Plac Swobody

31
POST BARDA
Okrutnym zrządzeniem losu, parszywo-pyskiemu marynarzowi niedane było w żaden sposób nawiązać z Kirim bliższej zażyłości. Mimo iż tak pięknie przytakiwał zapewnieniom o przyjaźni, elf brzydko zbył upierdliwego, ale jakże sympatycznego mężczyznę, wciskając mu w wolną dłoń własny kufel, z którego nielicha część zawartości opuściła po drodze naczynie. Choć brzydki, być może miał piękną osobowość i bogate wnętrze? Być może był bryłką węgla, w którym kluł się diament czekający na odpowiednią osobę do jego wydobycia? Jakakolwiek nie byłaby prawda kryjąca się za sromotnie odpychającym wizerunkiem, nie miała zostać ona najwyraźniej dzisiaj ujawniona.
Wydając z siebie zaskoczone sapnięcie, marynarz był zbyt wolny w swoich reakcjach, aby spróbować zatrzymać Krinndara. Tego jednakowoż sam uciekinier nie zdołał nawet dostrzec, zbyt pochłonięty myślą o wydostaniu się z opresyjnych okoliczności. Porzucona na pastwę grogu i hulanek Tagli, także nie otrzymała choćby pojedynczego spojrzenia!

Dotarcie do nieznajomego młodzieńca okazało się tym razem dużo łatwiejsze niż poprzednio. Tłum akurat przerzedził się w miejscu, z którego Krinndar mógł go ponownie wypatrzyć, a następnie przejść bezpośrednio do błyskawicznego ataku - na odsłonięte plecy, którymi był do niego z tej pozycji skierowany. Były to dużo solidniejsze plecy, niż sugerować mogła lekka, luźna i przyjemna w dotyku koszula. Prawdę mówiąc, sam mężczyzna ledwie wychylił się mocniej do przodu, kiedy tamten do niego dopadł, ani trochu nie tracąc na równowadze przez zaskoczenie, czy też impet.
Wydając z siebie westchnienie namaszczone słabo ukrywaną irytacją, młody mężczyzna przekręcił się na tyle, aby móc spojrzeć na nieuważnego przechodnia. Dopiero gdy dostrzegł z kim ma do czynienia, jego oczy otworzyły się szeroko, a twarz nieco pobladła, zanim znowu poczerwieniała.
- To ty??? - wypalił w pierwszej kolejności. - A-Ah! Mam na myśli...! Uh... Wszystko w porządku?
Teraz kiedy Kiri miał szansę się lepiej przyjrzeć, z ulgą mógł stwierdzić, że Tagli nie myliła się przesadnie, co do aparycji domniemanego fana. Mężczyzna był niższy o kilka śmiesznych centymetrów, ale i lepiej zbudowany niż sam elf - zwłaszcza w ramionach. Miał śniadą, lekko opaloną cerę i istotnie ciekawie przywodzące na myśl młodego szlachcica rysy. Krótkie, ciemnobrązowe włosy zaczesane były w większości na prawą stronę. Szarozielone oczy przyglądały się bacznie i czujnie pomimo lekko płochliwej, pierwszej reakcji.
Spoiler:

Plac Swobody

32
POST POSTACI
Krinndar
Wolność!

Zabranie wiodoku niepięknego marynarza sprawiło, że Kiri od razu poczuł się lepiej! Czy czuł się źle, opuszczając Tagli? Ani odrobinę. Wiedział, że potrafiła sobie poradzić. A gdyby była to romantyczna opowieść, z jego oczu popłynęłyby skrzące się w ciemności perełki łez radości, a z jego piersi wyrwałby się dźwięczny jak jarmarczane dzwoneczki śmiech tryumfu, gdy oddalał się od zgromadzenia... Nie mogło być jednak tak pięknie; elf uciekał przez tłum, znajdując luki między mieszczanami, skacząc zwinnie jak sarenka, by w końcu dorwać swój cel, tym razem tak, jakby był tygrysem z puszczy. Zwierzyna była jego.

Może i mógłby poczuć się jak drapieżnik, gdyby wciąż nie rozdzierała go panika. Puścił mężczyznę, okrążył go, potykając się o własne stopy i spojrzał mu w twarz szeroko rozwartymi oczyma. Przynajmniej adorator był przyjemny dla oka! Mógłby być wyższy, ale poza tym, niczego mu nie brakowało!

