Dzielnica Portowa

286
POST POSTACI: Agnes Reimann
Z wątku Pałac Viti'ghrów

Po niezobowiązującej pogawędce z elfem dotyczącej wszystkiego i niczego, Agnes została odprowadzona do konia, który cierpliwie na nią czekał. Dosiadła go i pożegnawszy się z magnatem, ruszyła z powrotem w stronę domu, faktycznie mając wrażenie, że pewien rozdział w jej życiu właśnie został zamknięty, a kolejny, pusty, tylko czeka, aż go wypełni ciężką pracą i jej owocami.

Po kąpieli zaserwowanej przez Flavię Agnes nie zaprzątała sobie głowy dokumentami, tylko od razu ruszyła do łóżka, które kusiło miękkim materacem. Rozłożywszy się na środku, kobieta westchnęła ciężko, zatapiając się w cienkim materiale kołdry. Nagle poczuła się starsza o dziesięć lat, co nijak nie poprawiło jej humoru. Dopiero teraz, po całych dwóch dniach tak intensywnego zamartwiania się zmęczenie dało się we znaki. Tak też bardzo szybko zasnęła, wtulając głowę w poduszkę, wdychając pozostały po wczorajszej nocy zapach jej kochanka.

Sen nijak nie przyniósł ukojenia, okraszony był bowiem przebłyskami Vasati, która nawet po śmierci nie potrafiła dać spokoju kobiecie. Całe szczęście, że wszelkie mary senne przeminęły razem z przebudzeniem i pozostał niesmak koszmaru, którego nie potrafiła zapamiętać.

Na kolejne dni Agnes ostrzegła wszystkich, aby nie zawracali jej głowy, o ile nie będzie to coś naprawdę pilnego. Przede wszystkim zleciła służbie poszukiwania kupca na odziedziczonego po jej rywalce wierzchowca, samej nie mając z niego żadnego pożytku. Zwierzę będące własnością majętnej bądź co bądź elfki musiało kosztować chociaż tyle, aby pokryć rachunki medyczne, a może i nawet zrekompensować grzywnę i jeszcze oby wrzucić co nieco do oszczędności.

Kolejną rzeczą, jaką zajęła się inżynier, była lista zakupów. Tę zleciła specjalnie posłańcom i Flavii – dziewczyna miała zająć się próżniejszą częścią, którą były ubrania dostosowane pod tropikalną dżunglę – lekkie, przewiewne materiały, które może i nie trafiały bezpośrednio w gusta Agnes, ale miały spełniać swoją rolę. Ta była jasno określona – miała nie upiec się w nich, nie wyglądać jak kurtyzana, a jednocześnie chronić możliwie jak najbardziej przed wszędobylskimi owadami. Ani jedna suknia nie znalazła się na jej liście. Były tam za to spodnie, buty, koszule i kapelusze. Posłańcy mieli zakupić materiały alchemiczne, dosyć prozaiczne zresztą. Na liście znajdywały się zioła i substancje, które w połączeniu mogły chronić ją przed oparzeniami, ukąszeniami, a także prostymi dolegliwościami. Znalazło się także kilka katalizatorów i uniwersalnych składników, które mogły się przydać, gdyby znalazła coś ciekawego na liście. Były tam także inne, bardziej prozaiczne rzeczy, jakie zamierzała zabrać ze sobą.

Jeśli Rafael był w stanie, zleciła mu zabranie do bezpiecznego skarbca, jakie na pewno się znajdywały na terenie stolicy, projektów, których nie zamierzała zabierać ze sobą. Wcześniej oczywiście je segregowała, biorąc ze sobą to wszystko, co uznała, że będzie jej potrzebne na wyspie. Reszta miała wylądować w banku, gdzie nikt nie dotknie jej tego, dopóki nie powróci na Taj'cah.

Porozmawiała także z Sonią, którą poinformowała, że zamierza dać szansę bliźniakom, ale będą musieli dobrać priorytety. Zapewniła ją takżę o tym, że ich bezpieczeństwo będzie jej priorytetem i żaden z nich nie wściubi nawet nosa w krzaki. Następnie bez względu na to, czy ci się w końcu zdecydowali, rozdysponowała służbą. Sonia i Rafael mieli zostać na miejscu i pilnować domu pod jej nieobecność razem z posłańcami i dwójką ochroniarzy. Flavia, Jacob i być może bliźniacy mieli z nią popłynąć. Służka oczywiście była niezastąpiona i miała jej służyć tak, jak wcześniej, zaś Jacob wykazał się na tyle, że jemu zaufała najbardziej jako komuś, kto będzie strzegł jej życia na miejscu. Resztą miał się zająć Sehlean i w miarę możliwości Victor.

Finanse domowe także powierzyła Rafaelowi, który miał dbać o przepływ pieniędzy, opłacanie rachunków i pensji. Sama zaś przez najbliższe dni domykała kontrakty i rachunki, chcąc nie mieć na sumieniu tylu niedokończonych spraw. Następnie zaczęła zabierać się za planowanie swojego pobytu na wyspie, włącznie z powolnymi kalkulacjami, opóźnieniami i możliwymi wdrożeniami. Chciała faktycznie od razu zacząć budować kolonię i tartak, zaś w przyszłości zająć jakiś kamieniołom. Zaczęła rozpisywać materiały, których jej ludzie będą potrzebowali i liczyć ilość rąk do pracy, jakie będą jej potrzebne. W międzyczasie przetrząsała także książki i materiały geograficzne o Kattok, starając się doinformować jak tylko mogła o przeszłości wyspy, rzeczach, które się na niej znajdowały, a co mogło kiedyś bądź nawet niedługo opłacić się i stać profitem. Patrzyła na lokalną faunę i florę, oceniając jej przydatność, patrzyła na dawne skupiska ludzkie, kopalnie, kamieniołomy i dawne tereny uprawne.

W noc przed wodowaniem położyła się do łóżka, nadal nieusatysfakcjonowana swoją pracą. Miała na głowie jeszcze pakunki, książki, które zamierzała zabrać, narzędzia alchemiczne i mechaniczne, a końca pracy widać nie było. Z tą myślą zasnęła, ekscytując się jednocześnie na dzień jutrzejszy... to jest wodowanie statków JEJ projektu. Zaś potem... dwa dni do wypłynięcia.

Dzielnica Portowa

287
POST BARDA
Obrazek

Utracone pożegnanie
MG: Paria
Gracz: Agnes Reimann


Oko za oko, a oślepnie cały świat.

Agnes nie potrzebowała dużo czasu, by z powrotem zatopić się w przygotowaniach, które przerwały niefortunne wydarzenia ostatnich dni. Służba, która dotąd mimo zamieszania miała jednak mniej zajęć, teraz została postawiona na nogi i sprawnie wywiązywała się ze swoich obowiązków. Sprzedaż konia faktycznie pokryła wszystkie wydatki, których przyczyną była Vasati i zapewniła kobiecie jeszcze trochę koron, jakie ta mogła dowolnie wykorzystać przed wyjazdem, bądź zaoszczędzić. Utrzymanie wierzchowca faktycznie było bezsensowne i problematyczne, zwłaszcza biorąc pod uwagę okolicę w jakiej znajdował się dom rudowłosej i fakt, że i tak za moment opuszczała wyspę. Na tę z kolei postanowił płynąć z nią tylko jeden z bliźniaków - Adrien. Była to decyzja, która kosztowała chłopaków wiele emocji, ale ostatecznie wydawali się przekonani, że to dobry plan. Wyglądało na to, że argumenty Agnes do nich przemówiły, jakkolwiek nieczułe one nie były.
Zaćmienie minęło następnego dnia, ostatecznie trwając trzy doby i ku uldze chyba wszystkich dobiegając wreszcie końca. Nad Taj'cah znów wyszło jasne, prażące słońce, a mewy i rybitwy latały po ponownie błękitnym niebie, co musiało uszczęśliwiać Sehleana. Agnes wiedziała od niego o wpływie, jaki ewenement pogodowy miał na magów, ale sama także odczuwała coś, co podświadomie łączyła z zaćmieniem. Od momentu, w którym niebo zasnuło się czerwienią, a taflę słońca przesłoniły dwa księżyce, dręczyły ją sny, z których budziła się zamyślona i nieco zdezorientowana. Nie tylko te, które dotyczyły Vasati. Coś ciągnęło ją do Mimbry, zmuszało do spoglądania w niebo, a nocami we śnie wołał ją głos, którego nie potrafiła przyporządkować nikomu, kogo znała. Te same wizje senne, powtarzające się co noc, w których widziała siebie na dziobie statku, za każdym razem prawie schodząc z niego w morskie odmęty, by tylko znaleźć się bliżej księżyca, trwały do momentu, w którym niebo nie powróciło do dawnego błękitu.


