymała, ale... cóż.
- Jak Twoje nastawienie? Co dziś grasz?
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

5
Czy kolejność na liście faktycznie została sporządzona intencjonalnie, czy też był to jedynie bardzo nietrafny, nieprzemyślany, a może nawet zupełnie losowy wybór, tego Libeth mogła się co najwyżej domyślać. Fakt faktem jednak gdy o tego typu występy chodziło, potrafiła mieć ona ogromne, nieraz wręcz decyzyjne znaczenie. Jaka szkoda, że świadomość tego posiadali głównie występujący. Z jednej strony, Baronowa grzała swoje miejsce w towarzystwie kultury i sztuki na tyle długo, by świetnie zdawać sobie sprawę z tego typu detali. Z drugiej jednak nie znaczyło to wcale, że organizację każdego bankietu musiała brać tylko i wyłącznie na własne barki. Miała do pomocy bogatą ilość służby, z czego osoba układająca grafiki niekoniecznie mogła mieć odpowiednią wiedzę w tej części tematu. Jakakolwiek zresztą nie byłaby prawda, pozostawało przełknąć gorycz i zaakceptować sytuację.

Wianuszek dam zafalował w zdumieniu, dezorientacji i gdzieniegdzie poirytowaniu, podczas gdy ramiona Celestio wyczuwalnie spięły się na moment, nie tyle pod dotykiem dłoni, ile głosem jej właścicielki. Że jednak aktorem był nieraz lepszym niż grajkiem, błyskawicznie przybrał wyraz uprzejmego zaskoczenia, zanim w pełni zwrócił swoją twarz w stronę Parii. Jakkolwiek ugrzeczniony nie byłby jego uśmiech oraz postawa, przymrużone nieznacznie oczy ciskały wyraźnie wyzywające iskierki.
- Libeth von Darher. - odezwał się sztucznie przesłodzonym, melodyjnym tonem, z pełną celowością pomijając jej pseudonim sceniczny. - Jak zawsze piękna, śmiała i nadmiernie pewna siebie! Nic się nie zmieniłaś. - zaśmiał się, głęboko skłaniając głowę w parodii uszanowania, zanim oceniająco zaczął taksować wzrokiem Parię i jej dzisiejsze przyodzienie od góry do dołu w dokładnie takiej samej manierze. Sam przyodziany był dość bogato, zupełnie niczym szlachcic - począwszy od skrzętnie ułożonych falami i natartych olejkami włosów, z którego żaden kosmyk nie śmiał odstawać w nieodpowiednim kierunku, przez intensywnie zielony płaszcz narzucony na lekką, ale elegancką, czerwoną kamizelkę, aż po wysokie spodnie i parę wypucowanych, skórzanych butów. Bogactwa dodawała spora ilość złotych haftów, guzików oraz innych dodatków
Spoiler:
. Nie wszystkim paniom podobała się zażyłość, z jaką zdawała się traktować Celestio Paria, ale też żadna nie śmiała, na razie swego niezadowolenia okazywać otwarcie, zwłaszcza słysząc znajome większości z nich nazwisko. Niektóre wymieniły co najwyżej szeptem kilka szybkich, cichych uwag, podczas gdy inne przyglądały się nowo przybyłej z zainteresowaniem, bądź fascynacją, kojarząc ją równie dobrze co Celestio, z występów na rozmaitych dworach. Ba, nie miały najmniejszego problemu z właściwą manierą oraz zachowaniem etykiety odpowiedzieć na bezsłowne pozdrowienia. Nie była przecież mniej sławna od niego, na dodatek prawdziwa szlachcianka! Podejście tychże zmieniło się jednakowoż wraz z podjęciem przez Libeth decyzji o próbie ośmieszenia rywala.
Ciche piski, parsknięcia, wstrzymane oddechy oraz "oh'y" i "ah'y" oburzenia rozległy się w pomieszczeniu, przykuwając również uwagę innych, kręcących się po pomieszczeniu gości. Sam Celestio, choć ewidentnie poczerwieniały ze złości od karku po czubki uszu, jedynie mocniej zacisnął palce prawej dłoni na trzymanej w niej laseczce. Utrzymanie fasonu musiało kosztować go niemało wysiłku. Dla niektórych z pewnością wartego podziwu wysiłku.
- T-To... To było niesmaczne i nie na miejscu! - odezwała się wreszcie jedna z poruszonych słowami Libeth dama, a choć zdawać by się mogło, że broni swego ulubieńca-... Huh? Czyżby właśnie odsunęła się od niego pół kroku? I czy przypadkiem, aby tego samego nie zrobiło kilka innych, nieważne czy przytakujących, czy usiłujących ukryć swoje zmieszanie bądź rozbawienie? Ta delikatna, acz nie AŻ TAK subtelna zmiana w traktowaniu ewidentnie nie umknęła bardowi, którego dotykał bezpośrednio temat.
- Pomyślałby kto, że do tego czasu sama zdołasz wykurować się ze swojej obsesyjnej zawiści, droga Libeth. - udało mu się wreszcie odezwać, zmuszając usta do wykrzywienia w wymuszonym uśmiechu, choć lewy kącik podrygiwał w tiku, który niekłamanie świadczył o zalewających go falach emocji. - Tymczasem wciąż stosujesz te same, stare sztuczki. - klikając językiem z niesmakiem, odrobinę zbyt nerwowym ruchem poluzował kołnierz pod szyją. - naprawdę sądzisz, że rozsiewanie bzdurnych plotek na mój temat kupi ci większe poparcie? Zrujnuje moją reputację i stworzy lepsze podwaliny dla twojej? W przeciwieństwie do niektórych nie potrzebuję wsparcia ze strony bogatych krewnych, ni ich kontaktów, aby wspiąć się tam, gdzie zechcę. A choć rozumiem, że może być ci to nieco nie w smak, to z całą serdecznością życzę ci, abyś w końcu zdołała się przemóc. - zaczął odgryzać się po swojemu, budując jednocześnie w zebranych przeświadczenie, iż jest osobą na tyle dobrze wychowaną i kulturalną, aby nie rzucać ładnie ubranym w słowa mięsem. Udało mu się nawet przybrać nieco troskliwego tonu tam, gdzie powinien się znaleźć. Zupełnie, jakby współczuł Parii jej złego smaku i braku ogłady w trakcie tej konwersacji. Bądźmy jednak szczerzy, obydwoje byli mistrzami we wzajemnym dogryzaniu sobie na przestrzeni ostatnich lat. Osobiście tworzyli większość plotek o sobie nawzajem i chętnie je rozsiewali, chociaż w inny sposób, innymi metodami.
- Tematyka o zakazanej miłości wydaje się wpasowywać w gusta oraz klimat. - zdołał odpowiedzieć już nieco normalniej, dużo luźniejszym tonem, najwyraźniej czując się dużo lepiej po podgryzieniu pięt również i Parii. - Co powiesz? Może chciałabyś podjąć małe wyzwanie?

