Opuszczone ruiny

76
POST POSTACI
Agnes Reimann
No, Bobby faktycznie była brzydka, pytanie tylko na ile współpracowała z tutejszą burdelmamą, a na ile była to tylko... luźna kontrahentka, której nie byłoby brak właścicielce przybytku. Oczywiście druga opcja byłaby znacznie lepsza dla Agnes z oczywistych względów, także takich, czy Freesia, czy jak jej było, po wyciągnięciu wniosków będzie kierować Shanis do swojego pokoju. Brak informacji był dla kobiety iście denerwujący, ale szybko zostało to przytłumione przez uczucie paranoi i nieprzyjemny dreszcz przebiegający po plecach – dopiero teraz bowiem zauważyła spiczaste uszy prostytutki. Elfom się nie ufa i basta, więc w myślach wizualizowała już knucie dwóch spiczastouszych kurew, z czego jedna była takową fizycznie, zaś druga mentalnie.

Sapnęła, czując na sobie ciężar dorosłego mężczyzny. Przez chwilę chybotała się na nogach – była wycieńczona po ciężkiej nocy i chociaż adrenalina buzowała w jej żyłach, to każdy większy wysiłek skutkował bólem mięśni. Mimo tego z pomocą kurtyzany zaczęła iść powoli, rozglądając się na wszystkie strony, na tyły budynku i po schodach. Skupiona na wypatrywaniu zagrożeń i niepotknięciu się, nie zwracała uwagi na jęki dochodzące zza drzwi, podobnie do reszty. Po prostu parła do przodu, czując na ustach słony posmak potu. W końcu jednak drzwi do pomieszczenia zostały szeroko otwarte, a Agnes zdążyła odwrócić się za ramię, słysząc jakieś głośne trzaski dochodzące z lasu.

Drzwi zostały zamknięte.

Nie rozglądając się zbytnio po pokoju, ani nie przejmując jego wystrojem czy tym, co się wyprawia na jakiej narzucie, Agnes oparła się pokusie przysiądnięcia na skraju łóżka, zamiast tego opierając się o komodę i dosłownie na sekundę przymykając oczy, słuchając narzekania Victora. Sięgnęła bezmyślnie do przytroczonego do pasa sztyletu, wysuwając go i trzymając w dłoniach. Następnie, jeśli którekolwiek okno wychodziło na las, odsłoniła delikatnie czerwoną zasłonę i wyjrzała ćwiartką twarzy, czy coś stamtąd nie nadchodzi. Dopiero upewniwszy się, że wszystko gra, ruszyła do zasłoniętej części sypialni, nawet nie z ciekawości, ale z czystej paranoi sprawdzając, co jest za parawanem.

Oczywiście, że tutaj przyjdzie. Jesteśmy teraz jak myszy w pułapce, ale jeśli ja bym teraz chciała uciec, to nie dość, że dostałabym strzałą, to jeszcze przyszłaby tutaj, chcąc zemścić się za śmierć Vasati w adekwatny sposób — mina Agnes nie wyrażała teraz niczego przyjemnego. Wręcz przeciwnie, była niezadowolona, głównie ze swojego przywiązania do najemnika, które w jakiś sposób kazało jej dopilnować, że wszystko będzie z nim w porządku.

Mężczyzna mógł też ujrzeć na jej twarzy właśnie tę niewypowiedzianą troskę o jego życie i pochopność sytuacji, w którą się wpakowała, aby mieć pewność, że nic mu się nie stanie pod jej nieobecność. Wiadomo, nie przełknęła tego przez gardło, ponieważ niespecjalnie czuła się dobrze z takimi wyznaniami, ale znając ją, mógł się domyślić, że jednocześnie jej to nie pasowało i że to dla niego tutaj została.

A teraz przestań marnować siły i siedź cicho. Jeśli tamta kobieta ma odrobinę zmysłu handlu, to znaczy, że ma inteligencję większą niż jej banda. A to oznacza, że będę mogła z nią rozmawiać — rozglądając się ciągle, czy drzwi od balkonu nie są otwierane i kto będzie wchodził, trzymając sztylet zapobiegawczo w dłoni, dodała ciszej: — Przy odrobinie szczęścia reszta eskorty trafi po drodze na Shanis i przyniesie mi jej głowę.

Opuszczone ruiny

77
POST BARDA
Za parawanem znajdowała się niewielka miska z wodą i sterta ubrań, przewieszona przez krzesło. Takich, jakich Agnes nigdy dobrowolnie by na siebie nie założyła. Okno z kolei wychodziło na korony drzew, na duże, częściowo uschnięte liście palm i grube liście fikusów o powyginanych gałęziach. Na balkonie nie było nikogo, a jeśli ktokolwiek przemieszczał się tam na dole, kobieta musiałaby wyjść na wysoki taras, by z niego zerknąć w dół. Wydawało się, że póki co, chwilowo, są względnie bezpieczni.
- Nic mi nie będzie - sapnął Victor, gdy rudowłosa go uciszyła. - Nie przestrzeliło niczego ważnego. Może nie jestem medykiem, ale widziałem już takie rany. Zostaw mnie i uciekaj.
Ostatnie słowa powiedział z nieszczególnym przekonaniem. W tym momencie wypuszczanie jej samej na zewnątrz, bez żadnej obstawy, mogło się skończyć w najgorszy ze wszystkich sposobów. Gdyby tylko nadal miała przy sobie Primulę, która w magiczny sposób ukryłaby ją przed spojrzeniem Shanis, z czystej dobroci swojego malutkiego serca... cóż, ten most został bezpowrotnie spalony.
- Byle Jacob tu dojechał - mruknął mężczyzna, poprawiając się w miejscu. Jak widać, dobro dwóch elfów, których przydzielił mu Sehlean, było mu równie obojętne, jak jego ukochanej. Równie dobrze szpiczastousi mogli tam wykrwawiać się na drodze i żadne z ich dwójki nie będzie po nich płakać. Najemnik zaklął siarczyście, zaciskając prawą pięść, a lewą dłonią przesunął po zakrwawionym już nieco bandażu.