Dzień, w którym miało nastąpić wodowanie, okazał się przełomowym, nie tylko pod względem zawodowym. Choć zaćmienie dobiegło już końca, sen powrócił, tym razem z wyraźnym głosem przywołującym kobietę do siebie - i tym razem Agnes posłuchała, wychodząc na reling statku i bez zawahania stawiając krok w powietrze przed dziobem. Jeden, drugi, potem trzeci, ponad kotłującymi się falami.
A potem spadła.
Nie zanurzyła się w wodzie, a wpadła pomiędzy gwiazdy, w pustce widząc świat kształtujący się z niczego. Rzeczy, które istniały kiedyś i które jeszcze miały powstać, przelatywały przez jej myśli w zawrotnym tempie, ale choć było to oszałamiające, to zdawała się wszystko rozumieć. Gdy zamykała oczy, była sobą. Gdy je otwierała, jej umysł zdawał się obejmować całość istnienia, wszystko to, co kiedykolwiek chciała zrozumieć, a nie mogła. Wiedza, której nie miała, a która jednak należała do niej, przelewała się przez jej głowę jak czysty, choć zupełnie obcy strumień świadomości. Poszła za wołaniem księżyca; została połączona w jedno z iskrą, która nie mogła należeć do nikogo innego, jak do samego stwórcy.
Kiedy podniosła powieki, stała na środku swojej pracowni, z cyrklem w jednej i kawałkiem pergaminu w drugiej dłoni. To, co miało być snem, wcale nim nie było, a do Agnes dotarło, że została wybrana. Minął kwadrans, potem dwa, trzy, wreszcie godzina, a kobieta wciąż tkwiła w miejscu, nie niepokojona przez nikogo, w absolutnej ciszy i samotności układając w głowie to, co otrzymała w darze, o który nigdy nie prosiła. Świat wyglądał zupełnie inaczej. Jedne rzeczy nabierały więcej sensu, inne całkowicie go traciły, przyprawiając ją o zawroty głowy. Nikt jej tego nie wyjaśnił, ale też nie musiał, bo stało się to dla niej całkowicie klarowne - jej postęp miał wprowadzić świat w nową erę i miała ku temu błogosławieństwo bogów; może nawet samego Hyurina, jakkolwiek nie zakrawałoby to o herezję. Została dostrzeżona i nagrodzona, czymś, co mogło równie dobrze być darem, jak i klątwą - jak będzie w rzeczywistości, miało się jeszcze okazać.

Z transu wybudziło ją pukanie do drzwi, a potem widok Victora wchodzącego do pomieszczenia. Miał na sobie elegancką, haftowaną koszulę i szerokie spodnie, zebrane w całość czymś, co przypominało zachodni kontusz, ale nie miało rękawów i w pasie było spięte jedynie trzema klamrami. Jego broda była świeżo przystrzyżona, a włosy zaplecione w równy warkocz. Rzadko wysilał się, by wyglądać tak dobrze. Uśmiechnął się do niej szeroko, widząc ją zdezorientowaną, stojącą na środku pracowni z szeroko otwartymi oczami.
- Nie jesteś jeszcze gotowa? Musimy zaraz wychodzić - poinformował ją, wyciągając jej cyrkiel z ręki i włożył go do pudła, które pakowała.
Dłuższą chwilę zajęło jej dojście do siebie po przeżyciu, jakie obróciło do góry nogami jej postrzeganie świata. Powoli też do niej docierało, że gdzieś przepadły jej dobre trzy godziny. Owszem, ostatnią spędziła na wpatrywaniu się w ścianę, ale gdzie były pozostałe dwie? Wciąż czuła, jak w jej głowie układają się nowe zależności, zrozumienie nowych kwestii, tysiące nowych pomysłów i wizji, tych dotyczących przyszłości i tych przeszłych, jakie pokazała jej wizja zesłana przez bogów.
- Zostaw to już. Poproszę Flavię i Sonię, żeby ci pomogły, będzie szybciej - pokręcił głową z niedowierzaniem i odwrócił się, by znaleźć służbę.

Spoiler:
Obrazek

Dzielnica Portowa

288
Przygotowania szły wyjątkowo sprawnie – wszystko przebiegało tak, jak powinno, a nawet lepiej. Koń szybko został sprzedany, a dzięki byciu raczej dobrej jakości wierzchowcem udało się pokryć wszystkie rachunki i jeszcze z nich nieco zostało. Agnes postanowiła zostawić tę resztę Blaise'owi, który jednak został w stolicy, z niejakim bólem serca, jak to doskonale widziała. Kobieta zaczęła też rozglądać się powoli za jakimś cechem, ewentualnie pomniejszą gildią, w której chłopak mógł się szkolić. Może i na opłacenie całej nauki pozostałości po sprzedaży konia nie starczyło, ale mogło pokryć przynajmniej początki.

Zaćmienie także w końcu się skończyło, a niebo powróciło do jaskrawego błękitu. Ludzie ponownie wypełzli na ulicę z wyraźną ulgą, zwierzęta skrzeczały jak opętane i wszystko wyglądało, jakby nigdy się nie zdarzyło. Mimo tego gdzieś w tyle świadomości mieszkańców Taj'cah, szczególnie uzdolnionych magicznie, musiało to wydarzenie zostawić sporą traumę. I chociaż Agnes nie należała do tej części, i ją dręczyło coś dziwnego.

Sny, przyciągające ją do Mimbry, każące rzucić się w przestrzeń oceanu. Powtarzające się dzień za dniem, spełzające jej sen z powiek. Nie rozumiała, dlaczego tylko ta mara akurat nawiedzała ją w nocy i wolała nie wiedzieć. Skupiała się za to na przygotowaniach, już z samego rana szybko zapominając o dziwnych przeżyciach.

Aż do ostatniej nocy.

Ponownie stała na dziobie statku, zbliżając się do niesamowicie bliskiego księżyca, idąc powoli, aby tym razem bez wahania rzucić się w mroczny bezkres oceanu. Nie przemknęło jej przez myśl nic, co odwiodłoby ją od tego zdarzenia. Po prostu tam wpadła, lecz zamiast zimnych bałwanów przywitała ją przyjemna pustka. Była wśród gwiazd, obserwując stworzenie. Widząc początek i koniec, wszystko, co było pomiędzy, chłonąc strumień wspomnień i wiedzy, które ją nawiedzały. Widziała cywilizacje wznoszące się na ruinach poprzednich i samą siebie budującą wieżę, która miała sięgnąć boskiego wymiaru. Była jednocześnie sobą i kimś innym – rozumiała rzeczy, o których jej się nie śniło, obserwując proces entropii i czystego chaosu, spoglądając na tworzenie, na cud ludzkiego umysłu.

Otworzenie oczu i ujrzenie ściany pracowni nie przyniosło jej ukojenia. Wręcz przeciwnie, zaczęła gorączkowo przetrawiać, co właśnie zobaczyła... co zrozumiała. Stała w miejscu, trzymając insygnia nauki, kiwając się delikatnie i bez ruchu krążąc w swej głowie po oceanie możliwości, który zalał jej umysł. Układała wszystko, próbowała na nowo odnaleźć miejsce w tym świecie, co nie było trudne. Nie liczyła czasu, bo nie był on ważny, ani w tym, ani w żadnym innym momencie. Kontemplowała rzeczywistość na poziomie, o jakim nawet sobie nie wyobrażała.

Z rozmyślań wyrwało ją pukanie do drzwi. Oderwała w końcu wzrok od ściany, spoglądając nieobecnie na Victora, nie rejestrując zmiany w wyglądzie ani jego słów. Widziała w nim za to nie kogoś – coś, co przerwało proces zrozumienia. Miała odpowiedź na wszystko na końcu języka, a teraz uciekła jej ona bezpowrotnie i Agnes nie potrafiła jej już złapać. Zapragnęła nagle więcej, ponad to, czego i tak się dowiedziała, a to, bezwzględne coś, ukradło jej wiedzę.

