Opuszczone ruiny

31
POST BARDA
Zbrojna odsiecz, nawet jeśli gdzieś jej teraz poszukiwała, nie miała pojęcia, że należy jej szukać w środku dżungli, poza miastem. A już na pewno nie spodziewała się, że ma odwiedzać stare ruiny, licząc na to, że w którychś z nich znajduje się zaginiona pani inżynier. Minęło jednak już dużo czasu i Agnes mogła być pewna, że jej szukają; ojciec, Victor, może nawet gnębiony wyrzutami sumienia Sehlean, na co tak bardzo liczyła elfka. Szkoda, że nie miała jakiegoś sposobu skomunikowania się z którymś z nich na odległość. Na pewno ułatwiło i przyspieszyłoby to akcję ratunkową.
- Stolica? - powtórzyła wróżka, posłusznie przyspieszając, tak jak przyspieszyła prowadzona przez nią kobieta. - Aha, to duże miasto? Jak będziesz iść w takim tempie, jak teraz, to do południa dojdziesz.
To nie było optymistyczne założenie, zwłaszcza, że dopiero wschodziło słońce. Elfka musiała wywieźć ją daleko, gdy była nieprzytomna. Czekał ją wyjątkowo długi marsz, połączony z permanentną obawą przed strzałą wbijającą się znienacka w jej plecy, jeśli nie wymyśli niczego innego.
- Wtedy, co przyjechałyście razem, to miała wóz - wróżka wleciała pomiędzy górne liście, znikając na moment, tak, że Reimann słyszała tylko jej jasny głosik. Nawet światełko zniknęło na dłuższą chwilę. Może sprawdzała drogę ponad koronami drzew. - Zostawiła go daleko, bo nie dało się tak pomiędzy drzewa. Ktoś zostawił tu was obie, a potem odjechał. Dzisiaj na noc miała rozbity obóz niedaleko. Dziwiłam się, że nie śpicie w nim razem, ale teraz już rozumiem. Wcale się nie lubicie.
To było ogromne niedopowiedzenie. Primula zleciała z góry i usiadła na pnączu kawałek dalej, jak na huśtawce.
- Jest mała osada kawałek stąd - poinformowała kobietę, uśmiechając się szeroko i świecąc z zadowoleniem. - Kilka domów przy plantacji. Mieszkają tam bardzo mili ludzie. Chyba. Tak sądzę. Ich dzieci są bardzo miłe. Nazywają się Libby i Mickel. A jak chcesz karczmę, to będziesz musiała iść główną drogą kawałek od nich na północ. Tam jest takie miejsce, gdzie się dużo osób zjeżdża czasem. Nigdy nie byłam w środku. Jest za głośno. Na bębnach czasem grają. Nie lubię bębnów, głowa mi pęka od nich.
Zeskoczyła z pnącza i ruszyła dalej przed siebie. Jak daleko od nich była elfka? Czy w ogóle ruszyła w tę samą stronę? Prawdopodobnie tak, skoro to było przejście, które Agnes zostawiła za sobą otwarte. Nie mogła zwlekać, nie miała czasu na odpoczynek, mimo że była głodna, spragniona i wykończona. Pościg deptał jej po piętach.
- To chcesz iść na tę plantację? - Primula odbiła się od dużego, dziurawego liścia, który chwilę później uderzył kobietę w ramię. Nie był to najprzyjemniejszy spacer, jakiego doświadczyła. Miała już co najmniej kilka ugryzień. Komary szalały, gdy nie musiały ukrywać się przed słońcem. To już jednak było coraz wyżej, długie promienie światła przebijały się przez zielony dach, tworząc dość urokliwy obraz. Szkoda, że Agnes nie miała czasu ani ochoty go doceniać.
Obrazek

Opuszczone ruiny

32
POST POSTACI
Agnes Reimann
Wielce optymistycznym założeniem było, że w ruch poszły psy gończe, podobnie do akcji zorganizowanej przez kobietę, kiedy to Victor zniknął. Na pewno wtedy zaczęłyby tropić poza miastem, co dałoby im do zrozumienia, że trzeba szukać dalej. Jeszcze lepszym, chociaż niechętnie to inżynier przyznawała, rozwiązaniem byłoby wkroczenie do akcji ludzi... elfów Sehleana, najlepiej magów, którzy swoimi cudacznymi umiejętnościami mogliby zdradzić jej dokładne położenie. Agnes przystałaby na to nawet, byle tylko ktoś zaraz się zjawił i uratował ją z tej opresji...

Tak jednak na razie się nie działo i kobieta była zdana tylko na siebie i magiczne stworzonko latające wte i wewte między liśćmi i nad koronami drzew, instruujące ją na temat okolicy. Agnes miała dzięki temu szerszą wizję tego, gdzie się znajduje – i co musiało się wczoraj stać. Opłacony woźnica, ot co. Ten, z którym jechała, musiał współpracować z elfką, skoro dowiózł ją aż do tego zapomnianego przez bogów miejsca. To znaczyło, ze ochrona Viti'ghrina zawiodła nie w jednym, a kilku polach i Reimann zamierzała mu to wytknąć. Szkody jej wyrządzone musiały zostać zadośćuczynione, szczególnie jeżeli ktoś zobowiązuje się do ochrony jej osoby i jej bliskich. Przemknęło jej także przez myśl, że jeżeli ten osobnik będzie dosyć nieostrożny, to oczy Victora, a być może i magnata zwrócą się w jego stronę, wytropią go i wycisną z niego informację o położeniu Agnes. To też byłoby doskonałym rozwiązaniem jej problemu. Może już to zrobili? Kto wie, oby.

Z dobrych wiadomości niedaleko była jakaś plantacja, gdzie Agnes mogłaby odsapnąć nawet na chwilę, a może i pożyczyć konia, aby dotrzeć do miasta przed południem. Poza tym na pewno ochroniliby ją w takim miejscu przed morderczymi strzałami jej porywaczki, być może nawet pozbywając się tego problemu. — Tak tak, idziemy na plantację. Prowadź, byle szybko. Nie zamierzam dostać strzałą w plecy — powiedziała, odganiając kolejnego komara i przy okazji liścia, którym dosłownie sekundę temu dostała. Miała dosyć tego wszystkiego. Czuła, jak ssie ją w żołądku od głodu, w ustach miała już cholernie sucho, a pierwsze oznaki zmęczenia pojawiały się w postaci zadyszki, bolących nóg i pleców oraz ciążących powiek. Agnes chciała płakać ze złości i żalu, ale nie mogła. Parła dalej, do samego końca, aż do plantacji, gdzie oby udzielono jej schronienia i zapasów na dalszą drogę.