W pewnym momencie od strony karczmy dobiegły ich wyraźne, ciężkie kroki i wkrótce drzwi otworzyły się, znów wpuszczając do środka głośną muzykę, Freesię i kobietę, którą ta przyprowadziła ze sobą.
Mama była ciemnoskóra i dość konkretna rozmiarowo. Wzrostem na pierwszy rzut oka mogła prawie dorównywać Victorowi, a mimo ściśnięcia talii ciasnym gorsetem, wciąż była ona całkiem tęga. Znad gorsetu, z dekoltu żółtej bluzki, wylewał się obfity biust, na który opadały długie, gęste i drobne loki. Zamknęła za sobą drzwi i tak została, z dłonią wspartą na klamce, a drugą opartą na szerokim biodrze. Oceniającym spojrzeniem niewielkich, ciemnych oczu przesunęła zarówno po wycieńczonej Agnes, jak i po rannym Victorze i w końcu uśmiechnęła się do nich, zaskakująco ciepło, choć z wyraźnym cieniem protekcjonalności.
- Widziałam złociste ptaszki, trzymane przez całe życie w złotych klatkach i karmione ze złotych miseczek. Gdy wylatywały na wolność, zżerały je mewy - w kilku zdecydowanych krokach znalazła się przy pani inżynier i uniosła dłoń, by odgarnąć jej rude włosy za ucho. Pachniała mocno, prawie dusząco drzewem sandałowym i czymś jeszcze, prawdopodobnie jakimś alkoholem. - Witaj, ptaszyno. A co mamy tutaj?
Odwróciła się do najemnika, spoglądając na niego z góry.
- No, no, gdyby tacy do nas przyjeżdżali, może sama bym jeszcze pracowała - zaśmiała się beztrosko, jakby strzała przebijająca mężczyznę na wylot była dla niej codziennością. LeGuiness uśmiechnął się krzywo, bez przekonania.
- Potrzebujecie pomocy, ale nie wyglądacie, jakbyście byli w stanie mi za nią zapłacić. Zwykle takich wyrzucam na zbity pysk. Nie zapewniamy usług na kreskę. Żadnych usług, żadna z nas.
Obrazek

Opuszczone ruiny

78
POST POSTACI
Agnes Reimann
Za zasłoną niczego nie było, podobnie do okna. Z jednej strony było to uspokajające, z drugiej wzniecało paranoję – co jeśli Shanis czeka już pod drzwiami, bądź schodami, z napiętym łukiem, gotowa do przestrzelenia Agnes jak kaczki? Zdenerwowana kobieta nawet nie pomyślała o tym, aby przemyć swoje bądź co bądź ubrudzone krwią dłonie... już drugi raz w ciągu tego tygodnia, tą samą posoką. Jedyne co, to pojedyncza myśl przemknęła przez jej głowę, że nigdy w życiu nie miała takich atrakcji, jak teraz. Szczerze powiedziawszy wolałaby w nich nie uczestniczyć, ani nie babrać się w nielegalne interesy.

Zabawne, że te kilka dni temu Victor wspominał, aby nie przekraczała tej granicy, nie oglądała egzekucji, a teraz zostawia za sobą rosnącą ścieżkę trupów i coraz mniej się tym przejmuje. Jak ta dwójka elfów. Jakkolwiek wcześniej także zbytnio by się nimi nie przejmowała, tak w związku z okolicznościami naprawdę nie przejmowała się ich życiem i nawet kształt uszu nie miał tutaj wiele do powiedzenia. A być może będą dręczyć ją wyrzuty sumienia, gdy na spokojnie, bez presji czasu przysiądzie, pomyśli, zaśnie?

Mogło też być tak, że coś w niej pękło wczoraj rano i życie, elfie czy ludzkie, przestało mieć dla niej takie znaczenie, gdy na horyzoncie widniała perspektywa nowego, wspaniałego świata malowanego jej dłonią ubrudzoną w krwi swoich wrogów.

Byle ktokolwiek dojechał, kto mógłby nas osłaniać — mruknęła, chociaż faktycznie wolała, aby był to Jacob z prostego względu – miał z nią płynąć na Kattok, znała go i względnie mu ufała. No i był człowiekiem, co było wielkim plusem w jej oczach, znacznikiem zaufania.

Bogowie, jakoż stereotypowa była ta burdelmama. Wielka klucha, której boki wylewały się na lewo i prawo, w niesmacznym stroju, który na dodatek nijak był dopasowany. I ten biust wypychany przez gorset zakładany zapewne na siłę! Żebra u tej kobiety już dawno temu zdążyły się połamać, tego Agnes była pewna. A po tym odezwała się, bredząc od rzeczy, na co zmęczona kobieta jedynie uniosła w milczeniu brew, zakładając ręce na piersi i obserwując jej ruchy. Głośna, bezprecedensowa, irytująca kwoka, która pewnie w młodości widziała nad sobą więcej mężczyzn, niż Reimann w ogóle poznała z imienia, po czym roztyła się, gdy już zaczęła niedomagać.

Instynktownie odsunęła twarz, marszcząc przy tym brwi, gdy matrona dotknęła jej włosów, odgarniając je za ucho. Jej zapach był bardzo typowy dla tego typu babska – ciężki, mdły i oczywiście zmieszany z alkoholem. Za chwilę jednak przypomniała sobie, że chcąc nie chcąc jest na jej łasce, więc uspokoiła mimikę twarzy pomimo oczywistej chęci zbesztania jej za zbytnią otwartość, a także pomimo jej lubieżnych komentarzy. Tylko powieka jej drgnęła w tamtym momencie, a usta zacisnęły w wąską kreskę. Podeszła jednak do mężczyzny i położyła mu dłoń na karku, pocierając go kciukiem.

Ponownie powstrzymała się przed grymasem na twarzy, gdy usłyszała o pieniądzach. Z powątpiewaniem spojrzała na Victora, ale nie oczekiwała, że nagle będzie miał przy sobie sakiewkę ze złotem. Sama także żadnej nie miała, więc musiała improwizować. I nie, nie zamierzała oferować tej dziwnej formy niewolnictwa, jaką uprawiano na Archipelagu pod wdzięczną nazwą długu. W teorii... konie zawsze sporo kosztowały, ale nie zamierzała na razie tego podsuwać. Nie, kiedy nie musiała, a wszakże transport naprawdę by się przydał. Zamiast tego wzdychając sięgnęła do uszu, gdzie miała wczorajsze kolczyki – ostatki biżuterii, którą nosiła, a którą musiała porozdawać na prawo i lewo. Nosiła się jak dama, więc nie były to tanie podróbki, a prawdziwe złoto z drobniutkimi kamieniami szlachetnymi. Ktoś taki, jak tamta matrona na pewno wiedział, jak wygląda prawdziwy kruszec, nawet jeśli nie kosztowały tyle, ile by sobie życzyła. Mogło to wzbudzić zaufanie, przynajmniej na chwilę.

