Trakt ku Stolicy

91
POST POSTACI
Harald
Na wypowiedź brata, Harald jedynie skinął głową. Młodszy Gurrason widząc jego wzrok skupiony na kobiecie, zawiesił mu się na ramieniu i szepnął z uśmiechem - Potrzebujesz rady od młodszego brata? - Nie zostawił jednak Kirfunowi czasu na odpowiedź. Odwrócił się, by ruszyć za dowódcą i resztą osób, które już się zbierały. Nie zamierzał mieszać się w kwestie emocjonalne brata. Nie podczas misji. Nie z doświadczeniem, które miał. Raz popełnił błąd i zaangażował się w relację z dziewczyną ze swojego oddziału. Nikomu nie wyszło na dobre. Jej, bo nie żyje. Haraldowi, bo jej śmierć wryła mu się w pamięci. Hemon jest dowódcą i jeśli mu bzykanie w oddziale pasuje, to czemu mi miałoby nie pasować? Może nie za dobrze znał brata, ale i tak nie chciał, żeby ten się zawiódł, ani tym bardziej odczuł stratę kogoś, kogo się darzy sympatią, na własnej skórze. Lepiej dla niego byłoby, gdyby znalazł sobie dziewkę w mieście lub na wsi. Z dobrym posagiem mógłby się nieźle urządzić.

Wioska, do której się zbliżali wyglądała jak każda inna. Z młyna Harald jednak ucieszył się najbardziej. Była bowiem szansa na świeży, porządny bochen chleba, jak nie trzy lub więcej. Zakładając, że nie zostali do tej pory obrabowani przez kogokolwiek. Nie wliczając sił króla i księcia, przy tak niskiej obecności wojsk, w grę wchodzą przecież i bandyci, korzystający z chaosu w państwie. Na bogów. Po wojnie będzie ich od cholery. Gdy pojawiła się oferta udania się do środka osady, Harald uznał to za dobrą okazję, żeby rozejrzeć się wśród składników do gotowania. Ciężko było stwierdzić, ale Harald uznawał się za najlepiej gotującego w całym oddziale.
- Niech tak będzie. Pójdę z Lisą. - Harald westchnął pod nosem i ruszył w stronę wioski, skinął głową na Lisę i na kierunek w którym już szedł i dodał. - Idziemy? - Starał się jednak cały czas zachowywać czujność. Obecnie najważniejszym celem było przeżyć. W końcu lepszy niepełny raport ze zwiadu, niż żaden. A potem powrót to głównych sił i może oddział oblężniczy. Byłoby ciekawie. Książę Jakub na pewno sprowadził w swe szeregi konkretnych inżynierów i magów. Może byłaby okazja, żeby się czegoś nauczyć. Nagła myśl wytrąciła Haralda z toku myśli i dalszego kroczenia, choć tych kroków zrobił i tak, zaledwie kilka. - Ahh, Lisa. Jeśli bogowie sprowadzą na nas wrogów, to wiejemy, jeśli będzie ich więcej niż pięciu. Potem ze wsparciem możemy w razie czego wrócić, ale nie ma co za bardzo ryzykować. Jedną jeszcze kwestię chciał poruszyć z kobietą, ale uznał, że poczeka z pytaniem, aż się trochę oddalą od reszty. Zarzucił lepiej plecak na ramiona, dotknął rękojeści miecza, tak na wszelki wypadek oraz by dodać sobie pewności siebie, i ruszył

Trakt ku Stolicy

92
POST BARDA
- Wiadomo - Lisa zgodziła się z sugestią Haralda. - Nie będziemy przecież karku nadstawiać bardziej, niż to konieczne. Uznałam tylko, że lepiej ja, niż dowolnych dwóch z reszty oddziału. Sam fakt, że nie jestem facetem, może nastawić tutejszych przyjaźniej, przynajmiej na dzień dobry.
Miała trochę racji. Już wcześniej im się to sprawdziło. Choć kobieta miała dość ostre rysy twarzy, uśmiech nadawał im delikatności, a ta z kolei działała lepiej, niż jakiekolwiek słowne argumenty. Chętniej pomagało się miłej, zmęczonej podróżniczce, niż uzbrojonym żołnierzom, a jakoś łatwo było nie zwracać uwagi na miecz wiszący u jej pasa i wyzierający spod płaszcza napierśnik. Lisa wiedziała, jak to wykorzystać i podchodziła do tematu czysto pragmatycznie. Podobnie działał młody Fulko, choć z jakiegoś powodu Hemon nie chciał puszczać tej dwójki razem.
Zostawili resztę grupy za plecami i ruszyli w stronę zabudowań. Im bliżej się znajdowali, tym więcej zauważali szczegółów; dziecko okazało się dziewczynką, a pies jakimś szarym, choć całkiem sporym kundlem. Obok balii z praniem siedziała jeszcze jedna kobieta, opowiadająca coś piorącej z przejęciem. Drewno rąbał wysoki, chudy mężczyzna, a inny oparty był o ścianę domu i kopcił sobie niemrawo z fajki. Sielanka, nic, co wydawałoby się niebezpieczne.
Nie pozbawiło to ich ostrożności. Spokój potrafił być fałszywy.
- Co robimy tym razem? Podajemy się za podróżnych, uzbrojonych wyłącznie dla własnego bezpieczeństwa, czy otwarcie chcesz mówić, dlaczego tu jesteśmy? - zagadnęła go Lisa, ze wzrokiem utkwionym w rozbawionym psie. Nikt ich jeszcze nie zauważył, nawet zwierzak. - Trochę jestem zmęczona podchodami.
Drzewa robiły się coraz rzadsze, a dźwięki siekiery rąbiącej je - coraz głośniejsze. Lisa nie wydawała się zdenerwowana; raczej znużona brakiem realnych postępów ich misji. Zerknęła na Haralda kątem oka, odpychając sobie jakąś gałąź sprzed twarzy.
- Podobno zaciągnęła się cała wasza rodzina. To prawda? - spytała z zaciekawieniem. - Trzech braci i ojciec?
Obrazek