Opuszczone ruiny

33
POST BARDA
dum dum dum
Słysząc jej zgodę, wróżka zawirowała w miejscu i szybszym lotem ruszyła w kierunku plantacji, o której wspominała. Kilka minut ciężkiej przeprawy później Agnes została w końcu wprowadzona w mniej gęstą część lasu, gdzie gałęzie i ostre liście nie zawadzały jej z każdym kolejnym krokiem, a stopy dla odmiany mogły stawać na w miarę równym poszyciu.
- No to będziemy za chwilę. Bardzo niedługo - obiecała. - Oni mieszkają koło świątyni, bo kiedyś ich rodzina się nią opiekowała, wiesz? Ale teraz już tego nie robią. To było bardzo dawno temu. Nawet ja jeszcze wtedy nie żyłam, a ty to już na pewno. Potem świątynia popadła w ruinę i odwiedzają ją tylko zwierzęta. My czasem też się spotykamy w kręgu. Dlatego zdenerwowałam się, że tam byłaś. To nasze miejsce. Teraz nie należy do nikogo innego, tylko do nas.
Nastał dzień. Wczesny poranek, jeszcze nie tak gorący jak typowe przedpołudnie, ale wreszcie zrobiło się jasno. Wróżka teraz znacznie mniej odcinała się od tła, jej blask nie był tak wyraźny za dnia jak wtedy, gdy spotkały się po raz pierwszy. To jednak w żaden sposób nie utrudniało Agnes podążania za nią. Istotka starała się, by ani przez moment nie straciły się z oczu.
W pewnej chwili zamarła, zatrzymując się w miejscu, tak, że jeśli kobieta nie uważała, wpadłaby na nią z całym swoim rozpędem. Odwróciła się gwałtownie, przykładając palec do ust w geście uciszania i bezceremonialnie zatrzymała się na jej ramieniu, przytrzymując się poplątanych, rudych włosów, by nie spaść. Skrzydełka znieruchomiały, tak samo jak ona cała i zaledwie kilka sekund zajęło jej usłyszenie tego, co usłyszeć chciała.
- Jest za blisko - szepnęła. - Musisz się schować. Cicho.
Agnes nic nie słyszała. Żadnych kroków, żadnego szelestu poruszanych liści innego niż ten wywoływany przez lekki wiatr, ptaki, czy nią samą. Mimo to Primula pociągnęła ją słabo za rękaw w bok, w kierunku kawałka skały i wyrastającego z niej, ukośnego drzewa. Nie wyglądało to jak miejsce ustronne na tyle, by przechodząca obok osoba ich nie zauważyła, ale wróżka poleciła jej usiąść pod pochyłym pniem.
- ...i choćby nie wiem co się działo, nie możesz nawet drgnąć. Rozumiesz? Jak nie chcesz umrzeć, nie ruszaj się - poleciła szeptem, lądując wśród wysokiej trawy. Jej głowa ledwie wystawała ponad najwyższe źdźbła. - Oddychać możesz. Mrugać też. Jak musisz. Ale lepiej nie.
Odsunęła się kilka kroków od rudowłosej i znieruchomiała kilka kroków od niej. I dopiero kilkanaście długich sekund później, do kobiety dotarł dźwięk kroków i maczety, lub innego ostrza rozcinającego gęste listowie, a chwilę później także wściekłe mamrotanie głosu, którego wystarczająco nasłuchała się już wczoraj wieczorem.
- Zaufaj mi - rzuciła jeszcze Primula, prawie bezgłośnie.
Czy Agnes była w stanie to zrobić? Znajdowała się praktycznie na widoku. Nie dało się jej nie zauważyć, skulonej ukośnym drzewem. Chyba że wróżka wiedziała coś, czego nie zdążyła wyjaśnić spanikowanej uciekinierce.
Obrazek

Opuszczone ruiny

34
POST POSTACI
Agnes Reimann
Miłą odmianą dla kobiety było wyjście spomiędzy gęstwiny zarastającej okolice świątyni, gdzie każdy liść i każda gałąź nie dewastowała jej i tak zniszczonej koszuli i delikatnej skóry. W dodatku robiło się jaśniej i w końcu mogła widzieć swoje stopy jasno i wyraźnie, podobnie zresztą do... imitacji drogi, przez którą prowadziła ją wróżka. — Swój gniew kieruj w stronę elki, która wybrała to miejsce na moją... egzekucję — mruknęła, podążając za czternastocentymetrowym ciałkiem powoli blednącym w porannych promieniach słonecznych.

W pewnym momencie wpatrująca się w nią intensywnie Agnes zatrzymała się, mając delikatne, magiczne skrzydełka tuż przed nosem. Zirytowana chciała coś powiedzieć, ale magiczny komar uciszył ją, nieco przyspieszając tym razem akcję serca. Momentalnie dało się wyczuć, iż coś było nie tak i gdy Primula usiadła na jej ramieniu, informując o nadchodzącym spotkaniu, inżynier zauważalnie skrzywiła się. Czas, który zyskała, nie był wystarczający, aby dotrzeć do plantacji, chociaż najdziwniejsze i najmniej logiczne było w tym to, że ona nic nie słyszała. Żaden dźwięk nie zdradzał nadejścia elfki, żadne tajemnicze poruszenie liśćmi.

Niechętnie dała się poprowadzić pod kawałek skały i drzewa, gdzie usiadła, wpatrując się z niedowierzaniem we wróżkę. Następnie rozejrzała się, póki oczywiście mogła, po okolicy, zauważając brak jakiejkolwiek osłony i cóż – siebie na widoku. Słyszała następnie powoli mamrotanie tego obrzydliwego głosu i odgłos rozcinanych liści. W głowie natychmiast rozpoczęła burzę mózgów.

Co stało przeciwko wróżce? MAGIA. Ta podstępna, wodząca za nos sztuka, z której utkana była Primula. Przydatna, ale i niebezpieczna, a poza tym przez ten fakt Agnes do końca jej nie ufała – chociaż to nie tak, że zrobiłaby to w przypadku człowieka. Tak czy siak magia była zawodna i jeśli wróżka nie zdążyła o czymś wspomnieć kobiecie, na przykład jakieś magiczne sztuczki ze znikaniem, co było jedynym logicznym wyjaśnieniem, to zdawała się na łaskę jakiś maskujących zaklęć. Świetnie.

Co było za? Wróżka nie miała powodu żeby zdradzać kobietę. Po prostu. O ile kojarzyła Agnes te wszystkie bajki z magicznymi stworzonkami, faktycznie były one związane z naturą i jakimiś tajemniczymi miejscami, więc zakłócanie ich spokoju mogło być katalizatorem do podjęcia współpracy na zasadzie wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. Oczywiście tym wspólnym przeciwnikiem była tutaj elfka. Poza tym nie wliczając sadystycznej chęci patrzenia na uciekającą zwierzynę, wróżka mogła zwyczajnie ją olać, a tego nie zrobiła. I do tej pory nie dawała jej powodów do zwątpienia.

Agnes znieruchomiała, oddychając cicho, równomiernie na tyle, na ile mogła sobie pozwolić, starając się nie drgać nawet małym palcem. W okolicy najwyraźniej nie było więcej ciekawszych kryjówek, więc pozostałaby jej ucieczka na łeb na szyję w niewiadomą stronę. Walka byłaby przegrana na wstępie, zważywszy na jej kondycję i zmęczenie, a także poobijane od upadków ciało. Natomiast była spięta, gotowa do ucieczki. Jakkolwiek elfka mogła być świetną łuczniczką, jeśli ją zauważy – z dochodzących do jej uszu odgłosów wynikało, że w dłoniach trzyma maczetę czy cokolwiek innego ostrego. Upuszczenie broni białej na rzecz dystansowej zajmuje te kilka sekund, podobnie zresztą do napięcia cięciwy, wyciągnięcia strzały, wycelowania i oddania strzału, niekoniecznie w tej kolejności. Ten czas Agnes zamierzała w hipotetycznej sytuacji ucieczki spędzić na skryciu się po przeciwnej stronie skały, a następnie slalomem między drzewami.