Zaciskała dłonie na cyrklu i pergaminie, więc mężczyzna na pewno musiał jej to wyszarpnąć. Stała nadal w miejscu, wodząc za nim wzrokiem, jakby nagle stał się dla niej obcym człowiekiem. Upuściła bezwładnie kawałek papieru na podłogę, a gdy najemnik odwrócił się, aby odnaleźć... służbę? Agnes niemal upadła na podłogę, chcąc na niej usiąść. Zapomniała chyba, jak funkcjonuje ludzkie ciało, ale w jednym momencie zalała ją fala emocji. Zrozpaczonej próby zapamiętania istoty istnienia, zrozumienia działania wszechświata. Daru i klątwy, którym została obdarowana. Misji, którą jej wyznaczono.

Wyniesienia, którego właśnie dostąpiła.

Agnes Reimann nigdy nie płakała, ale w tym momencie, siedząc nieładnie na podłodze, nie wiedząc nawet, jak się tam znalazła ani co ma na sobie, zatopiła twarz w dłoniach i zaczęła płakać. Płakać z tęsknoty i złości, z przytłoczenia otaczającej jej rzeczywistości. Czuła w kościach, że już nigdy nie będzie po tym sobą.

Dzielnica Portowa

289
POST BARDA
Victor nie zdążył odejść daleko. Usłyszał moment, w którym Agnes osuwa się na podłogę i siada na niej z impetem, więc odwrócił się, by sprawdzić, co się dzieje. A gdy kobieta zaczęła płakać, momentalnie doskoczył do niej, przyklękając obok. Nie miał pojęcia, że przerwawszy przypadkiem jej trans, to on stał się przyczyną jej obecnego stanu.
- Bogowie, co się stało? - odgarnął włosy z jej twarzy i przesunął pocieszająco dłońmi po jej odsłoniętych ramionach. - Agnes?
Nie wiedziała, czy gdyby los dał jej więcej czasu, poznałaby odpowiedzi na wszystkie pytania, jakie kiedykolwiek postawiło i miało postawić przed nią życie. Boska iskra, która przeszyła jej ciało, prawdopodobnie rozsadziłaby jej głowę, gdyby wrzuciła w nią całą istniejącą wiedzę. Otrzymała jednak to, co otrzymać mogła, tyle ile była w stanie przetrawić swoim ograniczonym, ludzkim umysłem, a braki i tęsknota, które odczuwała, nie wynikały z tego, że ktokolwiek wszedł do pracowni. To, co czuła na końcu języka, ta wymarzona odpowiedź na wszystko, była dla niej równie odległa godzinę temu, co teraz, choć w tej chwili Agnes znacznie silniej zdawała sobie sprawę z własnej, ludzkiej niedoskonałości. Jednocześnie rozumiała znacznie więcej, niż kiedykolwiek przedtem, co wywoływało w niej pogardę dla tego, co reprezentowała sobą przedtem. Mogła się tylko domyślać, o jak wielu sprawach nie miała dotąd pojęcia.
Victor też nie miał pojęcia, choć nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że powinien jakieś mieć. Dla niego wyglądało to jak spóźnione załamanie, kryzys po przejściach, jakie miały miejsce kilka dni temu. Usiłował ją uspokoić znajomym dotykiem, nie wiedząc jak obcy nagle stał się on dla siedzącej przed nim kobiety. Nie rozumiał, bo jak mógł zrozumieć? Nie widział ani nie czuł tego, co zobaczyła i poczuła zapłakana pani inżynier. Nie czuł pustki, jaką zostawiała po sobie wymykająca się z jej umysłu iskra boża. Echo, które po niej pozostało, stawiało Agnes ponad większością ludzi, których znała i nie potrzebowała tego sprawdzać, by zdać sobie z tego sprawę.
- Co się dzieje? - spytał najemnik cicho, miękko, przesuwając zmartwionym spojrzeniem po jej nieprzygotowanej, wyciągniętej praktycznie prosto z łóżka osobie. - Powiedz mi, proszę. Poradzimy sobie ze wszystkim.
Zasłyszawszy jej niepowstrzymany szloch, do pracowni zajrzała Flavia i stanęła w progu, zdezorientowana. Wyraźnie nie wiedziała, jak i kiedy Agnes znalazła się tutaj, no i oczywiście nigdy nie widziała jej w podobnym stanie.
Obrazek

Dzielnica Portowa

290
POST POSTACI: Agnes Reimann
Wraz ze zrozumieniem, poszerzeniem wizji świata, przychodzi nieodparte wrażenie bycia jedynie mrówką w strukturze zwanej Herbią. Przychodzi zrozumienie nieznaczenia więcej, niż pyłek na boskim ramieniu, niż kwiat, który kwitnie tylko kilkanaście dni w roku, aby potem uwiędnąć i zamienić się w mgliste wspomnienie w oczach kwiaciarki. Wiedza, chociaż tak bardzo poszukiwana, przynosiła cierpienie i świadomość ulotności. Nie było to przyjemne uczucie.

Tak samo nieprzyjemne i przygnębiające było uczucie, że odpowiedź na wszystko, będąca na końcu języka, nigdy nie dostanie się w ręce Agnes, która chociaż teraz została wręcz przytłoczona wiedzą i potencjałem, pragnęła więcej. Jej zachłanność po zrozumieniu depresyjnych zasad funkcjonowania świata była jej zgubieniem. Tęsknota za wszechmogącym uczuciem już nigdy nie wygaśnie i kobieta zawsze będzie spoglądać w gwiazdy, wiedząc, jak niewiele zrobi, jak bardzo została przeklęta przez człowieczeństwo. Może i teraz stała się czymś więcej, może i została wyniesiona ponad innych i nikt teraz jej nie dorównywał, ale cena za wiedzę była drastyczna.

Głupi są szczęśliwsi, co do tego Agnes nie miała złudzenia.

Dotyk mężczyzny, jeszcze kilka dni temu tak pobudzający i kojący, przynoszący miłe wspomnienia, teraz parzył ją w skórę i wywoływał nieprzyjemne ciarki. Kobieta odsunęła więc od niego ramiona, patrząc jak na obcego człowieka. Czym były relacje, miłość? Przelotnym uczuciem, które pozostawiało po sobie tylko i wyłącznie ból, przyziemną przyjemnością niepasującą do takich, jak ona. Zabierała czas, zajmowała umysł ważkimi myślami i rozkojarzała, odciągając od naprawdę ważnych spraw.

Nikt nie może mi pomóc — powiedziała pustym, wyzutym nagle z emocji głosem, pociągając nosem. Wypłakała się ze wszystkiego, łącznie z uczuć. Pozostała pustka w jej duszy, niezaspokojony głód i obojętność na pojedyncze problemy. Odsuwając od siebie mężczyznę, wstała powoli, chwiejąc się jeszcze. Podeszła do biurka i wyciągnęła puste karty pergaminów, cyrkiel, który wcześniej Victor jej zabrał i rysik. Zaczęła nakreślać powoli wspaniałe plany, które przewinęły się jej podczas transu przez głowę. — Cena wiedzy jest potężna. Zabiera dziecięcą naiwność i przypomina o tym, jak nieważni jesteśmy. Nawet ja — przerwała, przekręcając głowę i patrząc na powoli rysujący się projekt maszyny. Potem kontynuowała, tak samo wyzutym z emocji głosem, jakby sama była teraz tylko powłoką. — Jeśli potrafisz nadać mi sens życia, jeśli potrafisz dać mi nieśmiertelność, abym mogła wykorzystać swój potencjał, jeśli wypełnisz pustkę świadomości bycia nikim we wszechplanie, zrób to teraz. W innym przypadku wyjdź. Mam ważniejsze sprawy na głowie, niż emocjonalne pogawędki o moich uczuciach.

Zacisnęła usta i dorysowała kilka elementów do powoli tworzącego się mechanizmu. Kilka zębatek połączonych ze sobą, mających tworzyć większą formę zegarka, który leżał obok na stole. Symbol upływającego czasu, przypominający jej o tym, jak szybko przeminie. — Nikt mi już nie pomoże... — wyszeptała tylko, patrząc na wskazówki, tym razem z desperacją w głosie, ponownie mając w kącikach oczu łzy.

Nie pamiętała o dzisiejszym wodowaniu, ani kolacji. Miała teraz kryzys egzystencjalny, więc jak miała się tam w ogóle pojawić?

