[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

1
Słońce powoli zbliżało się ku zachodowi, gdy kolejne pary oraz grupy możnych przekraczały bramę posiadłości Bourbon. Jedni konno, inny karocami lub dorożkami, jeszcze kolejni i co bardziej "ekstrawaganccy" pieszo, choć i oni rzadko kiedy bez eskorty.
Późne popołudnia były przyzwoitym czasem dla organizacji wszelkich wydarzeń kulturalno-biesiadnych wśród szlachty Archipelagu. Wśród szlachty większości zresztą Królestw Herbii, ale nie oni przecież stanowić mieli śmietankę tego znamienitego wieczoru. Dzisiaj to bowiem Baronowa Diane Bourbon, wciąż młoda i żwawa, 30-letnia wdowa po Baronie Ranhordzie Bourbon oraz bezdzietna spadkobierczyni jego majątku, zachwycić miała swoich gości kolejnym, pysznym bankietem. Miało być to niemniej spotkanie o wiele skromniejsze od tych, które zazwyczaj oferowała w swoich włościach. Zrzeszające jedynie najbliższych przyjaciół oraz partnerów biznesowych; osoby o wyrafinowanym, często kontrowersyjnym guście, znawców sztuki i grona nie tylko szlacheckiego, co bardziej artystycznego. Główną atrakcję stanowić miał konkurs ballad pomiędzy najznamienitszymi (a więc wpadającymi w gusta Hrabiny) z bardów, których akurat zdołała w porę sprosić Diane. Nie mogło wśród nich zabraknąć również zdobywającej ostatnimi czasy sławę Libeth von Darher, noszącej dumnie swój artystyczny pseudonim „Paria".

- Oto głafik, któły nasza Pani przygotowała na dzisiejszy wieczół. – z manierą godną najprawdziwszej hrabianki, pulchna, przyodziana w śliwkowego koloru suknię ochmistrzyni, wręczyła Parii drobny zwój opleciony szafirową wstążką. – Płoszę. Zapoznaj się i zapamiętaj, żeby ogłaniczyć spożywanie alkoholu przed swoją częścią. Nasza Pani była wielce łozczałowana ostatnią biesiadą w posiadłości Bałona Lambe, w tłakcie któłej-… - przeprowadzając śpiewaczkę długim korytarzem, którego ściany wydawały się aż nadto obciążone ilością zajmujących je obrazów olejnych, z której zdecydowana większość wyraźnie traktowała o tematyce miłosnej, kończąca najlepsze lata swojego życia gospodyni na dobre rozkręciła się w obrzydliwie nudnej i rozwlekłej opowieści ze wspomnianej uroczystości. A wszystko przecież można byłoby ubrać słowami: ”Poeta-idiota, niebędący nawet dobrym poetą ani też wybitnym idiotą, w pijackim uniesieniu własną twórczością zaczął rozbierać się na scenie, inscenizując w jednoosobowej obsadzie bardzo wyuzdany fragment recytowanego wiersza”.
Starej posiadłości Paria nie oglądała po raz pierwszy. Madame Bourbon znana była od Taj’cah, aż po najdalej wysuniętą na północ część Dekha Chandi ze swojego umiłowania dla sztuki, czemu też dawała ujście poprzez liczne spotkania oraz uroczystości towarzyskie. Przejawiała przy tym wielką – nawet jak na standardy Archipelagu – otwartość na nowe doznania, style oraz smaczki kulturowe prezentowane na wszelkie metody, oraz sposoby.
