Bastion Khudamarkh

166
POST POSTACI
Kamira
Na pewno potrzebowali nieco kierunku, te dwa niedowiarki. Kamira nawet się nie wzdrygnęła gdy usłyszała swoją własną eksplozję. Może i nie była z niej dumna, ale przynajmniej jej okazałością odbiła sobie ostatnie, trudne dni pozbawione wybuchów. Ten dreszcz i ten odgłos był czymś, czego potrzebowała.

Spojrzała na Esoma którego ruch wcale jej nie zdziwił. Bał się, ale dlaczego miałby? Przecież jego by tak nie potraktowała. Nigdy w nią nie zwątpił. Nie zasłużył na taki los. – Przyprowadź go żywego Azelilu! — Powiedziała głośniej, tak by elf ją usłyszał, nim jeszcze opuścił pomieszczenie. Nie chciała darzyć go uczuciem, żadnym, nawet w chwili prośby, lecz w tej chwili, jakie miała wyjście jak udawanie, że wszystko jest w najlepszym porządku, gdy tak naprawdę nie jest i nie będzie?

Nie odzywała się dalej, póki Traxat nie zdecydował się odezwać. Po jego słowach dalej nic nie powiedziała. Jego ton wyraźnie wskazywał, że on też, znów zresztą, zbratał się z kimś, kto dzisiaj jest jego panem, a jutro będzie zwłokami pod jego butami. Tak jak z Moxiclavem. Kamira mogłaby się zastanawiać nad historią tego orka. Kto wie, może to inny watażka, albo jakiś krewny Kharkhuna... Albo nawet ktoś ważniejszy, ale tak prawdę mówiąc — kogo obchodzi przeszłość żywego trupa? Nie było mowy by Traxat przeżył te wydarzenia i nie była to wcale myśl Kamiry, a raczej... Potencjalna przyszłość wysunięta z poczynań Quetapina do tej pory.

– Muszą mieć kogoś, kto ich zastępował a jeśli jeszcze go nie ma, to trzeba postawić na kogoś od nas. Przecież nie sprzeciwi się jeśli zobaczy, co się stało z tamtym... No jeżeli Azelil nie wykończy tego drugiego, to zawsze można go zmusić. Na pewno nikt nie będzie chciał skończyć w taki sposób... — Westchnęła ciężko, gładząc lekko po głowie skomlącego goblina. Jak zwierzaczka, choć trochę ją ta cała sytuacja obrzydzała. Nie była do końca pewna tego wszystkiego. Obawiała się i tego całego ataku i tych wszystkich spisków, które wirowały w powietrzu. Nie dlatego, że coś mogło pójść nie tak, a dlatego, że nie była w nic wtajemniczona. Z jednej strony, to była jej przewaga, a z drugiej... Jej też mogli i zapewne mieli się pozbyć w niedługim czasie.

– Wojownicy Esoma są naszą największą siłą. Czyż to nie oczywiste? — Zerknęła wtedy na Traxata, kierując na niego swoje spojrzenie. Tym razem zmrużyła oczy, nie odrywając od niego wzroku, zatapiając w nim swoje karmazynowe spojrzenie. Wiedziała coś, czego nie wiedzieli inni, coś, co mogła przygotować sama – Któż inny lepiej rzuca kamieniami, albo posługuje się procą? Jeśli przyniesiecie mi wystarczająco dużo odłamków metalu, nadających się do rzucania, jestem w stanie przygotować mnóstwo takich eksplozji. Wystarczy, że kamienie znajdą się tam, gdzie ich potrzebujemy. Zburzymy ściany, zburzymy mury. Wszystko, co potrzeba, kwestia czasu i przygotowanego żelastwa. Im droższy kamień, tym szlachetniejszy wybuch — Zerknęła wtedy na bogate szaty orka, spoglądała na nie ukradkiem. Nie poświęcając temu spojrzeniu wiele uwagi.

Musiała grać w ich grę, ale też musiała przygotować sobie własny plan awaryjny... Ostatnim czego chciała była w tej chwili zagłada goblinów, bo one jako jedyne... Zdawały się zdolne do wykonywania jej poleceń, jeśli odpowiednio je przekona.