Dzielnica Portowa

291
POST BARDA
Jej reakcja zaskoczyła Victora. Nie rozumiał, skąd brał się jej chłód względem niego i niechęć do bliskości. Gdy go od siebie odsunęła, a potem wstała, mężczyzna przyglądał się jej jeszcze przez chwilę, klęcząc na jednym kolanie i nie ruszając się z miejsca. Być może byłaby w stanie wyczytać więcej emocji z jego twarzy, gdyby tylko spróbowała, ale w tym momencie miała inne rzeczy na głowie, niż przejmowanie się jego odczuciami.
W końcu usłyszała za plecami, jak wstaje i robi kilka kroków w stronę wyjścia z pracowni.
- Nie będziesz miała emocjonalnej pogawędki o uczuciach - w głosie Victora zabrzmiał chłód, podobny do tego, który wcześniej widniał w jej oczach. - Nie wiem co ci siadło na głowę dziś. Nie jestem w stanie dać ci nieśmiertelności i ty też nie jesteś w stanie jej sobie dać ślęcząc teraz przez cały dzień nad projektami. Może znajdziesz sens życia na tym pieprzonym Kattok, jak jakimś cudem tam dopłyniesz.
Podszedł do Flavii i wydał jej kilka krótkich poleceń. Dziewczyna przyjęła je, ukłoniła się z przyzwyczajenia i pobiegła w swoją stronę, prawdopodobnie mimo nagłego buntu rudowłosej zamierzając przygotować dla niej kąpiel, śniadanie i coś, w co mogła się ubrać na dzisiejszy dzień. Victor tymczasem wrócił do Reimann, która rozrysowywała właśnie jakiś zupełnie nowy plan. Przesunął spojrzeniem po pierwszych liniach, by ostatecznie położyć dłoń na pergaminie, uniemożliwiając dalsze tworzenie projektu, i unieść zirytowany wzrok na jej zapłakaną twarz.
- Masz zobowiązania na dzisiaj. Weź kąpiel i zjedz śniadanie. Wodują twoje statki i czekają na ciebie ludzie z Syndykatu, pamiętasz to jeszcze? - przypomniał. - Chyba że od tego też masz ważniejsze sprawy na głowie.
Nawet jeśli chciała to potwierdzić, najemnik nie zamierzał jej słuchać. Dla niego to były wymysły jej wizjonerskiego umysłu, nagle poruszonego jakąś nową myślą i jakkolwiek zazwyczaj było to urocze, tak teraz wyjątkowo rzucało wszystkim kłody pod nogi.
- Daj mi to - wyciągnął rękę po rysik, który zaciskała w dłoni. - I idź się przygotować. Będziemy spóźnieni, ale raczej na ciebie poczekają.
Obrazek

Dzielnica Portowa

292
POST POSTACI: Agnes Reimann
Kobieta kompletnie zignorowała coś, co w normalnym stanie przyjęłaby co najmniej z irytującą drzazgą w duszy. Brakowało tylko, aby Victor nazwał ją po nazwisku, ale teraz naprawdę miała to gdzieś, zbyt zajęta kreśleniem prostych linii i bazgraniem na granicy nieczytelnych notatek. Zaczęła nawet powoli pochłaniać się w tym, co robiła, zapominając o brutalnym uświadomieniu sobie własnej kruchości. Kreska za kreską, słowo po słowie, na jej pergaminie rozpoczęła się nowa podróż, coś znacznie bardziej doskonałego, co było chociaż zbliżone do jej nowej wizji. Musiała to wszystko zapisać, narysować, nakreślić, póki ma głowę pełną pomysłów, póki... póki...

Jej lewa, dominująca zresztą dłoń z impetem wpadła na rękę Victora, niszcząc całe arcydzieło. Agnes syknęła i rozpalonym wzrokiem spojrzała na mężczyznę, dopiero teraz słuchając, co ma jej do powiedzenia. Fuknęła i odsunęła głośno krzesło, trochę dąsając się niczym mała dziewczynka, po czym wyszarpnęła spod jego dłoni kawałek pergaminu, drąc go na strzępy. — Wszystko na marne... — mamrotała, rozrzucając kawałki papieru wokół, przypominając teraz bardziej szaleńca. Rozglądnęła się, jakby szukała co najmniej narzędzi mordu, po czym chwyciła swój zegarek, otwierając i sprawdzając godzinę.

Jak mam patrzeć na coś tak ohydnego? — zapytała samej siebie, zamykając wieczko urządzenia. Pytanie mogło być zinterpretowane różnorako – może chodziło jej o statki, może o zegarek, a może o nią samą bądź Victora? — Jak mam wyjść na świat, wiedząc, jak bardzo jest ułomny i niegodny?

Jej dłoń zadrżała i ponownie szarpnął nią konwulsyjny płacz. Odrzuciła zegarek z powrotem na stół i depcząc poszargane resztki planów jego kuzyna, chwiejnym krokiem, w samej koszuli nocnej, wyszła na korytarz. Niczym zjawa rozejrzała się po korytarzu, szukając ofiary i ruszyła do pomieszczenia z balią, gdzie miała podobno na nią czekać kąpiel. Szła mechanicznie, jakby do końca nie wiedziała, że faktycznie zmierza w tamtą stronę.

Równie mechanicznie zdjęła z siebie odzienie i wpatrując się w pustą ścianę, pozwoliła Flavii oporządzić swoją osobę. Zimna woda nieco... sprowadziła jej umysł na ziemię, jeśli tak można to ująć, ale uczucie pustki i niespełnienia towarzyszyło jej bezustannie przez cały proces. W milczeniu już, nadal mając nieco obłędny wzrok, również dała na siebie ubrać... cokolwiek.

W lustrze nie widziała siebie, a marę, która wyszła z szafy. Spojrzenie miała odległe i ponure, podobnie do miny. Podeszła bliżej do tafli, stykając się z nią prawie nosem i wpatrywała się tak dobrą minutę, próbując usilnie zapomnieć, skupić się na czymś innym, niż echo istnienia. Zacisnęła palce na ramie lustra, podobnie uczepiając się niektórych myśli. Wizji stworzenia tak pięknego, że ludzie będą padać jej do stóp. Kolonii tak zaawansowanej, że każdy mieszkaniec wymiaru chciałby w niej zamieszkać. Wynalazków tak genialnych, że nikt prócz niej nie zrozumie nigdy do końca ich działania. Oddychała ciężko, drżąc na całym ciele i próbując wyprzeć egzystencjalne myśli.

W końcu jej wzrok stwardniał niczym skała i Agnes odsunęła się od lustra, prostując sylwetkę i poprawiając zagięcia koszuli. Wygładziła pojedyncze kosmyki odstające od przygotowanej przez służkę fryzury i spojrzała raz jeszcze na siebie z góry. Zauważyła cienie pod oczami i skrzywiła się na ten widok. Nie wyglądało to dobrze, perfekcyjnie. A wszystko teraz musiało być perfekcyjne. — Podaj mi krem pod oczy — rzuciła w stronę Flavii wyjątkowo władczym, nieznoszącym sprzeciwu tonem. Gdy tylko dostała słoiczek do rąk, wmasowała delikatnie w skórę specyfik, przykrywając cienie i nieco tuszując zapuchnięte od płaczu oczy. Następnie pomalowała rzęsy, aby na końcu wziąć do rąk delikatne rękawiczki i pudełeczko z pomadką do ust.

Z gracją, pozbywając się po drodze nieprzyjemnego uroku związanego z jej nowo powstałą depresją, Agnes zeszła po schodach, rzucając tylko okiem na drzwi od pracowni. Widziała tam cud stworzenia i cud zniszczenia. Doznała olśnienia, kim tak naprawdę była, ale czy faktycznie musiała teraz to przetrawiać? Była niedoskonała, ale mogła dążyć do perfekcji. Jeśli będzie wystarczająco ciężko pracować, być może kiedyś faktycznie dotrze do momentu odkrycia sposobu na nieśmiertelność, aby mogła realizować swoje plany w nieskończoność i patrzeć, jak rozwijają się pod jej skrzydłami. Na razie... i tak była doskonała dla wszystkich obecnych. Musiała też tak wyglądać.

