Trakt ku Stolicy

76
POST BARDA
Oficer kiwał tylko głową, jakby chciał potwierdzić, że słucha, po czym odwrócił się do Jakuba. — Jeśli to nie jest zbyt niebezpieczna ekspedycja, mógłbym uszczknąć dziesięciu ludzi do ochrony. To są Czarodzieje, też potrafią się bronić, prawda? — Salazar w tym momencie wyglądał, jakby chciał rzucić coś co najmniej bezczelnego, ale po sekundzie zwłoki i przygryzania wnętrza policzka, odpowiedział:

Mam tytuł Maga Bojowego, tak.

To świetnie. Jeszcze się okaże, że moi ludzie musieliby być chronieni.

Stella stała ciągle z boku, milcząc, nie dodając niczego, co może przedstawiłoby kontrargumenty. Być może już wcześniej przemaglowała księcia, a być może pogodziła się z faktem, że jest bliska przegraniu, albowiem Jakub po krótkiej chwili milczenia odezwał się w końcu, patrząc na mapę. — Zanim dojdzie do faktycznego oblężenia, minie sporo czasu. Wojska także będą przesuwać się powoli, zaś stolica wręcz czeka na nas, mając metaforycznie rozwarte szeroko bramy. Podobne zaklęcia, czy glify mogą podziałać kojąco na styrane dusze mieszkańców i posłużyć za jedną z wielu kart przetargowych. Macie moje pozwolenie, mości Czarodzieje, z jednym ale. Wyślę z wami dziesiątkę moich ludzi z wyraźnym rozkazem, aby pilnować czasu. Jeśli będziecie zwlekać, błądzić i nie znajdziecie wystarczająco szybko tego, czego szukacie, waszym obowiązkiem będzie niezwłoczne zawrócenie i dołączenie do magów. Decyzję dotyczącą tego, kiedy nadejdzie ten moment, zostawiam w rękach człowieka oddelegowanego przez generała Chantelliera.

Ach, generał Chantellier! Teraz Isabella wiedziała, kim jest ów mężczyzna. Był głównodowodzącym wojskami Jakuba, a także szlachcicem z Południowej Prowincji. O nim mówiąc zaś, oficer tylko skinął głową, potwierdzając przyjęcie rozkazów. Jakub zaś pożegnał się z dwójką magów szybko po tym, pozwalając wyjść na zewnątrz i swobodnie porozmawiać, co Barsk natychmiast wykorzystał. — Limit czasowy, ha! Znając znudzenie i zniecierpliwienie wojskowych, na pewno nawet nie dotrzemy tam dobrze, a już będziemy musieli zawrócić.

Isabella mogła w tym momencie się dobrze przygotować – spakować odpowiednie przybory, może przestudiować coś jeszcze? Wkrótce po wszystkim poinformowano ją o wyjeździe za dwa dni, więc dokładnie tyle czasu mogła spędzić na swoich sprawach, zanim wsiądzie na konia prosto na poszukiwania zaginionej świątyni elfickiej.

Trakt ku Stolicy

77
POST POSTACI
Isabella Décolleté
Isabella pokłoniła się przed królem i opuściła namiot by ten mógł się zająć bardziej naglącymi sprawami, wszak ich została właśnie rozpatrzona i to pozytywnie, nie było więc powodu dłużej mitrężyć i potencjalnie przeciągać przysłowiową strunę. Niezależnie od tego co mówił właśnie Salazar, to osiągnęli sukces, czyż nie? Stella musiała przełknąć swoją porażkę, wszak widać było po niej, że ewidentnie optowała przeciwko nim i z całą pewnością rozmawiała już o wszystkim z Jakubem, a oni sami mogli ruszyć na wyprawę badawczą, co było o wiele bardziej interesujące niż warzenie dziesiątek lub setek mikstur.
- W takim razie będziemy musieli jechać szybko. W każdym razie poszło lepiej niż się spodziewałam. - Zauważyła czarodziejka. - Muszę się przygotować do podróży. Nie cierpię takich głuszy, a wygląda na to, że przyjdzie nam tam spędzić nieco czasu... - Ot, była to jedna z tych niedogodności, które to ona musiała przełknąć. Wciąż jednak potencjalna wizja wiedzy, którą mieli zdobyć była wystarczająca by tak łatwo ją nie zniechęcić.