Tak jak to miało miejsce w poprzednich przypadkach, także i ten wieczór odbyć się miał w Sali Balowej, znajdującej się na pierwszym piętrze dwupoziomowej posiadłości. Prowadziły do niej dwa wejścia - jedno, główne przez Salę Kominkową, do której z korytarza właśnie wprowadziła Parię ochmistrzyni, oraz drugie, wychodzące na szeroki taras z widokiem na zalesioną dolinę, rozciągającą się ponad przepięknymi ogrodami Baronowej.
- …w łazie jakichkolwiek wątpliwości, służba została odpowiednio poinfołmowana i jest do Panienki dyspozycji. Do czasu występu, wszystkie potrzebne rzeczy, właz z Panienki sprzętem przechowywane będą w gałdełobach na długim piętrze. Płoszę tylko powiadomić kogoś ze służby, zanim się tam Panienka uda! I niech błoń boże nie zapomina o masce, zanim wejdzie na scenę! – poinformowała Parię po raz enty pulchna kobieta, której jadaczka nie zamykała się od dobrych dziesięciu minut. Jakież to szczęście, że były już niemalże na miejscu!
- Tutaj Panienkę zostawię. Wciąż oczekujemy kilku spóźnionych maestłów. - zakończyła wreszcie, wydając z siebie niebywale udane, cierpiętnicze westchnięcie, krótkim ruchem głowy wskazując jeszcze otwarte na oścież, ponad dwumetrowe, dwuskrzydłowe drzwi, zza których już dobiegały dźwięki skocznej muzyki oraz liczne, acz przytłumione śmiechy. Zaraz potem, zaskakująco zwinnie jak na swoje gabaryty, obkręciła się w miejscu i ruszyła w drogę powrotną, pozostawiając Parię samą sobie. Żaden był to jednak problem! Dobre towarzystwo znaleźć można było czasem także i wśród - nie tak zawsze i do końca zresztą nadętej - szlachty! Zwłaszcza, iż już kilka dni wcześniej otrzymała list od ojca, w którym ten gorąco liczył na spotkanie, jako jeden z gości Baronowej. Paria mogła więc od razu wejść do Sali Balowej i spróbować go odnaleźć, jak i spróbować swojego szczęścia wśród wciąż rozglądających się dookoła Sali Kominkowej gości. Jej ściany zdobiły głównie uwielbiane przez Bourbonową maski. Dziesiątki masek wszelkiego rodzaju i kształtu, począwszy od tych najbardziej prymitywnych, a kończąc na najcudaczniej zdobionych. Aż brał dziw, że pokoju wciąż nie przemianowano na "Salę Masek"!
Jeśli Paria poświęciła chwilę na rozejrzenie się dookoła, tuż przed ogromnym, mogącym prawdopodobnie pomieścić kilku rosłych chłopa kominkiem, z którego oryginalnie słynęła komnata, stał otoczony drobnym wianuszkiem kobiet dobrze znany jej kolega-po-fachu - Celestio. Przynajmniej połowa z nich sprawiała wrażenie, jakby miała zemdleć za każdym razem, gdy tylko obnażał zęby w uśmiechu. Obrzydliwe.