Z drugiej strony jeśli elfka miałaby już w dłoniach łuk, strzała potrzebuje pewnej odległości do przebycia, pędu do nabrania... w bliskiej odległości, z ostrym kawałkiem mozaiki co najmniej przez chwilę byłaby bezbronna, nie mogąc oddać strzału, gdy cel znajduje się metr od niej. To też był plan.

Na razie jednak Agnes Reimann postanowiła oddać swój los wróżce i szemranym magicznym sztuczkom, nie wierząc sobie samej, że to robi.

Tonący chwyta się brzytwy, jak to mówią.

Opuszczone ruiny

35
POST BARDA
Przez cały ten czas, gdy elfka zbliżała się do Agnes, kobieta nie zauważyła ani jednej chwili, w której coś wskazywałoby na użycie magii. Nie zabłysła migotliwa bariera pomiędzy nią a resztą dżungli, w powietrze nie wystrzeliła garść świetlistego pyłku, a ciszy nie zakłócił żaden nietypowy dźwięk. Primula po prostu stała tyłem do skulonej pod pochyłym drzewem rudowłosej, wpatrując się przed siebie. Agnes była w stanie przysiąc, że na kilka sekund wróżka przybrała inny kolor, nie błękitny, a bardziej morski, taki, który lepiej wpasowywał się w kolor otaczającej ją trawy. Poza tym? Nic.
A jednak gdy w zasięgu wzroku pojawiła się elfka, oddzielona od niej jedynie kilkoma pniami palm i rzadkimi liśćmi, płożącymi się po ziemi, nic nie przyciągnęło jej uwagi ku temu, co miało pozostać ukryte. Raz po raz zamachując się niewielką maczetą, porywaczka szła przez dżunglę, z nienawiścią wypisaną na twarzy. Rozglądała się, oczywiście, szukając gdzieś wśród zieleni rudej czupryny i błękitnej koszuli, które musiały przecież odcinać się kolorystycznie od tła, ale... niczego nie widziała.
- ...trzeba było ją zabić w tym pierdolonym wozie - dotarło do Agnes w pewnym momencie, gdy elfka podeszła niebezpiecznie blisko. - Obudzić ją, dać w mordę i zabić, a nie bawić się w wykańczanie jej. Vasati miała rację. Ludzie są jak karaluchy - podkreślając to słowo, odcięła duży liść o ostro zakończonych brzegach. Fragment rośliny upadł na ziemię tuż przed nią. Zdeptała go butem, zasznurowanym wysoko ponad kolano.
Wściekłe mamrotanie pod nosem nie przeszkadzało jej rozglądać się dookoła. Zielone oczy, lustrujące dżunglę spod zmarszczonych, ciemnych brwi, przesunęły się gdzieś nad głową Agnes, przyprawiając ją niemal o zawał, ale mimo, że elfka stała niespełna pięć metrów od niej, z maczetą w zaciśniętej dłoni i nienawiścią odmalowaną na twarzy, inżynier jakimś cudem nadal pozostała niezauważona.
W końcu spiczastoucha ruszyła dalej, omijając je dwie. Jeśli dotąd szła jakimś śladem, po połamanych liściach i butach odciśniętych na poszyciu lasu, teraz już nie miała tak łatwo. Czy według śladów Reimann rozpłynęła się w powietrzu, czy Primula stworzyła fałszywy trop? Musiałaby spytać wróżki, by uzyskać odpowiedź na to pytanie. Tak czy inaczej, elfka w pewnym momencie zniknęła pomiędzy liśćmi, pniami, aż w końcu kilka minut później ucichło zarówno jej wściekłe mamrotanie, kroki, jak i sporadyczny świst ostrza, którym oczyszczała sobie drogę.
Dopiero wtedy wróżka obróciła się w miejscu, ponownie spoglądając na Agnes. Co by nie mówić, uratowała jej życie, i to nie pierwszy raz. Może jednak warto było poświęcić drogą bransoletkę, by przeciągnąć istotę na swoją stronę? Primula jednak nie wyglądała najlepiej. Choć inżynier nie znała się na fizjonomii wróżek, to nietrudno było jej dostrzec, że ta osłabła. Przez moment wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała i usiadła, znikając już całkowicie pośród wysokich traw.
- Poszła - odezwał się cichy głosik spomiędzy źdźbeł. - To było trudne. Jeszcze... jeszcze nie robiłam nic tak trudnego. Możesz się już ruszać, jak chcesz. Ja muszę... odpocząć chwilę.
Obrazek

Opuszczone ruiny

36
POST POSTACI
Agnes Reimann
Coraz bliższe kroki elfki kumulowały rosnącą w środku kobiety panikę i strach o własne życie. Nie pomagał temu fakt, że wróżka stała w miejscu, ledwie widoczna przez trawy, zaś Agnes pochylona nad pniem praktycznie była na widoku. Kilka razy miała ochotę ruszyć się i schować nawet za tą skałą, co byłoby znacznie sensowniejsze...

A jednak gdy w końcu parszywa morda elfki pojawiła się w polu jej widzenia, podchodząc też znacznie bliżej, niż by sobie tego życzyła, zdawało się, że inżynier jest dla niej niewidoczna. Przyprawiało ją to o gigantyczny zawał, gdy słuchała narzekania elfki i kątem oka widziała jej morderczą minę, zaś ta nawet nie podejrzewała, że znajduje się tak blisko swej ofiary. Minęło w ten sposób wedle obliczeń Reimann zdecydowanie zbyt długo, ale w końcu, mamrocząc dalsze inwektywy pod nosem, zniknęła w buszu. Zasadniczym pytaniem było, za czyimi śladami dalej poszła? Bo takich już nie było. Trzeba było się zbierać i jak najszybciej znaleźć na farmie.

Ciche westchnienie wydarło się z ust Agnes, gdy w końcu mogła poruszyć choćby mięśniem twarzy. Przyciągnęła na chwilę kolana do siebie i oparła o nie łokcie, wplątując dłonie w i tak rozczochrane włosy, próbując zebrać się emocjonalnie po tym, co przed chwilą przeszła. Magia. Niby przydatna, ale jakim kosztem? Do samego końca kobieta nie wiedziała, co się święci, czy to coś się utrzyma. Gdyby skryła się po prostu w jakiejś kryjówce, nie czułaby się tak wykończona psychicznie.

Zerknęła zmęczona na trawę, w której leżała wróżka. Upewniwszy się, że elfka nie wraca, uniosła się znad pnia i zaczęła szukać wśród źdźbeł tego dużego, przydatnego komara. Skoro przehandlowała już swoją bransoletkę, zamierzała skorzystać z pomocy małej do samego końca, skoro jest taka przydatna.

Musimy dotrzeć na farmę jak najszybciej, tam mnie ochronią przed elfką. Pomogę ci. Możesz odpocząć na mojej ręce — powiedziała, biorąc delikatnie wróżkę na dłoń, jeśli oczywiście ta nie oponowała. Następnie dwa razy ciszej i dwa razy ostrożniej ruszyła przez gęstwinę, możliwie w przeciwnym kierunku, co poszła jej porywaczka, o ile kierunki wróżki jej na to pozwalały.