Rzeczywiście, sakiewek przy sobie nie mamy, ale też nie oczekuję dużo. Potrzebuję jedynie wyciągnąć tę strzałę i ustabilizować ranę, by wytrzymał do miasta, gdzie zabiorę go do uzdrowiciela. Nie oczekuję odpoczynku w waszych progach. Kolczyki mogą posłużyć za zaliczkę, jeżeli nie wystarczą na pokrycie usługi. Resztę dostarczę, gdy tylko wrócę do miasta — wyciągnęła w jej stronę dłoń, oczekując odpowiedzi. Była gotowa się targować jeżeli trzeba, chociaż do sprzedaży konia wolała się nie posuwać, wiedziała, że wtedy się przeceni. Może coś zastawić...

Opuszczone ruiny

79
POST BARDA
Widząc u Agnes gest świadczący o przywiązaniu do rannego mężczyzny, mama zaśmiała się pod nosem.
- Nie bój się, ptaszyno, nie zabiorę ci go przecież. Nie po to mnie tu zawołaliście.
Kobieta opuściła potem wzrok na kolczyki, ostatni element biżuterii, jaki został wykończonej rudowłosej. Teoretycznie wciąż jeszcze posiadała wachlarz, ale on sam w sobie nie miał szczególnie wysokiej wartości. A na pewno nie miał takiej, by zapłacić nim za usługę, dość nietypową w przybytku takim, jak ten. Mama delikatnie chwyciła dwie złote ozdoby, wysadzane kamieniami i po chwili namysłu zacisnęła je w dłoni. Zerknęła na Freesię i bez słowa skinęła głową, co sprawiło, że dziewczyna natychmiast odłożyła swoją fajkę na stół i wyszła z pokoju.
- To wystarczy - rzuciła właścicielka burdelu, potwierdzając natychmiastowe przypuszczenie pani inżynier, że była to dużo za wysoka zapłata za opatrzenie rany. Ale cóż, było już za późno, żeby się wycofać. Podeszła do Victora i obejrzała go ze wszystkich stron, poważniejąc. - Ładnie zabandażowane, ale na dłuższą metę nie da rady. Zresztą popatrz na niego. Wielki chłop, a ledwo siedzi. Nawet się biedaczysko położyć nie może, a nasze łóżka takie wygodne...
Odgarnęła włosy na plecy i związała je wyciągniętą skądś wstążką, zanim zabrała się za odwijanie prowizorycznego opatrunku. Jednocześnie zwijała bandaż, zamiast niedbale go zrzucać na ziemię, zapewne w celu ponownego go użycia za chwilę. Nie był zakrwawiony aż tak bardzo, na zewnętrzną warstwę się nadawał.
- Moja matka była dochtórką - zagadnęła, by przerwać panującą ciszę. - Nauczyła mnie wszystkiego, co wiem o ranach i radzeniu sobie z nimi, nawet z takimi jak ta. Pomagałam jej, jak byłam młoda i naiwna. Potem przyszła straż, matkę powiesili, bo jakiegoś ich bogatego pana nie doleczyła do końca... leczyła jak mogła, ale bogaci mają inne przywileje, prawda, ptaszyno? - rzuciła w stronę Agnes uśmiech pozbawiony ciepła. - Nie tego od niej chcieli przecież. Już od lat się tym nie zajmuję, chyba że naprawdę trzeba, a czasem do nas przyjeżdżają też tacy, co mają inne potrzeby, niż uciechy ciała i ducha. Jak ten tutaj. Siądźże, ptaszyno, bo ci nogi w dupę wrosną - poleciła rudowłosej, którą nosiło z nerwów.
Chwilę po tym, jak bandaż został odwinięty i złożony, do pomieszczenia wróciła Freesia, z niewielkim koszykiem w rękach. W środku znajdowały się igły, nici, trochę czystych tkanin i butelka mocnego alkoholu. Elfka wycofała się, zajmując miejsce przy oknie i przysiadając nieco na parapecie, by w niczym nie przeszkadzać.
- Złamię strzałę, żeby ją wyciągnąć. Gotowy? Na trzy. Raz... - nie czekając ani na dwa, ani tym bardziej na trzy, mama złamała drzewce w dłoni, jakby to był uschnięty patyczek. Victor syknął i zbladł, tracąc resztkę swoich kolorów, ale podparł się na lewej ręce i posłusznie czekał, choć następujące potem wyciąganie strzały z jego ciała musiało być okrutnie bolesnym doświadczeniem. Ciemnoskóra kobieta obficie polała ranę alkoholem i zabrała się za zszywanie jej z jednej strony. Jak na kogoś takich rozmiarów, miała wyjątkową biegłość w palcach.
- Nie spodziewałam się, że przyjdzie mi dziś mieć ręce ubrudzone we krwi, ale z drugiej strony, takie mamy czasy, hm? Dzień jak co dzień dla niektórych, chociaż ja zazwyczaj siedzę na dole, załatwiam interesy i obserwuję klientów. Nie jest to wcale złe zajęcie - przeciągnęła nić przez skórę Victora. - Freesia, jeszcze temblak jakiś zorganizuj. Chusta duża może być. A potem spodnie jakieś dla ptaszyny naszej. Też zakrwawiła je przecież jak zażynane prosię. Trzeba odkazić i opatrzyć tę jej chudą nogę, zanim się zakażenie jakieś wda i odpadnie. No, w każdym razie ja jedna pamiętam wszystkich, którzy pojawiają się w naszym przybytku. Ma się tę pamięć, hm? Te strzały też pamiętam. Tak samo jak tę, która nosiła je w kołczanie - dodała na końcu, milknąc na dłuższą chwilę, zapewne w oczekiwaniu na jakieś wyjaśnienie.
Obrazek

Opuszczone ruiny

80
POST POSTACI
Agnes Reimann
Z bólem serca inżynier oddała ostatnią część swojej biżuterii – kolczyki. Nawet na jej twarzy przez chwilę widoczna była ponura mina, gdy burdelmama chowała je, wiedząc doskonale, że są warte więcej niż sama operacja. Co jednak miała robić, dłubać przy nich i wyciągać kolejne kamienie, licząc w nich cenę usługi medycznej? Ha, gdyby miała narzędzia i czas, zapewne by to zrobiła, a następnie sama naprawiła ozdoby. Niestety nie miała przy sobie niczego innego, o zastawianiu już nie wspominając.

Oczywiście, że jej opatrunek nie dałby rady na dłuższą metę – nie była medyczką, by wyczyniać cuda w polowych warunkach, o tym zaś, że przebijała najemnika strzała na wylot już nie wspominając. Widząc zaś, że właścicielka przybytku zabiera się do pracy, Agnes cofnęła rękę i odsunęła się o dwa kroki, nie oddalając się zbyt daleko, obserwując poczynania matrony. Ostatnio zbyt często musiała patrzeć, jak zszywają jej kochanka, chociaż nadal lepsze to, niżby to ona była na tym miejscu. Ot, czysta obserwacja. Krzywda, nawet bliska jej sercu, zawsze była lepsza cudza.

