Dzielnica Portowa

16
Gdy kobieta ją minęła, odpowiadając w chamski sposób, usta Very zacisnęły się we wściekłości. Może nie znała orczego, ale niektóre określenia były rozumiane przez wszystkich. Przecież naprawdę się starała, Osmar jej świadkiem. naprawdę chciała dla odmiany być uprzejma i porozmawiać z nieznajomą normalnie, zaproponować zgrupowanie się w celu odnalezienia goblina, a potem pójść w swoją stronę, kiedy tamta będzie sobie biegać dalej i zabijać orków. Odwróciła się do bosmana, uśmiechając się do niego, ale on znał już tę minę, tę lodowatą furię w oczach.
- Zawsze tacy nieuprzejmi - wysyczała przez zęby, póki co jeszcze powstrzymując frustrację. - Kiedy akurat chcesz się zachować jak człowiek.
Wyszła za nieznajomą, stając w drzwiach do magazynu i podążając wzrokiem za jej spojrzeniem w stronę nieba. Fenomen był przepiękny; Vera liczyła na to, że odwróci on uwagę przechodniów i ewentualnych rozmówców od tych resztek krwi, których nie udało się jej z siebie zetrzeć. Potem już nie wracała do środka, kiedy druga kobieta chodziła w tę i z powrotem.
Skrzywiła się znów, zdając sobie sprawę z tego, że nieznajoma miała rację, a na pewno w jej przekonaniu było właśnie tak. Pytanie tylko, czy faktycznie byłaby w stanie sama położyć czterech rosłych orków, czy tak się jej tylko wydawało. Jeśli to pierwsze, to Umberto powinna być pod wrażeniem. Jeśli to drugie, to i tak niczego to nie zmieniało, bo jak niby miała jej to teraz udowodnić?
Przywołała w pamięci to, co Osmar wyciągnął od nieprzytomnego już strażnika.
- Potrzebuję informacji od Faazza. Handlował z człowiekiem, którego muszę znaleźć - wyjaśniła, tym razem nie siląc się już na uprzejmości. - Jest moim jedynym tropem do niego, jeśli już nie opuścił miasta. Przypłynęłam tu za nim z Archipelagu, więc wolałabym, żeby mi tego nikt nie spierdolił. W tym ty.
Przesunęła oceniającym spojrzeniem po sylwetce nieznajomej. Była jeszcze bardziej zalana orczą krwią, niż przedtem Vera, bo na tamtej przecież leżało wykrwawiające się cielsko. Przez myśl jej przeszło, by może po prostu pozbyć się jej tutaj, w tej alejce i zostawić ją w zaułku, razem ze strażnikami. Mogłaby sama znaleźć Albronkalda i nie przejmować się współpracą. Mieli przewagę liczebną i w przeciwieństwie do niej nie byli naćpani.
- Dobrze. Pomóż mi znaleźć goblina, skoro tak świetnie tropisz zielonoskórych i pozwól mi go przesłuchać, zanim poderżniesz mu gardło - skrzywiła się. Corin byłby dumny. - Co chcesz w zamian?
Obrazek

Dzielnica Portowa

17
Faaz. Teraz Josephine przypomniała sobie, że coś o tym wspominała, gdy tak nonszalancko się pokazała w połowie brutalnej walki jej ze zdelym teraz orkiem. Tuż po tym do głowy przyszło jej kolejne imię: Mordred, ten zawszony gnojek, który ją tutaj przyprowadził, dostając pewno psie ochłapy za zdradzenie jej osoby. Natychmiast na jej twarzy pojawił się umiarkowany gniew, przytłumiony przez dobroczynne działanie duszka. Jeśli tylko go dorwie... to mu wyrwie wszystkie ręce i nogi z dupy.

A ja wolałabym, żeby mi żadna paniusia nie spierdoliła mojego upierdolenia głowy temu kurduplowi — odpowiedziała równie kąśliwie, chodząc wte i wewte, zerkając zirytowana na słońce. — Pierdolone gówno, nie miało być żadnego zaćmienia. — Kopnęła jakiś kamień, wyładowując na nim nadmiar złości.

Z powątpiewaniem spojrzała na kobietę, zastanawiając się, czy koniecznie chce jej pomocy. Była samotnym wilkiem, a jej współpraca rzadko kończyła się dobrze... czego doskonałym przykładem był Yassid i to, że połowa straży miejskiej ma jej mordę zapamiętaną na dobre, głównie przez blizny. Z drugiej strony jej stan był wątpliwy, a jeśli Faaz faktycznie wiedział, że Jo go szuka, to będzie próbował wszystkich sztuczek, aby jej uniknąć, co może wydłużyć pościg o kolejne miesiące. Jeszcze to niespodziewane zaćmienie, które zadziałało dosłownie odwrotnie, niżeli powinno. Zamiast ukoić bestię, wyrwało ją z jej trzewi, doprowadzając na skraj szaleństwa. Mała pomoc... może się przydać.