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

6
Mimo oburzenia, jakie wywołała swoimi słowami, z trudem powstrzymywała się od śmiechu, widząc kolory przechodzące przez twarz mężczyzny. Cóż, nigdy nie należała do osób, które zwracają szczególną uwagę na etykietę i prawdopodobnie dlatego właśnie matka miała do niej niekończące się pretensje. Uśmiechnęła się do damy, która wyraziła swoje niezadowolenie zachowaniem Parii i skłoniła lekko głowę w nieco przepraszającym geście.
- Po to istnieją artyści, by wzbudzać emocje, czyż nie? Równie dobrze możemy zacząć już teraz - odgarnęła z twarzy kosmyk włosów, które w przeciwieństwie do fryzury Celestio nie zamierzały trzymać się w skomplikowanym upięciu, na jakie zdecydowała się dziś. Standard. - W końcu cały świat jest sceną. Niektórzy przez całe życie nie zdejmują teatralnej maski.
Rzuciła krótkie spojrzenie muzykowi, które przerodziło się w pełne skupienie, gdy postanowił odwdzięczyć się jej pięknym za nadobne. Uśmiech nie znikał z jej twarzy, choć spojrzenie stało się nieco chłodniejsze. Może nie rumieniła się ze złości tak jak on, ale równie ciężko było jej zachować beztroski nastrój, gdy przypisywał wszystkie zasługi jej pochodzeniu. Całe szczęście, że nie wiedział na ten temat więcej. Westchnęła z irytacją, dając mu do zrozumienia, by już kończył swój monolog. Nie mogła się tłumaczyć i przekonywać go, dlaczego nie ma racji, bo to z góry stawiałoby ją na przegranej pozycji. Wysłuchała więc oskarżeń, tak jak on wysłuchał wcześniej jej, choć przynajmniej miała tę przewagę, że mogła się ich spodziewać - nie została zaatakowana z zaskoczenia, jak sam Celestio.
- Zakazana miłość? - uniosła pytająco brwi. - Jakież by to miało być wyzwanie?
Uświadomiła sobie nagle, że nie zdarzyło im się jeszcze dotąd rozmawiać sam na sam. Każde z ich spotkań odbywało się z publicznością, każde słowo miało swoją wagę i wpływ na opinię ludzi wokół. Wspomniała wcześniej o teatralnej masce, a teraz docierało do niej, że przecież nigdy nie widzieli się bez nich. Równie dobrze Celestio mógł być niesamowicie otwartym i ciepłym człowiekiem, z dala od oczu postronnych.
Stłumiła śmiech w zarodku. Dobre sobie.
- Oczywiście, że chciałabym je podjąć - odparła. - Co takiego wymyśliłeś?
Zdawała sobie sprawę z upływu czasu. Nie miała go zbyt wiele na przekomarzanie się towarzyskie z tym człowiekiem. Wolała poświęcić godziny pozostałe do koncertu na towarzystwo, na jakim jej faktycznie zależało, a które czekało na nią gdzieś w sali balowej. Wyzwania, na czymkolwiek miałoby ono polegać, nie mogła jednak zignorować.
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