- Tak bardzo przepraszam, że witamy się w taki sposób. - Zaczął od razu. Jego dłonie prześliznęły się po luźnej koszuli, poprawiając ją na tych... mm, calkiem dobrze wyglądających ramionach, następnie po gładkim policzku, aż po te zaczesane włoski, poprawiając je również, ale w rezultacie - psując fryzurę! - Chodźmy, chodźmy stąd, byle dalej.

Obejmując chłopaka ramieniem na wysokości łopatek, chciał poprowadzić go przez tłum, z dala od Tagli i wesołej kompanii marynarzy.

- Jestem ci winny wyjaśnienia! Szedłem w twoim kierunku, bo moja sceniczna koleżanka powiedziała, że zwróciłeś na mnie uwagę! - Był do bólu szczery, ale śmiał się z tego szczerze. Nie było w tym krzty dumy czy kpiny. - Ale po drodze wpadliśmy na marynarzy, którzy bardzo chcieli napić się z aktorami! Mam jeszcze jeden występ o północy, a prawdę mówiąc, mam słabą głowę i nie chcę być pijany, hahaha... Przepraszam, za dużo gadam. Jak masz na imię? Ja jestem Krinndar, ale mów mi Kiri. Byłbym zaszczycony, gdybyś zabrał mnie na kolację, mój drogi. Umieram z głodu!

Plac Swobody

33
POST BARDA
Absolutnie zdezorientowany śmiałym zachowaniem Krinndara oraz natłokiem rzuconych mu w twarz informacji, młodzieniec ewidentnie nie wiedział, jak powinien się w tej sytuacji zachować. Za dostatecznie pozytywne można było chyba uznać brak sprzeciwu, czy próby ucieczki od bezwstydnie błądzących po nim dłoni elfa. Ruszenie go z miejsca natomiast okazało się w pierwszym momencie znacznie większym wyzwaniem. Chłopina naprawdę potrafił być twardy i niewzruszony niczym głaz! Nikt nie byłby zdolny tego odgadnąć, gdyby spróbował ocenić go jedynie wzrokiem. Dopiero po tym, jak mijająca ich para kobiet rozchichotała się na ich widok, świadomość znajdowania się na widoku w podobnej sytuacji musiała otrzeźwić go na tyle, aby nagle również zapragnął zmienić otoczenie.
Czerwony już teraz nie tylko na twarzy, ale i w uszach, pozwolił poprowadzić się przez tłum, ręką odgarniając część kosmyków, które dzięki Kiriemu zaczęły wpadać mu do jednego oka.
- Tak, ja-... Umm...? Czemu nie? - zgodził się ze wciąż obecnym w spojrzeniu oszołomieniem. To, co się działo, zapewne nadal w jakiś stopniu nie mieściło mu się w głowie. - Le-... - zawahał się, zmarszczył nieco eleganckie brwi i odchrząknął. - Leos - odparł w końcu, tym razem pewniej. - Nazywam się Leos. Wybacz. Kompletnie nie spodziewałem się, że zwrócisz na mnie uwagę albo... Że będziesz usiłował ze mną porozmawiać? Twoja koleżanka musi być bardzo spostrzegawcza... Nie zamierzałem być aż tak oczywisty - dodał w towarzystwie krótkiego śmiechu, którym usiłował ukryć zmieszanie.
Oglądając się dyskretnie przez ramię, nazywający siebie Leosem młodzian wydał cichy pomruk zastanowienia, po czym postukał lekko palcami wierzch gładkiej dłoni Kiriego, która go obejmowała. Mimo iż gest był ostrożny, a kontakt bardzo subtelny, elf wciąż był w stanie poczuć szorstkość skóry na opuszkach, której trudno oczekiwać po kimś, kto z uwagi na szlacheckie urodzenie nie powinien imać się ciężkiej pracy. Być może jednak nie był to szlachcic? Być może syn jakiegoś bogatszego kupca?
- Jeśli wciąż martwisz się o marynarzy... Możemy udać się w jakieś bardziej ustronne miejsce? - zaproponował, ruchem głowy wskazując odpowiedni kierunek. - Prawdę mówiąc, nie czuje się zbyt dobrze w tego typu ścisku.