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

2
Od dłuższego czasu zastanawiała się, czy nie wypłynąć na zachód, opuszczając Archipelag. Coś jednak wciąż ją przed tą decyzją powstrzymywało - może liczba koncertów, które spiętrzyły się ostatnimi czasy, a może jednak obecność rodziny przynajmniej na tym samym kontynencie. List, który otrzymała od ojca, zaskakująco ją uradował, bo nie spodziewała się go tutaj. Liczyła na to, że przybył jednak bez matki - jej oceniające spojrzenie i permanentnie wykrzywiona w niezadowoleniu twarz nie były najlepszą motywacją, jaką Paria potrafiła sobie wyobrazić.
Wprowadzona do posiadłości baronowej rozglądała się, rzucając co jakiś czas uprzejme, twierdzące odpowiedzi, na tyle nieinwazyjne, by nie przerywać monologu kobiety. Nie było to dla Libeth nowe miejsce, ale okoliczności z pewnością już takie były. W jej konkursach nie brała dotąd udziału. Przesuwała spojrzeniem po romantycznych obrazach, szybko przeskakując myślami po tytułach swoich pieśni, które tematyką wpasowywałyby się w ewidentne preferencje baronowej. Miała co najmniej kilka, które mogłaby zaprezentować tu dzisiaj.
Powstrzymała się od śmiechu, gdy ochmistrzyni zaczęła wspominać głośne wydarzenie. Jakaż szkoda, że nie widziała tego na żywo. Jej podsumowanie wydarzeń z pewnością byłoby ciekawsze niż to, które właśnie prezentowała pulchna kobieta.
- Bez obaw, myślę że większość występujących tu dziś ma znacznie większy szacunek do sztuki, niż tamten... artysta - uspokoiła ją, przyjmując jednocześnie zwój z kolejnością występów. Nie pamiętała nawet co miało być nagrodą w dzisiejszym konkursie, ale pytanie o to wydawało się nie na miejscu. Przecież powinna wiedzieć, prawda? Jej roztrzepanie momentami przekraczało wszelkie granice. Na szczęście zdawała sobie z tego sprawę. Nie to, żeby to cokolwiek zmieniało.
- Bardzo dziękuję - ukłoniła się uprzejmie, gdy została odprowadzona do sali kominkowej i zostawiona sama sobie.
Odetchnęła z ulgą, poprawiając na sobie haftowany gorset i przeciągając wzrokiem po maskach zawieszonych na ścianie. Dziś wybrała błękitną suknię z bufiastymi rękawami, z modnym na zachodzie prostokątnym dekoltem i ściśniętą w pasie bogato zdobioną, wiązaną kamizelką. Skoro nie musiała dziś tańczyć, nie potrzebowała swobody ruchu, odsłoniętych nóg i podkutych butów. W końcu to był konkurs ballad, mogła pozwolić sobie na strój bardziej elegancki.
Naturalnie, pierwszym co zamierzała zrobić, było odnalezienie ojca w tłumie gości. Zbyt długo już się nie widzieli, zwyczajnie się stęskniła.
Naturalnie, ten nieszczęsny baryton dobiegający zza jej ramienia zburzył wszystkie te plany w ułamku sekundy.
- O nie - sapnęła z frustracją, obracając się gwałtownie. - Za jakie grzechy?
Wydęła usta z niezadowoleniem, przesuwając spojrzeniem po dobrze znajomej sylwetce muzyka. Jak zwykle, nadrabiał braki w umiejętnościach urokiem osobistym jeszcze przed występem. Szkoda, że tylko Paria wiedziała, że daleko go to nie zaprowadzi, bo póki co na wszystkich innych niestety działało dość skutecznie. Przypomniała sobie o zwoju, który ściskała w dłoni. Szybkim ruchem rozwiązała wstążkę, z trudem rozprostowując zgnieciony przez siebie kawałek papieru i szukając na nim informacji o kolejności. Miała nadzieję, że przynajmniej występował przed nią, nie po niej. Nie mogła grać wcześniej niż Celestio, przecież nie dałby jej wtedy żyć.
Niezależnie od tego, co znalazła w środku, przeszła wzdłuż obwieszonej maskami ściany, udając pełne zainteresowanie. Jednocześnie podkradła się cicho do mężczyzny od tyłu, by przysłuchać się jego rozmowie i słodkim słówkom, które wylewał na otaczające go kobiety. Ojca mogła znaleźć za moment, miała jeszcze przecież trochę czasu - jak nie przed występami, to po nich.
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

3
Libeth mogła dwoić się i troić, głowiąc nad przypomnieniem sobie jakiejkolwiek cennej informacji dotyczącej nagrody mającej czekać na zwycięzcę, a i tak czekał na nią jedynie ślepy zaułek. I to bynajmniej nie przez nieuwagę bądź własne roztargnienie. O nie. Diane Bourbon zadbała, aby informacja na ten temat nigdy nie wyciekła poza mury jej posiadłości. Zaskakiwać lubiła i robiła to tak często, jak tylko potrafiła, a że jej hojność i oryginalność nie raz budziły sensacje, z czego też była znana, jej bankiety nigdy nie traciły na popularności. Nic dziwnego, że spraszani artyści, nieważne jak napięte były ich grafiki, zawsze znajdywali dla nich czas, o ile tylko otrzymali zaproszenie.