Nic nie chcę — odpowiedziała, wchodząc do środka. Przykucnęła przy orku, z którym się biła, przetrząsając mu kieszenie, szukając... czegokolwiek. Był raczej za głupi na notatki, ale może niósł coś, co mogłoby ją naprowadzić na dalszy trop. Potem zebrała z powrotem wszystkie swoje rzeczy, które wyrzuciła z sakwy, szukając narkotyku. — Ale tylko zobaczę, że kombinujecie z tym małym skurwysynem to wam obojgu urżnę łby... albo nie. Wywiozę was za miasto, jak resztę i tam na was zapoluję. Jasne? — Ostatnie słowo wręcz wywarczała, prostując się i patrząc Verze prosto w oczy, śmiertelnie poważna, z dzikim akcentem. Poczuła chyba już kolejne działania duszka, bo zaraz dodała z krzywym uśmiechem: — Faaz musi zdechnąć, żeby nie został nikt, kto mnie wrobił w morderstwo, którego nie popełniłam. Jest ostatnim ze skurwysynów, którzy rozkradli kasę mojego szefa, więc naprawdę, jak będzie ci próbował pierdolić o układach, to nie będę się cackać.

Wyciągnęła zakrwawioną dłoń w jej stronę – lewą. — Joe — przedstawiła się krótko, po czym jeśli Vera potrząsnęła jej ręką, dodała ostatnią rzecz. — Jak nie macie żadnych tropów, to możemy wybrać się wyrwać nogi z dupy takiemu jednemu cwaniaczkowi, Mordredowi Martinowi. To od niego dostałam informację, że ten kurdupel będzie tutaj handlował kolejnym nielegalnym gównem, więc na pewno został opłacony przez Albronkada, żeby nasłać mnie tutaj i spróbować złapać przez straż.

Dzielnica Portowa

18
Josephine przetrzepała orcze ciało. Nie znalazła tam nic ciekawego prócz dziwnego, okrągłego emblematu przypominającego monetę. Była na nim zarysowana czapeczka wraz z literą A, która tworzyła naprawdę niespotykaną kompozycję. Ciężko było stwierdzić co to było, ale jakby nie patrzeć wiele miejsca nie zajmowało.

Osmar nie odzywał się przez całość dyskusji. Stwierdził, że nie będzie się wtrącał w KOBIECE sprawy. Trzymał więc chłodny dystans, szczególnie gdy ujrzał u pani kapitan TE spojrzenie, które potrafiło zabijać. Potęgi wrażenia dodawało ubranie Very, skąpane we krwi. Nieco już ogarnięte i na pewno lepiej wyglądające, niż wciąż kapiąca posoka z Josephine. Stał więc z gniewnie zmarszczonymi brwiami, przysłuchując się dalszej wymianie zdań.

- Jak mówiłem wcześniej. - Bosman postanowił odezwać się, gdy kobiety doszły do porozumienia. - Można pogadać z tym całym Fernandem. Chuj wie co to da, ale spróbować można. - Wzruszył swoimi barczystymi ramionami, wbijając swoje świdrujące spojrzenie w Josephine. Nie bał się jej, mimo relacji Very z walki z olbrzymem.

Po słowach krasnoluda zapadła cisza, której nikt nie przerywał. Zaćmienie nie mijało, ale być może to był idealny moment, na przemknięcie między ludźmi i próbę znalezienia nowych, świeżych ubrań? Tak czy inaczej decyzję jakąś wypadało podjąć... Jednak czy Osmar miał rację? Kim był tajemniczy Fernand i co robił w karczmie Pod Śmierdzącą Rybką? Mogłby to być świetny strzał, albo kompletnie stracony czas, przez który Levant mógł zbiec... Jeśli już tego nie zrobił. Podobnie sprawa miała się z pomysłem Joe, która chciała po prostu dopaść Mordreda. Być może jej eks przyjaciel przyjaźnił się z Faazzem, albo został zwyczajnie zastraszony i zmuszony do zdrady, przez co nie widział gdzie można go odnaleźć? No i co ze strażnikami w zaułku? Tymi ogłuszonymi i tym, który zasłabł w wyniku obfitego krwotoku. Warto było próbować go ratować? Może zostawić go na pastwę losu, licząc na to, że zajmą się nim pozostali, którzy się ockną? Kolejne niewiadome pojawiały się niechciane, niepotrzebnie tylko komplikując sytuację, powodując tym samym utratę cennego czasu... Czasu w którym Faaz mógł się ukryć, Levent opuścić miasto, a Joe znaleźć kolejną porcję narkotyków, wszak nie zapowiadało się na to, by słońce ponownie miało się ukazać w najbliższym czasie.