Plac Swobody

34
POST POSTACI
Krinndar
Podczas gdy jedna z rąk Krinndara obejmowała mężczyznę, druga spoczeła na jego ramieniu bliżej jego własnego ciała. Kontakt fizyczny był ważny, na chwałę Krinn! Kiri stwierdził, że to również przez ten drobny gest ten uparty osioł ruszył się w końcu z miejsca. W ogóle nie zwracał uwagi na chichoczące kobiety. W końcu był jarmark, wiele osób było szczęśliwych! Również Krinndar.

- Tak! Wiedziałem, że się zgodzisz. - Zamruczał śpiewnie Kiri. - Co zjemy? Chyba mam ochotę na owoce morza. Sądzisz, że dostaniemy tu jakieś dobre krewetki? - Paplał, rozglądając się, jakby spodziewał dostrzec lokal lub stragan podający tego typu przysmaki. - Albo małże? Albo... albo chociaż ośmiorniczkę? Lubisz ośmiorniczki, Leos? Leos! - Powtórzył z emfazą. - Podoba mi się to imię! Mogę mówić ci Leoś? Delikatniej brzmi. Leos jest takie poważne! - Trajkotał bez zastanowienia jak przekupka na targu. - Jakbyś był poważnym władcą ziemskim albo wysokopostawionym urzędnikiem w radzie miasta! Takim, który pracowałby przy królu! Tak bardzo chciałbym poznać króla.

Skacząc z tematu na temat, Krinndar wydawał się zupełnie niepomny na drobne gesty mężczyzny, lecz mimo to wyłapał szorstki dotyk na swojej skórze. Domyślał się, że jego nowa znajomość nie jest urzędasem, w niczym to jednak nie przeszkdzało. Był młody, przystojny, elegancki, może również umiał przyjmować komplementy?

- Mam nadzieję, że się nie narzucam? Tagli, moja koleżanka, mówiła, że nie spuszczałeś ze mnie wzroku! To takie miłe! Bardzo mi schlebia. - Mówił, i choć to on obejmował jego, pozwalał prowadzić się w wybranym przez mężczyznę kierunku, choćby i z dala od placu. - Tak, chodźmy gdzieś, gdzie będziemy mogli porozmawiać w spokoju. Nie jesteś miastowy, co? - Zaśmiał się. - Wiesz, którędy na wybrzeże? Jeśli ktoś tam jeszcze jest, to może sprzeda nam świeże owoce morza!

Plac Swobody

35
POST BARDA
W przeciwieństwie do Kiriego, Leos najprawdopodobniej nie tylko nie był przyzwyczajony do tłumów, ale i również nadmiernego kontaktu fizycznego - sądząc po tym, jak łatwo sztywniało pod nim jego ciało. Pomimo spiętych ramiona i ściągniętych maksymalnie łopatek, dzielnie jednak znosił to, co mogło być zarówno objawem dyskomfortu, jak i najzwyklejszego zawstydza. Nie, żeby przesadnie zaaferowany elf miał rzecz jasna czas zawracać sobie głowę tego typu drobnostkami. Ironicznie, jego namiętna trajkotanina zdołała po kilku chwilach do pewnego stopnia rozluźnić towarzysza. Koniec końców, ciężko byłoby skupić się na nadążeniu za podobnie chaotycznym tokiem myślowym, gdyby pozwolić się rozpraszać wszystkiemu dookoła.
- "Leoś"? - wydusił z ciekawą mieszaniną przerażenia i... rozbawienia.
Przez cały czas uważnie i z rosnącym niedowierzaniem obserwował Krinndara oraz jego niezamykającą się jadaczkę. Jego spojrzenie zdradzało zarówno podziw, jak i roztargnienie.
- Cóż... Jeśli chcesz? - zgodził się nieco bezradnie, ale z powoli pojawiającym się na ustach uśmiechem. - Obawiam się niestety, że muszę cię rozczarować. Nie jestem aż tak ważny.
W przeciwieństwie do elfa, Leos nie był przesadnie wylewny. Słuchał uważnie, ale odpowiedzi nie udzielał zbyt wiele.