Spoiler:
Spoiler:

Bastion Khudamarkh

167
POST BARDA
Kurz opadł z sufitu, gdy eksplozja oderwała drobinki od piaskowca. Z goblinem u stóp, skomlącym niczym skopany szczeniak, Kamirin nabrała nowego blasku. Dla tych, którzy już ją znali, nigdy nie była skrzywdzonym dzieckiem. Teraz jednak również nieznajomy ork dostrzegł, że pierwsze wrażenie mogło być mylne.

Traxat nie zdawał sobie sprawy z faktu, że choć wciąż oddychał, był chodzącym trupem w oczach tej dziwnej grupy, która chciała przejąć władzę w Bastionie. Otworzył usta, jednak nim zza wystających kłów dobiegł głos, ucieszone wycie Azeliela przyciągnęło uwagę wszystkich.

- Rozerwałaś go na dwa! Idiota, schował broszę przy pasie! - Cieszył się elf, który najwyraźniej domyślił się, skąd nadszedł wybuch, a towarzyszyły mu pomruki i skargi zza zakneblowanych ust. Najwyraźniej zajął się drugim mężczyzną nim tamten znów zaczął rzucać obelżywości i wepchnął mu między zęby coś, co go uciszyło.

Traxat po raz kolejny podjął próbę mówienia.

- Ludzie podziwiają siłę, jednak za podziwem nie zawsze idzie lojalność. - Podzielił się swoimi przemyśleniami. - Jeżeli chcemy obalić Kharkuna, będziemy potrzebować kogoś, kto będzie chciał współpracować dobrowolnie, aniżeli poprzez szantaż. Siły ludzi nie zostaną bezczynne. Chcemy mieć ich po swojej stronie.

Wojownicy z Bastionu z pewnością dzielili się na ugrupowania, a każdemu przewodził ktoś inny. Skoro za Obradinem i Delalem szli wszyscy, ciężko będzie ich zastąpić.

Tymczasem Azeliel wciągnął do pokoju ocalałego mężczyznę. Nie został cień po dawnej dumie, za to pojawiły się plamy od krwi, rozlane po jego prawej stronie. Również prawą rękę trzymał przy sobie, przyciskając ją lewą do piersi. Przy dokładniejszych oględzinach Kamirin dostrzegła, że jego dłoni brakuje trzech palców, a i sama kończyna wisi ledwie na paru ścięgnach i resztkach skóry. Eksplozja musiała ją dorwać.

W usta wepchnięty miał zwitek brudnej tkaniny. Azeliel złapał go za włosy i zmusił, by klęknął przed czarodziejką, niemal tak uniżony, jak Esom.

Quetiapinowi z ekscytacji błyszczały oczy, za to Traxat nie zaszycił ich nawet spojrzeniem.

- Goliny podzieliły się na dwa obozy. Obawiam się, że za bratem Esoma podążyło zbyt wielu. - Mówił ork.

- Ekscelencjo... - Zaskomlał znów Esom, zawstydzony tym komentarzem. Wcisnął nos pomiędzy kolana Kamiry.

- Kamirin. Potrzebujemy cię do powstrzymania Venli i Q'beua. - Przypomniał bard, wciągając jedną nogę na łóżko i nonszalancko zwijając ją pod sobą, by było mu wygodniej siedzieć. - Oczywiście, chciałbym, abyś miała możliwość pokazania swoich talentów w głównej bitwie, lecz... Płomyku. - Quetiapin nachylił się znów do Kamirin. - Zajęć mamy wiele, a ciebie tylko jedną.

Bastion Khudamarkh

168
POST POSTACI
Kamira
Minęła chwila, w której czarodziejka wyraźnie starała się zachować zimną krew. Słowa Azelila brzmiały w jej głowie niczym dzwon. Tak, chciała skrzywdzić tamtego mężczyznę, ale czy rzeczywiście zasłużył na to, by ponieść taki los? Tylko dlatego, że nie uwierzył za pierwszym razem? Jeszcze przed chwilą byłą pewna swojego czynu, tak bardzo pewna a teraz? Jej oddech stał się nieco bardziej widoczny, jakby nabierała więcej powietrza z każdym wdechem, zadając sobie co i rusz pytania, czy było warto.