Dzielnica Portowa

19
- Nie obchodzi mnie on - westchnęła Vera. - Już mówiłam. Rób sobie z nim co chcesz, jak dostanę od niego swoje informacje.
W żaden sposób nie zareagowała na jej groźby, patrząc na nią z góry spokojnie. Nie pierwszy raz słyszała takie obietnice. Nie zamierzała współpracować z tą tutaj dłużej, niż będzie musiała, bo czuła, że przy dłuższym przebywaniu z tą kobietą straci resztki już i tak nadwyrężonej cierpliwości. Ale obiecała Corinowi, że będzie nad tym pracować, więc pracowała. Z całkiem niezłym skutkiem, jak widać. Powstrzymała się nawet od komentarza, że nieznajoma nie wyglądała jak ktoś, kogo specjalnie trzeba było wrabiać w morderstwo. Zwłaszcza teraz, gdy cała zalana była krwią.
Uścisnęła wyciągniętą w jej stronę rękę, ale nie przedstawiła się drugi raz - podała jej swoje imię już wcześniej.
- Możemy - odparła, by potem odwrócić się do Osmara i skinąć głową. - Też możemy. Ale najpierw trzeba przejrzeć okoliczne zaułki. Ten, którego zabiłaś w magazynie mówił, że kazali mu zabrać cię żywą, dwa zaułki dalej. Może nie będziemy musieli wcale tyle kombinować i będzie tam na ciebie czekać któryś z tych dwóch. Faazz, czy ten cały Mordred. Z Fernandem pogadamy potem.
Odwróciła się w stronę miejsca, w którym kazała krasnoludowi schować nieprzytomnych strażników i tego jednego, który okazał się podstawiony. Koledzy go poskładają, jak się obudzą, prawda? Nie jej problemem był wykrwawiający się ork, który nawet nie należał do straży. Potem uniosła wzrok na czerwone niebo i doszła do wniosku, że nawet dobrze się złożyło, że byli teraz w porcie. Nie wiadomo, jak przy takich ewenementach zachowywało się morze, skoro księżyce nie poruszały się we właściwych sobie kierunkach.
- Wrócimy też na Siostrę później. Trzeba się przebrać, jak chcemy chodzić tak po mieście. Jesteś cała ujebana krwią, będziesz przyciągać uwagę jeszcze bardziej, niż normalnie - z tą twarzą i kilogramami biżuterii, dodała w myślach, zwracając się do Joe. - Mieszkasz tu gdzieś? Jak nie, weźmiemy cię na statek i znajdziemy ci coś.
Daleko nie zdążyli odejść. Prędzej wrócą na pokład bez zbytniego zwracania na siebie uwagi, niż kupią czyste ubrania i wymyślą, gdzie będzie można się przebrać. Od ich zejścia z Siostry do dotarcia tutaj minęło może z kilkanaście minut. Tam przynajmniej nikt na dzień dobry nie zawiadomi straży, gdy tylko znajdą się w zasięgu wzroku, Joe w szczególności.
Obrazek

Dzielnica Portowa

20
Przetrząśnięcie kieszeni dryblasa nie pomogło zbyt wiele Joe, która jedyne, co znalazła, to jakąś dziwną monetę. Patrzyła na nią chwilę z konsternacją, zastanawiając się, czy litera A na jakiejś śmiesznej czapeczce może oznaczać Albronkad, ale po chwili zrezygnowana wsadziła ją do własnej sakiewki, zaraz o niej zapominając.

Kobieta uścisnęła jej dłoń, nie przedstawiając się, przez co Joe zawiesiła się na chwilę. Nie kojarzyła jej imienia, nawet nie pamiętała, aby ta się przedstawiała, ale na razie nie było to ważne. Wzruszyła więc ramionami i wróciła na zewnątrz, gdzie w końcu zauważyła, że jest cała we krwi. Tamta baba coś wspominała o tym, że jest ujebana, ale do tej pory nie zawracała sobie tym głowy. Teraz jednak westchnęła, widząc, że aż z niej ścieka. Znowu zakręciło się jej w nosie od zapachu juchy, a dłonie zaczęły drżeć. Niewiele myśląc, zdarła z siebie koszulę, ukazując skórzany pancerz pod spodem, który miał ją chociaż odrobinę chronić przed wbiciem ostrza w brzuch – i któż by się tego spodziewał – on także miał srebrne elementy, takie jak ćwieki czy zatrzaski. Ręce miała teraz odsłonięte, więc oprócz pojedynczych śladów Vera mogła zauważyć kolejną paskudną bliznę. Była na prawym przedramieniu i ewidentnie wyglądała na ślady po jakiejś bestii, jakby coś o sporej ilości kłów i szerokim rozstawieniu paszczy próbowało odgryźć jej rękę.

Josephine rzuciła mokrą koszulę gdzieś koło orka. Spojrzała potem na spodnie, których niespecjalnie miała jak ściągnąć – ale one były ciemniejsze i krew nie musiała się tak rzucać w oczy. Zaczęła też zaglądać po kątach, szukając jakiejkolwiek wody – czy to w bukłaku, czy jakiejś beczce. Obmycie się byłoby dobrym pomysłem, ale jeśli nie ma nawet kropli, to zbytnio się tym nie przejmie.

No, możemy się przejść zobaczyć po zaułkach. Nawet jak nie Faaz, to pewnie jakiś jego przydupas — powiedziała w trakcie poszukiwań wody. Tuż po tym się zatrzymała, wyciągnęła swoją szablę i czyszcząc ją o jakiś kawałek materiału zapytała jeszcze: — Kim jest kurwa Fernando?

Kręcąc się jak smród po gaciach wyszła na zewnątrz, z cieniem nadziei patrząc raz jeszcze w słońce. To było nadal w takim samym punkcie i nie zanosiło się, aby cokolwiek się zmieniło. — Czasem wynajmuję pokój w tawernie. Ale to trochę stąd jest, a mi się za chuja nie chce leźć tam i się przebierać. Zresztą już się ogarnęłam, nikt nie będzie dawał jebania o mokre spodnie, jak wystarczająco szybko przejdziemy do tego zaułka. Może i świecę się jak psu jajca, ale jakoś jeszcze mnie nikt nie złapał.