Pobijając nowy rekord oblewania się agresywną czerwienią za sprawą komplementów, Leos odwrócił wzrok i zwolniał kroku, a następnie zupełnie się zatrzymał. Przez jego twarz przebiegł wyraz skonsternowania, zanim zdecydował się nieco zmienić kierunek i rzeczywiście, tym razem pokierował ich w stronę ulic kierujących na wybrzeże.
- Wiesz... Powinieneś być mimo wszystko bardziej ostrożny - zwrócił mu uwagę. - Nawet jeśli Archipelag nie jest najgroźniejszym miejscem na Herbii, wciąż słyszy się o rosnącej ilości zaginięć - przypomniał mu. - Choć to prawda, że... Ch-chciałem znaleźć szansę na rozmowę po zobaczeniu cię na scenie - dodał ciszej i zakłopotaniem, powoli wyprowadzając ich z najgorszych tłumów.
Wśród straganów dominowały w większości łakocie i rozmaite słodkości, ale były tam też tradycyjne potrawy i przekąski - w tym także grillowane nad ogniem mięsiwa oraz ryby. Niemniej, Leos najwyraźniej zdecydowany był wyprowadzić ich z harmidru oraz zgiełku festynu, gdziekolwiek ich obecnie prowadził.
- I tak, lubię ośmiorniczki - dodał, parskając krótkim śmiechem i kręcąc do siebie głową. - Kojarzę też całkiem dobrze osobę, która dostarcza szlachcie ostrygi. Wbrew pozorom, jestem całkiem tutejszy. Po prostu... Nie mieszkam w tej części miasta i nie odwiedzam jej już zbyt często.

Plac Swobody

36
POST POSTACI
Krinndar
Spięcie ramion mężczyzny spowodowało, że w jakby naturalnym odruchu, Krinndar zaczął przesuwać dłońmi w górę i w dół, ugniatać i gładzić spięte mięśnie, chcąc pozbyć się niepotrzebnych emocji. Byli obok siebie, bawili się, wszystko było w porządku! Nie było miejsca na nerwy.

- Leosiu! Jeszcze teraz nie jesteś ważny. - Mówił Kiri, zaciskając dłoń mocniej na jego ramieniu. - Ale może któregoś dnia będziesz? A nawet jeśli nie, to co z tego? Nie musimy być ważni, żeby być szczęśliwi. - Zauważył równie szcześliwie. - Czym się zajmujesz? Ja jestem aktorem, ale to już wiesz. I czasami służę w świątyni Krinn. Na boginię, tak się cieszę, że udało nam się spotkać!

Kiedy zmienili kierunek, a tłum się przerzedził, Kiri opuścił ręce, by teraz iść z nowym towarzyszem ramię w ramię. Krok miał lekki i podskakiwał, jakby stało się w jego życiu coś naprawdę dobrego. Ostrzeżenia wywołały jedynie szczery śmiech.

- Nie robię nikomu krzywdy! Dlaczego ktoś miały zrobić krzywdę mi? - Zapytał naiwnie. - Poza tym, zaginięcia są poza miastami, prawda? W Taj'cah jesteśmy bezpieczni.

Wysokczył parę kroków przed Leosa, by obrócić się i przez chwilę iść tyłem, patrząc na niego. Złożył ręce za plecami.

- Dlaczego chciałeś ze mną rozmawiać? - Zapytał wprost. Nie widział sensu w owijaniu w bawełnę, skoro już się spotkali. - I skąd wiesz, kto ma najlepsze ostrygi?! To bardzo cenna znajomość!!

Plac Swobody

37
POST BARDA
- Jesteś wielkim optymistą, czyż nie? - zagadnął z wyczuwalną nutą rozbawienia,
przebijającą się przez ogólną konsternację. - Powiedz, zajmujesz może, um, jakieś wysokie stanowisko w szeregach świątyni? - zapytał tym razem ostrożnie.
Gdyby elf zwracał więcej uwagi na wciąż obecną w gestach i doborze słów nerwowość
Leosa, pewnie dwa razy zastanowiłby się, dlaczego padło akurat takie, w nie inne pytanie.
- Co do mnie - mężczyzna urwał i zamilkł na moment, by dopiero po chwili zdecydować się kontynuować - Można chyba powiedzieć, że na co dzień zajmuje się przede wszystkim ochroną włości i rodziny pewnego możnowładcy.
Głuchy na ostrzeżenia, Kiri zdołał zaskarbić sobie iscie kalkulujące, ale nie do końca pozbawione zrozumienia spojrzenie. Jeśli było w nim coś z politowania, Leos był na tyle grzeczny, by nie okazać tego wprost.