W jadalni w milczeniu konsumowała śniadanie, aby dojść do wniosku, że jej napad depresji był wręcz dziecinny i zbyt atencyjny. Gdy zaś dokończyła posiłek, wycierając chusteczką usta i następnie kolorując je, była wręcz utwierdzona w przekonaniu, że powinna prezentować się jak najlepiej. Ferwor pracy i mnogość nowych pomysłów były idealnym zajęciem jej myśli i chociaż będzie patrzyła na swoje statki z pewną dozą niechęci, jako, że teraz widziała, jak bardzo powinny być usprawnione, pojawią się w końcu lepsze, a stare zostaną rozebrane na drewno.

Wyszła na zewnątrz, krzywiąc się na dźwięk dochodzącego do niej zgiełku. Poczekała tam na Victora, a jeśli ten się pojawił bądź szedł tuż za nią, odwróciła się w jego stronę, zakładając na dłonie rękawiczki i rozkładając drewnianą parasolkę mającą chronić przed udarem: — Geniusz bywa przytłaczający. Im większą masz świadomość otaczającego cię świata i jego wad, tym trudniej jest zachować trzeźwość umysłu. Ja zaś zostałam w jednej chwili obdarowana taką wiedzą i przytłoczyła mnie własna niedoskonałość i niemożność zrozumienia własnej istoty w tym momencie — mówiła z zatrważającą pewnością siebie, a zaczynała bić od niej pewna aura kogoś, kto może być kochany, ale i nienawidzony przez tłumy.

Bogowie potrafią być przewrotnymi stworzeniami i płatać figle nam, śmiertelnikom, w najgorszych momentach — uśmiechnęła się, a na jej twarz powoli wracała dawna pewność siebie. Może nawet większa, niż kiedykolwiek. — Spóźnimy się zaraz, więc chodźmy. I przepraszam za wcześniejszy wybuch. Powinnam być bardziej doskonała i nie dać się emocjom.

Dzielnica Portowa

293
POST BARDA
W twarzy Victora widziała tylko konsternację i frustrację. Nie rozumiał jej i pewnie podejrzewał, że nie myślała do końca trzeźwo. Picie od rana się jej jeszcze nie zdarzyło, innych używek też raczej nie stosowała, ale kto wie, może to był akurat ten dzień, kiedy to się zmieniło...? Wiedząc, że nie chce jego dotyku, trzymał się z daleka, nawet gdy zaczęła płakać po raz kolejny. Odprowadził ją spojrzeniem do wyjścia z pracowni, a potem dobiegło ją tylko ciężkie westchnięcie. Cokolwiek by się nie działo w jej głowie, przynajmniej dała się namówić na doprowadzenie się do porządku i uczestnictwo w dzisiejszych wydarzeniach.

Nikt nie wiedział o tym, czego doświadczyła i jak diametralnie zmieniło się jej postrzeganie świata. Flavia układała jej włosy jak zawsze, fałszywie nucąc pod nosem jakąś melodyjkę i udając, że nie widziała przed chwilą jej załamania. Pomogła się jej ubrać w jasnobłękitną koszulę z cieniutkiego, lejącego się materiału, który wydawał się chłodny w dotyku - idealny na tutejsze temperatury - i spodnie z efektownym haftem po obu stronach bioder. Do tego klasycznie przygotowała jej rękawiczki i kapelusz, by nie poparzyło jej słońce.
Jakiś czas później Sonia zapewniła Agnes syte śniadanie i świeżo parzoną kawę, która tutaj, na Archipelagu, miała zupełnie inny smak niż ten, do którego kobieta była przyzwyczajona dawniej. Od dłuższego już czasu piła tutejszą, a jednak dziś wydawała się dziwnie obca w smaku. Choć może to cały świat wydawał się zbyt obcy, by docenić gorący napój?

Najemnik czekał na nią przed wejściem do domu i oparty o barierkę obserwował przechodniów. Na dźwięk otwieranych drzwi odwrócił się do niej i z wyraźnym trudem wykrzesał z siebie słaby uśmiech. Gdy podeszła bliżej i zaczęła się tłumaczyć, uniósł tylko brwi, nadal nie wiedząc, o czym kobieta do niego mówi.
- Co się wydarzyło, Agnes? - spytał. - Kto cię obdarował wiedzą? Bogowie?
Nie ukrywał nawet delikatnej drwiny w głosie. Zdarzało im się na ten temat dyskutować i wiedziała, że Victor nigdy nie był szczególnie religijny. Owszem, zdawał sobie sprawę z istnienia bóstw, ale wychodził z założenia, że mają one lepsze rzeczy do roboty, niż zawracanie sobie głowy śmiertelnikami.
Westchnął, odpychając się od barierki i podając jej ramię, choć nie miał pewności, czy w ogóle zechce je przyjąć.
- Już się spóźniliśmy. Ale nic nie szkodzi. Poczekają - uznał, ruszając w stronę doków. - Nikt nie jest doskonały, a emocje są normalne. Chciałbym tylko wiedzieć jak mogę ci pomóc.
Obrazek

Dzielnica Portowa

294
POST POSTACI: Agnes Reimann
Kawa była jednym z południowych wynalazków, których na próżno było szukać w Keronie, a jeśli już, to na pewno nie na co dzień i nie wśród klasy średniej. Co innego było tutaj, gdzie odchodziły koszty logistyczne, czy marża – chociaż nadal najpewniej byle robotnik nie mógł sobie pozwolić na taki rarytas. I chociaż kobieta przez jakiś czas już smakowała tutejszej mieszanki i Sonia raczej nie kupowała innych odmian, dzisiaj smakowała jej inaczej... jakby albo służąca była roztrzepana, albo nawet ten napój nie był taki sam po dzisiejszym wyniesieniu.

Przygotowana do wyjścia Agnes nałożyła wszystko, co tylko mogła, aby uchronić się przed słońcem i skwarem. Ba, wzięła ze sobą także wachlarz, aby chłodzić nieco twarz podczas stania w portowym upale. Odegnawszy od siebie depresyjne myśli, wyszła na zewnątrz, nie mogąc nie zauważyć, jak bardzo ponownie dzisiaj zaszła Victorowi za skórę i jak anielską cierpliwością się wykazywał. Jednocześnie także potrafił być ignorantem, szczególnie dzisiaj. Zamiast zrozumieć, złościł się... o czym zresztą kobieta mówiła. Nikt jej teraz nie mógł zrozumieć, więc po co się zamartwiać, skoro od tego raz, że są noce, dwa, że ma interesy do załatwienia?

Nie wiem i teraz mało mnie to interesuje. Wiem natomiast, że dostałam olśnienia w niektórych kwestiach, poszerzyłam pole widzenia i niektóre kwestie wyglądają teraz niedorzecznie — odpowiedziała, lekko poirytowana jego zachowaniem. Przyjęła jednak ramię mężczyzny i ruszyła szybkim krokiem w stronę doków. Nie było tam daleko, ale jeśli była spóźniona, niektórzy mogą kręcić nosem.

Mijający ją ludzie byli znacznie bardziej obcy niż zwykle, krzywizny budynków rysowały się wyraźniej, morze szumiało inaczej, a słońce parzyło intensywniej. W oczach Agnes świat się zmienił. Mrówcza praca dokerów zaczęła znaczyć dla niej więcej, ale jednocześnie pracownicy stali się szarym elementem otoczenia. Krzyczące mewy już miały większe znaczenie jako jednostki.

Powtórzę to po raz ostatni – nikt nie jest w stanie mi pomóc. Musiałabym przestać rozumieć, jak działa świat, przestać go widzieć w... swoich barwach. Będzie najlepiej dla nas obojga, jeśli w takich sytuacjach po prostu będziesz. Bez frustracji — dodała, pijąc do jego zirytowania jej postawą. Za chwilę jeszcze rzuciła ucinając wszelkie dyskusje:— Tak czy siak, moje emocje są na wodzy, więc koniec tematu.

Prawdę powiedziawszy, Agnes sama nie wiedziała, co czuje. Miała psychiczny dyskomfort, że jej życie jest bez sensu, ale jednocześnie udało jej się trochę ogarnąć i stłumić to wrażenie. I faktycznie uważała, że brak cierpliwości Victora do jej humorów tylko wszystko pogarsza. Tak czy siak nie ciągnęła dalej tematu i po prostu kierowała się żwawo w stronę stoczni, gdzie miało mieć miejsce wodowanie statków... teraz będących ledwo imitacją, co mogłaby stworzyć.