Zerknęła na krasnoluda i uśmiechnęła się krzywo. — Dziesięć razy zdążyliby złapać twojego przydupasa, zanim w ogóle zorientowaliby się, że ja też tam jestem. Idziemy?

Dzielnica Portowa

21
POST BARDA
Osmar charknął i splunął na bok, gdy w gardle nagromadziło się zbyt dużo, a i wydawało się, że smród orkowych szczątków osiadł na języku.

- Pani kapitan, zwijajmy się stąd. - Zaproponował. - Nim do reszty przesiąkniemy tym jebaństwem.

Ustalenia co do dalszych kroków można było uzgadniać równie dobrze w innym miejscu, z dala od rannych, trupów, posoki i tych, którzy być może zechcą zainteresować się rozróbą w zaułku. W Dzielnicy Portowej Karlgardu potyczki między gangami nie były pierwszyzną. Zawsze znazazł się ktoś, kto chciał wzbogacić się kosztem zmarłych, ale również zwycięskiej strony. Paradowanie w przesiąkniętych posoką ubraniach musiało zwrocić uwagę ciekawskich. Z pewnością było to bardziej inrygujące niż, na przykład, machanie chujem na środku ulicy, co też wcześniej proponował bosman.

Wlepiwszy spojrzenie w Joe, Osmar zapewne miał nadzieję ujrzeć pod koszulą jędrną dziewczęcą pierś. Nie skomentował pancerza, który przesłonił mu widoki.

- Aż, kurwa... - Westchnął jedynie.

Zza beczek dotarł ich jęk. Któryś ze strażników najwyraźniej się budził.

Josephine na próżno szukała wody. W miejscu takim, jak Karlgard, słodka woda była na wagę złota. Z drugiej strony, miała całe morze słonej, która równie dobrze mogła służyć do prowizorycznej kąpieli.

- Cholera wie, co to za Fernand. Tamten - wskazał za siebie kciukiem - gadał o tawernie Pod Śmierdzącą Rybką. Fernand ma mieć dla nas informacje. - Wyjaśnił ogólnie.

Bosman ruszył pierwszy ku wyjściu z magazynu, a następnie przez zaułek, w stronę głównej ulicy. Biorąc przykład z Josephine, ściągnął brudną koszulinę, zostając od pasa w górę tylko w glorii swojej nagości.

Dzielnica Portowa

22
POST POSTACI: Vera Umberto
Widząc, że Joe zawiesiła się i nie była w stanie przypomnieć sobie jej imienia, kobieta westchnęła ciężko.
- Vera - powtórzyła.
Wyraźne rozczarowanie krasnoluda, wywołane widokiem pancerza ukrywającego ciało ich nowej znajomej przed jego spojrzeniem, sprawiło, że jej nastrój na moment się poprawił. Długi rejs też musiał odcisnąć piętno na stęsknionym towarzystwa i widoku kobiecych krągłości Osmarze. Doszła do wniosku, że jak to wszystko załatwią, to będzie musiała dać załodze trochę czasu wolnego. Choćby trzy dni, żeby zdążyli się napierdolić, wytrzeźwieć i napierdolić jeszcze raz, zanim znów wypłyną.
- No nie wiem - rzuciła kobiecie leniwe spojrzenie, ruszając już w stronę wyjścia z zaułka. - Świecisz się jak psu jajca. Osmar przynajmniej nie...
Cokolwiek chciała powiedzieć, w tym momencie krasnolud postanowił ściągnąć z siebie koszulę i biegać po Karlgardzie półnago. Vera westchnęła tylko po raz kolejny, przeskakując spojrzeniem z jednego na drugie. Nie chciało się jej nawet tego komentować. Mogła zabrać ze sobą kogokolwiek innego, kto zachowywałby się nieco mniej jak zwierzę, niż jej bosman... ale trzeba było przyznać, że ta dwójka z pewnością skutecznie odwracała uwagę od niej.
- Zwijajmy się stąd - zgodziła się z krasnoludem i ruszyła za nim w stronę wyjścia z zaułka.
Miała nadzieję, że starła z siebie wystarczająco dużo orczej krwi, by nie przyciągać spojrzeń przechodniów. Zanim pójdą gdziekolwiek, gdzie będą mogli się przebrać, o ile w ogóle Joe lub Osmar się tym przejmowali, musieli najpierw przejść się po okolicy i poszukać miejsca, jakie znajdowało się wspomniane dwa zaułki dalej. Czy w jedną, czy w drugą stronę, ktoś gdzieś czekał na Joe przyprowadzoną żywcem.
W sumie całkiem ciekawe, czy to oznaczało, że była za nią jakaś nagroda? Może ta poharatana, wykrzywiona w niezadowoleniu twarz była warta choćby kilkadziesiąt koron? Ta myśl zniknęła z jej głowy tak szybko, jak się pojawiła. Nie to było teraz priorytetem. Musieli dorwać Levanta, a teraz mieli ku temu bliżej, niż kiedykolwiek przedtem. Nie mogła pozwolić sobie na rozpraszanie się pierdołami.
- Więc wrobili cię w morderstwo, hm? - zaczepiła idącą obok niej Joe. - Tego szefa?
Obrazek

Dzielnica Portowa

23
POST POSTACI: Josephine
Wody nigdzie obok nie było, więc wkurzona Joe poprzestała na swoim ambitnym planie przemycia spodni i twarzy, zajmując się zdejmowaniem koszuli. Tuż zaraz podążył za jej przykładem krasnolud, wyciągając na wierzch swój bemben. Kobieta nie skomentowała tego w żaden sposób, zajmując się wycieraniem ubrudzonej orczą krwią szabli. Im mniej znajdowała się w otoczeniu juchy, tym lepiej było dla jej zmysłów. Irytujące zaćmienie szargało nimi, jak marnej jakości grajek pobrzdękujący na lutni. Kusiło, nęciło, aby poddała się bestii.