Właściwie Traxat i jego wtrącenia ledwie do niej docierał. Wciągnięty z powrotem mężczyzna wyglądał żałośnie. Tak bardzo żałośnie, że Kamirze było go w tej chwili żal. Czy teraz byłą oprawcą? Taką samą, jakim jest Azelil? Skrzywdziła go, bo była zła, zła na siebie i na wszystko i wszystkich. Swoje spojrzenie skupiła na mężczyźnie. Nie sposób było odwrócić wzrok. Nie dało się. Czarodziejka widziała już kilka strasznych widoków. Ten był jednym z gorszych, bo ten mężczyzna jeszcze żył i na pewno gdyby nie był zakneblowany, byłoby go słychać w całym pomieszczeniu. Kamirin nie mogła ukryć obrzydzenia tym widokiem w dodatku z tak bliska, na tyle bliska, że była w stanie dostrzec wciąż ściekającą krew. Musiała zasłonić usta, chociaż starała się, by nie odebrało to jej wiarygodności.

Teraz zastanawiała się co powiedzieć. Czy ktoś go opatrzy? Czy ktoś mu pomoże? Czy go tak zostawią? – I-idiota! Niech mu ktoś pomoże... — Odparła zza zasłoniętych ust, sycząc przez zęby. Wtedy też Esom zbliżył się w dosyć niebezpieczne rejony. Kamira odruchowo w tej chwili ścisnęła na chwilę kolana, na tyle, by go pacnąć. Nie miała wiele siły, ale chciała odgonić tę zieloną muchę zwaną goblinem. Wtedy też pochwyciła drugą ręką koszulę i pociągnęła ją maksymalnie w dół, zerkając tym samym na Quetapina. Odpowiedziała na jego słowa jedynie kilkoma kiwnięciami głowy, zgadzała się.

Tak chciała, by to wyglądało. Bo w rzeczywistości była rozbita. Rozbita między złością a częściowym żalem z tej konkretnej eksplozji. Oczywiście to nie był ostatni raz gdy próbowała zrobić coś dla siebie. Nie mogła przecież ot, tak pozbyć się Venli i Qbeua. No może Qbeua i mogłaby, problem w tym, że Venla i Qbeu są w nierozłącznym duecie i będzie musiała go jakoś zdzierżyć. Bo wierzyła, że Venlę uda się jej przekonać, by jakoś wspólnie zakończyć ten harmider. Jeśli nie... To pozostawała jej jedna inna opcja — ucieczka z Bastionu w trakcie ataku. Wszak wciąż nie pokazała swoich możliwości w pełni. Pech chciał, że pustynia była niebezpieczna i raczej nie miałaby tam wielkich szans... Chyba że ponownie odkryje swoje zdolności "zagrzebywania się w piasku" jakie to jej przypisywali naczelni plotkarze Karlgardu.


Spoiler:
Spoiler:

Bastion Khudamarkh

169
POST BARDA
Traxat obserwował Kamirę uważnie. Wydawało się, że dostrzegł jej wahanie, niepewność, przejrzał przez maskę, którą starała się zakryć swoje prawdziwe odczucia względem tego, co rozgrywało się przed jej oczyma, pośrednio również za jej sprawą.

Mężczyzna, którego Azel zmusił do klęknięcia, wyglądał na przerażonego do szpiku kości. Jego wzrok wędrował z twarzy Kamirin do okaleczonej dłoni, jakby nie do końca mógł uwierzyć w to, co się stało. Przez drobne uszczypliwości ze strony partnera, sam skończył tak źle, gdy nie uszanował autorytetu czarodziejki.

- O tak, pomogę mu. - Azeliel uśmiechnął się jadowicie i choć wyraził chęć pomocy, zamiast tego złapał za okaleczoną dłoń i wykręcając, pociągnął. Resztki tkanki rwały się niczym materiał koszuli, krew chlusnęła z nową siłą, a z gardła Delala wyrwał się ryk, kneblowany szmatą wciśniętą mu w usta.

Już po chwili Azeliel pozbawił człowieka resztek dłoni, rwąc niby kawałek pieczeni. Od nadgarstka ciągnęła się tylko krwawa masa z wystającymi resztkami kości i ścięgien. U stóp Kamiry wylądowały oderwane palce wciąż pokryte porwaną skórą.