Trakt ku Stolicy

93
POST POSTACI
Harald
Pytanie Lisy apropos ich tożsamości, dało Haraldowi do myślenia. Wyjawienie kim są i co tu robią było ryzykowne, lecz mogłoby być wykorzystane z korzyścią dla księcia Jakuba. Wystarczy okazać życzliwość jako jeden z elementów sprawy buntownika, by zyskać sympatię okolicznej ludności. Krótkofalowo więc wyjście to było ryzykowne, lecz długofalowo mogłoby zapewnić bezpieczeństwo.
- Wchodzimy otwarcie. Jest w tym pewne ryzyko, lecz możemy na tym dobrze wyjść. - Ściągnął łopatki, wypiął klatkę piersiową, aby dodać sobie pewności oraz wzmocnić autorytet jaki mogą czuć inni. Skoro mieli powiedzieć kim są, musieli zadbać o jak najlepszy odbiór mieszkańców. - Zresztą, jest szansa, że na zachód od Śnieżki sympatia do naszego umiłowanego króla, nie jest zbyt duża. - Wypowiadając słowa "naszego umiłowanego" zrobił grymas jakby napił się bardzo paskudnego napitku.
Pytanie Lisy trochę zaskoczyło Haralda. On sam nie spędził z rodziną, aż tak dużo czasu. jak starsi bracia. Stąd pojawiła mu się myśl, że lepszym adresatem pytania byłby Kirfun.
- Tak. Ojciec jest związany przysięgą wasalną, ale nawet bez przymusu by dołączył do księcia. Bracia oczywiście poszli w ślady ojca. Ja co prawda żadnych zobowiązań nie mam, jednak bardzo by mnie ucieszyło, gdybym mógł zobaczyć jak głowa tego bękarciego króla, spada na ziemię. Dlatego, gdy powstanie Jakuba zastało mnie w domu rodziców, też się zaciągnąłem. - Mówiąc to, Harald cały czas patrzył w przestrzeń przed nimi, lecz gdy skończył, zerknął kobiecie w oczy oraz dodał pytanie - A jak jest w twoim przypadku? Co samotna kobieta robi w wojsku i to jeszcze za linią frontu?

Trakt ku Stolicy

94
POST BARDA
Przyjmując do wiadomości decyzję Haralda, Lisa rozpięła płaszcz, odkrywając schowany pod nim skórzany napierśnik i krótki miecz, przypasany do biodra. Bezpośredniość była nowym podejściem, jakiego nie stosowali do tej pory - zwykle ich przynależność wychodziła na jaw później w rozmowie, albo wcale. Niewielkie, mniej lub bardziej uzbrojone grupki podróżnych przemieszczające się po szlaku nie były niczym nietypowym.
- W wojsku nikt nie jest samotny - odparła Lisa z nagłym rozbawieniem. Harald mógł jedynie domyślać się, z czego wynikało, bo kobieta nie uznała za stosowne się tym podzielić. Chwilę trwało, zanim zdecydowała się odpowiedzieć na jego pytanie. - Moja cała rodzina ma wojskowe korzenie. Ojciec i jego bracia, dziadek, z tego co wiem to pradziadek też. Pechowo się złożyło, że w moim pokoleniu jestem tylko ja. Tradycji musiało stać się zadość.
Z jej głosu trudno było wywnioskować, czy była to jej własna decyzja, czy została jej ona narzucona. Dalszą beztroską pogawędkę i zagłębianie się w historię rodziny Lisy musieli jednak zostawić sobie na inne okoliczności, bo w końcu zostali zauważeni.
Najpierw pies zatrzymał się w miejscu, a potem uniosły się na nich przestraszone oczy bawiącej się z nim dziewczynki. Dziecko zamarło nieruchomo, przez moment obserwując wychodzącą spomiędzy drzew dwójkę, by po chwili ruszyć biegiem gdzieś między drewniane chaty. Kobiety stojące przy praniu wyprostowały się i obróciły w ich stronę, mrużąc oczy pod słońce. Harald wychwycił moment, w którym Lisa spinała się, gotowa do dobycia broni, gdyby wyskoczył na nich oddział wojsk przeciwnej strony konfliktu, ale do niczego takiego nie doszło - a przynajmniej jeszcze nie w tej chwili.
Spomiędzy budynków wyszło dwóch mężczyzn; jeden starszy, chudy i szpakowaty, a drugi młody, znacząco od niego niższy, ale o miłej aparycji. Do brzegu koszuli tego drugiego uczepiona była teraz dziewczynka, na oko siedmioletnia. Krzywo obcięte włosy wpadały jej do oczu, których uważne, jasne spojrzenie utkwione było w nadchodzącej dwójce. Coś mówiła, ale ujadanie psa skutecznie ją zagłuszało.
- Cicho, Bolo. Siad - skarcił go starszy z mężczyzn. Zwierzę posłuchało, zakręciło się w miejscu i usiadło, choć ze średnim przekonaniem.
- Dwoje ludzi, przychodzących z lasu, zamiast od strony drogi - podsumował ich. - Dlaczego coś mi mówi, że nie jesteście tu po to, żeby obserwować ptaki. Czego chcecie w naszej wiosce? Nie mamy nic dla was.
Obrazek

Wróć do „Książęca prowincja”