I naprawdę miała gdzieś historię starej kurtyzany, która miała uraz do ludzi wyżej urodzonych. Stała obok niecierpliwie, licząc na ciszę, w której będzie mogła usłyszeć stukot znajomych butów, który ją zaalarmuje, że jej nemezis już tu jest, że trzeba się z nią rozliczyć. Zamiast tego mruczała przytakująco, bezmyślnie wręcz, gdy ta trajkotała, rzucała w jej stronę przytyki. No tak, bo nie można już było być majętnym bez tytułu szlacheckiego! Rozpustna magnateria miała swoje widzimisię, w przeciwieństwie do burżuazji, która swój status zdobyła ciężką pracą i taką też potrafi docenić.

Jak usiądę, to nie wstanę — odpowiedziała na niedelikatną prośbę matki, uśmiechając się przy tym krzywo. Przyglądała się reszcie precedensu, krzywiąc się znacznie przy wyciąganiu strzały. Na chwilę odwróciła wzrok, jednak za chwilę powróciła do obserwacji operacji, nadal musząc wysłuchiwać paplanie byłej prostytutki.

Drgnęła, słysząc o własnej nodze. Zaaferowana raną Victora, kompletnie zapomniała, że strzała wbita w siodło przecięła jej skórę. Zachwiała się, czując nagle ból, ale oparła się pokusie usiądnięcia na krześle czy łóżku, zamiast tego opierając się o ścianę. Dotknęła uda, oceniając, jak głęboka była rysa i ile krwi sama straciła, przy okazji orientując się w fakcie, iż sama miała ręce ubabrane w posoce. — I miskę z wodą do przemycia rąk — dorzuciła Freesii, gdy ta wychodziła za chustą. Mogła użyć tej za parawanem, ale z czystej grzeczności nie wspominała, że tam zaglądała.

Wzrokiem zaalarmowanego ogara spojrzała na matronę, gdy ta zaczęła opowiadać o strzałach i ich właścicielkach. Zapadła cisza i Agnes wyczuwała, że plotkara oczekuje jakiejś odpowiedzi. Zachowując kamienną twarz, powiedziała tylko: — Miałoby sens, że się tutaj pojawiła — po czym powróciła do oględzin własnej nogi. Oby nie została po tym blizna, a sądząc po delikatnej fakturze jej skóry, tak może się stać, chyba że... nie, woli mieć na udzie skazę, niż iść w tak bezsensownej sprawie do magika. — Rozumiem ciekawość, ale najważniejsze jest doprowadzenie mojego towarzysza do stanu, w którym nie zwali się z konia przy pierwszej lepszej okazji. Im szybciej to załatwimy, tym szybciej znikniemy i nie będziesz musiała się martwić o ewentualne problemy.

Opuszczone ruiny

81
POST BARDA
- Hm, to nie ciekawość, ptaszyno - mama wysoko uniosła brwi, naciągając nić po kolejnym przeciągnięciu jej przez skórę Victora. Sam najemnik obserwował dokładnie jej działania, jakby obawiał się, że stara nierządnica nie będzie potrafiła zaszyć rany tak, jak należy. Szło jej jednak bardzo dobrze. Faktycznie musiała mieć wprawę. - To troska o interesy. Obecność niewłaściwych osób wszystko może popsuć. Pytanie tylko, kto z was jest tą niewłaściwą osobą. Obawiam się, że tego dowiem się za późno. Ale kto wie, może ostatecznie nie będę żałować? Czasem nie dzieje się tu nic. Aż człowiek gnije z nudy. Te same krzywe gęby, te same problemy. Tak to jest z karczmą na trakcie donikąd. Mamy swoich stałych klientów i praktycznie nikogo nowego. Równie dobrze mogłabym dziewczyny za mąż powydawać, ale mi się to przecież nie opłaca. Nie ruszaj się, chłopcze! - skarciła Victora, który drgnął przy kolejnym wkłuciu. Miał ciemną karnację, ale Agnes nigdy dotąd jeszcze nie widziała go tak bladego. Może przez fakt, że ostatni ratunek z magazynu i wizyta u felczera odbywała się w nocy?
Zerknęła na rudowłosą i wzruszyła ramionami.
- Chcesz to stój. Twój problem, złotko. O, dziękuję, Freesia.
Elfka wyjątkowo szybko wróciła ze wszystkim, o co została poproszona. Rzuciła obok Victora chustę i spodnie, wyciągnięte ze swojej komody, a potem zniknęła za parawanem. Miskę, którą stamtąd wyjęła, wyniosła na balkon i wylała zawartość przez barierkę, nie przejmując się niczym ani nikim - pewnie nikogo tam nie było, nikt nie zawołał z dołu z oburzeniem - a potem postawiła ją na stole i uzupełniła nową wodą z dużego dzbana.
- Pokaż no tę nogę, ptaszyno - poleciła mama, gestem głowy przywołując Reimann do siebie. Przerwała na moment zszywanie rany Victora, ocierając zakrwawioną dłoń o przewieszoną przez pas chustę, a potem złapała za brzeg rozcięcia na udzie rudowłosej, by odsłonić sobie jej ranę. - Łeee, nic to takiego. Szyć nie trzeba. Przemyj alkoholem, zawiń i załóż czyste spodnie.
- To moje spodnie, będę potrzebowała nowych, mama - podkreśliła Freesia, na co czarnoskóra kobieta machnęła tylko w odpowiedzi niedbale dłonią i wróciła do zaszywania rany Victora.
- Kupisz sobie jak będziesz w mieście.
- Kiedy? Za miesiąc? I za co niby?
- Zamiast skrzynki ziela sobie kupisz. Na zdrowie ci wyjdzie.