Kobiety otaczające Celestio, z których prawie połowa wcale nie była już aż taka młoda, chętnie lgnęły do mężczyzny. Żadna jednak nie ważyła się przekraczać granic zdrowego rozsądku oraz dobrego smaku. Wszystkie, jak jeden mąż, nieważne ile wysiłku je to kosztowało, starały się nie okazywać nadmiernego natręctwa. Co nie zmieniało faktu, że zarówno te, które jeszcze pełni pełnoletności osiągnąć nie zdążyły, jak i bardziej dojrzałe, przerastające barda wiekiem, zdawały się również brać udział w jakimś niedopowiedzianym, tylko sobie znanym konkursie na perliste śmiechy i trzepotanie rzęsami.
Gdy Libeth z pewnym trudem doprowadziła pomięty zwój do stanu, który umożliwiał jej odczytanie zgrabnego, acz wyjątkowo drobnego pisma, z ciężkim sercem mogła stwierdzić, że szczęście nie było tym razem po jej stronie.
W konkursie brało udział trzynastu artystów, z czego każdy miał możliwość zaprezentować jeden utwór. Część z nich Paria dobrze znała, o innych gdzieś tam słyszała, jednak znalazło się również kilku, których imion bądź pseudonimów w ogóle nie kojarzyła. Najwyraźniej udział brali również nowi debiutanci, którzy tylko sobie znanym sposobem dostatecznie przyciągnęli uwagę Baronowej, aby się tutaj dzisiaj znaleźć. Nie tym natomiast w obecnej sytuacji najbardziej się przejęła. Najważniejsze było to, że podczas gdy jej przypadło 10 miejsce na liście uczestników, Celestio otrzymał 12. Jeśli nie chciała dać się przyćmić, musiała wybrać dostatecznie dobry utwór, aby nie mógł się przez niego przebić. Czym jednak był ten konkurs jak nie kolejnym etapem ich odwiecznej rywalizacji?
Zajęty prowadzeniem z paniami wyjątkowo żywej dyskusji, Celestio nie zauważył jeszcze swojej ulubionej nemezis. Otoczony gronem fanek, wyraźnie był w swoim żywiole.
- ...Nikt więc nie wie? Nawet wy, panie Celestio? - dało się usłyszeć zdziwiony głosik jednej z młodszych dziewczyn, na co mężczyzna z uśmiechem pokręcił głową.
- Nawet ja. - zgodził się z rozbawieniem, ale i dobrze znanym Libeth głodem w oczach. - Wątpię jednak, żebyśmy się rozczarowali. Mowa w końcu o Lady Bourbon.
Zgodny chór przytakujących pomruków rozszedł się wśród zebranych.
- Chodzą jednak plotki... - dodał nagle, mrużą oczy i konspiracyjnie ściszając ton. Zebrane towarzystwo z niebywałą wręcz synchronizacją zbliżyło się i pochyliło w jego kierunku, zacieśniając kółko. Wszystkie damy z ekscytacją nadstawiły uszu. Słowo "plotka" działało na kobiety ich pokroju niczym światło na ćmy. Libeth musiała się skupić i nieco jeszcze zbliżyć, żeby dosłyszeć resztę. - ...Jakoby Lady tylko swoimi sposobami zdobywała coraz większą popularność również i na królewskim dworze. Jeśli tak jest w istocie, znając jej hojność i pomysłowość, nagrodą może być zaproszenie zwycięzcy do zaprezentowania się na tych samych salach, które ostatnimi czasy odwiedza.
Czyż nie było to usłanie marzeń każdego artysty? Możliwość zaprezentowania swoich umiejętności i docenienie przez najbardziej wpływowych ludzi w Królestwie? Występ na królewskim dworze nie był czymś, co spotykało każdego barda. Większość z nich nigdy nie dostanie szansy postawić w pobliżu wyżej wymienionych włości choćby jednej stopy.

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

4
Skrzywiła się i zgniotła kartkę z powrotem, niezadowolona z kolejności, jaką im przydzielono. To nawet nie było alfabetycznie, więc na jakiej podstawie grał później niż ona? Czy już miał jakieś znajomości u lady Bourbon? A może ona jeszcze nie wie, że tak naprawdę Celestio wcale nie reprezentuje sobą zbyt wiele? Z drugiej strony, to mogło być całkowicie losowe. Tak, z pewnością było. Przecież nikt o zdrowych zmysłach tak by tego nie ustawił.
Stojąc później tyłem do grupki wzajemnej adoracji, wpatrując się w wiszącą na ścianie maskę, która w rzeczywistości wcale tak interesująca nie była, Paria przysłuchiwała się rozmowie. Wystarczyło, że z za ramienia słyszała ten teatralnie modulowany głos, by szlag ją trafiał na miejscu. Nie musiała widzieć rozciągniętych w uśmiechu ust mężczyzny, żeby znać podtekst tego grymasu. Czasem zastanawiała się, czy jej frustracja wywołana obecnością Celestio nie jest przesadzona. Może z bliżej nieokreślonego powodu wmawiała to sobie, ale to też było raczej wątpliwe.
Przedostatni. Westchnęła ciężko. Co za los.
Gdy w podsłuchiwanej przez nią grupie pojawił się temat królewskiego dworu, Paria szybko zapomniała o tym, kto właśnie przekazał tę informację. Gdyby mogła wystąpić tam, wszystkie dwory świata stałyby przed nią otworem. Musiała tylko zagrać dziś lepiej, niż Celestio. Nie tylko niż Celestio, lepiej niż cała pozostała dwunastka. Czy mężczyzna mówił prawdę, czy to były tylko jego domysły? Nawet jeśli to drugie, mógł domyślać się dobrze. Bogowie, powinna bardziej zainteresować się baronową, zanim tu przyjechała, może nie musiałaby wtedy opierać się na informacjach, jakimi ten człowiek dzielił się z grupą walczących o jego uwagę, rozchichotanych kobiet.
Musiała iść dalej, do Sali Balowej i znaleźć tam ojca. Pokazać się trochę, pobrylować w towarzystwie, przecież nie mogła spędzić pół wieczoru wpatrując się w ścianę. A potem przecież trzeba było dotrzeć do garderoby, nastroić instrument, rozegrać się, rozśpiewać. Miała dużo planów na ten wieczór i nie zamierzała pozwolić nadętemu grajkowi go zepsuć, tak jak zepsuł jej wiele innych. A na pewno nie mogła pozwolić na to, by sama jego obecność do czegokolwiek ją sprowokowała.