- Zamknij się. - Niby grzecznie poprosił elf, pokrwawioną dłonią sięgając po nóż, który zaraz przyłożył Delalowi do gardła w groźbie.

Mały goblin odskoczył od oderwanej kończyny, jakby bał się, że ta go zaatakuje, jednocześnie zostawiając Kamirę w spokoju.

- Azelielu... któż to posprząta? - Zapytał Quetiapin, ale jego zwykle nonszalancki głos stracił nieco swojego śpiewnego tonu. Najwyraźniej również bard nie pochwalał tego typu brutalności. Wpatrywał się w krew, która kapała z rany jak z niekończonego się źródełka. Mężczyzna wciąż krzyczał i jęczał przez knebel.

- Kamirin, odwróć wzrok, kochanie. Nie musisz na to patrzeć. - Quetiapin zwrócił się do czarodziejki, jednocześnie starając się przygarnąć ją ramieniem do własnej piersi.

- Skończyliśmy. - Stwierdził Traxat, bez słowa pożegnania kierując się do wyjścia. Spotkanie nie przebiegło tak, jak powinno.

Bastion Khudamarkh

170
POST POSTACI
Kamira
Mina, jaką zaserwował Azelil, zwiastowała coś złego. W tej chwili czarodziejka już wiedziała, że nie chce, by Azelil uśmiechał się w ten sposób w żadnym temacie, który dotyczył jej, bo ten uśmiech niósł za sobą jedynie ból i zniszczenie, nie wspomniawszy o cierpieniu i wszystkim, co się z tym wiąże. Przede wszystkim strachem.

Nie dało się ukryć, że Azelil był socjopatą, który nawet się z tym nie krył. Obserwacje poczynań elfa wprowadziły Kamirę w osłupienie. Patrzyła jakby zawieszona w przestrzeni. W tej chwili jej wielkie oczy przybrały pusty, przerażony wyraz. Na moment zamarła a cały żołądek zaczął się jej wywracać do góry nogami, każde chrząśnięcie kości, każdy odgłos odrywanego ciała i wykręcanej kosteczki wwiercał się jej w mózg. To nie było miłe przedstawienie. Głos i pojękiwania mężczyzny, mimo że był zakneblowany, wcale nie pomagały sytuacji, a Kamira nie mogła się zdobyć na skrócenie jego męki. Była sama zbyt przerażona.

Czy właśnie tak wygląda sprzeciwianie się Azelilowi? Tak brzmiało jedno z pytań, które przeszło jej przez myśl. Ten obraz wyraźnie pokazywał jej, że nie powinno się stawać po złej stronie elfa i spełnianie jego zachcianek... Może nie być takim złym pomysłem, jakie by one nie były.

Niczym biorąc przykład z Goblina, Kamira odruchowo również się cofnęła, wciągając nogi na łóżko. Odsunęła się do jego końca, ruszała się dosyć pokracznie, nieskoordynowanie. Spokój, jaki Prezentował Quetapin w tej sytuacji niczego nie zmieniał, a kilka palców leżących na podłodze służył, za straszak. W jej pomieszczeniu. Obok jej łóżka. To była niewerbalna groźba, groźba rzucona w jej kierunku, dokładnie jak ten kawałek mięsa.

– Ja... Ja... — Pokręciła głową, wciąż zasłaniając usta. Quetapin starał się być czuły, ale nie potrzebowała teraz czułości. – Muszę iść... — Oddychała płytko. Ciężko przyszło wypowiedzenie jej tych słów, starając się nieco odpędzić od Quetapina. Chciała wstać, czy ją łapał, czy nie - próbowała to zrobić. Zbierało się jej na wymioty i kto wie co jeszcze. Widziała już pożogę, ale czegoś takiego - nie. Jeśli mogła, skierowała się na zewnątrz, do drzwi, wyraźnie próbując złapać równowagę i wziąć się w garść. Czekało ją natomiast jeszcze jedno wyzwanie. Zwłoki drugiego z mężczyzn. Odruchowo i tak nań spojrzała. Mimo to tym razem nie miała zamiaru patrzeć długo, wstrzymywała się z daniem sobie luzu i wypluciem wszystkiego, co jej ciążyło, ale czy mogła powstrzymać się dłużej, widząc te obrzydliwości? Ściana, tak, chciała iść przy ścianie budynku, nieważne gdzie, nieważne jak daleko. Choćby kilka kroków, by się przewietrzyć i nie oglądać więcej tego wszystkiego.