Elfka parsknęła z oburzeniem i opadła na krzesło przy stole, zarzucając nogę na nogę i spod brwi obserwując procedurę. W końcu mama poradziła sobie z przednią raną i poleciła Victorowi się obrócić, by mogła zabrać się za drugą. Po plecach mężczyzny nieustannie spływała strużka krwi, którą kobieta niedelikatnie starła i znów wbiła się igłą w jego skórę, tym razem przy karku.
- Z konia zwalić, to się chłop nie zwali - westchnęła. - Ale boleć będzie. Ruszać tylko nie może ręką dziś, bo mu się tam źle pozrasta. Po to temblak. Ach, przydałby się wam odpoczynek, co? Wam obojgu, widzę. Ciężki dzień ewidentnie. Co robią tacy jak wy, kiedy mają wolny czas, co? Zawsze się zastanawiałam.
Obrazek

Opuszczone ruiny

82
POST POSTACI
Agnes Reimann
- Zapytasz mnie, odpowiem że racja stoi obiektywnie po mojej stronie. A jeśli kłopoty zdążą się pojawić, nie będą z mojej winy - odpowiedziała zgodnie z prawdą Agnes. Raz,że to nie była jej wina - śmierć Vasati, dwa że nie szukała zwady a świętego spokoju. Więc to nie ona była prowodyrką i nie ona była źródłem kłopotów. - Tak jak mówiłam, nie będziemy tutaj odpoczywać.

naprawdę liczyła na to, że niedlugo Victor zostanie pozszywany i uciekną stąd jak najszybciej - zanim dotrze do nich Shanis. Miała jednak uporczywe uczucie w brzuchu mówiące jej, że nijak się to uda i zapewne dojdzie do tej konfrontacji wcześniej niż później. Oczywiście liczyła na fakt, że do tej pory ktoś z jej obstawy zdąży wrócić i nie będzie sama z pokaleczonym, emerytowanym wojownikiem, podczas gdy z łuku celować będzie psychopatka.

Niechętnie odbiła się od ściany, pokazując własne rozcięcie. Nie było najgorsze, a blizna zostanie może na miesiąc, dwa, ale przez najbliższy okres czasu na pewno będzie boleć. Powoli podeszła do butelki z alkoholem, przysłuchując się trwającej między kobietami rozmowie, przez chwilę chcąc zaoferować, że nie musi koniecznie dostać nowych spodni. A po chwili zetknęła na Freesię, jej uszy, potem przypomniała sobie ile kosztowały kolczyki i w milczeniu odkorkowała bimber. Przez krótką chwilę stała tak z rozszerzoną nogawką, bijąc się z myślami, aż niepewnie polała spirytusem rozcięcie, natychmiast czerwieniejąc i sycząc głośno z nieprzyjemnego bólu. Odtańczyła mimowolnie kilka kroków, zanim otarła z twarzy łzy i zabierając podane jej spodnie na drugą stronę pokoju wraz z miską z wodą, zaczęła przemywać jeszcze wokół uda resztki krwi, aby zaraz też osuszyć względnie ręce. Następnie łypając na zgromadzone w pokoju osoby, ściągnęła szybkim ruchem swoją starą odzież, migiem owijając resztkami bandaży miejsce i zakładając te drugie spodnie.

Odkładając wszystko na miejsce, czując że parzy ją udo podeszła kulejąc do matrony i Victora, przyglądając się ile im jeszcze zostało. Zamierzała wymknąć się tylko, gdy ostatnia nitka zostanie zawiązana. Nie mieli czasu na obijanie się.

- To najważniejsze. Rękę naprawimy w mieście - powiedziała, zaraz unosząc brwi i prychając na słowa o takich jak oni. - Tacy jak my? Nie jestem szlachcianką obijającą się po zakamarkach pałaców. Pracuję od świtu do zmierzchu. To nie tak, że dla zabawy wybywam poza miasto aby ganiać się po lesie i robić za tarcze strzelecka.

Opuszczone ruiny

83
POST BARDA
O dziwo, nikt tutaj nie był zainteresowany faktem, że Agnes się przebierała. Nagość była tu na porządku dziennym, a w tej chwili wszyscy byli zajęci czymś innym. Spodnie elfiej ladacznicy nie leżały na niej najlepiej, były nieco za długie i miały dziwnie wysoki stan, ale przynajmniej były całe i czyste. Freesia rzuciła tylko na nią okiem, jakby sprawdzała jak leżą, ale niczego nie skomentowała. Nie miała zresztą za bardzo okazji się odzywać, bo mama mówiła cały czas.
- Och, no nie wątpię, że cokolwiek się tu wydarzyło, nie było twoim zamiarem, ptaszyno. Nie wyglądasz, jakbyś miło spędziła ostatnie dni na spacerowaniu po wzgórzach i pływaniu w jeziorze, a ci, którzy nie przyjeżdżają akurat konkretnie do nas, to tylko po to pojawiają się w okolicy. No i rodzinka z plantacji niedaleko, handlują z miastem - nie miała pojęcia, że Agnes miała już z nimi do czynienia, ale jak miałaby się tego domyślić? - Czasem widzę, że parobków kusi, ale nie stać ich na nasze usługi, haha. Za młodzi zresztą. Słodcy tacy, niewinni. Szkoda, żeby ich zepsuła rutyna naszego zawodu, co, Freesia? Podaj panu wino kochana, bo ledwo siedzi przecież, zaraz mi tu padnie.
Elfka z westchnieniem podniosła się z krzesła i nalała wina do jednego ze stojących w różnych miejscach pokoju kielichów. Usiadła z nim bokiem na materacu, naprzeciwko Victora, uśmiechając się do niego uroczym uśmiechem, tak wyćwiczonym, że z łatwością można było uwierzyć w jego szczerość. Podała mu naczynie, a najemnik wychylił jego zawartość duszkiem. Mama poczekała chwilę z szyciem dalej, ale kilka minut więcej jej monologu wystarczyło, by rana została zasklepiona z obu stron. Odgryzła nitkę i wetknęła igłę w jeden ze zwitków w koszyku, wyciągając z niego czyste, białe skrawki. Jeden podała elfce, drugi przyłożyła sama i wkrótce zaczęły owijać opatrunki z obu stron ramienia Victora bandażem, poplamionym już co nieco krwią.
- Och, to przykre. Nikt nie powinien pracować od świtu do zmierzchu. Twój pracodawca cię wykorzystuje, ptaszyno. Wiesz, gdybyś kiedyś chciała odpocząć, odciąć się od zgiełku miasta, od obowiązków i wszystkiego, co cię unieszczęśliwia, tutaj możesz znaleźć na to miejsce. Nie mamy samych dziewczyn - zerknęła przez ramię i puściła jednoznaczne oczko, zupełnie ignorując siedzącego centymetry od niej LeGuinessa. Ten westchnął tylko, jak zawsze zachowując absolutny spokój i nie dając się sprowokować.