Archipelag rządził się przez niezliczone lata kompletnie innymi prawami i wartościami niż
pozostała część Herbii. Niezależnie od tego, jakiej byłeś rasy, czy wyznania, nie obawiałeś
się tu na co dzień, że zostaniesz pobity lub okradziony w ciemnym zaułku. Krinndar nie był
jedynym, który do życia podchodził w pogodnie lekki i naiwny sposób. Dopóki przeciętna
jednostka nie igrała z rozkochanymi w intrygach i spiskach arystokratami tudzież siatkami
szmuglerskimi, nie miała większego powodu do obawiania się o swój łeb. Co nie znaczyło
oczywiście, że i maluczcy nie powinni dla własnego dobra pilnować swoich pleców.
-Nie mówię, że nie rozumiem, co masz na myśli. I przepraszam, jeśli zabrzmi to niegrzecznie, ale brałeś kiedyś pod uwagę, że chodzą po tej ziemi również osoby, które dla zaspokojenia własnych ambicji, dziwnych upodobań, czy po gwoli fanaberii potrafią robić okrutne rzeczy?
Mimo ewidentne młodego wieku, twarz Leosa była w tym momencie poważna, a delikatne rysy nabrały na ostrości, która odrobinę bardziej go postarzyła. Dopiero kolejne pytanie wybiło go nieco z rytmu i sprawiło, że zmieszany odwrócił wzrok.
-T-To nie tak, że miałem w głowie jakiś konkretny powód - odpowiedział zbyt szybko i zbyt nerwowo, żeby mogła być to prawda. - Nawet jeśli nie miałeś roli scenicznej, kradłeś uwagę z równą łatwością, co główni aktorzy. Byłem więc ciekaw… I być może nie do końca spodziewałem się, że poza sceną możesz być tak samo intensywny, jak na niej…
Mimo potykania się o własne słowa za sprawą zawstydzenia, młodzian był w stanie wydusić z siebie jako tako satysfakcjonującą odpowiedź.

Droga do jednej z bliżej położonych, licznych przystani otaczających stolicę, nie była długa. Z lekkiego wzniesienia, które właśnie przekraczali, łatwo mogli dostrzec molo oraz łunę na horyzoncie, za którym niedawno schowało się słońce. Atmosfera była niemalże romantyczna, gdyby ktoś zechciał na to spojrzeć z odpowiedniej strony.
Zmrok uporczywie zapadał nad wciąż niezwykle żywym i pobudzonym Taj'cach, choć większość hałasów i rozgardiaszu pozostawili obecnie za swoimi plecami.
- Mój ojciec jest zamorskim kupcem. Swego czasu przyuczał mnie do fachu - wyjaśnił, starając się odzyskać nieco animuszu. - Miał wiele znajomości, z których mój obecny chlebodawca lubi korzystać.
Zejście było lekkie, ale przezorny młodzieniec i tak szybko zmniejszył dystans między nimi, aby ostrożnie położyć Krinndarowi dłoń na ramieniu.
-Poważnie. Potkniesz się.

Szli jeszcze chwilę, wymijając jeden z popularniejszych w okolicy, portowych burdeli, z którego okna pomachało im grono zachęcających do wstąpienia, mocno umalowanych i wyzywająco poubieranych kobiet. Czerwony jeszcze raz na twarzy Leos, bardzo uparcie unikał spoglądania w tamtym kierunku i tylko przyspieszył kroku, aby jak najszybciej dostać się na molo.
Dookoła wciąż krzątali się zabezpieczający łodzie, sieci bądź wieczorne zdobycze rybacy i żeglarze. Wszechobecny zapach ryb oraz glonów był w tej okolicy oczekiwany i każdemu wyspiarzowi dostatecznie dobrze znany, aby móc go zignorować.
-Jestem pewien, że o tej porze wciąż powinien być w okolicy - mruknął Leos, rozglądając się i niuchając powietrze w zabawnej manierze. Zupełnie, jakby po zapachu mógł odnaleźć odpowiedniego rybaka. I kto by pomyślał - udało się.
Uśmiechając się pod nosem, palcem wskazał kierunek, by doprowadzić ich pod jedną z mniejszych i bardziej niepozornych łajb. Stał przy niej starszy rybak, który aktualnie dłubał między zębami wyjątkowo długą ością i co rusz poganiał dwóch pomagierow, uginających się pod ciężarem znoszonych na twardy grunt skrzyni.