Dzielnica Portowa

295
POST BARDA
Victor milczał przez chwilę, by w końcu westchnąć ciężko.
- Przepraszam - rzucił tylko, nie tłumacząc swojej frustracji i swojego zachowania sprzed kilkudziesięciu minut. - Jestem.
Spacer do doku, w którym miało odbyć się wodowanie, zajął im kilkanaście minut - mieszkanie tuż obok miało swoje plusy, choć łączyło się też z hałasami dzielnicy portowej. Coś za coś, jak to mówią. Przede wszystkim nie spóźnili się bardzo, choć gdy w upalnych promieniach południowego słońca docierali na miejsce, przy statkach stało już spore zbiorowisko. Duża grupa ludzi i nieludzi, wśród których Agnes spostrzegła nie tylko blond głowę Sehleana, ale także i charakterystyczną, wysoką sylwetkę Travana Tolleta, który teraz ze skrzyżowanymi na klatce piersiowej rękami wpatrywał się w kilku robotników, rozmawiających o czymś przy mechanizmie bramy pochylni. A na nich, na dwóch z kilku sąsiadujących pochylni, w całej okazałości prezentowały się dwa statki, lśniące jeszcze czystym, świeżym lakierem, z jasnymi żaglami zwiniętymi na masztach. Być może w oczach Agnes były już rozczarowujące i niedoskonałe, ale jeśli zwróciła uwagę na Victora, to widziała moment, w którym jego usta rozciągnęły się w lekkim uśmiechu. Może i jej humory bywały nie do wytrzymania, ale jej kochanek zdecydowanie doceniał jej talent, wiedzę i umiejętności, a także mnóstwo pracy, jaką wkładała w swoje wynalazki. Te statki były jednym z nich i zdecydowanie prezentowały się dużo bardziej okazale, niż zegarek, który swoją drogą po pamiętnej nocy został u niej.
- Naprawiłaś mój zegarek? - spytał i uśmiechnął się do niej, spoglądając na nią z góry, gdy jego myśli powędrowały tym właśnie torem.
Im bliżej się znajdowali, tym więcej szczegółów Reimann mogła zauważyć. Czerwona wstęga, uroczyście przeciągnięta za rufą obu statków, którą ich ciężar miał rozerwać w momencie otwarcia bram pochylni; ta sama wstęga zawiązana też na dźwigni, zapewne przeznaczonej dla niej, by własnoręcznie mogła być odpowiedzialna za zwodowanie swoich projektów. Butelki z winem, lub innym szampanem, czekające, aż ktoś zamachnie się i zgodnie z tradycją rozbije je o kadłub. Kilka wozów ustawionych wzdłuż nabrzeża, czekających zapewne, by zabrać gości do ogrodów Viti'ghrina na wystawny bankiet, jaki ten urządzał na jej cześć.
A gdy Agnes podeszła jeszcze bliżej, spostrzegła postać, której nie miała prawa się tutaj spodziewać.
Początkowo wydawało się jej to niemożliwe, bo przecież od Saran Dun dzieliło ich wiele tygodni drogi, a jednak to była prawda - w niewielkim, zebranym przy dokach tłumie, stał także jej ojciec, pogrążony w dyskusji z nieznaną jej kobietą. Franz Reimann, ubrany w luźną koszulę i ciemne spodnie, co jakiś czas ocierał czoło jasną chustką, nieprzyzwyczajony do tutejszych temperatur.
Czyżby to była ta niespodzianka, o jakiej mówił Sehlean? Nawet jeśli tak, to nie on ją zorganizował, bo znali się z Agnes krócej, niż jej ojcu musiało zająć przebycie tak dalekiej drogi.
Obrazek

Dzielnica Portowa

296
POST POSTACI: Agnes Reimann
Doki nieustannie się zbliżały i nietrudno było znaleźć miejsce, w którym cała uroczystość miała się odbyć. Niemały tłum ludzi już gromadził się przy rampie, z której prosto do portu miały zsunąć się jej nowe projekty. Przesuwając wzrokiem po stworzonych statkach, była teraz w stu procentach pewna, że mogła to zrobić inaczej... lepiej. Nawet się skrzywiła, obserwując błyszczący w słońcu świeży lakier, ale przechodząc spojrzeniem na Victora, ujrzała w jego oczach zachwyt. Zdawała sobie sprawę, że dla... istot niedostrzegających błędów tego świata, te projekty są innowacyjne. W teorii są, ale można było to zrobić znacznie lepiej!

Tak czy siak miło było widzieć błąkający się na jego twarzy uśmiech pomimo spapranego humoru, jaki na pewno miał... całkiem często ostatnio z rana, gdy zdarzało mu się z nią spotykać.

Kilka dni temu. Odbierzesz go sobie w końcu później — odpowiedziała, przelotnie tylko zerkając na twarz najemnika, skupiając się bardziej na obecnych. Widziała gdzieś blond czuprynę Sehleana i sylwetkę Travana doglądającego robotników. Zaczęła się nawet kierować bardziej w jego kierunku, dostrzegając coraz więcej pojedynczych szczegółów – uroczyste wstęgi, butelki z winem, które miały być rozbite na kadłubie na szczęście. Agnes zaczęła się nawet zastanawiać, jak zostały nazwane jej statki i kto będzie ich kapitanami – bo na pewno chciała ich poznać. Ba, nawet nieco zaczął udzielać się jej podniosły humor. Może i można było poprawić je lepiej, ale dla maluczkich i tak było to dużo... gdyby zaś wprowadziła udoskonalone projekty w życie, nie zrozumieliby tego. Wszystko powoli.

Kierując się w stronę starego znajomego i wodząc spojrzeniem po pozostałych, zatrzymała się w pewnym momencie gwałtownie, rozszerzając oczy. — Niemożliwe — mruknęła, będąc zaskoczoną... ale zdecydowanie miło. Jej twarz się nagle rozświetliła wręcz dziecięcym blaskiem i zniknęły udręki dzisiejszego poranka. Agnes roześmiała się, w końcu mogąc wyrzucić z głowy rozterki, jakie nią szargały i z szerokim uśmiechem pociągnęła za ramię Victora, zmuszając go do szybszego kroku, aż w końcu go puściła i zostawiając partnera z tyłu, truchtem podbiegła do jej ojca, który był ostatnią osobą, której się dzisiaj spodziewała... no, może mniej by się spodziewała matki.

Przytrzymując kapelusz, znalazła się zaraz przy najstarszym Reimannie i z roziskrzonym wzrokiem powiedziała tylko: — Papa! — po czym znajdując się tuż przy nim, rzuciła mu się na szyję. Dość rzec, że starszy mężczyzna był dla niej bardzo ważną osobą w życiu i miała z nim dobre stosunki – ba, w końcu przekuła jego zainteresowanie mechaniką w swoją pracę, czego owoce mogli teraz podziwiać.

Tkwiła tak uwieszona jego ramion przez krótką chwilę, po czym odsunęła się i rozpromieniona spojrzała na jego twarz. Nie widzieli się od ponad trzech lat i Agnes chciała zobaczyć, jak jej ojciec się zmienił przez ten czas. — Co ty tutaj robisz, tak daleko od domu, akurat w dzień wodowania moich statków? Ktoś cię poinformował? Rafael? — było to najbardziej prawdopodobne, w końcu Franz sam dobierał jej służbę, gdy wypływała do nowego świata. Rozglądnęła się też za siebie, machając dłonią, by podszedł do nich Victor. — Frederik pilnuje biznesu rozumiem? A mama, też została w Saran Dun?