Opuszczone ruiny

37
POST BARDA
Gdy Agnes rozchyliła źdźbła trawy, znalazła tam Primulę niemal dokładnie w tej samej pozycji, którą sama przyjęła chwilę temu. Przezroczyste skrzydła wróżki wisiały wzdłuż jej pleców, a dłonie wplecione miała w ciemne włosy, usiłując dojść do siebie. Kobieta mogła jedynie domyślać się, ile wysiłku kosztowało ukrycie jej przed wzrokiem elfki. Czy istota zrobiła to tylko dlatego, że dostała prezent w postaci bransoletki? Trudno było powiedzieć, czy zdawała sobie sprawę z jej ceny i czy w ogóle stanowiła ona jakąkolwiek wartość dla kogoś takiego, jak ona.
- Co... och... - rzuciła tylko, zaskoczona, kiedy Agnes podniosła ją z ziemi. Nie protestowała, ale wydawała się szczerze zaskoczona takim rozwojem spraw. Przedtem to ona zdecydowała, że na moment zatrzyma się na ramieniu pani inżynier i pewnie zrobiła to tylko po to, by skuteczniej móc ją uciszyć i zwrócić jej uwagę na zbliżający się pościg. Teraz pościg ich wyprzedził, a Reimann postanowiła podnieść ją, jak pierwszego lepszego owada z liścia w ogrodzie. Różnica też nie była zbyt wielka, bo istota ważyła mniej-więcej tyle, co średniej wielkości konik polny.
- Dobrze. Tylko mnie nie zgniataj - uprzedziła, obawiając się pewnie, że zaraz zostanie w tej dłoni ściśnięta. - Idź w tamtą stronę. W lewo.
Kierując się w stronę inną, niż elfka, znów zeszły z w miarę wygodnej ścieżki i znalazły się w mniej przyjaznej gęstwinie, ale wychodziło im to na dobre - elfka z pewnością zakładała, że ktoś taki jak Reimann będzie wolał iść wygodniejszą trasą, niż przebijać się przez gęste liście. Ale nie mogła też przypuszczać, że w samym środku niczego jej więzień znalazł sobie przewodnika.
- Poszła w stronę plantacji - uznała wróżka z niezadowoleniem w głosie. Wspięła się po ręce kobiety i zajęła miejsce na jej ramieniu, tak, by miała obie dłonie wolne. Po drodze zasugerowała jej jeszcze zabranie leżącego gdzieś, długiego patyka, którym mogła odsuwać co ostrzejsze liście, by nie niszczyć jeszcze bardziej swojej koszuli. - Jesteśmy już bardzo blisko, więc zrobimy tak. Pójdziemy na wzgórze. Z niego widać dobrze dom i Libby i Mickel czasem się tam bawią. Stamtąd zobaczymy, czy elfka do nich poszła. Jak tak, poczekamy aż sobie pójdzie, albo zaprowadzę cię od razu do gospody.
Droga, którą Primula wybierała teraz, była bardziej męcząca niż poprzednio, a osłabiona całą nocą i ucieczką Agnes nie miała zbyt wiele siły na wspinaczkę. Każdy kolejny krok prowadził pod górę, wprawiając mięśnie jej nóg w drżenie, które będzie odbijało się bolesnym wspomnieniem jeszcze przez co najmniej kilka dni, zakładając, że uda się jej w końcu dotrzeć do domu.
- To tutaj, za tymi drzewami - po kilkunastu minutach marszu wróżka poczuła się już na tyle dobrze, by z powrotem wzlecieć w górę i wyprzedzić nieco rudowłosą. A gdy inżynier minęła ostatnie palmy, jej oczom ukazała się piękna cywilizacja - skąpane w porannym słońcu drzewa oliwne, posadzone w równych odstępach na całej przestrzeni stromego wzgórza. A na samym dole, w zielonym, cienistym zagłębieniu, stało kilka drewnianych domów, nęcących potencjalnym posiłkiem, wodą i odpoczynkiem. Szkoda tylko, że elfka prawdopodobnie dotarła tam pierwsza. Teraz nie było jej nigdzie widać, ale dojście do zabudowań z miejsca, w którym wyszły z dżungli, zajęłoby im jeszcze kilkanaście minut, podczas których mogło wydarzyć się wiele. Jedynym ruchem, jaki dało się zauważyć z tej odległości, był plączący się przy domostwach pies.
- Mam pomysł - wróżka zawirowała przed nią. - Zaprowadzę cię do studni i tam sobie poczekamy. Muszę się napić. Ty się możesz umyć. Nie czuję jeszcze nikogo wśród drzew, może jest za wcześnie.
Drzewa oliwne obwieszone były ciężkimi owocami, prawie gotowymi do zbiorów. Jeśli Agnes chciała, mogła zerwać i zjeść kilka, ale takie surowe, prosto z gałęzi, były gorzkie i zwyczajnie niesmaczne. Być może u rodziny na dole otrzyma coś do jedzenia, jeśli okaże się, że może bezpiecznie do nich zejść. Póki co Primula poprowadziła ją pomiędzy grubymi pniami drzew na sam środek plantacji, do wykopanej i obudowanej prowizorycznym murkiem studni. Obok stało puste wiadro z długim sznurkiem, służące w wiadomym celu.
Obrazek

Opuszczone ruiny

38
POST POSTACI
Agnes Reimann
Podniósłszy ważącą tyle co nic wróżkę, Agnes ruszyła zgodnie z jej kierunkiem dalej, w stronę gęstwiny leśnej. Waga istotki nie przeszkadzała jej, ale pozycja, w której musiała trzymać rękę, już nieco jej wadziła, do tego stopnia, że musiała czasem zamieniać dłonie, aby dać odetchnąć tej drugiej. Trzymanie kończyny zgiętej w łokciu bez oparcia było dla kobiety iście wyczerpujące, prawie tak samo, jak wspinanie się po zboczu jakiegoś pagórka. Miała to szczęście, że wróżka weszła na jej ramię, a i jako podporę miała długi kij, którym też przepędzała niechciane gałęzie.

To nie starczało i każdy krok po pochyłej powierzchni wywoływał parzący ból mięśni jej nóg oraz sporą zadyszkę. Będąc w końcu na szczycie, Agnes musiała usiąść na sekundę, ocierając spocone czoło i czując, jak brudna koszula lepi się do niej. Rosnąca temperatura także nie pomagała, ale najgorszym, o czym aktualnie Agnes myślała, to to, że po powrocie do domu nie dość, że będzie cała w siniakach, które na jej białej skórze będą wręcz krzyczeć, że tam są, to na dodatek idąc przez wschodzące słońce, opali się. A pani inżynier nie bez powodu unikała bezpośredniego kontaktu ze słońcem – jej porcelanowa cera nie przyjmowała dobrze promieni, czerwieniąc się od ich nadmiaru i złuszczając w nieprzyjemny sposób.

Kiedy w końcu, po kilku minutach odpoczynku, czując spierzchnięte usta i słony posmak od potu, Agnes wstała, prawie się popłakała ze szczęścia – a na pewno zaśmiała, uradowana – bowiem na jej linii wzroku zobaczyła piękną, słodką cywilizację. Drzewa oliwne posadzone w równych rzędach, krzątający się w oddali pies, domy. Wszystko to było tak niesamowicie cieszące jej oczy, że w kobietę wstąpiła jakaś nowa siła, którą spożytkowała podążając za wróżką w stronę studni.

Po drodze nie potrafiła się powstrzymać – widząc wiszące na gałęziach oliwki, nawet nie do końca dojrzałe, zerwała parę, natychmiast się krzywiąc, gdy je podjadała. Potrzebowała jednak siły i uciszenia żołądka, który powoli domagał się... czegokolwiek. Nawet tak niedobrego, jak oliwki, które Agnes tolerowała w niektórych przypadkach.