Plac Swobody

38
POST POSTACI
Krinndar


Kiri posłał Leosowi szeroki uśmiech. Zmrużył lekko oczy, przyglądając się swojemu towarzyszowi przez chwilę. Być może wyłapał, że Leos nie jest zbyt przekonany do jego podejścia do życia. Ale jakie to miało znaczenie? Jego optymizm był jego, by cieszyć się swoim istnieniem zamiast zamartwiać czymś, co nigdy mogło nie nadejść.

- Dlaczego miałbym nie być? Bogini ofiarowała mi piękne życie! - Wyjaśnił krótko i złożył ręce przed sobą, jak do modlitwy. - Służę Pani Krinn swoim życiem jak tylko potrafię! Ale nie jestem nawet akolitą... - Przyznał odrobinę wstydliwie. Opuścił dłonie, tylko po to, by zaraz znów je podnieść i poprawić własne włosy. Bransolety na jego nadgarstkach zabrzęczały. - Byłem, ale zrezygnowałem. Chociaż znam świątynię od zaplecza, wychowałem się w świątyni pod okiem kapłanek. - Zdradził, nie biorąc nawet pod uwagę faktu, że Leoś mógłby to wykorzystać w jakikolwiek sposób. Krinndar nie był nikim ważnym. Znał świątynię, znał kapłanki i kapłanów, mógł kręcić się tam, gdzie chciał! Miał duże możliwości, ale ich nie wykorzystywał. Lepiej było, by tak pozostało.

Na wieść o profesji Leosa, Krinndar ożywił się wyraźnie, jak węgielek, który znów zapłonął ogniem po tym, jak już tylko się żarzył.

- I ty mówisz, że powinienem być ostrożny? Leosiu! - Zaśmiał się, jakby towarzysz opowiedział mu coś nad wyraz śmiesznego. - Musisz być taki silny i wytrzymały! Przecież z tobą nic mi nie grozi, tu, na kontynencie, gdziekolwiek!

Lekkie podejście do życia zawiodło go może raz. No, może dwa razy. W porządku - dużo, dużo więcej razy, ale wciąż nie spadał na tyłek na tyle boleśnie, by nie można było tego odwrócić i wrócić do beztroskiego siebie. Spotkanie z Leosiem miało być niezobowiązującym romansem i niczym więcej. Dlaczego miałby się więc przejmować? W razie ataku zbirów, miał przy sobie obrońcę.

Wykorzystując pęd Leosa, gdy ten postanowił powstrzymać go przed potknięciem się na zejściu, wpadł w jego ramiona. Co prawda nie objął go z pełną mocą, a jedynie na moment oparł ręce na jego biodrach, ale to wystarczyło, by wybadać, na ile może sobie pozwolić.

- Ja kradłem uwagę? Leo... To ty przyciągasz całą moją uwagę. Nie muszę patrzeć w niebo, by widzieć gwiazdy. Widzieć twoje oczy w świetle wieczoru, to prawdziwy dar Krinn. Czymże zasłużyłem, by go otrzymać? - Czarował, i choć mówił komplementy tak oklepane i słabe, lekki ton, z jakimi je wypowiadał, mógł dawać nadzieję, że naprawdę w nie wierzył. Utrzymywał kontakt wzrokowy dłuższą chwilę. Bawiło go zawstydzenie Leosa, ale nie zamierzał wykorzystywać młodzieńczej naiwności chłopaka.Tylko w momencie, jeśli w jego oczach nie widział ani dużego sprzeciwu, ani przesadnego wstydu, odważył się krótko cmoknąć go w policzek. Niezależnie od tego, czy to zrobił, czy nie, zaraz odsunął się, by dać mu przestrzeń do oddechu.

Znów wyskoczył parę kroków przed Leosa, prowadząc, choć nie znał drogi. Szczęśliwie pomachał do kobiet w domu publicznym, powiedział im coś oklepanego, ale przez to pewnego na temat nocy poświęconej Krinn, a kiedy weszli między rybaków, na powrót zmniejszył dystans. A kiedy dotarli do właściwego kutra, złapał Leosia za dłoń, jakby bojąc się zgubić wśród lin i sieci. Zapachy morza mu nie przeszkadzały, choć bał się, że mogą przesiąknąć jego ubranie i włosy.