Nie docierało do nich, jak dobrze słychać muzykę z dołu, dopóki ona nie ucichła. Muzycy przestali miarowo uderzać w bębny, pozostałe instrumenty też zamilkły; jeszcze tylko przez chwilę grał solo flet, dopóki nie zorientował się, że pozostali już przerwali. Przez drzwi zaczęły dobiegać jakieś krzyki, eskalujące coraz mocniej, aż coś zabrzmiało jak rzucone krzesło, czy inny mebel. Mama zmarszczyła gęste brwi i ponaglającym ruchem głowy wskazała elfce wyjście z pokoju, na co ta zareagowała natychmiast - zostawiła bandażowanie starszej kobiecie i poderwała się z miejsca, otwierając drzwi i wystawiając głowę na zewnątrz, do karczmy.
- Gdzie ona jest - dotarło do nich. - Gdzie jest, kurwa mać, pierdolona Agnes Reimann?
Inżynier dobrze znała ten głos. Zbyt dobrze. Słyszała go po przebudzeniu w kamiennym kręgu i później, gdy była ścigana przez dżunglę. Shanis dogoniła ich tutaj, szybciej niż pozostała trójka obstawy, i w tej chwili jedynym, co je dzieliło, były schody i uchylone przez Freesię drzwi.
Obrazek

Opuszczone ruiny

84
POST POSTACI
Agnes Reimann
Oczywiście, że nagość nikogo tutaj nie interesowała. Kobiety tutaj widziały jej już aż nadto, zaś Victor widział jej nogi nie raz i nie dwa, ale pruderyjność przywieziona z Ketonu tkwiła w Agnes na tyle głęboko, że poza wzrokiem Flavii inżynier odczuwała nieswojość podczas odsłaniania takiej ilości ciała. Co zaś się tyczyło spodni, te oczywiście nie były zbyt dopasowane, lecz wystarczyło jej, że były czyste. Do samego miasta powinny wystarczyć, a tam jej jedynym problemem będzie to, jak szybko zanurzy się w chłodnej, cienkiej pościeli własnego łóżka.

Kulejąc, przeszła z powrotem na przód, by mieć dobry widok na trwającą operację. Trajkotanie matrony przyprawiało ją powoli o ból głowy i nie zwracała zbytnio uwagi na każde jej słowo, nawet te nawiązujące do farmy, z której niedawno przybyła. Z każdą najmniejszą przerwą w szyciu niecierpliwiła się coraz bardziej, irytowała się coraz bardziej, ale nie mogła zbytnio przyspieszyć procesu. Zmrużyła za to oczy, widząc falszywy uśmiech elfki. Nie miała się czego obawiać oczywiście, bardziej był to automatyczny odruch.

- Pracodawca nie ma tutaj nic do rzeczy. Nikt nie stoi nade mną batem ani nie zmusza do katorżniczej pracy. To, co robię to moje życie, a mam go coraz mniej. Z każdą sekundą marnowaną na bezsensowne przyjemności tracę chwilę,w której mogłabym coś zmienić. A pracodawca... Nie pomaga mi rozwinac się w tym kierunku, w którym bym chciała do końca, więc muszę wykorzystać każdy wolny promyk słońca i każdy ostały kaganek do tego, co kocham najbardziej - powiedziała, może nawet nazbyt wylewnie. Odchrząknęła tuż po tym, widząc że zaczynają bandażować barki Victora. Właściwie powiedziała prawdę. Chociaż z natury wolny czas spędzony na spacerach, balach i zwyczajnym odpoczywaniu był sycący duszę, to czuła zawsze nieznośne swędzenie w środku wiedząc, że mogłaby spożytkować ten czas bardziej produktywnie. Na dodatek nie mogła rozwijać swoich projektów w takim stopniu, w jakim by chciała, a przynajmniej dopóki nie wypłynie na Kattok. Statki... Były czymś, ale to nie był jej główny cel.

- Jedyne, co mnie w życiu unieszczęśliwia, to marnowanie wolnego czasu na frywolne zabawy. A za propozycję podziękuję, nie potrzebuję dodatkowego towarzystwa - dorzuciła, czerwieniąc się odrobinę na policzkach i rzucając mimochodem spojrzenie na zmaltretowanego najemnika. Zabawne, że znalazła na niego czas w natłoku własnorecznie narzucanych obowiązków. Chciałaby miec go więcej, ale z drugiej strony wiedziała, że z każdą sekundą jest coraz bliżej nieuchronnej śmierci i zmniejsza z tym swoje szanse na zapisanie się na kartach historii. No i to nieznośne uczucie przywiązania, które doprowadzało ją do szału. Nie powinna tutaj zostawać, a jednak pilnowała mężczyzny jak jednego ze swoich projektów.

Z zadumy na temat własnej śmiertelności i stojących jej kołkiem w gardle uczuć wyrwała ją muzyka, a raczej jej brak. Na ten brak dźwięków serce natychmiast zabiło Agnes szybciej, a jej głowa w czujnym geście powędrowała wysoko. Gdy zaś elfka uchyliła drzwi, a zza nich oprócz hałasu rozbijających się mebli usłyszała znajomy głos i własne nazwisko, krew szumnie uderzyła jej do głowy, oddech przyspieszył, a świat wokół zawirował. Za wcześnie, nie powinna jeszcze tutaj być. I gdzie do cholery była jej obstawa?!

W kilku krokach doskoczyła do matrony i Victora, chwytając za porzucone bandaże i wręcz wyrywając je burdelmamie, niezależnie czy były wystarczająco zawinięte, związała je na szybko w supeł. Temblak jeszcze nie był gotowy, ale musiało się obyć bez niego - nie zamierzała ryzykować wparowania tutaj tej szmaty, gdy będzie opatrywać rękę najemnika. Następnie chwyciła za lewą dłoń mężczyznę, zmuszając go do wstania i ciągnąc w stronę wyjścia, do balkonu.

- Dziękujemy za pomoc, ale nas już czas - rzuciła przez ramię, chcąc wyjść na taras. Ten wychodził na tyły, obok stajni, zaś sama karczma była po przeciwległej stronie. Jeśli Shanis jej szukała, być może zacznie od pokoi, gdzie pewnie spodziewała się zastać Agnes w sytuacji, w której była przed chwilą. W tym czasie, niezależnie gdzie pójdzie elfka, inżynier chciała dotrzeć do konia, władować na niego siebie i Victora i jak najszybciej stąd odjechać - najlepiej bokiem, nie samym traktem a między drzewami, przynajmniej dopóki nie nadrobią dystansu. Przejmować się ranami będzie w samym mieście, ale w końcu od tego będą uzdrowiciele Sehleana - jeśli magia tego nie uleczy, to równie dobrze mogą wylądować na dnie morza, tak bardzo będą użyteczni.