7
Podczas gdy niektóre damy, zwłaszcza te starsze, wciąż wydawały się nieprzekonane lub przynajmniej zmieszane wyjaśnieniami Parii, któraś z młodszych, całkiem możliwe, iż biorąca udział w podobnym wydarzeniu po raz pierwszy, wystąpiła śmiało na przód. Jej jasne oczy śledziły Libeth od momentu, w którym ta wkroczyła na scenę i, nie oszukujmy się, była w nich całkiem spora ilość adoracji.
- Ciociu! Niech ciocia się nie denerwuje. Jestem pewna, że Lady Paria nie miała złych intencji. - zwróciła się łagodnie, ale i głośno do najbardziej oburzonej spośród kobiet. Chwytając ją delikatnie za dłoń, uspokajająco poklepywała jej wierzch własną. Jak na tak młodą, wyraźnie wychowaną w dobrobycie szlachciankę, wydawała się tryskać zadziwiająco czystymi intencjami. Zauważając zresztą, że przykuła większą uwagę niż jeno krewnej, mimo rumieńców rozchodzących się po jej drobnej twarzy, nabrała dostatecznie dużo pewności siebie, aby zwrócić się z podobną intencją również do pozostałych. - T-Tak jak powiedziała Lady Paria, to tylko niewinna gra mająca wywołać w nas emocje! Wszystkim wszakże wiadomo, jak bliska jest sobie ta dwójka poza sceną! - dodała z pasją godną najprawdziwszej, młodocianej romantyczki, nie zdając sobie jeszcze sprawy, jak potężną górę poruszyła.
Na kilka sekund, które niejednemu wydać się mogły wiecznością, w pomieszczeniu zapanowała kompletna cisza. Nie jednak cisza niezręczna, o nie. Była to forma ciszy, która zwykła nastawać przed burzą. I ta też zresztą zaraz później się rozpętała.
- Sir Celestio i Lady von Da-... Lady Paria??? - zapiała oczywiście jako pierwsza ciotka młódki, rzucając dwójce oskarżonych o sekretny romans rozognione spojrzenie. Obecne w nim oburzenie miało tym razem zupełnie inny kolor. Kolor typowy dla kobiet kochających skandale. W ślad za nią poszła zresztą wkrótce cała reszta i mowa tu nie tylko o kobiecym wianuszku Celestio, ale również innych, wciąż przysłuchujących się w pobliżu gościach.
- ...czyż ledwie przed momentem nie wspomniała, że żona Sir Celestio jest brzemienna? - zamruczała z konsternacją jakaś madame na tyłach.
- Nie bądź niemądra! - prychnął z nieukrywanym rozbawieniem jej partner. - Kiedy ostatnio słyszałaś, aby jakikolwiek bard miał czas na ustatkowywanie się?
- Prawda, prawda! - zgodziła się z kolei inna dama, a w jej głosie rozbrzmiewała aż nadto ewidentna ulga.
- A więc Sir Celestio i Lady Paria, huh...?
- Wcale nie wyglądaliby razem tak źle.
- Jestem pewna, że to tylko kolejna plotka!
- Kto wie...
Zanim którekolwiek z dwójki obgadywanych zdołało zareagować na nową, absolutnie absurdalną nowinkę, ta zdążyła wywołać dostatecznie wielką sensację, aby zaskarbić sobie zainteresowanie każdego w polu widzenia. Żywe dyskusje na ich temat rozgorzały na dobre.
Nawet jeśli Celestio był zaskoczony, tym razem bezbłędnie odgrywał swoją rolę niewzruszenie uprzejmego gentlemana, choć ponownie zdradzić go mógł przed dostatecznie bystrym wzrokiem tik tego samego, lewego kącika. Robiąc krok w bok, aby zbliżyć się bardziej do swojej partnerki we wmówionej im zbrodni, wychylił się i ściszył głos na tyle, aby we wrzawie nie słyszał go nikt inny poza nią.
- A zatem miałem rację, oskarżając cię o zazdrość? - zapytał z tak niesamowicie dobrze odgrywaną niewinnością, że doprawdy ciężko się było dziwić jego popularności wśród przedstawicielek przeciwnej płci. Oczywiście gest ten nie został niezauważony i po wywołaniu nim kilku histerycznych salw chichotów, doprowadził dalej do podwójnie zażartej wymiany uwag.
- Baronowa lubi te tematy. - poinformował ją nagle, wracając do tematu, który wcześniej rozpoczęli, jak gdyby wcale nie obgadywano ich właśnie ze wszech stron. Cóż, przynajmniej zyskali nieco prywatności mimo sporej ilości zebranych dookoła nich ludzi. - Można powiedzieć, że ma do nich słabość nie mniejszą, niż do masek, które tak sobie upodobała. - tu też niedbałym ruchem ręki wskazał najbliższą ścianę. - Jeśli będzie jednym z jury dla dzisiejszej konkurencji lub być może nawet jedyną, która wskaże zwycięzce, jestem więcej niż pewien, że jej osobiste gusta przechylą szalę.
W głosie mężczyzny dało się wyczuć pewność, lecz na ile grana, a na ile szczera w rzeczywistości, tego można się było jeno domyślać. Libeth pamiętała natomiast obrazy mijane wcześniej w holu. Obrazy, do których nie przykuła wówczas przesadnej uwagi. Z tego też powodu nie mogła z całą pewnością powiedzieć, czy faktycznie traktowały o czymś głębszym lub nietypowym. Rzecz jasna zawsze miała szansę sie co do tego upewnić, ale czy naprawdę miała ochotę tracić czas? Słowa rywala były wszakże wciąż słowami rywala.
Celestio uśmiechnął się szczwanie, zupełnie jakby wiedział, i może faktycznie zresztą wiedział, skoro znali się od tak dawna z możliwie najgorszych stron, jak wielką nieufność wzbudzał. Nie wyglądało jednak na to, aby zamierzał ją do czegokolwiek przekonywać na siłę.
- Jestem pewien, że obydwoje zdajemy sobie sprawę, jak szybko nasze kariery mogą skoczyć w górę, nie tylko przez wygraną, ale samo branie udziału w wydarzeniach organizowanych przez Baronową Bourbon. - odezwał się ponownie, palcami wolnej od pozłacanej laseczki dłoni gładząc krótką bródkę. Na jego twarzy malował się wyraz pewnej błogości powodowanej wyobrażeniem. - Obydwoje byliśmy wcześniej zapraszani na jej bankiety w mnogich okolicznościach i tak samo obydwoje koniec końców niekoniecznie mamy ochotę dzielić pomiędzy siebie popularność oraz dobre słowo, jakie się z tym wiążą. - wracając do rzeczywistości, wzrok barda raz jeszcze stał się czysty i wyzywający, gdy ponownie spojrzał na Libeth. - Niech przez następny rok, wygrany, o ile będzie nim któreś z nas, bierze wszystko. Wszystko, co Baronowa zaoferuje. Przegrany będzie musiał obejść się smakiem i nie przyjmie przez ten okres ani jednego z jej zaproszeń.
Jakkolwiek kusząco brzmiało wyeliminowanie Celestio z przyjęć Diane, nie można było zapomnieć o zagrożeniu, z jakim wiązały się konsekwencje ewentualnej porażki. Artyści ich pokroju może i byli wolnymi duszami, niechętnymi do pozostawania w jednym miejscu zbyt długo, za to oferującymi swoje usługi zarówno na balach organizowanych na salonach, jak i karczmiennych hulankach. Co nie znaczyło, że nie musieli w pewien sposób dbać o swoje interesy, jeśli nie chcieli ustąpić swoich miejsc w niepisanych rankingach popularności, które dokarmiały ich w nowe możliwości. Otwierały nowe drogi i drzwi. Niemożność pokazywania się na równie ważnych biesiadach mimo otrzymania zaproszenia, oznaczało zatem spory problem, o ile nie mieć ku temu szeregu dobrych wymówek. Zwłaszcza na dłuższą metę. A już przede wszystkim u kogoś, kogo możliwości oraz kontakty rosły z każdym kolejnym spotkaniem towarzyskim.