Coś mówiłaś? — prychnęła, rozciągając mięśnie i uśmiechając się złośliwie. To wtedy usłyszała jęki budzących się pozostałych orków w alejce. Skrzywiła się na ten dźwięk, po czym zaglądnęła za beczki, odnajdując pozostałą trójkę, która na nią polowała. — naprawdę jesteście takimi debilami, żeby zostawiać świadków? A podobno to ja się świecę jak przekupka na targu. — Wyciągnęła z pochwy swój puginał, po czym niezadowolona zaczęła podrzynać gardła każdemu z nich po kolei. Nikt nie musiał wiedzieć, kto tutaj był, a i samej Verze robiła przysługę. Nie będzie jej głowa wisieć na każdym rogu z dopiskiem o pięknej kwocie za pojmanie jej żywcem bądź martwej... tak samo jak Joe.

Szybko odsuwała się, gdy krew tryskała z otwartych tętnic, przytykając nos, nie chcąc dać się zwabić. Po wszystkim szybko wytarła sztylet o ich ubrania i ruszyła za dwójką, chowając ostrze z powrotem w pochwie. Nie wiedziała nadal, kim jest Fernand i nie rozumiała kontekstu, ale mało się tym przejmowała. Ona miała dwa cele: Mordreda, który ją zdradził i Faaza, który ją wyruchał. Tyle jej wystarczyło rozumieć.

Wysunęła się naprzód i przeciskając przez marynarzy i przechodniów, zaczęła rozglądać za możliwymi zaułkami. Musiało to być coś bardzo niedaleko, aby jak najszybciej dostarczyć ją żywą do kogokolwiek tam na nich czekał. Dlatego rozglądała się za kolejnymi mrocznymi alejkami, które były "dwa zaułki dalej", a które nadawałyby się na miejsce spotkania.

Zdezorientowana spojrzała na Verę, gdy ta zadała jej pytanie. Miała na końcu języka kolejną świetną ripostę, ale narkotyki działały i Jo się uzewnętrzniała. — No. Dobra wymówka na to, że pojawiłam się w mieście akurat jak oni kończyli rozkradać każdy kurwa kąt jego domu i banku. Nie było Yassida, byłam ja, poharatana, to się uczepili mnie — będąc sprawną złodziejką pilnowała swojego dobytku przy pasie; takie zatłoczone ulice były idealnym momentem na podcięcie mieszka i zabranie go zanim ktokolwiek się zorientuje. Ba, sama odczuwała wewnętrzną ochotę na zabranie takiego majątku przy czyimś pasie, ale musiała teraz skupić się na znalezieniu odpowiedniego zaułka. — Na ich nieszczęście nie wiedzieli, z czym wróciłam, więc z całej paki został tylko Faaz. Skurwysyn sra w gacie na samą moją myśl, i dobrze zresztą kurwa. Jak go dorwę, to rozszarpię go na strzępy, a z jego flaków zrobię sobie kolację — warknęła, a chociaż brzmiało to czysto metaforycznie, Josephine naprawdę miała to na myśli. Jej małe polowanie miało się odbyć bez względu na to, co się teraz działo na niebie. Faaz nie będzie miał śmierci innej niż reszta; zdechnie tak samo, uciekając przed polującą najemniczką.

Dzielnica Portowa

24
POST BARDA
Przy pogodzie, która panowała w Karlgardzie, częściowa nagość nie była czymś dziwnym. Ci, którzy pracowali w porcie, często pozbywali się ubrań, przemoczeni własnym potem i morską wodą. Co bardziej doświadczeni w morskich wojażach wiedzieli, że wystawianie pleców do słońca będzie równało się paskudnym, bolesnym oparzeniom i złażącej skórze. Osmar, choć zdecydowanie nauczony zasad ciepłych mórz, nie brał pod uwagę oparzeń - wszak słońce zaszło, schowane za księżycami. Krasnolud podniósł spojrzenie w niebo, jakby zastanawiając się, który drań z panteonu bogów zapewnił im takie widoki.

Zapach krwi drażnił wrażliwe nozdrza. Widok ciemnej posoki, płynącej między płytami podłoża niczym pomyje w ciemnej alejce sprawiał, że Joe chciała więcej, więcej, więcej...

Osmar zatrzymał się, oglądając na Josephine, która postanowiła na zawsze uciszyć świadków.

- Lubię tę małą. - Powiedział do Very, lekko unosząc brwi. Nie zrobił nic, by powstrzymać działania wilczycy.

Krasnoludzki bebzun porośnięty jasnym włosiem z pewnością odwróci uwagę od pani kapitan. Zresztą, przechodnie bardziej, niż przypadkowymi osobami, zainteresowani byli spektaklem, który rozgrywał się na niebie. Krwawa łuna płonęła wokół słońca zakrytego tak dokładnie, że jego ciepło wydawało się ułudą.