Spoiler:
Spoiler:

Bastion Khudamarkh

171
Nikt nie zatrzymywał Kamiry. Dziewczyna minęła okaleczonego mężczyznę i Azeliela, słysząc komentarz z jego strony - ale czy naprawdę była zbyt delikatna? Owszem, uciekła, gdy sprawy stały się zbyt brutalne, jednak nikt nie mógł winić jej za to, że nie chciała patrzeć na tortury.

Dominic Delal i Obradin zostali zaproszeni jako sprzymierzeńcy, jednak skończyli gorzej, niż najgorsi wrogowie. Kamira, po tym, jak wydostała się z domu, odprowadzona spojrzeniem strażnika przy drzwiach, dostrzegła rozerwane ciało. Pękło niemal na dwie części, trzymane tylko resztkami kręgosłupa wystającego spod wnętrzności, które wypłynęły z jamy brzusznej i zmieszały się z piachem. Zapach był przykry, przywołał już miejscowe szkodniki - szczur tańczył na zwłokach, szarpiąc co smakowitsze kąski. Z jakiegoś powodu, na ulicy nie było widać nawet jednego żywego ducha, czy ludzkiego, orczego, gnomiego lub elfiego.

Opierając się o ścianę sąsiedniego budynku, Kamirin wyzbyła się stresu żołądka. Biorąc kilka głębszych oddechów, odczekała, aż nudności miną.

- Posłuchaj, Kamirin. - Chrzęszczenie piasku pod stopami zdradziło pojawienie się Quetiapina. - Słyszysz? Cisza. Bastion nie śpi, ale boi się wydać choćby szmer, by cię nie urazić.

Zbyt duża potęga w dłoniach jednej kobiety nie wróżyła niczego dobrego, tym bardziej, gdy Kamira nie radziła sobie z tą siłą.

Tuż za Quetiapinem, w odległości długich pięciu kroków, znajdował się ochroniarz. Wysoki mężczyzna z mieczem miał pilnować, by przywódcy nic się nie stało. Sam bard nie przeszkadzał dziewczynie, trzymając się na dystans.

Bastion Khudamarkh

172
POST POSTACI
Kamira
Widok ciała drugiego z braci nie należał do czegoś, co dało się zapomnieć. Krew, smród i obrzydlistwo, które tak szybko dopadło jego ciało, było idealnym przedstawieniem, jakim zepsutym miejscem był bastion. Tak jak i te zwłoki. Bastion gnił od środka — z Kamirą czy bez niej. Wychodząc, nie sądziła, że będzie aż tak źle, było gorzej, niż się spodziewała. Oczekiwała wybuchu, który nastąpił w niefortunnym miejscu, nie tak silnego i nie takiej destrukcji. Nie tylko wywołało to w niej obawę, że przez swój obecny stan traci kontakt ze swoimi wybuchami. Miała wrażenie, że stawały się bardziej dzikie, nieprzewidywalne nawet dla niej. Obecnie nie widziała żadnego sposobu, by odzyskać równowagę. Głos zbliżającego się Quetapina wcale jej nie pomógł w odzyskaniu spokoju i równowagi nie tylko umysłu, ale i żołądka.

Słowa barda odwoływały się do tego, jaki strach wzbudza czarodzieja. Wydawałoby się, że to słowa otuchy, podnoszące ją na duchu, gdzie w rzeczywistości odebrała je zupełnie inaczej. Nie odczuwała jakby te słowa w ogóle jej pomagały. Brzmiały jak groźba mówiąca o tym, że jest tutaj sama i nie ma nikogo, kto zdecydowałby się stanąć pomiędzy nią a kimś innym, komu na niej zależy. Mogła próbować uciekać, ale i tak skończy w ich rękach. Tak działał strach, bali się zarówno jej jak i jego i pozostałych podwładnych. Reputacja, jaką jej zbudowali, była oparta na strachu i krzywdzie. W końcu kto by zdecydował się pomóc morderczyni, która zabija ludzi w trakcie uczty lub gości zaproszonych w dom?