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

8
Spojrzenie Parii rozjaśniło się nieco, gdy odezwała się młoda dziewczyna. Artystka skinęła w jej kierunku głową, w geście niemego podziękowania za przyznanie racji. Kiedy jednak nieznajoma kontynuowała, a rzucona przez nią sugestia okazała się gorszą plotką, niż jakakolwiek z tych, które byli w stanie wymyślić sami, Libeth chyba po raz pierwszy w życiu doświadczyła stanu zwanego "brakiem słów". Po prostu odjęło jej mowę. W ciszy, która zapadła, przesunęła spojrzeniem po nagle ożywionym towarzystwie wokół, usiłując zmierzyć straty. A te chyba przekraczały jej najgorsze obawy. Większość zdawała się wierzyć w te nieopatrznie rzucone słowa, uznając ich odwieczną rywalizację za przekomarzanie się kochanków. Przecież to był jakiś koszmar. Zwykle dopasowywała się do pogłosek, starając się wykorzystywać je ku własnym celom, ale w tym przypadku potwierdzenie czegoś takiego przyniosłoby równy rozgłos im obojgu. Nie mogła się na to zgodzić. Strach pomyśleć, co by było, gdyby jeszcze ktoś oczekiwał od nich wspólnych występów.
Oczywiście, że dobrze wyglądaliby razem. Na obrazie. Gdyby ktoś ich namalował i powiesił na ścianie, ich wizerunki bez otwierania ust być może byłyby w stanie wytrzymać obok siebie jakiś czas.
Drgnęła, gdy znów usłyszała głos Celestio, choć tym razem bardzo blisko siebie. Jemu się te plotki najwyraźniej podobały, albo przynajmniej nie przeszkadzały. Ciężko było stwierdzić, Paria zbyt mocno skupiła się na swojej milczącej rozpaczy, by w tej chwili przyglądać się mężczyźnie. Odchrząknęła i uniosła ku niemu głowę, zmuszając się do ponownego uśmiechu.
- Zawsze, Celestio - odparła słodko. - Czymże byłoby moje życie bez ciebie. Kto normalny wybrałby dywan z płatków róż, gdy może chodzić po cierniach - dodała równie cicho, kierując słowa wyłącznie do muzyka.
Nie do końca wierzyła w to, co mówił. Miała niejasne wrażenie, że wszystkie jego sugestie dotyczące występu są pułapkami, mającymi doprowadzić do tego, by Parii podwinęła się noga. Z jednej strony zakazana miłość brzmiała jak tematyka, która fascynuje dworskie towarzystwo i nie zdziwiłaby się, gdyby była również interesująca dla Diane Bourbon. Z drugiej jednak równie dobrze propozycja Celestio mogła dotyczyć wydarzeń z przeszłości ich gospodyni i budzić wspomnienia, które zdyskwalifikowałyby Libeth w wyścigu po wygraną zanim zdążyłaby zaśpiewać choćby trzy wersy. Zmrużyła lekko oczy, intensywnie wpatrując się w rozmówcę, jakby usiłowała wyczytać prawdę gdzieś z głębi jego oczu.
Wyzwanie, które zaproponował, było bardziej niż kuszące. Duże ryzyko mogło spotkać się z równie dużą wygraną. Gdyby udało się jej wykluczyć go ze wszystkich wydarzeń artystycznych organizowanych przez ich obecną gospodynię, jej życie stałoby się piękniejsze, a kariera nabrałaby rozpędu. Pytanie tylko, czy była w stanie to zrobić. Jeśli nie, znajdowanie się przed nim w kolejności występów byłoby najmniejszym z jej dzisiejszych problemów.
W końcu powoli skinęła głową, a w jej jasnych oczach ponownie pojawił się znajomy błysk.
- Zatem niech ci będzie. Podejmuję tę rękawicę. Obyś tego nie żałował.
Odwróciła się do wianuszka kobiet, które chwilowo zajęły się rozdmuchiwaniem świeżej plotki i ukłoniła się lekko.
- Panie wybaczą. Zobowiązania czekają. Ogromnie miło było mi spędzić te ostatnie kilka chwil w waszym towarzystwie. Życzę wam udanego wieczoru i satysfakcjonującego koncertu.
Pożegnała się ze wszystkimi, a w kierunku Celestio posłała karykaturę ukłonu dworskiego, odrobinę przedrzeźniając jego sceniczny gest, po czym powoli ruszyła w kierunku sali balowej.
Gdy znalazła się wystarczająco daleko, odetchnęła głęboko, usiłując uspokoić nerwy. Trudno było stwierdzić, z czego wynikały - z nowej, pechowej pogłoski, z ryzyka stracenia tak wiele z powodu głupiego zakładu, czy z samej obecności tego człowieka. Nie mogła się teraz na tym skupiać, bo przecież z pewnością tylko na tym mu zależało.
Już w spokoju, z lekkim uśmiechem na ustach, wkroczyła do sali balowej, rozglądając się za znajomą, posiwiałą głową i wyprostowanymi ramionami ojca. Po spędzeniu kilkunastu minut w towarzystwie najgorszego mężczyzny świata, przyszedł czas na spotkanie się z tym najlepszym.
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

9
Szczerząc zęby w podejrzanie równym i jeszcze bardziej podejrzanie białym uśmiechu, który nie miał prawa wyglądać równie czarująco, jak wyglądał, i najprawdopodobniej stanowił efekt darowania odpowiedniej sumki jakiemuś pomniejszemu magusowi, Celestio wciąż był zdolny do odpowiedzenia tak samo przesadnie głębokim ukłonem, jak to zazwyczaj robił.
- I wzajemnie, moja droga~ - odrzekł radośnie, emanując nie mniejszą pewnością siebie, jaką Paria, przyjmując jego wyzwanie. Nic dziwnego, że zarówno to, jak i słowa pożegnania z jej strony, ponownie zwróciły uwagę co bardziej ciekawskich plotkarzy zebranych dookoła.
Nowe porcje "ah'ów" i "oh'ów", tym razem rozbrzmiała w jej uszach dużo życzliwiej niż te, które wywołała uprzednio. Towarzyszyło im nawet kilka satysfakcjonująco brzmiących odpowiedzi, życzących z ich strony nie tylko tego samego, ale także zapewniających o niecierpliwości związanej z oczekiwaniem na jej popisowy występ tego wieczoru. Tak. Celestio był popularny i z pewnością miał tutaj spore grono fanek, ale nie można było również zapomnieć, że tym razem Baronowa skupiła się przede wszystkim na zebraniu ludzi umiejących docenić i poznać się na prawdziwej sztuce. Ludzi posiadających pewne gusta i nierzadko lubiących się tym publicznie chwalić. Mało kto cenił tutaj tylko jednego, konkretnego wykonawcę, pozostając ślepym na talenty pozostałych. Paria mogła odczuć, zanim na dobre oddaliła się od małego tłumku szlacheckiej śmietanki, że było wśród nich wielu, którzy kibicowali jej z nie mniejszym zapałem, co jej rywalowi. Najbardziej zresztą promieniała wśrod nich ta sama młódka, która nie do końca świadomie rozpętała to małe piekło.
Przed wejściem do Sali Balowej stało dwóch strażników pod halabardami, bez hełmów, za to w posrebrzanych maskach nie ukrywających ani nie osłaniających zbyt wiele twarzy, mających jedynie dekoracyjny charakter. Pierwszy z nich, stojący od strony lewego skrzydła, nawet nie starał się kryć swojego znudzenia, ziewając od czasu do czasu i jedynie nieufnym wzrokiem zaszczycając każdego, kto przekraczał próg. Drugi, wyraźnie młodszy od swojego kolegi po fachu, chętnie zaszczycał uśmiechem gości i niemalże z ekscytacją zaszurał przyodzianymi w ciężkie buty nogami, gdy tylko spostrzegł Libeth. Grzecznie i niemalże nieśmiało skinął jej głową, gestem zapraszając do środka.
Spoiler:
Tego wieczoru w Sali Balowej dominowało złoto i szafirowy błękit. Rozstawione po jej bokach stoły, uginały się od wielu lekkich potraw oraz przystawek, pozostawiając środek wolny dla nielicznie, póki co tańczących par. W porównaniu do przyjęć, które niejednokrotnie tutaj urządzano, ilość gości prezentowała się tym razem naprawdę skromnie i jak na razie, nie mogło być ich więcej niż pięćdziesięciu. W ostatecznym rozrachunku być może będzie ich nieco ponad dwa razy więcej. Duży plus dla Libeth, jeśli chciała kogoś odnaleźć w tłumie bez potrzeby marnowania dużej ilości czasu i przeciskania się między tłumami! Muzycy Baronowej przygrywali wesoło z wyeksponowanej wnęki scenicznej. Tej samej, z której prawdopodobnie będzie występował później każdy z uczestników jej konkursu.
Część z zaproszonych założyła już własne maski, inni wciąż wyczekiwali na właściwy moment. Niektóre z nich bardziej ozdobne, delikatne i drobne, ledwie mogące przysłonić cokolwiek z twarzy, podobnie jak to było w przypadku strażników napotkanych chwilę wcześniej. Znaleźli się również tacy, których maski zasłaniały całe twarze, a nawet głowy! Takąż też pełną maskę - maskę lwa - obracał w dłoniach wyraźnie zakłopotany czymś Tobias von Darher, stojący w pobliżu jednego z zastawionych stołów po lewej stronie sali. Towarzyszą mu kobieta, zwrócona z tej perspektywy do Parii plecami, całą swoją postawą, włącznie z rękoma opartymi na biodrach i lekko postukującym o parkiet czubkiem buta emanowała irytacją. Niedaleko od nich dało się również spostrzec żywo trajkoczącą z dwójką towarzyszących jej mężczyzn Sarę. Do jednego z nich niemal bez przerwy robiła sarnie oczy.