Następne dwa dni czarodziejka spędziła na przygotowaniach do drogi. Mieli mieć przydzielonych ludzi, to prawda, ale nie wiedziala na ile będą przydatni. Skontaktowała się przy tym z Salazarem by ten spróbował w jakiś sposób koordynował z nimi pracę i jakiś znośny podział obowiązków. Równie dobrze mogła to robić i ona, ale oprócz przygotowań chciała dalej tłumaczyć dokumenty odnośnie tej Świątyni. Być może dowie się czegoś nowego lub natknie się na coś co pominął Salazar?
W każdym razie przygotowała trochę ubrań na zmianę, odrobinę kosmetyków - głównie dużą kostkę mydła, wątpiła że żołnierze będą się myli, a zresztą nawet nie miałaby zamiaru od nich nic pożyczać, koce i prowiant. Do tego uznała, że rozsądnie będzie zabrać coś mocniejszego do picia, butelkę jakiegoś solidnego alkoholu, może jakieś bandaże i kilka dodatkowych mikstur. Skoro Stella przygotowała jej stanowisko, to czemu z niego nie skorzystać i nie przygotować kilku dodatkowych eliksirów? Kto wie co i ich czeka i jak dużo będą ich potrzebowali, więc cztery dodatkowe fiolki leczące i regenerujące moc magiczną mogą się przydać... Tak. Cóż więcej mogła zabrać? Może powinna się dopytać Salazara...? Tak, tak zrobi! Żeby nie było że zapomni czegoś ważnego!

Trakt ku Stolicy

78
POST BARDA
Dwa dni Isabella spędziła na przygotowywaniach do podróży. Oprócz paru mikstur, bandaży, alkoholu, koca i prowiantu każdą wolną chwilę spędzała z Salazarem nad mapami, próbując jak najbardziej zawęzić obszar poszukiwań. Materiały, które dostała od niego nie mówiły zbyt wiele o dokładnej lokalizacji, być może z tak prostego faktu, że normalnie świątynia miała pozostać ukryta przed wścibskimi oczami, zaś nieliczni ją odwiedzający skupiali się bardziej na detalach dotyczących samej budowli, niźli jej lokalizacji.

Jedyne, co udało jej się ustalić, przetrząsając na szybko materiały, w tym i te przetłumaczone dla Barska, to informacja, aby patrzeć wyżej, niż sięgasz i podążać za zmiennością nocnych słońc. Cokolwiek to znaczyło, było to zdecydowanie enigmatyczne.

Dnia trzeciego o świcie mała grupka żołnierzy wraz z Salazarem czekała na pannę Décolleté na skraju obozowiska, w południowej jego części. Dziewięciu żołnierzy czekało znudzonych, zaspanych, zaś dziesiąty z nich, dowódca, rozmawiał o czymś z Salazarem. Widząc Isabellę, wyprostował się i natychmiast przedstawił – kapitan Anton Kennington. Jeśli by Czarodziejka zastanawiała się, dlaczego nie jadą konno, w dzikiej puszczy nie ma miejsca na wierzchowce, wyjaśnił, zaś do niej samej też daleko nie będzie. Zajmie im taki przemarsz dobrych kilka dni, ale przynajmniej nie będą martwili się, że zostawiając konie na skraju lasu, coś bądź ktoś im je zabierze.

I tak też dwunastu ludzi ruszyło w mozolną wędrówkę w stronę boru, szukając zaginionej wiedzy mogącej przechylić szalę nadchodzącej wojny, zostawiając w tyle trzon wojska.

Po około pięciu dniach udało im się w końcu dotrzeć do pierwszej linii drzew, dumnie stojących tam zapewne od wieków. Po swej prawie w oddali majaczyły szczyty Irios, za nimi – sieć wzgórz oddzielających ich od głównego traktu i Orlej rzeki. Drzewa – dęby, buki, jesiony czy graby, rosły gęsto. Między nimi szła drobna, wydeptana ścieżka prowadząca prosto w gęstwinę. Wydawałoby się, że przed nimi jest właśnie najgorsza część, ale Salazar musiał dopiec, pokazując mapę. — Przez jakiś czas będziemy szli wytyczoną przez okolicznych mieszkańców ścieżką, ale gdzieś w połowie musimy z niej zboczyć. Nie znajdziemy niczego idąc uczęszczanym traktem.

z/t do Starego Lasu
ODPOWIEDZ

Wróć do „Książęca prowincja”