Dzielnica Portowa

297
POST BARDA
Idący z nią Victor nie miał pojęcia, co takiego w tłumie osób zszokowało Agnes. Zatrzymał się w miejscu, gdy i ona stanęła, a potem posłusznie ruszył za nią przyspieszonym krokiem, przesuwając spojrzeniem po twarzach zebranych i nie widząc wśród nich niczego niezwykłego. Kiedy wyrwała mu rękę i zaczęła biec w kierunku obcego mu mężczyzny, jeszcze przez chwilę starał się na nią nadążyć - do momentu, w którym usłyszał słowo, jakie radośnie wykrzyczała, a to z jakiegoś powodu wmurowało go w ziemię.
- Agnes, słońce! - roześmiał się Franz, obejmując ją mocno, gdy do niego dopadła. Nie widzieli się już bardzo długo i kobieta bez problemu mogła policzyć nowe zmarszczki na jego twarzy, nawet te, które ukrywał pod bujną brodą. Wciąż jednak trzymał się dobrze i nic nie wskazywało na to, by cokolwiek było nie tak. Złapał ją za ramiona i odsunął od siebie, by zmierzyć uważnym spojrzeniem całą jej sylwetkę.
- Taka opalona, no proszę, Archipelag ci służy - uśmiechnął się szeroko. - Tak, Rafael. Znałem waszą datę opuszczenia wyspy odkąd ją ustaliliście. Na wodowanie trafiłem przypadkiem, ale już po drodze mi przekazano, że będzie miało miejsce, więc nie mogłem trafić lepiej! Zaprojektowałaś przepiękne statki, słońce. Przepiękne. Mam nadzieję, że jutro zaprosisz mnie na pokład któregoś z nich i poopowiadasz o ich budowie.
Rzucił zaciekawione spojrzenie kobiecie przez ramię, gdy zaczęła przywoływać Victora. Najemnik w końcu ruszył z miejsca i powoli do nich podszedł. Agnes chyba po raz pierwszy widziała tyle wahania i niepewności w jego zachowaniu.
- Tak, Frederik został ze sklepem, a twoja matka nie czuła się za dobrze na tak długą podróż, więc mimo chęci postanowiła zostać w Saran Dun, ale wszystko jej opowiem, jak tylko wrócę na północ. A ja z przyjemnością skorzystam z okazji i może nawet, jak już wypłyniecie, zajmę się nawiązaniem jakiejś współpracy handlowej, kto wie - wzruszył ramionami, wyraźnie całkiem podekscytowany tym pomysłem. - A kim jest twój towarzysz? - spytał, gdy najemnik wreszcie do nich dotarł.
- Victor LeGuiness, bardzo mi miło - przedstawił się, wyciągając dłoń, którą starszy mężczyzna uścisnął. - Jest pan ojcem Agnes?
- Hm, tak, tak, jak widać - Franz wbił w niego skupione, intensywne spojrzenie. - A pan? Pracujecie razem, rozumiem?
Wiadomo, wygodnie było zakładać, że jego kochana córeczka skupiła się tutaj wyłącznie na pracy, choć była już dorosłą kobietą i miała prawo do życia osobistego. Rodzicom jednak ciężko było czasem pogodzić się z tą myślą i mimo dość oczywistych okoliczności, stary jubiler wolał myśleć, że stojącej przed nim dwójki nic nie łączy.
- Tak - odparł Victor zgodnie z prawdą, choć nie zechciał wyjaśnić natury ich relacji.
- No to świetnie - usta jej ojca rozciągnęły się w uśmiechu, a trzymająca chustkę dłoń znów przetarła zroszone potem czoło. Przeniósł wzrok z powrotem na swoją córkę. - Bałem się już, że się nie pojawisz. Wszyscy na ciebie czekali. Ale ten wysoki elf powiedział, że tego nie opuścisz, więc martwiłem się trochę mniej. To też jakiś twój współpracownik?
Obrazek

Dzielnica Portowa

298
POST POSTACI: Agnes Reimann
Kobieta z radością wpatrywała się w twarz ojca, nie widząc jej wszakże już tyle czasu. Niby trzy lata to było niewiele, ale zważywszy na odległość ich dzielącą i obowiązki, jakie mieli, sporo się od tego mogło zmienić. — Raczej spalenizna. I tutejsze słońce zdecydowanie mi nie służy. Jest parno, za dużo komarów i boję się, że dostanę udaru. Właśnie, powinieneś coś założyć na głowę albo chociaż skryć się w cieniu. Jest najgorszy skwar, a ty nie jesteś przyzwyczajony do takich temperatur — kobieta rozglądnęła się po okolicy, chcąc faktycznie pociągnąć ojca w bardziej osłonięte miejsce. Jej samej było ciężko się przyzwyczaić do tutejszego klimatu, a co dopiero ktoś w takim wieku, jak on.

Miałam wysłać list, ale widzę, że Rafael zrobił to znacznie wcześniej. Przyznam szczerze zrobiłeś mi niemałą niespodziankę. Podróż z Keronu na Archipelag trwa długo, a pewnie jeszcze musiałeś opłynąć kontynent i całe królestwo przejechać. Podejrzewam, że wypłynąłeś z Irios? Czy przy okazji zrobiłeś sobie wycieczkę krajoznawczą po Karlgardzie? — ktoś w takim wieku, jak jej ojciec na pewno nie znosił dobrze podróży, a musiała ona zająć co najmniej tygodnie. Szczególnie teraz, gdy w Keronie jedyny port na wschodzie kraju został zniszczony, Ujście nie wchodziło w grę, można było albo płynąć z Qerel, wynajmując jedną z wielu band mających chronić statki podróżujące przez Cieśninę Martwego Ptactwa, albo pojechać do Irios, licząc się z tym, że trzeba było opłynąć całe południe kontynentu. — Jeśli tylko nas tam wpuszczą, to chętnie ci wszystko pokażę, chociaż szczerze powiedziawszy mogłam zrobić to całkiem inaczej, lepiej. Tak czy siak to jest dobry krok w stronę postępu. Najpierw statki, potem Kattok, a na końcu cały świat.

Agnes promieniała, mając u swego boku papę, który był dla niej wsparciem przez całe życie. Wszelkie troski ostatnich dni szybko odpłynęły w siną dal, gdy tylko mogła spędzić z nim chociaż trochę czasu. Był człowiekiem ciężko pracującym, który dorobił się wszystkiego sam – chociaż ich nazwisko znaczyło już trochę jeszcze zanim Agnes się urodziła, to trzeba było umacniać markę. — Chciałbyś tutaj założyć filię? Musiałbyś znaleźć godnych ciebie pracowników, ale gdyby ci się udało, tutejsza magnateria rzuciłaby się na twoje wyroby. Oni wręcz obwieszają się biżuterią — zaśmiała się, zaraz jeszcze dodając coś innego. — Mogłeś tutaj przyjechać z wujem. Jemu by się oczy zamieniły w gryfy, gdyby zobaczył, ile złota jest tutaj przepuszczane. Nawiasem mówiąc, szkoda, że tak późno się pojawiłeś. Po tak długiej podróży należy ci się odpoczynek, a ja za ledwo kilka dni już wypływam i dopóki nie założę porządnej kolonii na wyspie, wolę nie zapraszać nikogo.

Gdy Victor podszedł, a ojciec zapytał o to, kim jest, Agnes otworzyła usta, zaraz je zamykając. Obserwowała w milczeniu ich wymianę zdań, przy pytaniu jubilera patrząc na partnera z zaciekawieniem, unosząc brew przy jego... poprawnej odpowiedzi. Papa nie zapytał o nic więcej, a o współpracę, a tym też się mieli zajmować – on miał dowodzić najemnikami, ona zarządzać przyszłością wyspy. Nie mogła mu zarzucić niczego, ale jeśli miała sama przełamywać własne bariery i skoro byli czymś więcej niż zabawkami na samotne wieczory, to małe przedstawienie ważnej dla niej osoby nie powinno być czymś tragicznym. Chyba.

Victor płynie razem ze mną na wyspę. Będzie zarządzał najemnikami, którzy mają przecierać dla mnie szlaki i zabezpieczać plac budowy moich ludzi — dopowiedziała, po czym stanęła między nimi. Przez chwilę wahała się, patrząc na mężczyznę i poprawiając kapelusz, aby pojedyncze promienie nie trafiały jej do oka, powiedziała z dalszym uśmiechem, wskazując przy tym na Travana: — Nie wiem czy pamiętasz pana Tolleta? Przybył trzy lata temu do Saran Dun złożyć mi propozycję pracy. Poza tym, że pomógł mi zaaklimatyzować się potem na wyspie, to także poznał z Victorem. Tak więc poza współpracą na wyspie, powiedzmy, że... eee... łączy nas bardziej prywatna znajomość — piękne słowa, nieoczywiste, ale Agnes sama się pogubiła, jak ma to ująć.

Wysoki... ach, pewnie chodzi ci o pan Viti'ghrina. Jest moim mecenasem, w zamian za potężne dofinansowanie do prac na Kattok miał kilka próśb. I nie opuściłabym — rano co innego myślała, ale to już była przeszłość. — Mam nadzieję, że zaprosił cię na kolację, skoro zapewne już wie, że łączą nas więzy krwi? Jeśli nie, będę musiała go zrugać za taki brak taktu.