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

10
Skłoniła głowę w geście podziękowania i uśmiechnęła się uprzejmie do jednego ze strażników, po czym wkroczyła do sali balowej. Zatrzymała się u szczytu schodów na moment, rozglądając się po przystrojonej sali. Jej dzisiejszy strój doskonale wpasowywał się w kolorystykę wszystkiego wokół. Błękitna suknia, na jaką się zdecydowała, była praktycznie jaśniejszym odcieniem tego samego koloru, w którym były draperie wokół niej, a haftowany złotymi nićmi gorset odbijał światło licznych świec w kandelabrach tak samo, jak rzeźby sięgające ku gościom ze ścian. Tak, to był dobry wybór na dziś, choć zupełnie przypadkowy.
Na widok ojca uśmiech mimowolnie zagościł na jej twarzy. Tak dawno się z nim nie widziała! Czas pędził jak szalony, przeciekał jej przez palce i zupełnie nie miała nad tym kontroli. Inna sprawa, że odwiedzanie domu rodzinnego zawsze było słodko-gorzkim doświadczeniem. Niektórzy woleli, gdy jej tam nie było i Paria doskonale zdawała sobie z tego sprawę, bo sama też czasem wolała być gdzieś indziej. Ale za ojcem tęskniła. Cieszyła się, że może się z nim tutaj spotkać. Znacznie mniejszą radość wywołała w niej obecność Sary - dziewczyna nie powinna pojawiać się w towarzystwie, a już w ogóle nie powinna w nim otwierać ust. To już nie był jednak problem Libeth, tylko ojca i prawdopodobnie matki. Nie była pewna, czy to właśnie ona stała plecami do niej, ale sfrustrowanie całym światem i permanentna, nieukrywana irytacja do niej pasowały. Paria westchnęła i nerwowo poprawiła niesforne kosmyki włosów, wysuwające się z upięcia, bo przecież żaden nie mógł wystawać - nie tak została przez tę kobietę wychowana. Prawdziwa dama kontroluje, co dzieje się z jej ciałem i włosy są jego częścią. Postanowiła też założyć już maskę. Do oficjalnego rozpoczęcia było jeszcze trochę czasu, ale równie dobrze mogła odebrać matce jeden z argumentów do wytykania jej błędów. Górną połowę jej twarzy zasłoniła złota, ażurowa ozdoba, w której prawy bok wpięte były granatowe pióra.
Zeszła po schodach, spoglądając też przy okazji na scenę. Duże ryzyko, duża nagroda. Serce znów zabiło jej mocniej w nerwach, choć te nie były wywołane tremą przed występem. Szeroki uśmiech Celestio na moment pojawił się przed oczami jej wyobraźni. Był zbyt pewny siebie, to niepokojące.
Otrząsnęła jednak głowę z tych myśli i podeszła bliżej swojej rodziny, zatrzymując się obok ojca jakby nigdy nic.
- Dzień dobry, jak się państwo zapatrują na dzisiejszy koncert? - spytała. - Zaiste, piękny mamy wieczór i ja osobiście myślę, że taki pozostanie.
Zaśmiała się, gdy zwrócili na nią uwagę i przytuliła się krótko do ojca. Potem przypomniało się jej, że prawdopodobnie nie powinna była tego robić, bo nie wypadało, więc dygnęła krótko na przywitanie z pozostałymi.
- Tak dobrze was widzieć! Zupełnie się nie spodziewałam. Przyjechaliście tylko na bal, czy coś innego cię tu sprowadza? - ostatnie pytanie skierowała już bezpośrednio do ojca, nie sądziła bowiem, żeby matka, czy Sara miały tu cokolwiek konkretnego do załatwienia, poza towarzyszeniem głowie rodu, bądź szukaniem ofiary na męża dla dziewczyny. - Dawno mnie nie słyszałeś. Cieszy mnie, że będę mogła zagrać dziś też dla ciebie.
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

11
Jakkolwiek niespodziewana była obecność najmłodszej córki państwa von Darher na podobnej uroczystości, Paria mogła mieć pewność, że nie była ona zupełnie przypadkowa, a i bardzo wątpliwe, aby wynikała z inicjatywy ich ojca. Tobias miał zazwyczaj dostatecznie dużo rozumu i wyobraźni, aby unikać zabierania jej na równie ważne wydarzenia, choć oczywiście nie zawsze dało się tego uniknąć. Ciężko było zamykać jakiekolwiek drzwi przed nosami młodych szlachcianek i szlachciców, zwłaszcza tych najbardziej rozpieszczonych i zuchwałych. Choć Sara znała etykietę, a jej maniery były wręcz książkowe, sposób, w jaki siebie wyrażała oraz brak jakichkolwiek, sensownych zainteresowań oraz wiedzy wykraczającej poza tą obowiązkową osobie jej pochodzenia, mogły wprawiać w zakłopotanie, żeby nie powiedzieć - ośmieszać i żenować! Trudno powiedzieć, jakim więc cudem towarzyszący jej młodzieńcy nie uciekali jeszcze w popłochu. Być może kwestia głębokiego dekoltu jej szkarłatnej sukni?
Tymczasem damą towarzyszącą Tobiasowi niezaprzeczalnie okazała się jego małżonka. Gdy obydwoje obracali się w stronę Parii, ta przez sekundę mogła dostrzec usta wykrzywione w kwaśnym wyrazie, zanim przysłonił je rozłożony naprędce wachlarz. Ciężko stwierdzić, czy była to reakcja na niespodziewane pojawienie się pasierbicy, czy raczej przerwaną tymże wymianę zdań. W przeciwieństwie do niej Tobias nie starał się jednak ukrywać własnych odczuć. Pierwszemu zdziwieniu towarzyszył wyraz ulgi, który później przerodził się w niekłamaną radość.
- Libi! - mężczyzna odpowiedział równie krótkim, acz mocnym i wiele mającym do zakomunikowania uściskiem, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha. Wyraźnie przybyło mu nieco zmarszczek pod oczami od ostatniego spotkania. - Cóż za wspaniała niespodzianka! Tak jak myślałem, nie miało prawa zabraknąć tu dzisiaj mojej utalentowanej córki!
- Zaiste. - odparła odrobinę cierpko Lydia, wzrokiem przywołując mężczyznę do porządku, na co tamten automatycznie się wyprostował i odchrząknął.
- Co do powodu naszej obecności-... - zaczął już spokojnym i opanowanym tonem Tobias, zanim w słowo nie weszła mu małżonka.
- Twój ojciec stara się o zawiązanie nowych stosunków biznesowych i partnerstwo z Baronową Bourbon. - wyjaśniła Lydia, której spojrzenie ostrożnie taksował każdy element stroju Parii. O dziwo wydawała się niemal zadowolona z tego, co zobaczyła, ponieważ gdy sekundę później z cichym kliknięciem zamknęła wachlarz, jej usta wykrzywiał wyniosły, ale niemal zadowolony uśmieszek.
- Khm. Bardziej wypadałoby powiedzieć, o odnowienie ich. - poprawił kobietę delikatnie, przytakując jednak zgodnie głową. - Baron i ja byliśmy wspólnikami w kilku większych inwestycjach.
Zapadła krótka, stosowna cisza dla uczczenia pamięci zmarłego.
- A przy okazji stworzyło idealną sposobność dla lepszego zapoznania Sary i jej narzeczonego, Lorda La'Rosh . - dodała zaskakująco entuzjastycznie, zerkając w stronę dziewczyny, która była tak zajęta kokietowaniem wyższego z dwojga mężczyzn, że w ogóle nie zauważyła pojawienia się Libeth.
Oho! Najwyraźniej sporo ją ominęło, czyż nie? Lydia jakimś cudem załatwiła ulubionej córuni przyszłego męża! I na dodatek wyglądało na to, że Tobias miał na ten temat mocno mieszane zdanie, patrząc po jego minie. Nie wydawał się jednak chętny do sprzeczania bądź dyskutowania na ten temat. Mógł co najwyżej bezdźwięcznie westchnąć, rzucając Parii spojrzenie pełne wątpliwości.