- Celestio, cóż za niesamowite spotkanie - usłyszała swój głos, zanim zdążyła zareagować na to, co usiłowała jej przekazać ta rozsądna część umysłu. Oparła dłoń na ramieniu mężczyzny, a gdy się do niej odwrócił, rozciągnęła pokryte czerwienią usta w najszczerszym ze swoich uśmiechów. - Powinno mnie już przestać zaskakiwać, że widzimy się praktycznie wszędzie. Zupełnie jakbyś nie mógł beze mnie żyć.
Okrążyła go powoli, kłaniając się lekko otaczającym go kobietom, a potem przesuwając spojrzeniem po jego sylwetce, choć tym razem już nie ukradkiem, z daleka, a całkowicie otwarcie.
- Cieszy mnie, że nie widać po tobie tej choroby, z którą borykasz się od jakiegoś czasu. Bałam się, że te twoje okropne ropne wykwity pojawią się też na twarzy, ale na szczęście ubrany tak elegancko, z tym wysokim kołnierzem, wyglądasz równie doskonale, co zawsze - skrzyżowała dłonie na klatce piersiowej, wbijając swój jasny wzrok w ciemne oczy mężczyzny. - Na pewno na scenie będziesz się prezentował wspaniale. A co u małżonki? Zobaczymy się dziś, czy jest już zbyt brzemienna, by podróżować?
W jej oczach błysnęło zabarwione złośliwością rozbawienie. Najwyraźniej nie mogła się powstrzymać i ta rozsądna część umysłu nie miała zbyt wiele do powiedzenia, gdy w grę wchodziło ego. Naturalnie, Celestio wyglądał na zdrowego jak ryba, a o żadnej małżonce Paria nie słyszała, bo przecież która by z nim wytrzymała, ale... cóż.
- Jak Twoje nastawienie? Co dziś grasz?
Obrazek

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

5
Czy kolejność na liście faktycznie została sporządzona intencjonalnie, czy też był to jedynie bardzo nietrafny, nieprzemyślany, a może nawet zupełnie losowy wybór, tego Libeth mogła się co najwyżej domyślać. Fakt faktem jednak gdy o tego typu występy chodziło, potrafiła mieć ona ogromne, nieraz wręcz decyzyjne znaczenie. Jaka szkoda, że świadomość tego posiadali głównie występujący. Z jednej strony, Baronowa grzała swoje miejsce w towarzystwie kultury i sztuki na tyle długo, by świetnie zdawać sobie sprawę z tego typu detali. Z drugiej jednak nie znaczyło to wcale, że organizację każdego bankietu musiała brać tylko i wyłącznie na własne barki. Miała do pomocy bogatą ilość służby, z czego osoba układająca grafiki niekoniecznie mogła mieć odpowiednią wiedzę w tej części tematu. Jakakolwiek zresztą nie byłaby prawda, pozostawało przełknąć gorycz i zaakceptować sytuację.