Szukanie zaułka zajęło im dłużej, niż mogliby się spodziewać. W jedną stronę, następnie w drugą, w uliczkę obok, następną... krążąc po najbliższych przesmykach, w końcu trafili do miejsca, którego szukali. Przywołane przez Osmara kobiety wkroczyły między ściany kamieniczek. W wąskim przejściu, w specjalnie ku temu wykopanej rynience, płynęły resztki, wylane tu przez Karlgardzkie panie domu. Ściek śmierdział niemiłosiernie.

Przy przeciwym końcu zaułka, tam, gdzie znajdowało się przejście ku kolejnej głównej ulicy, zastali trzech mężczyzn. Jeden smukły, elf, jak się wydawało, oraz dwóch orczych siepaczy, najpewniej będących ochroną tego pierwszego.
Spoiler:
- Tutaj! - Ochrypłym głosem przywołał ich najważniejszy z trójki. - Nie znam was, ale to nie szkodzi. Widzę, że macie naszą zgubę. - Zniekształcone usta elfa rozciągnęły się w uśmiechu. - Gdzie reszta? Zbyt wielu, by podzielić nagrodę? - Zakpił.

Od Very zależało, jak rozegra sytuację. W dłoni elfa pojawiła się sakiewka, zapewne będąca tylko przedsmakiem nagrody, jaką mogli otrzymać za Josephine. Niestety, żaden z tych, których spotkali w zaułku, nie wyglądał na Faaza. Widząc, że Josephine wciąż jest w pełni sprawności, do tego nawet nie jest związana, orczy ochroniarze za pamięci wyciągnęli toporki.

Dzielnica Portowa

25
POST POSTACI: Vera Umberto
- Świetnie - rzuciła do krasnoluda, krzywiąc się w słabym uśmiechu. - Może uda ci się ją namówić, żeby następnym razem rozebrała się przed tobą skuteczniej.
Inna sprawa, że Joe miała rację. Vera upewniła się, że żaden ze strażników jej nie zobaczy, ale przecież Osmar pewnie się tym nie przejmował. W sumie i dobrze, przynajmniej ona nie musiała po raz kolejny plamić rąk krwią.
Spacer nie należał do tych przyjemnych. Umberto zresztą w ogóle nie była fanką chodzenia po mieście, po śmierdzących szczynami uliczkach i wśród irytujących mieszkańców. Nie bez powodu na ląd schodziła rzadko, a jak już musiała, to wybierała Archipelag, gdzie przynajmniej było ciekawie. Karlgard na dzień dobry powitał ją zaćmieniem i pociętą bliznami twarzą nowej znajomej. Nie najlepsze pierwsze wrażenie.
- Brzmi jak świetny plan - mruknęła kapitan, nie zagłębiając się bardziej w zawirowaną historię.
Nie wiedziała, jak bardzo odurzona jest teraz Joe i ile z jej słów powinna brać na poważnie, a na które patrzeć przez palce. Oczywiście, że robienia kolacji z flaków nie traktowała dosłownie, ale cała reszta tej opowieści też pozostawiała sporo do życzenia. Vera jakoś nie potrafiła sobie wyobrazić, by ta wyszczekana chudzina faktycznie była tak śmiercionośna, za jaką się podawała.
- Nie będę cię powstrzymywać. Nie zabij go tylko zanim nie odpowie na moje pytania.

W końcu dotarli w miejsce, o którym mówił ork w magazynie. Wchodząc w zaułek, Umberto szybko przesunęła spojrzeniem po trójce mężczyzn, z których żaden nie był goblinem. Trudno było jej ukryć rozczarowanie, ale nie skomentowała tego. Zamiast tego zerknęła na Joe, sprawdzając jej reakcję. Znała któregoś z nich? Może wciąż ta trójka mogła ich gdzieś doprowadzić.
Zmusiła się do uśmiechu.
- Możecie schować koziki, panowie. Dziewczyna jest zaćpana tak bardzo, że nie wie gdzie jest góra, a gdzie dół. Nic wam nie zrobi.
Liczyła na to, że nowa znajoma podchwyci jej pomysł, co osłabi czujność przeciwników. Zrobiła kilka pewnych kroków do przodu, wciąż jednak zachowując ostrożność, gotowa w każdej chwili dobyć broni.
- Chcę rozmawiać z Faazzem - odparła. - Gdzie on jest?
Obrazek

Dzielnica Portowa

26
POST POSTACI: Josephine
Bo nim jest — odparła Joe w nonszalancki sposób, jakby wypruwanie z humanoidów flaków w celach konsumpcyjnych było jej hobby. Zaglądnęła w kolejny brudny zaułek, niczego nie zauważając. Narkotyki zaczęły działać chyba nawet zbyt mocniej, niż powinni, bo kobiecie zaczęło się robić coraz cieplej na ciele. Miała powoli ochotę wszystkich wytulić, chociaż jej wilcza część nadal się gdzieś tam rzucała. I powoli świat zaczynał wyglądać nieco inaczej, zapachy nieco bardziej się tłumiły, dźwięki zlewały w jedno. Wymamrotała tylko zadowolona z siebie: — Nie obiecuję. Wiesz, emocje biorą czasami górę, a gobliny są skurwiałymi pyskaczami.