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

12
Ani Paria, ani jej ojciec nie ukrywali radości z tego, że było im dane się dziś spotkać. Znacznie bardziej powściągliwa pod tym względem była matka, ale przecież nie było to absolutnie nic nowego. Za to uśmiech na twarzy Tobiasa na widok córki sprawiał, że ta momentalnie zapomniała o swoich poprzednich obawach i frustracjach. To był człowiek, który ją doceniał, wspierał niemal na każdym kroku i traktował jako ważną część swojego życia, nawet jeśli nie widzieli się przez długie miesiące. Gdy jednak odezwała się matka, Paria pożałowała, że nie znajdują się teraz tylko we dwoje z ojcem na jednym z tarasów ich rezydencji, pijąc chłodne wino bez stresującego towarzystwa wyniosłej kobiety.
Gdy nie padł żaden przytyk do jej wyglądu, a wręcz przeciwnie, bo w spojrzeniu matki Libeth doszukała się odrobiny uznania, ogarnęło ją uczucie zadowolenia. Zawsze podświadomie usiłowała doprowadzić do tego, by żona jej ojca była z niej dumna choćby w połowie tak bardzo, jak on sam. Zabiegała o jej względy przez długie lata, by ostatecznie dojść do wniosku, że jej działania są bezskuteczne i bezsensowne. Pogodziła się z losem i z kąśliwymi uwagami wypowiadanymi zarówno za jej plecami jak i prosto w twarz. Może dlatego teraz ten lekki uśmiech wydał się tak ogromnym postępem. Fakt, Paria wyglądała dziś naprawdę dobrze, a do tego nie była obwieszona dzwoniącymi, metalowymi talerzykami i jej buty nie stukały głośno przy każdym kroku, a tego Lydia wyjątkowo nie lubiła. Wpasowywała się w jej gust. Ciekawe, czy ze swoją muzyką również będzie w stanie wpasować się choć trochę.
- Nie potrafię opisać jak się cieszę, że zgraliśmy się w czasie, w takim razie - uśmiechnęła się do ojca.
Słysząc o narzeczonym Sary, z zainteresowaniem wychyliła się, by ocenić wysokiego mężczyznę, z którym obecnie z zaangażowaniem flirtowała jej młodsza siostra. Trzeba było przyznać, że do tego akurat miała naturalny talent. Lord La'Rosh wyglądał nie najgorzej, ale Paria z reguły oceniała ludzi na podstawie tego, co mieli do powiedzenia, nie wyglądu.
- Chyba nie było mnie w domu dłużej, niż mi się wydawało - stwierdziła cicho, z lekkim zaskoczeniem w oczach. - Gratuluję! Cieszę się szczęściem Sary! To ważne wieści, ojcze, dlaczego do mnie o tym nie napisałeś?
Gdy spostrzegła jego zwątpienie, zmarszczyła ukryte pod maską brwi i zerknęła na nieznajomego lorda ponownie.
- Kim jest mój przyszły szwagier, w takim razie?
Tak samo, jak przedtem taksowała spojrzeniem Celestio, tak teraz przyglądała się nieznajomemu. Wtedy jednak szukała niedoskonałości, teraz była po prostu zaciekawiona czego mogła się spodziewać po tej personie.
- Chętnie się z nim zapoznam, jeśli będą ku temu okoliczności - dodała jeszcze cicho, dochodząc do wniosku, że w tej chwili nie powinna przeszkadzać tamtej dwójce. Wypadało pozwolić mężczyźnie, by tego wieczoru mógł w pełni, do głębi poznać osobowość swojej przyszłej żony. Pół godziny powinno wystarczyć, mogła poczekać.
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