Wianuszek dam zafalował w zdumieniu, dezorientacji i gdzieniegdzie poirytowaniu, podczas gdy ramiona Celestio wyczuwalnie spięły się na moment, nie tyle pod dotykiem dłoni, ile głosem jej właścicielki. Że jednak aktorem był nieraz lepszym niż grajkiem, błyskawicznie przybrał wyraz uprzejmego zaskoczenia, zanim w pełni zwrócił swoją twarz w stronę Parii. Jakkolwiek ugrzeczniony nie byłby jego uśmiech oraz postawa, przymrużone nieznacznie oczy ciskały wyraźnie wyzywające iskierki.
- Libeth von Darher. - odezwał się sztucznie przesłodzonym, melodyjnym tonem, z pełną celowością pomijając jej pseudonim sceniczny. - Jak zawsze piękna, śmiała i nadmiernie pewna siebie! Nic się nie zmieniłaś. - zaśmiał się, głęboko skłaniając głowę w parodii uszanowania, zanim oceniająco zaczął taksować wzrokiem Parię i jej dzisiejsze przyodzienie od góry do dołu w dokładnie takiej samej manierze. Sam przyodziany był dość bogato, zupełnie niczym szlachcic - począwszy od skrzętnie ułożonych falami i natartych olejkami włosów, z którego żaden kosmyk nie śmiał odstawać w nieodpowiednim kierunku, przez intensywnie zielony płaszcz narzucony na lekką, ale elegancką, czerwoną kamizelkę, aż po wysokie spodnie i parę wypucowanych, skórzanych butów. Bogactwa dodawała spora ilość złotych haftów, guzików oraz innych dodatków
Spoiler:
. Nie wszystkim paniom podobała się zażyłość, z jaką zdawała się traktować Celestio Paria, ale też żadna nie śmiała, na razie swego niezadowolenia okazywać otwarcie, zwłaszcza słysząc znajome większości z nich nazwisko. Niektóre wymieniły co najwyżej szeptem kilka szybkich, cichych uwag, podczas gdy inne przyglądały się nowo przybyłej z zainteresowaniem, bądź fascynacją, kojarząc ją równie dobrze co Celestio, z występów na rozmaitych dworach. Ba, nie miały najmniejszego problemu z właściwą manierą oraz zachowaniem etykiety odpowiedzieć na bezsłowne pozdrowienia. Nie była przecież mniej sławna od niego, na dodatek prawdziwa szlachcianka! Podejście tychże zmieniło się jednakowoż wraz z podjęciem przez Libeth decyzji o próbie ośmieszenia rywala.
Ciche piski, parsknięcia, wstrzymane oddechy oraz "oh'y" i "ah'y" oburzenia rozległy się w pomieszczeniu, przykuwając również uwagę innych, kręcących się po pomieszczeniu gości. Sam Celestio, choć ewidentnie poczerwieniały ze złości od karku po czubki uszu, jedynie mocniej zacisnął palce prawej dłoni na trzymanej w niej laseczce. Utrzymanie fasonu musiało kosztować go niemało wysiłku. Dla niektórych z pewnością wartego podziwu wysiłku.
- T-To... To było niesmaczne i nie na miejscu! - odezwała się wreszcie jedna z poruszonych słowami Libeth dama, a choć zdawać by się mogło, że broni swego ulubieńca-... Huh? Czyżby właśnie odsunęła się od niego pół kroku? I czy przypadkiem, aby tego samego nie zrobiło kilka innych, nieważne czy przytakujących, czy usiłujących ukryć swoje zmieszanie bądź rozbawienie? Ta delikatna, acz nie AŻ TAK subtelna zmiana w traktowaniu ewidentnie nie umknęła bardowi, którego dotykał bezpośrednio temat.
- Pomyślałby kto, że do tego czasu sama zdołasz wykurować się ze swojej obsesyjnej zawiści, droga Libeth. - udało mu się wreszcie odezwać, zmuszając usta do wykrzywienia w wymuszonym uśmiechu, choć lewy kącik podrygiwał w tiku, który niekłamanie świadczył o zalewających go falach emocji. - Tymczasem wciąż stosujesz te same, stare sztuczki. - klikając językiem z niesmakiem, odrobinę zbyt nerwowym ruchem poluzował kołnierz pod szyją. - naprawdę sądzisz, że rozsiewanie bzdurnych plotek na mój temat kupi ci większe poparcie? Zrujnuje moją reputację i stworzy lepsze podwaliny dla twojej? W przeciwieństwie do niektórych nie potrzebuję wsparcia ze strony bogatych krewnych, ni ich kontaktów, aby wspiąć się tam, gdzie zechcę. A choć rozumiem, że może być ci to nieco nie w smak, to z całą serdecznością życzę ci, abyś w końcu zdołała się przemóc. - zaczął odgryzać się po swojemu, budując jednocześnie w zebranych przeświadczenie, iż jest osobą na tyle dobrze wychowaną i kulturalną, aby nie rzucać ładnie ubranym w słowa mięsem. Udało mu się nawet przybrać nieco troskliwego tonu tam, gdzie powinien się znaleźć. Zupełnie, jakby współczuł Parii jej złego smaku i braku ogłady w trakcie tej konwersacji. Bądźmy jednak szczerzy, obydwoje byli mistrzami we wzajemnym dogryzaniu sobie na przestrzeni ostatnich lat. Osobiście tworzyli większość plotek o sobie nawzajem i chętnie je rozsiewali, chociaż w inny sposób, innymi metodami.
- Tematyka o zakazanej miłości wydaje się wpasowywać w gusta oraz klimat. - zdołał odpowiedzieć już nieco normalniej, dużo luźniejszym tonem, najwyraźniej czując się dużo lepiej po podgryzieniu pięt również i Parii. - Co powiesz? Może chciałabyś podjąć małe wyzwanie?