O ile była pewna co do drzew, tak z powątpiewaniem zerknęła na wodę. Bardzo, bardzo chciało jej się pić, ale wolała nie ryzykować odwodnieniem, jeżeli okaże się, że nieprzegotowana woda ze studni będzie zanieczyszczona, a przeważnie tak było. Dlatego z ciężkim sercem opuściła wiadro na dół, a gdy chlapnęło, ledwo mając do tego siły, wyciągnęła je do góry.

Pozwoliła się najpierw napić wróżce, po czym usiadła na ziemi i ściągnęła ostrożnie rękawiczki, zapewne przedarte dawno temu. Zanurzyła dłonie w chłodnej wodzie, podwijając rękawy koszuli i przemywając powoli ręce, a potem nabierając weń płynu i ochlapując sobie z ulgą twarz. Powtórzyła czynność kilka razy, obmywając włosy, kark, dekolt i pachy. Wylała też trochę wody bezpośrednio na ciało, schładzając je i przylepiając do siebie koszulę.

Następnie, zerkając jedynie, czy nikogo nie ma w pobliżu, rozpuściła do reszty poplątane włosy, wyciągając z nich spinki i wstążki, mokrymi dłońmi przemywając skórę głowy i następnie związując je w byle jaki warkocz, byle tylko nie zachodziły i nie lepiły jej się do twarzy. Po chwili wahania nałożyła z powrotem rękawiczki, podwinięte rękawy spinając pozostałymi po poprzedniej fryzurze spinkami, aby nie musiała ich co chwila poprawiać. Na samym końcu przemyła też sobie stopy, chcąc choć na chwilę dać im odpocząć.

Tak przygotowana, czując się znacznie lepiej, nadal jednak mając straszną ochotę napić się tej wody, wstała. Będąc na środku plantacji, była mniej więcej skryta przed spojrzeniami, a mogła poobserwować okolicę. Zaczęła wypatrywać jakichkolwiek oznak, że elfka tutaj była, bądź jest. Pies byłby najlepszym drogowskazem – zaniepokojony nieproszonym gościem natychmiast zacząłby szczekać, alarmując gospodarzy. Pytanie tylko, jak jej porywaczka zamierzała rozprawić się z nimi? Czy skłamie, czy bezpardonowo wymorduje całą rodzinę?

Będąc nieustannie czujną, Agnes wypatrywała niebezpieczeństwa, zastanawiając się nad następnym krokiem. Gospoda była jakimś wyborem, aczkolwiek jeśli elfka nie będzie jej szukać po całej plantacji albo nie wymorduje niewinnych ludzi (czego tak bardzo pewna nie była), to w końcu pójdzie dalej. I potem Reimann będzie mogła dotrzeć do farmy, napić się czegokolwiek, zjeść i poprosić o pomoc, wskazówki, cokolwiek.

Opuszczone ruiny

39
POST BARDA
Obmycie się z brudu, który zebrała na sobie przez ostatnie kilkanaście godzin, było wspaniałym uczuciem. Miejsca, w których liście i gałęzie podrapały jej skórę, piekły nieco, ale w żadnym miejscu nie miała skóry rozciętej do krwi, więc nie musiała obawiać się zakażenia, bądź innych przykrych konsekwencji, jakie przyniosłoby na przykład napicie się wody z nieznanej jej studni. Wróżka nie podzielała jej obaw - najpierw zanurkowała w wiadrze, gdy akurat kobieta z niego nie korzystała, a potem złapała dużą kroplę wody w dłonie i wypiła ją łapczywie. Wciąż była zmęczona po wysiłku, jakim było wyczerpujące zaklęcie.
- Wyglądasz dużo lepiej teraz - poinformowała rudowłosą, tak jakby ta nie zdawała sobie z tego sprawy. Może przylegająca do ciała, mokra koszula nie była szczytem skromności i elegancji, ale lepsze to, niż zapach potu i wilgotnej ziemi. Zresztą Reimann wciąż miała na sobie resztę biżuterii, której nie oddała wróżce. Jeśli chciała w jakiś sposób udowodnić rodzinie na dole, że odwdzięczy im się za pomoc, nie będzie musiała długo przekonywać ich o własnej zamożności.
Dłuższą chwilę zajęło jej doczekanie się jakiegoś ruchu na dole. Kilkanaście minut, może pół godziny, zanim drzwi jednej z chat otworzyły się i na zewnątrz wyszła znajoma sylwetka w zielonej tunice i z długim, ciemnym warkoczem.
- Mówiłam, że idzie na plantację - zauważyła Primula z zadowoleniem, choć wcale nie było się z czego cieszyć. Widać po prostu lubiła mieć rację.
Elfka rozmawiała z wysokim, ciemnoskórym mężczyzną, którego szczegółów twarzy nie dało się dojrzeć z miejsca, w jakim siedziały. Jeszcze po opuszczeniu domu zamienili kilka słów, człowiek wyciągnął rękę, wskazując jej coś w oddali, uścisnęli sobie dłonie i tutejszy mieszkaniec zniknął z powrotem we wnętrzu, zamykając za sobą drzwi. Pies zrobił kilka radosnych kółek wokół elfki, ale gdy poklepała go po karku i kazała mu wracać, został przy budynku. Spiczastoucha rozejrzała się i najpierw skierowała w stronę wskazaną przez człowieka, ale po chwili zmieniła zdanie i zaczęła wspinać się po zboczu, przeciwległym do tego porośniętego drzewami oliwnymi.
- Pewnie będzie chciała obserwować okolicę - uznała wróżka. - Czekać na ciebie. Pewnie powiedział jej, że cię tu nie było. Może myśli, że kłamie i gdzieś cię ukrywa. A może myśli, że zaraz przyjdziesz. Ale tak naprawdę nie wiem. Nie wiem, co myśli. Wiem tylko, że straszy ptaki i wrzuca ludzi do naszego kręgu, więc powinna się stąd wynosić. To na pewno.
W gestii Agnes pozostało podjęcie decyzji - co dalej? Jak długo chciała i mogła tu czekać? Skąd miała wiedzieć, kiedy będzie bezpiecznie?
Obrazek

Opuszczone ruiny

40
POST POSTACI
Agnes Reimann
Obmycie się, nawet tak prowizoryczne, naprawdę pomogło Agnes, która teraz faktycznie miała więcej sił, szczególnie, gdy przez dobre kilkanaście minut siedziała i wpatrywała się w okolicę w oczekiwaniu na elfkę. Zerkała tylko z zazdrością na wróżkę spijającą krople wody z jej wiadra – ona nie mogła sobie pozwolić na efekty wypicia takiej wody, czyli o ironio – odwodnienie.

W końcu ujrzała, że z domu wychodzi elfka, rozmawiając jeszcze przez chwilę na progu z gospodarzem, jakimś ciemnoskórym mężczyzną. Reimann zacisnęła usta niezadowolona z tego faktu, zerkając tylko na Primulę zirytowana. — No i? Spójrz, nikogo nie morduje. Znaczy, że pewnie naopowiadała o mnie bajek - to faktycznie mogło przysporzyć odrobinę problemów, zważywszy na to, że pewnie będzie musiała marnować czas na opowiadanie swojej okrojonej historii, bez wdawania się w szczegóły ich... Wspólnej znajomej.