Potem zaś krasnolud zawołał je do jednego zaułka, gdzie Joe czuła mocny zapach parujących w upale ścieków. Widziała też dwóch orków i elfa; ci pierwsi od razu wyciągnęli broń, a ten drugi coś zaczął pierdolić... o zgubie? I ten mieszek. I odpowiedź... Very? Chyba tak się nazywała. Josephine z szeroko otwartymi oczami, źrenicami rozszerzonymi do granic możliwości, zrobiła groźną minę i warknęła na nią, obnażając zęby, jak niesforny pies broniący podwórka.

Stanęła zaraz w miejscu, gapiąc się z nienawiścią na panią kapitan, ale nie odzywając się ani słowem. Zaczęła pocić się bardziej, niż zwykle i być może gdyby Vera stanęłą bliżej, poczułaby, że pot Joe śmierdział też trochę psem. Potliwość zaś mogła, ale nie musiała, być efektem ubocznym przedawkowania narkotyku... i tak naprawdę najemniczka nie musiała udawać naćpanej, bo faktycznie duszek w nią uderzył ze zdwojoną siłą i zaczęła gorączkowo przetrawiać zdradę, jakiej dopuściło się tamto babsko.

Po jakimś czasie zorientowała się, że w sumie to może być jakiś cwany plan, na jaki wpadła Vera i zaczęła się śmiać, chwytając się pod boki. Pokręciła nawet z uznaniem głową, gapiąc się zadowolona na elfa i jego obstawę, czekając, aż genialny plan pani kapitan zostanie obnażony i zobaczy ich niewesołe miny.

A może Joe po prostu dostała udaru?

Dzielnica Portowa

27
POST BARDA
Osmar trzymał się z boku, bardziej skupiony na trójce przed sobą, aniżeli nieosiąglanym wdziękom Very. Krasnolud trzymał rękę na toporku, gotów działać w każdej chwili, jeśli zaszłaby taka potrzeba. I choć słowa Very miały wiele sensu, orkowi ochroniarze nie schowali swoich broni, nie dostawszy polecenia od elfa.

- Nigdy dość ostrożności, szczególnie z taką bestią, jak ona. Pewnie nie wiesz, do czego jest zdolna, co? Miałaś szczęście, że złapałaś ją naćpaną. - Zaśmiał się elf, odczepiając od pasa zwój liny, przyszykowany tylko po to, by spętać Josephine. - Pan Faazz woli pozostać w ukryciu. - Wytłumaczył krótko -Jeśli masz coś do przekazania, zostaw informacje ze mną.

Warknięcia Very wywołały salwę śmiechu całej trójki aniżeli strach.

- O tym mówiłem! Pierdolona suka myśli, że co, jest psem? Może nas zagryźć? Do budy! - Postępujące rozbawienie dziewczęcia nieco zbiło elfa z pantałyku, ale starał się zachować pewność siebie, nawet jeśli po pierwszym śmiechu mina mu zrzedła. Jej wesołość mogła być efektem narkotyku, ale również czegoś innego. Przezorność była nakazana.

Josephine nie do końca wiedziała, co się wokół niej dzieje. W uszach jej szumiało, a myśli zlewały się ze sobą. Kto był dobry, kto był zły? Dlaczego tak śmierdziało i czemu było ciemno? Ale, hej - pogoda była ciepła, udało się ujść z życiem z poprzedniej potyczki, a Vera była jej nową kompanką... prawda?

Elf po raz kolejny zważył w dłoni mieszek, podrzucił go parę razy, a następnie cisnął go w stronę pani kapitan.

- To tylko zaliczka. Po resztę udaj się do banku Kahanów i powiedz, że jesteś od pana Faazza, a przysłał cię Rappe. Odbierasz zapłatę za wyrwanie chwastów. - Elfa najwyraźniej bawiło porównanie, hasło, które omyślił Albronkald. - Chłopcy, zabieramy towar.

Podawszy linę orkowi z prawej, elf czekał, aż Joe zostanie spętana. Orkowa góra mięcha, schowawszy broń, zbliżyła się do wilkołaczycy.