Opuszczone ruiny

85
POST BARDA
Zmaltretowany najemnik nawet nie zauważył spojrzenia, które rzuciła mu Agnes. Zapewne marzył o tym, by poderżnąć Shanis gardło i wrócić wreszcie do miasta, ostatecznie pozbywając się już wszystkiego, co mogło sprawić problem. Tymczasem musiał siedzieć na łóżku w podrzędnym burdelu i czekać, aż skończą bandażować jego kolejną ranę, będącą konsekwencjami nieudanych kontaktów biznesowych pani inżynier. Przyjmował to dotąd zaskakująco spokojnie, co sprawiało, że na myśl przychodziło pytanie - gdzie znajdowała się granica jego cierpliwości?
Jeśli o Shanis chodzi, to obecnie główny problem polegał na tym, że nikt w tym przybytku nie miał powodów, by ukrywać Agnes przed oczami wściekłej elfki. Z drugiej strony... nikt też nie miał po co jej wydawać. Freesia stała więc dalej w drzwiach, obserwując wnętrze karczmy i przyglądając się zachodzącym tam wydarzeniom. Shanis musiała wiedzieć, że jej rudowłosa ofiara gdzieś tutaj jest, bo wystarczyło znaleźć konia, przywiązanego elegancko w stajni, nie wspominając o młodym stajennym, który nie wyglądał jak ktoś, kto oparłby się agresywnej argumentacji i zachowałby tajemnicę dla siebie.
Mama skrzywiła się z niezadowoleniem, ale pozwoliła Agnes prowizorycznie dokończyć opatrunek i odsunęła się, gdy ta postanowiła podnieść mężczyznę z łóżka. LeGuiness wsparł się na swojej ukochanej, zbyt słaby, by się jej sprzeciwić... a przynajmniej fizycznie.
- Nie ma sensu uciekać. Trzeba to skończyć tu i teraz.
Zerknął przez ramię na drzwi, w których wciąż stała zaciekawiona Freesia. Z karczmy było słychać kłótnię Shanis z dwójką kobiet, które były przeciwne jej wchodzeniu na górę i zaburzaniu spokoju klientów. W końcu nikt nie chciał, by podczas jego miłosnych uniesień do pokoju wpakowała się rozwścieczona żądzą zemsty obca kobieta z szaleństwem w oczach. Shanis wyzywała je od kurew i groziła im, co wcale nie poprawiało jej sytuacji.
- Niech tu wejdzie - zaproponował Victor cicho. - Będziemy na nią czekać przy drzwiach. Ja będę. Sam rozwiążę ten problem. Nie zdąży zrobić nawet jednego kroku do środka.
To mógł być całkiem dobry sposób, jeśli Agnes nie bała się zaryzykować. Victor może był w stanie wyprowadzić jeden celny cios lewą ręką, ale co dalej? Co jeśli ten nie okazałby się ciosem śmiertelnym? Choć trzeba było przyznać, że zakończenie tego ostatecznie tutaj i teraz było kuszące i dawało im większą kontrolę, niż próby ucieczki, nawet jeśli to nie było pierwsze, co przychodziło Agnes do głowy.
- Tam może nas zaskoczyć. Tutaj to my zaskoczymy ją. To jedyny sposób, w jaki możemy zyskać przewagę. Zastanów się - oparł się na moment o framugę przy drzwiach wychodzących na balkon i utkwił w rudowłosej wyczekujące spojrzenie.
Obrazek

Opuszczone ruiny

86
POST POSTACI
Agnes Reimann
Podnosząc zranionego mężczyznę do pionu, przez chwilę na twarzy Agnes jawiło się zaskoczenie spowodowane jego propozycją. Jej pierwotny plan polegał na zabezpieczeniu siebie i jego, a następnie wysłanie jeśli trzeba – zastępów zwiadowców, by znaleźć Shanis. Ucieczka w momencie, gdy elfka szabrowała karczmę w jej poszukiwaniu mogłaby się udać – oczywiście ta usłyszałaby tętent kopyt, ale istniało małe ryzyko, że zdąży zareagować w hałaśliwym pomieszczeniu. Także mogła pozbyć się problemu konia, co mogłoby być nieco kłopotliwe, ale jednak...

Ta druga wersja była kusząca. Pozbycie się Shanis raz a dobrze było kuszącym pomysłem, ale ryzykownym. Patrząc na stan Victora oferującego się w walce, zmęczenie inżynier i jej niewprawność w walce, było wiele niewiadomych mogących zwrócić się przeciwko niej. Z tym że efekt zaskoczenia mógł się udać. Mógł, ale nie musiał.

Z powatpiewaniem oceniła stan najemnika oferującego się, że załatwi sprawę sam. Opierając się o futrynę, ledwo stał, był niemiłosiernie blady i jedna z jego rąk nie funkcjonowała. Agnes nie wiedziała, co on sobie wyobrażał, ale jego wizje na pewno mijały się z rzeczywistością. Miał jednak rację w tym, że należy to skończyć raz a dobrze, aby potem na spokojnie zająć się sprawami bez groźby czającej się za rogiem psychopatki.

- Wybacz, ale twój stan jest tragiczny. Sam tego nie zrobisz - powiedziała, wyciągając swój sztylet. Następnie odwróciła się do Freesii, która nadal wychylała się za drzwi. - Odsuń się i zamknij drzwi. A najlepiej możecie stąd wyjść.

Następnie wskazała Victorowi, że droga wolna - może się ustawiać wedle jego planu. Serce zabiło jej mocniej, ale starała się zachować zimną krew i sama stanęła pod ścianą, ściskając ostrze i czekając, aż najemnik podejdzie. Nie ufała, że sobie poradzi w takim stanie, dlatego bez względu na jego protesty zamierzała także być gotowa do ataku, nawet jeśli nie była pewna, czy będzie w stanie to zrobić. No ale - Victor mówił, że załatwi to jednym ciosem... Chociaż Shanis pewnie i tak ich czymś zaskoczy, wtedy jednak Agnes będzie musiała improwizować.