- Na pewno powiedział jej prawdę, czyli że mnie nie widział. - Agnes westchnęła, masując skronie i patrząc, że elfka z początku szła w jej stronę, ale w końcu udaje się gdzie indziej, chyba na jakieś wzgórze. Musiała teraz podjąć decyzję, która łatwa nie będzie. Ludzie mogli ją ochronić, mogli dać jej wierzchowca, a zapewne takiego posiadają, mogą dać jej wodę. Ba, mogła się tutaj nawet ukryć i spróbować wysłać jakąś informację do miasta, żeby przyjechali po nią. Trzeba tylko było tak zejść na dół, żeby elfka jej nie zauważyła.

Dlatego też pani inżynier postanowiła zaryzykować. Póki elfka szła w stronę wzgórza, a Agnes ją widziała, mogła zejść na dół i postarać przemówić do rozsądku gospodarzom. Póki wariatka była zajęta, miała szansę, że nie będzie obserwować okolicy i nie zobaczy jej skradajacej się między drzewami. To tylko kilkaset metrów, kilka minut z buta, nic trudnego, prawda?

- Jeśli możesz, patrz, czy elfka mnie widzi. A jak masz takie zdolności, to błagam, niech ten pies nie szczeka - mruknęła, po czym uważnie samej obserwując plecy łuczniczki, zaczęła skradać się przez sad, od drzewa do drzewa, truchtem, w stronę gospodarstw. Jej planem było dostanie się do budynków jak najszybciej, dopóki jej porywaczka zajęta była wędrówką w stronę wzgórza. Jeśli będzie widzieć, że się obraca, natychmiast chciałaby się chować za jakimś konarem, ale ciągle iść w dół.

Jeśli uda jej się to jakimś cudem, chciała dotrzeć do tego samego budynku co ona wcześniej i zapukać, kryjąc się przy każdej okazji. A potem... Zobaczy. Na pewno rolnicy widząc jej stan się zlitują.

Na pewno.

Opuszczone ruiny

41
POST BARDA
Oczy wróżki stały się wielkie i okrągłe, gdy dotarło do niej, co zamierza zrobić Agnes. Jej pomysł przebiegnięcia do zabudowań mieszkalnych szybko, zanim elfka się obróci i zdoła ją zauważyć, był - mówiąc delikatnie - ryzykowny. Jeśli tylko zostanie zauważona, strzała przyszpili ją do jednego z drzewek oliwnych i skończy się jej dość emocjonująca ostatnio przygoda z życiem.
- Bebe nie szczeka - odparła Primula, podlatując bliżej do pani inżynier i zatrzymując się tuż przed jej twarzą, jakby chciała powstrzymać ją przed zejściem w dół. - Ale to nie jest mądre. Nie możesz... ryzykować tak.
Kiedy mimo jej protestów rudowłosa ruszyła w dół, wróżka wystrzeliła do przodu, by posłusznie pilnować, czy przypadkiem spiczastoucha nie odwróciła się już i nie rozgląda się po okolicy. Pierwsze kilkanaście, kilkadziesiąt metrów Agnes przeszła z duszą na ramieniu, nie wiedząc, czy aby na pewno Primula będzie w stanie uchronić ją przed wrogim spojrzeniem. Nie miała pancerza, od którego strzała mogłaby się odbić. Nie miała ostrza, którym obroniłaby się, gdyby elfka postanowiła zaatakować z bliska. Była bezbronna jak dziecko, zbiegające ze zbocza, nie wiedząc czego spodziewać się po najbliższych minutach swojego życia. Pierwsze dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto metrów, mijała kolejne równo posadzone drzewa, z chwili na chwilę znajdując się coraz bliżej upragnionego wybawienia.
- Stój! - zawołała w pewnym momencie Primula, zlatując z góry znów tuż przed jej twarz, a potem za brzeg koszuli ciągnąc ją w kierunku najbliższego drzewa. Nie miała wiele siły, co udowadniało tylko, że gdyby skok przez dziurę w moście się nie powiódł, Reimann wylądowałaby na skałach pod spodem. Teraz rozsądek podpowiedział, by posłuchać się wróżki. Z jakiegoś powodu przecież ją zatrzymała. Kiedy kobieta ukryła się za szerokim pniem oliwki, istotka zaczęła nerwowo krążyć w miejscu.
- Zatrzymała się już. Zrzuciła rzeczy. Nie możesz biec dalej, już patrzy - poinformowała ją. Domy plantatorów znajdowały się teraz niecałe sto pięćdziesiąt metrów od niej. Tak blisko, a tak daleko jednocześnie.
- Mogę... mogę polecieć odwrócić jej uwagę. Poprowadzę ją gdzieś. Ale wtedy się już nie zobaczymy - w głosie Primuli zabrzmiał szczery smutek. W przeciwieństwie do Agnes, przywiązała się już do swojej tymczasowej towarzyszki.
Obrazek

Opuszczone ruiny

42
POST POSTACI
Agnes Reimann
Jaki inny wybór miała Agnes, pędząc po zboczu wyłożonym drzewami oliwnymi? Stać, czekać dalej, aż głowa jej się usmaży od tego czekania w pełnym słońcu? Elfka miała czas, to nie tak, że miała jakieś inne rzeczy do roboty. Mogła czekać, a mogła potem przejść się po jej okolicy. Trzeba było działać jak najszybciej, nawet jeśli było to ryzykowne.

Pierwsze metry kobieta przebiegła przerażona, że za chwilę usłyszy tylko świst strzały. Wizja traconego życia nie była jej w smak, ale adrenalina robiła swoje i jakimś cudem dotarła do połowy dystansu, gdy usłyszała pisk jej przewodniczki. Nie potrzebowała słabego szarpania za brzeg koszuli, by przylgnąć plecami do pnia, chociaż nie sposób było nie zauważyć, że jej siła była słabsza od niemowlęcia. Gdyby spadła tam wtedy, przy moście...

Zerknęła badawczo na małą istotkę, która najwyraźniej przywiązała się do niej bardziej, niż było to wskazane. Agnes przez chwilę chciała powiedzieć, żeby to zrobiła – nie miała zbytnich oporów przed zostawieniem wróżki na pastwę elfki, ale zważywszy na determinację tej drugiej, brzęczący komar nad jej uchem może zostać zbyty, rozplaskany o ziemię. Przypomniała sobie za to o czymś innym. Zerknęła przez ramię ze zmarszczonymi brwiami, przyglądając się domostwu.

Jakkolwiek doceniam twoje poświęcenie, tamta elfka jest uparta. Ale ty mówiłaś, że bawiłaś się z dziećmi gospodarza, tak? Może je obudzisz i przekażesz w moim imieniu parę słów, które one przekażą ojcu? Jeśli tutaj przyjdzie, może coś razem wymyślimy. A jakkolwiek będzie to brzmiało z ust dzieci, może uwierzy. Może — głównym mankamentem planu było właśnie to, czy gospodarz uwierzy na tyle dziecięcej wyobraźni, że przyjdzie sprawdzić. Z drugiej strony, jeśli elfka z nim rozmawiała, a dzieci powiedzą o niej, to o ile nie będzie nastawiony negatywnie od razu do niej, może się to udać?