Zaśmiała się, po czym przypomniała sobie, że kompletnie nie wie podstawowych rzeczy. — W ogóle, kiedy przypłynąłeś i gdzie śpisz? Mam nadzieję, że od dzisiaj w moim mieszkaniu. Służba na pewno uraduje się na twój widok, a po moim odpłynięciu będziesz mógł tam rezydować tak długo, jak tylko zechcesz.

Dzielnica Portowa

299
POST BARDA
Przejście do cienia było praktycznie niewykonalne, nie w momencie, gdy południowe słońce znajdowało się dokładnie nad nimi. Okoliczne budynki nie dawały żadnej osłony, tak samo jak maszty i pozwijane żagle. Franz machnął tylko ręką niedbale, zupełnie nie przejmując się faktem ewentualnego udaru. Zbyt przejęty był teraz spotkaniem z córką i ważnym wydarzeniem, które za chwilę miało mieć miejsce.
- Kilka miast odwiedziłem, ale większość czasu spędziłem w podróży. Turkot kół będzie mi się śnił przez następne dwa lata - zaśmiał się. - Miałem być trochę wcześniej, ale wiesz jak to jest z tak długimi trasami. Zawsze jest jakieś opóźnienie. Nie wspominając o tym dziwnym zaćmieniu. Och, to był koszmar. Statek utknął na samym środku niczego, nie było wiatru, woda stała w miejscu, a pod powierzchnią przez cały czas pływało coś, co nie wyglądało jak przyjazne ławice ryb - pokręcił głową, myślami wracając do wspomnień, które musiały go porządnie zestresować. - Całe szczęście, że byliśmy dość blisko brzegu i nic, czego by się nie dało zestrzelić z kuszy, nie próbowało się pakować na pokład. Jednocześnie mieliśmy do tego brzegu zbyt daleko, żeby ktoś nas ściągnął z powrotem. Koszmar, dziecko. Koszmar. Także widzisz, byłbym tydzień wcześniej, gdyby nie przewrotny los.
Uśmiechnął się do niej znów. Choć pewnie przeżył traumatyczne chwile, tak w końcu dotarł na miejsce i mógł zobaczyć córkę, nawet jeśli tylko na ostatnie kilka dni. Gdy wspomniała o filii, pokręcił głową.
- Oj, nie wiem, wątpię, raczej nie - przesunął spojrzeniem po okolicznych budynkach, jakby po portowej dzielnicy usiłował ocenić, czy jest tu miejsce dla jego zakładu. - Jakbym miał rozszerzać działalność, to raczej nie na drugi koniec Herbii, a gdzieś bliżej. Ale może jakiś drobny handel uda się zorganizować. Statki i karawany kursują w obie strony. Tutejsze kamienie zrobiłyby furorę na północy. Inna sprawa, że przywiozłem ze sobą co nieco, jak dobrze pójdzie, podróż zwróci mi się z nawiązką.
Franz pokiwał głową z przekonaniem, gdy wspomniała o Travanie. Wyłapał go spojrzeniem w tłumie, musiał więc albo pamiętać go doskonale, albo już dziś z nim rozmawiał. Potem jednak zrozumiał, do czego Agnes dąży i znów skupił się na Victorze, który tylko stał, z dłońmi za plecami, niechętnie godząc się na tę niemą ocenę. Wciąż milczał, więc kobieta mogła tylko domyślać się, co dzieje się w tej chwili w jego głowie.
- Och - rzucił tylko ojciec, przez chwilę nie znajdując nic, co mógłby dodać. W końcu jednak doszedł do siebie po tej rewelacji. - Czyli jest pan najemnikiem? To dość niebezpieczne zajęcie.
- Nie, jeśli jest się dobrym w tym, co się robi - odpowiedział LeGuiness i skinął uprzejmie głową. - Proszę się nie martwić. Zapewnię pańskiej córce bezpieczeństwo na Kattok.
- Myślę, że skoro łączy was bardziej prywatna znajomość, to nie tylko na Kattok musi pan zapewnić jej bezpieczeństwo.
- Robię, co w mojej mocy, panie Reimann.
- Hm, mam nadzieję - Franz przeniósł wzrok z powrotem na córkę, a jego spojrzenie rozjaśniło się. - Tak, naturalnie, zostałem zaproszony! Obiecał też, że w jakimś jego ogrodzie będzie się dało odpocząć od ukropu i trzymam go za słowo - przetarł czoło chustką. - Póki co wszystkie moje bagaże są w Miedzianej Małpie, tej karczmie przy rynku, ale nie rezerwowałem pokoju na noc, bo wiedziałem, że nie wygonisz ojca do tawerny - zaśmiał się. - Ale teraz może już nie będę cię zagadywał. Nigdzie ci nie ucieknę, a widzę, że tam się już niecierpliwią. Idź, czyń swoją powinność, pani inżynier.
Faktycznie, wszyscy na nią czekali. Gdy odwróciła się do zgromadzonych, Travan uśmiechnął się do niej i przywołał ją gestem.
Obrazek

Dzielnica Portowa

300
POST POSTACI: Agnes Reimann
Wszystkich dotknęło zaćmienie. Słyszałam, że magowie mieli spore problemy z okiełznaniem swoich zdolności. W samej stolicy zdarzyło się parę wybuchów, a podobno w dżungli poza murami zwierzęta nieco oszalały. Aż strach sobie wyobrazić, co czeka mnie na Kattok. Dobrze natomiast, że jedyne, co ci się przytrafiło, to martwe morze — świadomość tego, że kobieta dostałaby informację, że jej ojciec zginął na morzu kilka mil od brzegu, utknąwszy na statku bez pływów i wiatru, trochę nią wzdrygnęła.

Pokiwała głową, słysząc o jego chęci wykorzystania okazji do zbicia interesu. Franz i jej matka mieli większy dryg do handlu, niż sama Agnes – a już szczególnie wuj, ojciec mamy, który nic tylko podpisywał nowe umowy handlowe. Zaraz jednak temat zszedł na współpracę pary kochanków. Kobieta obserwowała z zaciekawieniem wymianę zdań między jej ojcem, a Victorem, tego drugiego obserwując z jawnym zaintrygowaniem. Wyraźnie było widać, że czuje się niepewnie i nie wiedziała, czy po prostu zestresował się faktem, że poznał jej ojca, czy nagle nabrał niepewności, czy chce tak daleko się posuwać... a wszakże nie dalej niż kilka dni temu proponował jej wyjazd do jego brata.

Pan Viti'ghrin ma niesamowite ogrody. Co prawda zainstalowane tam urządzenia napędzane są magią, ale zawsze miło jest schłodzić się i odgonić od tych przeklętych komarów — Agnes spochmurniała przy słowie magia i już niekoniecznie chodziło jej o sam fakt ustrojstwa napędzanego taką energią, ale to, kto to zaprojektował. Zaraz jednak temat znów zszedł na inny tor i pogoda ducha, która pojawiła się przy spotkaniu z ojcem wróciła. — Przejdziemy się po kolacji po twoje bagaże, a jeśli Sehlean będzie uprzejmy użyczyć swojego powozu w drodze powrotnej, to może upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu i nie będę musiała wysyłać nikogo ze służby.

Zaraz jednak zostało jej przypomniane, że i tak była wystarczająco spóźniona. Rozejrzała się, widząc zniecierpliwione spojrzenia i Travana uśmiechającego się do niej. — Racja, obowiązki — wymamrotała i ruszyła w stronę kolegi, zostawiając tym samym Victora razem z ojcem. Na pewno później jej to wypomni.

Podeszła do Tolleta, odwzajemniając delikatnie uśmiech i spoglądając na swoje dzieło. Z bliska czuła się przy nich jak mrówka. — Mam nadzieję, że nie zlinczujecie mnie za małe opóźnienie. Będziemy się co najwyżej streszczać — zerknęła na pochylnię, potem po zebranych twarzach, patrząc, czy kogoś oprócz Sehleana tam zna. — Jaki jest w końcu plan wydarzenia? Mam coś robić, czy po prostu stać obok i ładnie się prezentować obok swoich dzieci?

Zdecydowanie zły humor poranka odszedł w zapomnienie dzięki tak miłej niespodziance, jaką zrobił jej papa.

Wróć do „Stolica”

cron