To był wyraźny sygnał, że z tego miejsca nie ma teraz ucieczki a jedyne miejsce, w którym cokolwiek ją czeka to właśnie to, w którym teraz się znajduje. Wszystkie inne mosty były spalone. Nawet jeśli oczekiwała siły i poklasku, to nie takiej siły i nie tego rodzaju respektu — Nie zdobytego w taki sposób. Nawet ochroniarz, jakiego przyprowadził za sobą bard, sugerował, że szansy na opuszczenie okolicy nie ma, chyba że w kawałkach. Jeszcze nie stłumili jej magii chyba tylko po to, by stworzyć jej poczucie choćby skrawka kontroli. – Wiem... — Powiedziała cicho, biorąc głębszy wdech. Nie spoglądała w stronę mężczyzny. Rozglądała się przed sobą, spoglądając na dalej ciągnącą się ulicę. Za chwilę spojrzała w bok. Chciała się odnaleźć w okolicy. Szukała punktów odniesienia, ale czy miało to znaczenie? I tak nie wiedziała, co spotka ją dwie ulice dalej. – Nie wiem kiedy chcesz zaczynać. — Mówiła, odwracając się w jego stronę, oparła się o mur. – Również muszę się przygotować. Potrzebuję kadzideł albo świec zapachowych. Białą szeroką pelerynę z kapturem i ładnym zapięciem. Dodatkowo potrzebne mi będzie coś do rysowania... No i igły i nici. Coś lepszego do picia niż woda. — Mówiąc to już nie spoglądała na Quetapina. Potrzebowała trochę czasu dla siebie, by poczynić przygotowania. Skoro miała stawić czoła czarodziejom, musiała pozyskać pomoc od bogów, a w obecnym stanie tylko jedna z nich mogła jej udzielić jakiejkolwiek pomocy, zwłaszcza że nie wierzyła już w niczyje intencje po tej stronie "barykady". Poza tym. Musiała się przygotować do realizacji swojej własnej drogi wyjścia z tego ambarasu. – Mogłabym to wszystko dostać? A i sztylet, albo nóż. — Spytała, jakby nie była pewna czy Quetapin odważy się zrealizować jej prośbę.

Spoiler:
Spoiler:

Bastion Khudamarkh

173
POST BARDA
Kamira nie widziała niczego, co mogłoby powiedzieć jej, gdzie się znajduje. Okalające miejsce budynki były na tyle wysokie, by przesłonić dalszy horyzont. Znajdowała się raczej w górnej części Bastionu, który przecież leżał w niecce, zniżając się ku centrum. Nie widząc położonych wyżej budynków, mogła wywnioskować, że mur jest niedaleko. Ale gdzież była brama?

Quetiapin spoglądał na Kamirę spod przymrużonych powiek, wielce z siebie zadowolony. Dziewczynie wydawało się, że kiedy patrzyła na niego przelotnie, w jego oczach widziała złote ogniki, tak nienaturalne dla zwykłego człowieka.

- Dotąd nie potrzebowałaś żadnych instrumentów do szerzenia zniszczenia. - Zauważył Quetiapin głosem wesołym jak pierwsze promyki słońca w wiosenny poranek, choć ani jego słowa, ani intencje, nie niosły zniszczenia. - Chciałem przygotować dla ciebie pracownię, Płomyku. Cóż, porzuciłem plany, gdy wybrałaś Venlę. - Bard zakołysał się na piętach. - Dlatego teraz musisz pracować w swojej sypialni. Przygotuję, co będzie w mojej mocy. - Obiecał po chwili zastanowienia. - A teraz wracaj do środka, bardzo cię proszę. Tu jest niebezpiecznie.

Jak małe dziecko, złapał ją za nadgarstek i pociągnął w stronę budynku. Noc rozdarł kolejny krzyk mężczyzny, tym razem niezamaskowany żadnym kneblem. W drzwiach pojawiła się Traxat, rzucił Kamirze i Quetiapinowi jedno spojrzenie, po czym zniknął w ciemności nocy.