[Wschodnia część miasta] Posiadłość Bourbon

6
Mimo oburzenia, jakie wywołała swoimi słowami, z trudem powstrzymywała się od śmiechu, widząc kolory przechodzące przez twarz mężczyzny. Cóż, nigdy nie należała do osób, które zwracają szczególną uwagę na etykietę i prawdopodobnie dlatego właśnie matka miała do niej niekończące się pretensje. Uśmiechnęła się do damy, która wyraziła swoje niezadowolenie zachowaniem Parii i skłoniła lekko głowę w nieco przepraszającym geście.
- Po to istnieją artyści, by wzbudzać emocje, czyż nie? Równie dobrze możemy zacząć już teraz - odgarnęła z twarzy kosmyk włosów, które w przeciwieństwie do fryzury Celestio nie zamierzały trzymać się w skomplikowanym upięciu, na jakie zdecydowała się dziś. Standard. - W końcu cały świat jest sceną. Niektórzy przez całe życie nie zdejmują teatralnej maski.
Rzuciła krótkie spojrzenie muzykowi, które przerodziło się w pełne skupienie, gdy postanowił odwdzięczyć się jej pięknym za nadobne. Uśmiech nie znikał z jej twarzy, choć spojrzenie stało się nieco chłodniejsze. Może nie rumieniła się ze złości tak jak on, ale równie ciężko było jej zachować beztroski nastrój, gdy przypisywał wszystkie zasługi jej pochodzeniu. Całe szczęście, że nie wiedział na ten temat więcej. Westchnęła z irytacją, dając mu do zrozumienia, by już kończył swój monolog. Nie mogła się tłumaczyć i przekonywać go, dlaczego nie ma racji, bo to z góry stawiałoby ją na przegranej pozycji. Wysłuchała więc oskarżeń, tak jak on wysłuchał wcześniej jej, choć przynajmniej miała tę przewagę, że mogła się ich spodziewać - nie została zaatakowana z zaskoczenia, jak sam Celestio.
- Zakazana miłość? - uniosła pytająco brwi. - Jakież by to miało być wyzwanie?
Uświadomiła sobie nagle, że nie zdarzyło im się jeszcze dotąd rozmawiać sam na sam. Każde z ich spotkań odbywało się z publicznością, każde słowo miało swoją wagę i wpływ na opinię ludzi wokół. Wspomniała wcześniej o teatralnej masce, a teraz docierało do niej, że przecież nigdy nie widzieli się bez nich. Równie dobrze Celestio mógł być niesamowicie otwartym i ciepłym człowiekiem, z dala od oczu postronnych.
Stłumiła śmiech w zarodku. Dobre sobie.
- Oczywiście, że chciałabym je podjąć - odparła. - Co takiego wymyśliłeś?
Zdawała sobie sprawę z upływu czasu. Nie miała go zbyt wiele na przekomarzanie się towarzyskie z tym człowiekiem. Wolała poświęcić godziny pozostałe do koncertu na towarzystwo, na jakim jej faktycznie zależało, a które czekało na nią gdzieś w sali balowej. Wyzwania, na czymkolwiek miałoby ono polegać, nie mogła jednak zignorować.
Obrazek
ODPOWIEDZ

Wróć do „Stolica”