- To tutaj? To ten szanowny pan, o którym wiesz od taty? Na boginię, nigdy nie miałem nawet namiastki ojca! - Zauważył wesoło, jakby sam fakt posiadania rodziciela płci męskiej był czymś, czego można zazdrościć. - Przepraszam! - Zwrócił się znów do mężczyzny, który poganiał swoich pomagierów. Nie wyglądał zbyt przyjaźnie, ale kto wie, może znał się na połowie mięczaków? - Dobry wieczór! Chcielibyśmy kupić ostrygi!

Plac Swobody

39
POST BARDA
Leos słuchał. Słuchał ze zdwojonym skupieniem, od czasu do czasu kiwając głową w dobrej wierze. Mimo iż nie skomentował w żaden sposób warunków ani otoczenia, w jakim wychował się Krinndar, w jego opowieści musiało być coś, co przyniosło mu sporą ulgę. Przynajmniej dopóty, dopóki nie został zmuszony do bardzo nerwowego śmiechu, gdy tylko padł komentarz pod kątem jego profesji. Nie była to oczywiście logika pozbawiona sensu per se, lecz wciąż... Zbyt naiwna. Potwornie naiwna! Z drugiej strony, być może Leos również miał wciąż coś z młodzieńczej naiwności, niezależnie od tego, jak bardzo nie chciałby tego przyznać? Jak w innym wypadku wytłumaczyć łatwość, z jaką elf owinął go sobie na krótki moment wokół palca, stosując jednie kilka słodkich, ale jakże banalnych czułostek? Cóż. Oczywisty brak doświadczenia być może także miał tutaj coś do powiedzenia.
Początkowo tylko zaskoczony nagłą prezencją Kiriego zaraz przy swojej klatce piersiowej, młodzian zrobił wielkie oczy. Te same oczy zrobiły się wielkie, niczym pokaźnego rozmiaru monety z kontynentu, gdy kolejno padały tanie komplementy, na które nie miał żadnej odpowiedzi. W gruncie rzeczy, jego twarz zagotowała się prawdziwie dopiero po buziaku, po którym na dłuższy czas zamilkł kompletnie.

Po wszystkim, Leos był dużo bardziej rozkojarzony, gdy wreszcie dotarli do portu. Częściej rzucał też Kiriemu raczej ukradkowe spojrzenia, dopóki ich wspólnej uwagi nie przykuł rzekomy sprzedawca ostryg. A skoro mowa o starszym mężczyźnie? Ten od razu przekręcił głowę w stronę elfa na dźwięk jego wesołego głosu, marszcząc przy tym rzadkie brwi i mrużąc nieufnie oczy.
Poławiacz miał ostro ociosaną wiatrem, wodą i bruzdami twarz, która wydawała się bez przerwy z czegoś niezadowolona. Spora ilość zmarszczek okalała jego oczy, zaś szczękę kilkudniowy zarost.
- Co u licha? - sarknął, zmierzył Kiriego od góry do dołu, po czym machnął na niego ręką w taki sam sposób, w jaki macha się by odpędzić kręcącą się przy uchu muchę. - Czy ja ci wyglądam na byle gówno-biegda-straganiarza??? - zapytał ze złością, spluwając ością pod nogi. - Skąd w ogóle-?
- Kilka sztuk nie zrobi różnicy w złożonym przez rezydencję zamówieniu, zapewniam - wszedł mu szybko w słowo Leos, występując do przodu z ugrzecznionym uśmiechem na ustach, lekko kłaniając się rybakowi głową.
Dopiero teraz zauważając, że elf nie jest sam, mężczyzna zjeżył się w pierwszej kolejności. Gdy jednak kilka mrugnięć później na jego twarz wypłynęło zrozumienie, dziwnie niespokojnie przestąpił z jednej nogi na drugą, zanim zakrzyknął po jednego ze swoich chłopców.
- Patrzcie go, jaki fircyk - zamamrotał, pocierając dłońmi materiał portek na udach. - Z całym szacunkiem, chłopcze, ale wyglądasz... - sprzedawca wykonał bliżej nieokreślony gest dłonią w stronę młodzieńca, na co tamten dla odmiany również zmarszczył brwi. - Cholernie niepozornie w tych fatałaszkach, ot co! Ledwie żem poznał. Nieważne. To, tego... - zerknął w stronę Kiriego, a następnie ponownie na Leosa, pytająco unosząc jedną brew ku górze. - Od kiedy to, mówisz, podkradasz dobra swojego wymuskanego paniczyka? - jego srogi ton był tym razem zaledwie zaczepny i prawdopodobnie miał jedynie rozbawić, ale milczenie wpatrzonego w niego nieruchomo, z tym samym prostodusznym uśmiechem chłopaka musiał w magiczny sposób naruszyć jego pewność siebie, ponieważ osobiście zabrał się za otwieranie postawionej przed nim skrzyni. - W każdym razie...! Tylko parę sztuk, jasne?! Nie zamierzam świecić za to później oczami!
Nie patyczkując się, Leos od razu sięgnął po muszle, wybierając ostrożnie jedynie te średniej wielkości. Każdą z czterech sztuk odważał wcześniej w dłoni, by na koniec cofnąć się i... Skąd wziął się tak właściwie ten drobny nożyk w jego dłoni? Pewnie byłoby to bardziej zastanawiające, gdyby nie użył go właśnie do umiejętnego otworzenia pierwszej muszli. Po opłukaniu zawartości w podstawionym mu wiadrze z niesłoną wodą, nieśmiało wyciągnął ostygnę w próbie wręczenia jej Kiriemu.