Słuchaj, co powiesz dzieciom. Poproś, żeby poszły do swojego ojca i powiedziały mu, że w jego sadzie za jednym z drzew czeka kobieta... błagająca o pomoc, która boi się o własne życie. Niech powiedzą, że widziała przed chwilą elfkę, z którą rozmawiał i ta elfka chce jej śmierci, dobrze? KONIECZNIE też niech przekażą, aby udawał, że robi coś przy drzewie, a nie stoi jak kołek i rozmawia z pniem, bo to się źle skończy. Niech powiedzą też, że odpłacę się z nawiązką za pomoc. Powtórz, chcę być pewna, że wszystko przekażesz dobrze.

Opuszczone ruiny

43
POST BARDA
Wróżka przekręciła głowę, zastanawiając się nad nowym pomysłem, który przyszedł kobiecie do głowy.
- Tak, bawię się z dziećmi - potwierdziła. - Ale nigdy nie byłam u nich w domu.
Wcisnęła się pomiędzy gałęzie, by wynurzyć się z nich gdzieś na górze, z drugiej strony, skąd mogła przyjrzeć się budynkom. Przez chwilę nie dzieliła się swoimi wątpliwościami, choć Agnes doskonale widziała, jak wiele ich ma. W końcu wróciła do kobiety i usiadła na cienkiej gałązce, niedaleko od niej. Skinęła głową i zamachała nogami.
- Pójdę. Ale jak mnie zamkną w latarni, albo pod kubkiem, to będzie twoja wina - zmarszczyła brwi. - Chociaż może Libby mnie nie zamknie. A Mickel jest i tak za mały. Były wśród nas takie, które poszły do ludzi i nie wróciły. Ludzie nie szanują starych praw.
Jej skrzydełka zatrzepotały, ale nie ruszyła się z miejsca.
- Za jednym z drzew czeka kobieta - powtórzyła posłusznie. - Błaga o pomoc i boi się o własne życie, na które nastaje elfka, z którą rozmawiał wcześniej. Elfka chce jej śmierci. I ma nie rozmawiać z drzewem, tylko robić swoje rzeczy, udawać że nic się nie dzieje nietypowego. Kobieta odpłaci za pomoc. Wiem co mam powiedzieć. Libby jest mądrą dziewczynką.
Wróżka zleciała z gałęzi, opuszczając wzrok w dół, gdzieś w okolice brzucha Agnes, znów wywołując dziwne, niewyjaśnione uczucie niepokoju w kobiecie.
- Uważaj na siebie. Nie wychodź zza drzewa - spojrzała znów w jej oczy. - Nie daj się zastrzelić.

Oczekiwanie na efekty tego planu trwało trochę dłużej, niż Agnes zakładała, do tego stopnia, że zaczęła się już martwić, że Primula faktycznie została w jakiś sposób schwytana. Jej koszula zdążyła wyschnąć, włosy po części też, a spomiędzy liści zaczynał lać się żar. Nie było już wcale tak wcześnie. W końcu jednak usłyszała śmiech dzieci, dobiegający ze środka, a potem kilkukrotne skrzypnięcie drzwi. Po chwili w zasięgu jej wzroku pojawił się znajomy, błękitny blask.
- Zawołałam - rzuciła wróżka z zadowoleniem. - Idzie już. Nie przestrasz się.
Nie wytłumaczyła, dlaczego kobieta miałaby się przestraszyć. Zniknęła wśród listowia, tak jakby nigdy jej tu nie było, jeszcze zanim do uszu Agnes dotarły dźwięki zbliżających się kroków. Mężczyzna nie przyszedł bezpośrednio do niej, brzmiało jakby zatrzymywał się przy każdym z drzew i coś przy nim robił. Trwało to prawie pół godziny, dopóki człowiek nie dotarł do tego rzędu oliwek, za którym siedziała rudowłosa.
Wysoki i barczysty mieszkaniec jednego z domów miał zawieszony na ramieniu szeroki kosz, do którego zbierał dojrzałe już oliwki. Długie, ciemne włosy zaplecione miał w cienkie warkocze i związane z tyłu głowy, a brodę przystrzyżoną na modłę zupełnie nieodbiegającą od tej, jak nosili się mężczyźni w mieście. Od razu zauważył skuloną pod drzewem kobietę. Poza rzuceniem jej przeciągłego spojrzenia, nie zrobił niczego nietypowego - dalej zbierał owoce.
- Nie spodziewałem się, że Libby mówiła prawdę. Kiedy dziecko ci mówi, że dowiedziało się czegoś od wróżki, rzadko bierzesz to na poważnie. Ale była uparta - odstawił kosz i wyciągnął z niego bukłak, napełniony zapewne upragnioną przez Agnes, przegotowaną wodą, albo winem. - Skąd znasz moją córkę i jak to zrobiłaś? Czemu miałbym cię nie wydać Shanis w tym momencie? Ona też oferowała sporo w zamian za współpracę, a przynajmniej nie wciągała w to moich dzieci, jakimiś magicznymi sztuczkami.
Pociągnął z bukłaka kilka głębokich łyków i wrzucił go z powrotem do kosza, który po chwili znów zarzucił sobie na ramię. W końcu miał zająć się tym, co trzeba, nie gadać z drzewem.
Obrazek

Opuszczone ruiny

44
POST POSTACI
Agnes Reimann
Och tak, Agnes jak nikt inny zdawała sobie sprawę, że ludzie nie szanują starych praw. Ba, sama mogła w tym momencie zacząć się z nich naśmiewać, ale wiedziała, jak potrzebna była jej wróżka, która ją chyba polubiła, więc nie odzywała się ani słowem. Zamiast tego pokiwała głową, słysząc powtórzenie jej słów w stronę dzieciaków i odprawiła wróżkę, instynktownie łapiąc się za brzuch, gdy ta zaczęła się na niego gapić. No tak, aura, brak czarnej dziury w jej miednicy, tego typu sprawy. Patrząc jednak na umiejętności magicznej istotki... nie, to niemożliwe. Kiedy?

No tak, tydzień temu.

Z myślą, że sprawdzić nie zaszkodzi po powrocie do miasta, o ile ktoś po tygodniu będzie w stanie to stwierdzić, Agnes skuliła się, chcąc zmieścić się w obrębie pnia. Czas mijał, a ona odczuwała coraz większe zaniepokojenie i skwar lejący się z nieba, nawet pomimo listowia. Niezgrabnie wyciągnęła pokiereszowany wachlarz i zaczęła ochładzać się nim, zaczynając myśleć, że będzie musiała zaraz sama ruszyć po pomoc, ale zaczęła słyszeć śmiechy, skrzypnięcia drzwiami, aż w końcu ujrzała przed sobą błękitny poblask. Odetchnęła z ulgą i usadowiła się wygodniej, oczekując gospodarza.

Czas znów nieubłaganie mijał, ale słyszała krzątanie się za jej plecami. Zgodnie z obietnicą, zapewne mężczyzna starał się być jak najmniej podejrzany, co naprawdę popierała, ale żeby tyle czasu...?

Po jakimś czasie ujrzała go z bliska, z koszem, zbierającego oliwki obok niej. Westchnęła z niewypowiedzianą ulgą, a na jej twarzy wymalowała się radość na widok człowieka. Prawie zaczęła płakać, ale szybko się powstrzymała. Jej eksplozja emocji szybko została stonowana, gdy ten zaczął mówić. Trzeba było handlować i przekonywać, ale przecież Agnes nie urodziła się wczoraj i wiedziała, jak to zrobić.