Opuszczone ruiny

87
POST BARDA
Słysząc odpowiedź Agnes, Victor zacisnął usta w wąską, niezadowoloną kreskę i opuścił wzrok na trzymany przez nią sztylet. Może jego chęć rozwiązania tego problemu własnoręcznie była nierozsądna, ale z pewnością wolał spróbować, niż narażać kobietę, która nigdy przedtem niczego takiego nie zrobiła. Narażać nie tylko na atak fizyczny, ale także na psychiczne konsekwencje, z jakimi będzie musiała się mierzyć później przez najbliższe miesiące, jak nie lata. Zabicie żywego człowieka - czy też elfa - nie było codziennością dla takich, jak ona. Nie była żołnierzem, najemnikiem... nie była morderczynią. Widziała to wszystko w jego oczach, choć przez dłuższą chwilę nic nie mówił.
Gdy ruszyła w stronę drzwi, przytrzymał ją w miejscu za ramię. Przez moment walczył sam ze sobą, by w końcu powiedzieć cicho:
- Celuj w szyję, głowę. Nawet jeśli jej nie zabijesz, taka rana ją zatrzyma - puścił ją. - Uderz szybko i mocno, a potem odskocz. Od razu.
- Nie nie nie, gołąbeczki, bez takich - oburzyła się mama, podchodząc blisko i stając rudowłosej na drodze do drzwi, zza których lada moment mogła wyjść Shanis. - Nie zgadzam się na rozlewanie krwi w naszym przybytku. Może i jest to dla niektórych nieeleganckie miejsce, ale ma kojarzyć się z przyjemnością, a nie śmiercią. Co ty sobie wyobrażasz, ptaszyno, że pozwolę ci tak po prostu zadźgać kogoś tutaj, w tym pokoju, na samym środku?
- Ta elfka jest porywaczką. Ma nie po kolei... - odpowiedział Victor.
- Gówno mnie obchodzi, czy ma po kolei, czy nie po kolei - przerwała mu ciemnoskóra kobieta. - Ty to się w ogóle nie odzywaj, ciesz się, że żyjesz, kolego. A ty... - wyciągnęła dłoń w stronę Agnes, jakby oczekiwała, że ta przekaże jej sztylet i zaniecha swoich planów. - Ty daj ten nóż, bo się jeszcze pokaleczysz. Chcecie załatwiać swoje sprawy, to na zewnątrz. Nie będzie rozlewu krwi w moim przybytku.
Z karczmy, zza uchylonych przez Freesię drzwi, dobiegł pełen bólu krzyk, a potem na dole zapanował głośny rozgardiasz. Elfka cofnęła się i zatrzasnęła drzwi za sobą, odwracając się do tu zebranych z szeroko otwartymi oczami.
- Na to już trochę za późno - wyszeptała. - Biegnie na górę. Do środka wpadł ktoś jeszcze. Nie widziałam kto.
Victor rzucił Agnes znaczące spojrzenie, a mama zmrużyła swoje ciemne oczy, wbijając w rudowłosą bardzo niezadowolone spojrzenie. Milczała przez moment. Czyżby to Jacob i straż Sehleana dogoniły Shanis? A może wręcz przeciwnie, może resztka bandy Brzydkiej Bobby wróciła, by dostać swoje oko za oko?
- Myślałam, że jesteś jak zagubiony ptaszek, wypuszczony z klatki, ale ty jesteś jak wrona, która przynosi tylko problemy - mruknęła starsza kobieta. - Pozwolę wam to zrobić, ale ta kasztanka na której przyjechaliście zostaje u nas.
Jeśli Reimann się zgodziła, obie kobiety były gotowe zostawić ich dwójkę i opuścić pokój przez drzwi balkonowe.
Obrazek

Opuszczone ruiny

88
POST POSTACI
Agnes Reimann
Widziała to spojrzenie – takie samo, jak w powozie, gdy jechała na egzekucję Vasati. Niezadowolenie z podejmowanych przezeń decyzji i nadopiekuńczość spowodowana chęcią ochronienia jej przed przelewaniem krwi i oglądaniem śmierci. Ale ona była wszędzie i o ile Agnes unikała jej do tej pory, to wystarczyło przejść się po pierwszym lepszym placyku przy koszarach, by ujrzeć trupy, czy nawet egzekucje. Śmierć czyhała w alejkach, na trakcie, czasem nawet we własnym domu i prędzej czy później musiała się z nią zetrzeć. Owszem, będzie przez jakiś czas miała skazę, jeśli to ona zada decydujący cios, lecz z chwilą, gdy obudziła się w tamtym dole, wiedziała, że bez trupów się nie obejdzie... bowiem bez względu na wszystko kobieta będzie docierała do celu, nawet jeśli ta droga będzie usłana ciałami.

Być może to nawet nie była wina zaistniałej sytuacji, a emocjonalnej podróży kilku dni połączonej ze wzbiciem się ponad ludzkie wyżyny inteligencji... i zrozumienie świata. Ujrzenie go na chłodno, bez zbędnych emocji. To wszystko mogło nieco znieczulić Agnes, chociaż jak każdy człowiek, będzie przeżywać to na swój sposób, w tym przypadku tłamsząc to głęboko.

Wiem. Mówiłam, że potrafię korzystać z broni — i jak najbardziej była to racja, albowiem na Akademii uczono ją obrony krótkimi ostrzami. Nie była w tym mistrzynią, ba, nawet zbyt dobra w tym nie była, ale podstawy znała. Poklepała więc mężczyznę po ramieniu, zaraz przechodząc spojrzeniem na burdelmamę, która traktowała ją co najmniej jak dziecko bawiące się nożem. Najpierw więc uniosła brwi, a potem zaśmiała się cichutko. — Prędzej czy później tak się stanie, z twoją aprobatą bądź bez niej. Na pojedynki wyzywać jej nie będę, a już tym bardziej oddawać jedynego źródła ochrony — odpowiedziała, wpatrując się intensywnie w matronę, nie zamierzając odpuścić. Zaraz jednak jej słowa się potwierdziły, gdy prostytutka potwierdziła jej własne obawy. Serce natychmiast stanęło inżynier w gardle, ale uparcie popchnęła najemnika pod drzwi, lekko już zniecierpliwiona, przestraszona i pełna nadziei. — Mówiłam — dorzuciła jeszcze, zastanawiając się, kto za nią wpadł – czy to tamta banda, czy może jej ludzie? Oczywiście ta druga opcja byłaby znacznie przychylniejsza, bo oznaczałaby praktycznie bezkrwawą wygraną... dla jej strony.

Daruj sobie te kwieciste metafory i po prostu daj nam zająć się problemem — powiedziała kobieta, zgadzając się przy tym na wymianę. Nie wiedziała, czyj to był koń, ale w razie czego co ją powstrzyma przed odjazdem na tym samym koniu? W ostateczności już odda wierzchowca.

Tak czy siak ustawiła się za drzwiami razem z Victorem, oczekując zniecierpliwionych, rozgniewanych kroków i szarpnięcia drewnem. Sztylet złapała mocno w dłoń, która trochę się trzęsła. Spojrzała jeszcze na mężczyznę i mruknęła: — Nie wahaj się — a to było w razie, gdyby udało im się ją zatrzymać i wojownik miałby opory przed przemocą. Niech nie ma.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Taj`cah”