13
Cienkie już i tak z natury usta Lydii zacisnęły się w jeszcze cieńszą linię, a idealnie symetrycznie wyskubane brwi zmarszczyły.
- Dowiedziałabyś się wszystkiego osobiście, gdybyś od czasu do czasu zechciała odwiedzić swój rodzinny dom. - odpowiedziała zamiast Tobiasa, który w szybkiej interwencji złapał małżonkę za dłoń i lekko ścisnął.
- Już, już. Nie ma powodu do nerwów. - uspokajał.
- Nie jestem zdenerwowana. - zaprzeczyła co prawda na przekór, ale i tak rozluźniła się dużo szybciej, niż można by tego po niej oczekiwać. - Stwierdzam oczywiste fakty. I nie próbuj się nawet ze mną sprzeczać! Dobrze znam tę minę, Tobiasie. Doskonale rozumiem, że kariera i pogoń za marzeniami jest dla niektórych ważniejsza niż rodzina, ale to nie znaczy, że powinno się o niej zupełnie zapominać na długie miesiące!
Pomyślałby kto, że pozbycie się Libeth z domu powinno być Lydii na rękę. Czyżby faktycznie tęskniła? A może po prostu musiała się do czegoś przyczepić i pobiadolić, aby odbić sobie odcięcie od wieloletniej rutyny na tak długi czas? Trudno było doprawdy ocenić. Macocha nigdy nie należała do nadmiernie wylewnych dam, nawet wobec swoich prawowitych potomków czy też męża.
- To przede wszystkim wciąż względnie świeża sprawa. - wyjaśnił szybko córce Tobias, uśmiechając się przepraszająco. - Nic nie zostało jeszcze oficjalnie ani ostatecznie podjęte. - ostatnie słowa miały w sobie więcej nacisku, niż normalnie wymagałoby tego typu sformułowanie, nawet w przypadku wyjątkowo zawziętego i niechętnego ożenkom córek ojca. Pani von Darher wywróciła na to jedynie oczami.
- Proszę cię, mój drogi. To tylko kwestia czasu. Dobrze wiesz, jak Sara patrzy na młodego La'Rosh od czasu jego powrotu na Wyspy. - w przeciwieństwie do męża, matka Sary była wyraźnie w siódmym niebie na myśl o małżeństwie wymienionej dwójki. - Lord Damon La'Rosh jest żołnierzem i kolekcjonerem dzieł sztuki. Można rzec, że obie te rzeczy idą u nich w parze od zarania dziejów, niczym tradycja rodzinna z dziada pradziada. Tytuł szlachecki zdobyli za służbę oraz osiągnięcia podczas wojny domowej z Portem Erola czterdzieści lat temu. Ojciec młodego La'Rosha i ja... - tu rzuciła szybkim, dyskretnym spojrzeniem w stronę Tobiasa. - Znamy się praktycznie od dziecka. To dobra, porządna rodzina, wbrew plotkom, o których nie będę mówić, ponieważ wspominanie o nich jest poniżej godności, tak samo, jak dawanie w nie wiary. - zakończyła mocno i dobitnie, jakby nie chcąc pozostawiać żadnych wątpliwości co do swojej oceny. Ani tym bardziej miejsca na ewentualne sprzeczki, do których zapewne musiało już dochodzić. Tobias zmarszczył nieco brwi, rozważnie postanawiając faktycznie milczeć.
Gdy Paria ponownie spojrzała w stronę Sary i jej towarzyszy, niższy z dwójki, ten, który od początku sprawiał wrażenie niekoniecznie szczęśliwego ze swojej pozycji, właśnie poklepał przyjacielsko Damona po ramieniu, skłonił się młodej van Darher i oddalił nienadmiernie pospiesznie, ale też niedostatecznie wolno, aby nie dało się wyczuć intencji.
Pozostawiony sam na sam z Sarą La'Rosh spojrzał w pierwszym odruchu za znajomym, zamiast już w pełni przeniósł na nią swoje zainteresowanie. Jego wzrok był poważny, gdy nachylał się do jej ucha, a następnie coś na nie szepnął. Tryskająca dotąd niezmąconą pewnością siebie dziewczyna nagle zamarła, by zaraz potem spuścić NIEŚMIAŁO oczy. Jakby tego było mało, gwałtownie zalała się zumieńcem, który sięgnął nie tylko jej uszu, ale również nadmiernie wyeksponowanego dekoltu! Tak, Sara naprawdę, absolutnie realnie została zmuszona do praktycznie obcej jej reakcji! Nawet ona nie potrafiłaby zagrać niczego takiego równie perfekcyjnie!
Zadowolony z takiego przebiegu zdarzeń, a może bardziej z nagłego zamilknięcia bez przerwy dotychczas trajkoczącej szlachcianki Damon, korzystając z nadarzającej się okazji, przywołał ruchem ręki jednego z rozbieganych po sali służebnych. Sara co prawda uśmiechnęła się, gdy przyjmowała od niego wysoki kieliszek napoju, ale nadal nie odważyła się spojrzeć narzeczonemu prosto w oczy. Paria mogła go nie znać, a jednak czuła od mężczyzny dziwne wibracje.
- A skoro już przy tym jesteśmy - zaczęła ponownie Lydia, wyswobadzając dłoń z objęć palców męża, aby również przyzwać do siebie jednego ze służących. Niosący szeroką tacę kieliszków z winem młodzik, prędko do nich doskoczył, skłaniając głowę i oferując całej trójce orzeźwiający trunek. - Co z twoim życiem uczuciowym, moja droga? - oczy Lydii zwęziły się. - Kariera karierą, ambicje ambicjami, a lata uciekają. Młodsza nie będziesz. Mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę?

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

14
- Strasznie was przepraszam. Obiecuję, że w najbliższym czasie pojawię się w domu, choćby na kilka dni - Paria uśmiechnęła się do matki. - Nie sądziłam, że tak ci mnie brakuje. Za dwa tygodnie mam krótką przerwę od koncertów, mogę ją spędzić z wami.
Nie podejrzewała, by Lydia mówiła o tym z faktycznej tęsknoty, bo obecność Libeth w domu była zazwyczaj źródłem połowy jej narzekań - zawsze było coś, co jej przybrana córka robiła źle. A może o to właśnie chodziło? Może po tym, jak wszystkie jej dzieci stopniowo opuszczały gniazdo, w tym najwyraźniej już powoli również Sara, Lydia potrzebowała jednej osoby, na której skupiłyby się jej matczyne uwagi? Tak czy inaczej, Paria poważnie rozważała powrót do rodzinnej rezydencji na kilka dni i wcale nie ze względu na jej komentarz. To nie za nią się tak stęskniła.
Ojciec wyglądał na wyjątkowo niezadowolonego z tego, kto otrzymał miano narzeczonego - czy też potencjalnego narzeczonego - jego najmłodszej córki. Może gdyby nie wiszący nad nim cerber w postaci żony, Tobias powiedziałby Parii o czym tak naprawdę myśli, przecież zawsze był szczery wobec niej. Musiała tylko gdzieś go stąd odciągnąć - gdzieś, gdzie będą mogli w spokoju porozmawiać. Może faktycznie nie przepadała za Sarą, ale dziewczyna wciąż była jej młodszą siostrą. Wychowywały się razem i łączyło je wiele wspólnych wspomnień, nawet jeśli ostatecznie nie miały teraz zbyt wielu wspólnych tematów. Libeth zależało na jej szczęściu. Czy żołnierz i kolekcjoner sztuki mógł jej je dać? Zwłaszcza taki, który był w stanie doprowadzić ją do zamilknięcia i oblania się rumieńcem? Kto wie, może właśnie tego potrzebowała, a może z tym człowiekiem było jednak coś nie tak. Zamierzała znaleźć go jeszcze dziś i zamienić z nim kilka słów, bo choć nie miała nic do powiedzenia w kwestii decyzji zamążpójścia Sary, tak mogła wyrobić sobie swoje własne zdanie na jego temat i wykorzystać wrodzoną perswazję do wybicia go dziewczynie z głowy. W końcu była tak młoda, przecież miała mnóstwo czasu.
Powstrzymała się przed ostentacyjnym westchnięciem i przewróceniem oczami, gdy padło pytanie o jej życie uczuciowe. Zamiast tego sięgnęła po jedną ze słodkich przekąsek na stole obok i przedłużyła swój czas na przemyślenie odpowiedzi o te kilkanaście sekund spożywania jej, bo przecież nie mogła mówić z pełnymi ustami, czyż nie?
- Całkiem możliwe jest, że dziś dotrze do was pogłoska na temat mojego domniemanego związku z pewnym muzykiem - odezwała się w końcu. - Ale to nie jest prawda. To nieporozumienie, które wydarzyło się w sali kominkowej przed chwilą i już zdążyło się roznieść. Moje... życie uczuciowe... hm.
Rozejrzała się po sali, szukając wyjaśnienia wśród niebieskich draperii i zaabsorbowanych swoimi sprawami ludzi. No co ona jej miała powiedzieć.
- Mam wiele miłości w sercu, matko, ale to jest miłość do sztuki. Nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać kogoś, kogo rozkochałabym w sobie tak, jak ty ojca - kąciki jej ust uniosły się w lekkim uśmiechu. - Ani kogoś, kto spełniłby moje nierealistyczne oczekiwania i wytrzymałby nieustanne podróże. Zresztą oni wszyscy zazwyczaj zakochują się po występach, a ja jestem przecież czymś więcej, niż tylko swoją muzyką i słowikiem do zamknięcia w klatce - wzruszyła ramionami. - Nie martw się, matko. Sara z pewnością przyniesie ci wnuki.
Zanim zdążyło paść kolejne pytanie na ten temat, bądź jeszcze inna kąśliwa uwaga, Paria zerknęła przez ramię na tańczących. Muzycy skończyli właśnie jeden utwór i zmieniali instrumenty, by zagrać coś nowego. Gdy zaczęła się fraza, a parkiet wypełnił się kilkoma parami, które również rozpoznały utwór, kobieta uśmiechnęła się i wróciła wzrokiem do ojca.
- Grają Pieśń Północy - dygnęła lekko, a potem wsunęła dłoń mężczyźnie pod ramię. - Zechcesz zaszczycić córkę tańcem?
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