Bastion Khudamarkh

174
POST POSTACI
Kamira
No tak. Zupełnie zapomniała o tym, że budowa bastionu wcale nie była taka prosta. Nie tak prosta jak zamek otoczony murem. Patrząc wiecznie na wnętrza budowli, można było o tym zapomnieć. Znajdowali się gdzieś nisko. Tyle wiedziała. Nawet gdyby zdecydowała się na jakiś ruch, inny niż powrót do środka, nie odnalazłaby się zbyt szybko pośród korytarzy prowadzących i w górę i w dół. Nikt by jej nie pomógł a tutejsi na pewno znali ścieżki. Nie było sposobu, by łatwo stąd uciec. Kamirze nie podobał się plan inwazji na Kharkhuna, mimo że również nie podobało się jej, że ten okropny ork dalej rządzi. Czuła natomiast, że niezależnie co zrobi, wszystko się posypie w jeden albo i drugi sposób. Nie wiedziała co gorsze, to, że na pewno się jej pozbędą, albo to, że będzie winna losów dwójki czarodziejów — Zakładając, że sama przeżyje z nimi starcie, w co sama zbyt nie wierzyła. Nie była na tyle podstępna, miała jakiś kręgosłup i nie zamierzała ludzi wybuchać z zaskoczenia. Jakże ironicznie musiałoby to zabrzmieć dla kogoś, kto właśnie odczytywałby jej myśli. Przecież przed chwilą dokładnie to zrobiła, ale dla niej to nie było to samo.

Złote ogniki w oczach Quetapina, tak to one zwiastowały coś złego, widziała coś podobnego, ba — wiedziała, że nie jest tylko człowiekiem. Zabawne, że koniec końców i tak układała się z demonami. – Nikogo nie wybrałam. — Zaskoczył ją tym stwierdzeniem i nie ukrywała lekkiego zawodu jego słowami. – Musiałam zobaczyć jej pracownie. Kharkhun wszystko zniszczył — Powiedziała z wyrzutem, znów wpatrując się przez krótki moment w barda, tym razem z lekkim niedowierzaniem. – naprawdę szykowałeś dla mnie pracownie? — Przez moment lekki uśmiech pojawił się na jej twarzy, ale zaraz znów zmarkotniała. – Eh pewnie i tak nie wiedziałabym co robić... — Znała swoje możliwości i ograniczenia. Bycie magiem "pracowniowym" nie koniecznie odpowiadało zestawowi jej skromnych umiejętności. Prawdopodobnie największe mikstury alchemiczne wychodzące spod jej ręki byłyby ledwie gorzkawą herbatą. Biblioteki pełnej tajemnic też by nie miała... Mogłaby jedynie uczynić z niej swój drugi pokój, który były zwyczajnym zawodem dla każdego, kto go odwiedzi. – A te rzeczy, które prosiłam... To dla mnie, nie do szerzenia zniszczenia. — Odpowiedziała szczerze. W obecnej chwili zastanawiała się, co powinna zrobić. Była rozbita, bo może to była tylko zwykła paranoja, że Quetapin również chce tylko wykorzystać jej zdolności. Z drugiej bała się, że to jednak prawda a wszystko, co robi to jedynie zasłona dymna. Jeśli coś, to doskonale mieszał w jej naiwnej głowie.

Dała się pociągnąć do środka, syknęła nieco w związku z nagłym dotykiem. Uwierzyła, że musiał coś zauważyć, co wymusiło na nim tak szybką reakcję. – D-dobrze już dobrze — Zamknęła oczy, by nie patrzeć na wymijane zwłoki. Otworzyła je dopiero w środku. – Nim ją puścił, powiedziała coś cicho w jego kierunku. – U Kharkhuna było strasznie... — Nie mieli okazji zbytnio porozmawiać odkąd znów była pod jego demonicznym skrzydłem. Kurczowo unikała spoglądania na wszelkie efekty morderczej żądzy Azelila. Również nie poszła do łóżka. Skierowała się raczej w drugą stronę pomieszczenia, szukając dla siebie miejsca tam.

Spoiler:
Spoiler:

Wróć do „Wschodnia baronia”

cron