Nie znam twojej córki i z miłą chęcią bym jej w to nie wciągała, gdybym mogła. Ale nie mogę, bo ledwo elfka zobaczy, jak wyściubiam głowę poza to drzewo, dostanę strzałą w czoło. Musiałam improwizować — mruknęła, z zazdrością patrząc na bukłak. Nie pytała jednak na razie o to. — I proszę mi uwierzyć, magii też bym w to nie wplątywała, a już szczególnie... wróżek, jakkolwiek idiotycznie to brzmi.

Cokolwiek tamta elfka mówiła, oferowała, na pewno jest kłamstwem. Wspominała, że porwała mnie podczas powrotu do domu z przyjęcia, przy okazji zostawiając mojego ojca nieznającego za grosz miasta pewnie w jakiejś szemranej dzielnicy? Albo to, że wywiozła mnie poza miasto do jakiś opuszczonych ruin niedaleko stąd, wrzucając do głębokiego dołu, bez jedzenia, bez wody, żebym tam sczezła? Bo tak się stało. Cudem tylko udało mi się uciec stamtąd nad ranem, po całej nocy obaw, że dopadnie mnie dzikie zwierzę. A i to z pomocą jakiejś magicznej istotki, która kręciła się w pobliżu i postanowiła mi pomóc, o ironio — podciągnęła kolana pod brodę i spojrzała na mężczyznę, kolejne słowa wypowiadając ze strachem w oczach. — Nie wiem, jaka była jej wersja, ale wiem, że zabije mnie, jeśli tylko znajdę się w zasięgu jej wzroku. Nie chcę się naprzykrzać, ani narażać twojej rodziny na niebezpieczeństwo. Nawet nie proszę o wodę, chociaż od kilkunastu godzin nie miałam kropli w ustach. Chcę tylko stąd zniknąć jak najszybciej, w jednym kawałku. Konno, na nogach, po prostu nie chcę, żeby ona mnie widziała, żeby wiedziała, gdzie mnie szukać. Zapłacę, nawet teraz. Co prawda w formie biżuterii, ale po spieniężeniu wyjdzie z tego sporo koron, a po powrocie jeszcze doślę cały kuferek, jeśli będzie trzeba — mówiła coraz szybciej, wyglądając coraz bardziej desperacko, przerażona o własne życie. Właściwie była to prawda, ale dla dramatyzmu i większego autentyzmu specjalnie wyróżniła te obawy. — Jeśli nie jesteś w stanie pomóc bezpośrednio, może chociaż wysłałbyś kogoś do miasta z wiadomością? Na pewno mnie przez całą noc szukali, ale znając życie po mieście, nie w jego okolicach. Jeśli ktokolwiek przekazałby wiadomość, że tutaj jestem, to w przeciągu godzin pojawiliby się, zabrali mnie, a być może do tego czasu ta... Shanis zniknęłaby, a ty nie miałbyś żadnego problemu. Błagam, boję się. Nie wiem, co robić, a nie chcę stracić życia, ani swojego, ani mojego dziecka.

Nie do końca Agnes wierzyła w bajki o ciąży, ale na potrzeby narracji śmiało mogła wywołać poczucie winy w rolniku, który będąc ojcem, na pewno bardziej będzie sympatyzował z... ciężarną, niż uzbrojoną elfką.

Opuszczone ruiny

45
POST BARDA
- Nie. Nie mówiła o tym - odparł mężczyzna, wrzucając bukłak z powrotem do kosza, który zaraz podniósł z ziemi i z powrotem zawiesił na swoim ramieniu, by ponownie zabrać się za zbieranie oliwek. Poza jednym, długim spojrzeniem, którym uraczył ją przedtem, nie patrzył na nią już więcej. Widać Libby przekazała ojcu także informację o tym drobnym, acz istotnym fakcie, że Shanis została w okolicy i czeka na moment, w którym Agnes wynurzy się zza drzewa.
Mężczyzna wysłuchał emocjonującej, przesyconej strachem opowieści kobiety, w końcu przechodząc do drzewa, przy którym ona była ukryta. Zabrał się za zrywanie owoców, a gdy znalazł się wystarczająco blisko, wyciągnął z kosza bukłak i podał go wykończonej inżynier. W środku była woda, ale z pewnością już taka, której mogła się napić bez obawy o własny żołądek i ewentualne skutki uboczne. W jej obecnej sytuacji chyba nie przeszkadzał jej fakt, że z tego samego naczynia przed chwilą pił także on.
Myśl o potencjalnej ciąży była dla Reimann przytłaczająca, ale tak czy inaczej postanowiła wykorzystać ją w tej chwili na swoją korzyść. I nie musiała się nawet zastanawiać, czy te słowa zrobiły na plantatorze jakiekolwiek wrażenie. Widziała jak zamarł, z ręką wyciągniętą w górę, a potem spojrzał na nią ponownie, oceniając jej stan. Jeśli faktycznie spodziewała się dziecka, nikt o zdrowych zmysłach i choćby odrobinie empatii nie zostawiłby jej teraz na pastwę losu. Nie inaczej było z nim. Monolog nie robił na nim wrażenia, ani obietnice bogactw, ani pomysły rozwiązania problemu; dopiero wzmianka o ciąży skutecznie przyciągnęła jego uwagę.
- Jestem Asket - przedstawił się. - A ty? Zagubiona przyjaciółko Shanis, której szuka taka zmartwiona?
Uśmiechnął się lekko. Stał teraz tyłem do domu, więc i do ukrytej w drzewach elfki, co pozwalało mu porozmawiać z kobietą swobodniej. Wydawał się miły, choć dla Agnes każdy kontakt z człowiekiem byłby teraz cudownym doświadczeniem. Wyglądało na to, że spiczastoucha opowiedziała swoją własną wersję historii, ale nie miała ona sensu, gdy rudowłosa z paniką ukrywała się przed nią za jednym z drzew. Inna sprawa, że to, co słyszał w tym momencie, też wcale nie było szczególnie wiarygodne. Wróżki, porwania, ciąża... choć o tym ostatnim Shanis nie miała prawa mieć najmniejszego pojęcia.
- Nie możesz w takim stanie siedzieć między drzewami, aż ktoś po ciebie z miasta przyjedzie - zawyrokował mężczyzna. - Mówisz, że jesteśmy obserwowani? Spróbuję wymyślić coś, żeby zabrać cię stąd do domu.
- Mogę pomóc - odezwał się nagle znajomy kobiecie głosik, a spomiędzy liści wyfrunęła Primula. Asket znieruchomiał i zamrugał kilkukrotnie z niedowierzaniem. Choć wróżka mieszkała w okolicy i bawiła się z jego dziećmi, najwyraźniej samemu plantatorowi się dotąd nie ukazywała. - Mogę na chwilę odwrócić jej uwagę, na tyle, żebyś zdążył ją zabrać i zamknąć w domu - zamilkła, by po kilku sekundach milczenia dodać. - Jestem Primula. Libby mnie zna.
Asket długo milczał, najwyższym wysiłkiem woli zmuszając się do dalszego spokojnego zrywania oliwek.
- To wszystko prawda. Przepraszam, że nie przedstawiłam się wcześniej. Nie chciałam żebyś mnie stąd przegonił - wróżka skuliła się, odrobinę... zawstydzona? - Piłam wodę z twojej studni bez pytania. Przepraszam.
Mężczyzna zaśmiał się cicho i pokręcił głową, ale nic nie odpowiedział, przytłoczony nową wiedzą.
Obrazek
ODPOWIEDZ

Wróć do „Taj`cah”

cron