15
Lydia ściągnęła usta, choć tym razem, zamiast marszczyć brwi do kompletu, posłała Libeth znajome, przeszywające spojrzenie. Bardzo dla niej typowe za każdym razem, gdy przyszywana córka ośmielała się rzucić komentarzem, na który nie wypadało głośno się nie zgodzić, acz z którym faktycznie się nie zgadzała i mimo wszystko wciąż musiała to jakoś zakomunikować. Kącik ust Tobiasa drgnął z kolei ledwie zauważalnie ku górze w przejawie wewnętrznego rozbawienia, które w podobnych momentach starał się jak zawsze trzymać pod kontrolą.
- Hmpf! - prychnęła wreszcie starsza kobieta, odrzucając ruchem głowy kosmyki, które nigdy nie wysunęły się z idealnie upiętej, wysokiej fryzury. - Za kogo mnie niby masz? Wyrodną matkę? To oczywiste, że żaden rodzic nie chce być zapomniany przez dzieci, które wychowywał w pocie czoła. - odparła wyniośle, jak gdyby faktycznie mogła uchodzić za poprawną, troskliwą rodzicielkę. Choć kto wie, być może w swoich własnych oczach naprawdę się za taką uważała.
Upijając drobnymi łyczkami z kieliszka, Lydia jedynie uniosła odrobinę brwi na wieść o rzekomej plotce, która to miała powstać na temat Prii. Tym razem nie wyglądała jednak na nadmiernie zaskoczoną, w przeciwieństwie do męża. Wielokrotnie zdarzało jej się narzekać na wpływ, jaki miały na ich nazwisko niekończące się pogłoski na temat pasierbicy.
- Nawet nie chcę wiedzieć, co zrobiłaś, aby sprowokować jej powstanie. - westchnęła co prawda z dającą się wyczuć dezaprobatą, aczkolwiek komplement, jaki Libeth zgrabnie wplotła w dalsze wyjaśnienia, skutecznie odwiódł ją od ewentualnego kontynuowania prawdopodobnego utyskiwania.
Być może Lydia i Tobias nie zawsze się zgadzali. Być może ich charaktery różniły się niczym przysłowiowy ogień i woda. Nie byli stanowili pary idealnej, bo niby jaka para taka rzeczywiście była? Niemniej, choć ich związek powstał - jak wiele innych wśród szlachty - z wcześniejszego zaaranżowania go przez rodziców obu stron, mieli przynajmniej tyle szczęścia, że obydwoje byli sobą od początku zainteresowani. Zainteresowani, a później i przywiązani do siebie dostatecznie mocno, aby przetrwać skoki na boki jednej ze stron. Od przyjścia na świat bękarciej córki, Lydia zaczęła zresztą mieć ogromne baczenie na swojego partnera, ściągając wcześniej luźną smycz. Nie wyszło im to o dziwo wcale na złe.
- Cóż. Nie zamierzam po raz setny prawić morałów na temat tego, jak młoda kobieta twojego pochodzenia powinna, a jak nie powinna się zachowywać. Nie dzisiaj i nie tutaj. I tak dobrze wiemy, że twoje uszy pozostaną głuche na wszelkie rady tego rodzaju. - rzucając wymowne spojrzenie, upiła kolejny łyk trunku. - Spróbuj przynajmniej wziąć pod uwagę, że nie będziemy żyć wiecznie i to nie my będziemy w stanie podać ci szklankę wody na starość, gdy sama nie będziesz w stanie tego zrobić.
Lady z domu van Darher z pewnością miałaby na ten temat jeszcze więcej do powiedzenia, gdyby nie sprytna metoda ucieczki przed podobną katorgą, którą Tobias równie chętnie co jego córka postanowił wykorzystać.
- Gdzieżbym śmiał odmówić! - odpowiedział entuzjastycznie na zaproszenie, praktycznie wpychając wciąż ściskaną w dłoni lwią maskę żonie. - Tak, kochanie, obiecuję, że założę ją, gdy tylko wrócimy. - dodał pospiesznie, rzucając jeszcze w jej stronę na tyle przepraszający uśmiech, na ile potrafił. Nie był więc nadmiernie przepraszający, siłą rzeczy.
Prowadząc córkę na parkiet, Tobias wreszcie mógł się w pełni rozluźnić.
- A zatem plotka o twoim rzekomym związku-... - zaczął z udawaną powagą, wykonując na końcu iście dramatyczną pauzę. - Proszę, nie mów mi, że i ta ma związek z tym wymuskanym bardem, z którym tak bardzo kochasz chodzić na wojnę.

Wróć do „Stolica”

cron