Plac Swobody

40
POST POSTACI
Krinndar


Zawstydzanie Leosa dawało Kiriemu zdecydowanie za duża radości. Sposób, w jaki zareagował na buziaka, przywołał szeroki uśmiech na elfiej buzi, a serce rosło na samą myśl, że ktoś tak uroczy będzie mógł go zabawiać przez kolejne kilka tygodni, nim niewinność się nie znudzi. Nie męczył go już jednak, pozwalając złapać oddech, aż do momentu, gdy dotarli do łajby.

Podejście domniemanego sprzedawcy sprawiło, że mina Kiriego zrzedła. Nie dość, że gość nie był miły dla oka ze swoim niezadowolonym grymasem, to jeszcze miał czelność odzywać się w taki brzydki sposób! Brzydkie usposobienie dla brzydkiej osoby! A to splunięcie... Aż Kiri skrzywił się i cofnął o krok, tylko odrobinę chowając za Leosem.

- Niech pan nie mówi tak brzydko do Leosia! - Zwrócił uwagę nie-sprzedawcy. Co jak co, ale nie było powodu do używania wyzwisk!

Zmiana nastawienia, bynajmniej nie spowodowana komentarzami, była zaskakująca dla każdego, ale nie dla Krinndara. Chłopak stwierdził, iż Leos musi być kimś naprawdę ważnym w szeregach ochrony! To jeszcze lepiej rzutowało na ich wspólną przyszłość! Może nawet jego pan był blisko króla i pozwoli mu przetrzeć szlak dla trupy?

- Wygląda bardzo przystojnie! Nie niepozornie, tylko właśnie przyciąga wzrok! Jest bardzo wykwintny. - Kłócił się, choć nie było ku temu potrzeby. - I niczego nie kradniemy. Leoś zapłaci. - Dodał. Nie musiał przecież mówić, że nie miał przy sobie ni urk-huńskiego zęba? Wszystko zostało za sceną, razem z jego rzeczami.

W końcu nadszedł jednak czas na to, po co tu przyszli: jedzenie! Kiri z wielką chęcią złapał za otwartą muszę, ale zawahał się, nim wypił zawartość. Uśmiech nieco zbladł.

- Leo? A może pójdziemy w jakieś milsze miejsce, żeby zjeść? - Zaproponował. Jakaż radość byłaby z jedzenia tuż przy niemiłym poławiaczu? To, skąd towarzysz wyciągnął nożyk, a co ważniejsze, kiedy, nie miało nawet najmniejszego znaczenia. Wystarczyło, że Leos użył go do otworzenia muszli! - A jak zjemy, to możemy chwilę odpocząć i wracać do miasta?
ODPOWIEDZ

Wróć do „Stolica”