Dzielnica Portowa

28
POST POSTACI: Vera Umberto
- Nie mam pojęcia - odpowiedziała całkowicie szczerze, rzucając Joe uważne spojrzenie. Do czego mogła być zdolna? Była po prostu bezwzględna, czy może faktycznie miała w sobie coś, o czym Vera nie wiedziała? Miała szczerą nadzieje, że nie będzie miała okazji osobiście tego sprawdzić.
Zwłaszcza, że na kobietę wyraźnie zaczynały już coraz mocniej wpływać narkotyki, które wciągnęła jakiś czas temu, u boku martwego orka. Śmiała się jak wariatka i warczała na wszystkich jak pies. Jej zachowanie było co najmniej dziwne i nie tylko trójka z elfem na czele to zauważała. Umberto milczała przez chwilę, z zamyślonym spojrzeniem wbitym w Joe, by w końcu wzruszyć ramionami i odwrócić się z powrotem do swojego chwilowego rozmówcy.
Złapała rzuconą jej sakiewkę i uśmiechnęła się szeroko, czując jej ciężar. O tak, takie interesy się jej podobały. Widać, że panowie nie byli doświadczeni w tych sprawach, skoro tak beztrosko rzucili jej część zapłaty i ochoczo wyjaśnili jak otrzymać całą resztę.
- Dziękuję serdecznie. Interesy z tobą, Rappe, to przyjemność - zważyła mieszek w dłoni, po czym rzuciła porozumiewawcze spojrzenie Osmarowi. - Ale z Faazzem i tak muszę sobie porozmawiać, a ty mnie do niego doprowadzisz.
Gwałtownym ruchem, z całej siły wyrzuciła sakiewkę z powrotem w stronę elfa, chcąc trafić centralnie w jego twarz i choć nie miało to zadać mu żadnych poważnych obrażeń, z pewnością musiało go rozproszyć. Vera wykorzystała ten moment do tego, by dobyć broni. Ostrze sejmitara błysnęło w słabym świetle zasłoniętego przez księżyce słońca, a kobieta doskoczyła do Rappego, żeby docisnąć broń do jego krtani.
Zdawała sobie sprawę z tego, że Joe nie da się spętać, tylko rzuci się na orka, więc i tak nie miała więcej czasu na prowadzenie negocjacji. Wierzyła też, że drugim orkiem zajmie się Osmar, który nie był idiotą i musiał orientować się, co się dzieje. Jej został elf - nie mogła go zabić, bo wiedział, gdzie ukrył się Faazz. Bez niego go nie znajdą; chyba że ten cały Fernand będzie miał więcej informacji. Tak czy inaczej, trzeba było z Rappego wycisnąć wszystko, co się dało.
Obrazek

Dzielnica Portowa

29
POST POSTACI: Josephine
Żebyś kurwa wiedział, że was wszystkich zagryzę — wychrypiała, zaczynając się śmiać jak opętana. Jej śmiech zagłuszał rozmowę Very z elfem, gdy nie potrafiła się opanować. W głowie jej huczało, zapachy i dźwięki zlewały się ze sobą i łatwo można było uwierzyć, że całkowicie odleciała do krainy fantazji. Potrafiła jednak jeszcze widzieć, co się dzieje wokół niej, a także orka i linę, która groziła jej związaniem.

Ale jesteście debilami. Wy i wasz zasrany elf — rzuciła w gardłowym orczym języku, patrząc, jak strażnik chowa broń, by ją spętać. Nie zamierzała czekać, o ile Vera miała jakikolwiek plan, bo zwyczajnie nie chciała dać sobie założyć smyczy i ograniczyć ruchów. Sięgnęła po puginał przyczepiony do jej prawego boku i jednym susem skróciła dystans między sobą, a orkiem.

Z impetem zamierzała wpaść na raczej zaskoczonego przeciwnika, wbijając mu sztylet albo w oko, albo szyję niczym szpulę, chcąc jak najszybciej zakończyć jego żywot i zająć się samym zleceniodawcą, który był raczej smacznym kąskiem dla najemniczki. Jeśli by się jej manewr nie do końca udał, ork jakimś cudem zablokował cios bądź kobieta nie trafiła, zamierzała dźgać go w każdą odsłoniętą część ciała, zanim padnie z wykrwawienia.

Dzielnica Portowa

30
POST BARDA
Akcja szybko rozwinęła się w kierunku niekorzystnym dla gospodarzy zaułka. Elf nie spodziewał się ataku, naiwnie sądząc, że uda mu się w łatwy sposób przejąć towar i wykonać powierzone zadanie. Cios mieszkiem nie był może silny, ale wystarczył, by wytrącić go z równowagi. Przygwożdżony do ściany, z ostrzem przy gardzieli, elf mógł tylko wypluć z siebie przekleństwo pod adresem pani kapitan, przeklinając jej przodków na pięć pokoleń w tył.

Osmar tymczasem doskoczył do orka. Choć tamten był przygotowany do obrony, bo i trzymał w rękach broń, zadziałał element zaskoczenia. Również wzrost Osmara, który mierzył mniej więcej połowę orka, działał na jego korzyść, gdy pociągnięciem ostrza toporka rozorał koszulinę ochroniarza, a wraz z nią skórę i otrzewną, pozwalając falkom zmieszać się z pomyjami na ulicy. Ork zawył, starając się zebrać własne wnętrzności z powrotem do jamy brzucha, upuścił broń; Osmar miał czas, by poprawić przeciwinikowi głownią topora, wybić mu parę dodatkowych zębów i ogłuszyć, pozwlając wykrwawić się do teraz krwistej, ale wciąż śmierdzącej brei.

Najwięcej problemów z pokonaniem przeciwnika miała Josephine. Choć rządna krwi, jej zmysły były zamroczone przez narkotyki, a mimo tego, że dźgała ze wściekłością, ork zdołał zasłonić witalne części ciała, zarabiając jedynie kilka paskudnych cięć na przedramionach. Łapiąc Josephine za gardło miotnął nią o ścianę, a nastęnie wykręcił jej rękę, by wypuściła sztylet. Wydawało się, że jednym ruchem mógł skręcić jej kark. Wilczyca była w szachu, a ork był górą. Osmar czekał na rozkaz.

- Czekaj, czekaj! - Rappe próbował się ratować. - Może się jakoś dogadamy, co? Ty puścisz mnie, Treb puści koleżankę, pójdziemy w swoje strony? Jeśli zabijesz mnie, Josephine nie ujdzie z życiem. Po ciebie też przyjdą. - Zagroził.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Karlgard”

cron